Show - Javier Ruescas

Reflow text when sidebars are open.
Before you came into my life
I missed you so bad.
Carly Rae Jepsen, "Call Me Maybe"
Nie należę do osób, które sądzą, że sny mają jakieś ukryte znaczenie. W odróżnieniu od Lea nie potrafię uwierzyć, że odpowiedzi na wszystkie pytania świata kryją się w kuli 8. Jednak kiedy ocknąłem się tego rana, ciężko łapiąc powietrze, zlany potem, ogarnęły mnie złe przeczucia.
W koszmarze, z którego właśnie się ocknąłem, stałem na scenie, reflektory biły mnie po oczach, a wokół wszyscy okropnie się śmiali. Były to straszliwe, ogłuszające wybuchy śmiechu, od których aż bolały mnie uszy i które uniemożliwiały zorientowanie się, czego właściwie po mnie oczekują. Kiedy już myślałem, że zwariuję, poczułem drżenie pod stopami, a scena i cała reszta zaczęły się zapadać. Nim runąłem w przepaść, dostrzegłem cień osoby, która wywołała to trzęsienie ziemi, choć nie mogłem zobaczyć jej bezpośrednio. Potem wszystko się rozpadło, a ja otworzyłem oczy, czując, że zaschło mi w gardle.
Daruma, którego dostałem od profesora Haru, patrzył na mnie obojętnie z szafki nocnej swoją jedyną źrenicą. Co kazało mi myśleć, że w tym koszmarze kryło się jakieś szczególne znaczenie? Nie mam pojęcia, ale przez kilka godzin aż do czasu, gdy zamknąłem się w studiu, by pracować, nie potrafiłem pozbyć się tego wrażenia.
Zwykle poświęcałem niedziele na lekturę, obejrzenie w pokoju jakiegoś filmu lub (jeśli udało mi się przekonać Sarah) szedłem zobaczyć przedstawienie na Brodwayu, oczywiście zawsze pod opieką Hermanna.
Jednak tym razem wolałem zostać w budynku i popracować nad nielicznymi tematami, które już miałem na nową płytę. Najbardziej zadowolony byłem z utworu, który nazwałem Brothers i oczywiście zadedykowałem Leowi. Reszta, ku mojej rozpaczy, brzmiała tak dołująco, że nie mogła przejść nawet przez pierwsze sito. Kiedy przestawałem pisać o złamanych sercach, natychmiast zaczynałem o kłamstwach i zdradach, złotych klatkach i fałszywych pozorach.
Haru uważał, że piosenki są dobre i widział w nich spory potencjał, ale ja nie chciałem stać się jednym z tych wokalistów, których płyty są jawną zachętą do samobójstwa. Jeśli kiedyś postanowię uratować któryś z tych utworów, to dopiero wtedy, gdy sam przezwyciężę kryzys. Póki co pozwoliłem im czekać w zeszycie do nut, traktując jak coś w rodzaju pamiętnika. Ostatecznie postępowałem tak, od kiedy nauczyłem się zapisywać muzykę na pięciolinii.
Wziąłem gitarę i zacząłem grać akordy, które przebiegały mi przez głowę. Przynajmniej tego nie mógł mi zabrać Develstar.
Potem przetestowałem różne warianty, aż wreszcie skomponowałem melodię, która dokładnie oddawała mój parszywy nastrój wywołany koszmarem. Z każdą zanotowaną w zeszycie nutą czułem się spokojniejszy. Mogłem sobie ulżyć, nie zadręczając zwierzeniami przyjaciół... i nie opłacając psychoanalityka.
Kończyłem już, gdy drzwi studia się otworzyły i ukazał się w nich profesor Haru. Spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni.
- Nie spodziewałem się ciebie tutaj - powiedział, jak zwykle się uśmiechając.
- Ani ja ciebie. Co tu robisz? Przecież Maeko nie cierpi, gdy pracujesz w weekendy... - zażartowałem. Niedawno przedstawił mnie swojej żonie i od tamtej pory wciąż kpiłem sobie z niego, że za wiele pracuje.
Zaśmiał się i usiadł przy stole mikserskim.
- Dziś zabrała małą na urodziny...
- ... a ponieważ nie miałeś nic lepszego do roboty, postanowiłeś spędzić niedzielę tutaj.
- To samo mógłbym powiedzieć o tobie. Czemu nie korzystasz z tego wspaniałego poranka? - zainteresował się.
Spojrzałem przez okno i westchnąłem.
- Uwierzysz, jak powiem, że średnio mnie bawi wychodzenie z Hermannem snującym się za mną jak cień? Nie mogę nawet przejrzeć głupiego komiksu, żeby nie zaczął wzdychać, bo mu nudno. To beznadziejne!
Haru wybuchnął śmiechem i zapewnił, że mi wierzy.
- Ale przynajmniej dobrze się bawisz, kiedy zabierają cię do tych niesamowicie zabawnych programów w telewizji, co? Jak to szło? Raz, dwa, trzy, stonogę zabij ty! - zawołał.
- Nie waż się o tym wspominać! - ostrzegłem, oblewając się rumieńcem. - Chcesz wiedzieć, czy było to żenujące? Owszem, było. Wiem o tym. Nie chciałem nawet tego oglądać w Internecie...
- To było zabawne.
- Żałosne.
Po ujawnieniu prawdy na temat Play Serafin pojawiły się wyrazy sympatii dla mnie i to w ilościach narastających lawinowo, ale wraz z nimi zwielokrotniły się też przejawy nienawiści i rozczarowania, gdy okazało się, że Leo nie będzie już występował. Przerażało mnie to do tego stopnia, że nie byłem w stanie wygooglować własnego imienia w obawie przed tym, na co się natknę.
- Tak naprawdę przyszedłem, bo wezwał mnie pan Gladstone, żeby... coś omówić i skorzystałem z okazji, by zabrać te papiery - wyjaśnił Haru, biorąc ze stołu jakieś kartki.
- Coś omówić? - spytałem zaintrygowany. - Coś supertajnego? Moje honorarium?
- Obawiam się, że nie - odparł ze smętnym uśmiechem. - Chętnie powiedziałbym ci, o co chodzi, ale wyraźnie mi zapowiedziano, żebym tego nie robił.
- A od kiedy to słuchamy ich poleceń?! - wykrzyknąłem żartobliwie, choć w gruncie rzeczy od środka zżerała mnie ciekawość i niepokój. W myśli powtarzałem sobie w kółko: Wiedziałem. Wiedziałem, że coś się wydarzy.
Profesor Haru wstał i poklepał mnie po plecach.
- Nic się nie martw. Jestem pewien, że powiedzą ci o tym jeszcze dzisiaj. Ćwicz sobie dalej, a jutro pokażesz mi, co tu grałeś. Brzmiało nieźle.
Pożegnał się gestem ręki i znów zostałem sam, z gitarą na kolanach i wzrokiem wbitym w ścianę.
Nie znosiłem niespodzianek. Od czasu, kiedy skończyłem dziesięć lat, mówiłem rodzicom, co chcę dostać w prezencie na urodziny i na Gwiazdkę. Nie lubiłem zaskakujących upominków ani wiadomości-niespodzianek, które ktoś zapodawał nagle w środku kolacji. Przypuszczam, że ta fobia pogłębiła się u mnie po przejściach z Develstarem. Co wymyślili tym razem?
Usiadłem na obrotowym krześle. Nie miałem ochoty dalej grać, bo w głowie kotłowały mi się przypuszczenia, każde następne gorsze od poprzedniego. A co jeśli znaleźli trzecią twarz dla Play Serafin? Albo jeśli ogłoszą, że począwszy od teraz, moim zadaniem będzie komponowanie piosenek dla innych i nie zostanie mi czasu na własne? Niemożliwe, powtarzałem sobie. Takie coś mógłby robić ktokolwiek i to za znacznie mniejsze pieniądze niż te, które mi płacą. Poza tym walczyli zbyt ciężko o to, by skandal jak najmniej zaszkodził marce Play Serafin, i z pewnością nie zechcą pozbywać jej się tak lekko. Nie, to musiało być coś innego. Tylko co?
Wstałem rozdrażniony i zgnębiony zacząłem krążyć po pokoju niczym lew uwięziony w klatce. Miałem dosyć tego, że zawsze muszę czekać, aż zechcą mi cokolwiek zakomunikować. Chciałem wiedzieć, co knują, i chciałem to wiedzieć natychmiast.
Wyszedłem ze studia i ruszyłem do windy. W żadnym wypadku nie chciałem narobić kłopotów profesorowi Haru, ale zamierzałem jasno powiedzieć, że to nie jego wina.
Gdy znalazłem się na piętrze, gdzie mieści się gabinet pana Gladstone'a, zwolniłem, aż w końcu się zatrzymałem. A jeśli wcale ich tu nie ma? Ostatecznie jest niedziela. Poza tym, jaki właściwie miałem plan? Zapukać i zapytać, czym chcą mnie zaskoczyć? Wtargnąć bez uprzedzenia i przyłapać ich na gorącym uczynku?
Nagle drzwi gabinetu otworzyły się i z głębi doleciały mnie wybuchy śmiechu. Nie zdążyłem zawrócić i nieoczekiwanie stanąłem twarzą w twarz z dyrektorem firmy, panią Coen, oraz z jakąś kobietą i dziewczyną, których zupełnie nie znałem.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to matka i córka, nie tyle jednak ze względu na podobieństwo, co raczej wyraźne różnice między nimi. Starsza, lekko pulchna, w ciemnych butach, szarej spódnicy i żakiecie wyglądała na poważną osobę. Jej śmiech robił nieszczere wrażenie. Dziewczyna za to była szczupła i smukła, minimalnie niższa ode mnie.
Miała na sobie czarny top aż do pół uda, skórzaną kurtkę, cienkie rajstopy w kilku odcieniach czerwieni i wysokie kozaki. W rękach, przyozdobionych niezliczonymi pierścionkami, w roztargnieniu miętosiła czarny melonik. Była wyjątkowo ładna. Jej twarz o wydatnych kościach policzkowych, z licznymi piegami na nosie, rozświetlały wielkie zielone oczy i uśmiech delikatnych ust. Nosiła krótkie włosy z odważną asymetryczną grzywką i podgolonym karkiem. Gdyby chodziło o kogoś innego, uśmiałbym się w duchu, zastanawiając się, ile czasu zajęło wypracowanie tak szczególnej fryzury, zarazem spontanicznej i wystudiowanej, ale w jej przypadku nie potrafiłem. Częściowo dlatego, że póki nie wiedziałem, kto to taki i co tu robi, uważałem ją za zagrożenie... choć nie potrafiłem jeszcze określić jakiego rodzaju.
- Aarón! - zawołał Eugene Gladstone na mój widok. - Właśnie o tobie mówiliśmy. Potrzebujesz czegoś?
- O mnie? A... Nie, chciałem tylko... Nic takiego, nieważne. I tak już miałem wracać - dodałem, pokazując kciukiem za siebie.
- Poczekaj chwilę. Skoro już tu jesteś, chciałbym ci przedstawić twoją nową towarzyszkę przygód: Zoe.
- Jak leci? - Przywitała się, wyciągając do mnie rękę. Bransolety na jej nadgarstku zabrzęczały podczas uścisku dłoni. - Miło wreszcie cię poznać.
- Zoe to bardzo utalentowana młoda osoba, sam się przekonasz. Zostanie z nami na jakiś czas. Może pokażesz jej budynek, skoro tu jesteś. Na pewno znajdziecie wiele wspólnych tematów.
Odruchowo zmarszczyłem brwi. Kim była ta dziewczyna? Czemu tak bardzo chciała mnie poznać? Czy to jakaś nowa gwiazda Develstaru? Na tak krótko starczyło im Play Serafin?
- Jeśli masz coś do roboty, nie chciałabym zabierać ci czasu... - powiedziała, źle tłumacząc sobie wyraz mojej twarzy.
- Nie, skąd - zapewniłem. - W sumie... właśnie miałem się trochę przejść.
- Doskonale! - wtrącił dyrektor, podchodząc, by poklepać mnie po plecach (zaczynałem wierzyć, że ten gest przynosi szczęście). - My w tym czasie akurat dopełnimy formalności z panią Tessport. Proszę ze mną! - zwrócił się do ubranej na szaro kobiety. Ta skinęła głową i poszła za nim w towarzystwie Sarah, która na odchodnym rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie.
- Dobrze... - powiedziałem, gdy zostaliśmy sami. - Co byś chciała zrobić? Widziałaś już coś czy...?
- Nic - odparła, umieszczając melonik na czerwonawych włosach. - Chcę, żebyś mnie zaprowadził wszędzie, nawet tam, gdzie nie wolno.
Zaśmiałem się z żartu, choć jej spojrzenie kazało mi się zastanawiać, czy przypadkiem nie powiedziała tego serio, i wskazałem jej drogę.
Podobnie jak kiedyś, gdy pani Coen oprowadzała nas z Leem, przeszliśmy po różnych piętrach budynku, a ja po drodze wyjaśniałem jej, co gdzie się znajduje. Zamiast korzystać z windy, wolała iść po schodach.
Z początku wyglądała na zaciekawioną, ale gdy dotarliśmy na trzecie piętro, poczułem, że całkiem straciła zainteresowanie dla moich wyjaśnień. Próbowałem właśnie krótko streścić, czym zajmuje się dział prawny i biura agencji, kiedy Zoe nagle stanęła w miejscu i położyła mi dłoń na ramieniu.
- Masz dosyć? - zapytałem, wiedząc, że nawet dla mnie samego było to strasznie nudne.
- Niezupełnie - uściśliła. - Mam lepszy pomysł. Może przytoczysz mi jakieś wspomnienie związane z każdym z tych miejsc?
- Wspomnienie? Prawdziwe?
Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się.
- Możesz kłamać, pod warunkiem, że zrobisz to dobrze.
- Ale czemu cię to ciekawi? - zapytałem zaskoczony.
Oparła się o ścianę i zdjęła melonik.
- Po pierwsze dlatego, że wiem, do czego służy dział prawny - powiedziała z rozbawieniem. - A poza tym, jeśli mam tu być przez jakiś czas, wolałabym zapomnieć o wszystkim, co o tobie słyszałam z mediów, i zacząć od zera. Tak będzie sprawiedliwie, nie sądzisz? Będziemy na równych prawach. No właśnie, to mi przypomina, że jeszcze się nie przedstawiłeś.
Przez chwilę stałem bez słowa, analizując jej słowa. Czy to jakaś zakamuflowana dziennikarka?
- Ach... jestem Aarón. Aarón Serafin - powiedziałem w końcu. Wyciągnąłem do niej dłoń i poczułem się dość głupio, nie wiedząc, czy mówi poważnie, ale Zoe uściskała ją z entuzjazmem.
- Bardzo mi miło, Aarón. Ja nazywam się Zoe Tessport. Choć tak naprawdę to nazwisko mojej adopcyjnej matki, które mi się nie podoba.
Nagle wydało mi sie, że powinienem ją przeprosić, choć nie wiedziałem za co właściwie, ale wyglądała na tak szczęśliwą i beztroską, że zachowałem dla siebie te wyrazy współczucia.
Zapytała mnie, skąd pochodzę. Wyjaśniłem, że z Hiszpanii, choć mój ojciec urodził się w Chicago, a ona powiedziała, że zawsze chciała odwiedzić ten kraj.
- Jak będę bogata, wydam połowę mojej fortuny na podróże. Ale nim to nastąpi, będę chyba musiała zadowolić się życiem w Bostonie...
Okazało się, że Zoe jest tylko kilka miesięcy młodsza ode mnie.
- Wodnik i Baran - stwierdziła z rozbawieniem. - Na pewno się polubimy.
Zaśmiałem się z tego szybkiego wniosku, a ona ściszyła głos i pochyliła się ku mnie z miną spiskowca.
- Dobrze ci idzie udawanie, że się nie znamy - powiedziała.
Ja też ściszyłem głos niczym szpieg i podziękowałem. Potem zapytałem, czy chce kontynuować zwiedzanie.
- Będzie to dla mnie prawdziwą przyjemnością - Nim zdążyłem zareagować, wzięła mnie pod ramię i pociągnęła do windy.
Podczas następnej godziny mogłem się przekonać, że Zoe jest wulkanem energii. Nie potrafiła ustać spokojnie ani przez chwilę. Ilekroć tylko mogła, otwierała okna, postukiwała palcami we włączone komputery albo brała do rąk i wypróbowywała instrumenty porzucone w różnych pomieszczeniach. Gdy dotarliśmy do studia nagrań, poprosiła, żebym zrobił jej zdjęcie lub nagrał filmik na cyfrowym tle. Zapewniłem, że nie mam pojęcia, jak to działa. Wzruszyła ramionami i upewniła się, że zanotowała, gdzie to jest, żeby wrócić tu potem z kimś, kto będzie umiał obsłużyć całą tę maszynerię.
Odkryłem też, jak wiele moich wspomnień wiąże się z tym budynkiem i pobytem w Develstarze z Leem i Emmą. Zoe nie pytała mnie o tę ostatnią, a ja za wszelką cenę starałem się unikać jej imienia. Opowiedziałem o wyczerpujących ćwiczeniach tańca, jakim poddano Lea, najazdach, jakie robiliśmy na kuchnię restauracji w poszukiwaniu jedzenia tylko po to, by sprawdzić, czy nas nakryją, albo o godzinach, które spędziliśmy w sali projekcyjnej, bawiąc się wideokonsolami podarowanymi mojemu bratu przez naszych opiekunów.
- Moje prawdziwe królestwo jest tutaj - powiedziałem z dumą chwilę później i otworzyłem drzwi do studia nagrań.
- Ja cie! Ale wypas! - zawołała Zoe, podbiegając do stołu mikserskiego. Spytałem ją, czy umie go obsługiwać, i pokręciła głową. - Zawsze mi się takie podobały. Ty umiesz?
- Trochę. Zwykle zajmuje się tym mój nauczyciel wokalu.
- Haru Zao? - zapytała. - Poznałam go dziś rano.
- Ty też śpiewasz?
Nie odpowiedziała od razu. Weszła do przyległego pomieszczenia z mikrofonami i delikatnie przeciągnęła ręką po różnych instrumentach, które czekały powieszone na ścianie lub leżały na półkach.
- Gram na skrzypcach. I tańczę - odparła.
- Jednocześnie?
- Owszem, jednocześnie. Nie potrafię grać i stać bez ruchu w jednym miejscu choćby przez chwilę. Jako członek orkiestry, miałabym poważne kłopoty - dodała wesoło.
- Brzmi to... niecodziennie.
Obróciła się ku mnie i złapała pod boki.
- Na pewno wyobraziłeś sobie, że gram jakieś wolne nudziarskie kawałki.
Chciałbym zaprzeczyć, jednak...
- Jasne, gram też klasyczne utwory, ale przede wszystkim komponuję własne melodie. Staram się, żeby były żywe i dobre do tańca. Znasz Lindsey Stirling? Poszukaj sobie na YouTube. W przyszłości zamierzam grać jak ona.
- Posłucham w wolnej chwili.
- Mam kolegę w Bostonie, który dorabia mi podkład rytmiczny. Zakładam, że teraz pan Haru mi z tym pomoże, nie?
- Między innymi - odrzekłem i ze zdziwieniem poczułem lekkie ukłucie zazdrości, które natychmiast stłumiłem. - Słuchaj, może potem moglibyśmy coś nagrać razem? Bardzo lubię utwory ze skrzypcami. Uważam, że nadają piosence... coś szczególnego.
Jej uśmiech wyraźnie się poszerzył.
- Możesz na mnie liczyć. - Znów ściszyła głos. - Zapomniałeś mi powiedzieć, że śpiewasz i grasz na gitarze, ale wybaczam ci.
- Jesteś bardzo czujna.
- To co? Pójdziemy coś zjeść?
- Wcześniej chciałbym ci jeszcze pokazać moje ulubione miejsce, jeśli nie masz nic przeciwko temu.
- Wow! - zawołała, wyciągając ramiona do góry. - Chyba nie zamierzasz tak od razu zaprosić mnie do sypialni?
Jej pytanie zaskoczyło mnie do tego stopnia, że dostałem ataku śmiechu.
- Jasne, że nie! - odparłem.
- I dobrze, bo powinieneś wiedzieć, że damy nie...
Nie pozwoliłem jej skończyć. Złapałem ją za ramiona i wyciągnąłem ze studia z poufałością nieczęstą u osób, które poznały się niewiele ponad godzinę wcześniej. Miałem wrażenie, że znam ją od zawsze.
Gdy tylko wyszliśmy na zewnątrz, zaprowadziłem ją po schodach przeciwpożarowych na dach.
Poszła za mną bez słowa aż na skraj dachu, gdzie tysiące okien pobliskich budynków niczym w gigantycznym kalejdoskopie odbijało światło słoneczne w oszałamiającym widowisku optycznym.
- Zaniemówiłam - szepnęła Zoe.
- Oboje wiemy, że to niemożliwe. A dopiero co cię poznałem.
Oparłem się o balustradę i odetchnąłem głęboko, czując na twarzy delikatny powiew wiatru. Kto by przypuszczał dziś rano, że mój koszmar rzeczywiście coś zapowiada? Spodziewałem się katastrofy, jakiejś nowej zmiany, która skruszy tę niewielką dozę spokoju, jaką udało mi się zgromadzić przez ostatnie tygodnie. Jednak zamiast tego los ofiarował mi dziewczynę, przy której przynajmniej nie będę miał czasu się nudzić.
- Często tu przychodzisz? - zapytała.
- Gdy tylko mogę, choć teraz latem za mocno tu grzeje i czekam, aż zapadnie noc.
- Trudno uwierzyć, że tam na dole są korki, ludzie biegają w tę i z powrotem, prawda? Nigdy bym nie pomyślała, że Nowy Jork może wyglądać tak... spokojnie.
Skinąłem głową w milczeniu.
- Dzięki, że pokazałeś mi swój sekret - powiedziała szczerze Zoe, spoglądając na mnie. - Zakładam, że ten akt oficjalnie przypieczętowuje naszą przyjaźń.
- Obawiam się, że tak - odparłem z rozbawieniem. - Obawiam się, że tak.
Step one you say "we need to talk"
He walks you say "sit down it's just a talk".
The Fray, "How To Save A Life"
Gumki.
Musiałem kupić paczkę prezerwatyw, zanim Sophie przyjdzie do domu. A biorąc pod uwagę, że już minęła północ, moją jedyną opcją była nocna apteka lub jeden z tych automatów, stojących w ubikacjach i na peronach metra, do których nie miałem zaufania; wydawały mi się podejrzane.
Według cyfrowego zegara na przystanku autobusowym było dwadzieścia osiem stopni. Lipcowy Madryt w czystej postaci.
Przyspieszyłem kroku, kierując się na aleję Menéndeza Pelayo, bo zdawało mi się, że jest tam apteka. Gdy tylko dotarłem na róg, zmrużyłem oczy i rozejrzałem się na obie strony. W oddali odkryłem upragniony zielony krzyż.
- Bingo! - krzyknąłem z tryumfem sam do siebie.
Z nowymi siłami ruszyłem w tamtym kierunku. Byłem już spokojniejszy, sytuacja została opanowana.
Zapukałem w okienko, by zwrócić uwagę trzydziestoletniej sprzedawczyni, która przeglądała czasopismo. Uraczyłem ją moim najbardziej promiennym uśmiechem.
- Dobry wieczór - powiedziałem.
- Czym mogę służyć? - spytała, nie zmieniwszy ani na jotę wyrazu twarzy. Domyśliłem się, że nie rozpoznała mnie w słabym oświetleniu.
- Paczkę prezerwatyw, proszę. Zwykłych.
- Chwileczkę - odpowiedziała, wstała ze stołka i znikła w głębi pomieszczenia.
Czekając na nią, oparłem się plecami o ścianę i zacząłem pogwizdywać. Ostatnia paczka skończyła się nam w przeddzień wyjazdu Sophie do Barcelony, gdzie pojechała zrobić kurs z czegoś tam, a ja zapomniałem dokupić nowych. Uświadomiłem to sobie, gdy zadzwoniła do mnie z lotniska, by powiedzieć, że już jedzie do domu. Wyszedłem szybko, musiałem naprawić niedopatrzenie. Była to kwestia najwyższej wagi i niecierpiąca zwłoki.
- Takie mogą być? - zapytała sprzedawczyni.
Odwróciłem się i odkryłem, że koło mnie stoi kobieta. Nim zdążyłem odpowiedzieć farmaceutce, uśmiechnąłem się do kobiety, a sądząc po jej szeroko rozwartych na mój widok oczach, założyłem, że mnie rozpoznała.
- Doskonałe - powiedziałem, upewniając się, że tego właśnie szukałem.
- Przepraszam, ty jesteś ten z Play Serafin?
Odliczyłem kwotę do zapłaty i spojrzałem na nią. Miała około czterdziestki; zdenerwowana trzymała torebkę obiema rękoma.
- Jestem Leo - przyznałem, uśmiechając się z nieco mniejszym entuzjazmem. Trochę dlatego, że już nie byłem "tym z Play Serafin", a poza tym nie miałem zbyt wielkiej ochoty, by widziano mnie, jak kupuję prezerwatywy.
- Moja córka jest twoją wielką fanką. Ciągle słucha twojej muzyki. To znaczy tej, którą śpiewałeś. A raczej udawałeś, że śpiewasz. - Nawet w ostrym zielonym świetle, jakie wytwarzał nad naszymi głowami neon apteki, mogłem zobaczyć, że się czerwieni.
- Proszę ją ode mnie pozdrowić.
- Mogłabym ci zrobić zdjęcie?
Zwykle takie pytanie wywoływało u mnie falę zadowolenia i radości, ale nie tym razem.
- Ja wam zrobię - wtrąciła się aptekarka, wręczając mi paczkę prezerwatyw przez okienko. Kobieta podała jej komórkę tą samą drogą, a potem pozując, stanęliśmy koło siebie. Nie zdążyłem nawet przybrać odpowiedniego wyrazu twarzy, a już usłyszałem spust migawki.
Zmęczony tą sytuacją pożegnałem kobiety i oddaliłem się szybkim krokiem. Odszedłem kilka metrów, a kobieta zawołała mnie, wskazując na prezerwatywy, które niosłem w ręku:
- Jesteś wspaniałym przykładem dla współczesnej pustogłowej młodzieży. Możesz być pewny, że powiem o tym mojej córce.
Spojrzałem na własną dłoń, jakbym jej nie rozpoznawał, i wówczas ogarnęły mnie wątpliwości: czy paczkę będzie widać na zdjęciu?
Odwróciłem się i ruszyłem szybko do domu.
Po mojej nowojorskiej przygodzie w Develstarze zostało mi wystarczająco dużo pieniędzy, bym opłacił mieszkanie nieopodal Retiro. Była to jedna z najdroższych dzielnic w mieście, ale zarazem bardzo spokojna i świetnie położona. Mogłem wszędzie dostać się pieszo, a w razie potrzeby miałem do dyspozycji metro i liczne linie autobusowe. Mój budynek przy Sainz de Baranda, naprzeciw bulwaru pełnego ogródków kawiarnianych, należał do najstarszych w dzielnicy i miał hol godny pałacu.
Winda starego typu, z takich z zewnętrzną kratą, zachwyciła Sophie, choć we mnie budziła pewne obawy. Gdy tylko zatrzymała się na najwyższym piętrze, wysiadłem i wszedłem do mojego nowego domu.
Po prawie dwóch miesiącach zamieszkiwania wciąż miałem jeszcze sterty kartonów do rozpakowania, które piętrzyły się po kątach, przywodząc na myśl małe twierdze, jakie w ogrodzie za domem budowaliśmy w dzieciństwie z Aarónem.
Trzeba przyznać, że miejsce było fantastyczne. Sam nie mogłem uwierzyć we własne szczęście. Mieszkanie składało się z kilku sypialni, dwóch łazienek, ogromnego salonu, jadalni, gabinetu i tarasu. Tak, tak... tata oniemiał, gdy zobaczył, co jego kochany synalek zdobył w pocie czoła i pracą własnych rąk.
W wystroju dominowała biel, ale Sophie miała już kilka pomysłów, jak to wszystko przemalować i urządzić. To znaczy wszystko prócz gabinetu. To było jedyne pomieszczenie, w którym pozostawiła mi całkowitą wolność i mogłem przyozdobić ściany plakatami przywiezionymi z mojej sypialni u mamy.
Niestety, cieszyłem się tym wszystkim znacznie mniej, niż bym pragnął. Spędzałem przedpołudnia jako uczestnik kursu aktorskiego, na który zapisałem się na lato, a wieczorami chodziłem na castingi, które wyszukiwała mi agentka Cora Delarte. Stopień mojej popularności wśród śmiertelników nie był tak wielki jak w czasie, gdy byłem twarzą Play Serafin, ale nie mogłem się skarżyć. Nadal wzbudzałem poruszenie na ulicy, o ile nie pilnowałem się, by chodzić w ciemnych okularach i czapce z daszkiem.
Schowałem prezerwatywy do szuflady w szafce nocnej i wróciłem do kuchni, żeby zrobić sos do spaghetti, które już czekało w garnku. Zwykle co dwa dni przychodziła Yvette, ogarniała mieszkanie i gotowała kilka potraw, które zamrażałem na resztę tygodnia. Ale biorąc pod uwagę, że dziś był szczególny wieczór (Sophie wracała do domu), postanowiłem sam coś upitrasić.
Dzwonek do drzwi rozległ się kilka minut później. Wytarłem ręce w ściereczkę, która leżała na blacie i ślizgiem ruszyłem po parkiecie do wejścia.
- Kto ośmiela się zakłócać mój spokój? - zapytałem groźnym głosem.
- Może byłbyś tak miły i otworzył. Jestem obładowana - odpowiedziała Sophie po drugiej stronie drzwi.
Weszła i przeszła obok mnie, dając mi pocałunek tak szybki, że smakował jak powietrze. Włosy zebrała w koński ogon. Miała na sobie biały podkoszulek, krótkie dżinsowe spodenki i wysokie kozaki, które dodatkowo podkreślały jej oszałamiającą figurę.
- Jak podróż? - zapytałem, zamykając drzwi. Czułem się jak groźny wilk wpuszczający jednego z koziołków.
- Jestem wykończona, ale warto było.
Sophie przeciągnęła walizkę do naszej sypialni. Zostawiła ją na łóżku i w czasie gdy wyciągała ze środka ubrania i rzucała na stertę do prania, opowiedziała mi, jak upłynął jej ten tydzień. Miałem ochotę przytulić ją i całować po szyi, ustach i wszystkim co podleci, ale coś mi mówiło, że to nie jest właściwy moment.
- ...tak więc, po dwóch pierwszych lekcjach i obejrzeniu mojego portfolio powiedział, żebym się nad tym zastanowiła. I wiesz co? Jeżeli miałabym dostać pracę w tym studiu, wyjazd do Stanów nie wydaje mi się wcale głupim pomysłem...
- Chwileczkę... Jaki wyjazd? - przerwałem. To ostatnie zdanie wyrwało mnie z zamyślenia. - Czemu chcesz wracać tak szybko?
Sophie gwałtownie zamknęła walizkę i spojrzała na mnie.
- Leo, słyszałeś w ogóle, co do ciebie mówiłam? Jak sądzisz, po co zapłaciłam za ten kurs? Tylko dwóm uczestniczkom zaproponowali pracę!
Emocje zawarte w jej spojrzeniu pozwoliły mi zrozumieć, czemu była dla mnie taka oschła po przyjeździe: zawsze kiedy Sophie miała mi coś do wyznania, o czym wiedziała, że mi się nie spodoba, przyjmowała postawę obronną, póki tego z siebie nie wyrzuciła. Mogłem się był spodziewać.
- Nie wiedziałem, że chcesz wyjechać! - odpowiedziałem.
Sophie jeszcze nie znalazła sobie miejsca w Hiszpanii, ale od dwóch miesięcy szukała pracy i wysyłała CV, żeby zająć się tym, co studiowała: wystrojem wnętrz.
- Bo mnie nie słuchasz! Gadasz w kółko o swoich lekcjach, swoich reklamach, swoim bracie, swojej karierze... A ja to co, Leo?
- Przestań, to wcale nieprawda! - obruszyłem się, choć w głębi serca nie byłem pewien, czy mam rację.
- Ach nie? To może odpowiedz mi na takie pytanie: dokąd pojadę, jeśli zdecyduję się przyjąć tę ofertę?
Otworzyłem usta, by odpowiedzieć, ale zaraz je zamknąłem, uświadamiając sobie, że nie mam pojęcia. Naprawdę powiedziała dokąd?
- Dziękuję za potwierdzenie moich podejrzeń - skwitowała z rozgoryczeniem.
Obawiając się nadchodzącego kataklizmu, złapałem się rękoma za głowę.
- Kurka, Sophie, przez pięć sekund cię nie słuchałem, ale to jeszcze nie znaczy, że...
- To znaczy bardzo wiele, Leo. I to nie było pięć sekund ani nie był to pierwszy raz. Czemu tak trudno ci pojąć, że ja też chcę coś zrobić w życiu, zwłaszcza teraz, kiedy proponują mi pracę w uznanym studiu?
A więc o to chodziło.
- Ja wcale nie mówię, żebyś tego nie robiła, ale... akurat w Ameryce?
- Tak, w Ameryce! - zawołała. - Sądzisz, że się nie nadaję? Chyba na coś mi się przydały trzy lata nauki w Szkole Graficznej w Nowym Jorku.
- Myślałem, że przyjechałaś tu na stałe... - mruknąłem wkurzony. Nie taki wieczór sobie planowałem. Sos, spaghetti i prezerwatywy mogą się pieprzyć! Siadłem na skraju łóżka i odgarnąłem włosy z czoła. - No tak, świetnie, teraz chcesz wrócić. Super. To dokąd pojedziesz, jeśli się zdecydujesz?
- Nie mów do mnie w ten sposób, Leo - ostrzegła mnie swoim tonem rozdrażnionej lwicy. Powinienem być urażony, ale zamiast tego poczułem coś w rodzaju... podniecenia? Natychmiast zmusiłem się, by je stłumić. Sophie westchnęła ciężko i usiadła obok mnie. - Do ich siedziby w San Francisco.
Uniosłem brwi i powstrzymałem impuls, by poderwać się na nogi. W każdej innej sytuacji uznałbym to za doskonały pretekst, by pojechać z nią, ale jeszcze nie doszedłem do siebie po ostatnich wydarzeniach i nie czułem się na siłach wracać do Stanów.
- Nie wydaje ci się, że za bardzo się spieszysz?
- To jedna z najlepszych agencji na rynku, Leo - dodała. - Mam unikalną szansę, żeby się tam dostać. Ponadto wydaje mi się co najmniej ironiczne, że akurat ty przywołujesz mnie do rozsądku.
Trafiony i zestrzelony.
- No to super. W takim razie jedź i zostaw mnie samego!
Spojrzała na mnie z ukosa i uśmiechnęła się lekko.
- A więc o to ci chodzi... - powiedziała, a ja uniosłem brew. - Boisz się, że o tobie zapomnę?
Westchnąłem z ironicznym grymasem.
- Bardzo cię proszę, nie rozśmieszaj mnie - odparłem z większą pogardą, niż chciałem. - To jasne, że wybrali cię ze względu na...
Nie skończyłem zdania. Dałem się ponieść wściekłości i uświadomiłem sobie, że skaczę wprost w przepaść. Ale było już za późno.
- To jasne, że wybrali mnie ze względu na... - powtórzyła Sophie. - Proszę, skończ zdanie.
Spojrzała na mnie wyzywająco i w końcu wybuchnąłem.
- Dobrze! Chciałem powiedzieć, że wybrali cię tylko dlatego, że jesteś moją dziewczyną! Zadowolona?
Teraz faktycznie wyprowadziłem ją z równowagi. Schrzaniłem to do reszty.
- Co proszę? - Wstała i zacisnęła wargi. Zauważyłem, jak napinają się mięśnie szczęki pod jej mahoniową skórą. - Jak możesz...? Jesteś... Wynoś się! - wrzasnęła.
- Jak mam się wynosić? - sprzeciwiłem się. - To mój pokój! Mój dom!
- Wynocha, powiedziałam - warknęła, grożąc mi palcem.
Jęknąłem z irytacją i wyszedłem z pokoju, trzaskając drzwiami.
- Jak miło mieć cię znowu pod swoim dachem! - krzyknąłem maksymalnie wkurzony. Założyłem tenisówki, wziąłem klucze, komórkę i wyszedłem z mieszkania. Obawiałem się, że jeśli zostanę dłużej, to powiem jej w końcu coś, czego w gruncie rzeczy nie myślę.
Zszedłem po schodach pełen bezsilnej wściekłości. Za kogo ona się uważa? Jak może być tak beznadziejnie chamska w stosunku do mnie, skoro zawdzięcza mi wszystko, co obecnie ma?
Gdy tylko znalazłem się na ulicy, ruszyłem przed siebie, nie zastanawiając się, dokąd idę. Natychmiast poczułem, że koszulka przylepia mi się do pleców z winy przeklętego, duszącego miejskiego upału. Czemu musiało tu być jak na środku Sahary? Wszystko to było gówno warte.
Być może nie powinniśmy byli tak szybko razem zamieszkać, nagle przyszło mi do głowy. Gdybyśmy dali sobie więcej czasu, żeby pomyśleć na spokojnie, żeby minął mi kac po Develstarze, może nie poprosiłbym jej, by rzuciła wszystko i pojechała ze mną do Hiszpanii...
- Co jest? Zawsze wszystko przeze mnie, tak? - skarciłem sam siebie na głos.
Co miała na myśli, mówiąc, że jej nie słucham? Rzeczywiście ja więcej gadałem podczas wspólnych kolacji i obiadów, ale działo się tak między innymi dlatego, że miałem ciekawsze rzeczy do opowiedzenia. Czy to moja wina, że ona nie znalazła pracy ani żadnego zajęcia, od kiedy tu ze mną przyjechała?
Poirytowany usiadłem na ławce i ukryłem twarz w dłoniach. Zdawałem sobie sprawę, że nie jestem najłatwiejszym towarzyszem życia, ale od tego do korzystania z każdej sposobności, by robić mi wyrzuty z byle powodu, była daleka droga.
Może i Sophie wspomniała parę razy, że czuje się bezradna, bo nic nie rozumie po hiszpańsku, że nieoczekiwanie wiele kosztują ją tak proste czynności jak zakup chleba czy zapytanie o drogę, że bardzo tęskni za rodziną, ale nikt jej nie zmuszał, by wsiadała do samolotu i przylatywała do Madrytu. Czemu odbijała sobie na mnie fakt, że nie znalazła żadnego miejsca, gdzie mogłaby wykorzystać to, czego nauczyła się w Nowym Jorku?
Cóż, niewątpliwie nasze wspólne życie w Hiszpanii wyglądało zupełnie inaczej, niż to sobie wyobrażałem, ale mimo wszystko nie zamierzałem tak łatwo się poddać. Chciałem walczyć o ten związek, choćbym musiał w tym celu zrezygnować z pewnych rzeczy czy zmienić się pod niektórymi względami. W końcu Sophie na to zasługiwała.
- Jestem kretynem... - mruknąłem i walnąłem się w głowę zaciśniętymi pięściami.
Jak to się stało, że nie zauważyłem, na co się zanosi? Co się ze mną działo?
Kierowany wewnętrznym impulsem wziąłem do ręki wisiorek, który miałem na szyi i zapytałem szeptem, czy Sophie mi wybaczy... po raz kolejny. Potem położyłem palec wskazujący na losowo wybranej ściance ikosaedru i podniosłem go do oczu, by odczytać odpowiedź..
"Nie mogę teraz powiedzieć".
- Ech, Tonya... ty i te twoje tajemnice! - Westchnąłem w ciemności, wypuszczając ją z ręki.
Co ja tu robiłem, zamiast prosić o wybaczenie swoją dziewczynę? Zastanawiałem się, czy najbardziej zabolało mnie, że wieczór tak źle się potoczył, czy to, że Sophie na poważnie zastanawia się nad wyjazdem do kraju, który kiedyś tak podziwiałem, a który obecnie tak bardzo mnie drażnił.
Zachowałem się jak totalny kretyn, odzywając się do niej w taki sposób. Wystarczyło posłuchać, z jaką pasją mówi na ten temat, albo zobaczyć jej prace z uczelni, by wiedzieć, że jeśli tylko zechce, może być najlepszą projektantką świata. Po raz kolejny moje przeklęte ego musiało się wtrącić do rozmowy, nim zdążyłem je przepuścić przez filtr zdrowego rozsądku.
Owszem, martwiło mnie, że zaproponowali jej to ze względu na mnie. Nie mogłem zaprzeczyć. Jednak nie z powodów, o których ona myślała: było mi obojętne, czy stanie się sławniejsza ode mnie. Po prostu bałem się, że zrobili to tylko ze względu na nazwisko. Choć z drugiej strony... Może to tylko moja paranoja? Ludzie nie są aż tak przenikliwi i niebezpieczni jak w kinie. Pewnie w tamtych kręgach nawet o mnie nie słyszeli.
Nieco uspokojony (i niezmiernie zawstydzony), wróciłem do mieszkania. Światła były zgaszone i przez chwilę obawiałem się, że wyszła. W końcu dostrzegłem jednak blask w naszej sypialni. Podszedłem do drzwi i przekonałem się, że są zamknięte na zasuwkę. Usiadłem na podłodze i zacząłem przepraszać za swoje idiotyczne zachowanie.
- Mogę spać na sofie - dodałem na zakończenie.
Nie wiedziałem, czy dotarło do niej choć słowo z mojej przemowy, czy może już śpi. Wstałem gotów spędzić noc przed telewizorem.
W tym momencie usłyszałem odgłos odciąganej zasuwki i Sophie otworzyła drzwi. Założyła białą koszulę, której używała do spania i obcisłe szorty. Oczy miała zaczerwienione od płaczu.
- Przykro mi - powtórzyłem.
Wzruszyła ramionami i spuściła głowę. Uznałem to za oznakę wybaczenia. Złapałem ją rękoma w pasie i pocałowałem w policzek, a potem w usta. Mój Boże, jak bardzo za tym tęskniłem!
Nim zdaliśmy sobie sprawę, co się dzieje, byliśmy w łóżku, wszystkimi zmysłami oddani rozkoszy. Kłótnia poszła w niepamięć jak wszystkie poprzednie.
Ostatecznie wieczór wcale nie kończył się tak źle...
My make-up may be flaking,
But my smile still stays on.
Queen, "Show Must Go On"
Następne pytanie! - zawołał prowadzący. - Gdzie znajduje się siatkówka i do czego służy? Raz, dwa, trzy, w stonogę strzelasz ty!
Zanim dotarły do mnie jego słowa, skąpo ubrana asystentka podała mi pistolet do paintballa, z którego miałem strzelić do papierowego robaka drepczącego po kartonowej ścianie oddalonej o kilka metrów. W czasie, gdy próbowałem go trafić, mój kolega z drużyny, pulchny dziesięcioletni chłopiec w okularach, pisał odpowiedź na karteczce, która miała się liczyć tylko pod warunkiem, że zdołam ubić przeklętą stonogę.
- Strzelaj! - poganiał mnie chłopiec, jak gdyby presja nagrania na żywo, kamer i setki widzów nie była wystarczająca. - Szybko!
Powstrzymałem chęć, by cisnąć pistoletem o ziemię i opuścić studio, i wystrzeliłem ostatni pocisk...
BUM!!!
- Czaaaas minąąąął! - huknęło przez głośniki.
Chybiłem.
Chłopiec spojrzał na mnie z politowaniem i złapał się za głowę.
- Jesteś fatalny! - powiedział, a publiczność zgodnie wybuchnęła śmiechem.
Zerknąłem na Sarah, która czekała schowana za kamerami, i wzrokiem poprosiłem ją, by zakończyła te tortury. W odpowiedzi pokręciła głową bez słowa, po czym skupiła całą uwagę na swojej komórce.
Nie pozostało mi nic innego, jak ze stoickim spokojem czekać, aż wszystko to dobiegnie końca. Przeprosiłem chłopca.
- Tak niewiele brakowało! - zawołał tuż obok prowadzący, przywołując mnie do rzeczywistości. - Wygląda na to, że nasza stonoga jest bardzo żywotna. Mimo wszystko zdobyliście w sumie dziewięćdziesiąt pięć trafień. Przeciwna drużyna: sto trzydzieści pięć.
Na znak prowadzącego publiczność w studiu na nowo wybuchnęła oklaskami, a ja wbiłem wzrok w przestrzeń, mając nadzieję, że twarz nie zapłonie mi z zażenowania.
Kiedy Sarah Coen powiadomiła mnie poprzedniego dnia, że wystąpię w telewizji publicznej w programie Wykończ stonogę, sądziłem, że zaśpiewam jakąś piosenkę pomiędzy zadaniami wykonywanymi przez zawodników.
Dopiero dziś rano Sarah wyjaśniła mi, że chodzi o specjalne wydanie programu na cele charytatywne, podczas którego dzieci z trzeciej klasy podstawówki będą w drużynie ze sławnymi ludźmi. Zwycięska ekipa przeznaczy nagrodę na jedną z fundacji wybranych przez telewizję, a dzieci dostaną konsolę wideo. Celebryci byli potrzebni oczywiście tylko po to, by przykuć uwagę i zwiększyć oglądalność.
- Przechodzimy do ostatniej rundy! - oznajmił prezenter, dając nam ręką znak, byśmy podeszli do basenu, który jakimś cudem pojawił się na środku studia.
Moją przeciwniczką była niejaka Malenna, kobieta nabrzmiała od botoksu po krańce powiek (jako syn chirurga plastycznego, mam supermoc, która pozwala mi odróżnić prawdę od oszustwa). W czasie gdy robiono mi makijaż, Sarah wyjaśniła, że program Malenny o kinie zdobył wielką popularność w latach dziewięćdziesiątych, ale ja wcześniej nie widziałem kobiety na oczy.
- Jak już z pewnością nasi zawodnicy wiedzą z poprzednich programów - ciągnął prowadzący - następne zadanie polega na wyłowieniu za pomocą tych wędek jak największej ilości butów dla stonogi. Aarón i Malenna będą mieli zawiązane oczy, a ich partnerzy udzielą im wskazówek. Gotowi?
Nie! - pomyślałem.
- A zatem: przedstawienie czas zacząć!
Ta sama asystentka co wcześniej zawiązała mi oczy. Podeszła bardzo blisko, za blisko. Poczułem na szyi jej przyspieszony gorący oddech i nieprzypadkowe muśnięcie palców. Włoski na karku stanęły mi dęba.
- Raz, dwa, trzy, buta wyławiasz ty!
Cholera, rozkojarzenie wywołane zachowaniem dziewczyny sprawiło, że straciłem kilka cennych sekund, co mój partner natychmiast odnotował.
- Rusz się! Opuść wędkę! No kurde, opuść ją! Teraz na prawo! Jeszcze! - Piskliwy głos chłopca przypominał alarm przeciwpożarowy.
Podążałem za jego wskazówkami, jak umiałem. Nic nie widziałem, wrzawa wokół mnie się nasiliła. Hałaśliwa muzyka, doping publiczności, okrzyki dziewczynki z przeciwnej drużyny, błyskotliwe komentarze prowadzącego... To prawdziwy cud, że nie dałem się całkiem skołować i nie zaliczyłem gleby.
W tym momencie w ciemnościach, które zapewniała mi przepaska, zadawałem sobie w duchu pytanie, jakim sposobem robienie z siebie pajaca może przynieść korzyść mojej karierze muzycznej i czy będę to musiał jeszcze powtarzać.
Konkurs zakończył się kilka minut później. Zdołałem wyłowić pięć butów, a moja rywalka, botoksowa dama, osiem. Wręczono nagrodę dziewczynce, pożegnaliśmy się, zgasły kamery. Pani Coen podeszła, żeby poklepać mnie po plecach i pogratulować. Gdybym był moim bratem, dokładnie w tym momencie posłałbym ją do diabła. Niestety, byłem sobą, więc ograniczyłem się do zwieszenia głowy.
Na zwieńczenie wieczoru zmusiła mnie jeszcze do podarowania chłopcu, z którym byłem w drużynie, płyty Play Serafin. Wręczyłem mu ją, a on nawet nie czekając, aż odejdę, wyrzucił CD do pierwszego kosza na śmieci, jaki napotkał.
Urażony i poirytowany spojrzałem na Sarah, ale ona znów całą uwagę skupiła na smartfonie i ruszyła do drzwi.
Za moimi plecami publiczność biła brawo i domagała sie autografów. W eskorcie Hermanna i drugiego ochroniarza, którego imienia nie znałem, skierowałem się do wyjścia. Chętnie zostałbym chwilę z fanami, ale moja "piastunka" zabroniła mi zatrzymywać się dłużej niż to absolutnie konieczne.
Wyszedłem na zewnątrz i od razu usłyszałem głosy skandujące moje imię zza ogrodzenia otaczającego parking. Ci ludzie, choć wydawało się to niemożliwe, stali tam, gdy przyjechaliśmy sześć godzin wcześniej.
- Nie było tak źle. Całkiem dobrze - powiedziała Sarah, po raz pierwszy spoglądając mi w oczy.
- Jeśli ty tak uważasz...
- Ten program ma naprawdę wysoką oglądalność w weekendy, a do tego ludzie mogli się dzięki tobie pośmiać.
- Chciałaś powiedzieć ze mnie - poprawiłem.
- Przy odrobinie szczęścia któraś z twoich wtop zrobi nocą furorę w sieci - dodała z nieobecną miną jak ktoś, kto mówi, że wracając do domu, trzeba kupić chleb.
Wiedziałem, że szkoda czasu, by jej tłumaczyć, że ja, podobnie jak Leo, jestem istotą ludzką, mam jakieś uczucia i tak dalej.
Pochyliłem się na siedzeniu, straciłem z oczu hipnotyzujące światła i powiewające na wietrze flagi Piątej Alei. Przejeżdżając koło biblioteki publicznej, przypomniałem sobie, że kończą mi się książki do czytania. Dochodziła dopiero piąta po południu, ale wstałem o siódmej rano i przez cały czas byłem w ruchu. Wiedziałem, że jeśli na czymś nie skupię uwagi, w jednej chwili zasnę.
Leo wrócił do Hiszpanii ledwie dwa miesiące temu, a ja już czułem, że tracę grunt pod nogami. Próbowałem co jakiś czas rozmawiać z nim przez Internet, ale to nie było to samo. Nieoczekiwana izolacja, jakiej poddał mnie Develstar, osiągnęła takie rozmiary, że jedynie podczas pracy z Haru potrafiłem zapomnieć, jak źle się czuję, nie będąc panem własnego życia.
Po wyjeździe Lea moje wystąpienia publiczne i prace poza studiem można było policzyć na palcach jednej ręki: kilka sesji zdjęciowych i jeden koncert, który miał pokazać oficjalnie nowy (autentyczny) image Play Serafin. W odróżnieniu od Lea prawie w ogóle nie zdążyłem się przygotować do tego wystąpienia.
Nie było konferencji prasowych, imprez ani spotkań z fanami. Przez większą część czasu Develstar trzymał mnie z dala od publiczności, tak że mogłem skupić się na muzyce i opracować z Haru nowe tematy. Choć starałem się o tym zapomnieć, było jasne, że poza schronieniem, jakim stał się dla mnie budynek agencji, świat oszalał na moim punkcie.
Nie zdawałem sobie sprawy z rozmiarów zjawiska aż do tamtego koncertu na Manhattanie. Odbył się on w Powerhouse, niesamowitej księgarni o betonowych ścianach i podłodze, gdzie organizowano liczne prezentacje książek, gale, prywatne imprezy... Gdy usunięto stoły i regały, otwarty dwupiętrowy lokal przeistoczył się w rozległą salę, której Develstar nie zawahał się wynająć na mój wielki dzień. Problem w tym, że choć było specjalne wejście dla dziennikarzy, krytyków, artystów i kilku szczęśliwych fanów mojego kanału na YouTube, około tysiąca osób zablokowało okoliczne ulice tylko po to, by zobaczyć mnie z daleka.
Pierwszy samodzielny występ okazał się niesamowitym zastrzykiem adrenaliny. W końcu zdołałem się uspokoić. Zrozumiałem, że ludzie przyszli specjalnie po to, by posłuchać, jak śpiewam; przyszli, bo podoba im się moja muzyka. Wtedy zapomniałem o bożym świecie i dałem z siebie wszystko. Koszmar zaczął się kilka godzin później: policja interweniowała, by odblokować ulice i wyciągnąć nas stamtąd. Z zaskakującą wyrazistością wciąż brzmiały mi w uszach krzyki fanów i stłumione uderzenia w okno limuzyny. Do dziś na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki.
Samochód zatrzymał się w pobliżu biur agencji, a ja wróciłem do rzeczywistości. Poczekaliśmy, aż brama otworzy się do końca, a potem wjechaliśmy w mroczne czeluście garażu. Ze względu na dziennikarzy od jakiegoś czasu wchodzenie i wychodzenie głównym wejściem stało się dla mnie niemożliwe i teraz już za każdym razem, gdy chciałem się wymknąć, musiałem używać tej drogi, nawet w tych nielicznych wypadkach, gdy pozwalano mi wybrać się na spacer po Central Parku.
Dwaj ochroniarze odprowadzili nas do windy.
- Odpocznij trochę - powiedziała Sarah, kiedy drzwi otworzyły się przed moim apartamentem. - Postaraj się nie oglądać w Internecie nagrań z dziś ani...
- Dobranoc - przerwałem jej. Obróciłem się na pięcie i odszedłem korytarzem. Jak będę miał ochotę posłuchać bezużytecznych rad, dam jej znać.
W sypialni rozebrałem się, rzucając ubranie, gdzie popadnie, i wszedłem pod prysznic. Po porannej sesji na siłowni i napiętym programie zajęć po południu miałem wrażenie, że zamiast mięśni ktoś włożył mi pod skórę drut kolczasty, który teraz próbuje przebić się na zewnątrz. Odkręciłem wodę. Gorące strużki hydromasażu uderzały o skórę i rozpryskiwały się w drobne kropelki. Najchętniej ulotniłbym się wraz z parą. Westchnąłem wykończony, siadłem na brzegu i zamknąłem oczy, a woda obmywała mi ciało.
Z każdym dniem coraz silniej utwierdzałem się w przekonaniu, że nigdy nie przyzwyczaję się do takiego życia. Nie było tygodnia, by agencja nie wymyśliła nowej normy ograniczającej jeszcze bardziej moją wolność. Sprawiało to wrażenie, jakby bali się, że moje wyjście do kina, na spacer czy wycieczka w wolny weekend natychmiast wywoła katastrofę.
Pod pretekstem niezbędnej ochrony coraz mocniej zaciskano smycz na mojej szyi. A czekało mnie z nimi jeszcze ponad siedemnaście miesięcy! Prawie dwa lata znoszenia naburmuszonego Hermanna, obmierzłego pana Gladstone'a i nieznośnej pani Coen.
Jednak nie to było najgorsze. Nie, najgorsze było, że nawet najlepsze wspomnienia zostały zatrute i wykoślawione przez dziesiątki napływających codziennie wiadomości, w których grałem główną rolę.
Jeśli rozczarowanie miłosne samo w sobie jest prawdziwym koszmarem, to fakt, że wszyscy na każdym kroku muszą ci przypominać twoją ostatnią dziewczynę, jest nieporównywalnie gorszy.
Mój związek z Emmą był bardzo szczególny, ulotny i tajny, natomiast zerwanie okazało się czymś akurat przeciwnym. Powinienem raczej powiedzieć, że "wciąż od nowa okazywało się", bo choć nie zobaczyłem jej więcej od czasu, gdy spakowała się i bez słowa pożegnania wróciła do Los Angeles zaraz następnego ranka po naszej kłótni, fani i dziennikarze wzięli sobie za punkt honoru, by żaden dzień nie minął bez wspominania tej historii. Pierwsze strony czasopism, pytania przed wejściem do budynku, fora poświęcone naszemu ulotnemu związkowi, spekulacje, plotki, kłamstwa... Presja była tak silna, że korzystałem teraz z Internetu tylko wtedy, gdy chciałem porozmawiać z rodziną i przyjaciółmi. Co do Emmy, nie miałem od niej więcej wiadomości.
Gdybym wiedział z góry, co nastąpi, nigdy nie zdecydowałbym się przedzierać przez rozdzielający nas tłum podczas premiery filmu o Castorfie, brać w ramiona i składać na jej ustach jednego z tych pocałunków, które przechodzą do historii (trafnie powiedziane). A może jednak zrobiłbym to mimo wszystko?
W wieku osiemnastu lat doszedłem do przekonania, że cała ta miłość to jedno wielkie pole minowe, na którym każdy fałszywy krok może doprowadzić do rozerwania człowieka na strzępy. Najpierw Dalila i jej nagły skok do sławy, a teraz Emma... Czy była to moja wina, czy sprawa od samego początku została źle pomyślana? Czemu nie odbywało się to jak w filmach i książkach, gdzie ludzie z pomocą superzaawansowanej technologii decydują, z kim powinni spędzić resztę życia?
Podczas jednego wieczoru media odkryły nie tylko to, że ja śpiewam i komponuję piosenki Play Serafin, ale ponadto jestem zakochany. I o ile mój pierwszy pocałunek z Emmą miał miejsce z dala od świadków, o tyle ostatni odbył się przed setkami kamer, fotografów i dziennikarzy, którzy nie tracili okazji, by uwiecznić ten moment. Powiedzmy sobie szczerze, następnego dnia te zdjęcia zrobiły znacznie większą furorę niż ujęcia z Dalilą Fes w jej spektakularnej sukience.
Niektóre media skupiły się bardziej na tym, że to ja byłem prawdziwym artystą, a nie mój brat, jednak do głównych zmartwień pozostałych mediów należało ustalenie, kim jest ta dziewczyna, dla której najwyraźniej straciłem głowę. Na nieszczęście nikt z nich jeszcze przez wiele dni nie dowiedział się, że tej samej nocy zerwaliśmy ze sobą, a Emma już następnego dnia opuściła Nowy Jork.
Przez następne trzy tygodnie dniem i nocą prasa oblegała budynek Develstaru w nadziei na unikatowy wywiad lub zdjęcie z Emmą. Jedynym, co mnie trochę uspokajało, była świadomość, że przynajmniej ona zdołała uciec, nim wszystko to rozpętało się na dobre, i teraz żyła sobie spokojnie u wujka na Zachodnim Wybrzeżu.
Za to ja miałem problem. Od kiedy brat wrócił do Hiszpanii, ledwo udało mi się wyjść z budynku, a gdy kilka razy to zrobiłem, czułem się jak w piekle osaczony przez flesze, mikrofony i grad wykrzyczanych pytań, na które nie umiałem odpowiedzieć.
W sumie jednak najbardziej dziwiło mnie, że Develstar wcale nie naciskał, bym więcej pokazywał się publicznie. Może miałem jakąś paranoję, ale nie rozumiałem, na co czekają... Dlaczego nie robią ze mną tego samego co w swoim czasie z Leem? Czemu nie zmuszają mnie, bym chodził od studia do studia, promując nowy wizerunek Play Serafin? Kiedy zaplanują mi jakieś koncerty? Gdzie się podziały lekcje dykcji i mowy ciała, jakie brał mój brat? A nauka tańca?
Nie licząc koncertu, program, w którym wziąłem udział tego wieczoru, by zbłaźnić się u boku dziesięcioletniego chłopca, był moim jedynym wystąpieniem przez cały ten czas. Poza tym siedziałem odcięty od świata i pracowałem nad nową płytą lub pobierałem u Haru udzielane z dobrego serca lekcje śpiewu przed publicznością. Z pomocą pana Rottsa jakimś cudem zaliczyłem maturę. Przynajmniej ten problem miałem z głowy i zostawało mi więcej czasu na czytanie i ćwiczenia na siłowni.
Zaczynałem wierzyć, że zmusili mnie do podpisania nowego kontraktu tylko po to, by trzymać mnie u siebie jak więźnia, który dostarczy im rozrywki niczym tresowana małpka. Może zamierzali mną manipulować za pomocą odwróconej psychologii... Albo po prostu byli mili i nie chcieli tak od razu rzucać mnie na pożarcie lwom.
Nie wiem czemu, ale ta ostatnia opcja mnie nie przekonywała...
Niezależnie od wszystkiego próbowałem powstrzymać się od narzekań. Płyta była ciągle na liście najlepiej sprzedających się krążków, a popularność Play Serafin nie tylko nie spadła, a wręcz bardzo wzrosła wraz z moim wkroczeniem do gry. Tak przynajmniej mówiła mi Sarah.
Napięcie w mięśniach zelżało, zakręciłem więc kurki i owinąłem się w ręcznik tak gruby i miękki, że wyglądał jakbym żywcem wziął go z reklamy proszku do prania. Potem założyłem bokserki i rzuciłem się na sofę w salonie z zamiarem poczytania, póki nie zasnę. Nie potrzebowałem rad Sarah, by wiedzieć, że włączanie telewizora w celu innym niż obejrzenie filmu to stanowczo zły pomysł.
Chwilę później bohaterka czytanej przeze mnie powieści zakończyła rewolucję, którą zaczęła przez prosty fakt zjedzenia kilku jagód, i nagle zrobiłem się głodny.
Czekając, aż przyniosą mi zamówioną w restauracji kolację, podszedłem do ogromnego okna, za którym ostatnie światła zmierzchu tonęły w mieście. Wspomnienie chwili, gdy po raz pierwszy odciągnąłem te zasłony i odkryłem ten widok, przepełniło mnie nostalgią. Wtedy sądziłem, że przed nami życiowa szansa, że nasze marzenia stały się rzeczywistością, a my trafiliśmy ekspresem do raju. Leo i ja. Dwaj bracia Serafin stawiający czoło całemu światu. Wspólnie...
Gorzkie wspomnienie ścisnęło mi żołądek. Nagle zadałem sobie pytanie, co też robi w tym momencie mój brat.
Round and round here we go again
Same old start, same old end.
Christina Vidal, "Take Me Away"
Właśnie skończyłem jedną z ostatnich lekcji kursu aktorskiego, na której poproszono nas, byśmy zachowywali się i odczuwali jak liść drzewa, kiedy odezwała się moja komórka.
- Nawet nie zamierzam prosić cię o wyjaśnienia - powiedziała Cora, ledwie odebrałem. Jej głos, sam z siebie władczy, przez telefon zdawał się jeszcze rosnąć w siłę. Zamarłem. Nie miałem pojęcia, co tym razem przeskrobałem.
- Nie chcę wiedzieć, po co musiałeś kupować prezerwatywy ani jakim cudem przyszło ci do głowy, że ładnie wyjdą na fotce. Uprzedzam cię jedynie, że jeśli jeszcze raz powtórzy się coś podobnego, koniec z naszą współpracą.
To wystarczyło, bym domyślił się reszty. Od razu przeczuwałem, że to niewinne zdjęcie pod apteką narobi mi kłopotów. Przeklęta karma i przeklęta moja prostoduszność. Poczułem, że robi mi się gorąco, i usiadłem na pobliskiej ławce.
- Nie zdawałem sobie sprawy, że...
- Nie słyszałeś, co powiedziałam? - przerwała, nie pozwalając mi się wytłumaczyć. - Na szczęście zdołałam częściowo powstrzymać katastrofę i już porozmawiałam z producentem tych prezerwatyw, by przypadkiem nie wpadli na pomysł wykorzystania zdjęcia do celów reklamowych, o ile nie chcą spotkać się z nami w sądzie.
- I posłuchali cię?
- Mnie, drogi Leo, wszyscy słuchają - stwierdziła dobitnie Cora z typową dla niej pewnością siebie. - Masz coś do notowania? Załatwiłam ci na dziś wieczór spotkanie, na którym musisz być. Chętnie wybrałabym się z tobą, ale wypadło mi coś, czego nie mogę przełożyć.
- Dziś wieczorem? Myślałem, że pójdę na siłownię...
Na kilka chwil po drugiej stronie słuchawki zapadło milczenie. Miałem już zapytać, czy jeszcze tam jest, ale odezwała się:
- Leo, mamy dwie możliwości. Albo pójdziesz na to spotkanie sam, albo zaciągnę cię tam za uszy. Tak czy inaczej, będziesz tam. Nie marnuj mojego czasu i notuj.
Więc zanotowałem.
Moją agentkę widziałem tylko raz w dniu, gdy się poznaliśmy, w jednym z ogródków przy placu Santa Ana, naprzeciwko Teatro Espa?ol. Była to czterdziestoletnia kobieta, która nie sięgała nawet metra pięćdziesięciu, o posępnym wyrazie twarzy i kręconych włosach, zastygłych pod wieloma warstwami lakieru. Na podstawie zdjęć, jakie znalazłem w Internecie, wiedziałem, że zawsze ubierała się, jakby właśnie czekało ją decydujące dla całego dalszego życia zawodowego spotkanie. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała na typową agentkę ani tym bardziej na osobę, w której ręce chciałbym powierzyć swoją przyszłość artystyczną, ale gdy tylko przemówiła, natychmiast rozwiała wszelkie moje wątpliwości.
Po spotkaniu z szeregiem chętnych, których gabinety rozmiarem przebijały moje nowe mieszkanie, na kilometr potrafiłem rozpoznać, kto naprawdę chce mi pomóc w odniesieniu sukcesu, a kto jedynie zamierza dopisać moje nazwisko do listy swoich klientów na wypadek, gdybym miał jeszcze jakąś przyszłość w Play Serafin.
Cora Delarte należała do tej pierwszej kategorii. Wyłożywszy mi słabe i mocne aspekty mojej obecnej sytuacji, wyciągnęła z teczki papiery, które bez wahania podpisałem na zakończenie spotkania.
Mimo to nawet ja nie byłem bezpieczny przed przejawami jej złego humoru i kruchej cierpliwości, kiedy coś wyprowadziło ją z równowagi. A zdjęcie z tamtą fanką spod apteki, które właśnie miałem przed sobą, załączone do wielu wiadomości na moim koncie na Twitterze, miało prawo ją zdenerwować.
Opuszczając Develstar, myślałem, że nie będę już więcej musiał przejmować się tego typu kwestiami, i to zakomunikowałem Corze na naszym pierwszym spotkaniu. Jednak ona natychmiast uświadomiła mi, że w tym względzie nic się nie zmieniło. Każda marka wykorzysta moje nazwisko, gdy tylko nadarzy jej się sposobność, zwłaszcza że wciąż jestem na pierwszych stronach.
- Jedyna różnica jest taka, że teraz zamiast międzynarodowego koncernu to ja będę cię bronić, gdy dojdzie do takiej sytuacji - dodała.
Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu czułem się pewniej z jej wsparciem niż pod opieką całego działu prawnego Develstaru.
Kiedy przyszedłem, w domu nikogo nie było.
Po kłótni sprzed paru dni (z jej szczęśliwym finałem) pogodziłem się z myślą, że jeśli Sophie pragnie wyjechać do San Francisco, to powinienem ją wesprzeć i stać koło niej niezależnie od tego, czy wszystko pójdzie dobrze, czy nic z tego nie wyjdzie. Dojście do tego wniosku nie było trudne. Wprowadzenie go w praktykę nie wydawało mi się już takie proste...
Wnosząc po unoszącym się w domu zapachu czystości, Yvette musiała wyjść przed chwilą. W lodówce znalazłem półmisek z gulaszem. Wstawiłem go do mikrofali, żeby się podgrzał, odłożyłem klucze na stolik przy wejściu, plecak rzuciłem w kąt salonu i włączyłem telewizor. Nie wiem, czy było to przeznaczenie, czy zwykły przypadek, ale od razu natknąłem się na Aaróna.
Do tego czasu powinienem był już przyzwyczaić się do myśli, że to będzie mój chleb powszedni przez najbliższe miesiące, a może lata, ale jednak nie potrafiłem.
Nie był to program muzyczny ani plotkarski, lecz jeden z tych, gdzie pokazywane są różne fotki (a zwłaszcza te, które wypadły żałośnie) lub śmieszne scenki, jakie wydarzyły się w telewizji. Podsuwano to telewidzom niczym jakąś tacę z odpadkami. Uwielbiałem takie rzeczy. Niestety, tym razem to mojego brata wybrano na osobę, z której powinienem mieć bekę. Strzelał do stonogi i próbował coś złowić z zasłoniętymi oczami i bardzo nikłą dozą szczęścia.
- Oj, Aarón... - mruknąłem, kiedy dzwonek mikrofalówki zawiadomił mnie, że jedzenie jest gotowe.
W czasie gdy pochłaniałem mięsne danie, zabrałem się do wyszukiwania w Internecie ostatnich zdjęć brata, aż wreszcie trafiłem na program ze stonogą. Musiałem się mocno postarać, by nie wybuchnąć śmiechem. To przypomniało mi, że powinienem z nim porozmawiać.
Minęły już prawie dwa tygodnie, od kiedy po raz ostatni trafiliśmy na siebie na Skypie, a i to tylko przez dziesięć minut. Nasze więzi nigdy nie były zbyt silne (szczególnie po tym, jak zwiałem z domu dwa lata temu), ale przygoda z Develstarem wszystko zmieniła. Potrzebowałem wygadać się przed kimś i opowiedzieć jak "świetnie" idzie mi z Sophie, agentką i szkołą aktorską.
Po raz drugi tego dnia miałem ochotę palnąć sobie w łeb.
Posprzątałem ze stołu i położyłem się na chwilę, żeby sprawdzić, czy zdołam zebrać siły na wieczorne spotkanie. Zawsze mogłem powiedzieć, że źle się czułem, i darować je sobie, ale (po co zaprzeczać) bałem się represji ze strony Cory.
Na nieszczęście nie mogłem pozbyć się przeczucia, że będzie to strata czasu, podobnie jak cała reszta castingów i spotkań z producentami, jakie odbyłem do tej pory. Nie należałem do osób, które łatwo się zniechęcają, niech mnie karma broni! Ale prawda była taka, że zaczynało mnie to męczyć. Nic nie szło jak należy. Być może, pomyślałem, nim zasnąłem, powinienem pozwolić, by marka prezerwatyw użyła mnie w reklamie... w sumie...
Po sjeście udałem się pod wskazany adres, niedaleko alei América. Cora nie kazała mi niczego przygotowywać, dlatego poszedłem tam, tak jak stałem. Dotarłem na miejsce, nacisnąłem dzwonek. W drzwiach pojawiła się zapierająca dech w piersiach młoda brunetka, która na mój widok ze zdumienia aż otworzyła usta (nic dziwnego), a potem kazała mi poczekać.
Znikła w korytarzu mieszkania, a ja rozejrzałem się wokół. Byłem pierwszy (a może tylko ze mną się umówili?); w zasięgu wzroku nie leżało nawet jedno nędzne czasopismo do przejrzenia. Na szczęście sekretarka wróciła szybko i poprosiła, bym poszedł za nią.
- Choćby na koniec świata, jeśli zechcesz - powiedziałem, a ona roześmiała się w głos.
Poprowadziła mnie korytarzem do gabinetu człowieka, który chciał mnie widzieć. Zza biurka wstał mężczyzna z pokaźnym brzuchem w wieku mojego ojca.
- Bardzo mi miło. Jestem Jaume Esbarra - przywitał się. - Domyślam się, że Cora już o tym powiedziała.
Skinąłem głową i zająłem miejsce naprzeciw niego.
W czasie gdy wymienialiśmy grzeczności i opowiadał mi o zażyłych kontaktach, jakie od lat łączą go z moją agentką, otworzył leżącą na stole teczkę i pokazał kilka reklam jogurtów Nadiur ("Zapanuj nad swoim jelitem, a zapanujesz nad życiem!").
- Leo, z czym ci się kojarzy nasz produkt?
- Hmmm... Z dobrym zdrowiem? - spytałem zaskoczony.
- Tak. Z dobrym zdrowiem. Coś w sam raz dla starców i dzieci, zgadza się? - Potwierdziłem. - Problem w tym, Leo, że chcemy poszerzyć krąg naszych odbiorców o młodzież. Młodzi ludzie też chcą być zdrowi! Dlatego pomyśleliśmy o zwrocie w naszej strategii i zapraszamy cię do współpracy. Co o tym myślisz?
- Chcecie, żebym został twarzą Nadiur?
- Lepiej być twarzą zdrowego i pełnego witamin jogurtu niż jakiegoś produktu szkodliwego dla środowiska, nie sądzisz?
Wzruszyłem ramionami, zakładając, że ma rację.
- Ale czy nie powinienem wcześniej przejść jakiejś próby... czy czegoś w tym rodzaju?
Jaume zaprzeczył energicznie.
- Widzieliśmy cię w akcji i podoba nam się twój styl. - Zapytałem się w duchu, jaki styl miał na myśli. - Jesteś młody, dynamiczny, dobrze wyglądasz i stałeś się rozpoznawalny wśród ludzi swojego pokolenia.
Ach... Naprawdę?
- Zamysł jest taki, żeby nagrać w kilka dni spot, który wykorzystamy w planowanej na sierpień kampanii. Jak myślisz? Cora już dała swoją akceptację, brakuje tylko twojej zgody.
- No cóż... jestem bardzo wdzięczny - zapewniłem go mocno zaskoczony. - Jeśli Cora się zgodziła, to możecie na mnie liczyć.
- Świetnie - powiedział, zacierając ręce. - W takim razie w tym tygodniu wyślemy do Cory umowę i scenariusz.
Wstał i uścisnął mi rękę.
Nigdy w życiu jeszcze nic nie przyszło mi tak łatwo. Jeśli wcześniej, kiedy nie miałem dla Aaróna żadnej dobrej nowiny, chciałem do niego zadzwonić, teraz wprost już nie mogłem wytrzymać z niecierpliwości. Będzie pod wrażeniem, jak mu to opowiem...