Showman. Wołodymyr Zełenski i inwazja, która uczyniła go przywódcą - Simon Shuster

Kup ebooka

59.90 zł
48.52 zł (47,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRO­LOG

Kiedy spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy, wio­sną 2019 roku, za ku­li­sami jego pro­gramu ko­me­dio­wego, Wo­ło­dy­myr Ze­łen­ski wy­da­wał się wy­jąt­kowo prze­stra­szony. Nie była to tylko trema, która czę­sto to­wa­rzy­szyła mu przed wy­stę­pem. Tam­tej nocy był nie­mal onie­miały ze stra­chu. W smo­kingu, obo­jętny na ota­cza­jący go ha­łas i lu­dzi, za­ci­skał usta i krą­żył po ko­ry­ta­rzu ze wzro­kiem utkwio­nym w pod­ło­dze. Nie­spełna trzy mie­siące wcze­śniej za­de­kla­ro­wał chęć ubie­ga­nia się o pre­zy­den­turę Ukra­iny, a za go­dzinę miała się od­być pre­miera jego no­wego ka­ba­retu. Ze­łen­ski grał w nim główną rolę - kon­fe­ran­sjera w oso­bli­wej od­mia­nie wo­de­wilu. Mi­liony wi­dzów cze­kały na trans­mi­sję przed ekra­nami te­le­wi­zo­rów - jego me­dium z wy­boru.

Bi­lety na wy­stęp na żywo w Pa­łacu Ukra­ina, naj­więk­szej sali kon­cer­to­wej w Ki­jo­wie, kosz­to­wały wię­cej, niż wy­nosi śred­nia mie­sięczna ukra­iń­ska pen­sja, ale kiedy tam do­tar­łem - przed wej­ściem kłę­bił się tłum. W ko­lejce do bra­mek wy­po­sa­żo­nych w wy­kry­wa­cze me­talu cze­kała nie tylko ki­jow­ska elita. Byli tam też eme­ryci, hip­ste­rzy i pra­cow­nicy biu­rowi, a także pary na kosz­tow­nych rand­kach - całe spek­trum klasy śred­niej, która ukształ­to­wała się w Ukra­inie po roz­pa­dzie Związku Ra­dziec­kiego. Wszy­scy byli fa­nami Ze­łen­skiego, a nie­ba­wem mieli się stać jego wy­bor­cami.

Do środka wcią­gnęła mnie Olha Ru­denko, jedna z do­rad­czyń wi­ze­run­ko­wych Ze­łen­skiego, która w lipcu tego sa­mego roku wej­dzie do par­la­mentu z list par­tii pre­zy­denta - to ona za­pro­wa­dziła mnie za ku­lisy, gdzie wszy­scy byli już prze­brani. Nie­które twa­rze zna­łem z fil­mów przy­szłego pre­zy­denta, choć gi­nęły one w tłu­mie pro­du­cen­tów i tan­ce­rzy, ak­to­rów krę­cą­cych się przy wej­ściu na scenę, ma­ki­ja­ży­stek i oświe­tle­niow­ców oraz ubra­nych w białe su­kienki dziew­cząt z kar­bo­wa­nymi wło­sami. Bar­dziej do­świad­czeni człon­ko­wie ze­społu wie­dzieli, że nie wolno za­wra­cać głowy li­de­rowi przed roz­po­czę­ciem pro­gramu.

- Daj mu czas - po­wie­działa Ru­denko, kiedy za­uwa­żyła, że pró­buję po­dejść do Ze­łen­skiego. - Przed­sta­wię cię, gdy bę­dzie po wszyst­kim.

Ze­łen­ski miał dużo na gło­wie, znacz­nie wię­cej niż tylko wy­stęp tego wie­czoru. Kilka go­dzin wcze­śniej ktoś zgło­sił za­gro­że­nie bom­bowe w te­atrze[1]. Ano­nim ostrzegł, że bu­dy­nek zo­stał za­mi­no­wany ła­dun­kami, które zo­staną zde­to­no­wane w trak­cie pro­gramu. Nie brzmiało to wia­ry­god­nie, więc Ze­łen­ski po­wie­dział ze­spo­łowi, że nie ma po­wo­dów do pa­niki. Praw­do­po­dob­nie na­zbyt od­dany zwo­len­nik jed­nego z po­zo­sta­łych uczest­ni­ków wy­ścigu pre­zy­denc­kiego pró­bo­wał sa­bo­to­wać pre­mierę. Nie­mniej trzeba było przed­się­wziąć do­dat­kowe środki ostroż­no­ści, więc funk­cjo­na­riu­sze z psami prze­szu­kali szat­nię i sto­iska z na­po­jami i pa­miąt­kami. Nie zna­leźli ni­czego po­dej­rza­nego, ale i tak za­re­ko­men­do­wali od­wo­ła­nie wy­stępu. Po po­łu­dniu Ze­łen­ski od­był na­radę z kie­row­nic­twem obiektu i za­pa­dła de­cy­zja o kon­ty­nu­owa­niu przy­go­to­wań. Wi­dzów na­wet nie po­in­for­mo­wano o ry­zyku. Po­nad trzy ty­siące lu­dzi stało już w holu, za­nim zna­la­złem się za ku­li­sami. Wpa­dliby w po­płoch, gdyby Ze­łen­ski po­wie­dział im o bom­bie. Uda­wał więc, że wszystko jest w po­rządku, by wi­dow­nia w nie­świa­do­mo­ści cie­szyła się wy­stę­pem.

Ar­ty­ści rów­nież nie wie­dzieli o groź­bie za­ma­chu. Po­mię­dzy ske­czami sia­dali na ku­frach z ko­stiu­mami, je­dli i wzno­sili to­a­sty. Garstka z nich od lat wy­stę­po­wała z Ze­łen­skim, dla któ­rego miał to być ostatni duży wy­stęp, za­nim wy­nik wy­bo­rów prze­nie­sie go na drugą stronę lu­stra - z sa­tyry do po­li­tyki. Wie­dzieli, że może już ni­gdy nie wró­cić, i za­sta­na­wiali się, czy za­bie­rze ich ze sobą do kan­ce­la­rii.

- To nie tak, że wziął­bym co­kol­wiek - wy­znał je­den z ko­mi­ków Ołek­sandr Pi­ka­łow, na­law­szy mi tro­chę whi­skey do pla­sti­ko­wego kubka - ale uwa­żam, że był­bym cał­kiem nie­złym mi­ni­strem obrony.

W mo­no­logu na otwar­cie Ze­łen­ski mó­wił o ab­sur­dach kam­pa­nii i przy­znał, że trud­niej mu te­raz pi­sać żarty. Praw­nicy mu­sieli przej­rzeć sce­na­riusz pod ką­tem na­ru­szeń prawa wy­bor­czego. Li­der wy­ścigu miał więc w te­le­wi­zji ogra­ni­czoną swo­bodę wy­po­wie­dzi. Nie mógł pro­wa­dzić otwar­tej agi­ta­cji po­li­tycz­nej i na­ma­wiać do gło­so­wa­nia w kon­kretny spo­sób, choć prze­pisy od­no­szące się do wy­ko­rzy­sta­nia iro­nii w kam­pa­nii nie były ostre.

- To nie jest kam­pa­nia - po­wie­dział pu­blicz­no­ści, mru­ga­jąc i śmie­jąc się. - To tylko kon­cert. To jest ja­sne. Poza tym prze­cież wła­śnie za to za­pła­ci­li­ście. - Zro­bił pauzę na od­dech, by do wszyst­kich do­tarła dzi­wacz­ność tej sy­tu­acji. - O czymś ta­kim świat do­tąd nie sły­szał - do­dał.

Wi­dow­nia uznała to za prze­za­bawne. Ko­mik czy kan­dy­dat, nie miało to zna­cze­nia. Uwiel­biali go w każ­dej z tych ról. Kiedy pro­gram się skoń­czył, Ze­łen­ski nie­mal go­dzinę spę­dził z fa­nami, ro­bił so­bie z nimi zdję­cia i przyj­mo­wał kwiaty. Wy­da­wał się zmę­czony, ale szczę­śliwy, a kiedy nas so­bie przed­sta­wiano, na jego twa­rzy nie było już na­wet śladu nie­po­koju. Przy­ja­ciele Ze­łen­skiego po­wie­dzą mi po­tem o jego uza­leż­nie­niu od braw, za­chwy­tów. Wła­śnie otrzy­mał ko­lejną dawkę, co ob­ja­wiało się w swo­bo­dzie uśmie­chu i roz­luź­nio­nej po­sta­wie.

- Wyj­ście na scenę bu­dzi we mnie dwa uczu­cia - wy­znał kie­dyś. - Naj­pierw jest strach, a po­tem, kiedy go prze­zwy­ciężę, włą­cza się ra­dość. To wła­śnie spra­wia, że tam wra­cam[2].

Przez całe ży­cie, od­kąd za­czął ka­rierę ko­mika jako na­sto­la­tek, uga­niał się za tym uczu­ciem. Wy­dało mi się to dziwne, że te­raz na­gle chciał po­rzu­cić wszystko, co zbu­do­wał.

Po­li­tyka ma pewne za­lety, ale Ze­łen­ski przy­wykł do okre­ślo­nych re­ak­cji tłu­mów na swoje wy­stępy, do en­tu­zja­zmu żoł­nie­rzy, któ­rych od­wie­dzał na fron­cie, do za­chwy­tów dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy za­pra­szali go do pro­gra­mów, by roz­ma­wiać z nim o jego fil­mach - to wszystko miało się skoń­czyć. Ży­cie miało się stać o wiele mniej we­sołe i znacz­nie bar­dziej skom­pli­ko­wane. Nie był już gwiazdą fil­mową. Nie­ważne, jak bar­dzo pró­bo­wał opie­rać się me­ta­mor­fo­zie - nowe obo­wiązki mu­siały wcze­śniej czy póź­niej za­mie­nić go w to, czym po­dobno gar­dził: w po­li­tyka.

Me­dia szybko w niego zwąt­piły, a po­tem zwró­ciły się prze­ciwko niemu. Po­ja­wiły się gafy i skan­dale, bu­dżety do prze­pchnię­cia i broń do za­kupu. Co naj­gor­sze, wkrótce wy­bu­chła peł­no­ska­lowa wojna. Już w 2019 roku, kiedy Ze­łen­ski za­ini­cjo­wał swoją kam­pa­nię pre­zy­dencką, Ukra­ina od pię­ciu lat była uwi­kłana w kon­flikt z Ro­sją o kon­trolę nad swo­imi wschod­nimi re­gio­nami. Nie­mal co ty­dzień mar­twi żoł­nie­rze wra­cali z frontu w trum­nach. Za­nim Ze­łen­ski wszedł do po­li­tyki, zgi­nęło po­nad dzie­sięć ty­sięcy osób. Czy na­prawdę chciał tego urzędu? Czy w ogóle był na to go­towy? Na­wet je­śli tak, to dla­czego po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać z ży­cia ak­tora i od­da­lić się od lu­dzi, któ­rych ko­chał: żony, przy­ja­ciół, zbu­do­wa­nego wspól­nie z nimi biz­nesu? Czy łak­nął wła­dzy? Nu­dził się?

Nie udzie­lił żad­nej spryt­nej ani prze­ko­nu­ją­cej od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, kiedy uda­li­śmy się po wy­stę­pie do jego gar­de­roby, aby po­roz­ma­wiać. Przej­rzał się w wiel­kim lu­strze. Więk­szość miej­sca na wie­sza­kach po le­wej zaj­mo­wały wy­pra­so­wane smo­kingi, nie bar­dzo było gdzie usiąść. Oparł się więc o to­a­letkę i od­po­wie­dział py­ta­niem na moje py­ta­nie:

- Ale to wszystko snoby? - Miał na my­śli świa­to­wych przy­wód­ców. - Nie ma wśród nich ni­kogo faj­nego?

Za­brzmiało to jak żart, ale utrzy­my­wał, że pyta po­waż­nie. Za­de­kla­ro­wał, że bę­dzie się spo­ty­kać tylko z tymi faj­nymi, a "pro­fe­sjo­na­li­ści" zajmą się resztą.

- Nie chcę zmie­niać swo­jego ży­cia. Nie chcę się stać po­li­tycz­nie po­prawny. To nie mój styl. - Może była to buta, a może na­prawdę nie wie­dział, co ozna­cza ten urząd. Wy­da­wał się szcze­rze wie­rzyć, że pre­zy­den­tura nie wy­musi na nim zmiany. Ży­cie show­mana na­uczyło go tego, czego po­trze­bo­wał, by ode­grać rolę pre­zy­denta, dla­tego za­mie­rzał po­zo­stać osobą ukształ­to­waną przez wcze­śniej­sze do­świad­cze­nia. - Je­śli za­tra­cisz sie­bie, uto­niesz w ba­gnie.

Zro­biło się późno. Wy­da­wał się zmę­czony, a przy­ja­ciele już na niego cze­kali, by ra­zem świę­to­wać. Za­nim się po­że­gna­li­śmy, za­py­ta­łem o alarm bom­bowy. Co o tym są­dzi?

- Cóż, to jest od­po­wiedź na pań­skie pierw­sze py­ta­nie - oświad­czył, na­wią­zu­jąc do na­szej roz­mowy o mo­ty­wach, dla któ­rych po­sta­no­wił star­to­wać w wy­bo­rach. Po­wie­dział, że klasa po­li­tyczna w Ki­jo­wie to banda ka­wa­la­rzy i chu­li­ga­nów. Ich dzia­łal­ność w ciągu kilku lat do­pro­wa­dzi do upadku go­spo­darki. Bez­sen­sowna wojna we wschod­niej Ukra­inie wy­krwa­wiała pań­stwo. Pe­ro­ro­wał tak przez chwilę, sza­fu­jąc żar­tami i me­ta­fo­rami. Utrzy­my­wał, że trzeba ra­to­wać Ukra­inę przed jej obec­nymi przy­wód­cami, któ­rych opi­sał jako za­gro­że­nie dla wszyst­kiego, co przez całe swoje ży­cie two­rzył. - Gdy­bym nie wy­star­to­wał, to wszystko wkrótce by prze­pa­dło - pod­kre­ślił, obej­mu­jąc ge­stem lu­stro i wie­szaki. - Tak po pro­stu. Prze­pa­dłoby.

Ani tam­tego wie­czoru, ani w nad­cho­dzą­cych mie­sią­cach nie przy­szło mi do głowy, że pew­nego dnia na­pi­szę książkę o Ze­łen­skim. Te­raz wy­daje się oczy­wi­ste, że na­sze spo­tka­nie w Pa­łacu Ukra­ina otwo­rzyło przede mną drzwi do jej na­pi­sa­nia w chwili, kiedy jego ze­spół po raz pierw­szy za­pro­sił mnie za ku­lisy i w swoje sze­regi. Po wio­sen­nych wy­bo­rach pre­zy­denc­kich kon­ty­nu­owa­łem pracę jako ko­re­spon­dent ma­ga­zynu "Time". Pi­sa­łem o Ze­łen­skim, kiedy pró­bo­wał rzą­dzić, usta­na­wiał re­la­cje z Bia­łym Do­mem Do­nalda Trumpa, ne­go­cjo­wał wa­runki ro­zejmu z Ro­sją Wła­di­mira Pu­tina. By­łem obok, kiedy roz­mowy z Pu­ti­nem się za­ła­mały, a Ro­sja­nie za­częli przy­go­to­wa­nia do peł­no­ska­lo­wej in­wa­zji, i po­zo­sta­łem bli­sko, kiedy ta in­wa­zja się roz­po­częła.

Przez te lata, gdy wra­ca­łem do domu z po­dróży do Ki­jowa, lu­dzie czę­sto py­tali mnie o cha­rak­ter Ze­łen­skiego. Moja od­po­wiedź ewo­lu­owała, jak on sam. Pod­czas kam­pa­nii wi­dzia­łem w nim na­iw­nego cza­ru­sia przy­go­to­wu­ją­cego się do wej­ścia w świat cy­ni­ków, oli­gar­chów i oprysz­ków, któ­rzy nie bez po­wodu uwa­żali go za ła­twy cel. Kiedy je­sie­nią 2019 roku spo­tka­li­śmy się po­now­nie, w kan­ce­la­rii, miał już w so­bie tru­ci­znę tego świata, która po­zba­wiła go spo­rej dozy daw­nej nie­win­no­ści. Do­świad­cze­nie wła­dzy nie znie­czu­liło go jed­nak, jesz­cze nie, ale nie przy­go­to­wało go też do­sta­tecz­nie na kon­fron­ta­cję twa­rzą w twarz z Pu­ti­nem.

Naj­więk­sze zmiany w Ze­łen­skim - te, które stały się sed­nem tej książki - za­szły w pierw­szych mie­sią­cach no­wej fazy ro­syj­skiej in­wa­zji na Ukra­inę, kiedy stał się pre­zy­den­tem wo­jen­nym w do­bie na­tych­mia­sto­wej in­for­ma­cji. Uparty, pewny sie­bie, żądny ze­msty, mało dy­plo­ma­tyczny, bra­wu­rowo od­ważny, od­porny na na­ci­ski i bez­względny wo­bec tych, któ­rzy wejdą mu w drogę - ska­na­li­zo­wał gniew i wa­lecz­ność swo­ich współ­o­by­wa­teli, a na­stęp­nie ja­sno i zwięźle prze­ka­zał je światu, sta­jąc się sym­bo­lem hartu du­cha, o ja­kim ma­rzą przy­wódcy w ta­kich sy­tu­acjach. Nie­mniej to umie­jęt­no­ści, które szli­fo­wał przez po­nad dwa­dzie­ścia lat ka­riery sce­nicz­nej i fil­mo­wej jako ak­tor i pro­du­cent, prze­są­dziły o jego sku­tecz­no­ści w to­cze­niu tej wojny, wojny wy­ma­ga­ją­cej od Ukra­iń­ców nie tylko utrzy­ma­nia świa­to­wego za­in­te­re­so­wa­nia, lecz także po­zy­ska­nia sym­pa­tii lu­dzi i rzą­dów na ca­łym świe­cie. No­wo­cze­sna tech­no­lo­gia wy­po­sa­żyła go w środki do wy­ko­na­nia za­da­nia. Ofi­cjal­nie przy­ja­ciele i pra­cow­nicy Ze­łen­skiego po­wta­rzali, że za­wsze miał on ce­chy gwa­ran­tu­jące, że so­bie po­ra­dzi. Nie­ofi­cjal­nie przy­zna­wali, że szo­kuje ich jego nowa oso­bo­wość. Ukra­ińcy nie wie­rzyli, że sta­nie na wy­so­ko­ści za­da­nia. Ja też nie wie­rzy­łem.

W pierw­szych go­dzi­nach peł­no­ska­lo­wej in­wa­zji jego suk­ces jako przy­wódcy po­le­gał na tym, że od­waga jest za­raź­liwa. Roz­prze­strze­niła się w sze­re­gach ukra­iń­skich po­li­ty­ków, kiedy wszy­scy po­jęli, że pre­zy­dent zo­staje. Inni urzęd­nicy od­po­wie­dzialni za za­rzą­dza­nie pań­stwem po­szli w jego ślady. Za­miast ucie­kać i ra­to­wać ży­cie, Ukra­ińcy się­gnęli po to, co mieli pod ręką, i po­szli bro­nić swo­ich miast i wsi przed ar­mią na­jeźdźcy wy­po­sa­żoną w czołgi i my­śliwce.

Jak dużą część za­sługi na­leży w tym wy­padku przy­pi­sać Ze­łen­skiemu? W pierw­szym dniu no­wej fazy in­wa­zji po­in­for­mo­wano go, że Ro­sja­nie za­mie­rzają za­jąć Ki­jów i oba­lić rząd, a on wy­dał roz­kaz po­wstrzy­ma­nia ich za wszelką cenę. Ukra­iń­skie siły zbrojne nie po­trze­bo­wały jed­nak jego po­le­ce­nia, by bro­nić sto­licy. Ma­china oporu zo­stała już wpra­wiona w ruch, i to nie Ze­łen­ski stał u steru. Mie­sią­cami ba­ga­te­li­zo­wał ry­zyko peł­no­ska­lo­wej wojny, na­wet kiedy ame­ry­kań­ski wy­wiad ostrze­gał, że jest ona nie­unik­niona. Gdy się za­częła, dał do­wód­com woj­sko­wym pełną swo­bodę na polu bi­twy, a sam sku­pił się na tym wy­mia­rze pro­wa­dze­nia wojny, w któ­rym mógł być naj­bar­dziej sku­teczny: na utrzy­my­wa­niu Ukra­iny na pierw­szych stro­nach ga­zet i prze­ko­ny­wa­niu świata, by po­mógł.

To na­pę­dzało go na po­czątku in­wa­zji i za­de­cy­do­wało o jego re­ak­cji na mój plan na­pi­sa­nia książki. Miał am­bi­wa­lentny sto­su­nek do tego po­my­słu. Trwała wojna, jego prze­sła­nie mu­siało prze­bić się do opi­nii pu­blicz­nej w kilka se­kund, a me­dia spo­łecz­no­ściowe da­wały mu tę moc. Tak jak te­le­wi­zja. Z ko­lei pi­sa­nie książki to długi pro­ces. Nie­raz dał mi też do zro­zu­mie­nia, że mój po­mysł jest przed­wcze­sny. Był pre­zy­den­tem trzeci rok, miał czter­dzie­ści parę lat, nie prze­żył tyle, nie osią­gnął dość, aby kon­cen­tro­wać się na swo­jej bio­gra­fii.

- Nie je­stem jesz­cze taki stary - po­wie­dział mi pew­nego dnia z uśmie­chem.

Co wię­cej, w trak­cie wojny trudno prze­wi­dzieć, jak skoń­czy się po­świę­cona jej książka. Gdy wio­sną 2022 roku, pięć­dzie­sią­tego pią­tego dnia ro­syj­skiej in­wa­zji na pełną skalę, po raz pierw­szy roz­ma­wia­li­śmy o tym w jego ga­bi­ne­cie, za­py­tał, kiedy za­mie­rzam za­koń­czyć książkę. Od­par­łem, że chcę opi­sać mniej wię­cej pierw­szy rok peł­no­ska­lo­wej wojny, a po­tem pu­bli­ko­wać. Mina mu zrze­dła, kiedy to usły­szał.

- My­ślisz, że ta wojna nie skoń­czy się w ciągu naj­bliż­szego roku?

Osta­tecz­nie pi­sa­nie za­jęło mi grubo po­nad dwa­na­ście mie­sięcy, a wojna trwała na­dal. W pierw­szym roku po­chło­nęła setki ty­sięcy ist­nień, prze­sie­dliła mi­liony i w trzy de­kady po za­koń­cze­niu zim­nej wojny po­zba­wiła świat złu­dzeń co do trwa­ło­ści po­koju w Eu­ro­pie. Choć obaj mie­li­śmy na­dzieję, że walki za­koń­czą się zde­cy­do­wa­nym zwy­cię­stwem Ukra­iń­ców, że ro­syj­ska próba pod­po­rząd­ko­wa­nia so­bie lub uni­ce­stwie­nia są­siada skoń­czy się wy­ro­kami dla prze­stęp­ców wo­jen­nych z Mo­skwy, Ze­łen­ski wie­dział rów­nie do­brze jak wszy­scy, że sto­su­nek sił nie prze­ma­wia na jego ko­rzyść. Tak czy ina­czej po­zwo­lił mi pi­sać da­lej.

Gdyby epi­cen­trum tej wojny dało się okre­ślić ze­sta­wem współ­rzęd­nych, pro­wa­dzi­łyby one za­pewne do biura Ze­łen­skiego w ki­jow­skiej dziel­nicy rzą­do­wej - do kan­ce­la­rii pre­zy­denta przy ulicy Ban­ko­wej 11, za za­ba­ry­ka­do­waną bramę, do ciem­nych, sta­ro­mod­nych po­koi. W pierw­szym roku peł­no­ska­lo­wej in­wa­zji pre­zy­dent i jego lu­dzie po­zwo­lili mi tam spę­dzać mnó­stwo czasu, ob­ser­wo­wać ich pracę, prze­pro­wa­dzać z nimi wy­wiady na te­mat sy­tu­acji na fron­cie, kon­flik­tów w ad­mi­ni­stra­cji, ich na­dziei, pla­nów, obaw i wspo­mnień. Po ja­kimś cza­sie miej­sce to za­częło się wy­da­wać zna­jome, chwi­lami na­wet nor­malne, po­mimo alar­mów prze­ciw­lot­ni­czych. Wszy­scy do mnie przy­wy­kli. Żar­to­wa­li­śmy ra­zem, pi­li­śmy kawę, cze­ka­li­śmy, aż spo­tka­nie za­cznie się lub skoń­czy, po­le­ga­li­śmy na żoł­nier­zach, nie­od­stę­pu­ją­cych nas na krok, ostrze­ga­ją­cych przed za­gro­że­niami, słu­żą­cych nam za prze­wod­ni­ków, kiedy oświe­tlali la­tar­kami ciemne ko­ry­ta­rze i po­koje, w któ­rych sy­piano na pod­ło­dze.

Nie­które osoby z oto­cze­nia Ze­łen­skiego, zwłasz­cza te od­po­wie­dzialne za jego bez­pie­czeń­stwo, nie za­wsze zga­dzały się z tym, jak sze­roki do­stęp do sie­bie dał mi pre­zy­dent, zwłasz­cza kiedy za­pra­szał mnie do wspól­nego po­dró­żo­wa­nia na front. Ni­gdy nie wy­ja­śnił, dla­czego to ro­bił. Jego per­so­nel po­wie­dział tylko, że pre­zy­dent ufa w szcze­rość mo­jej re­la­cji. Znał moją pracę i ro­zu­miał, że nie zre­ali­zuję swo­jego za­mie­rze­nia z da­leka. Pra­co­wa­łem z Ki­jowa, z prze­rwami, od 2009 roku - prak­tycz­nie przez całą swoją dzien­ni­kar­ską ka­rierę. To mia­sto stało się dla mnie dru­gim do­mem. Po­łowa mo­jej ro­dziny jest ukra­iń­ska. Druga po­łowa ro­syj­ska. Mój oj­ciec wy­cho­wy­wał się w środ­ko­wej Ukra­inie, nie­da­leko ro­dzin­nego mia­sta Ze­łen­skiego. Po­znał moją matkę na przed­mie­ściach Mo­skwy, gdzie miesz­ka­li­śmy przez sześć pierw­szych lat mo­jego ży­cia, za­nim w 1989 roku, dwa lata przed upad­kiem Związku Ra­dziec­kiego, ucie­kli­śmy do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W San Fran­ci­sco mó­wiło się u nas w domu po ro­syj­sku, po­tem w tym ję­zyku po­ro­zu­mie­wa­łem się z Ze­łen­skim.

Na Ban­ko­wej moim głów­nym ce­lem stało się spi­sy­wa­nie hi­sto­rii to­czą­cej się wojny, próba zro­zu­mie­nia wy­da­rzeń, które do­pro­wa­dziły do ro­syj­skiej in­wa­zji, i upa­mięt­nie­nie spo­sobu, w jaki do­świad­czali jej Ze­łen­ski i jego lu­dzie. Ku mej fru­stra­cji nie pro­wa­dzili dzien­ni­ków, w ża­den spo­sób nie re­je­stro­wali wy­da­rzeń albo nie chcieli się tym ze mną dzie­lić. Wia­do­mo­ści tek­stowe i zdję­cia, które po­ka­zy­wali mi w te­le­fo­nach, mo­gły uchwy­cić tylko skrawki emo­cji, uła­mek tego wy­czer­pa­nia i lęku. Pre­zy­dent miał w zwy­czaju od­po­wia­dać na wia­do­mo­ści ikoną unie­sio­nego kciuka, co trudno było zin­ter­pre­to­wać. Kiedy w roz­mo­wie po­ru­sza­łem te­mat jego prze­żyć we­wnętrz­nych, sta­wał się nie­obecny i la­ko­niczny, ucie­kał się do żar­tów albo uni­ków za­ciem­nia­ją­cych ob­raz tego, jak zmie­niła go wojna.

Z cza­sem ujaw­niał co­raz wię­cej, ale na­sze wy­wiady nie wy­star­czy­łyby do na­pi­sa­nia tej książki. Mu­sia­łem po­zy­skać wy­po­wie­dzi jego przy­ja­ciół i wro­gów, do­rad­ców, mi­ni­strów, per­so­nelu, jak rów­nież - a może przede wszyst­kim - jego żony, pierw­szej damy Ołeny Ze­łen­skiej. To ona naj­bar­dziej przy­czy­niła się do do­pre­cy­zo­wa­nia szcze­gó­łów, a przy licz­nych oka­zjach po­pra­wiała też re­la­cje męża z róż­nych wy­da­rzeń. Do­piero wzięte ra­zem hi­sto­rie ze wszyst­kich tych źró­deł, z ust wszyst­kich tych świad­ków ujaw­niły o przy­wódz­twie Ze­łen­skiego w cza­sie wojny to, czego sam ujaw­nić bym nie zdo­łał. Nie­kiedy w środku roz­mowy pre­zy­dent wzy­wał ochro­nia­rza albo ko­goś z per­so­nelu, aby zwe­ry­fi­ko­wał szcze­góły. Czę­sto oka­zy­wało się, że ina­czej za­pa­mię­tali oni różne rze­czy.

Tak bywa ze wspo­mnie­niami. Cza­sami nas zwo­dzą. Nie­które z tych prze­kła­mań za­pewne zna­la­zły się w tej książce po­mimo mo­ich wy­sił­ków, aby je wy­ple­nić. Za część błę­dów po­no­szę od­po­wie­dzial­ność ja, po­nie­waż ko­goś źle zro­zu­mia­łem albo źle za­pi­sa­łem szcze­góły. Cza­sem wspo­mnie­nia mo­ich roz­mów­ców mogą się oka­zać nie­pre­cy­zyjne, rów­nież wspo­mnie­nia pre­zy­denta. Nie wi­nił­bym ich za to. Jak po­wie­dział mi je­den z do­rad­ców Ze­łen­skiego o pierw­szych ty­go­dniach peł­no­ska­lo­wej in­wa­zji:

- Każdy nowy dzień cał­ko­wi­cie wy­ma­zy­wał ten wcze­śniej­szy: to, gdzie się było, to, co się działo.

Wy­daje się, że to nor­malny od­ruch w cza­sach śmier­tel­nego nie­bez­pie­czeń­stwa. Umysł działa w try­bie prze­trwa­nia, a nie za­pa­mię­ty­wa­nia.

By­łem na­ocz­nym świad­kiem wielu opi­sa­nych tu wy­da­rzeń, ale mnó­stwo z nich znam je­dy­nie z re­la­cji in­nych osób. Nie­któ­rzy roz­ma­wiali ze mną w ich trak­cie albo tuż po, kiedy wspo­mnie­nia są jesz­cze świeże, za­nim staną się uzgod­nioną nar­ra­cją na te­mat tego, co za­szło. Ro­bi­łem, co w mo­jej mocy, by we­ry­fi­ko­wać fakty na pod­sta­wie licz­nych źró­deł i za­łą­czać te re­la­cje, które mó­wią naj­wię­cej, są naj­waż­niej­sze dla po­wszech­nego ro­zu­mie­nia tej wojny. We­dług mo­jej wie­dzy wszyst­kie one są praw­dziwe.

Nie za­wsze uka­zują one Ze­łen­skiego w ko­rzyst­nym świe­tle. Cza­sami jego za­lety, ta­kie jak od­waga, spro­wa­dzały na niego nie­bez­pie­czeń­stwo nie­uza­sad­nione po­wagą sprawy. Nie­raz, kiedy po­dą­ża­łem jego śla­dem, ma­rzy­łem, by czuł wię­cej tego stra­chu, który wi­dzia­łem na jego twa­rzy tam­tego wie­czoru w Pa­łacu Ukra­ina. Strach może nas chro­nić. Może po­pchnąć nas do ucieczki. Pre­zy­dencka umie­jęt­ność za­rzą­dza­nia nim, prze­zwy­cię­ża­nia go, ma wiele wspól­nego z tym, jak Ukra­ina upo­rała się z za­gro­że­niem dla swego ist­nie­nia. Może się wy­da­wać, że inna droga ży­ciowa le­piej przy­go­to­wa­łaby Ze­łen­skiego do prze­wo­dze­nia kra­jowi pod­czas wojny. Te­raz jed­nak, kiedy pa­trzę wstecz, wcale nie je­stem tego taki pe­wien.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRZY­PISY

Moim głów­nym źró­dłem w przy­go­to­wa­niu tej książki były roz­mowy z uczest­ni­kami opi­sa­nych wy­da­rzeń, w szcze­gól­no­ści pięć wy­wia­dów, które prze­pro­wa­dzi­łem z Wo­ło­dy­my­rem Ze­łen­skim w okre­sie mię­dzy wio­sną 2019 roku a je­sie­nią 2022 roku. Więk­szość cy­ta­tów z tych roz­mów ozna­czona jest w tek­ście. W ta­kich przy­pad­kach nie wy­mie­nia­łem ich po­now­nie w ni­niej­szym spi­sie.

Pod­czas zbie­ra­nia in­for­ma­cji do książki po­le­ga­łem na mo­ich dziel­nych współ­pra­cow­ni­kach, zwłasz­cza Sew­gil Mu­sa­je­wej i jej ze­spole w Ukra­jinś­kiej Praw­dzie; new­sro­omie RBC Ukra­ine oraz re­dak­cjach "Kyiv Post" i "Kyiv In­de­pen­dent"; ukra­iń­skich ser­wi­sach BBC i Ra­dia Wolna Eu­ropa; i wielu in­nych. Dużo do­wie­dzia­łem się z re­la­cji o woj­nie w Ukra­inie pu­bli­ko­wa­nych przez mię­dzy­na­ro­dowe me­dia: As­so­cia­ted Press, "The Wa­shing­ton Post", "The Wall Street Jo­ur­nal, "The New York Ti­mes", "The Gu­ar­dian", CNN, "Bild", "Der Spie­gel" i inne. Moje zro­zu­mie­nie hi­sto­rii Ukra­iny i jej wojny z Ro­sją po­głę­biła lek­tura ksią­żek, mię­dzy in­nymi au­tor­stwa Ca­the­rine Bel­ton, Ju­lii Men­del, Chri­sto­phera Mil­lera, Ser­hija Pło­chija, Ser­hija Ru­denki, Shauna Wal­kera, Jo­shuy Yaffy i Mi­cha­iła Zy­gara.

Pro­log

[1] Olha Ru­denko po­in­for­mo­wała mnie o za­gro­że­niu bom­bo­wym za ku­li­sami Pa­łacu Ukra­ina 13 marca 2019 roku. Ro­man Nie­dziel­ski, ów­cze­sny dy­rek­tor ge­ne­ralny obiektu, opi­sał te wy­da­rze­nia pod­czas wy­wiadu, który prze­pro­wa­dzi­łem z nim 28 czerwca 2022 roku. Od­niósł się w nim do re­ak­cji po­li­cji oraz de­cy­zji pod­ję­tej po kon­sul­ta­cji z Ze­łen­skim, aby nie od­wo­ły­wać wy­stępu. Kilka ukra­iń­skich por­tali do­nio­sło o za­gro­że­niu bom­bo­wym na­stęp­nego dnia, w tym strana.ua, która po­wo­ły­wała się na źró­dła w po­li­cji.

[2] Ze­łen­ski wy­po­wie­dział te słowa w jed­nym z od­cin­ków se­rialu do­ku­men­tal­nego o nim i jego fir­mie Stu­dio Kwar­tał 95, wy­pro­du­ko­wa­nym przez jego firmę i za­miesz­czo­nym na YouTu­bie 12 paź­dzier­nika 2014 roku. Se­rial nosi ty­tuł Квартал и его команда [Kwar­tał i jego ekipa].