Shirley - Charlotte Bronte

Kup ebooka

85.00 zł
70.55 zł (59,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

KAPŁANI

W ostat­nich latach na pół­nocną Anglię spadł rzę­si­sty deszcz wika­rych. Obfi­cie zalał tutej­sze wzgó­rza, w każ­dej para­fii mamy co naj­mniej jed­nego. To ludzie mło­dzi i ener­giczni, powinni więc zro­bić wiele dobrego. Ale nie o ostat­nich latach będzie tu mowa. Cof­niemy się raczej do począt­ków tego stu­le­cia. Ostat­nie lata są zaku­rzone, spa­lone słoń­cem, gorące i suche. Unik­niemy zatem połu­dnia, zapo­mnimy o nim pod­czas sje­sty, spę­dzimy śro­dek dnia we śnie, marząc o świ­cie.

Czy­tel­niku, jeśli po prze­czy­ta­niu powyż­szego wstępu myślisz, że czeka cię jakaś roman­tyczna histo­ria, to bar­dzo się mylisz. Ocze­ku­jesz sen­ty­men­tów, poezji, słod­kich roz­my­ślań? Spo­dzie­wasz się namięt­no­ści, sil­nych bodź­ców, melo­dra­matu? Powścią­gnij swoje ocze­ki­wa­nia, obniż je do skrom­niej­szego poziomu. Przed tobą coś real­nego, zim­nego i pro­za­icz­nego. Tak nie­ro­man­tycz­nego jak ponie­dział­kowy pora­nek, kiedy wszy­scy, któ­rzy mają pracę, budzą się ze świa­do­mo­ścią, że muszą wstać i zabrać się do roboty. Nie­wy­klu­czone, że skosz­tu­jesz cze­goś eks­cy­tu­ją­cego, być może w poło­wie lub pod koniec posiłku, jed­nak pierw­sze posta­wione na stole danie kato­lik mógłby zjeść w Wielki Pią­tek - tak, nawet anglokato­lik1: zimna socze­wica z octem, bez oleju; prza­śny chleb z gorz­kimi zio­łami. Nie ma mowy o żad­nej pie­czo­nej jagnię­ci­nie.

Wspo­mi­na­li­śmy o ule­wie wika­rych na pół­nocy Anglii w ostat­nich latach, jed­nak w okre­sie 1811-1812 takie opady się nie zda­rzały. Nie­wielu ich wtedy było. Nie ist­niała Kościelna Pomoc Dusz­pa­ster­ska ani Towa­rzy­stwo Dodat­ko­wych Wika­riu­szy2, które by wycią­gnęły pomocną dłoń do pia­stu­ją­cych urzędy sta­rych, ste­ra­nych pro­bosz­czów i udzie­liły im nie­zbęd­nych fun­du­szy na opła­ce­nie jakichś mło­dych, peł­nych wigoru pomoc­ni­ków po Oks­for­dzie lub Cam­bridge. Obecni następcy apo­sto­łów, ucznio­wie dr Pusey'a3, przy­szłe narzę­dzia pro­pa­gandy, w tam­tym cza­sie leżeli w cie­płej koły­sce, a nia­nie pod­da­wały ich ożyw­czym ablu­cjom w umy­walce. Patrząc na któ­re­goś z nich, ni­gdy nie odga­dli­by­śmy, że podwójne fal­banki wykroch­ma­lo­nego czepka obra­mują czoło przy­szłego duchow­nego, nazna­czo­nego z góry, uświę­co­nego następcy świę­tych Pawła, Pio­tra czy Jana. Fałdki dłu­giej koszulki noc­nej nie nasu­nę­łyby nam sko­ja­rzeń z białą komżą, w któ­rej przy­szli kapłani będą kie­dyś surowo napo­mi­nać swo­ich para­fian, a sama komża, powie­wa­jąc wysoko na ambo­nie (wcze­śniej na dole tylko lekko falo­wała) wprawi w zakło­po­ta­nie sta­ro­mod­nego pastora.

Jed­nak nawet wtedy, w dniach waka­tów, można było natknąć się na wika­rych, choć nie­czę­sto, jak na rzad­kie, cenne rośliny. Pewna uprzy­wi­le­jo­wana dziel­nica West Riding w hrab­stwie York­shire mogła się pochwa­lić aż trzema roz­kwi­tłymi z laski Aarona 4 oka­zami na obsza­rze zale­d­wie jakichś trzy­dzie­stu mil kwa­dra­to­wych. Czy­tel­niku, wła­śnie teraz możesz ich zoba­czyć. Zapra­szam cię do salo­niku w pew­nym domku z ogro­dem, na obrze­żach Whin­bury. Wła­śnie jedzą kola­cję. Pozwól, że ci przed­sta­wię: pan Donne, wikary z Whin­bury, pan Malone, wikary z Briar­field, pan Swe­eting, wikary z Nun­nely. Tutaj wła­śnie, w domo­stwie pew­nego drob­nego sukien­nika, nie­ja­kiego Johna Gale'a, kwa­te­ruje pan Donne, który na dzi­siej­szą wie­cze­rzę zapro­sił kole­gów. Przy­łączmy się do uczty, aby ich zoba­czyć i usły­szeć, co mówią. Zanim jed­nak skoń­czą posi­łek, poroz­ma­wiajmy na stro­nie.

Nasi pano­wie są w roz­kwi­cie mło­do­ści: posia­dają całą ener­gię tego inte­re­su­ją­cego wieku - moc, którą sta­rzy, oso­wiali pasto­rzy chęt­nie wyko­rzy­stują przy speł­nia­niu obo­wiąz­ków dusz­pa­ster­skich, zachę­ca­jąc mło­dych, by gor­li­wie nad­zo­ro­wali szkoły i jak naj­czę­ściej odwie­dzali cho­rych para­fian. Lecz takie nudne zaję­cia nie w smak są mło­dym lewi­tom. Nie szczę­dzą za to sił na coś, co wyda­wa­łoby się, rów­nie mono­tonne jak praca tka­cza, co jed­nak przy­spa­rza im nie­mało rado­ści i wiele przy­jem­nych chwil.

Otóż wika­rzy przez cały rok, zimą czy latem, w kółko, a może raczej w trój­kąt, wza­jem­nie się odwie­dzają. Żadna pogoda ich nie odstra­szy, nie­ważne: śnieg czy grad, wiatr czy deszcz, błoto czy kurz, z nie­zro­zu­miałą gor­li­wo­ścią tru­dzą się, przy­cho­dząc na wspólny obiad, her­batę czy kola­cję. Trudno powie­dzieć, co ich do sie­bie przy­ciąga. Nie jest to przy­jaźń, bo kłócą się, kiedy tylko się spo­ty­kają. Nie jest to reli­gia - o tej ni­gdy nie roz­ma­wiają, cza­sem dys­ku­tują o kwe­stiach teo­lo­gicz­nych, ale na temat poboż­no­ści - ni­gdy. Nie jest to zami­ło­wa­nie do jedze­nia i picia. Każdy z nich może zjeść rów­nie dobry udziec i pud­ding, wypić rów­nie mocną her­batę z chru­pią­cymi grzan­kami u sie­bie. Panie Gale, Hogg czy Whipp - gospo­dy­nie mło­dych duchow­nych - twier­dzą, że "cho­dzi tylko o to, żeby ludzie mieli wię­cej kło­potu". Mówiąc "ludzie", panie te mają natu­ral­nie na myśli sie­bie, bo trudno się nie zgo­dzić, że to wza­jemne nacho­dze­nie się wika­rych spra­wia ich gospo­dy­niom nie­mało kło­potu.

Jak już powie­dziano, pan Donne i jego goście sie­dzą przy kola­cji; pani Gale im usłu­guje, ale jej oczy skrzą się od ognia pod kuch­nią. Uważa, że przy­wi­lej zapra­sza­nia przy­ja­ciół na posi­łek co jakiś czas, bez dodat­ko­wej opłaty (uwzględ­niono ów przy­wi­lej w umo­wie, na pod­sta­wie któ­rej wynaj­mo­wała kwa­terę) jest przez jej loka­tora sta­now­czo nad­uży­wany. Dziś dopiero czwar­tek, a prze­cież w ponie­dzia­łek pan Malone, wikary z Briar­field, przy­szedł na śnia­da­nie i został na obie­dzie. We wto­rek pano­wie Malone i Swe­eting, z para­fii w Nun­nely, gościli na pod­wie­czorku, po czym zostali na kola­cji. Zajęli dodat­kowe łóżka i zaszczy­cali ją swym towa­rzy­stwem do śnia­da­nia w środę, a dziś czwar­tek, a oni znów obaj są na obie­dzie. Pani Gale ma pra­wie pew­ność, że będą tu noco­wać. C'en est trop5- powie­dzia­łaby, gdyby znała fran­cu­ski.

Kro­jąc drobno pie­czeń na tale­rzu, pan Swe­eting narzeka, że twarda jak pode­szwa, a pan Donne uty­skuje na zwie­trzałe piwo. To już prze­sada! Gdyby cho­ciaż byli uprzejmi, pani Gale tak by to nie obe­szło; wiele mogłaby im wyba­czyć, jeśliby tylko sma­ko­wało im to, co podała, ale "ci mło­dzi duchowni zbyt­nio już zadzie­rają nosa i patrzą na wszyst­kich z góry". Nie trak­tują jej jak rów­nej sobie tylko dla­tego, że nie trzyma słu­żą­cej, sama wyko­nuje wszyst­kie prace w domu, podob­nie jak kie­dyś jej matka. Na doda­tek zawsze zło­śli­wie wyra­żają się o oby­cza­jach w York­shire i o miesz­kań­cach hrab­stwa; według niej nie świad­czy to o ich dobrym wycho­wa­niu, a już na pewno nie o szla­chet­nym uro­dze­niu. "Nie ma co porów­ny­wać sta­rych pasto­rów z tymi mło­dzikami; tamci wie­dzą jak się zacho­wać i dla wszyst­kich są grzeczni".

Jesz­cze chleba! - krzy­czy pan Malone, a jego wymowa, cho­ciaż wypo­wie­dział zale­d­wie dwa słowa, zdra­dza od razu, że pocho­dzi z kraju koni­czyny i ziem­nia­ków6. Pani Gale z całej trójki duchow­nych jego wła­śnie naj­bar­dziej nie cierpi, ale rów­nież naj­bar­dziej się oba­wia, bo też wysoki i sil­nie zbu­do­wany to męż­czy­zna. Patrząc na niego od razu odgad­niesz, że to Irland­czyk, cho­ciaż nie w typie "mile­zjań­skim"7 ani nie w stylu Daniela O'Con­nella8; jego twarz z wysta­ją­cymi kośćmi policz­ko­wymi, niczym u India­nina z Ame­ryki Pół­noc­nej, cha­rak­te­ry­styczna jest tylko dla zna­nej war­stwy drob­nej szlachty irlandz­kiej. Na twa­rzach tych ludzi zastygł wyraz pogardy, bar­dziej odpo­wiedni dla wła­ści­cieli nie­wol­ni­ków niż dla zie­mian, któ­rzy mają do czy­nie­nia z wol­nymi chło­pami. Ojciec Malone'a uwa­żał się za dżen­tel­mena, lecz żył w nędzy i tonął w dłu­gach, mimo to jego har­do­ścią można by obdzie­lić kilka osób; tak samo rzecz się ma u jego syna.

Pani Gale przy­nio­sła chleb.

Pokrój go, kobieto - pole­cił gość, więc "kobieta" zro­biła, co jej kazano. Gdyby jed­nak mogła, pokro­iłaby także pastora. Ten roz­ka­zu­jący ton wstrzą­snął do głębi miesz­kanką York­shire.

Pano­wie nie narze­kali na brak ape­tytu, zje­dli więc ogromne ilo­ści "twar­dej jak pode­szwa" woło­winy, wypili też nie­mało "zwie­trza­łego" piwa. Bły­ska­wicz­nie, niczym liście z drzew po nalo­cie sza­rań­czy, znik­nęły pud­ding i dwie miski warzyw. Ser rów­nież spo­tkał się z nale­ży­tym zain­te­re­so­wa­niem, a pla­cek - ten jakby roz­pły­nął się w powie­trzu. Tylko sze­ścio­letni syn i spad­ko­bierca pani Gale, Abra­ham, nie mógł o nim zapo­mnieć; spo­dzie­wał się, że jakiś kawa­łek i jemu się dosta­nie, gdy więc matka przy­nio­sła do kuchni pusty talerz, malec zalał się łzami z roz­pa­czy.

Wika­rzy tym­cza­sem sączyli wino, cien­kie, więc bez szcze­gól­nej przy­jem­no­ści. Malone wolałby raczej whi­sky, ale Donne, jako praw­dziwy Anglik nie trzy­mał u sie­bie tego trunku. Przy winie roz­go­rzała dys­ku­sja, ale nie o poli­tyce, filo­zo­fii, czy o lite­ra­tu­rze - te dzie­dziny, jak zwy­kle zupeł­nie ich nie inte­re­so­wały; nawet nie o teo­lo­gii prak­tycz­nej czy o dogma­tach - skądże, roz­ma­wiali o szcze­gó­łach dys­cy­pliny kościel­nej, dro­bia­zgach, które wszyst­kim, oprócz nich samych, wyda­łyby się błahe i puste jak bańki mydlane. Pan Malone, który nie­po­strze­że­nie osu­szył już dwie szklanki wina, pod­czas gdy pozo­stali zado­wo­lili się jedną, poczuł przy­pływ ener­gii i na swój spo­sób powe­se­lał: zaczął zacho­wy­wać się wyzy­wa­jąco, zaro­zu­mia­łym tonem pra­wił imper­ty­nen­cje i hała­śli­wie cie­szył się ze swo­jej bły­sko­tli­wo­ści.

Obiek­tem jego dow­ci­pów po kolei sta­wał się każdy z jego kom­pa­nów. Malone miał w pogo­to­wiu zapas żar­tów, któ­rymi przy takich oka­zjach zwy­kle czę­sto­wał współ­bie­siad­ni­ków. Nie silił się nawet na róż­no­rod­ność; nie było takiej potrzeby, sam by­naj­mniej nie uwa­żał się za nud­nego, a o to, co myślą inni, nie trosz­czył się wcale. Naj­pierw wyśmie­wał się z nie­zwy­kłej szczu­pło­ści i zadar­tego nosa pana Donne, dwo­ro­wał sobie z prze­tar­tego sur­duta w kolo­rze cze­ko­lady, w któ­rym Donne para­do­wał bez względu na pogodę, po czym na celow­nik wziął wymowę i gwa­rowe wyra­że­nia, któ­rymi kolega "ozda­biał" swoje wypo­wie­dzi, co pew­nie doda­wało im "wyra­fi­no­wa­nia" i kolo­rytu.

Swe­etinga obśmiał ze względu na posturę - w porów­na­niu z atle­tycz­nie zbu­do­wa­nym Malone'em, Swe­eting wyglą­dał jak chło­piec; drwił więc z jego talen­tów muzycz­nych - grał na fle­cie i śpie­wał kan­tyczki "aniel­skim", jak oce­niły młode para­fianki, gło­sem; nazwał go bawi­dam­kiem, a na domiar złego kpił z nie­prze­mi­ja­ją­cego wciąż przy­wią­za­nia Swe­etinga do matki i sióstr, gdy ten cza­sem o nich nie­roz­waż­nie wspo­mi­nał w obec­no­ści Irland­czyka, któ­rego oschłe serce nie znało podob­nych uczuć.

Ofiary przyj­mo­wały te ataki każda po swo­jemu. Donne prze­ciw­sta­wił im zadu­faną w sobie tępotę i niczym nie­zmą­coną wynio­słość, która zastę­po­wała mu poczu­cie god­no­ści oso­bi­stej; Swe­eting - obo­jętną ustę­pli­wość weso­łego mło­dzika, który nie dba o zacho­wa­nie god­no­ści.

Gdy kpiny Malone'a stały się już nadto obraź­liwe, co nastą­piło dość szybko, połą­czyli siły odpła­ca­jąc szy­dercy pięk­nym za nadobne. Byli cie­kawi, ilu chłop­ców krzy­czało dziś za Malone'em: "Piotr - Irland­czyk!"(Malone miał na imię Piotr - wie­lebny Piotr August Malone). Pytali go też, czy w Irlan­dii to nor­malne, że mło­dzi duchowni pod­czas wizyt dusz­pa­ster­skich noszą przy sobie pałki, a w kie­sze­niach nała­do­wane pisto­lety. Docie­kali też, jakież to zna­cze­nie mają słowa, takie jak twar­rdy, sztorrm, czy hełum (tak Malone wyma­wiał "twardy", "sztorm", czy "hełm"), krótko mówiąc, uru­cho­mili cały swój "arse­nał dow­ci­pów", żeby wziąć odwet na prze­śmiewcy.

Nic dobrego to nie przy­nio­sło. Malone, nie wyróż­nia­jąc się by­naj­mniej dobro­dusz­no­ścią ani opa­no­wa­niem, nie posia­dał się teraz ze zło­ści. Wrzesz­czał, gesty­ku­lo­wał, a Donne i Swe­eting chi­cho­tali. Prze­ni­kli­wym, wyso­kim cel­tyc­kim gło­sem wyzy­wał ich od Sasów i sno­bów, na co tamci odcięli się mówiąc, że Malone repre­zen­tuje naród pod­bity. Ten pogro­ził im bun­tem swo­jego "krraju", dał upust zło­ści na rządy Angli­ków; oni zaś odparli atak, krzy­cząc o łach­ma­nach, żebra­kach i zara­zie. Mały salo­nik wypeł­nił zgiełk; można było pomy­śleć, że po takich zja­dli­wych znie­wa­gach nastąpi poje­dy­nek; to cud, że pan i pani Gale nie wsz­częli alarmu z powodu tego hałasu i nie posłali po poste­run­ko­wego, żeby zapro­wa­dził spo­kój. Byli jed­nak przy­zwy­cza­jeni do podob­nych poka­zów, świet­nie wie­dzieli, że wika­rzy ni­gdy nie bie­sia­dują bez podob­nych ćwi­czeń reto­rycz­nych, łatwo więc prze­wi­dzieć, jak się rzecz zakoń­czy. Te księ­żow­skie awan­tury, nie tyle groźne, co hała­śliwe, roz­cho­dziły się po kościach. Bez względu na to, jak bar­dzo wika­rzy dziś są na sie­bie obra­żeni, jutro rano spo­tkają się jak gdyby ni­gdy nic.

Zacna para sie­działa więc przy kuchen­nym ogniu przy­słu­chu­jąc się, jak w salo­nie Malone raz po raz wali pię­ścią w blat maho­nio­wego stołu, karafki i szklanki pod­ska­kują, gło­śno brzę­cząc po każ­dym ude­rze­niu. Sprzy­mie­rzeni angiel­scy dys­pu­tanci wybu­chają szy­der­czym śmie­chem, a osa­mot­niony Irland­czyk zaci­na­ją­cym się gło­sem wygła­sza swoje tyrady. Gdy tak sie­dzieli, w pew­nej chwili usły­szeli kroki na scho­dach i po chwili ktoś gwał­tow­nie zastu­kał kołatką do drzwi.

Pan Gale poszedł otwo­rzyć.

- Kto tam u was jest na górze w salo­nie? - wład­czym tonem zapy­tał nosowy głos.

- Pan Hel­stone, nie­praw­daż? Nie pozna­łem od razu, ciemno tutaj, wcze­śnie teraz mrok zapada. Będzie pan łaskaw wejść do środka?

- Naj­pierw muszę wie­dzieć, czy warto. Kogo tam macie na górze?

- Wika­rych, pro­szę pana.

- Co?! Wszyst­kich?

- Zga­dza się, pro­szę pana.

- Przy stole?

- Tak, pro­szę pana.

- Dosyć tego.

Z tymi sło­wami na ustach do domu wszedł ubrany na czarno męż­czy­zna w śred­nim wieku. Prze­szedł przez kuch­nię, otwo­rzył wewnętrzne drzwi i pod­nió­sł­szy głowę, nasłu­chi­wał przez chwilę. Było czego posłu­chać, bo aku­rat hałas na górze przy­brał na sile.

Przy­bysz burk­nął coś pod nosem do sie­bie, po czym zwró­cił się do pana Gale'a:

- Czę­sto się tak zaba­wiają?

Jako były kościelny, pan Gale miał dla księży dużo pobłaż­li­wo­ści.

- Są mło­dzi, pro­szę pana, mło­dzi... sam pan wie - powie­dział baga­te­li­zu­ją­cym tonem.

- Mło­dzi!? Doma­gają się lania. A to hul­taje! Dar­mo­zjady! Prze­cież nawet gdyby był pan dysy­den­tem 9 a nie poboż­nym synem angiel­skiego kościoła, robi­liby to samo! I tak by się kom­pro­mi­to­wali! Ale ja im...

Nie koń­cząc zda­nia, przy­bysz wyszedł z kuchni, po czym zamknął za sobą drzwi i po scho­dach wszedł na górę. Przy­sta­nął na chwilę przed drzwiami salonu, żeby przy­słu­chać się docho­dzą­cym zza nich odgło­som, po czym bez puka­nia wszedł do środka. Cał­ko­wi­cie zasko­czeni wika­rzy umil­kli jak zacza­ro­wani, przy­były także mil­czał. Był to męż­czy­zna nie­wy­soki, ale trzy­ma­jący się pro­sto, jego mała głowa osa­dzona na sze­ro­kich ramio­nach, haczy­ko­waty nos i bystre oczy przy­wo­dziły na myśl jastrzę­bia. Na gło­wie miał wywi­nięty po bokach kape­lusz, któ­rego nie uznał za sto­sowne zdjąć ani nawet uchy­lić. Skrzy­żo­wał ręce na pier­siach i nie rusza­jąc się z miej­sca, patrzył z góry na mło­dych przy­ja­ciół; gdy­byż to choć byli jego przy­ja­ciele.

- Co ja sły­szę! - zaczął, jego głos stra­cił noso­wość, przy­bie­ra­jąc głę­bo­kie, dono­śne tony. - Co sły­szę! Czyżby nastą­piło powtórne Zesła­nie Ducha Świę­tego? Czy ponow­nie roz­dzie­liły się języki ogni­ste? Ale gdzie się podziały? Przed chwilą cały dom był pełen hałasu. Roz­po­zna­łem sie­dem­na­ście róż­nych języ­ków: Par­to­wie i Medo­wie, Ela­mici i miesz­kańcy Mezo­po­ta­mii, Judei oraz Kapa­do­cji, Pontu i Azji, Fry­gii oraz Pam­fi­lii, Egiptu i tych czę­ści Libii, które leżą bli­sko Cyreny i przy­by­sze z Rzymu, Żydzi oraz pro­ze­lici, Kre­teń­czycy i Ara­bo­wie - oni wszy­scy musieli przed chwilą być w tym pokoju, przed dwoma minu­tami.

- Pro­szę wyba­czyć, panie Hel­stone - zaczął Donne - niech pan spo­cznie. Może wina?

Jego uprzej­mość została zigno­ro­wana. Jastrząb w czar­nym ubra­niu cią­gnął dalej.

- Ale co ja mówię o darze języ­ków? Wła­śnie, dar! Pomy­li­łem roz­działy i księgi, Nowy Testa­ment ze Sta­rym, Dzieje Apo­stol­skie z Księgą Rodzaju, Jero­zo­limę z Babi­lo­nią. Nie, ten zgiełk, który mnie przed chwilą ogłu­szył to nie dar, ale istna wieża Babel i pomie­sza­nie języ­ków. Wy macie być apo­sto­łami? Wy trzej? Na pewno nie. Jeste­ście jak trzej bez­czelni babi­loń­scy kamie­nia­rze - i tyle!

- Zapew­niam pana, że my tylko tak sobie gawę­dzimy przy szkla­neczce wina, po przy­ja­ciel­skiej kola­cji - zabra­li­śmy się do dysy­den­tów!

- Do dysy­den­tów? Naprawdę? Czy Malone roz­pra­wiał się z dysy­den­tami? Dla mnie to wyglą­dało, jakby roz­pra­wiał się ze swo­imi współ­braćmi. Robi­li­ście pra­wie tyle rwe­tesu - wy trzej - ile nasz kra­wiec Moj­żesz Bar­rac­lo­ugh i wszy­scy jego słu­cha­cze w kaplicy meto­dy­stów, kiedy wpadną w fer­wor dys­ku­sji. Ale wiem, czyja to wina. Pana, panie Malone!

- Moja?

- Tak, pań­ska. Donne i Swe­eting byli cicho, zanim pan przy­je­chał i będą cicho, jak pan odje­dzie. Przy­jeż­dża­jąc do nas, powi­nien był pan zosta­wić swoje irlandz­kie przy­zwy­cza­je­nia po tam­tej stro­nie kanału. Być może wśród dzi­kich bagien i gór Con­nau­ghtu takie postę­po­wa­nie dubliń­skiego stu­denta ucho­dzi na sucho, ale tu, w przy­zwo­itej angiel­skiej para­fii jest nie­do­pusz­czalne. Wy wszy­scy przy­no­si­cie wstyd samym sobie, a co gorzej Kościo­łowi, któ­rego jeste­ście tylko skrom­nymi słu­gami.

W zacho­wa­niu nie­wy­so­kiego star­szego męż­czy­zny dają­cego repry­mendę tym mło­dzi­kom była jakaś dostoj­ność, choć moż­liwe, że nie bar­dzo paso­wała do sytu­acji. Pan Hel­stone, wypro­sto­wany jak struna, z jastrzę­bim spoj­rze­niem - mimo swo­jego księ­żego kape­lu­sza, czar­nego płasz­cza i getrów - bar­dziej przy­po­mi­nał star­szego ofi­cera służ­bi­stę, który beszta swo­ich pod­wład­nych niż czci­god­nego kapłana, napo­mi­na­ją­cego ducho­wych synów. Jego sma­gła, czujna twarz nie wyra­żała ewan­ge­licz­nej łagod­no­ści ani apo­stol­skiej dobro­tli­wo­ści, za to dostrzec można było na niej linie wyżło­bione przez twar­dość i zadumę.

- Spo­tka­łem Sup­ple­ho­ugha - cią­gnął Hel­stone. - Nie bacząc na słotę i nocną porę szedł do Mil­l­dean, by gło­sić tam ewan­ge­lię. Jak wam mówi­łem, sły­sza­łem, jak nauczał Bar­rac­lo­ugh, ryczał niby roz­ju­szony byk. A wy, pano­wie? Zasie­dzie­li­ście się nad szklanką męt­nego port­wajnu i zrzę­dzi­cie jak roz­złosz­czone stare kumoszki. Nic dziw­nego, że Sup­ple­ho­ugh ochrzcił szes­na­ścioro doro­słych nawró­co­nych w ciągu jed­nego dnia (stało się to dwa tygo­dnie temu), nic dziw­nego, że Bar­rac­lo­ugh, ten nic­poń i hipo­kryta, zdo­łał przy­cią­gnąć do swo­jej kaplicy wszyst­kie te młode tkaczki, przy­stro­jone we wstążki i kwiaty, żeby się prze­ko­nać, o ile jego palce są tward­sze od drew­nia­nych brze­gów chrzciel­nicy. Tak samo nie dziwi, że wy, pano­wie, kiedy jeste­ście pozo­sta­wieni sami sobie, bez wspar­cia swo­ich pro­bosz­czów - mojego, czy panów Halla i Boul­th­biego - zbyt czę­sto odpra­wia­cie nabo­żeń­stwo w pustym kościele i wygła­sza­cie swoje suche kaza­nia jedy­nie dla zakry­stian, orga­ni­sty i kościel­nego. Ale dość o tym. Przy­sze­dłem tu, że poroz­ma­wiać z Malone'em. - Mam dla cie­bie zada­nie, kapi­ta­nie!

- O co cho­dzi? - zapy­tał nie­za­do­wo­lony Malone. - Zbyt już późno na pogrzeb.

- Jest pan uzbro­jony?

- Jasne, ni­gdy nie jestem bez­bronny. (Malone wycią­gnął przed sie­bie swoje umię­śnione ręce).

- Bez żar­tów. Cho­dzi mi o praw­dziwą broń.

- Mam pisto­lety, które mi pan dał. Ni­gdy się z nimi nie roz­staję. W nocy zawsze są w pogo­to­wiu na krze­śle, przy moim łóżku. Mam też pałkę.

- Bar­dzo dobrze. Pój­dziesz do fabryki Moore'a?

- A co się tam stało?

- Jesz­cze nic, ale moż­liwe, że coś się wyda­rzy, Moore jest tam teraz sam. Posłał wszyst­kich zaufa­nych robot­ni­ków do Stil­bro, zostały z nim tylko dwie kobiety. Jeżeli jego "przy­ja­ciele" dowie­dzą się, że droga wolna, na pewno nie omiesz­kają go odwie­dzić.

- Nie należę do jego przy­ja­ciół, pro­szę pana. On mnie nie obcho­dzi.

- Strach cię oble­ciał, Malone?

- Wie pan, że nie. Gdy­bym przy­pusz­czał, że szy­kuje się awan­tura, na pewno bym się tam zja­wił. Ale Moore to dziwny, nie­śmiały czło­wiek, ni­gdy nie uda­wa­łem, że go rozu­miem i nie będę się ruszał się z miej­sca tylko po to, żeby spę­dzić chwilę w jego słod­kim towa­rzy­stwie.

- Awan­tura jest cał­kiem praw­do­po­dobna. Wiel­kiej bija­tyki pew­nie nie będzie, ale wąt­pię, żeby ta noc prze­szła spo­koj­nie. Wiesz, że Moore zde­cy­do­wał się na nowe maszyny, dziś wie­czo­rem ocze­kuje dwóch fur­go­nów z kro­snami i postrzy­gar­kami ze Stil­bro. Jego maj­ster Scott i kilku zaufa­nych robot­ni­ków poje­chało po nie.

- Przy­wiozą je bez­piecz­nie w nie­na­ru­szo­nym sta­nie, pro­szę pana.

- Moore też tak sądzi i zapew­nia, że nie chce nikogo do pomocy. Ktoś tam jed­nak powi­nien być, cho­ciażby jako świa­dek, na wypa­dek gdyby coś się stało. Moore jest bar­dzo nie­ostrożny. Nie zamyka okien­nic w kan­to­rze, spa­ce­ruje zupeł­nie sam po zmroku po zbo­czu parowu albo wśród zaro­śli posia­dło­ści Fiel­dhead, niczym jakiś ulu­bie­niec sąsia­dów. Cza­sem też budzi odrazę - bo wie­dzie bez­tro­skie życie, jak to się mówi w baj­kach dla dzieci. Nie odstra­sza go los Pear­sona ani Armi­tage'a - do jed­nego strze­lano w jego wła­snym domu, a do dru­giego na wrzo­so­wi­skach.

- Ale prze­cież powi­nien się tym prze­jąć i być ostroż­niej­szy - wtrą­cił Swe­eting - i na pewno by był, gdyby sły­szał to, co ja ostat­nio.

- Co sły­sza­łeś, Davy?

- Zna pan Mike'a Har­tleya?

- Tego tka­cza anty­no­mi­stę?10 Ow­szem.

- Po kil­ku­ty­go­dnio­wej pija­tyce Mike zwy­kle przy­cho­dzi na ple­ba­nię w Nun­nely i mówi panu Hal­lowi, co myśli o jego kaza­niach, pięt­nuje jego odda­nie dla dok­tryny dobrych uczyn­ków i ostrzega, że on i wszy­scy jego para­fia­nie prze­by­wają w egip­skich ciem­no­ściach.

- Dobrze, tylko co to ma wspól­nego z Moore'em?

- Mike to nie tylko anty­no­mi­sta, ale jako­bin11 i lewel­ler12.

- Wiem o tym. Kiedy jest pijany, jego myśli krążą wokół kró­lo­bój­stwa. Mike orien­tuje się w histo­rii i cza­sem wyli­cza wszyst­kich tyra­nów, któ­rzy, jak mówi, "nie ujdą krwa­wej zemście". Cie­szy się z mor­derstw doko­na­nych na koro­no­wa­nych gło­wach lub innych ludziach, zabi­tych z powo­dów poli­tycz­nych. Sły­sza­łem już, że jakoś dziw­nie inte­re­suje się Moore'em. Czy to masz na myśli, Swe­eting?

- Zgadł pan. Hall myśli, że Mike nie odczuwa oso­bi­stej nie­na­wi­ści do Moore'a. On sam mówi, że nawet lubi z Moore'em roz­ma­wiać, ale marzy mu się, żeby fabry­kant posłu­żył jako przy­kład dla innych. Wychwa­lał go przed Hal­lem, jako naj­mą­drzej­szego ze wszyst­kich wła­ści­cieli fabryk w York­shire i wła­śnie z powodu zalet, według niego, Moore powi­nien być poświę­cony jako ofiara na odku­pie­nie. Nie wydaje się panu, że Har­tley to sza­le­niec? - na koniec pro­sto­dusz­nie zapy­tał Swe­eting.

- Kto wie? Może to sza­le­niec, a może chy­trus, albo jedno i dru­gie.

- Mówił, że miewa wizje.

- No tak. Jeśli o wizje cho­dzi, to Mike jest jak Eze­chiel13 lub Daniel14. Przy­szedł do mnie w zeszły pią­tek wie­czo­rem, wła­śnie kła­dłem się spać. Chciał mi opo­wie­dzieć o wizji, którą miał tego samego dnia w parku w Nun­nely.

- Niech pan nam opo­wie. Co to za wizja? - znów zapy­tał Swe­eting.

- Wielki narząd cie­ka­wo­ści roz­po­znaję na czaszce twej15, Davy. A Malone, jak widzisz, nie ma go wcale. Żadne mor­der­stwa ani wizje go nie inte­re­sują. Popatrz, wygląda jak wiel­gachny, bez­myślny Saf16".

- Saf? Kto to jest?

- Przy­pusz­cza­łem, że nie będziesz wie­dział. Doucz się, to z Biblii. Zresztą ja sam znam tylko jego imię i pocho­dze­nie; ale już w dzie­ciń­stwie postać Safa wryła mi się w pamięć. Był uczciwy, ale nie­zgrabny i nie miał szczę­ścia. Zgi­nął z rąk Sib­be­kaia w oko­li­cach mia­sta Gob.

- No a wizja, pro­szę pana?

- Zaraz usły­szysz, Davy. Donne obgryza paznok­cie, a Malone ziewa, powiem więc to tylko tobie. Nie­stety, Mike, jak wielu innych, jest obec­nie bez zaję­cia i Grame, zarządca pana Phi­lipa Nun­nely zle­cił mu robotę przy klasz­to­rze. Mike opo­wia­dał mi, jak nie­długo przed zmro­kiem, gdy sadził żywo­płot, wydało mu się, że gdzieś daleko gra orkie­stra. Roz­po­znał dźwięki rogu, pisz­cza­łek i trąbki, dobie­gały gdzieś z lasu, więc poszedł zoba­czyć, co to. Wśród drzew dostrzegł jakieś posta­cie, czer­wone jak kwiaty maku i białe, niczym kwiaty głogu. Las był nimi wypeł­niony, wcho­dziły już do parku. Wtedy uświa­do­mił sobie, że to żoł­nie­rze - dzie­siątki tysięcy żoł­nie­rzy, któ­rzy, pomimo tak ogrom­nej liczby, nie robili wię­cej hałasu niż chmara muszek w letni wie­czór. Ufor­mo­wali szyk - zapew­niał Mike - i prze­ma­sze­ro­wali, pułk za puł­kiem, przez park. Szedł za nimi do błoni w Nun­nely. Wciąż sły­szał tylko deli­katne dźwięki muzyki z oddali. Na bło­niach zoba­czył, jak zmie­niają szyk na komendę sto­ją­cego w samym środku, ubra­nego w szkar­łat męż­czy­zny. Według Mike'a, oddziały zaj­mo­wały obszar jakichś pięć­dzie­się­ciu akrów17. Przy­glą­dał im się przez dobre pół godziny, aż oddziały dokądś cicho odma­sze­ro­wały. Przez cały czas nie sły­szał ani gło­sów żoł­nie­rzy, ani ich kro­ków. Nic, tylko ciche dźwięki uro­czy­stego mar­szu.

- Dokąd poszli, pro­szę pana?

- W kie­runku Briar­field. Mike szedł za nimi. Gdy prze­cho­dzili przez Fiel­dhead, słup bla­do­nie­bie­skiego dymu, jak po wystrzale arty­le­ryj­skim, bez­sze­lest­nie roz­szedł się po polach, dro­gach i bło­niach, aż do jego stóp. Kiedy się roz­wiał, Mike zaczął wypa­try­wać żoł­nie­rzy, ale ci znik­nęli i wię­cej już ich nie zoba­czył. Niczym roz­tropny Daniel, Mike nie tylko szcze­gó­łowo opo­wie­dział swoją wizję, ale i sam ją sobie wytłu­ma­czył. Według niego, ozna­cza ona roz­lew krwi i zamieszki.

- Czy pan w to wie­rzy?

- A ty, Davy? Ale co to, Malone? Nie zbie­rasz się do drogi?

- Dziwi mnie, że pan nie został z Moore'em. Prze­cież lubi pan takie rze­czy.

- Tak bym pew­nie zro­bił, ale nie­stety, zapro­si­łem Boultby'ego na kola­cję, ma wstą­pić do mnie po dro­dze ze spo­tka­nia towa­rzy­stwa biblij­nego w Nun­nely. Obie­ca­łem jed­nak, że wyślę cie­bie w zastęp­stwie; za co, swoją drogą, Moore nawet mi nie podzię­ko­wał. Wolałby, żebym to ja tam był, a nie ty, Pio­trze. Gdyby coś się działo, przy­jadę do was. Niech ude­rzą w dzwon fabryki, to będzie sygnał. Tym­cza­sem idź już, chyba że (zwra­ca­jąc się nagle do Swe­etinga i Donne'a), Davy Swe­eting i Joseph Donne wolą pójść. - Co powie­cie, pano­wie? Zada­nie ma cha­rak­ter hono­rowy, jest jed­nak dość nie­bez­pieczne; wie­cie sami, że nie­spo­koj­nie u nas, a Moore, jego fabryka i maszyny są dosta­tecz­nie znie­na­wi­dzeni. Nie wąt­pię, że wasze serca wypeł­niają rycer­skie uczu­cia i szla­chetna odwaga. Mam pew­nie zbyt­nią sła­bość do Pio­tra, niech więc nasz mały Dawid będzie mistrzem lub nie­ska­zi­telny Józef. - W końcu ty, Malone jesteś tylko wiel­kim, nie­zdar­nym Sau­lem18, nada­jesz się jedy­nie do tego, żeby podać zbroję god­niej­szym od sie­bie. Wyj­mijże swoje pisto­lety i przy­nieś pałkę. Jest tam, w kącie.

Z nie­od­gad­nio­nym uśmie­chem Malone wycią­gnął pisto­lety i podał swoim współ­bra­ciom. Ci jed­nak nie spie­szyli się, żeby je przy­jąć. Z pełną gra­cji skrom­no­ścią cof­nęli się o krok przed wycią­gniętą bro­nią.

- Ni­gdy nie biorę broni do ręki. W życiu nie tkną­łem cze­goś takiego - powie­dział Donne.

- Pra­wie nie znam pana Moore'a - wymam­ro­tał Swe­eting.

- Jeśli ni­gdy nie mia­łeś w ręku pisto­letu, teraz masz oka­zję poczuć, jak to jest, wielki satrapo Egiptu. Co do małego min­strela, pew­nie woli spo­tkać się z Fili­sty­nami, trzy­ma­jąc w rękach jedy­nie swój flet. - Podaj im kape­lu­sze, Malone, obaj gotowi są do drogi.

- Nie, nie, panie Hel­stone. Mojej matce by się to nie spodo­bało - bro­nił się Swe­eting.

- A ja wyznaję zasadę, żeby ni­gdy się nie mie­szać do tego rodzaju awan­tur - oznaj­mił Donne.

Hel­stone uśmiech­nął się iro­nicz­nie; Malone zare­cho­tał. Odło­żył na miej­sce pisto­lety, wziął kape­lusz i pałkę i ze sło­wami:

- W to mi graj, jesz­cze ni­gdy tak się nie czu­łem przed awan­turą, chciał­bym, żeby tka­cze potrza­skali apar­ta­menty Moore'a tej nocy - wyszedł, sadząc wiel­kie kroki po scho­dach. Drzwi wej­ściowe zatrza­snął z takim hukiem, że dom zatrząsł się w posa­dach.

Rozdział 2

2

FUR­GONY

Wie­czór był ciemny, bez gwiazd i księ­życa, uto­piony w desz­czo­wych chmu­rach, które szare w dzień, w nocy - były czarne jak smoła. Malone nie był typem obser­wa­tora natury, pawie wcale nie zauwa­żał zacho­dzą­cych w niej zmian. Mógł prze­wę­dro­wać szmat drogi w naj­bar­dziej kapry­śny kwiet­niowy dzień i w ogóle nie dostrzec cudow­nego flirtu ziemi z nie­bem - ni­gdy nie zauwa­żał, jak pro­mień słońca całuje szczyty gór, a one roz­ja­śniają się widocz­nym w zie­lo­nym świe­tle uśmie­chem. Nie widział, jak wzgó­rza zasnu­wają wiszące nisko, roz­czo­chrane pasma chmur i zra­szają je swo­imi łzami. Nie porów­ny­wał nieba, takiego, jakie było w tej chwili - opa­tu­lone w chmury skle­pie­nie, całe czarne, tylko na wscho­dzie piece hut w Stil­bro rzu­cały drżącą, upiorną łunę na hory­zont - do bez­chmur­nego nie­bo­skłonu w mroźną noc. Nie zasta­wiał się, gdzie podziały się kon­ste­la­cje i pla­nety, nie żal mu było, że ten czar­no­gra­na­towy, powietrzny ocean z roz­rzu­co­nymi po nim bia­łymi wysep­kami zakrywa teraz drugi żywioł - cięż­szy i gęst­szy. Malone szedł tylko zawzię­cie swoją drogą, pochy­lony lekko do przodu, zwy­cza­jem Irland­czy­ków zsu­nąw­szy kape­lusz na tył głowy. "Stuk, stuk", jego buty stu­kały po wyło­żo­nej kamie­niami ścieżce, w miej­scach, gdzie droga mogła się pochwa­lić takim mia­nem; "chlup, chlup" po wyżło­bio­nych przez wozy kole­inach, gdzie bruk prze­cho­dził w mięk­kie błoto. Męż­czy­zna wypa­try­wał punk­tów orien­ta­cyj­nych - iglicy kościoła w Briar­field, a potem świa­teł gospody w Redho­use. Gdy dotarł do tej ostat­niej, oczom jego uka­zał się wyle­wa­jący się przez na wpół zasło­nięte okna odblask ognia, a widok okrą­głego stołu zasta­wio­nego szklan­kami i sie­dzą­cych na dębo­wych ławach bie­siad­ni­ków, omal nie zawró­cił go z drogi. Pomy­ślał: tęsk­nię za szklanką whi­sky z wodą. Gdyby był w innym miej­scu, pew­nie natych­miast speł­niłby swoje marze­nie, jed­nak zebrane tutaj towa­rzy­stwo sta­no­wili para­fia­nie Hel­stone'a; wszy­scy go znali. Wes­tchnął tylko i poszedł dalej.

Teraz trzeba było zejść z prze­jezd­nej drogi - przej­ście przez pola, równe i mono­tonne, zna­cząco mogło skró­cić pozo­stały do prze­by­cia dystans. Malone ruszył więc na prze­łaj, prze­ska­ku­jąc przez żywo­płoty i mury. Mijał teraz ogromny budy­nek, który choć nie­fo­remny, przy­po­mi­nał dwór. Z wyso­kim dachem, zwień­cza­ją­cym długą ścianę fron­tową, łączył się niż­szy, pokryty licz­nymi komi­nami, a za nim widać było jakieś drzewa. W budynku pano­wała ciem­ność, w ani jed­nym oknie nie paliła się świeca. W zale­ga­ją­cej ciszy sły­chać było tylko deszcz ciek­nący z dachów i wiatr pogwiz­du­jący w komi­nach i kona­rach drzew.

Malone minął ów budy­nek, pola dotych­czas pła­skie, ury­wały się dość gwał­tow­nie i prze­cho­dziły w parów. Dobie­gał tu wyraźny szum prze­pły­wa­ją­cej w dole wody. W oddali maja­czyło jedyne świa­tełko i wła­śnie w jego stronę skie­ro­wał się Malone.

Pod­szedł do bie­le­ją­cego nawet w tych gęstych ciem­no­ściach domku i zastu­kał do drzwi. Otwo­rzyła mu rumiana słu­żąca. Świeca, którą trzy­mała w ręku, oświe­tliła cia­sny kory­tarz pro­wa­dzący do wąskich scho­dów. Dwoje drzwi obi­tych pąso­wym suk­nem i wyło­żony na scho­dach dywan w tym samym kolo­rze kon­tra­sto­wały z jasną barwą ścian i białą pod­łogą, przez co to nie­wiel­kie wnę­trze ema­no­wało czy­sto­ścią i świe­żo­ścią.

- Pan Moore jest w domu, jak przy­pusz­czam?

- Tak, pro­szę pana, ale nie ma go w środku.

- Nie ma go w środku? Gdzież więc jest?

- W fabryce, w kan­to­rze.

W tym momen­cie otwo­rzyły się jedne z pąso­wych drzwi.

- Czy fur­gony przy­je­chały, Saro? - zapy­tał kobiecy głos. W tej samej chwili uka­zała się jego wła­ści­cielka. Być może nie była to bogini, zwitki papi­lo­tów na skro­niach wła­ści­wie nie pozwa­lały na takie przy­pusz­cze­nie, ale też nie miała twa­rzy gor­gony, mimo to Malone jakby się cze­goś wystra­szył. Cof­nął swoją wielką postać w deszcz i wymam­ro­tał: "Pójdę go poszu­kać." Zmie­szany, ścieżką bie­gnącą wzdłuż żywo­płotu prze­szedł szybko przez podwó­rze i skie­ro­wał się w stronę wiel­kiego, czar­nego budynku fabryki.

Dzień robo­czy już dawno się skoń­czył, robot­nicy ode­szli. Maszyny odpo­czy­wały, fabryka była zamknięta. Malone obszedł ją wkoło i na dłu­giej, zakop­co­nej fasa­dzie zoba­czył plamę świa­tła. Uży­wa­jąc grub­szego końca swo­jej pałki, zabęb­nił do drzwi. Klucz prze­krę­cił się w zamku i drzwi sta­nęły otwo­rem.

- Joe Scott? To ty? Co z fur­go­nami?

- Nie, to ja. Pan Hel­stone mnie tu przy­słał.

- O, pan Malone. - W gło­sie mówią­cego zabrzmiał leciutki ton roz­cza­ro­wa­nia. Po krót­kiej pau­zie głos cią­gnął dalej, uprzej­mie, acz nieco ofi­cjal­nie.

- Pro­szę, niech pan wej­dzie, panie Malone. Bar­dzo żałuję, że pan Hel­stone uznał, że musi się pan tru­dzić tak daleko. To nie było konieczne, mówi­łem mu to... i jesz­cze w taką noc. Ale niech­że pan wej­dzie.

Przez ciemne pomiesz­cze­nie, w któ­rym niczego nie można było doj­rzeć, Malone prze­szedł za wła­ści­cie­lem do jasno oświe­tlo­nego pokoju - bar­dzo jasnego i weso­łego, szcze­gól­nie dla oczu, które przez ostat­nią godzinę musiały wpa­try­wać się w gęstą ciem­ność nocy i mgłę. Z wyjąt­kiem jaskra­wego ognia i sto­ją­cej na stole lampy o wytwor­nej kon­struk­cji, która żywym bla­skiem roz­świe­tlała pomiesz­cze­nie, było to jed­nak bar­dzo pro­ste wnę­trze. Na pod­ło­dze z desek bra­ko­wało dywanu, trzy czy cztery poma­lo­wane na zie­lono krze­sła ze sztyw­nym opar­ciem, wyglą­dały jakby wzięto je z wiej­skiej kuchni. Cięż­kie, solidne biurko, podobny stół, jakieś opra­wione w ramkę, zawie­szone na poma­lo­wa­nych na szaro ścia­nach plany budyn­ków, ogrodu, pro­jekty maszyn i tym podobne, dopeł­niały ume­blo­wa­nia tego pomiesz­cze­nia.

Jego pro­stota zda­wała się jed­nak przy­paść do gustu Malone'owi, który zdjął mokry sur­dut i kape­lusz i powie­sił je na wie­szaku, po czym wysu­nął jedno z krze­seł, wyglą­da­ją­cych jakby wykrzy­wił je reu­ma­tyzm, przy­su­nął je do kominka i usiadł, pra­wie doty­ka­jąc kola­nami roz­grza­nej kraty pale­ni­ska.

- Wygod­nie się pan tu urzą­dził, panie Moore.

- Tak, ale moja sio­stra byłaby rada ugo­ścić pana w domu.

- Ależ nie, panie naj­le­piej zosta­wić w spo­koju. Ni­gdy nie byłem bawi­dam­kiem. Czy pan cza­sem nie myli mnie ze Swe­etin­giem, pro­szę pana?

- Ze Swe­etin­giem? A który to? Ten w cze­ko­la­do­wym płasz­czu czy ten mały dżen­tel­men?

- Ten mały - z para­fii z Nun­nely; kawa­ler pań Sykes, we wszyst­kich sze­ściu jest zako­chany. Ha, ha!

- Lepiej być zako­cha­nym ogól­nie we wszyst­kich niż w jakiejś jed­nej szcze­gól­nie, takie jest moje zda­nie.

- Ale on wła­śnie jest szcze­gól­nie zako­chany w jed­nej, bo kie­dy­śmy go z Donne'em naci­skali, żeby któ­rąś wybrał, wymie­nił. Którą, jak pan myśli?

Uśmie­cha­jąc się do swo­ich myśli Moore odparł:

- Dorę albo Har­riet.

- Ha, ha! Dosko­nale. Ale czemu myśli pan o tych dwóch?

- Ponie­waż są naj­wyż­sze, naj­ład­niej­sze, a Dora przy­naj­mniej naj­bar­dziej dorodna, a skoro pana przy­ja­ciel Swe­eting cie­szy się raczej drobną posturą, pomy­śla­łem, według czę­stej reguły w takich przy­pad­kach, że pew­nie pociąga go kon­trast.

- Ma pan rację, to Dora. Ale nie ma u niej szans, prawda?

- Co Swe­eting posiada poza pen­sją wika­rego?

Pyta­nie to zdało się nie­zwy­kle roz­ba­wić Malone'a. Zanim odpo­wie­dział, śmiał się kilka dobrych minut.

- Co Swe­eting posiada? Swoją harfę i flet, co na jedno wycho­dzi. Ma coś w rodzaju zegarka z imi­ta­cji złota; podobny pier­ścień i monokl. To wszystko.

- Skądże więc weź­mie na utrzy­ma­nie panny Sykes, choćby na same jej stroje?

- Ha, ha! Dosko­nałe! Zapy­tam go przy naj­bliż­szej oka­zji. Pośmieję się z jego tupetu. On z pew­no­ścią spo­dziewa się, że Chri­sto­pher Sykes da córce przy­zwo­ity posag. Jest bogaty, prawda? Miesz­kają w dużym domu.

- Sykes pro­wa­dzi poważne inte­resy.

- Zatem musi być bogaty, co?

- Zatem musi mieć sporo roboty ze swoim bogac­twem. W dzi­siej­szych cza­sach rów­nie praw­do­po­dobne jest, że myśli o wyco­fa­niu pie­nię­dzy z obrotu, aby mieć na posag dla swo­ich córek, jak to, że ja marzę o wybu­rze­niu wiej­skiego domku i posta­wie­niu na jego miej­scu ogrom­nej sie­dziby, jak Fiel­dhead.

- Wie pan, co ostat­nio sły­sza­łem, panie Moore?

- Nie. Być może, że mia­łem dopro­wa­dzić do podob­nych zmian. Plot­ka­rze z Briar­field powta­rzają nawet jesz­cze głup­sze rze­czy.

- Że miał pan wziąć Fiel­dhead w dzier­żawę (dziś tam­tędy prze­cho­dzi­łem, to okropne miej­sce) i że chciał pan umie­ścić tam pannę Sykes jako panią domu - krótko mówiąc, oże­nić się. Ha, ha! Z którą? Na pewno z Dorą. Powie­dział pan, że jest naj­ład­niej­sza.

- Odkąd przy­je­cha­łem do Briar­field, cały czas mnie swa­tają. Swa­tali mnie już z każdą panną na wyda­niu w oko­licy. Były dwie panny Wynns, naj­pierw czarna, potem jasno­włosa, dalej rudo­włosa panna Armi­tage, póź­niej doj­rzała Ann Pear­son. Obec­nie rzuca pan na moje barki cały klan Syke­sów. Skąd się biorą takie plotki, Bóg raczy wie­dzieć. Skła­da­jąc wizyty, szu­kam towa­rzy­stwa kobiet tak wytrwale jak pan, Malone. Jeśli jadę do Whin­bury, to tylko po to, by odwie­dzić kan­tor Sykesa albo Pear­sona, z któ­rymi roz­ma­wiam na tematy inne niż matry­mo­nialne, nasze myśli zaj­muje coś innego niż swaty i posagi. Tka­niny, któ­rych nie możemy sprze­dać, robot­nicy, któ­rych nie możemy zatrud­nić, fabryki, które trzeba zamknąć - prze­wrotny bieg wyda­rzeń, któ­rego nie możemy odwró­cić - to wła­śnie leży nam na sercu. Takie wymy­sły jak amory uwa­żam w tej chwili za cał­ko­wi­cie wyklu­czone.

- Zga­dzam się z panem cał­ko­wi­cie. Nic bar­dziej nie jest mi wstrętne jak mał­żeń­stwo - mam na myśli pospo­lite, try­wialne mał­żeń­stwo - dwoje bied­nych głup­ców godzą­cych się połą­czyć swoją nędzę non­sen­sow­nym węzłem uczu­cia. Bred­nie! Ale jakieś korzystne związki, oparte na wza­jem­nych inte­re­sach i zgod­no­ści poglą­dów nie są naj­gor­sze, co?

- Nie są - odpo­wie­dział Moore, cokol­wiek zamy­ślony. Temat wyda­wał się go nie­wiele inte­re­so­wać, nie pod­jął go. Przez chwilę wpa­try­wał się w ogień, jakby zaab­sor­bo­wany jaki­miś myślami, następ­nie odwró­cił głowę w stronę Malone'a.

- Co to? - ode­zwał się. - Czy sły­szał pan stu­kot kół?

Pod­niósł się z krze­sła, pod­szedł do okna, otwo­rzył je i nasłu­chi­wał przez chwilę, po czym je zamknął. - Wyda­wało mi się. Pew­nie wiatr się nasi­lił - zauwa­żył - albo wez­brał stru­mień w kotli­nie. Wozy miały być o szó­stej, a jest pra­wie dzie­wiąta.

- Poważ­nie myśli pan, że zakup tych maszyn spro­wa­dzi na pana nie­bez­pie­czeń­stwo? - docie­kał Malone. - Hel­stone sądzi, że tak.

- Chcę tylko, żeby maszyny zna­la­zły się bez­piecz­nie pod dachem fabryki. Jak już je usta­wią, żadni tka­cze mi nie straszni. Niech tylko przyjdą w odwie­dziny, poniosą kon­se­kwen­cje. Moja fabryka to moja twier­dza.

- Pogar­dzać tymi psu­bra­tami - zauwa­żył Malone tonem głę­bo­kiej reflek­sji. - Pra­wie życzył­bym sobie, żeby zło­żyli panu wizytę dziś wie­czo­rem, ale droga wydała mi się nad­zwy­czaj spo­kojna, gdy sze­dłem. Nie widzia­łem niczego podej­rza­nego.

- Prze­cho­dził pan obok gospody?

- Ow­szem.

- Na tej dro­dze nic się nie wyda­rzy. Ta droga do Stil­bro jest nie­bez­pieczna.

- Sądzi pan, że nie­bez­pie­czeń­stwo ist­nieje?

- To, co ci ludzie zro­bili innym, mogą zro­bić i mnie. Jest jed­nak róż­nica: więk­szość wła­ści­cieli fabryk para­li­żuje strach. Na przy­kład Sykes. Spa­lono jego fabrykę, tka­niny na roz­cią­gar­kach podarto, po polach walały się strzępy, a on niczego nie zro­bił, żeby zna­leźć i uka­rać szu­braw­ców: pod­dał się potul­nie, jak kró­lik w szczę­kach fretki. A ja, o ile sam sie­bie znam, będę bro­nił mojej fabryki i maszyn.

- Hel­stone myśli, że one są pań­skimi boż­kami, a Roz­po­rzą­dze­nia Rady19 w spra­wie blo­kady mor­skiej uznaje pan za nowe sie­dem grze­chów głów­nych. Mówi, że Castle­re­agh20 jest dla pana anty­chry­stem, a stron­nic­two wojenne jego legio­nami.

- Tak, mam odrazę do tych roz­po­rzą­dzeń, bo dopro­wa­dzają mnie do ruiny. Stoją mi na dro­dze, nie pozwa­lają iść do przodu. Ruj­nują moje plany. Czuję się zaska­ki­wany na każ­dym kroku przez ich nie­prze­wi­dziane rezul­taty.

- Ale daje pan sobie radę, jest pan prze­cież bogaty, panie Moore?

- Jestem bar­dzo bogaty, w tka­niny, któ­rych nie mogę sprze­dać. Powi­nien pan zaj­rzeć do moich maga­zy­nów i zoba­czyć jak się w nich pię­trzą po sam sufit. Roakes i Pear­son są w takiej samej sytu­acji. Przez Radę pozby­li­śmy się naj­więk­szego rynku zbytu - Ame­ryki.

Malone zda­wał się nie mieć ochoty na pod­trzy­my­wa­nie tego rodzaju dys­ku­sji. Zaczął stu­kać obca­sem o obcas i zie­wać.

- I pomy­śleć - cią­gnął Moore, chyba zbyt pochło­nięty swo­imi myślami, żeby zauwa­żyć oznaki znu­dze­nia u gościa, że tu, w Whin­bury i Briar­field, cią­gle czło­wieka prze­śla­dują tymi śmiesz­nymi plot­kami i swa­tami! Jakby nic innego nie było do zro­bie­nia w życiu, tylko, jak to mówią, "zwró­cić uwagę" na jakąś młodą damę, a potem zapro­wa­dzić ją przed ołtarz, następ­nie odbyć podróż poślubną, zło­żyć serię sto­sow­nych wizyt i "być płod­nym i roz­mna­żać się". O, que le dia­ble emporte!21 - Prze­rwał nagle swoją pło­mienną wypo­wiedź i dodał już spo­koj­niej: - Wie­rzę, że kobiety roz­ma­wiają i myślą tylko o tym i natu­ral­nie, chcia­łyby, żeby męż­czyźni zaj­mo­wali się tym samym.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście - zgo­dził się Malone - ale nie ma co się nimi przej­mo­wać. - Zagwiz­dał, rozej­rzał się nie­cier­pli­wie wokół, spra­wia­jąc wra­że­nie, że cze­goś bar­dzo mu potrzeba. Tym razem Moore dostrzegł to i odgadł, co Malone daje do zro­zu­mie­nia.

- Panie Malone - powie­dział - po tym spa­ce­rze w desz­czu przy­da­łoby się panu coś na odświe­że­nie. Zapo­mnia­łem o gościn­no­ści.

- Nie, nie trzeba. - Zaprze­czył Malone, ale wyglą­dało na to, że jest ina­czej. Moore pod­niósł się i otwo­rzył jakąś szafkę.

- Lubię - powie­dział - mieć przy sobie wszystko, co potrzebne i nie być zależny na każ­dym kroku od kobiet. Czę­sto spę­dzam tu wie­czór i jem kola­cję sam, a śpię, tak jak Joe Scott, w fabryce. Cza­sem jestem swoim wła­snym stró­żem. Potrzeba mi nie­wiele snu, lubię w taki ładny wie­czór pospa­ce­ro­wać z musz­kie­tem przez godzinę, dwie po kotli­nie. Malone, umie pan przy­rzą­dzić kotlet barani?

- Niech pan się prze­kona. Robi­łem to setki razy jako stu­dent.

- Mamy tu jakiś pół­mi­sek, jest też ruszt. Pro­szę nim szybko obra­cać. Zna pan sekret soczy­stego mięsa?

- Bez obaw, prze­kona się pan. Popro­szę nóż i wide­lec.

Wikary odwi­nął man­kiety płasz­cza i ocho­czo zabrał się do kucha­rze­nia. Fabry­kant tym­cza­sem poło­żył na stole tale­rze, boche­nek chleba, butelkę z ciem­nym pły­nem i dwie szklanki. Następ­nie wycią­gnął mały mie­dziany czaj­nik - wszystko z dobrze zaopa­trzo­nego kre­densu - napeł­nił go wodą ze sto­ją­cego w kącie dużego kamien­nego dzbana i posta­wił na ogniu obok syczą­cego rusztu. Wyjął cytrynę, cukier i małą por­ce­la­nową wazę do pon­czu. Zaczął przy­rzą­dzać poncz, ale prze­rwało tę czyn­ność stu­ka­nie do drzwi.

- Czy to ty, Saro?

- Tak, pro­szę pana. Czy przyj­dzie pan na kola­cję?

- Nie, dziś wie­czór zjem poza domem, będę spał w fabryce. Zamknij zatem drzwi na klucz i powiedz pani, żeby się już poło­żyła.

Wró­cił do pon­czu.

- Ma pan porzą­dek w gospo­dar­stwie - ode­zwał się Malone z apro­batą, twarz zaru­mie­niła mu się jak węgielki, nad któ­rymi się pochy­lał, wytrwale obra­ca­jąc ruszt z mię­sem. - Nie jest pan pan­to­fla­rzem jak biedny Swe­eting, czło­wiek - ale ten tłuszcz pry­ska, opa­rzy­łem się w rękę! - stwo­rzony do pod­po­rząd­ko­wa­nia się kobie­tom. Nato­miast pan i ja - ten ładny, rumiany kawa­łek dla pana, z dużą ilo­ścią sosu - nie pozwo­limy kobie­cie nami rzą­dzić, gdy się oże­nimy.

- Nie wiem, ni­gdy się nad tym nie zasta­na­wiam. Jeżeli żona przy­stojna i zgodna, dla­czego by nie?

- Kotlety gotowe. Czy poncz się uwa­rzył?

- Nala­łem panu, pro­szę spró­bo­wać. Gdy Joe Scott wróci ze swo­imi ludźmi, będą mogli się poczę­sto­wać, jeśli dowieźli maszyny w nie­na­ru­szo­nym sta­nie.

Przy kola­cji Malone bar­dzo powe­se­lał. Gło­śno śmiał się z dro­bia­zgów, mówił spro­śne żarty i sam kla­skał z ucie­chy, krótko mówiąc roz­ocho­cił się. Gospo­darz, prze­ciw­nie, pozo­stał cichy jak wcze­śniej. Czas już, czy­tel­niku, żebyś miał jakieś wyobra­że­nie, jak wyglą­dał, posta­ram się więc naszki­co­wać jego postać, gdy tak sie­dzi przy stole.

Na pierw­szy rzut oka pew­nie uznał­byś, że wygląda nieco dziw­nie, tro­chę z cudzo­ziem­ska, szczu­pły, ciem­no­włosy, blady, ciemne włosy nie­dbale opa­dają mu na czoło. Sądzić można, że dba­łość o wygląd nie­wiele go zaj­muje, ina­czej posta­rałby się wyglą­dać gustow­niej. Zdaje się nie­świa­domy posia­da­nia uro­dzi­wej twa­rzy w typie połu­dniowca, o wytwor­nym owalu i regu­lar­nych, sub­tel­nie rzeź­bio­nych rysach. Zresztą i roz­mówca uświa­da­mia to sobie wów­czas, gdy dobrze mu się przyj­rzy. Dzieje się tak z powodu wyrazu nie­po­koju i pew­nej ponu­ro­ści, które zabu­rzają urodę tej twa­rzy. Duże, szare oczy patrzą w sku­pie­niu, bar­dziej badaw­czo niż łagod­nie, prę­dzej zamy­ślone niż przy­ja­zne. Kiedy roz­chyla usta w uśmie­chu, twarz roz­ja­śnia się, ale nawet wtedy nie wygląda na szczerą lub pogodną Czuje się od niego łagodny spo­kój, przy­wo­dzący na myśl, choć może jest to wra­że­nie złudne, czło­wieka liczą­cego się z innymi, cier­pli­wego, wyro­zu­mia­łego, moż­liwe, że wier­nego, posia­da­ją­cego więc cechy dro­go­cenne w życiu rodzin­nym. Wciąż młody, ma nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat, wysoki, o smu­kłej figu­rze. Nie­przy­jemny jest jego spo­sób mówie­nia. Dzi­waczny akcent, mimo wystu­dio­wa­nej, mają­cej go zama­sko­wać, nie­dba­ło­ści w wymo­wie i dyk­cji, drażni uszy Anglika, a tym bar­dziej miesz­kańca York­shire.

Pan Moore z pocho­dze­nia był tylko w poło­wie Angli­kiem. Matka była Fran­cuzką, dzie­ciń­stwo spę­dził za gra­nicą. Będąc pół Angli­kiem, pół Fran­cu­zem, miał chyba także mie­szane uczu­cia w związku z róż­nymi poję­ciami - na przy­kład z patrio­ty­zmem; praw­do­po­dob­nie nie był w sta­nie zwią­zać się z jakim­kol­wiek stron­nic­twem, wyzna­niem czy nawet kra­jem i jego oby­cza­jami. Nie­wy­klu­czone, że miał skłon­ność do izo­lo­wa­nia się od każ­dej spo­łecz­no­ści, do któ­rej los mógł go tym­cza­sowo wrzu­cić i czuł, że to naj­lep­szy wybór dla niego. Zasadą numer jeden dla Roberta Gérarda Moore'a było posta­wić swój inte­res oso­bi­sty na pierw­szym miej­scu, nie bio­rąc pod uwagę filan­tro­pij­nego poję­cia inte­resu ogółu, ten bowiem wyda­wał mu się cał­kiem obcy. Jego odzie­dzi­czo­nym powo­ła­niem był han­del: przez dwa stu­le­cia Gérardowie z Antwer­pii byli kup­cami. Kie­dyś zamożni, jed­nak nie­pew­ność i zmien­ność sytu­acji poli­tycz­nej odci­snęły na nich swoje piętno. Kata­stro­falne w skut­kach spe­ku­la­cje pod­ko­pały z cza­sem ich pre­stiż. Mimo chwiej­nej pozy­cji, przez nie­wiele ponad dzie­sięć lat dom han­dlowy Gérardów jakoś się utrzy­my­wał, ale w końcu, po rewo­lu­cji fran­cu­skiej popadł w cał­ko­witą ruinę. Jego upa­dek pocią­gnął za sobą także angiel­ską firmę Moore'ów, bli­sko powią­za­nej z Antwer­pią. Jeden z part­ne­rów, miesz­ka­jący w Antwer­pii, Robert Moore, poślu­bił Hor­ten­sję Gérard, mając nadzieję, że żona odzie­dzi­czy udziały ojca, Con­stan­tine'a Gérarda w inte­resach. Odzie­dzi­czyła jed­nak tylko jego udział w dłu­gach firmy. Mówiono, że część tych zobo­wią­zań, zre­du­ko­wa­nych przez polu­bowne układy z wie­rzy­cie­lami, prze­szła na jej syna, Roberta, który miał nadzieję kie­dyś je spła­cić i przy­wró­cić upa­dłej fir­mie Gérardów i Moore'ów dawny blask. Prze­byte trud­no­ści zosta­wiły ślad w jego sercu i jeśli rze­czy­wi­ście gorz­kie doświad­cze­nia dzie­ciń­stwa, spę­dzo­nego przy boku ponu­rej matki, w prze­czu­ciu nad­cho­dzą­cej kata­strofy, mło­do­ści zatru­tej nie­ubła­ga­nym nadej­ściem burz­li­wych wyda­rzeń, mogły bole­śnie odci­snąć się w jego świa­do­mo­ści, to oczy­wi­ste się staje, że we wspo­mnie­niach nie zacho­wał jedy­nie rado­snych wyda­rzeń.

W każ­dym razie jed­nak, jeśli marzył o odbu­do­wie firmy han­dlo­wej Gérardów, to nie miał ani środ­ków, ani moż­li­wo­ści, żeby tego doko­nać. W ocze­ki­wa­niu na lep­sze czasy musiał zado­wa­lać się małymi rze­czami. Kiedy przy­był do York­shire, on - któ­rego przod­ko­wie posia­dali maga­zyny w por­cie i fabryki w mie­ście, mieli rezy­den­cje w mie­ście i wiej­skie posia­dło­ści - mógł jedy­nie wyna­jąć tkal­nię w maleń­kim mia­steczku w odle­głym rejo­nie, zamiesz­kać w sąsia­du­ją­cym z nią wiej­skim domu i dodać do swo­jego stanu posia­da­nia parę akrów ziemi poło­żo­nej na zbo­czu kotliny, przez którą pły­nęła fabryczna rzeczka. Można tam było paść konia i usta­wić roz­cią­garki. Wszystko to za wysoki czynsz (były to cięż­kie, wojenne czasy i pano­wała dro­ży­zna) pła­cony zarzą­dza­ją­cym, w imie­niu nie­peł­no­let­niej dzie­dziczki posia­dło­ści Fiel­dhead.

W cza­sie, gdy toczy się nasza histo­ria, Robert Moore od dwóch już lat mieszka w tym rejo­nie, w ciągu tego czasu zasłu­żył sobie na miano czło­wieka rzut­kiego i ener­gicz­nego. Brudny, wiej­ski dom prze­mie­nił w schludną i gustowną posia­dłość. Z czę­ści nie­obro­bio­nej ziemi urzą­dził ogród, który upra­wiał z nie­zwy­kłą, iście fla­mandzką dokład­no­ścią i zapa­łem. Co do fabryki miesz­czą­cej się w sta­rym budynku i wypeł­nio­nej maszy­nami, nie­wy­daj­nymi już i prze­sta­rza­łymi, od początku nią pogar­dzał. Celem jego stała się więc rady­kalna jej reforma; wpro­wa­dzał ją tak szybko, jak tylko pozwa­lał mu na to ogra­ni­czony kapi­tał. Z powodu szczu­pło­ści środ­ków nie mógł nabrać roz­ma­chu i to bar­dzo go iry­to­wało. Moore chciał zawsze iść z postę­pem, jego dewizę sta­no­wiło słowo "naprzód", ale postępy hamo­wało ubó­stwo. Cza­sem, mówiąc meta­fo­rycz­nie, piana szła mu z ust, gdy wędzi­dło zbyt mocno wci­skało mu się w twarz. Nie można było się spo­dzie­wać, że Moore w podob­nym sta­nie będzie deli­be­ro­wał o tym, czy jego inte­resy zaszko­dzą innym, czy nie. Był obcego pocho­dze­nia i dopiero od nie­dawna zamiesz­kały w tych stro­nach, nie bar­dzo więc przej­mo­wał się tym, że jego inno­wa­cje pozba­wią robot­ni­ków pracy. Ni­gdy się nie zasta­na­wiał, skąd ci robot­nicy, któ­rym jego fabryka przesta­nie wypła­cać tygo­dniówki, wezmą na chleb. Pod tym wzglę­dem nie róż­nił się jed­nak od tysiąca innych przed­się­bior­ców, od któ­rych gło­du­jący miesz­kańcy York­shire tym bar­dziej żądali współ­czu­cia.

Okres, o któ­rym piszę, poło­żył się cie­niem na histo­rii Wiel­kiej Bry­ta­nii, a szcze­gól­nie jej pół­noc­nych pro­win­cji. Wojna trwała w naj­lep­sze, wcią­gnięta została w nią cała Europa. Anglia, jeśli jesz­cze nie­cał­ko­wi­cie wycień­czona, była wyczer­pana dłu­go­trwa­łym opo­rem - tak, znu­żeni ludzie bła­gali o pokój na każ­dych warun­kach. Honor narodu stał się jedy­nie pustym hasłem, w oczach wielu nie miał żad­nej war­to­ści, ponie­waż głód przy­sła­niał im wzrok, za kęs mięsa sprze­da­liby swoje należne im prawa.

Roz­po­rzą­dze­nia Rady, wydane w odpo­wie­dzi na medio­lań­skie i ber­liń­skie dekrety Napo­le­ona, zabra­niały neu­tral­nym pań­stwom han­dlo­wać z Fran­cją, ura­ziły tym Ame­rykę i natych­miast odcięły rynek zbytu han­dlu wełną hrab­stwu York­shire. W kon­se­kwen­cji dopro­wa­dziły go na skraj ban­kruc­twa. Mniej­sze rynki zagra­niczne były nasy­cone i wię­cej już nie kupo­wały. Bra­zy­lia, Por­tu­ga­lia czy Sycy­lia zostały zawa­lone towa­rami na kolejne dwa lata. W tym kry­zy­so­wym cza­sie wpro­wa­dzono do fabryk na pół­nocy nowe maszyny tkac­kie, co bar­dzo zre­du­ko­wało liczbę zatrud­nio­nych, pozo­sta­wia­jąc tysiące bez pracy i bez legal­nych środ­ków do życia. W dodatku był to rok nie­uro­dzaju. Nędza osią­gnęła apo­geum. Miara wytrzy­ma­ło­ści ludzi prze­peł­niała się, wybu­chały bunty. W pół­noc­nych hrab­stwach czuło się jakby kon­wul­sje, coś w rodzaju moral­nego trzę­sie­nia ziemi. Jed­nak, jak to zwy­kle bywa w takich przy­pad­kach, mało kto zda­wał sobie sprawę z powagi sytu­acji. Czy to wybu­chły zamieszki z powodu braku żyw­no­ści w zamiesz­ka­nym przez robot­ni­ków mie­ście, czy spło­nęła pod­pa­lona przez bun­tow­ni­ków fabryka, zaata­ko­wano dom fabry­kanta, meble wyrzu­cono na ulicę, a rodzina zmu­szona była do ucieczki - miej­scowe wła­dze reago­wały nie­chęt­nie albo i wcale. Pro­wo­dyra cza­sem znaj­do­wano, ale naj­czę­ściej uda­wało mu się umknąć. Rela­cje o wyda­rze­niach uka­zy­wały się w gaze­tach i na tym sprawa się koń­czyła. Co do bie­da­ków, któ­rych jedy­nym dobrem była praca - i wła­śnie ją utra­cili (nie mogli zna­leźć zaję­cia, a co za tym idzie, nie dosta­wali wypłat i nie mieli za co kupić kawałka chleba) - pozo­sta­wiono ich samych, z ich cier­pie­niem i biedą. Być może było to nie do unik­nię­cia... Nie można było zatrzy­mać postępu ani szko­dzić nauce, znie­chę­ca­jąc do ulep­szeń. Wojny też nie można było nagle zakoń­czyć, nie dało się zebrać dosta­tecz­nego wspar­cia. Pomoc nie miała skąd nadejść; zatem bez­ro­botni pod­dali się losowi - pili swoją czarę gory­czy do dna.

Nędza wyzwala nie­na­wiść. Bie­dacy nie­na­wi­dzili maszyn, które według nich zabrały im chleb; nie­na­wi­dzili budyn­ków, w któ­rych te maszyny stały, nie­na­wi­dzili fabry­kan­tów, wła­ści­cieli owych fabryk. W para­fii Briar­field, o któ­rej tu opo­wia­damy, przed­mio­tem szcze­gól­nej nie­na­wi­ści była fabryka Gérarda Moore'a, Hol­low's Mill; a on sam, na wpół cudzo­zie­miec i zde­cy­do­wany zwo­len­nik postępu był naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nym fabry­kan­tem. Być może Moore'owi z jego uspo­so­bie­niem nawet się podo­bało, że wywo­łuje taką nie­na­wiść, szcze­gól­nie kiedy jej powód on sam uzna­wał za rzecz wła­ściwą i korzystną. Dla­tego tej nocy, pod­eks­cy­to­wany i w wojow­ni­czym nastroju, ocze­ki­wał na przy­by­cie fur­go­nów. Moż­liwe, że wizyta Malone'a i jego towa­rzy­stwo było mu cał­ko­wi­cie nie na rękę. Wolałby być sam, ponie­waż lubił swoje ciche, ponure i smutne ustro­nie. Musz­kiet jego stróża wystar­czał mu za całe towa­rzy­stwo; stru­myk prze­pły­wa­jący w dole brzmiał dla jego uszu milej niż głosy ludzi.

Fabry­kant w mil­cze­niu obser­wo­wał przez jakieś dzie­sięć minut irlandz­kiego duchow­nego, gdy ten czę­sto­wał się pon­czem; w pew­nej chwili jego zamy­ślone, szare oczy zmie­niły wyraz, jakby coś dostrzegł. Pod­niósł rękę.

- Pst! - powie­dział, gdy Malone stuk­nął szklanką. Nasłu­chi­wał cze­goś przez chwilę, po czym wstał, wło­żył kape­lusz i wyszedł z kan­toru.

Noc na­dal była cicha, ciemna i nie­ru­choma: szu­miała tylko woda w stru­mie­niu, w głę­bo­kiej ciszy wyda­wało się, że to ogromna rzeka. Ucho Moore'a wychwy­ciło jed­nak w oddali inne dźwięki: ury­wany odgłos cięż­kich kół toczą­cych się po kamie­ni­stej dro­dze.

Wró­cił do kan­toru i zapa­lił latar­nię, z którą poszedł otwo­rzyć bramę. Wiel­kie fur­gony nad­jeż­dżały. Sły­chać było odgłos koń­skich kopyt prze­cho­dzą­cych po bło­cie i wodzie. "Hej tam, Joe Scott! Wszystko w porządku?" - krzyk­nął w ich stronę Moore.

Będąc chyba zbyt daleko, żeby usły­szeć, Joe Scott nie odpo­wie­dział.

- Pytam, czy wszystko w porządku! - znów krzyk­nął Moore, gdy wielka głowa pierw­szego konia pra­wie dotknęła jego ramie­nia.

Ktoś wysko­czył z ostat­niego wozu na drogę i krzyk­nął gło­śno:

- Tak, tak, dia­ble rogaty, wszystko w porządku! Roz­bi­li­śmy je!

Pobiegł gdzieś. Konie znie­ru­cho­miały.

- Joe Scott! - Scott nie odpo­wia­dał. - Mur­ga­troyd! Pighills! Sykes! - Bez odpo­wie­dzi. Moore pod­niósł latar­nię i zaj­rzał do wozów. Nie było ani męż­czyzn, ani maszyn, wozy przy­je­chały puste.

Dla Moore'a maszyny zna­czyły bar­dzo wiele. Zary­zy­ko­wał ostat­nie pie­nią­dze na ich zakup, dziś miały być dostar­czone. Od nich zale­żały ope­ra­cje naj­wyż­szej dla jego inte­re­sów wagi: gdzież więc były?

Słowa "Roz­bi­li­śmy je!" dzwo­niły mu w uszach. Jak ta kata­strofa na niego wpły­nie? W świe­tle latarni widać było, jak się uśmiech­nął, oso­bli­wym uśmie­chem czło­wieka z cha­rak­te­rem, który jest w takim momen­cie swo­jego życia, kiedy trzeba zebrać wszyst­kie siły, całe męstwo, żeby sta­wić czoło wyzwa­niu i nie dać się zła­mać. Jed­nak mil­czał, w tej chwili nie wie­dział ani co zro­bić, ani co powie­dzieć. Przy­sta­nął, posta­wił latar­nię na dro­dze i z rękami zało­żo­nymi na piersi wpa­try­wał się w zie­mię, coś roz­wa­żał.

Któ­ryś koń nie­cier­pli­wie ude­rzał kopy­tami o zie­mię, Moore pod­niósł wzrok. W oczy rzu­ciło mu się coś bia­łego, do uprzęży przy­cze­piono jakiś przed­miot. Poświe­ciw­szy latar­nią Moore zna­lazł zwi­tek papieru. Był to liścik, bez adresu, pełen błę­dów orto­gra­ficz­nych. Zaczy­nał się od zwrotu:

"Do dja­bła z fabryki w kotli­nie"

Nie będziemy tu przy­ta­czać tego listu w jego ory­gi­nal­nej wer­sji, ogra­ni­czymy się jedy­nie do prze­ka­za­nia tre­ści.

"Kawałki two­ich dia­bel­skich maszyn walają się po wrzo­so­wi­skach w Stil­bro, a twoi ludzie leżą ze zwią­za­nymi rękami i nogami w przy­droż­nym rowie. Przyj­mij to jako ostrze­że­nie od męż­czyzn, któ­rzy umie­rają z głodu i któ­rzy po zro­bie­niu tego, co do nich należy, wrócą do gło­du­ją­cych żon i dzieci. Jeśli kupisz nowe maszyny albo będziesz na­dal robił to, co robisz, znów o nas usły­szysz. Strzeż się!"

- Znów o was usły­szę? Tak, usły­szę na pewno, ale wy też usły­szy­cie o mnie! Już za chwilę poga­dam z wami na wrzo­so­wi­skach.

Odpro­wa­dził wozy za bramy i pospie­szył w kie­runku domu. Otwo­rzył drzwi i cichym gło­sem wypo­wie­dział szybko kilka słów do dwóch kobiet, które wybie­gły mu na spo­tka­nie. Jedną z nich, widocz­nie wystra­szoną, posta­rał się uspo­koić, opo­wia­da­jąc jej ostroż­nie o wyda­rze­niach, do dru­giej powie­dział:

- Idź do fabryki, Saro - jest tam klucz - i jak naj­gło­śniej uderz w dzwon. Potem weź­miesz jesz­cze jedną latar­nię i pomo­żesz mi oświe­tlić fron­tową ścianę.

Wró­cił do koni, zdjął im uprząż, nasy­pał paszy i szybko odpro­wa­dził je do stajni, zatrzy­mu­jąc się od czasu do czasu, jakby nasłu­chi­wał bicia fabrycz­nego dzwonu. Roz­legł się w końcu nie­re­gu­larny, lecz dono­śny dzwon na trwogę. Pospieszne, ury­wane tony brzmiały bar­dziej nagląco niż zwy­kle, ręka pocią­ga­jąca za sznur nie była wpra­wiona w tej czyn­no­ści. W tę cichą noc, o tak nie­zwy­kłej porze, bicie dzwonu roz­le­gało się bar­dzo daleko. Bywalcy gospody Redho­use wzdry­gnęli się sły­sząc te dźwięki i stwier­dziw­szy, że "coś nie­zwy­kłego dzieje się w fabryce", wzięli latar­nie i pospie­szyli na miej­sce. Led­wie zgro­ma­dzili się na podwó­rzu ze swo­imi latar­niami, a już roz­legł się tętent koń­skich kopyt i mały męż­czy­zna w wywi­nię­tym po bokach kape­lu­szu wje­chał na grzbie­cie kudła­tego kucyka, a za nim, na więk­szym wierz­chowcu, jego "adiu­tant".

Tym­cza­sem Moore, odpro­wa­dziw­szy konie pocią­gowe do stajni, osio­dłał swo­jego wierz­chowca i z pomocą słu­żą­cej Sary oświe­tlił fabrykę, któ­rej ściana fron­towa stała się teraz jedną wielką ilu­mi­na­cją, rzu­ca­jąc mnó­stwo świa­tła na dzie­dzi­niec. Nie trzeba już było oba­wiać się zamętu, który mógłby powstać w tych ciem­no­ściach. Wkrótce gwar gło­sów roz­brzmiał na dzie­dzińcu. Pan Malone wyszedł w końcu z kan­toru, prze­zor­nie zanu­rzyw­szy przed­tem głowę w kamien­nym dzba­nie z wodą. Zabieg ten i nagły prze­strach pra­wie przy­wró­ciły mu jasność zmy­słów, którą poncz czę­ściowo zamro­czył. Stał z kape­lu­szem zsu­nię­tym na tył głowy i pałką w pra­wej pię­ści i odpo­wia­dał na sypiące się z każ­dej strony pyta­nia nowo przy­by­łych z Redho­use. Zja­wił się Moore i natych­miast sta­nęli przed nim osob­nik w kape­lu­szu z wywi­nię­tymi bokami i kudłaty kucyk.

- Moore, czego potrze­bu­jesz? Uzna­łem, że chciał­byś, żeby­śmy tu byli - ja i het­man (pokle­pał szyję kucyka), i Tom na swoim rumaku. Kiedy usły­sza­łem bicie dzwonu, nie mogłem usie­dzieć na miej­scu, zosta­wi­łem Boultby'ego, żeby sam dokoń­czył kola­cję. Ale gdzie wróg? Nie widzę tu żad­nej maski ani usmo­lo­nej twa­rzy22; nie roz­bito nawet jed­nej szyby w oknach. Przy­pusz­czono już atak czy dopiero się go spo­dzie­wasz?

- Nie, wcale nie! Ani nie przy­pusz­czono, ani nie spo­dzie­wam się żad­nego ataku - spo­koj­nie odparł Moore. - Kaza­łem bić w dzwon, ponie­waż chcę, żeby dwaj lub trzej sąsie­dzi zostali tu, w Hol­low, kiedy ja z moimi ludźmi pojadę na wrzo­so­wi­ska w Stil­bro.

- Na wrzo­so­wi­ska w Stil­bro! Po co? Po fur­gony?

- Fur­gony przy­je­chały godzinę temu.

- W takim razie wszystko w porządku, czego chcieć wię­cej?

- Przy­je­chały puste, a Joe Scott i jego towa­rzy­sze są na wrzo­so­wi­skach, tak samo jak maszyny. Pro­szę prze­czy­tać ten świ­stek.

Pan Hel­stone wziął do ręki papier i prze­stu­dio­wał jego zawar­tość, którą my już znamy.

- Hmm! Poczę­sto­wali was tym, czym poczę­stują innych! Ale ci bie­dacy w rowie pew­nie nie­cier­pli­wie ocze­kują na pomoc. Jest za mokro na takie miej­sce postoju. Ja i Tom jedziemy z tobą. Malone może tu zostać i pil­no­wać fabryki; ale co się z nim dzieje? Wygląda, jakby oczy miały mu wyjść z orbit.

- Jadł wła­śnie barani kotlet.

- W samej rze­czy! Pio­trze Augu­ście, pil­nuj się. Nie jedz dziś wię­cej bara­nich kotle­tów. Zosta­wiamy cię tu, byś dowo­dził tere­nem - to hono­rowe zada­nie!

- Czy ktoś ze mną tu zosta­nie?

- Wybie­raj, kogo chcesz. Chłopcy, ilu z was zostaje tutaj, a ilu rusza ze mną i panem Moore'em na pomoc napad­nię­tym przez nisz­czy­cieli maszyn?

Tylko trzech ochot­ni­ków zde­cy­do­wało się poje­chać, reszta wolała zostać na miej­scu. Gdy pan Moore wsiadł na konia, pro­boszcz zapy­tał go cicho, czy zamknął na klucz kotlety, żeby Piotr August nie mógł się do nich dostać. Fabry­kant pota­ku­jąco ski­nął głową i mały oddział ratow­ni­czy wyru­szył.

Rozdział 3

3

PAN YORKE

Pogoda ducha zależy zarówno od naszego stanu wewnętrz­nego, jak i od tego, co nas ota­cza i wokół nas się dzieje. Robię tę banalną uwagę, bo pano­wie Hel­stone i Moore, jak mi wia­domo, kłu­so­wali od bram fabryki na czele małej grupy w dosko­na­łym humo­rze. Kiedy pro­mień świa­tła latarni (każdy z trzech pie­chu­rów miał jedną) oświe­tlił sma­głą twarz Moore'a, dostrzec można było jego oży­wie­nie i błysz­czące oczy. Oświe­tlona przez latar­nię twarz pro­bosz­cza ema­no­wała weso­ło­ścią, twarde rysy zmięk­czał uśmiech. Jed­na­ko­woż desz­czowa noc i ryzy­kowna wyprawa nie powinny były wywo­ły­wać entu­zja­zmu mok­ną­cych na desz­czu i ryzy­ku­ją­cych życie ludzi, bio­rą­cych udział w takiej eska­pa­dzie. Gdyby któ­ryś z uczest­ni­ków zaj­ścia w Stil­bro zoba­czył tę grupę, pew­nie nie odmó­wiłby sobie przy­jem­no­ści i strze­lił zza węgła do któ­re­go­kol­wiek z jadą­cych na czele męż­czyzn. Oni zda­wali sobie z tego sprawę, jed­nak świa­domość ta wpra­wiała ich w eufo­rię, byli to bowiem męż­czyźni o sta­lo­wych ner­wach i zahar­to­wa­nych ser­cach.

Mam świa­do­mość, drogi czy­tel­niku, że wojow­ni­czy pastor to coś strasz­nego; wia­domo prze­cież, że duchowni powinni nieść pokój. Mam nie­ja­sne poję­cie, jaka jest misja duchow­nych wśród rodzaju ludz­kiego. Jed­nak wia­domo, czy­imi są słu­gami, czyje prze­sła­nie niosą i kogo mają naśla­do­wać. Jeśli jed­nak, drogi czy­tel­niku, nie cier­pisz pasto­rów, nie spo­dzie­waj się, że razem z tobą wejdę na tę fatalną, pro­wa­dzącą do upadku, nie­chrze­ści­jań­ską ścieżkę. Nie przy­łą­czę się do cie­bie w głę­bo­kim potę­pie­niu, jed­no­cze­śnie ogra­ni­czo­nym i total­nym, nie podzielę tru­ją­cej nie­na­wi­ści, tak inten­syw­nej i tak nie­do­rzecz­nej, z wro­gami ducho­wień­stwa. Nie myśl, że razem z Sup­ple­ho­ugh będę wzno­sić wzrok i ręce do nieba albo z Bar­rac­lo­ugh krzy­czeć, ile sił w płu­cach, ganiąc i pięt­nu­jąc dia­bo­licz­nego pro­bosz­cza z Briar­field.

Nie był on wcale uoso­bie­niem zła. Nie­szczę­ście pole­gało na tym, że czło­wiek ten minął się z powo­ła­niem. Powi­nien był zostać żoł­nie­rzem, lecz oko­licz­no­ści uczy­niły go księ­dzem. Ten sumienny, trzeźwy, mający twardą rękę, odważny, nie­ugięty, bez­kom­pro­mi­sowy i lojalny mały męż­czy­zna był pra­wie cał­ko­wi­cie pozba­wiony współ­czu­cia. Obce­sowy, stron­ni­czy i surowy, ale wierny zasa­dom, prawy, roz­tropny i pro­sto­li­nijny. Wydaje mi się, drogi czy­tel­niku, że nie da się ide­al­nie dopa­so­wać ludzi do zawodu, jak ubra­nia szy­tego na miarę. Nie powinno się nikogo prze­kli­nać z tego powodu, że nie pasuje cha­rak­te­rem do wyko­ny­wa­nego zaję­cia. Nie będę więc osą­dzać pastora Hel­stone'a, nawet jeśli był z niego taki wojak. Prze­kli­nało go jed­nak wielu jego wła­snych para­fian, pod­czas gdy inni go uwiel­biali - taki jest czę­sto los ludzi pobłaż­li­wych dla przy­ja­ciół i zawzię­tych wobec wro­gów, wier­nych zarówno swoim prze­ko­na­niom, jak i prze­są­dom.

Hel­stone i Moore, będąc obaj w dosko­na­łych humo­rach, mieli obec­nie jeden cel, można było więc ocze­ki­wać, że gdy tak jadą obok sie­bie, będą roz­ma­wiać po przy­ja­ciel­sku. Skądże znowu! Ci dwaj męż­czyźni, obaj z cha­rak­te­rem twar­dym, odpy­cha­ją­cym, gdy tylko się spo­tkali, pra­wie zawsze się z sobą sprze­czali. Kością nie­zgody była dla nich kwe­stia wojny. Hel­stone zali­czał się do zwo­len­ni­ków tory­sów23 (w tam­tych cza­sach torysi już ist­nieli), a Moore do zacie­kłych wigów, przy­naj­mniej jeśli cho­dzi o punkt widze­nia stron­nic­twa na wojnę (wigo­wie byli jej prze­ciw­ni­kami). Cho­dziło tu o jego wła­sny inte­res, a sprawy han­dlu były jedy­nymi, które Moore'a inte­resowały w bry­tyj­skiej poli­tyce w ogóle. Z przy­jem­no­ścią pro­wo­ko­wał Hel­stone'a, dekla­ru­jąc, że wie­rzy w nie­zwy­cię­żo­ność Bona­par­tego; szy­dził z nie­udol­nych wysił­ków Anglii i Europy pró­bu­ją­cych mu się prze­ciw­sta­wić i z zimną krwią stwier­dził, że wcze­śniej czy póź­niej ustą­pią, gdyż Napo­leon zmiaż­dży każ­dego prze­ciw­nika i zapa­nuje nad świa­tem.

Hel­stone wycho­dził z sie­bie, sły­sząc podobne opi­nie. Przy­po­mniał sobie jed­nak, że Moore to cudzo­zie­miec, emi­grant z innego kraju, krew pły­nąca w jego żyłach jest jedy­nie w poło­wie bry­tyj­ska, zepsuta obcą domieszką, więc słu­cha­jąc go, trzy­mał na wodzy chęć zdru­zgo­ta­nia roz­mówcy. Na zła­go­dze­nie jego obu­rze­nia wpły­nął także fakt, że pro­boszcz dobrze rozu­miał zawzię­tość, z jaką Moore wypo­wia­dał swoje opi­nie, a bun­tow­ni­czy cha­rak­ter mło­dego fabry­kanta budził jego sza­cu­nek.

Gdy wędrowcy wje­chali na drogę pro­wa­dzącą do Stil­bro, przy­wi­tał ich wiatr i strugi desz­czu. Jakby podraż­niony zaci­na­jącą mżawką i zim­nym, wie­ją­cym w oczy wia­trem, Moore zaczął pod­ju­dzać towa­rzy­sza.

- Czy wie­ści z Pół­wy­spu Pire­nej­skiego na­dal pana cie­szą? - zapy­tał.

- O co panu cho­dzi? - opry­skli­wie spy­tał pro­boszcz.

- Cho­dzi mi o to, czy na­dal pan wie­rzy w tego Baala24, lorda Wel­ling­tona25?

- Co to ma zna­czyć?

- Czy wciąż pan wie­rzy, że ten bożek całej Anglii, o twa­rzy z drewna i sercu z kamie­nia, może spro­wa­dzić ogień z nieba i do cna stra­wić ten fran­cu­ski kata­klizm?

- Wie­rzę, że Wel­ling­ton spu­ści lanie fran­cu­skim mar­szał­kom i zepchnie ich do morza w dniu, w któ­rym tego zapra­gnie.

- Ależ mój drogi panie, pan raczy żar­to­wać! Mar­szał­ko­wie Bona­par­tego to wspa­niali dowódcy, któ­rymi kie­ruje geniusz. Pań­ski Wel­ling­ton jest naj­nud­niej­szym z pospo­li­tych służ­bi­stów, na doda­tek jego powolne, mecha­niczne posu­nię­cia hamuje nie­do­uczony rząd.

- Wel­ling­ton ucie­le­śnia ducha Anglii, broni słusz­nej sprawy i repre­zen­tuje w walce potężny, zde­cy­do­wany i uczciwy naród.

- Pana słuszna sprawa, o ile dobrze zro­zu­mia­łem, ozna­cza po pro­stu przy­wró­ce­nie na tron tego paskud­nego i sła­bego Fer­dy­nanda26, który tro­nowi przy­nosi wstyd. Pań­ski przed­sta­wi­ciel uczci­wych ludzi jest tępym poga­nia­czem bydła, repre­zen­tu­ją­cym jesz­cze bar­dziej tępych wie­śnia­ków w star­ciu z nie­po­ko­naną siłą i zwy­cię­skim geniu­szem.

- Uzur­pa­tor wystę­puje prze­ciwko legal­nej wła­dzy, pyszał­ko­wata, dwu­li­cowa, ego­istyczna i zdra­dziecka ambi­cja posia­da­nia ata­kuje skromny, pro­sto­duszny i spra­wie­dliwy naród. Niech Bóg obroni pra­wych!

- Bóg czę­sto broni sil­nych.

- Co?! Czyżby garstka Izra­eli­tów, która suchą stopą prze­szła na azja­tycki brzeg Morza Czer­wo­nego, była potęż­niej­sza od tłumu Egip­cjan zebra­nych na brzegu afry­kań­skim? Czy byli licz­niejsi? Lepiej dobrani? Jed­nym sło­wem, potęż­niejsi, co? Niech pan tego nie mówi, Moore, bo ina­czej pan skła­mie; wie pan o tym. Była to tylko grupa bied­nych, wzbu­rzo­nych nie­wol­ni­ków. Tyrani cie­mię­żyli ich przez stu­le­cia. Część tej nie­wiel­kiej prze­cież gro­mady sta­no­wiły kobiety i dzieci. Dowo­dzący woj­skami egip­skimi Etiop­czycy popę­dzali żoł­nie­rzy w pogoni za ucie­ki­nie­rami przez roz­stą­pione wody, a byli ci Etiop­czycy tak groźni, jak libij­skie lwy. Uzbro­jeni, jechali konno lub na rydwa­nach, a biedni Hebraj­czycy wędro­wali pie­szo. Pew­nie nie­wielu z tych ostat­nich miało broń, jedy­nie kije paster­skie albo narzę­dzia murar­skie, ich łagodny i potężny przy­wódca sam miał tylko laskę. Ale niech pan sobie przy­po­mni, Rober­cie Moore, prawda była po ich stro­nie, Bóg bitew był z nimi. Zbrod­nia i upa­dły archa­nioł dowo­dziły sze­re­gami wojsk fara­ona, a kto zwy­cię­żył? Wiemy bar­dzo dobrze. "W tym to dniu wyba­wił Pan Izrael z rąk Egip­cjan, i widzieli Izra­elici mar­twych Egip­cjan na brzegu morza"27. Tak, głę­bia pokryła ich i poszli na dno jak kamień. Prawa ręka Pana stała się pełna mocy, prawa ręka Pana roz­nio­sła wroga w pył!

- Ma pan rację, tyle tylko, że pań­skie porów­na­nie jest nie­wła­ściwe. To Fran­cja jest niczym Izrael, a Napo­leon jest jak Moj­żesz. Europa ze swo­imi sta­rymi impe­riami i zgni­łymi dyna­stiami ozna­cza zde­pra­wo­wany Egipt; waleczna Fran­cja - Dwa­na­ście Ple­mion Izra­ela28, a jej nowy, silny przy­wódca to Pasterz z Synaju.

- Nie będę się zni­żał do udzie­le­nia odpo­wie­dzi.

Moore cią­gnął dalej, nieco ciszej, jakby mówił do sie­bie:

- O tak! We Wło­szech był niczym Moj­żesz. Tylko on mógł dopro­wa­dzić do odro­dze­nia naro­dów. Zadzi­wia mnie dzi­siaj, jak zdo­bywca Lodi29 mógł się tak się poni­żyć i zostać cesa­rzem; pro­stac­kie, głu­pie sza­chraj­stwo! A jesz­cze bar­dziej mnie dziwi, jak naród, który kie­dyś nazy­wał się repu­bli­ka­nami, mógł się sto­czyć do poziomu zwy­kłych nie­wol­ni­ków. Gar­dzę Fran­cją! Gdyby Anglia doszła tak daleko w mar­szu cywi­li­za­cyj­nym jak Fran­cja, nie wyco­fa­łaby się tak bez­wstyd­nie.

- Chcesz powie­dzieć, że ta zwa­rio­wana Fran­cja cesar­ska jest gor­sza niż krwawa Fran­cja repu­bli­kań­ska? - odpa­ro­wał Hel­stone gwał­tow­nie.

- Nic nie chcę powie­dzieć, ale mogę myśleć, co chcę, wie pan, panie Hel­stone? Zarówno o Fran­cji, jak o i Anglii; o rewo­lu­cjach, kró­lo­bój­stwach i przy­wra­ca­niu wła­dzy ogól­nie; rów­nież o boskim pra­wie kró­lów, o które pan czę­sto wal­czy w swo­ich kaza­niach i o obo­wiązku nie­sta­wia­nia oporu i rozum­nej woj­nie i... - tu Moore urwał, ponie­waż ni, stąd ni zowąd na drogę wto­czyła się dwu­kółka, która zatrzy­mała się na środku drogi. Obaj z pro­bosz­czem byli zbyt zajęci dys­ku­sją, żeby ją zauwa­żyć, nim się do nich zbli­żyła.

- Hej tam, czy fur­gony dotarły do domu? - zażą­dał odpo­wie­dzi głos z pojazdu.

- Joe Scott?

- Tak! - odpo­wie­dział jakiś inny głos. Męż­czyźni z latar­niami zostali w tyle albo raczej to jeźdźcy ich wyprze­dzili, ale pojazd miał swoją lampę, w świe­tle któ­rej widać było, że w środku są dwie osoby.

- Tak, panie Moore, jest tu Joe Scott, wycią­gną­łem go z tara­pa­tów. Zna­la­złem go na szczy­cie wrzo­so­wi­ska po tam­tej stro­nie, jego i trzech innych. Co mi dasz za zwró­ce­nie go całego i zdro­wego?

- Pew­nie moje podzię­ko­wa­nia, bo nie mógł­bym stra­cić cen­niej­szego czło­wieka. To pan, panie Yorke? Poznaję po gło­sie.

- Tak, to ja, przy­ja­cielu. Wra­ca­łem do domu z rynku w Stil­bro i kiedy dotar­łem na śro­dek wrzo­so­wi­ska, a pędzi­łem szybko jak wiatr (bo, jak mówią, nie są to bez­pieczne czasy, dzięki naszym wła­dzom!), usły­sza­łem jęk. Pod­je­cha­łem bli­żej. Inni by zacięli konia i poje­chali jesz­cze szyb­ciej, ale ja się zatrzy­ma­łem, czego się mam bać? Nie sądzę, żeby ktoś w naszych stro­nach chciał mnie napaść, a jeżeli już by się taki zna­lazł, nie był­bym mu dłużny! Pytam więc: "Czego wam trzeba?". Ktoś, jakby spod ziemi, odpo­wiada: "Jest do zro­bie­nia dobry uczy­nek". Ja na to: "Co trzeba zro­bić? Powiedz wyraź­nie". "Nic takiego, poza tym, że nas czte­rech leży w rowie". - spo­koj­nie mówi Joe. Myśląc, że pijani, powie­dzia­łem im tro­chę do słu­chu i kaza­łem wsta­wać i ruszać się, a jak nie, to trza­snę biczem, bo uzna­łem, że wszy­scy oni byli w pełni sił. "Zro­bi­li­by­śmy to z godzinę temu, ale nogi nam powią­zali". No to ja w mig zsze­dłem do rowu i uwol­ni­łem ich za pomocą mojego scy­zo­ryka. Scott jedzie ze mną, żeby mi opo­wie­dzieć, co się stało, a pozo­stali bie­gną ile sił na pie­chotę.

- Jestem panu bar­dzo zobo­wią­zany, panie Yorke.

- Naprawdę, chłop­cze? Nie może być! Oto i pozo­stali! Ale tam jesz­cze ktoś idzie? Mój Boże! Ludzie ze świa­tłem w amfo­rach, jak armia Gede­ona30. Ale skoro i pastor jest z nami - dobry wie­czór, panie Hel­stone - to wszystko w porządku.

Bar­dzo sztywno Hel­stone odwza­jem­nił powi­ta­nie męż­czy­zny w dwu­kółce. Tam­ten cią­gnął:

- Jest nas jede­na­stu sil­nych męż­czyzn, mamy konie i wozy. Gdy­by­śmy tylko mogli zmie­rzyć się z tymi zagło­dzo­nymi obdar­tu­sami, któ­rzy nisz­czą maszyny, odnie­śli­by­śmy wiel­kie zwy­cię­stwo, niczym jakiś Wel­ling­ton - mam nadzieję, że to porów­na­nie przy­pa­dło panu do gustu, panie Hel­stone - a jakie arty­kuły mogliby o nas pisać w gaze­tach! Briar­field byłoby sławne; zresztą i tak mamy zapew­nioną jakąś kolumnę i pół w "Kurie­rze Stil­bro". Ocze­kuję nie mniej.

- Obie­cuję też nie mniej, panie Yorke, ponie­waż sam ten arty­kuł napi­szę - odparł pro­boszcz.

- Żeby mieć pew­ność, natu­ral­nie. Ale niech pan pamięta, że znisz­czyli maszyny i zwią­zali nogi Joe'emu, powinni być za to powie­szeni bez odpusz­cze­nia grze­chów. To jest sprawa, za którą się wie­sza albo powinna być. Bez wąt­pie­nia.

- Gdy­bym ja ich sądził, nie zasta­na­wiał­bym się długo! - krzyk­nął Moore. - Ale chcę, żeby pusz­czono ich wolno po tym napa­dzie, tylko trzeba dać im sznur, żeby mieć pew­ność, że w końcu sami się powie­szą.

- Puścić ich wolno, powia­dasz? Czy możesz to obie­cać?

- Obie­cać? Nie. Chcia­łem tylko powie­dzieć, że nie będę się tru­dził łapa­niem ich, ale jeśli ktoś mi się nawi­nie...

- Rzu­cisz się na niego, oczy­wi­ście. Tylko wolał­byś, żeby zro­bili coś gor­szego, niż tylko zatrzy­mali wóz, wtedy byś się z nimi pora­cho­wał. No cóż, nie będziemy już o tym teraz roz­ma­wiać. Jeste­śmy już w pro­gach mojego domu, pano­wie, i mam nadzieję, że wej­dzie­cie do środka razem ze swo­imi ludźmi. Przyda się jakieś małe pokrze­pie­nie.

Moore i Hel­stone zaczęli się wymi­gi­wać, ale gospo­darz zapra­szał ich tak uprzej­mie, a poza tym noc była tak surowa, poświata lejąca się z okien za muśli­no­wymi firan­kami wyglą­dała tak zapra­sza­jąco, że wkrótce ustą­pili. Po wyj­ściu z powozu, który zosta­wił pod opieką słu­żą­cego, Yorke popro­wa­dził gości do środka.

Tu należy wspo­mnieć, że Yorke umiał zmie­niać swój styl wypo­wia­da­nia się. Raz mówił jak typowy miesz­ka­niec York­shire, a za chwilę nie­na­ganną angielsz­czy­zną. Jego spo­sób zacho­wa­nia rów­nież wyda­wał się zmie­niać. Mógł być uprzejmy i przy­ja­zny albo mówić szorstko i bez ogró­dek. Nie­ła­two przy­cho­dziło okre­ślić jego sta­tus na pod­sta­wie wypo­wie­dzi i zacho­wa­nia. Może przy­by­cie do jego sie­dziby prze­są­dzi sprawę.

Robot­ni­kom pole­cił iść do kuchni, mówiąc, że dopil­nuje, by ich czymś poczę­sto­wano. Moore'a i Hel­stone'a wpro­wa­dził przez fron­towe wej­ście. Zna­leźli się w westy­bulu, wyście­lo­nym dywa­nami i zawie­szo­nym po sufit obra­zami. Stam­tąd popro­wa­dzono ich do dużego salonu, z wiel­kim ogniem pło­ną­cym w kominku, na pierw­szy rzut oka naj­we­sel­szego pomiesz­cze­nia, a kiedy przy­pa­trzyło się szcze­gó­łom, ożyw­czy efekt tylko potwier­dzał pierw­sze wra­że­nie. Wszystko urzą­dzono bez prze­py­chu, ale ze sma­kiem, nie­zwy­kłym sma­kiem, rzec by można: podróż­nika, uczo­nego i czło­wieka kul­tu­ral­nego. Ściany zdo­biło kilka pej­zaży z Włoch, każdy z nich był praw­dzi­wym dzie­łem sztuki. Widać było, że wybie­rał je kone­ser, wszystko ory­gi­nały, przy tym o znacz­nej war­to­ści. Nawet w świe­tle świec widać było jasne, czy­ste niebo, mięk­kie linie hory­zontu z błę­kit­nym powie­trzem, które zda­wało się drgać mię­dzy wzgó­rzami. Świeże odcie­nie i oso­bliwa gra świa­tła i cie­nia pie­ściły wzrok. Na tle tych zala­nym słoń­cem pej­zaży malarz przed­sta­wił sie­lan­kowe scenki. Na sofie leżała gitara i jakieś nuty, roz­ło­żono też kamee i minia­turki; kilka waz w grec­kim stylu stało na półce nad komin­kiem, w dwóch ele­ganc­kich rega­łach mie­ściły się sta­ran­nie poukła­dane książki.

Pan Yorke popro­sił gości, żeby usie­dli i zadzwo­nił, by przy­nie­siono wino. Słu­żą­cemu, który je przy­niósł, wydał pole­ce­nie, by poczę­sto­wał robot­ni­ków w kuchni. Jed­nak pro­boszcz nie usiadł, wyda­wał się nie­za­do­wo­lony i nie tknął ofe­ro­wa­nego przez gospo­da­rza wina.

- Jak pan sobie życzy - powie­dział na to Yorke. - Pew­nie przy­po­mniał pan sobie wschod­nie oby­czaje, panie Hel­stone i nie zje pan ani nie wypije pod moim dachem niczego w oba­wie, że musie­li­by­śmy wtedy zostać przy­ja­ciółmi. Ja jed­nak nie jestem aż tak dro­bia­zgowy ani prze­sądny. Mógłby pan wypić zawar­tość tej karafki albo dać mi butelkę naj­lep­szego wina z pań­skiej piw­nicy, a i tak nie krę­po­wał­bym się spie­rać z panem na każ­dym spo­tka­niu w zakry­stii czy w sądzie, gdzie­kol­wiek byśmy się na sie­bie natknęli.

- Wła­śnie tego się po panu spo­dzie­wam, panie Yorke.

- Czy nie ciężko panu, panie Hel­stone, ści­gać bun­tow­ni­ków w taką desz­czową noc, w pań­skim wieku?

- Ni­gdy mi nie ciężko, kiedy speł­niam obo­wią­zek, a w tym przy­padku jest to także dla mnie przy­jem­ność. Ści­gać szkod­ni­ków jest zaję­ciem szla­chet­nym, god­nym arcy­bi­skupa.

- God­nym pana, w każ­dym razie. Ale gdzie jest wikary? Poje­chał może w odwie­dziny do jakie­goś bied­nego cho­rego czy może ściga szkod­ni­ków w innym miej­scu?

- Pełni obo­wiązki straż­nika w fabryce.

- Mam nadzieję, że zosta­wi­łeś mu wina dla kurażu, Bob - powie­dział Yorke, zwra­ca­jąc się do Moore'a. Nie cze­kał na odpo­wiedź, ale szybko mówił dalej, wciąż zwra­ca­jąc się do Moore'a, który roz­siadł się w sta­ro­mod­nym fotelu przy kominku. - Rusz się, Robert! Wstań! To jest moje miej­sce, przy­ja­cielu! Usiądź na sofie albo na któ­rymś z tych krze­seł, jeśli wolisz, ale nie tu. To jest tylko moje miej­sce, nikogo innego.

- Czemu to krze­sło jest takie ważne, panie Yorke? - zapy­tał Moore, leni­wie pod­no­sząc się z miej­sca.

- Mój ojciec lubił w nim sie­dzieć przede mną i to wszystko, co mogę powie­dzieć, a jest to rów­nie dobry powód, jak te, które pan Hel­stone podaje, uza­sad­nia­jąc więk­szość swo­ich poglą­dów.

- Moore, możemy jechać? Jest pan gotowy? - zapy­tał pro­boszcz.

- Nie, Robert nie jest gotowy, a raczej ja nie jestem gotowy, żeby się z nim roz­sta­wać. To nie­do­bry chło­piec i trzeba go skar­cić.

- Dla­czego, pro­szę pana? Co takiego zro­bi­łem?

- Naro­bi­łeś sobie wro­gów na każ­dym kroku.

- Co mnie to może obcho­dzić? Jaka to róż­nica dla mnie, czy chamy z York­shire nie­na­wi­dzą mnie, czy nie?

- A, o to cho­dzi. Chło­pak czuje się wśród nas obcy. Jego ojciec ni­gdy nie ode­zwałby się w ten spo­sób. Wra­caj do Antwer­pii, gdzie się uro­dzi­łeś i wycho­wy­wa­łeś, mau­va­ise tete!31

- Mau­va­ise t?te vous-m?me, je ne fais que mon devoir; quant a vos lour­dauds de pay­sans, je m'en moque!32

- En ravan­che, mon garçon, nos lour­dauds de pay­sans se moqu­eront de toi; sois en cer­tain33 - odparł Yorke po fran­cu­sku, z pra­wie rów­nie czy­stym akcen­tem co Gerard Moore.

- C'est bon! C'est bon! Et puisque cela m'est égal, que mes amis ne s'en inqui?tent pas.

- Tes amis! O? sont-ils, tes amis?

- Je fais ?cho, O? sont-ils? et je suis fort aise que l'écho seul y répond. Au dia­ble les amis! Je me souviens encore du moment o? mon p?re et mes onc­les Gérard appell?rent autour d'eux leurs amis et Dieu sait si les amis se sont empressés d'acco­urir a leur seco­urs! Tenez, Mon­sieur Yorke, ce mot, ami, m'irrite trop; ne m'en par­lez plus.

- Comme tu voudras34.

I tutaj pan Yorke zamilkł. Kiedy tak sie­dzi wygod­nie w swoim rzeź­bio­nym fotelu, wyko­rzy­stam oka­zję, żeby opi­sać ci, czy­tel­niku, tego posłu­gu­ją­cego się dosko­nałą fran­cusz­czy­zną dżen­tel­mena z York­shire.

Rozdział 4

4

PAN YORKE

(ciąg dal­szy)

Był to w każ­dym calu dżen­tel­men z York­shire. Miał około pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat, ale ze względu na sre­brzy­sto­białe włosy, na pierw­szy rzut oka wyglą­dał na nieco star­szego. Jego twa­rzy z sze­ro­kim, choć nie­wy­so­kim czo­łem, świeżą, zdrową cerą, szorst­ko­ścią pół­nocy widoczną w rysach i sły­szalną w jego gło­sie, nie zali­czy­li­by­śmy jed­nak do kla­sycz­nie pięk­nych czy ary­sto­kra­tycz­nych. Sub­telni ludzie być może uzna­liby ją pospo­litą; prze­ni­kliwi zaś za cha­rak­te­ry­styczną. Wni­kliwi zdo­ła­liby doce­nić jej praw­dziwą ory­gi­nal­ność wyra­ża­jącą się w każ­dej linii, ukrytą w każ­dej zmarszczce tego suro­wego, ener­gicz­nego i mądrego obli­cza i zachwy­ca­liby się nim. Malo­wał się jed­nak na nim wyraz nie­po­słu­szeń­stwa, pogardy, sar­ka­zmu - czło­wieka, który nie­ła­two ule­gał wpły­wom, nie zno­sił przy­musu. Raczej wysoki, dobrze zbu­do­wany i umię­śniony, z dostojną postawą. Tak, dżen­tel­men od stóp do głów.

Nie­ła­two opi­sać pana Yorke'a, ale jesz­cze trud­niej okre­ślić jego cha­rak­ter. Mylisz się, drogi czy­tel­niku, jeśli myślisz, że przed­sta­wię ci boha­tera bez skazy lub nawet dobro­tli­wego, sta­rego filan­tropa. Mówił z pewną dozą roz­sądku i odro­biną cie­płych uczuć do Moore'a, ale to nie zna­czy, że jego rozu­mo­wa­nie zawsze było słuszne albo że zawsze roz­ma­wiał z innymi uprzej­mie.

Po pierw­sze, natura nie obda­rzyła Yorke'a umie­jęt­no­ścią oka­zy­wa­nia sza­cunku - to wielki nie­do­sta­tek, który spra­wia, że czło­wiek błą­dzi na każ­dym kroku, kiedy sza­cu­nek jest nie­zbędny. Po dru­gie, pozba­wiony był umie­jęt­no­ści zesta­wia­nia i porów­ny­wa­nia - co za tym idzie, nie miał poję­cia, co to współ­czu­cie. Po trze­cie, natura poską­piła mu dobro­tli­wo­ści i skłon­no­ści do marzy­ciel­stwa, pozba­wia­jąc jego cha­rak­ter łagod­no­ści i pogody, przez co te cudowne przy­mioty wszech­świata nie miały dla niego więk­szej war­to­ści.

Brak sza­cunku spra­wił, że nie tole­ro­wał sto­ją­cych wyżej od niego. Kró­lo­wie, ary­sto­kraci i księża, dyna­stie, par­la­menty i insty­tu­cje, ze wszyst­kimi usta­no­wio­nymi sank­cjami, pra­wami i żąda­niami - to wszystko było dla niego obrzy­dliwe, wszystko to uzna­wał za stek bzdur. Nie widział w nich pożytku ani przy­jem­no­ści i sądził, że ludz­kość nic nie straci, jeśli trony upadną wraz z ludźmi na nich zasia­da­ją­cymi. Brak sza­cunku niósł ze sobą także cał­ko­witą obo­jęt­ność na elek­try­zu­jące poczu­cie podziwu dla tego, co jest go godne, Pozba­wiła jego duszę tysiąca czy­stych źró­deł rado­ści, zmro­ziła kieł­ku­jące przy­jem­no­ści. Nie nazwa­li­by­śmy go nie­wie­rzą­cym, cho­ciaż nie był człon­kiem żad­nego wyzna­nia, ale jego reli­gia nie mogłaby być udzia­łem kogoś, kto wie, czym jest cześć. Wie­rzył w Boga i niebo, ale jego Bóg i niebo nale­żały do czło­wieka, któ­remu brak respektu, wyobraźni i deli­kat­no­ści.

Słaba zdol­ność do porów­ny­wa­nia uczy­niła go nie­kon­se­kwent­nym; pod­czas gdy gło­sił nie­które fan­ta­styczne dok­tryny ogólne o wspól­nej tole­ran­cji i wyro­zu­mia­ło­ści, sam żywił ślepą nie­na­wiść do nie­któ­rych warstw spo­łe­czeń­stwa. O pasto­rach i wszyst­kich im podob­nych, o lor­dach i ich słu­gu­sach wyra­żał się po gru­biań­sku, cza­sem obe­lży­wie i tak nie­spra­wie­dli­wie, że prze­kra­czał wszel­kie gra­nice. Nie umiał posta­wić się na miej­scu tych, któ­rych lżył, nie potra­fił zna­leźć uspra­wie­dli­wie­nia dla ich ich wad i błę­dów w poku­sach i nie­sprzy­ja­ją­cych tym ludziom oko­licz­no­ściach. Nie mógł sobie wyobra­zić, jak wpły­nę­łyby na niego takie czy inne oko­licz­no­ści, gdyby był w ich poło­że­niu; czę­sto wypo­wia­dał okrutne, tyrań­skie życze­nia doty­czące tych, któ­rzy według niego postę­po­wali okrut­nie i tyra­ni­zo­wali innych. Jego pogróżki wska­zy­wały, że pod­jąłby surowe, dra­koń­skie wręcz środki, aby pomóc Wol­no­ści i Rów­no­ści. Rów­no­ści! Tak, pan Yorke mówił o rów­no­ści, ale w głębi duszy był to pysza­łek. Życz­liwy dla swo­ich robot­ni­ków, dobry dla wszyst­kich, któ­rzy stali niżej od niego i godzili się z tym, ale wynio­sły jak Bel­ze­bub wobec kogo­kol­wiek, kogo świat uzna­wał (ponie­waż on nie uzna­wał nikogo) za wyż­szego rangą od sie­bie. Bunt miał we krwi, nie­na­wi­dził pod­le­ga­nia komuś. Jego ojciec, a przed nim jego ojciec, rów­nież nie mogli go znieść; jego dzieci także odzie­dzi­czyły tę cechę.

Brak ogól­nej życz­li­wo­ści czy­niły go bar­dzo nie­cier­pli­wym wobec głu­poty i wszyst­kich ludz­kich sła­bo­ści, które jemu, mądremu i sil­nemu czło­wie­kowi, wyda­wały się nie­wy­ba­czalne. Dla­tego też jego jado­wity sar­kazm nie miał hamul­ców: cza­sem bez miło­sier­dzia ranił kogoś, nie zda­jąc sobie sprawy, że to robi. Nie zwra­cał też uwagi, jak głę­bo­kie rany zadaje.

Co do braku fan­ta­zji, rzadko uznaje się ją za wadę; Yorke miał dobry słuch, świet­nie roz­róż­niał kolory i kształty, co pozwo­liło mu cie­szyć się dobrym gustem, ale kogo obcho­dzi wyobraź­nia? Kto nie uważa jej za raczej za bez­u­ży­teczną, a nawet nie­bez­pieczną cechę, coś w rodzaju sła­bo­ści, wariac­twa - raczej za cho­robę niż talent?

Z pew­no­ścią myślą tak wszy­scy, oprócz tych, któ­rzy ten dar posia­dają lub chcie­liby go posia­dać. Sły­sząc ich wypo­wie­dzi, można uwie­rzyć, że ich serca byłyby zimne, gdyby ten elik­sir nie pły­nął w ich żyłach, ich oczy byłyby słabe, jeśli ten pło­mień nie roz­ja­śniałby im wzroku, że byliby samotni, gdyby ten dziwny towa­rzysz ich opu­ścił. Można by przy­pusz­czać, że nada­wał on jakiejś rado­snej nadziei wio­śnie, cza­rowi latu, spo­koj­nej rado­ści jesieni, nieco pocie­sze­nia zimie - cze­goś, czego pozo­sta­łym ludziom nie dane jest doświad­czyć. Wszystko to oczy­wi­ście ilu­zja, ale fana­tycy trzy­mają się swo­ich marzeń i nie odda­liby ich nawet w zamian za złoto.

Jako że pan Yorke sam nie posia­dał poetyc­kiej wyobraźni, postrze­gał tę cechę jako cał­ko­wi­cie zbędną. Mala­rzy i muzy­ków tole­ro­wał, a nawet wspie­rał, ponie­waż mógł roz­ko­szo­wać się tym, co stwo­rzyli. Dostrze­gał urok pięk­nego obrazu, czuł przy­jem­ność sły­sząc dobrą muzykę, ale cichy poeta, choćby w jego sercu pło­nął ogień burz­li­wych namięt­no­ści - jeśli nie był w sta­nie pra­co­wać w kan­to­rze lub jako kupiec na targu - mógł rów­nie dobrze żyć pogar­dzany i umrzeć z głodu pod okiem Hirama Yorke'a.

Jako że jest wielu Hira­mów Yorke'ów na świe­cie, dobrze, że praw­dziwy poeta, pod zewnętrz­nym, nie­wzru­szo­nym spo­ko­jem i łagod­no­ścią, czę­sto ukrywa bun­tow­ni­czego ducha i prze­ni­kliwy umysł. Może oce­nić war­tość tych, któ­rzy patrzą na niego z góry i zro­zu­mieć, ile warta jest kariera, którą odrzu­cił, za co spro­wa­dził na sie­bie ich pogardę. Dobrze, że rozu­mie­jąc język swo­jej wspa­nia­łej przy­ja­ciółki, bogini Natury, zna­lazł w zjed­no­cze­niu z nią radość i łatwo obcho­dzi się bez tych, dla któ­rych nie jest przy­jemny i któ­rych on uznaje za bar­dzo nieprzy­jemnych. To zaska­ku­jące, że kiedy świat i oko­licz­no­ści czę­sto zwra­cają swoją ciemną, zimną stronę w jego kie­runku (ponie­waż on pierw­szy odnosi się do nich chłodno i obo­jęt­nie) - w jego duszy kró­luje pro­mie­ni­sty blask, nie­ga­snący ogień, który ogrzewa i roz­ja­śnia wszystko wokół niego. Ale on może być odbie­rany jak polarna zima bez cie­pła, bez słońca. Praw­dziwy poeta to nie ten, nad któ­rym trzeba się uża­lać (może sam się nawet ukrad­kiem śmieje, kiedy jakiś sym­pa­tyk opła­kuje jego smutny los). Nawet jeśli uty­li­ta­ry­ści35 osą­dzają go i gło­szą jego i jego sztukę bez­u­ży­teczną, słu­cha tego wyroku z taką drwiną, z tak głę­boką i bez­li­to­sną pogardą, że prę­dzej zasłu­guje na wyrzut niż na wyrazy współ­czu­cia. To jed­nakże nie są reflek­sje pana Yorke'a, z któ­rym tu teraz mamy do czy­nie­nia.

Drogi czy­tel­niku, przed­sta­wiono ci kilka jego wad. Co do zalet, trzeba powie­dzieć, że był jed­nym z naj­bar­dziej uczci­wych i kom­pe­tent­nych ludzi w hrab­stwie; nawet ci, któ­rzy go nie lubili, musieli czuć przed nim respekt. Naj­bar­dziej kochali go biedni, ponie­waż rze­czy­wi­ście był dla nich po ojcow­sku dobry. Dla swo­ich robot­ni­ków był uprzejmy i ser­deczny; gdy zwal­niał kogoś z jakie­goś zaję­cia, sta­rał się zna­leźć mu coś innego, a jeśli to nie było moż­liwe, poma­gał zain­te­re­so­wa­nemu prze­nieść się wraz z rodziną do innego regionu, gdzie mógł zna­leźć pracę. Należy rów­nież zauwa­żyć, że jeżeli, jak to się cza­sem zda­rza, jakiś jego robot­nik oka­zy­wał oznaki nie­sub­or­dy­na­cji - Yorke, który jak wielu innych nie­na­wi­dził być kon­tro­lo­wany, ale świet­nie wie­dział jak kon­tro­lo­wać innych - znał tajem­nicę zdu­sze­nia buntu w zarodku, wyko­rze­nie­nia go jak chwa­stu, tak aby ni­gdy się nie roz­ple­nił, wie­dział jak tej nie­sub­or­dy­na­cji zapo­bie­gać. Przy tak zado­wa­la­ją­cym go sta­nie wła­snych spraw, czuł się upo­waż­niony mówić z naj­więk­szą suro­wo­ścią o tych, któ­rzy mieli mniej korzystną sytu­ację, przy­pi­sy­wać im wyłączną winę za jakie­kol­wiek pro­blemy, które się im się zda­rzały, i nie­zmien­nie sta­wać po stro­nie robot­ni­ków, a nie ich chle­bo­daw­ców.

Ród Yorke'ów był jed­nym z naj­star­szych i naj­bar­dziej sza­no­wa­nych w oko­licy, a on sam, choć nie naj­bo­gat­szy, nale­żał do ludzi naj­bar­dziej wpły­wo­wych. Ode­brał sta­ranną edu­ka­cję. W mło­do­ści, przed rewo­lu­cją fran­cu­ską, podró­żo­wał na kon­ty­nent. Bie­gle znał fran­cu­ski i wło­ski. Pod­czas dwu­let­niego pobytu we Wło­szech zebrał pokaźną kolek­cję zna­ko­mi­tych obra­zów i gustow­nych dro­bia­zgów, które teraz zdo­biły jego dom. Gdy tego pra­gnął, umiał się zacho­wać jak nie­na­ganny dżen­tel­men ze sta­rej szkoły; roz­mowy z nim, jeśli był w odpo­wied­nim nastroju, były nie­zwy­kle inte­re­su­jące i ory­gi­nalne; a jeżeli zwy­kle uży­wał narze­cza York­shire, było to wyni­kiem jego wyboru: wolał swój rodzinny, "wiej­ski" język od bar­dziej wytwor­nego. Utrzy­my­wał, że york­shir­skie "r" brzmi znacz­nie lepiej od cock­ney­ow­skiego seple­nie­nia, jak ryk byka jest lep­szy od pisku szczura.

Pan Yorke znał wszyst­kich w całej oko­licy, a wszy­scy znali jego. Zaży­łych zna­jo­mo­ści miał jed­nak nie­wiele. Sam będąc praw­dzi­wym ory­gi­na­łem, nie lubił tego, co prze­ciętne. Czło­wiek z żywio­ło­wym, nie­spo­koj­nym cha­rak­te­rem, z wysoką czy niską pozy­cją, zawsze spo­ty­kał się z jego przy­chyl­no­ścią. Dys­tyn­go­wana, ale bez­barwna per­sona, jak­kol­wiek wysoko nie byłaby posta­wiona, budziła jego awer­sję. Chęt­nie spę­dziłby godzinę na swo­bod­nej roz­mo­wie ze swoim bystrym robot­ni­kiem czy z jakąś podej­rzaną, ale rozumną starą wie­śniaczką. Za to szkoda byłoby mu czasu dla jakie­goś pospo­li­tego choć wytwor­nego pana, czy naj­bar­dziej mod­nej i ele­ganc­kiej, lecz lek­ko­myśl­nej damy. Swoje pre­fe­ren­cje w tym wzglę­dzie dopro­wa­dził do skraj­no­ści, zapo­mi­na­jąc, że wśród ludzi prze­cięt­nych spo­tkać można życz­liwe, czy nawet zachwy­ca­jące osoby. Robił jed­nak wyjątki od tej reguły. Czuł się dosko­nale wśród ludzi pro­stych, szcze­rych, nie­dba­ją­cych o ogładę, nie­mal pozba­wio­nych inte­lektu i cał­kiem nie­zdol­nych do doce­nie­nia jego wycho­wa­nia i inte­lektu. Z nimi mógł sobie pozwo­lić na uszczy­pli­wo­ści i drwiny, nie bojąc się, że ich zrani albo obrazi; oni nie roz­my­ślali nad tym, co mówił, nie ana­li­zo­wali jego czy­nów ani nie osą­dzali jego poglą­dów. Czuł się swo­bod­nie wśród ludzi o takim cha­rak­te­rze i przed­kła­dał ich towa­rzy­stwo nad inne; mię­dzy nimi czuł się jak król. Pod­po­rząd­ko­wu­jąc się cał­ko­wi­cie jego wpły­wowi, ludzie ci nie uzna­wali jego wyż­szo­ści, bo ni­gdy nie zdali sobie z niej sprawy, byli zatem cał­kiem ustę­pliwi, łatwi do mani­pu­la­cji. Przy tym nie wyka­zy­wali cie­nia słu­żal­czo­ści. Ich bez­myślna, ufna ule­głość była tak dla niego wygodna, jak krze­sło, na któ­rym sie­dział albo pod­łoga, po któ­rej cho­dził.

Nie był wrogo nasta­wiony wobec Moore'a. Miał kilka powo­dów, by być mu przy­chyl­nym. Może to dziw­nie brzmi, ale pierw­szy z nich był taki, że Moore mówił po angiel­sku z obcym akcen­tem, za to dosko­nale po fran­cu­sku i z jego sma­głą, szczu­płą twa­rzą, sub­tel­nymi, choć raczej wychu­dzo­nymi rysami by­naj­mniej nie wyglą­dał na Bry­tyj­czyka ani miesz­kańca hrab­stwa York­shire. Takie argu­menty wydają się nie­po­ważne i zbyt nie­praw­do­po­dobne, by miały wpływ na zacho­wa­nie Yorke'a, ale w rze­czy­wi­sto­ści tak wła­śnie było. Przy­po­mi­nały mu się stare, miłe czasy, gdy podró­żo­wał po świe­cie. We wło­skich mia­stach i osa­dach widy­wał twa­rze, takie jak Moore'a, w pary­skich kawiar­niach i teatrach sły­szał nie­raz głosy podobne do jego głosu. Był wtedy młody i kiedy patrzył i słu­chał tego cudzo­ziemca, znów czuł się młody.

Po dru­gie, znał ojca Moore'a i miał z nim do czy­nie­nia w inte­re­sach. To była bar­dziej istotna, ale w żad­nym wypadku nie­zbyt miła więź, jako że jego firma (mając powią­za­nia z przed­się­bior­stwem Moore'a) ponio­sła uszczer­bek w wyniku ban­kruc­twa Moore'ów. Po trze­cie, uzna­wał samego Roberta za bystrego kupca. Sądził, że ten w końcu, tak lub ina­czej, zarobi pie­nią­dze. Sza­no­wał zarówno jego zde­cy­do­wa­nie, jak i inte­li­gen­cję - a być może także jego twar­dość. A czwarta oko­licz­ność, która ich do sie­bie zbli­żała była taka, że pan Yorke peł­nił rolę jed­nego z opie­ku­nów nie­peł­no­let­niej wła­ści­cielki terenu, na któ­rym znaj­do­wała się fabryka. W rezul­ta­cie Moore w trak­cie wpro­wa­dza­nia swo­ich prze­ró­bek i ulep­szeń miał wiele oka­zji do kon­sul­to­wa­nia się z Yorke'em.

Pomię­dzy Yorke'em i dru­gim gościem obec­nym w salo­nie, panem Hel­stone'em, ist­niała podwójna anty­pa­tia - cha­rak­te­rów i oko­licz­no­ści. Wol­no­my­śli­ciel nie zno­sił for­ma­li­sty, miło­śnik swo­body nie­na­wi­dził stron­nika ist­nie­ją­cego porządku. Poza tym mówiono, że ci dwaj rywa­li­zo­wali kie­dyś o względy tej samej kobiety.

Pan Yorke w mło­do­ści zasad­ni­czo lubił ener­giczne i pewne sie­bie kobiety: ujmo­wały go głów­nie damy efek­towne, o bystrym dow­ci­pie i cię­tym języku. Choć szu­kał ich towa­rzy­stwa, ni­gdy jed­nak żad­nej z tych olśnie­wa­ją­cych pięk­no­ści się nie oświad­czył. I nagle zako­chał się na serio i z zapa­łem zaczął zabie­gać o względy kobiety, która była cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem tych, na które do tej pory zwra­cał uwagę - w dziew­czy­nie o twa­rzy Madonny, oży­wio­nym mar­mu­rze - ucie­le­śnie­niu łagod­no­ści i ule­gło­ści. Nie miało zna­cze­nia, że kiedy z nią roz­ma­wiał, odpo­wia­dała mu jedy­nie mono­sy­la­bami, nie­ważne, że jego wes­tchnie­nia pozo­sta­wały nie­zau­wa­żone, jego spoj­rze­nia nie­odwza­jem­nione, ni­gdy nie reago­wała na jego opi­nie, rzadko odpo­wia­dała śmie­chem na jego żarty, nie zwra­cała na niego uwagi ani mu nie przy­kla­ski­wała. Nie­istotne, że wyda­wała się być prze­ci­wień­stwem całej kobie­co­ści, jaką kie­dy­kol­wiek w swoim życiu podzi­wiał. Dla niego Mary Cave była dosko­nała, ponie­waż z jakie­goś powodu, po pro­stu ją kochał..

Pan Hel­stone, który w tam­tym cza­sie peł­nił obo­wiązki wika­rego w para­fii Briar­field, rów­nież kochał Mary, a w każ­dym razie pod­ko­chi­wał się w niej. Kilku innych także do niej wzdy­chało - ponie­waż była piękna jak anioł widy­wany na gro­bow­cach; wikary miał jed­nak prze­wagę ze względu na swoją pozy­cję - stan duchowny jakby ota­czał go nim­bem, co oka­zało się wystar­cza­ją­cym powo­dem, by panna Cave go wybrała, odrzu­ca­jąc mło­dych sor­tow­ni­ków wełny, swo­ich pozo­sta­łych ado­ra­to­rów. Pan Hel­stone ani nie odczu­wał, ani nie twier­dził, że chciałby odczu­wać taką namięt­ność wobec niej, jaka pochła­niała Yorke'a. Nie miał tej pokor­nej czci, która była udzia­łem więk­szo­ści kon­ku­ren­tów do jej ręki. W odróż­nie­niu od innych, Hel­stone widział ją taką, jaka była. W rezul­ta­cie szybko ją sobie pod­po­rząd­ko­wał. Kobieta przy­jęła jego oświad­czyny, gdy tylko je zło­żył, po czym wzięli ślub.

Hel­stone nie był stwo­rzony do bycia dobrym mężem, szcze­gól­nie cichej i ule­głej kobiety. Myślał, że skoro żona mil­czy, to zna­czy, że niczego nie potrze­buje, nic jej nie trapi. A ona niczego nie żądała. Jeśli nie narzeka na samot­ność, to widocz­nie nie­ustanna samot­ność nie jest jej przy­kra. Jeśli nie żąda zain­te­re­so­wa­nia, nie mówi, że coś jest miłe jej sercu, a coś innego - nie, to zna­czy, że nie ma wła­snego zda­nia, więc po co ją pytać. Nawet nie pró­bo­wał zro­zu­mieć, że kobiety pod wie­loma wzglę­dami róż­nią się od męż­czyzn. Widział w niej istotę innego rodzaju, praw­do­po­dob­nie dużo gor­szego. Żona nie mogła być towa­rzy­szem swego męża, tym bar­dziej jego powier­nicą i opar­ciem. Jego żona, po roku czy dwóch nie była dla niego szcze­gól­nie ważna w żad­nym wymia­rze. A kiedy któ­re­goś dnia zoba­czył w swym mał­żeń­skim łożu jej piękne ciało - zimne, białe, mar­twe, był nie­zwy­kle zdu­miony. Pra­wie nie zauwa­żył, jak nikła w oczach, cho­ciaż wszy­scy dookoła to widzieli. Jej strata nie wyda­wała się być dla niego wstrzą­sem - choć czy można mieć taką pew­ność? Jego obo­jęt­ność mogła być uda­wana, ponie­waż nie był męż­czyzną, któ­remu smu­tek łatwo wyci­ska łzy z oczu.

Jego suche oczy i brak innych zewnętrz­nych oznak żalu zszo­ko­wały starą gospo­się i słu­żącą, które opie­ku­jąc się panią Hel­stone pod­czas jej cho­roby, mogły poznać ją lepiej niż mąż i wie­działy, że miała dobre, kocha­jące serce. Plot­ko­wały o tym nad jej cia­łem, dys­ku­tu­jąc o wszel­kich szcze­gó­łach i kolo­ry­zu­jąc je mocno, poda­jąc je jako praw­dziwą czy domnie­maną przy­czynę jej śmierci. Krótko mówiąc, wzbu­dzały jedna w dru­giej obu­rze­nie na tego suro­wego, małego męż­czy­znę, który sie­dział w sąsied­nim pokoju i prze­glą­dał jakieś papiery, nie­świa­domy jakiego potę­pie­nia jest przed­mio­tem.

Ledwo pocho­wano panią Hel­stone, a już w oko­licy zaczęły krą­żyć plotki, że umarła, ponie­waż pękło jej serce. Szybko uro­sły one jesz­cze do takiego roz­miaru, że teraz mowa była o chłod­nym, a nawet bru­tal­nym trak­to­wa­niu jej przez męża - pogło­ski rażąco nie­praw­dziwe, ale chęt­nie w nie wie­rzono. Plotki dotarły do Yorke'a, który także czę­ściowo w nie uwie­rzył. I bez tego, rzecz jasna, nie miał zbyt wiele życz­li­wo­ści dla zwy­cię­skiego rywala. Sam, będąc obec­nie żonaty z kobietą, która sta­no­wiła cał­ko­wite prze­ci­wień­stwo Mary Cave pod każ­dym wzglę­dem, nie mógł zapo­mnieć tej wiel­kiej życio­wej porażki. A kiedy usły­szał, że ta kie­dyś kochana przez niego kobieta była tak bar­dzo zanie­dby­wana, może zamę­czana przez innego, poczuł dla tego innego zapie­kłą urazę.

Natury i siły tej urazy Hel­stone zale­d­wie się domy­ślał. Ani nie wie­dział, jak bar­dzo Yorke kochał Mary Cave, co czuł, gdy ją stra­cił, ani nie był świa­domy oszczerstw pod swoim adre­sem, które doty­czyły jego poży­cia z żoną. Sądził, że dzielą go z Yorke'em tylko róż­nice poli­tyczne i reli­gijne. Gdyby wie­dział, jak rze­czy naprawdę się mają, nie dałby się pew­nie nikomu namó­wić na prze­kro­cze­nie progu domu swo­jego byłego rywala.

Pan Yorke nie zakoń­czył jesz­cze wykładu dla Roberta Moore'a. Nie­ba­wem roz­mowa została wzno­wiona w bar­dziej ogól­nej for­mie, cho­ciaż w tonie na­dal nieco przy­po­mi­na­ją­cym spór. Nie­po­koje w kraju, różne gra­bieże doko­nane ostat­nio w posia­dło­ściach nale­żą­cych do wła­ści­cieli fabryk, dostar­czyły mnó­stwo oka­zji do spo­rów, szcze­gól­nie że każdy z trzech obec­nych miał mniej czy bar­dziej odmienne poglądy na te sprawy. Hel­stone uwa­żał, że fabry­kanci są pokrzyw­dzeni, a robot­nicy nie­roz­sądni; potę­piał rosnące nie­za­do­wo­le­nie wśród lud­no­ści, głę­boką nie­chęć. Uwa­żał, że należy cier­pli­wie zno­sić zło, które uwa­żał za nie­unik­nione. Środ­kiem zarad­czym według niego byłaby ener­giczna inge­ren­cja rządu, rygo­ry­styczne wyroki wobec bun­tow­ni­ków, a kiedy to konieczne, bez­zwłoczna inter­wen­cja woj­ska.

Pan Yorke chciałby wie­dzieć, czy ta inge­ren­cja, czuj­ność i przy­mus nakar­mi­łyby tych, któ­rzy gło­do­wali, dała pracę tym, któ­rzy chcieli pra­co­wać i któ­rych nikt nie chciał zatrud­nić. Zasta­na­wiał się nad kwe­stią nie­unik­nio­nego zła. Powie­dział, że cier­pli­wość ludzi jest jak wiel­błąd, na któ­rego grzbie­cie poło­żono każdy moż­liwy cię­żar. Opór był obec­nie obo­wiąz­kiem, rosnące nie­za­do­wo­le­nie z władz uzna­wał za naj­bar­dziej obie­cu­jący znak cza­sów, a fabry­kanci - przy­zna­wał - byli naprawdę pokrzyw­dzeni, ale winę za to ponosi ich wła­sny "krwawy, sko­rum­po­wany i zde­pra­wo­wany" rząd (takimi epi­te­tami się posłu­żył). Sza­leńcy tacy jak Pitt36, złe duchy jak Castle­re­agh, zło­śliwi idioci jak Per­ce­val byli tyra­nami, prze­kleń­stwem kraju, nisz­czy­cie­lami han­dlu. To przez ich tępy upór Anglia pro­wa­dziła nie­uza­sad­nioną, bez­na­dziejną, nisz­czy­ciel­ską wojnę, która pchnęła naród w ślepy zaułek. To ich potwor­nie opre­syjne podatki, nie­sławne "roz­po­rzą­dze­nia Rady" zapo­cząt­ko­wały coś, co zasłu­gi­wało na posta­wie­nie urzęd­ni­ków w stan oskar­że­nia i wysła­nie ich na szu­bie­nicę i zawie­siły na szyi Anglii kamień młyń­ski.

- Ale co za poży­tek z roz­mowy? - pytał Yorke. - Nie ma żad­nej nadziei, że ktoś wysłu­cha głosu roz­sądku w kraju rzą­dzo­nym przez króla, księży, parów, gdzie nomi­nal­nym monar­chą był sza­le­niec37, a rze­czy­wi­stym władcą roz­pust­nik bez zasad, gdzie tole­ruje się taką znie­wagę dla zdro­wego roz­sądku jak dzie­dziczni pra­wo­dawcy; gdzie ist­nieje taki non­sens jak ława dla bisku­pów, gdzie pokor­nie czci się i hołubi Kościół, gdy ten nad­używa wła­dzy a duch nie­to­le­ran­cji prze­nika go na wskroś, gdzie utrzy­muje się stałe woj­ska i całe zastępy leni­wych pasto­rów, któ­rych ubo­gie rodziny ruj­nują cały kraj!

Hel­stone wstał i wkła­da­jąc swój wywi­nięty po bokach kape­lusz, zare­pli­ko­wał, że w ciągu swo­jego życia spo­tkał się z dwoma lub trzema przy­kła­dami ludzi wyzna­ją­cych takie poglądy, dopóki byli zdrowi, pełni sił i dobrze im się wio­dło. Dodał, że przyj­dzie czas, gdy "stró­żo­wie domów będą drżeć; kiedy będą się bali Naj­wyż­szego, a strach sta­nie im na dro­dze. Będzie to czas próby dla siewcy anar­chii i buntu, wroga reli­gii i porządku". Był taki wypa­dek, mówił pro­boszcz, że wezwano go do wygło­sze­nia modlitw prze­zna­czo­nych dla cho­rych na łożu śmierci. Był wezwany do jed­nego z naj­bar­dziej zaja­dłych wro­gów reli­gii. Widział, jak dotknięty wyrzu­tami sumie­nia chory pra­gnął skru­chy i nie był w sta­nie jej zna­leźć, cho­ciaż szu­kał ze łzami w oczach. Musi prze­strzec pana Yorke'a, że bluź­nier­stwo prze­ciwko Bogu i kró­lowi to grzech śmier­telny i że kie­dyś nastąpi Dzień Sądu.

Tak, pan Yorke sądził, że ten sąd na pewno nadej­dzie. Jakże ina­czej wymie­rzona miała być spra­wie­dli­wość wszyst­kim łaj­da­kom, któ­rzy wydają się trium­fo­wać na tym świe­cie, bez­kar­nie łamiąc serca nie­win­nym, czer­piąc zyski z nie­za­słu­żo­nych przy­wi­le­jów, hań­biąc swój zaszczytny stan, wyry­wają z ust bied­nych kawa­łek chleba, dła­wią swoją pychą uczci­wych ludzi i podle wysłu­gują się wiel­moż­nym. Kiedy za to wszystko zapłacą?

- I oto, kiedy gotowy byłem - mówił Yorke - upaść na duchu, widząc zło trium­fu­jące na tej spro­śnej pla­ne­cie, bra­łem do ręki tę księgę - tu wska­zał na sto­jącą na półce w biblio­teczce Biblię - otwie­ra­łem ją na chy­bił tra­fił i zawsze tra­fia­łem na sen­ten­cję, jakby roz­świe­tloną nie­bie­ską siarką. Sta­wało się dla mnie jasne - mówił Yorke - co czeka na tam­tym świe­cie nie­jed­nego z nas, jakby anioł ze wspa­nia­łymi, bia­łymi skrzy­dłami przy­szedł do mnie o obwie­ścił mi nowinę.

- Pro­szę pana - powie­dział Hel­stone, zbie­ra­jąc całą swoją god­ność - wielką mądro­ścią czło­wieka jest poznać samego sie­bie i cel, do któ­rego zmie­rza.

- Tak, tak. Przy­po­mni pan sobie, panie Hel­stone, że nie­wie­dzę nie­siono od samych bram nie­bios i rzu­cono pod drzwi, które pro­wa­dziły do pie­kła.

- Nie zapo­mnijmy, panie Yorke, że ślepa pycha, nie widząc drogi przed sobą, wpa­dła do głę­bo­kiego dołu, który był tam umyśl­nie wyko­pany przez księ­cia ziemi, aby schwy­cić cheł­pli­wych głup­ców, i tam roz­trza­skała się na kawałki.

- Zatem - wtrą­cił Moore, który do tej pory sie­dział cicho, nieco uba­wiony obser­wu­jąc ten poje­dy­nek na słowa - jego obo­jęt­ność na poli­tykę bie­żącą, jak rów­nież na sąsiedz­kie plotki spra­wiły, że był obiek­tyw­nym sędzią takiej potyczki. - Zatem obaj pano­wie wystę­pu­je­cie jeden prze­ciw dru­giemu, udo­wad­nia­jąc, jak ser­decz­nie się nawza­jem nie zno­si­cie, i jak źle o sobie nawza­jem myśli­cie. Jeśli o mnie cho­dzi, moja cała nie­na­wiść skie­ro­wana jest prze­ciw ludziom, któ­rzy znisz­czyli moje maszyny, tak że nie mam innej na mój pry­watny uży­tek, a tym bar­dziej dla tak nie­ja­snych pojęć, jak wyzna­nie albo rząd. Ale muszę wam powie­dzieć, że obaj poka­za­li­ście się w bar­dzo złym świe­tle - gor­szym, niż się kie­dy­kol­wiek po was spo­dzie­wa­łem - nie zde­cy­do­wał­bym się zostać pod jed­nym dachem z bun­tow­ni­kiem i bluź­niercą jak pan, panie Yorke, ani nie ośmie­lił­bym się jechać do domu z okrut­nym i tyrań­skim duchow­nym, jak pan, panie Hel­stone.

- A ja w każ­dym razie jadę, panie Moore - powie­dział surowo pro­boszcz. - Jedzie pan ze mną czy nie, to pań­ski wybór.

- Nie, nie będzie miał wyboru, poje­dzie z panem - odparł Yorke. - Jest pół­noc albo i póź­niej i ja nikogo już nie zatrzy­muję w moim domu. Jedź­cie pano­wie wszy­scy.

Zadzwo­nił po słu­żą­cego.

- Deb - powie­dział do niego - wyproś ich wszyst­kich z kuchni, zamknij drzwi na klucz i idź spać. Tędy pano­wie - cią­gnął, zwra­ca­jąc się do gości i oświe­tla­jąc im drogę, i nie­malże siłą wypro­wa­dził ich przez drzwi fron­towe.

Na dro­dze spo­tkali się z robot­ni­kami, któ­rzy także w pośpie­chu musieli opu­ścić dom. Ich konie stały przy bra­mie, wsie­dli i ruszyli, Moore śmiał się z tej nagłej odprawy, Hel­stone nie posia­dał się z obu­rze­nia.

Rozdział 5

5

W BIA­ŁYM DWORKU

Dobry humor nie opusz­czał Moore'a, gdy wstał naza­jutrz rano. On i Joe Scott spę­dzili noc w fabryce, urzą­dziw­szy dla sie­bie miej­sce do spa­nia z tego co było pod ręką w zaka­mar­kach kan­toru. Fabry­kant, który był ran­nym ptasz­kiem, wstał nawet nieco wcze­śniej niż zwy­kle. Obu­dził Scotta, śpie­wa­jąc fran­cu­ską pio­senkę pod­czas poran­nej toa­lety.

- Widzę, że pan się zbyt­nio nie fra­suje, panie Moore? - krzyk­nął Joe.

- Ani za grosz, mon garçon - co zna­czy, mój przy­ja­cielu. Wsta­waj, będziemy obcho­dzić fabrykę i wyja­śnię ci, jakie mam plany, nim przyjdą robot­nicy. Będziemy mieć maszyny mimo wszystko, Joseph. Sły­sza­łeś kie­dyś może o Bru­sie?

- I o pająku? Tak, czy­ta­łem histo­rię Szko­cji i znam ją nie gorzej od pana, rozu­miem, że chce pan powie­dzieć, że pan nie ustąpi.

- Wła­śnie.

- A dużo w waszych kra­jach takich upar­tych męż­czyzn jak pan? - pytał Joe, skła­da­jąc i cho­wa­jąc w kącie swoją tym­cza­sową pościel.

- W moich kra­jach? A gdzie to jest - w moich kra­jach?

- No jak to? We Fran­cji prze­cież.

- Nie! Wpraw­dzie Fran­cuzi zdo­byli Antwer­pię, w któ­rej się uro­dzi­łem, ale to jesz­cze nie czyni mnie Fran­cu­zem!

- Czyli Holan­dia?

- Nie, nie jestem Holen­drem. Myli ci się Antwer­pia z Amster­da­mem.

- Flan­dria?

- Co za pogar­dliwa insy­nu­acja, Joe! Ja i Fla­mand? Czy ja mam fla­mandzką twarz? Nos jak kar­to­fel, niskie, jakby ucięte czoło, wod­ni­ste oczy e fleur de tete38? Jestem gru­ba­sem z krót­kimi nogami, jak każdy Fla­mand? Ale ty prze­cież poję­cia nie masz, jak oni wyglą­dają, ci Holen­drzy. Nie, Joe, ja jestem antwer­pij­czy­kiem, tak jak moja matka, choć ona z pocho­dze­nia była Fran­cuzką, dla­tego mówię po fran­cu­sku.

- Ale ojciec pana pocho­dził z York­shire i dla­tego jest pan rów­nież tro­chę york­shi­re­czy­kiem i każdy widzi, że jest pan z nami spo­krew­niony. Dać panu tylko robić forsę i pruje pan do przodu.

- Jesteś bez­czelny, Joe, ale od mło­do­ści przy­wy­kłem do takiego tonu. Classe ouvriere, czyli robot­nicy, w Bel­gii zacho­wują się wobec pra­co­daw­ców bru­tal­nie; przez bru­tal­nie, Joe, rozu­miem bru­ta­le­ment, co być może lepiej prze­tłu­ma­czyć jako pry­mi­tyw­nie.

- U nas zawsze się mówi, co się myśli, pro­sto z mostu! Ci mło­dzi pasto­rzy i wielcy pano­wie z Lon­dynu są zszo­ko­wani naszym "gru­biań­stwem", a my lubimy ich tro­chę podraż­nić. Śmiech bie­rze, jak się obu­rzają, prze­wra­cają oczami i machają rękami, jakby ich obdzie­rali ze skóry, a potem walą tymi sło­wami: "Okrop­ność! Co za chamy!"

- Wy jeste­ście cha­mami, Joe. Chyba nie myślisz, że jeste­ście kul­tu­ralni, co?

- Nie bar­dzo, ale coś tam jed­nak wiemy! Mnie się zdaje, że robot­nicy na pół­nocy są bar­dziej inte­li­gentni i wie­dzą dużo wię­cej niż ci wie­śniacy na połu­dniu. Fach wyostrzył nam myśle­nie, a mecha­nicy, tacy jak ja, muszą ruszać głową, sam pan wie, co to zna­czy dopil­no­wać maszyn, więc ja się już w tym wpra­wi­łem. Jeżeli cze­goś nie poj­muję, sta­ram się sam dociec w czym rzecz; bywa, że mi się to udaje, ale też chęt­nie o tym czy­tam, inte­re­suję się, co też nasi rzą­dzący myślą z nami i dla nas zro­bić. Znajdą się też spryt­niejsi ode mnie! Wśród tych usma­ro­wa­nych tłusz­czem i farbą chło­pa­ków znaj­dzie się grupa takich, co rozu­mieją się na pra­wach nie gorzej od sta­rego Yorke'a, a już na pewno od tego śla­ma­zary Chri­sto­phera Sykesa z Whin­bury albo tego dry­blasa, tego gaduły, co to się cią­gle prze­chwala, Pio­tra Irland­czyka, pomoc­nika Hel­stone'a.

- Wiem, że uwa­żasz się za bystrego, Scott.

- No, cał­kiem nie­zły jestem! Zorien­tuję się, jak i co, nie dam się oszu­kać i nie prze­pusz­czę oka­zji; mam wię­cej sprytu od tych, co uwa­żają mnie za nędza­rza. Nie ma co gadać, w York­shire jest wielu takich jak ja, a znajdą się i lepsi ode mnie.

- Oczy­wi­ście, jesteś wspa­niały, czy­ste złoto; ale przy tym bez­czelny z cie­bie typ i zaro­zu­miały bał­wan. Jeżeli nawet łyk­ną­łeś tro­chę wie­dzy z mate­ma­tyki i zna­la­złeś szczyptę che­mii na dnie kadzi z farbą, nie zna­czy to jesz­cze, że jesteś jakimś nie­od­kry­tym uczo­nym. Musisz wie­dzieć, że jeśli han­del nie zawsze idzie gładko, a ty i tacy jak ty cza­sem z tego powodu nie macie na chleb, nie zna­czy, że jeste­ście męczen­ni­kami, a cały spo­sób rzą­dze­nia w naszym kraju jest do niczego. Co wię­cej, nie powi­nie­neś ani przez chwilę insy­nu­ować, że cno­tliwi miesz­kają tylko w cha­łu­pach a w domach z kamie­nia ich nie znaj­dziesz. Muszę przy­znać, że strasz­nie mnie iry­tują takie bzdury, ponie­waż wiem, że natura ludzka jest zawsze jed­na­kowa, czy to pod dachem ze słomy, czy pokry­tym dachów­kami. W każ­dej isto­cie ludz­kiej - zalety mie­szają się z wadami, w więk­szych lub mniej­szych pro­por­cjach, nie decy­duje tu pozy­cja czy sta­no­wi­sko. Widy­wa­łem boga­tych i ubo­gich drani, rów­nież takich, któ­rzy nie byli ani bogaci, ani biedni, ale umieli zado­wo­lić się małymi rze­czami. Ale zaraz będzie szó­sta! Dość tego gada­nia, Joe, czas bić w dzwon!

Był śro­dek lutego, o szó­stej dopiero zaczy­nało świ­tać, pod bla­dymi pro­mie­niami poran­nej zorzy gęsty mrok nocy zaczy­nał rzed­nąć i prze­cho­dzić w na pół prze­zro­czy­stą, mleczną mgłę. Tego dnia zorza była szcze­gól­nie blada, wschód nie zaru­mie­nił nieba ani nie ogrzał go różową poświatą. Dzień powoli pod­no­sił powieki i bla­dym spoj­rze­niem obrzu­cał wzgó­rza, można by pomy­śleć, że ogień słońca zgasł w ule­wie zeszłej nocy. Oddech poranka także był chłodny; zimny wiatr roz­ga­niał nocne chmury, a kiedy je roz­pro­szył, poka­zało się pokryte bladą mgłą niebo i opa­su­jący hory­zont matowy, sre­brzy­sty krąg. Padać już prze­stało, ale zie­mia roz­mo­kła; woda wypeł­niła stawy i stru­mie­nie.

Okna fabryki były jasne, dzwon wciąż gło­śno bił, a małe dzieci bie­gły, miejmy nadzieję, że w tym wiel­kim pośpie­chu przy­naj­mniej nie zmar­zły na ostrym powie­trzu tego nie­przy­jem­nego poranka; choć być może taki pora­nek wyda­wał im się łaskawy w porów­na­niu z innymi, kiedy przy­cho­dziły do pracy: w śnie­życę, pod­czas ulewy albo trza­ska­ją­cego mrozu.

Pan Moore stał przy wej­ściu i obser­wo­wał nad­cho­dzą­cych. Liczył ich, gdy prze­cho­dzili obok. Tym, któ­rzy się spóź­niali, rzu­cał słowa nagany, które Joe Scott powta­rzał nieco ostrzej, kiedy guz­drały docie­rały do warsz­ta­tów. Ani pan ani nad­zorca nie byli bru­talni. Żaden z nich nie zacho­wy­wał się agre­syw­nie, cho­ciaż obaj wyglą­dali na bez­względ­nych, ponie­waż karali grzywną deli­kwenta, który zanadto już się spóź­nił. Pan Moore kazał takiemu pła­cić pensa przed wej­ściem i uprze­dzał, że następne spóź­nie­nie będzie go kosz­to­wało dwa pensy.

Zasady bez wąt­pie­nia są konieczne w takich przy­pad­kach; pro­staccy i okrutni wła­ści­ciele two­rzą pro­stac­kie i okrutne zasady. A zda­rzały się, przy­naj­mniej w cza­sie, o któ­rym piszemy, nie­ludz­kie wręcz zacho­wa­nia. Nie sta­wiam sobie za zada­nie uka­zy­wa­nie cał­ko­wi­cie upodlo­nych, nie­go­dzi­wych ludzi. Tor­tu­ru­ją­cych dzieci, tyra­nów i poga­nia­czy nie­wol­ni­ków powie­rzam pie­czy straż­ni­ków wię­zien­nych. Powie­ścio­pi­sarz może być zwol­niony z pla­mie­nia stron opi­sami ich hanieb­nych czy­nów.

Nie będę zatem drę­czyć mojego czy­tel­nika i pora­żać jego wyobraźni opi­sami biczo­wa­nia i pobi­cia, ale z rado­ścią go poin­for­muję, że ani pan Moore, ani nad­zorca jego robot­ni­ków ni­gdy nie ude­rzył dziecka pra­cu­ją­cego w fabryce. Joe pew­nego razu fak­tycz­nie surowo wychło­stał swo­jego wła­snego syna za upo­rczywe kłam­stwo, ale, podob­nie jak jego pra­co­dawca, będąc czło­wie­kiem zrów­no­wa­żo­nym, spo­koj­nym i roz­sąd­nym, uni­kał sto­so­wa­nia kar cie­le­snych.

Pan Moore czę­sto obcho­dził swoją fabrykę, dzie­dzi­niec, far­biar­nię i maga­zyny od bla­dego świtu. Słońce w końcu wze­szło, ale blade, bez koloru, pra­wie jak kula z lodu, wyszło zza grzbietu wzgó­rza, posre­brzyło sine krańce wiszą­cej nad nim chmury i jakby nie­chęt­nie zaj­rzało we wszyst­kie zaka­marki tej kotliny czy może wąskiej doliny, którą teraz razem z czy­tel­ni­kiem obser­wu­jemy. Była ósma, świa­tła w fabryce zga­szono, sygnał do śnia­da­nia wydano. Uwol­nione na pół godziny od harówki dzieci zaczęły śnia­da­nie: w małych bla­sza­nych pusz­kach była kawa, a w koszycz­kach - przy­dział chleba. Miejmy nadzieję, że jest go na tyle, by się naja­dły, bo aż litość bie­rze, jeśli to nie­prawda.

Pan Moore opu­ścił w końcu dzie­dzi­niec fabryczny i skie­ro­wał kroki do swo­jego domu. Znaj­do­wał się on w nie­wiel­kiej odle­gło­ści od fabryki, ale żywo­płot i wysoki brzeg po oby­dwu stro­nach ścieżki, która do niego pro­wa­dziła, nada­wały temu miej­scu cha­rak­ter bar­dzo ustronny. Był to nie­duży, poma­lo­wany na biało dom z zie­loną werandą; wokół niej i pod oknami widać było cien­kie, brą­zowe łodyżki wiją­cych się roślin; łodyżki były teraz nagie i nie zapo­wia­dały zbyt obfi­tego poro­stu liści i kwia­tów przed nadej­ściem lata. Przed domem był traw­nik i kwia­towe rabatki. Te ostat­nie na razie były tylko skraw­kami czar­nej ziemi, wyjąw­szy miej­sca, gdzie w osło­nię­tych zaka­mar­kach wyra­stały pierw­sze prze­bi­śniegi i szma­rag­do­wo­zie­lone kro­kusy. Wio­sna się spóź­niała, zima była długa i surowa, ostatni śnieg stop­niał dopiero co. Przed wczo­raj­szymi desz­czami, na zbo­czach i szczy­tach wzgórz pozo­stały jesz­cze białe resztki; traw­nika nie pokry­wała bujna zie­leń, ale bla­do­żółta trawa, tak jak na pagór­kach i pod żywo­płotem. Z tyłu rosły trzy zgrabne drzewka, nie­zbyt wyso­kie, ale nie mając kon­ku­ren­cji w pobliżu, bar­dzo cie­szyły oko i zdo­biły ogród. Taki był wła­śnie dom pana Moore'a - przy­tulne gniazdko, stwo­rzone do przy­jem­no­ści i roz­my­ślań, ale zbyt cia­sne, by mogły się w nim roz­wi­nąć skrzy­dła ener­gicz­nego dzia­ła­nia i ambi­cji.

Ta atmos­fera skrom­nego kom­fortu wyda­wała się nie mieć jakiejś szcze­gól­nej war­to­ści dla wła­ści­ciela. Zamiast od razu wejść do domu, Moore z małej szopy wziął szpa­del i zaczął pra­co­wać w ogro­dzie. Przez kwa­drans prze­ko­py­wał zie­mię (przez nikogo nie­ab­sor­bo­wany), gdy nagle okno zostało otwarte i kobiecy głos zawo­łał do niego:

- Eh, bien! Tu ne dejeu­nes pas ce matin?39

Odpo­wiedź i reszta roz­mowy była po fran­cu­sku, ale ponie­waż jest to angiel­ska książka, prze­tłu­maczmy to angiel­ski:

- Czy śnia­da­nie gotowe, Hor­ten­sjo?

- Natu­ral­nie, jest gotowe od pół godziny,

- To ja też. Jestem głodny jak wilk.

Rzu­cił łopatę i wszedł do domu. Wąskie przej­ście pro­wa­dziło do małego salonu, gdzie cze­kało śnia­da­nie zło­żone z chleba z masłem i kawy z dodat­kiem mało angiel­skim - odro­biną duszo­nych gru­szek. Nad tymi wik­tu­ałami góro­wała dama, która przed chwilą roz­ma­wiała z Moore'em. Muszę ją opi­sać, zanim na nowo podej­miemy opo­wieść.

Wyglą­dała na nieco star­szą od pana Moore'a - pew­nie miała jakieś trzy­dzie­ści pięć lat, wysoka i w miarę zaokrą­glona, miała kru­czo­czarne włosy, teraz zwi­nięte w papi­loty, zaru­mie­nione policzki, mały nos i nie­duże czarne oczy. Dolna część twa­rzy wyda­wała się nieco za duża w porów­na­niu z górną z powodu niskiego, nieco pomarsz­czo­nego czoła. Kobieta wyglą­dała nie tyle na złą, ile na nieco nie­za­do­wo­loną; było coś w całej jej postaci jed­no­cze­śnie zabaw­nego i iry­tu­ją­cego. Naj­dziw­niej­sza w tym była jej suk­nia - weł­niana spód­nica i baweł­niany kafta­nik w paski. Spód­nica była krótka, odsła­niała nie do końca zgrabne nogi.

Pomy­ślisz czy­tel­niku, że opi­suję tu jakie­goś flej­tu­cha, ale to zupeł­nie błędne wra­że­nie. Hor­ten­sja Moore (sio­stra pana Moore'a) była bar­dzo upo­rząd­ko­waną, oszczędną osobą. Spód­nica, kafta­nik i papi­loty były jej stro­jem poran­nym, w któ­rym w przed­po­łu­dnie przy­wy­kła zaj­mo­wać się gospo­dar­stwem u sie­bie w ojczyź­nie. Nie prze­jęła mody angiel­skiej tylko dla­tego, że musiała żyć w Anglii; trzy­mała się swo­jej sta­rej, bel­gij­skiej, i uwa­żała to za osią­gnię­cie.

Made­mo­iselle miała dosko­nałą opi­nię o sobie samej - nie do końca nie­za­słu­żoną, posia­dała prze­cież pewne dobre i rze­telne cechy; ale raczej prze­ce­niała wagę owych zalet. Poza tym kom­plet­nie pomi­jała w swo­ich rachu­bach różne defekty, które im towa­rzy­szyły. Nikt by jej nie prze­ko­nał, że jest prze­sądna i ma ogra­ni­czone hory­zonty. Zbyt draż­liwa na punk­cie swo­jej wła­snej god­no­ści i waż­no­ści i zanadto skłonna do obra­ża­nia się o dro­bia­zgi, a prze­cież była to prawda. Gdy nie kwe­stio­no­wano jej pre­ten­sji do wytwor­no­ści, nie wyty­kano jej prze­są­dów, umiała być życz­liwa i przy­ja­zna. Do swo­ich dwóch braci (oprócz Roberta był jesz­cze jeden Gérard Moore) czuła głę­bo­kie przy­wią­za­nie. Jako jedyni pozo­stali repre­zen­tan­ta­tami swo­jego rodu, w jej oczach obaj byli pra­wie święci. Louisa znała jed­nak mniej niż Roberta. Jesz­cze jako chłopca wysłano go do Anglii, gdzie cho­dził do angiel­skiej szkoły. Wykształ­ce­nie nie przy­go­to­wało go do han­dlu, nie miał też do niego zami­ło­wa­nia z natury, gdy więc runęły nadzieje na odzie­dzi­cze­nie majątku i musiał pomy­śleć, jak się utrzy­mać, wybrał mozolną i skromną pro­fe­sję nauczy­ciela. Był naj­pierw kore­pe­ty­to­rem w pew­nej szkole, a teraz podobno pry­wat­nym wycho­wawcą w pew­nym domu. Kiedy Hor­ten­sja wspo­mi­nała Louisa, opi­sy­wała go jako kogoś, kto ma des moy­ens40, ale jest zbyt wyco­fany i cichy. Jej pochwały na cześć Roberta brzmiały zupeł­nie ina­czej: była z niego dumna i uwa­żała za naj­wspa­nial­szego czło­wieka w Euro­pie; wszystko, co powie­dział i zro­bił, było w jej oczach wybitne i ocze­ki­wała, że inni będą go postrze­gać w ten sam spo­sób. Nic nie mogło być bar­dziej irra­cjo­nalne, potworne i haniebne niż jaki­kol­wiek sprze­ciw wobec Roberta, chyba że był to sprze­ciw wobec niej.

Jak tylko Robert zasiadł do śnia­da­nia, podała mu por­cję duszo­nych gru­szek i odkro­iła spory kawa­łek bel­gij­skiej słod­kiej tarty; od razu zaczęła wyrzu­cać z sie­bie obu­rze­nie z powodu wyda­rzeń zeszłej nocy.

- Quelle idee! Nisz­czyć maszyny! Quelle action hon­teuse? On voy­ait bien que les ouvriers de ce pays eta­ient a la fois betes et mechants. C'etait abso­lu­ment comme les dome­sti­ques angla­ise, les servants sur­tout: rien d'insup­por­ta­ble comme cette Sara, par exem­ple!41

- Wydaje się schludna i pra­co­wita.

- Wydaje się! Nie wiem, jaka się wydaje, nie mówię też, że jest brudna i leniwa, mais elle est d'une inso­lence!42 Wczo­raj spie­rała się ze mną przez cały kwa­drans na temat przy­rzą­dza­nia woło­winy. Powie­działa, że gotuję ją za długo, więc robi się jak ścierka, i że żaden Anglik nie zjadłby takiej potrawy, jak nasza bouilli43, że mój bulion to po pro­sta cie­pła, mętna woda, a co się tyczy cho­ucro­ute44, to nie weź­mie jej do ust! Beczułkę, która stoi w piw­nicy - świet­nie przy­go­to­waną przeze mnie oso­bi­ście, ona nazywa pomy­jami! Zamę­cza mnie ta dziew­czyna, ale nie pozby­wam się jej, a nuż trafi się jesz­cze gor­sza? Masz to samo z two­imi robot­ni­kami, pau­vre cher frere!45

- Zdaje się, że nie jesteś szczę­śliwa w Anglii, Hor­ten­sjo.

- Mam obo­wią­zek być szczę­śliwa, gdzie­kol­wiek ty jesteś, bra­cie; gdyby nie to, zna­la­złoby się na pewno tysiąc rze­czy, które spra­wi­łyby, że tęsk­ni­ła­bym za naszym rodzin­nym mia­stem. Wszy­scy ci ludzie tutaj wydają mi się źle wycho­wani. Widzę, że śmieją się z moich zwy­cza­jów. Jeżeli jakaś dziew­czyna z two­jej fabryki przy­pad­kiem wej­dzie do kuchni i zasta­nie mnie przy goto­wa­niu (wiesz prze­cież, że nie mogę powie­rzyć Sarze ani jed­nej potrawy), natych­miast śmieje się z mojej spód­nicy i koszuli. Jeżeli przyjmę zapro­sze­nie na pod­wie­czo­rek, co się zda­rzyło ze dwa razy, zauwa­żam, że nie zwra­cają na mnie uwagi, nie oka­zują mi należ­nego sza­cunku. Przed­sta­wi­cielka takich wspa­nia­łych rodów jak Gérardowie czy Moore'owie ma prawo żądać sza­cunku i czuć się dotknięta, jeśli go nie czuje. W Antwer­pii zawsze byłam trak­to­wana z sza­cun­kiem, tutaj wystar­czy, kiedy otwo­rzę usta w towa­rzy­stwie, od razu patrzą na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo, jaki to niby śmieszny mam akcent, a prze­cież wiem, że jest bez zarzutu.

- Hor­ten­sjo, w Antwer­pii ludzie znali nas jako boga­tych, tu, w Anglii uwa­żają nas za bie­da­ków.

- Rozu­mie się, ale do czego to docho­dzi, żeby ludzie byli tacy wyra­cho­wani? Pamię­tasz, mój drogi bra­cie, w zeszłą nie­dzielę, padał deszcz, poszłam więc do kościoła w moich porząd­nych czar­nych sabo­tach, oczy­wi­ście, nikt nie wyszedłby w nich na ulicę w wiel­kim mie­ście, ale nie ma nic nagan­nego w tym, by cho­dzić w nich po błot­ni­stych dro­gach. Uwierz mi, kiedy szłam mię­dzy rzę­dami ławek, opa­no­wana i spo­kojna, jak zawsze, cztery damy i tyluż dżen­tel­me­nów śmiało się, ukry­wa­jąc twa­rze za ksią­żecz­kami do modli­twy!

- No cóż, nie wkła­daj wię­cej tych sabo­tów. Mówi­łem ci wcze­śniej, że w tym kraju się w nich nie cho­dzi.

- Ależ bra­ciszku, nie są to prze­cież zwy­kłe saboty, takie jak noszą wie­śniacy. Mówię ci, te saboty noire, tres pro­gres, tres conve­na­bles46. Sza­no­wani miesz­kańcy Mons i Leuze, miast poło­żo­nych nie­da­leko od ele­ganc­kiej Bruk­seli - w zimie noszą wła­śnie takie obu­wie. Niech kto­kol­wiek spró­buje brnąć po bło­cie fla­mandz­kich dróg w pary­skich butach na wyso­kim obca­sie, on m'en dirait des nouvel­les!47

- Mniej­sza o Mons i Leuze i fla­mandz­kie drogi; jeśli wej­dziesz mię­dzy wrony, musisz kra­kać jak i one. A co do spód­nicy i koszuli, chyba też nie powin­naś ich tu nosić. Nidy nie widzia­łem żad­nej angiel­skiej damy ubra­nej w takie rze­czy. Zapy­taj Caro­line Hel­stone.

- Caro­line! Ja mam zapy­tać Caro­line? Ja mam się jej radzić w spra­wie moich sukni? To ona we wszyst­kich spra­wach powinna zasię­gać porady u mnie - to jesz­cze dziecko.

- Ma osiem­na­ście lat albo przy­naj­mniej sie­dem­na­ście - w tym wieku dziew­częta wie­dzą już, jak należy się ubie­rać.

- Bar­dzo cię pro­szę, bra­cie, nie psuj Caro­line. Nie trzeba, żeby sobie coś uro­iła. Jest teraz skromna i bez­pre­ten­sjo­nalna, niech taka pozo­sta­nie.

- To także moje życze­nie. Czy dziś przy­cho­dzi?

- Tak, o dzie­sią­tej, na lek­cję fran­cu­skiego.

- Ale chyba nie sądzisz, że sobie drwi z cie­bie?

- Nie sądzę. Doce­nia mnie bar­dziej niż kto­kol­wiek inny tutaj, ale też ma wię­cej moż­li­wo­ści, by mnie bli­żej poznać. Widzi, że mam wykształ­ce­nie, inte­li­gen­cję, maniery, krótko mówiąc wszystko, co powinna posia­dać osoba dobrze uro­dzona i wycho­wana.

- Bar­dzo ją lubisz?

- Bar­dzo to nie jest wła­ściwe słowo. Nie jestem skłonna do gwał­tow­nych uczuć, za to na mojej przy­jaźni można naprawdę pole­gać. Należy do rodziny i odno­szę się do niej życz­li­wie, jako sie­rota budzi moje współ­czu­cie, jej zacho­wa­nie jako mojej uczen­nicy raczej wzmac­nia niż osła­bia przy­wią­za­nie, które rodzi się w takich przy­pad­kach.

- Czyli na lek­cjach zacho­wuje się dobrze?

- Moim zda­niem bar­dzo dobrze; ale jesteś świa­dom, bra­cie, że zwy­kłam uni­kać nad­mier­nej poufa­ło­ści, umiem zdo­być powa­ża­nie i wzbu­dzać sza­cu­nek. Jed­nak roze­zna­łam się co do Caro­line i jestem w pełni prze­ko­nana, że ta dziew­czyna nie jest dosko­nała, jej cha­rak­ter pozo­sta­wia wiele do życze­nia.

- Daj mi ostat­nią fili­żankę kawy, będę sobie pił, a ty zaba­wisz mnie opo­wie­ścią o jej wadach.

- Drogi bra­cie, cie­szę się, widząc, że ape­tyt ci dopi­suje mimo tych wyczer­pu­ją­cych wyda­rzeń z wczo­raj­szej nocy. Zatem, wra­ca­jąc do Caro­line, jest ona nie­do­sko­nała, ale pod moją ręką i pra­wie mat­czyną opieką, może zro­bić postępy. Od czasu do czasu wydaje mi się jakaś skryta, nie lubię tego, ponie­waż jest to mało dziew­częce i nie­po­słuszne; nie­kiedy zauwa­żam zbyt­nie pobu­dze­nie i mam z tym kło­pot. Jed­nak zwy­kle jest spo­kojna, bywa też zamy­ślona i smutna. Z cza­sem na pewno nauczę ją, jak być opa­no­waną w każ­dych oko­licz­no­ściach i jak zacho­wy­wać się sto­sow­nie, bez tej nie­zro­zu­mia­łej melan­cho­lii. Ni­gdy nie akcep­tuję cze­goś, co jest nie­zro­zu­miałe.

- Niczego nie zro­zu­mia­łem. Co na przy­kład masz na myśli, mówiąc "zbyt­nie pobu­dze­nie"?

- Przy­kład naj­le­piej to wyja­śni. Cza­sem, jak wiesz, każę jej czy­tać fran­cu­ską poezję, żeby ćwi­czyła wymowę. Pod­czas naszych lek­cji zapo­znała się z utwo­rami Cor­ne­ille'a i Racine'a, wni­kli­wie i przy­kład­nie, tak jak sta­ram się jej to wpoić. Od czasu do czasu jed­nak bywa jakaś roz­le­ni­wiona i uczest­ni­czy w lek­cji raczej apa­tycz­nie. Nie tole­ruję roz­le­ni­wie­nia u tych, któ­rzy mogą korzy­stać z dobro­dziej­stwa moich nauk; poza tym nie przy­stoi być apa­tycz­nym pod­czas czy­ta­nia kla­syki! Kilka dni temu dałam jej do rąk tom krót­kich utwo­rów mało zna­nych poetów i posła­łam ją pod okno, żeby jed­nego nauczyła się na pamięć, a kiedy w pew­nej chwili spoj­rza­łam na nią, zoba­czy­łam, że nie­cier­pli­wie kart­kuje książkę i wykrzy­wia usta z dez­apro­batą, prze­glą­da­jąc pobież­nie wersy. Zbesz­ta­łam ją. A ona na to: Ma cousine, tout cela m'ennuie a la mort48. Powie­dzia­łam jej, że to nie­od­po­wiedni język. Dieu! - wykrzyk­nęła - II n'y a donc pas deux lines de poesie dans trute la lit­te­ra­ture fran­sca­ise?49 Zapy­ta­łam, co ma na myśli. Popro­siła o wyba­cze­nie z odpo­wied­nią pokorą. Nie­ba­wem się uspo­ko­iła. Zoba­czy­łam, że uśmie­cha się do sie­bie nad książką. Zaczęła się wytrwale uczyć. Po pół godzi­nie sta­nęła przede mną trzy­ma­jąc w rękach zło­żony tomik, jak tego zawsze od niej wyma­gam, zaczęła dekla­mo­wać krótki wiersz Chéniera La Jeune Cap­tive50. Gdy­byś sły­szał, w jaki spo­sób recy­to­wała, jakie nie­składne komen­ta­rze wygła­szała, wie­dział­byś, co mam na myśli, mówiąc "zbyt­nie pobu­dze­nie". Ktoś by pomy­ślał, że Chénier jest bar­dziej poru­sza­jący niż Racine lub cały Cor­ne­ille! Ty, bra­cie, który masz tyle prze­ni­kli­wo­ści, zgo­dzisz się na pewno, że taka nie­do­rzeczna opi­nia świad­czy o nie­zrów­no­wa­że­niu umy­słu; na szczę­ście ma swoją nauczy­cielkę. Nauczę ją rozu­mieć lite­ra­turę, zaszcze­pię pra­wi­dłowe poglądy i dobry smak. Nauczę, jak pano­wać nad swo­imi uczu­ciami i kie­ro­wać nimi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Anglo­ka­to­li­cyzm - prąd wewnątrz Kościoła Angli­kań­skiego, wiąże się z dzia­łal­no­ścią tzw. ruchu oks­fordz­kiego, prze­ciw­sta­wia­jący się ten­den­cjom libe­ra­li­stycz­nym i racjo­na­li­stycz­nym, dążący do odro­dze­nia dok­tryny i życia reli­gij­nego przez nawią­za­nie do tra­dy­cji wcze­sno­chrze­ści­jań­skich, repre­zen­to­wany przez anglo­ka­to­li­ków - angli­ka­nów pro­ka­to­lic­kich. [wróć]

2. Mowa o Church Pasto­ral Aid Society, orga­ni­za­cji zało­żo­nej w 1836 r. mają­cej na celu krze­wie­nie Ewan­ge­lii wśród pro­stych ludzi. Wizję tę począt­kowo urze­czy­wist­niano, udzie­la­jąc pomocy mate­rial­nej naj­bied­niej­szym para­fiom. Dzięki takiej dota­cji Patrick Brontë, ojciec autorki, mógł zatrud­nić wika­rego Arthura Nicol­lsa, który póź­niej poślu­bił Char­lotte Brontë. [wróć]

3. Edward Bouve­rie Pusey (1800-1882) - angiel­ski duchowny i teo­log, jedna z czo­ło­wych postaci tzw. ruchu oks­fordz­kiego, mają­cego na celu reformę angli­ka­ni­zmu. Przed­sta­wi­ciele ruchu byli zwo­len­ni­kami kato­lic­kiej tra­dy­cji kultu, kła­dli nacisk na apo­stol­ski i sakra­men­talny cha­rak­ter Kościoła, nakła­niali do two­rze­nia męskich i żeń­skich wspól­not zakon­nych. [wróć]

4. Aaron - star­szy brat i pomoc­nik Moj­że­sza, pierw­szy arcy­ka­płan izra­el­ski. "Gdy następ­nego poranka wszedł Moj­żesz do Namiotu Spo­tka­nia, zoba­czył, że zakwi­tła laska Aarona z poko­le­nia Lewiego: wypu­ściła pączki, zakwi­tła i wydała doj­rzałe mig­dały". Stary Testa­ment, Księga Liczb za: Biblia Tysiąc­le­cia, Pal­lot­ti­num. Autorka ma na tu myśli trzech mło­dych duchow­nych. [wróć]

5. Tego już za wiele (franc.). [wróć]

6. Cho­dzi o Irlan­dię, trój­listna koni­czyna jest sym­bo­lem naro­do­wym tego kraju; przez wieki pod­sta­wo­wym posił­kiem ubo­gich miesz­kań­ców Irlan­dii były ziem­niaki. [wróć]

7. W prze­no­śnym sen­sie sta­ro­ir­landz­kim. Irlan­dia w sta­ro­żyt­no­ści miała zostać zdo­byta przez potom­ków Mile­siusa, "żoł­nie­rza z Hisz­pa­nii". [wróć]

8. Daniel O'Con­nel (1775-1847) - irlandzki poli­tyk, wal­czył o nie­za­leż­ność irlandz­kiego kościoła kato­lic­kiego, a także o zerwa­nie unii mię­dzy Irlan­dią i Anglią. Mając poglądy kon­ser­wa­tywne, zawsze opto­wał za kon­sty­tu­cyj­nymi meto­dami walki i nie popie­rał rewo­lu­cyj­nych dążeń swo­ich cza­sów. Pocho­dził ze sta­rego rodu cel­tyc­kiego i odzna­czał się atrak­cyj­nym wyglą­dem. [wróć]

9. Dysy­dent (łac. dis­si­dens - nie­zga­dza­jący się) ozna­cza w Anglii wszyst­kie wyzna­nia pro­te­stanc­kie, które nie należą do kościoła angli­kań­skiego. [wróć]

10. Anty­no­mi­sta - wyznawca poglądu gło­szą­cego, że skoro zba­wie­nie jest darem Bożej łaski, to posłu­szeń­stwo wobec Bożych praw nie jest konieczne; ter­min wpro­wa­dzony przez Mar­cina Lutra. [wróć]

11. Jako­bini - fran­cu­ski klub i ugru­po­wa­nie poli­tyczne okresu rewo­lu­cji fran­cu­skiej. [wróć]

12. Lewel­le­rzy ("zrów­ny­wa­cze") - repu­bli­kań­sko-demo­kra­tyczne stron­nic­two poli­tyczne w Anglii w poło­wie XVII w. [wróć]

13. Daniel - jeden z tzw. pro­ro­ków więk­szych, tłu­ma­czył kró­lom Babi­lo­nii Nabu­cho­do­no­zo­rowi i Bal­ta­za­rowi zna­cze­nie ich snów. [wróć]

14. Eze­chiel - pro­rok i kapłan żydow­ski z Jero­zo­limy, jego pro­roc­twa doty­czą losów narodu żydow­skiego. [wróć]

15. Hel­stone robi alu­zję do nauki zwa­nej fre­no­lo­gią, która gło­siła, że mózg składa się z sze­regu oddziel­nych ośrod­ków, zapew­nia­jąch fizy­kalne pod­stawy zja­wisk psy­chicz­nych. Roz­wój każ­dego z nich odzwier­cie­dla się w ukła­dzie czaszki. Dziś uznaje się fre­no­lo­gię za pseu­do­naukę. [wróć]

16. Według Biblii był to wojow­nik fili­styń­ski ogrom­nej postury, poko­nany w bitwie pod mia­stem Gob. [wróć]

17. Około 20 hek­ta­rów - przyp. tłum. [wróć]

18. Według Biblii, wyso­kiego wzro­stu i uro­dziwy Saul był pierw­szym kró­lem Izra­ela; przed walką Dawida z Golia­tem Saul zapro­po­no­wał Dawi­dowi swoją zbroję i miecz. [wróć]

19. Roz­po­rzą­dze­nia Rady (Orders in Coun­cil) były odpo­wie­dzią na "blo­kadę kon­ty­nen­talną", którą Napo­leon zarzą­dził prze­ciwko Anglii; ude­rzyły one także w angiel­ski han­del, budząc nie­za­do­wo­le­nie wśród war­stwy kupiecko-prze­my­sło­wej. [wróć]

20. Robert Castle­re­agh - bry­tyj­ski poli­tyk, mini­ster spraw zagra­nicz­nych w latach 1812-1822, popeł­nił samo­bój­stwo. [wróć]

21. Och, do dia­bła! (franc.) [wróć]

22. Na początku XIX w. w Anglii oddziały robot­ni­ków, zwa­nych lud­dy­tami, któ­rych mecha­ni­za­cja pro­duk­cji pozba­wiła pracy, napa­dały na fabryki, cza­sem także na ich wła­ści­cieli i nisz­czyły maszyny, uzna­jąc je za przy­czynę swo­jego cięż­kiego poło­że­nia. Lud­dyci nakła­dali maski i sma­ro­wali sobie twa­rze sadzą, by nie można było ich roz­po­znać pod­czas napadu. [wróć]

23. Torysi i wigo­wie - bry­tyj­skie stron­nic­twa poli­tyczne, ist­nie­jące od dru­giej połowy XVII do połowy XIX w. Torysi jako przed­sta­wi­ciele posia­da­czy ziem­skich bro­nili przy­wi­le­jów ary­sto­kra­cji; wigo­wie będąc repre­zen­tan­tami bur­żu­azji miej­skiej, wal­czyli o reformy spo­łeczne i poli­tyczne. [wróć]

24. Baal (semic­kie: pan) - bóstwo czczone przez ple­miona zachod­nio­se­mic­kie, znane we wszyst­kich mito­lo­giach semic­kich. [wróć]

25. Arthur Wel­le­sley, książę Wel­ling­ton (1769-1852) - bry­tyj­ski wódz i poli­tyk. Odniósł wiele zwy­cięstw nad Napo­le­onem w Hisz­pa­nii (1808-1813), póź­niej pod Water­loo (1815). [wróć]

26. Fer­dy­nand VII - w 1807 r. jako następca tronu hisz­pań­skiego został aresz­to­wany za udział w spi­sku libe­ra­łów przy­chyl­nych Napo­le­onowi. Kiedy spi­sek wykryto, Fer­dy­nand bła­gał rodzi­ców o wyba­cze­nie. Został kró­lem Hisz­pa­nii w 1808 r. i znów zwró­cił się ku Fran­cji, mając nadzieję, że cesarz będzie go wspie­rał, zamiast tego Napo­leon zmu­sił go do abdy­ka­cji i uwię­ził we Fran­cji na około sie­dem lat, Fer­dy­nand wstą­pił ponow­nie na tron w 1813 r. [wróć]

27. Cytat za: Biblia, Księga Wyj­ścia (wszyst­kie cytaty biblijne pocho­dzą z Biblii Tysiąc­le­cia, wydaw­nic­twa Pal­lot­ti­num w Pozna­niu, 2003). [wróć]

28. Cho­dzi o tra­dy­cyjny podział Izra­ela z cza­sów biblij­nych. Lud Izra­ela dzie­lił się na ple­miona, któ­rych nazwy pocho­dziły od imion synów Jakuba; Jakub miał dwu­na­stu synów. [wróć]

29. Zwy­cię­ska dla Napo­le­ona bitwa pod Lodi miała miej­sce 10 maja 1796 r. Armia fran­cu­ska po dowódz­twem mło­dego Napo­le­ona starła się z tylną strażą armii austriac­kiej, bitwa ta stała się cen­tral­nym ele­men­tem legendy Napo­le­ona. [wróć]

30. Gedeon - postać biblijna, izra­el­ski sędzia i przy­wódca woj­skowy. [wróć]

31. Krnąbrny chłop­cze (franc.). [wróć]

32. Sam pan jest krnąbrny, robię to, co muszę; a wasi nie­roz­gar­nięci chłopi nie obcho­dzą mnie wcale! (franc.) [wróć]

33. Mój chłop­cze, uwa­żaj, bo nasi nie­roz­gar­nięci chłopi w końcu będą się z cie­bie śmiali! (franc.) [wróć]

34. No i świet­nie! A ponie­waż mnie to nie obcho­dzi, moi przy­ja­ciele też nie mają się czym mar­twić. (franc.) Twoi przy­ja­ciele! Gdzież oni są, ci twoi przy­ja­ciele? (franc.) Sam się pytam, gdzie oni są! No i dobrze, że ich nie ma. Do dia­bła z przy­ja­ciółmi! Wciąż pamię­tam, jak mój ojciec i wujo­wie z Gérardów wzy­wali na pomoc przy­ja­ciół. Tylko Bóg wie, czy pospie­szyli im z pomocą! Wie pan, panie Yorke, słowo "przy­ja­ciele" zbyt mnie iry­tuje; niech pan już o nich wię­cej nie mówi. (franc.) Jak chcesz. (franc.) [wróć]

35. Uty­li­ta­ry­ści - zwo­len­nicy uty­li­ta­ry­zmu, dok­tryny etycz­nej roz­po­wszech­nio­nej w XVIII-XIX w., gło­szą­cej, że naj­wyż­szym celem moral­nym jest dobro spo­łe­czeń­stwa osią­gane przez pomna­ża­nie dóbr jed­nostki. [wróć]

36. Wil­liam Pitt (1759-1806), Robert Castle­re­agh (1769-1822), Per­ce­val Spen­cer (1762-1812) - bry­tyj­scy poli­tycy końca XVIII i począt­ków XIX w., auto­rzy Roz­po­rzą­dzeń Rady. [wróć]

37. Cho­dzi o króla Jerzego III, który popadł w obłęd i nie mógł samo­dziel­nie rzą­dzić; w 1811 r. usta­no­wiono rządy regenta, któ­rym został jego syn, póź­niej­szy król Jerzy IV. [wróć]

38. Wyłu­pia­ste (franc.). [wróć]

39. Cóż to! Nie jesz dziś śnia­da­nia? (franc.). [wróć]

40. Środki, moż­li­wo­ści (franc.). [wróć]

41. Pomy­śleć tylko! Co za hańba! Od razu wia­domo, że w tym kraju robot­nicy są głupi i źli! Nie lep­sze są angiel­skie słu­żące. Kto może być bar­dziej nie­zno­śny od naszej Sary! (franc.). [wróć]

42. Ale ona jest bez­czelna! (franc.). [wróć]

43. Goto­wana woło­wina (franc.). [wróć]

44. Kiszona kapu­sta (franc.) [wróć]

45. Mój biedny, drogi bra­cie (franc.). [wróć]

46. To czarne pan­to­fle, cał­kiem przy­zwo­ite. (franc.) [wróć]

47. Wyobra­żam sobie, jak będzie wyglą­dał. (franc.). [wróć]

48. Kuzynko, to śmier­tel­nie nudne! (franc.). [wróć]

49. Boże! - Czy w całej lite­ra­tu­rze fran­cu­skiej nie ma dwóch wer­sów praw­dzi­wej poezji? (franc.). [wróć]

50. Młoda więź­niarka (franc.). [wróć]