Rozdział 1
1
KAPŁANI
W ostatnich latach na północną Anglię spadł rzęsisty deszcz wikarych.
Obficie zalał tutejsze wzgórza, w każdej parafii mamy co najmniej
jednego. To ludzie młodzi i energiczni, powinni więc zrobić wiele
dobrego. Ale nie o ostatnich latach będzie tu mowa. Cofniemy się raczej
do początków tego stulecia. Ostatnie lata są zakurzone, spalone słońcem,
gorące i suche. Unikniemy zatem południa, zapomnimy o nim podczas
sjesty, spędzimy środek dnia we śnie, marząc o świcie.
Czytelniku, jeśli po przeczytaniu powyższego wstępu myślisz, że czeka
cię jakaś romantyczna historia, to bardzo się mylisz. Oczekujesz
sentymentów, poezji, słodkich rozmyślań? Spodziewasz się namiętności,
silnych bodźców, melodramatu? Powściągnij swoje oczekiwania, obniż je do
skromniejszego poziomu. Przed tobą coś realnego, zimnego i prozaicznego.
Tak nieromantycznego jak poniedziałkowy poranek, kiedy wszyscy, którzy
mają pracę, budzą się ze świadomością, że muszą wstać i zabrać się do
roboty. Niewykluczone, że skosztujesz czegoś ekscytującego, być może w połowie lub pod koniec posiłku, jednak pierwsze postawione na stole
danie katolik mógłby zjeść w Wielki Piątek - tak, nawet
anglokatolik1: zimna soczewica z octem, bez oleju;
przaśny chleb z gorzkimi ziołami. Nie ma mowy o żadnej pieczonej
jagnięcinie.
Wspominaliśmy o ulewie wikarych na północy Anglii w ostatnich latach,
jednak w okresie 1811-1812 takie opady się nie zdarzały. Niewielu ich
wtedy było. Nie istniała Kościelna Pomoc Duszpasterska ani Towarzystwo
Dodatkowych Wikariuszy2, które by wyciągnęły pomocną dłoń do
piastujących urzędy starych, steranych proboszczów i udzieliły im
niezbędnych funduszy na opłacenie jakichś młodych, pełnych wigoru
pomocników po Oksfordzie lub Cambridge. Obecni następcy apostołów,
uczniowie dr Pusey'a3, przyszłe narzędzia propagandy, w tamtym
czasie leżeli w ciepłej kołysce, a nianie poddawały ich ożywczym
ablucjom w umywalce. Patrząc na któregoś z nich, nigdy nie odgadlibyśmy,
że podwójne falbanki wykrochmalonego czepka obramują czoło przyszłego
duchownego, naznaczonego z góry, uświęconego następcy świętych Pawła,
Piotra czy Jana. Fałdki długiej koszulki nocnej nie nasunęłyby nam
skojarzeń z białą komżą, w której przyszli kapłani będą kiedyś surowo
napominać swoich parafian, a sama komża, powiewając wysoko na ambonie
(wcześniej na dole tylko lekko falowała) wprawi w zakłopotanie
staromodnego pastora.
Jednak nawet wtedy, w dniach wakatów, można było natknąć się na
wikarych, choć nieczęsto, jak na rzadkie, cenne rośliny. Pewna
uprzywilejowana dzielnica West Riding w hrabstwie Yorkshire mogła się
pochwalić aż trzema rozkwitłymi z laski Aarona 4 okazami na
obszarze zaledwie jakichś trzydziestu mil kwadratowych. Czytelniku,
właśnie teraz możesz ich zobaczyć. Zapraszam cię do saloniku w pewnym
domku z ogrodem, na obrzeżach Whinbury. Właśnie jedzą kolację. Pozwól,
że ci przedstawię: pan Donne, wikary z Whinbury, pan Malone, wikary z Briarfield, pan Sweeting, wikary z Nunnely. Tutaj właśnie, w domostwie
pewnego drobnego sukiennika, niejakiego Johna Gale'a, kwateruje pan
Donne, który na dzisiejszą wieczerzę zaprosił kolegów. Przyłączmy się do
uczty, aby ich zobaczyć i usłyszeć, co mówią. Zanim jednak skończą
posiłek, porozmawiajmy na stronie.
Nasi panowie są w rozkwicie młodości: posiadają całą energię tego
interesującego wieku - moc, którą starzy, osowiali pastorzy chętnie
wykorzystują przy spełnianiu obowiązków duszpasterskich, zachęcając
młodych, by gorliwie nadzorowali szkoły i jak najczęściej odwiedzali
chorych parafian. Lecz takie nudne zajęcia nie w smak są młodym lewitom.
Nie szczędzą za to sił na coś, co wydawałoby się, równie monotonne jak
praca tkacza, co jednak przysparza im niemało radości i wiele
przyjemnych chwil.
Otóż wikarzy przez cały rok, zimą czy latem, w kółko, a może raczej w trójkąt, wzajemnie się odwiedzają. Żadna pogoda ich nie odstraszy,
nieważne: śnieg czy grad, wiatr czy deszcz, błoto czy kurz, z niezrozumiałą gorliwością trudzą się, przychodząc na wspólny obiad,
herbatę czy kolację. Trudno powiedzieć, co ich do siebie przyciąga. Nie
jest to przyjaźń, bo kłócą się, kiedy tylko się spotykają. Nie jest to
religia - o tej nigdy nie rozmawiają, czasem dyskutują o kwestiach
teologicznych, ale na temat pobożności - nigdy. Nie jest to zamiłowanie
do jedzenia i picia. Każdy z nich może zjeść równie dobry udziec i pudding, wypić równie mocną herbatę z chrupiącymi grzankami u siebie.
Panie Gale, Hogg czy Whipp - gospodynie młodych duchownych - twierdzą,
że "chodzi tylko o to, żeby ludzie mieli więcej kłopotu". Mówiąc
"ludzie", panie te mają naturalnie na myśli siebie, bo trudno się nie
zgodzić, że to wzajemne nachodzenie się wikarych sprawia ich gospodyniom
niemało kłopotu.
Jak już powiedziano, pan Donne i jego goście siedzą przy kolacji; pani
Gale im usługuje, ale jej oczy skrzą się od ognia pod kuchnią. Uważa, że
przywilej zapraszania przyjaciół na posiłek co jakiś czas, bez
dodatkowej opłaty (uwzględniono ów przywilej w umowie, na podstawie
której wynajmowała kwaterę) jest przez jej lokatora stanowczo
nadużywany. Dziś dopiero czwartek, a przecież w poniedziałek pan Malone,
wikary z Briarfield, przyszedł na śniadanie i został na obiedzie. We
wtorek panowie Malone i Sweeting, z parafii w Nunnely, gościli na
podwieczorku, po czym zostali na kolacji. Zajęli dodatkowe łóżka i zaszczycali ją swym towarzystwem do śniadania w środę, a dziś czwartek,
a oni znów obaj są na obiedzie. Pani Gale ma prawie pewność, że będą tu
nocować. C'en est trop5- powiedziałaby, gdyby znała francuski.
Krojąc drobno pieczeń na talerzu, pan Sweeting narzeka, że twarda jak
podeszwa, a pan Donne utyskuje na zwietrzałe piwo. To już przesada!
Gdyby chociaż byli uprzejmi, pani Gale tak by to nie obeszło; wiele
mogłaby im wybaczyć, jeśliby tylko smakowało im to, co podała, ale "ci
młodzi duchowni zbytnio już zadzierają nosa i patrzą na wszystkich z góry". Nie traktują jej jak równej sobie tylko dlatego, że nie trzyma
służącej, sama wykonuje wszystkie prace w domu, podobnie jak kiedyś jej
matka. Na dodatek zawsze złośliwie wyrażają się o obyczajach w Yorkshire
i o mieszkańcach hrabstwa; według niej nie świadczy to o ich dobrym
wychowaniu, a już na pewno nie o szlachetnym urodzeniu. "Nie ma co
porównywać starych pastorów z tymi młodzikami; tamci wiedzą jak się
zachować i dla wszystkich są grzeczni".
Jeszcze chleba! - krzyczy pan Malone, a jego wymowa, chociaż
wypowiedział zaledwie dwa słowa, zdradza od razu, że pochodzi z kraju
koniczyny i ziemniaków6. Pani Gale z całej trójki duchownych
jego właśnie najbardziej nie cierpi, ale również najbardziej się obawia,
bo też wysoki i silnie zbudowany to mężczyzna. Patrząc na niego od razu
odgadniesz, że to Irlandczyk, chociaż nie w typie
"milezjańskim"7 ani nie w stylu Daniela
O'Connella8; jego twarz z wystającymi kośćmi policzkowymi,
niczym u Indianina z Ameryki Północnej, charakterystyczna jest tylko dla
znanej warstwy drobnej szlachty irlandzkiej. Na twarzach tych ludzi
zastygł wyraz pogardy, bardziej odpowiedni dla właścicieli niewolników
niż dla ziemian, którzy mają do czynienia z wolnymi chłopami. Ojciec
Malone'a uważał się za dżentelmena, lecz żył w nędzy i tonął w długach,
mimo to jego hardością można by obdzielić kilka osób; tak samo rzecz się
ma u jego syna.
Pani Gale przyniosła chleb.
Pokrój go, kobieto - polecił gość, więc "kobieta" zrobiła, co jej
kazano. Gdyby jednak mogła, pokroiłaby także pastora. Ten rozkazujący
ton wstrząsnął do głębi mieszkanką Yorkshire.
Panowie nie narzekali na brak apetytu, zjedli więc ogromne ilości
"twardej jak podeszwa" wołowiny, wypili też niemało "zwietrzałego" piwa.
Błyskawicznie, niczym liście z drzew po nalocie szarańczy, zniknęły
pudding i dwie miski warzyw. Ser również spotkał się z należytym
zainteresowaniem, a placek - ten jakby rozpłynął się w powietrzu. Tylko
sześcioletni syn i spadkobierca pani Gale, Abraham, nie mógł o nim
zapomnieć; spodziewał się, że jakiś kawałek i jemu się dostanie, gdy
więc matka przyniosła do kuchni pusty talerz, malec zalał się łzami z rozpaczy.
Wikarzy tymczasem sączyli wino, cienkie, więc bez szczególnej
przyjemności. Malone wolałby raczej whisky, ale Donne, jako prawdziwy
Anglik nie trzymał u siebie tego trunku. Przy winie rozgorzała dyskusja,
ale nie o polityce, filozofii, czy o literaturze - te dziedziny, jak
zwykle zupełnie ich nie interesowały; nawet nie o teologii praktycznej
czy o dogmatach - skądże, rozmawiali o szczegółach dyscypliny
kościelnej, drobiazgach, które wszystkim, oprócz nich samych, wydałyby
się błahe i puste jak bańki mydlane. Pan Malone, który niepostrzeżenie
osuszył już dwie szklanki wina, podczas gdy pozostali zadowolili się
jedną, poczuł przypływ energii i na swój sposób poweselał: zaczął
zachowywać się wyzywająco, zarozumiałym tonem prawił impertynencje i hałaśliwie cieszył się ze swojej błyskotliwości.
Obiektem jego dowcipów po kolei stawał się każdy z jego kompanów. Malone
miał w pogotowiu zapas żartów, którymi przy takich okazjach zwykle
częstował współbiesiadników. Nie silił się nawet na różnorodność; nie
było takiej potrzeby, sam bynajmniej nie uważał się za nudnego, a o to,
co myślą inni, nie troszczył się wcale. Najpierw wyśmiewał się z niezwykłej szczupłości i zadartego nosa pana Donne, dworował sobie z przetartego surduta w kolorze czekolady, w którym Donne paradował bez
względu na pogodę, po czym na celownik wziął wymowę i gwarowe wyrażenia,
którymi kolega "ozdabiał" swoje wypowiedzi, co pewnie dodawało im
"wyrafinowania" i kolorytu.
Sweetinga obśmiał ze względu na posturę - w porównaniu z atletycznie
zbudowanym Malone'em, Sweeting wyglądał jak chłopiec; drwił więc z jego
talentów muzycznych - grał na flecie i śpiewał kantyczki "anielskim",
jak oceniły młode parafianki, głosem; nazwał go bawidamkiem, a na domiar
złego kpił z nieprzemijającego wciąż przywiązania Sweetinga do matki i sióstr, gdy ten czasem o nich nierozważnie wspominał w obecności
Irlandczyka, którego oschłe serce nie znało podobnych uczuć.
Ofiary przyjmowały te ataki każda po swojemu. Donne przeciwstawił im
zadufaną w sobie tępotę i niczym niezmąconą wyniosłość, która
zastępowała mu poczucie godności osobistej; Sweeting - obojętną
ustępliwość wesołego młodzika, który nie dba o zachowanie godności.
Gdy kpiny Malone'a stały się już nadto obraźliwe, co nastąpiło dość
szybko, połączyli siły odpłacając szydercy pięknym za nadobne. Byli
ciekawi, ilu chłopców krzyczało dziś za Malone'em: "Piotr -
Irlandczyk!"(Malone miał na imię Piotr - wielebny Piotr August Malone).
Pytali go też, czy w Irlandii to normalne, że młodzi duchowni podczas
wizyt duszpasterskich noszą przy sobie pałki, a w kieszeniach naładowane
pistolety. Dociekali też, jakież to znaczenie mają słowa, takie jak
twarrdy, sztorrm, czy hełum (tak Malone wymawiał "twardy", "sztorm", czy
"hełm"), krótko mówiąc, uruchomili cały swój "arsenał dowcipów", żeby
wziąć odwet na prześmiewcy.
Nic dobrego to nie przyniosło. Malone, nie wyróżniając się bynajmniej
dobrodusznością ani opanowaniem, nie posiadał się teraz ze złości.
Wrzeszczał, gestykulował, a Donne i Sweeting chichotali. Przenikliwym,
wysokim celtyckim głosem wyzywał ich od Sasów i snobów, na co tamci
odcięli się mówiąc, że Malone reprezentuje naród podbity. Ten pogroził
im buntem swojego "krraju", dał upust złości na rządy Anglików; oni zaś
odparli atak, krzycząc o łachmanach, żebrakach i zarazie. Mały salonik
wypełnił zgiełk; można było pomyśleć, że po takich zjadliwych zniewagach
nastąpi pojedynek; to cud, że pan i pani Gale nie wszczęli alarmu z powodu tego hałasu i nie posłali po posterunkowego, żeby zaprowadził
spokój. Byli jednak przyzwyczajeni do podobnych pokazów, świetnie
wiedzieli, że wikarzy nigdy nie biesiadują bez podobnych ćwiczeń
retorycznych, łatwo więc przewidzieć, jak się rzecz zakończy. Te
księżowskie awantury, nie tyle groźne, co hałaśliwe, rozchodziły się po
kościach. Bez względu na to, jak bardzo wikarzy dziś są na siebie
obrażeni, jutro rano spotkają się jak gdyby nigdy nic.
Zacna para siedziała więc przy kuchennym ogniu przysłuchując się, jak w salonie Malone raz po raz wali pięścią w blat mahoniowego stołu, karafki
i szklanki podskakują, głośno brzęcząc po każdym uderzeniu.
Sprzymierzeni angielscy dysputanci wybuchają szyderczym śmiechem, a osamotniony Irlandczyk zacinającym się głosem wygłasza swoje tyrady. Gdy
tak siedzieli, w pewnej chwili usłyszeli kroki na schodach i po chwili
ktoś gwałtownie zastukał kołatką do drzwi.
Pan Gale poszedł otworzyć.
- Kto tam u was jest na górze w salonie? - władczym tonem zapytał nosowy
głos.
- Pan Helstone, nieprawdaż? Nie poznałem od razu, ciemno tutaj, wcześnie
teraz mrok zapada. Będzie pan łaskaw wejść do środka?
- Najpierw muszę wiedzieć, czy warto. Kogo tam macie na górze?
- Wikarych, proszę pana.
- Co?! Wszystkich?
- Zgadza się, proszę pana.
- Przy stole?
- Tak, proszę pana.
- Dosyć tego.
Z tymi słowami na ustach do domu wszedł ubrany na czarno mężczyzna w średnim wieku. Przeszedł przez kuchnię, otworzył wewnętrzne drzwi i podniósłszy głowę, nasłuchiwał przez chwilę. Było czego posłuchać, bo
akurat hałas na górze przybrał na sile.
Przybysz burknął coś pod nosem do siebie, po czym zwrócił się do pana
Gale'a:
- Często się tak zabawiają?
Jako były kościelny, pan Gale miał dla księży dużo pobłażliwości.
- Są młodzi, proszę pana, młodzi... sam pan wie - powiedział
bagatelizującym tonem.
- Młodzi!? Domagają się lania. A to hultaje! Darmozjady! Przecież nawet
gdyby był pan dysydentem 9 a nie pobożnym synem angielskiego
kościoła, robiliby to samo! I tak by się kompromitowali! Ale ja im...
Nie kończąc zdania, przybysz wyszedł z kuchni, po czym zamknął za sobą
drzwi i po schodach wszedł na górę. Przystanął na chwilę przed drzwiami
salonu, żeby przysłuchać się dochodzącym zza nich odgłosom, po czym bez
pukania wszedł do środka. Całkowicie zaskoczeni wikarzy umilkli jak
zaczarowani, przybyły także milczał. Był to mężczyzna niewysoki, ale
trzymający się prosto, jego mała głowa osadzona na szerokich ramionach,
haczykowaty nos i bystre oczy przywodziły na myśl jastrzębia. Na głowie
miał wywinięty po bokach kapelusz, którego nie uznał za stosowne zdjąć
ani nawet uchylić. Skrzyżował ręce na piersiach i nie ruszając się z miejsca, patrzył z góry na młodych przyjaciół; gdybyż to choć byli jego
przyjaciele.
- Co ja słyszę! - zaczął, jego głos stracił nosowość, przybierając
głębokie, donośne tony. - Co słyszę! Czyżby nastąpiło powtórne Zesłanie
Ducha Świętego? Czy ponownie rozdzieliły się języki ogniste? Ale gdzie
się podziały? Przed chwilą cały dom był pełen hałasu. Rozpoznałem
siedemnaście różnych języków: Partowie i Medowie, Elamici i mieszkańcy
Mezopotamii, Judei oraz Kapadocji, Pontu i Azji, Frygii oraz Pamfilii,
Egiptu i tych części Libii, które leżą blisko Cyreny i przybysze z Rzymu, Żydzi oraz prozelici, Kreteńczycy i Arabowie - oni wszyscy
musieli przed chwilą być w tym pokoju, przed dwoma minutami.
- Proszę wybaczyć, panie Helstone - zaczął Donne - niech pan spocznie.
Może wina?
Jego uprzejmość została zignorowana. Jastrząb w czarnym ubraniu ciągnął
dalej.
- Ale co ja mówię o darze języków? Właśnie, dar! Pomyliłem rozdziały i księgi, Nowy Testament ze Starym, Dzieje Apostolskie z Księgą Rodzaju,
Jerozolimę z Babilonią. Nie, ten zgiełk, który mnie przed chwilą
ogłuszył to nie dar, ale istna wieża Babel i pomieszanie języków. Wy
macie być apostołami? Wy trzej? Na pewno nie. Jesteście jak trzej
bezczelni babilońscy kamieniarze - i tyle!
- Zapewniam pana, że my tylko tak sobie gawędzimy przy szklaneczce wina,
po przyjacielskiej kolacji - zabraliśmy się do dysydentów!
- Do dysydentów? Naprawdę? Czy Malone rozprawiał się z dysydentami? Dla
mnie to wyglądało, jakby rozprawiał się ze swoimi współbraćmi.
Robiliście prawie tyle rwetesu - wy trzej - ile nasz krawiec Mojżesz
Barraclough i wszyscy jego słuchacze w kaplicy metodystów, kiedy wpadną
w ferwor dyskusji. Ale wiem, czyja to wina. Pana, panie Malone!
- Moja?
- Tak, pańska. Donne i Sweeting byli cicho, zanim pan przyjechał i będą
cicho, jak pan odjedzie. Przyjeżdżając do nas, powinien był pan zostawić
swoje irlandzkie przyzwyczajenia po tamtej stronie kanału. Być może
wśród dzikich bagien i gór Connaughtu takie postępowanie dublińskiego
studenta uchodzi na sucho, ale tu, w przyzwoitej angielskiej parafii
jest niedopuszczalne. Wy wszyscy przynosicie wstyd samym sobie, a co
gorzej Kościołowi, którego jesteście tylko skromnymi sługami.
W zachowaniu niewysokiego starszego mężczyzny dającego reprymendę tym
młodzikom była jakaś dostojność, choć możliwe, że nie bardzo pasowała do
sytuacji. Pan Helstone, wyprostowany jak struna, z jastrzębim
spojrzeniem - mimo swojego księżego kapelusza, czarnego płaszcza i getrów - bardziej przypominał starszego oficera służbistę, który beszta
swoich podwładnych niż czcigodnego kapłana, napominającego duchowych
synów. Jego smagła, czujna twarz nie wyrażała ewangelicznej łagodności
ani apostolskiej dobrotliwości, za to dostrzec można było na niej linie
wyżłobione przez twardość i zadumę.
- Spotkałem Supplehougha - ciągnął Helstone. - Nie bacząc na słotę i nocną porę szedł do Milldean, by głosić tam ewangelię. Jak wam mówiłem,
słyszałem, jak nauczał Barraclough, ryczał niby rozjuszony byk. A wy,
panowie? Zasiedzieliście się nad szklanką mętnego portwajnu i zrzędzicie
jak rozzłoszczone stare kumoszki. Nic dziwnego, że Supplehough ochrzcił
szesnaścioro dorosłych nawróconych w ciągu jednego dnia (stało się to
dwa tygodnie temu), nic dziwnego, że Barraclough, ten nicpoń i hipokryta, zdołał przyciągnąć do swojej kaplicy wszystkie te młode
tkaczki, przystrojone we wstążki i kwiaty, żeby się przekonać, o ile
jego palce są twardsze od drewnianych brzegów chrzcielnicy. Tak samo nie
dziwi, że wy, panowie, kiedy jesteście pozostawieni sami sobie, bez
wsparcia swoich proboszczów - mojego, czy panów Halla i Boulthbiego -
zbyt często odprawiacie nabożeństwo w pustym kościele i wygłaszacie
swoje suche kazania jedynie dla zakrystian, organisty i kościelnego. Ale
dość o tym. Przyszedłem tu, że porozmawiać z Malone'em. - Mam dla ciebie
zadanie, kapitanie!
- O co chodzi? - zapytał niezadowolony Malone. - Zbyt już późno na
pogrzeb.
- Jest pan uzbrojony?
- Jasne, nigdy nie jestem bezbronny. (Malone wyciągnął przed siebie
swoje umięśnione ręce).
- Bez żartów. Chodzi mi o prawdziwą broń.
- Mam pistolety, które mi pan dał. Nigdy się z nimi nie rozstaję. W nocy
zawsze są w pogotowiu na krześle, przy moim łóżku. Mam też pałkę.
- Bardzo dobrze. Pójdziesz do fabryki Moore'a?
- A co się tam stało?
- Jeszcze nic, ale możliwe, że coś się wydarzy, Moore jest tam teraz
sam. Posłał wszystkich zaufanych robotników do Stilbro, zostały z nim
tylko dwie kobiety. Jeżeli jego "przyjaciele" dowiedzą się, że droga
wolna, na pewno nie omieszkają go odwiedzić.
- Nie należę do jego przyjaciół, proszę pana. On mnie nie obchodzi.
- Strach cię obleciał, Malone?
- Wie pan, że nie. Gdybym przypuszczał, że szykuje się awantura, na
pewno bym się tam zjawił. Ale Moore to dziwny, nieśmiały człowiek, nigdy
nie udawałem, że go rozumiem i nie będę się ruszał się z miejsca tylko
po to, żeby spędzić chwilę w jego słodkim towarzystwie.
- Awantura jest całkiem prawdopodobna. Wielkiej bijatyki pewnie nie
będzie, ale wątpię, żeby ta noc przeszła spokojnie. Wiesz, że Moore
zdecydował się na nowe maszyny, dziś wieczorem oczekuje dwóch furgonów z krosnami i postrzygarkami ze Stilbro. Jego majster Scott i kilku
zaufanych robotników pojechało po nie.
- Przywiozą je bezpiecznie w nienaruszonym stanie, proszę pana.
- Moore też tak sądzi i zapewnia, że nie chce nikogo do pomocy. Ktoś tam
jednak powinien być, chociażby jako świadek, na wypadek gdyby coś się
stało. Moore jest bardzo nieostrożny. Nie zamyka okiennic w kantorze,
spaceruje zupełnie sam po zmroku po zboczu parowu albo wśród zarośli
posiadłości Fieldhead, niczym jakiś ulubieniec sąsiadów. Czasem też
budzi odrazę - bo wiedzie beztroskie życie, jak to się mówi w bajkach
dla dzieci. Nie odstrasza go los Pearsona ani Armitage'a - do jednego
strzelano w jego własnym domu, a do drugiego na wrzosowiskach.
- Ale przecież powinien się tym przejąć i być ostrożniejszy - wtrącił
Sweeting - i na pewno by był, gdyby słyszał to, co ja ostatnio.
- Co słyszałeś, Davy?
- Zna pan Mike'a Hartleya?
- Tego tkacza antynomistę?10 Owszem.
- Po kilkutygodniowej pijatyce Mike zwykle przychodzi na plebanię w Nunnely i mówi panu Hallowi, co myśli o jego kazaniach, piętnuje jego
oddanie dla doktryny dobrych uczynków i ostrzega, że on i wszyscy jego
parafianie przebywają w egipskich ciemnościach.
- Dobrze, tylko co to ma wspólnego z Moore'em?
- Mike to nie tylko antynomista, ale jakobin11 i leweller12.
- Wiem o tym. Kiedy jest pijany, jego myśli krążą wokół królobójstwa.
Mike orientuje się w historii i czasem wylicza wszystkich tyranów,
którzy, jak mówi, "nie ujdą krwawej zemście". Cieszy się z morderstw
dokonanych na koronowanych głowach lub innych ludziach, zabitych z powodów politycznych. Słyszałem już, że jakoś dziwnie interesuje się
Moore'em. Czy to masz na myśli, Sweeting?
- Zgadł pan. Hall myśli, że Mike nie odczuwa osobistej nienawiści do
Moore'a. On sam mówi, że nawet lubi z Moore'em rozmawiać, ale marzy mu
się, żeby fabrykant posłużył jako przykład dla innych. Wychwalał go
przed Hallem, jako najmądrzejszego ze wszystkich właścicieli fabryk w Yorkshire i właśnie z powodu zalet, według niego, Moore powinien być
poświęcony jako ofiara na odkupienie. Nie wydaje się panu, że Hartley to
szaleniec? - na koniec prostodusznie zapytał Sweeting.
- Kto wie? Może to szaleniec, a może chytrus, albo jedno i drugie.
- Mówił, że miewa wizje.
- No tak. Jeśli o wizje chodzi, to Mike jest jak Ezechiel13 lub
Daniel14. Przyszedł do mnie w zeszły piątek wieczorem, właśnie
kładłem się spać. Chciał mi opowiedzieć o wizji, którą miał tego samego
dnia w parku w Nunnely.
- Niech pan nam opowie. Co to za wizja? - znów zapytał Sweeting.
- Wielki narząd ciekawości rozpoznaję na czaszce twej15, Davy. A Malone, jak widzisz, nie ma go wcale. Żadne morderstwa ani wizje go nie
interesują. Popatrz, wygląda jak wielgachny, bezmyślny Saf16".
- Saf? Kto to jest?
- Przypuszczałem, że nie będziesz wiedział. Doucz się, to z Biblii.
Zresztą ja sam znam tylko jego imię i pochodzenie; ale już w dzieciństwie postać Safa wryła mi się w pamięć. Był uczciwy, ale
niezgrabny i nie miał szczęścia. Zginął z rąk Sibbekaia w okolicach
miasta Gob.
- No a wizja, proszę pana?
- Zaraz usłyszysz, Davy. Donne obgryza paznokcie, a Malone ziewa, powiem
więc to tylko tobie. Niestety, Mike, jak wielu innych, jest obecnie bez
zajęcia i Grame, zarządca pana Philipa Nunnely zlecił mu robotę przy
klasztorze. Mike opowiadał mi, jak niedługo przed zmrokiem, gdy sadził
żywopłot, wydało mu się, że gdzieś daleko gra orkiestra. Rozpoznał
dźwięki rogu, piszczałek i trąbki, dobiegały gdzieś z lasu, więc poszedł
zobaczyć, co to. Wśród drzew dostrzegł jakieś postacie, czerwone jak
kwiaty maku i białe, niczym kwiaty głogu. Las był nimi wypełniony,
wchodziły już do parku. Wtedy uświadomił sobie, że to żołnierze -
dziesiątki tysięcy żołnierzy, którzy, pomimo tak ogromnej liczby, nie
robili więcej hałasu niż chmara muszek w letni wieczór. Uformowali szyk
- zapewniał Mike - i przemaszerowali, pułk za pułkiem, przez park. Szedł
za nimi do błoni w Nunnely. Wciąż słyszał tylko delikatne dźwięki muzyki
z oddali. Na błoniach zobaczył, jak zmieniają szyk na komendę stojącego
w samym środku, ubranego w szkarłat mężczyzny. Według Mike'a, oddziały
zajmowały obszar jakichś pięćdziesięciu akrów17. Przyglądał im się
przez dobre pół godziny, aż oddziały dokądś cicho odmaszerowały. Przez
cały czas nie słyszał ani głosów żołnierzy, ani ich kroków. Nic, tylko
ciche dźwięki uroczystego marszu.
- Dokąd poszli, proszę pana?
- W kierunku Briarfield. Mike szedł za nimi. Gdy przechodzili przez
Fieldhead, słup bladoniebieskiego dymu, jak po wystrzale artyleryjskim,
bezszelestnie rozszedł się po polach, drogach i błoniach, aż do jego
stóp. Kiedy się rozwiał, Mike zaczął wypatrywać żołnierzy, ale ci
zniknęli i więcej już ich nie zobaczył. Niczym roztropny Daniel, Mike
nie tylko szczegółowo opowiedział swoją wizję, ale i sam ją sobie
wytłumaczył. Według niego, oznacza ona rozlew krwi i zamieszki.
- Czy pan w to wierzy?
- A ty, Davy? Ale co to, Malone? Nie zbierasz się do drogi?
- Dziwi mnie, że pan nie został z Moore'em. Przecież lubi pan takie
rzeczy.
- Tak bym pewnie zrobił, ale niestety, zaprosiłem Boultby'ego na
kolację, ma wstąpić do mnie po drodze ze spotkania towarzystwa
biblijnego w Nunnely. Obiecałem jednak, że wyślę ciebie w zastępstwie;
za co, swoją drogą, Moore nawet mi nie podziękował. Wolałby, żebym to ja
tam był, a nie ty, Piotrze. Gdyby coś się działo, przyjadę do was. Niech
uderzą w dzwon fabryki, to będzie sygnał. Tymczasem idź już, chyba że
(zwracając się nagle do Sweetinga i Donne'a), Davy Sweeting i Joseph
Donne wolą pójść. - Co powiecie, panowie? Zadanie ma charakter honorowy,
jest jednak dość niebezpieczne; wiecie sami, że niespokojnie u nas, a Moore, jego fabryka i maszyny są dostatecznie znienawidzeni. Nie wątpię,
że wasze serca wypełniają rycerskie uczucia i szlachetna odwaga. Mam
pewnie zbytnią słabość do Piotra, niech więc nasz mały Dawid będzie
mistrzem lub nieskazitelny Józef. - W końcu ty, Malone jesteś tylko
wielkim, niezdarnym Saulem18, nadajesz się jedynie do tego, żeby
podać zbroję godniejszym od siebie. Wyjmijże swoje pistolety i przynieś
pałkę. Jest tam, w kącie.
Z nieodgadnionym uśmiechem Malone wyciągnął pistolety i podał swoim
współbraciom. Ci jednak nie spieszyli się, żeby je przyjąć. Z pełną
gracji skromnością cofnęli się o krok przed wyciągniętą bronią.
- Nigdy nie biorę broni do ręki. W życiu nie tknąłem czegoś takiego -
powiedział Donne.
- Prawie nie znam pana Moore'a - wymamrotał Sweeting.
- Jeśli nigdy nie miałeś w ręku pistoletu, teraz masz okazję poczuć, jak
to jest, wielki satrapo Egiptu. Co do małego minstrela, pewnie woli
spotkać się z Filistynami, trzymając w rękach jedynie swój flet. - Podaj
im kapelusze, Malone, obaj gotowi są do drogi.
- Nie, nie, panie Helstone. Mojej matce by się to nie spodobało - bronił
się Sweeting.
- A ja wyznaję zasadę, żeby nigdy się nie mieszać do tego rodzaju
awantur - oznajmił Donne.
Helstone uśmiechnął się ironicznie; Malone zarechotał. Odłożył na
miejsce pistolety, wziął kapelusz i pałkę i ze słowami:
- W to mi graj, jeszcze nigdy tak się nie czułem przed awanturą,
chciałbym, żeby tkacze potrzaskali apartamenty Moore'a tej nocy -
wyszedł, sadząc wielkie kroki po schodach. Drzwi wejściowe zatrzasnął z takim hukiem, że dom zatrząsł się w posadach.
Rozdział 2
2
FURGONY
Wieczór był ciemny, bez gwiazd i księżyca, utopiony w deszczowych
chmurach, które szare w dzień, w nocy - były czarne jak smoła. Malone
nie był typem obserwatora natury, pawie wcale nie zauważał zachodzących
w niej zmian. Mógł przewędrować szmat drogi w najbardziej kapryśny
kwietniowy dzień i w ogóle nie dostrzec cudownego flirtu ziemi z niebem
- nigdy nie zauważał, jak promień słońca całuje szczyty gór, a one
rozjaśniają się widocznym w zielonym świetle uśmiechem. Nie widział, jak
wzgórza zasnuwają wiszące nisko, rozczochrane pasma chmur i zraszają je
swoimi łzami. Nie porównywał nieba, takiego, jakie było w tej chwili -
opatulone w chmury sklepienie, całe czarne, tylko na wschodzie piece hut
w Stilbro rzucały drżącą, upiorną łunę na horyzont - do bezchmurnego
nieboskłonu w mroźną noc. Nie zastawiał się, gdzie podziały się
konstelacje i planety, nie żal mu było, że ten czarnogranatowy,
powietrzny ocean z rozrzuconymi po nim białymi wysepkami zakrywa teraz
drugi żywioł - cięższy i gęstszy. Malone szedł tylko zawzięcie swoją
drogą, pochylony lekko do przodu, zwyczajem Irlandczyków zsunąwszy
kapelusz na tył głowy. "Stuk, stuk", jego buty stukały po wyłożonej
kamieniami ścieżce, w miejscach, gdzie droga mogła się pochwalić takim
mianem; "chlup, chlup" po wyżłobionych przez wozy koleinach, gdzie bruk
przechodził w miękkie błoto. Mężczyzna wypatrywał punktów orientacyjnych
- iglicy kościoła w Briarfield, a potem świateł gospody w Redhouse. Gdy
dotarł do tej ostatniej, oczom jego ukazał się wylewający się przez na
wpół zasłonięte okna odblask ognia, a widok okrągłego stołu zastawionego
szklankami i siedzących na dębowych ławach biesiadników, omal nie
zawrócił go z drogi. Pomyślał: tęsknię za szklanką whisky z wodą. Gdyby
był w innym miejscu, pewnie natychmiast spełniłby swoje marzenie, jednak
zebrane tutaj towarzystwo stanowili parafianie Helstone'a; wszyscy go
znali. Westchnął tylko i poszedł dalej.
Teraz trzeba było zejść z przejezdnej drogi - przejście przez pola,
równe i monotonne, znacząco mogło skrócić pozostały do przebycia
dystans. Malone ruszył więc na przełaj, przeskakując przez żywopłoty i mury. Mijał teraz ogromny budynek, który choć nieforemny, przypominał
dwór. Z wysokim dachem, zwieńczającym długą ścianę frontową, łączył się
niższy, pokryty licznymi kominami, a za nim widać było jakieś drzewa. W budynku panowała ciemność, w ani jednym oknie nie paliła się świeca. W zalegającej ciszy słychać było tylko deszcz cieknący z dachów i wiatr
pogwizdujący w kominach i konarach drzew.
Malone minął ów budynek, pola dotychczas płaskie, urywały się dość
gwałtownie i przechodziły w parów. Dobiegał tu wyraźny szum
przepływającej w dole wody. W oddali majaczyło jedyne światełko i właśnie w jego stronę skierował się Malone.
Podszedł do bielejącego nawet w tych gęstych ciemnościach domku i zastukał do drzwi. Otworzyła mu rumiana służąca. Świeca, którą trzymała
w ręku, oświetliła ciasny korytarz prowadzący do wąskich schodów. Dwoje
drzwi obitych pąsowym suknem i wyłożony na schodach dywan w tym samym
kolorze kontrastowały z jasną barwą ścian i białą podłogą, przez co to
niewielkie wnętrze emanowało czystością i świeżością.
- Pan Moore jest w domu, jak przypuszczam?
- Tak, proszę pana, ale nie ma go w środku.
- Nie ma go w środku? Gdzież więc jest?
- W fabryce, w kantorze.
W tym momencie otworzyły się jedne z pąsowych drzwi.
- Czy furgony przyjechały, Saro? - zapytał kobiecy głos. W tej samej
chwili ukazała się jego właścicielka. Być może nie była to bogini,
zwitki papilotów na skroniach właściwie nie pozwalały na takie
przypuszczenie, ale też nie miała twarzy gorgony, mimo to Malone jakby
się czegoś wystraszył. Cofnął swoją wielką postać w deszcz i wymamrotał:
"Pójdę go poszukać." Zmieszany, ścieżką biegnącą wzdłuż żywopłotu
przeszedł szybko przez podwórze i skierował się w stronę wielkiego,
czarnego budynku fabryki.
Dzień roboczy już dawno się skończył, robotnicy odeszli. Maszyny
odpoczywały, fabryka była zamknięta. Malone obszedł ją wkoło i na
długiej, zakopconej fasadzie zobaczył plamę światła. Używając grubszego
końca swojej pałki, zabębnił do drzwi. Klucz przekręcił się w zamku i drzwi stanęły otworem.
- Joe Scott? To ty? Co z furgonami?
- Nie, to ja. Pan Helstone mnie tu przysłał.
- O, pan Malone. - W głosie mówiącego zabrzmiał leciutki ton
rozczarowania. Po krótkiej pauzie głos ciągnął dalej, uprzejmie, acz
nieco oficjalnie.
- Proszę, niech pan wejdzie, panie Malone. Bardzo żałuję, że pan
Helstone uznał, że musi się pan trudzić tak daleko. To nie było
konieczne, mówiłem mu to... i jeszcze w taką noc. Ale niechże pan wejdzie.
Przez ciemne pomieszczenie, w którym niczego nie można było dojrzeć,
Malone przeszedł za właścicielem do jasno oświetlonego pokoju - bardzo
jasnego i wesołego, szczególnie dla oczu, które przez ostatnią godzinę
musiały wpatrywać się w gęstą ciemność nocy i mgłę. Z wyjątkiem
jaskrawego ognia i stojącej na stole lampy o wytwornej konstrukcji,
która żywym blaskiem rozświetlała pomieszczenie, było to jednak bardzo
proste wnętrze. Na podłodze z desek brakowało dywanu, trzy czy cztery
pomalowane na zielono krzesła ze sztywnym oparciem, wyglądały jakby
wzięto je z wiejskiej kuchni. Ciężkie, solidne biurko, podobny stół,
jakieś oprawione w ramkę, zawieszone na pomalowanych na szaro ścianach
plany budynków, ogrodu, projekty maszyn i tym podobne, dopełniały
umeblowania tego pomieszczenia.
Jego prostota zdawała się jednak przypaść do gustu Malone'owi, który
zdjął mokry surdut i kapelusz i powiesił je na wieszaku, po czym wysunął
jedno z krzeseł, wyglądających jakby wykrzywił je reumatyzm, przysunął
je do kominka i usiadł, prawie dotykając kolanami rozgrzanej kraty
paleniska.
- Wygodnie się pan tu urządził, panie Moore.
- Tak, ale moja siostra byłaby rada ugościć pana w domu.
- Ależ nie, panie najlepiej zostawić w spokoju. Nigdy nie byłem
bawidamkiem. Czy pan czasem nie myli mnie ze Sweetingiem, proszę pana?
- Ze Sweetingiem? A który to? Ten w czekoladowym płaszczu czy ten mały
dżentelmen?
- Ten mały - z parafii z Nunnely; kawaler pań Sykes, we wszystkich
sześciu jest zakochany. Ha, ha!
- Lepiej być zakochanym ogólnie we wszystkich niż w jakiejś jednej
szczególnie, takie jest moje zdanie.
- Ale on właśnie jest szczególnie zakochany w jednej, bo kiedyśmy go z Donne'em naciskali, żeby którąś wybrał, wymienił. Którą, jak pan myśli?
Uśmiechając się do swoich myśli Moore odparł:
- Dorę albo Harriet.
- Ha, ha! Doskonale. Ale czemu myśli pan o tych dwóch?
- Ponieważ są najwyższe, najładniejsze, a Dora przynajmniej najbardziej
dorodna, a skoro pana przyjaciel Sweeting cieszy się raczej drobną
posturą, pomyślałem, według częstej reguły w takich przypadkach, że
pewnie pociąga go kontrast.
- Ma pan rację, to Dora. Ale nie ma u niej szans, prawda?
- Co Sweeting posiada poza pensją wikarego?
Pytanie to zdało się niezwykle rozbawić Malone'a. Zanim odpowiedział,
śmiał się kilka dobrych minut.
- Co Sweeting posiada? Swoją harfę i flet, co na jedno wychodzi. Ma coś
w rodzaju zegarka z imitacji złota; podobny pierścień i monokl. To
wszystko.
- Skądże więc weźmie na utrzymanie panny Sykes, choćby na same jej
stroje?
- Ha, ha! Doskonałe! Zapytam go przy najbliższej okazji. Pośmieję się z jego tupetu. On z pewnością spodziewa się, że Christopher Sykes da córce
przyzwoity posag. Jest bogaty, prawda? Mieszkają w dużym domu.
- Sykes prowadzi poważne interesy.
- Zatem musi być bogaty, co?
- Zatem musi mieć sporo roboty ze swoim bogactwem. W dzisiejszych
czasach równie prawdopodobne jest, że myśli o wycofaniu pieniędzy z obrotu, aby mieć na posag dla swoich córek, jak to, że ja marzę o wyburzeniu wiejskiego domku i postawieniu na jego miejscu ogromnej
siedziby, jak Fieldhead.
- Wie pan, co ostatnio słyszałem, panie Moore?
- Nie. Być może, że miałem doprowadzić do podobnych zmian. Plotkarze z Briarfield powtarzają nawet jeszcze głupsze rzeczy.
- Że miał pan wziąć Fieldhead w dzierżawę (dziś tamtędy przechodziłem,
to okropne miejsce) i że chciał pan umieścić tam pannę Sykes jako panią
domu - krótko mówiąc, ożenić się. Ha, ha! Z którą? Na pewno z Dorą.
Powiedział pan, że jest najładniejsza.
- Odkąd przyjechałem do Briarfield, cały czas mnie swatają. Swatali mnie
już z każdą panną na wydaniu w okolicy. Były dwie panny Wynns, najpierw
czarna, potem jasnowłosa, dalej rudowłosa panna Armitage, później
dojrzała Ann Pearson. Obecnie rzuca pan na moje barki cały klan Sykesów.
Skąd się biorą takie plotki, Bóg raczy wiedzieć. Składając wizyty,
szukam towarzystwa kobiet tak wytrwale jak pan, Malone. Jeśli jadę do
Whinbury, to tylko po to, by odwiedzić kantor Sykesa albo Pearsona, z którymi rozmawiam na tematy inne niż matrymonialne, nasze myśli zajmuje
coś innego niż swaty i posagi. Tkaniny, których nie możemy sprzedać,
robotnicy, których nie możemy zatrudnić, fabryki, które trzeba zamknąć -
przewrotny bieg wydarzeń, którego nie możemy odwrócić - to właśnie leży
nam na sercu. Takie wymysły jak amory uważam w tej chwili za całkowicie
wykluczone.
- Zgadzam się z panem całkowicie. Nic bardziej nie jest mi wstrętne jak
małżeństwo - mam na myśli pospolite, trywialne małżeństwo - dwoje
biednych głupców godzących się połączyć swoją nędzę nonsensownym węzłem
uczucia. Brednie! Ale jakieś korzystne związki, oparte na wzajemnych
interesach i zgodności poglądów nie są najgorsze, co?
- Nie są - odpowiedział Moore, cokolwiek zamyślony. Temat wydawał się go
niewiele interesować, nie podjął go. Przez chwilę wpatrywał się w ogień,
jakby zaabsorbowany jakimiś myślami, następnie odwrócił głowę w stronę
Malone'a.
- Co to? - odezwał się. - Czy słyszał pan stukot kół?
Podniósł się z krzesła, podszedł do okna, otworzył je i nasłuchiwał
przez chwilę, po czym je zamknął. - Wydawało mi się. Pewnie wiatr się
nasilił - zauważył - albo wezbrał strumień w kotlinie. Wozy miały być o szóstej, a jest prawie dziewiąta.
- Poważnie myśli pan, że zakup tych maszyn sprowadzi na pana
niebezpieczeństwo? - dociekał Malone. - Helstone sądzi, że tak.
- Chcę tylko, żeby maszyny znalazły się bezpiecznie pod dachem fabryki.
Jak już je ustawią, żadni tkacze mi nie straszni. Niech tylko przyjdą w odwiedziny, poniosą konsekwencje. Moja fabryka to moja twierdza.
- Pogardzać tymi psubratami - zauważył Malone tonem głębokiej refleksji.
- Prawie życzyłbym sobie, żeby złożyli panu wizytę dziś wieczorem, ale
droga wydała mi się nadzwyczaj spokojna, gdy szedłem. Nie widziałem
niczego podejrzanego.
- Przechodził pan obok gospody?
- Owszem.
- Na tej drodze nic się nie wydarzy. Ta droga do Stilbro jest
niebezpieczna.
- Sądzi pan, że niebezpieczeństwo istnieje?
- To, co ci ludzie zrobili innym, mogą zrobić i mnie. Jest jednak
różnica: większość właścicieli fabryk paraliżuje strach. Na przykład
Sykes. Spalono jego fabrykę, tkaniny na rozciągarkach podarto, po polach
walały się strzępy, a on niczego nie zrobił, żeby znaleźć i ukarać
szubrawców: poddał się potulnie, jak królik w szczękach fretki. A ja, o ile sam siebie znam, będę bronił mojej fabryki i maszyn.
- Helstone myśli, że one są pańskimi bożkami, a Rozporządzenia
Rady19 w sprawie blokady morskiej uznaje pan za nowe siedem
grzechów głównych. Mówi, że Castlereagh20 jest dla pana
antychrystem, a stronnictwo wojenne jego legionami.
- Tak, mam odrazę do tych rozporządzeń, bo doprowadzają mnie do ruiny.
Stoją mi na drodze, nie pozwalają iść do przodu. Rujnują moje plany.
Czuję się zaskakiwany na każdym kroku przez ich nieprzewidziane
rezultaty.
- Ale daje pan sobie radę, jest pan przecież bogaty, panie Moore?
- Jestem bardzo bogaty, w tkaniny, których nie mogę sprzedać. Powinien
pan zajrzeć do moich magazynów i zobaczyć jak się w nich piętrzą po sam
sufit. Roakes i Pearson są w takiej samej sytuacji. Przez Radę
pozbyliśmy się największego rynku zbytu - Ameryki.
Malone zdawał się nie mieć ochoty na podtrzymywanie tego rodzaju
dyskusji. Zaczął stukać obcasem o obcas i ziewać.
- I pomyśleć - ciągnął Moore, chyba zbyt pochłonięty swoimi myślami,
żeby zauważyć oznaki znudzenia u gościa, że tu, w Whinbury i Briarfield,
ciągle człowieka prześladują tymi śmiesznymi plotkami i swatami! Jakby
nic innego nie było do zrobienia w życiu, tylko, jak to mówią, "zwrócić
uwagę" na jakąś młodą damę, a potem zaprowadzić ją przed ołtarz,
następnie odbyć podróż poślubną, złożyć serię stosownych wizyt i "być
płodnym i rozmnażać się". O, que le diable emporte!21 -
Przerwał nagle swoją płomienną wypowiedź i dodał już spokojniej: -
Wierzę, że kobiety rozmawiają i myślą tylko o tym i naturalnie,
chciałyby, żeby mężczyźni zajmowali się tym samym.
- Oczywiście, oczywiście - zgodził się Malone - ale nie ma co się nimi
przejmować. - Zagwizdał, rozejrzał się niecierpliwie wokół, sprawiając
wrażenie, że czegoś bardzo mu potrzeba. Tym razem Moore dostrzegł to i odgadł, co Malone daje do zrozumienia.
- Panie Malone - powiedział - po tym spacerze w deszczu przydałoby się
panu coś na odświeżenie. Zapomniałem o gościnności.
- Nie, nie trzeba. - Zaprzeczył Malone, ale wyglądało na to, że jest
inaczej. Moore podniósł się i otworzył jakąś szafkę.
- Lubię - powiedział - mieć przy sobie wszystko, co potrzebne i nie być
zależny na każdym kroku od kobiet. Często spędzam tu wieczór i jem
kolację sam, a śpię, tak jak Joe Scott, w fabryce. Czasem jestem swoim
własnym stróżem. Potrzeba mi niewiele snu, lubię w taki ładny wieczór
pospacerować z muszkietem przez godzinę, dwie po kotlinie. Malone, umie
pan przyrządzić kotlet barani?
- Niech pan się przekona. Robiłem to setki razy jako student.
- Mamy tu jakiś półmisek, jest też ruszt. Proszę nim szybko obracać. Zna
pan sekret soczystego mięsa?
- Bez obaw, przekona się pan. Poproszę nóż i widelec.
Wikary odwinął mankiety płaszcza i ochoczo zabrał się do kucharzenia.
Fabrykant tymczasem położył na stole talerze, bochenek chleba, butelkę z ciemnym płynem i dwie szklanki. Następnie wyciągnął mały miedziany
czajnik - wszystko z dobrze zaopatrzonego kredensu - napełnił go wodą ze
stojącego w kącie dużego kamiennego dzbana i postawił na ogniu obok
syczącego rusztu. Wyjął cytrynę, cukier i małą porcelanową wazę do
ponczu. Zaczął przyrządzać poncz, ale przerwało tę czynność stukanie do
drzwi.
- Czy to ty, Saro?
- Tak, proszę pana. Czy przyjdzie pan na kolację?
- Nie, dziś wieczór zjem poza domem, będę spał w fabryce. Zamknij zatem
drzwi na klucz i powiedz pani, żeby się już położyła.
Wrócił do ponczu.
- Ma pan porządek w gospodarstwie - odezwał się Malone z aprobatą, twarz
zarumieniła mu się jak węgielki, nad którymi się pochylał, wytrwale
obracając ruszt z mięsem. - Nie jest pan pantoflarzem jak biedny
Sweeting, człowiek - ale ten tłuszcz pryska, oparzyłem się w rękę! -
stworzony do podporządkowania się kobietom. Natomiast pan i ja - ten
ładny, rumiany kawałek dla pana, z dużą ilością sosu - nie pozwolimy
kobiecie nami rządzić, gdy się ożenimy.
- Nie wiem, nigdy się nad tym nie zastanawiam. Jeżeli żona przystojna i zgodna, dlaczego by nie?
- Kotlety gotowe. Czy poncz się uwarzył?
- Nalałem panu, proszę spróbować. Gdy Joe Scott wróci ze swoimi ludźmi,
będą mogli się poczęstować, jeśli dowieźli maszyny w nienaruszonym
stanie.
Przy kolacji Malone bardzo poweselał. Głośno śmiał się z drobiazgów,
mówił sprośne żarty i sam klaskał z uciechy, krótko mówiąc rozochocił
się. Gospodarz, przeciwnie, pozostał cichy jak wcześniej. Czas już,
czytelniku, żebyś miał jakieś wyobrażenie, jak wyglądał, postaram się
więc naszkicować jego postać, gdy tak siedzi przy stole.
Na pierwszy rzut oka pewnie uznałbyś, że wygląda nieco dziwnie, trochę z cudzoziemska, szczupły, ciemnowłosy, blady, ciemne włosy niedbale
opadają mu na czoło. Sądzić można, że dbałość o wygląd niewiele go
zajmuje, inaczej postarałby się wyglądać gustowniej. Zdaje się
nieświadomy posiadania urodziwej twarzy w typie południowca, o wytwornym
owalu i regularnych, subtelnie rzeźbionych rysach. Zresztą i rozmówca
uświadamia to sobie wówczas, gdy dobrze mu się przyjrzy. Dzieje się tak
z powodu wyrazu niepokoju i pewnej ponurości, które zaburzają urodę tej
twarzy. Duże, szare oczy patrzą w skupieniu, bardziej badawczo niż
łagodnie, prędzej zamyślone niż przyjazne. Kiedy rozchyla usta w uśmiechu, twarz rozjaśnia się, ale nawet wtedy nie wygląda na szczerą
lub pogodną Czuje się od niego łagodny spokój, przywodzący na myśl, choć
może jest to wrażenie złudne, człowieka liczącego się z innymi,
cierpliwego, wyrozumiałego, możliwe, że wiernego, posiadającego więc
cechy drogocenne w życiu rodzinnym. Wciąż młody, ma nie więcej niż
trzydzieści lat, wysoki, o smukłej figurze. Nieprzyjemny jest jego
sposób mówienia. Dziwaczny akcent, mimo wystudiowanej, mającej go
zamaskować, niedbałości w wymowie i dykcji, drażni uszy Anglika, a tym
bardziej mieszkańca Yorkshire.
Pan Moore z pochodzenia był tylko w połowie Anglikiem. Matka była
Francuzką, dzieciństwo spędził za granicą. Będąc pół Anglikiem, pół
Francuzem, miał chyba także mieszane uczucia w związku z różnymi
pojęciami - na przykład z patriotyzmem; prawdopodobnie nie był w stanie
związać się z jakimkolwiek stronnictwem, wyznaniem czy nawet krajem i jego obyczajami. Niewykluczone, że miał skłonność do izolowania się od
każdej społeczności, do której los mógł go tymczasowo wrzucić i czuł, że
to najlepszy wybór dla niego. Zasadą numer jeden dla Roberta Gérarda
Moore'a było postawić swój interes osobisty na pierwszym miejscu, nie
biorąc pod uwagę filantropijnego pojęcia interesu ogółu, ten bowiem
wydawał mu się całkiem obcy. Jego odziedziczonym powołaniem był handel:
przez dwa stulecia Gérardowie z Antwerpii byli kupcami. Kiedyś zamożni,
jednak niepewność i zmienność sytuacji politycznej odcisnęły na nich
swoje piętno. Katastrofalne w skutkach spekulacje podkopały z czasem ich
prestiż. Mimo chwiejnej pozycji, przez niewiele ponad dziesięć lat dom
handlowy Gérardów jakoś się utrzymywał, ale w końcu, po rewolucji
francuskiej popadł w całkowitą ruinę. Jego upadek pociągnął za sobą
także angielską firmę Moore'ów, blisko powiązanej z Antwerpią. Jeden z partnerów, mieszkający w Antwerpii, Robert Moore, poślubił Hortensję
Gérard, mając nadzieję, że żona odziedziczy udziały ojca, Constantine'a Gérarda w interesach. Odziedziczyła jednak tylko jego udział w długach
firmy. Mówiono, że część tych zobowiązań, zredukowanych przez polubowne
układy z wierzycielami, przeszła na jej syna, Roberta, który miał
nadzieję kiedyś je spłacić i przywrócić upadłej firmie Gérardów i Moore'ów dawny blask. Przebyte trudności zostawiły ślad w jego sercu i jeśli rzeczywiście gorzkie doświadczenia dzieciństwa, spędzonego przy
boku ponurej matki, w przeczuciu nadchodzącej katastrofy, młodości
zatrutej nieubłaganym nadejściem burzliwych wydarzeń, mogły boleśnie
odcisnąć się w jego świadomości, to oczywiste się staje, że we
wspomnieniach nie zachował jedynie radosnych wydarzeń.
W każdym razie jednak, jeśli marzył o odbudowie firmy handlowej
Gérardów, to nie miał ani środków, ani możliwości, żeby tego dokonać. W oczekiwaniu na lepsze czasy musiał zadowalać się małymi rzeczami. Kiedy
przybył do Yorkshire, on - którego przodkowie posiadali magazyny w porcie i fabryki w mieście, mieli rezydencje w mieście i wiejskie
posiadłości - mógł jedynie wynająć tkalnię w maleńkim miasteczku w odległym rejonie, zamieszkać w sąsiadującym z nią wiejskim domu i dodać
do swojego stanu posiadania parę akrów ziemi położonej na zboczu
kotliny, przez którą płynęła fabryczna rzeczka. Można tam było paść
konia i ustawić rozciągarki. Wszystko to za wysoki czynsz (były to
ciężkie, wojenne czasy i panowała drożyzna) płacony zarządzającym, w imieniu niepełnoletniej dziedziczki posiadłości Fieldhead.
W czasie, gdy toczy się nasza historia, Robert Moore od dwóch już lat
mieszka w tym rejonie, w ciągu tego czasu zasłużył sobie na miano
człowieka rzutkiego i energicznego. Brudny, wiejski dom przemienił w schludną i gustowną posiadłość. Z części nieobrobionej ziemi urządził
ogród, który uprawiał z niezwykłą, iście flamandzką dokładnością i zapałem. Co do fabryki mieszczącej się w starym budynku i wypełnionej
maszynami, niewydajnymi już i przestarzałymi, od początku nią pogardzał.
Celem jego stała się więc radykalna jej reforma; wprowadzał ją tak
szybko, jak tylko pozwalał mu na to ograniczony kapitał. Z powodu
szczupłości środków nie mógł nabrać rozmachu i to bardzo go irytowało.
Moore chciał zawsze iść z postępem, jego dewizę stanowiło słowo
"naprzód", ale postępy hamowało ubóstwo. Czasem, mówiąc metaforycznie,
piana szła mu z ust, gdy wędzidło zbyt mocno wciskało mu się w twarz.
Nie można było się spodziewać, że Moore w podobnym stanie będzie
deliberował o tym, czy jego interesy zaszkodzą innym, czy nie. Był
obcego pochodzenia i dopiero od niedawna zamieszkały w tych stronach,
nie bardzo więc przejmował się tym, że jego innowacje pozbawią
robotników pracy. Nigdy się nie zastanawiał, skąd ci robotnicy, którym
jego fabryka przestanie wypłacać tygodniówki, wezmą na chleb. Pod tym
względem nie różnił się jednak od tysiąca innych przedsiębiorców, od
których głodujący mieszkańcy Yorkshire tym bardziej żądali współczucia.
Okres, o którym piszę, położył się cieniem na historii Wielkiej
Brytanii, a szczególnie jej północnych prowincji. Wojna trwała w najlepsze, wciągnięta została w nią cała Europa. Anglia, jeśli jeszcze
niecałkowicie wycieńczona, była wyczerpana długotrwałym oporem - tak,
znużeni ludzie błagali o pokój na każdych warunkach. Honor narodu stał
się jedynie pustym hasłem, w oczach wielu nie miał żadnej wartości,
ponieważ głód przysłaniał im wzrok, za kęs mięsa sprzedaliby swoje
należne im prawa.
Rozporządzenia Rady, wydane w odpowiedzi na mediolańskie i berlińskie
dekrety Napoleona, zabraniały neutralnym państwom handlować z Francją,
uraziły tym Amerykę i natychmiast odcięły rynek zbytu handlu wełną
hrabstwu Yorkshire. W konsekwencji doprowadziły go na skraj bankructwa.
Mniejsze rynki zagraniczne były nasycone i więcej już nie kupowały.
Brazylia, Portugalia czy Sycylia zostały zawalone towarami na kolejne
dwa lata. W tym kryzysowym czasie wprowadzono do fabryk na północy nowe
maszyny tkackie, co bardzo zredukowało liczbę zatrudnionych,
pozostawiając tysiące bez pracy i bez legalnych środków do życia. W dodatku był to rok nieurodzaju. Nędza osiągnęła apogeum. Miara
wytrzymałości ludzi przepełniała się, wybuchały bunty. W północnych
hrabstwach czuło się jakby konwulsje, coś w rodzaju moralnego trzęsienia
ziemi. Jednak, jak to zwykle bywa w takich przypadkach, mało kto zdawał
sobie sprawę z powagi sytuacji. Czy to wybuchły zamieszki z powodu braku
żywności w zamieszkanym przez robotników mieście, czy spłonęła podpalona
przez buntowników fabryka, zaatakowano dom fabrykanta, meble wyrzucono
na ulicę, a rodzina zmuszona była do ucieczki - miejscowe władze
reagowały niechętnie albo i wcale. Prowodyra czasem znajdowano, ale
najczęściej udawało mu się umknąć. Relacje o wydarzeniach ukazywały się
w gazetach i na tym sprawa się kończyła. Co do biedaków, których jedynym
dobrem była praca - i właśnie ją utracili (nie mogli znaleźć zajęcia, a co za tym idzie, nie dostawali wypłat i nie mieli za co kupić kawałka
chleba) - pozostawiono ich samych, z ich cierpieniem i biedą. Być może
było to nie do uniknięcia... Nie można było zatrzymać postępu ani szkodzić
nauce, zniechęcając do ulepszeń. Wojny też nie można było nagle
zakończyć, nie dało się zebrać dostatecznego wsparcia. Pomoc nie miała
skąd nadejść; zatem bezrobotni poddali się losowi - pili swoją czarę
goryczy do dna.
Nędza wyzwala nienawiść. Biedacy nienawidzili maszyn, które według nich
zabrały im chleb; nienawidzili budynków, w których te maszyny stały,
nienawidzili fabrykantów, właścicieli owych fabryk. W parafii
Briarfield, o której tu opowiadamy, przedmiotem szczególnej nienawiści
była fabryka Gérarda Moore'a, Hollow's Mill; a on sam, na wpół
cudzoziemiec i zdecydowany zwolennik postępu był najbardziej
znienawidzonym fabrykantem. Być może Moore'owi z jego usposobieniem
nawet się podobało, że wywołuje taką nienawiść, szczególnie kiedy jej
powód on sam uznawał za rzecz właściwą i korzystną. Dlatego tej nocy,
podekscytowany i w wojowniczym nastroju, oczekiwał na przybycie
furgonów. Możliwe, że wizyta Malone'a i jego towarzystwo było mu
całkowicie nie na rękę. Wolałby być sam, ponieważ lubił swoje ciche,
ponure i smutne ustronie. Muszkiet jego stróża wystarczał mu za całe
towarzystwo; strumyk przepływający w dole brzmiał dla jego uszu milej
niż głosy ludzi.
Fabrykant w milczeniu obserwował przez jakieś dziesięć minut
irlandzkiego duchownego, gdy ten częstował się ponczem; w pewnej chwili
jego zamyślone, szare oczy zmieniły wyraz, jakby coś dostrzegł. Podniósł
rękę.
- Pst! - powiedział, gdy Malone stuknął szklanką. Nasłuchiwał czegoś
przez chwilę, po czym wstał, włożył kapelusz i wyszedł z kantoru.
Noc nadal była cicha, ciemna i nieruchoma: szumiała tylko woda w strumieniu, w głębokiej ciszy wydawało się, że to ogromna rzeka. Ucho
Moore'a wychwyciło jednak w oddali inne dźwięki: urywany odgłos ciężkich
kół toczących się po kamienistej drodze.
Wrócił do kantoru i zapalił latarnię, z którą poszedł otworzyć bramę.
Wielkie furgony nadjeżdżały. Słychać było odgłos końskich kopyt
przechodzących po błocie i wodzie. "Hej tam, Joe Scott! Wszystko w porządku?" - krzyknął w ich stronę Moore.
Będąc chyba zbyt daleko, żeby usłyszeć, Joe Scott nie odpowiedział.
- Pytam, czy wszystko w porządku! - znów krzyknął Moore, gdy wielka
głowa pierwszego konia prawie dotknęła jego ramienia.
Ktoś wyskoczył z ostatniego wozu na drogę i krzyknął głośno:
- Tak, tak, diable rogaty, wszystko w porządku! Rozbiliśmy je!
Pobiegł gdzieś. Konie znieruchomiały.
- Joe Scott! - Scott nie odpowiadał. - Murgatroyd! Pighills! Sykes! - Bez
odpowiedzi. Moore podniósł latarnię i zajrzał do wozów. Nie było ani
mężczyzn, ani maszyn, wozy przyjechały puste.
Dla Moore'a maszyny znaczyły bardzo wiele. Zaryzykował ostatnie
pieniądze na ich zakup, dziś miały być dostarczone. Od nich zależały
operacje najwyższej dla jego interesów wagi: gdzież więc były?
Słowa "Rozbiliśmy je!" dzwoniły mu w uszach. Jak ta katastrofa na niego
wpłynie? W świetle latarni widać było, jak się uśmiechnął, osobliwym
uśmiechem człowieka z charakterem, który jest w takim momencie swojego
życia, kiedy trzeba zebrać wszystkie siły, całe męstwo, żeby stawić
czoło wyzwaniu i nie dać się złamać. Jednak milczał, w tej chwili nie
wiedział ani co zrobić, ani co powiedzieć. Przystanął, postawił latarnię
na drodze i z rękami założonymi na piersi wpatrywał się w ziemię, coś
rozważał.
Któryś koń niecierpliwie uderzał kopytami o ziemię, Moore podniósł
wzrok. W oczy rzuciło mu się coś białego, do uprzęży przyczepiono jakiś
przedmiot. Poświeciwszy latarnią Moore znalazł zwitek papieru. Był to
liścik, bez adresu, pełen błędów ortograficznych. Zaczynał się od
zwrotu:
"Do djabła z fabryki w kotlinie"
Nie będziemy tu przytaczać tego listu w jego oryginalnej wersji,
ograniczymy się jedynie do przekazania treści.
"Kawałki twoich diabelskich maszyn walają się po wrzosowiskach w Stilbro, a twoi ludzie leżą ze związanymi rękami i nogami w przydrożnym
rowie. Przyjmij to jako ostrzeżenie od mężczyzn, którzy umierają z głodu
i którzy po zrobieniu tego, co do nich należy, wrócą do głodujących żon
i dzieci. Jeśli kupisz nowe maszyny albo będziesz nadal robił to, co
robisz, znów o nas usłyszysz. Strzeż się!"
- Znów o was usłyszę? Tak, usłyszę na pewno, ale wy też usłyszycie o mnie! Już za chwilę pogadam z wami na wrzosowiskach.
Odprowadził wozy za bramy i pospieszył w kierunku domu. Otworzył drzwi i cichym głosem wypowiedział szybko kilka słów do dwóch kobiet, które
wybiegły mu na spotkanie. Jedną z nich, widocznie wystraszoną, postarał
się uspokoić, opowiadając jej ostrożnie o wydarzeniach, do drugiej
powiedział:
- Idź do fabryki, Saro - jest tam klucz - i jak najgłośniej uderz w dzwon. Potem weźmiesz jeszcze jedną latarnię i pomożesz mi oświetlić
frontową ścianę.
Wrócił do koni, zdjął im uprząż, nasypał paszy i szybko odprowadził je
do stajni, zatrzymując się od czasu do czasu, jakby nasłuchiwał bicia
fabrycznego dzwonu. Rozległ się w końcu nieregularny, lecz donośny dzwon
na trwogę. Pospieszne, urywane tony brzmiały bardziej nagląco niż
zwykle, ręka pociągająca za sznur nie była wprawiona w tej czynności. W tę cichą noc, o tak niezwykłej porze, bicie dzwonu rozlegało się bardzo
daleko. Bywalcy gospody Redhouse wzdrygnęli się słysząc te dźwięki i stwierdziwszy, że "coś niezwykłego dzieje się w fabryce", wzięli
latarnie i pospieszyli na miejsce. Ledwie zgromadzili się na podwórzu ze
swoimi latarniami, a już rozległ się tętent końskich kopyt i mały
mężczyzna w wywiniętym po bokach kapeluszu wjechał na grzbiecie
kudłatego kucyka, a za nim, na większym wierzchowcu, jego "adiutant".
Tymczasem Moore, odprowadziwszy konie pociągowe do stajni, osiodłał
swojego wierzchowca i z pomocą służącej Sary oświetlił fabrykę, której
ściana frontowa stała się teraz jedną wielką iluminacją, rzucając
mnóstwo światła na dziedziniec. Nie trzeba już było obawiać się zamętu,
który mógłby powstać w tych ciemnościach. Wkrótce gwar głosów rozbrzmiał
na dziedzińcu. Pan Malone wyszedł w końcu z kantoru, przezornie
zanurzywszy przedtem głowę w kamiennym dzbanie z wodą. Zabieg ten i nagły przestrach prawie przywróciły mu jasność zmysłów, którą poncz
częściowo zamroczył. Stał z kapeluszem zsuniętym na tył głowy i pałką w prawej pięści i odpowiadał na sypiące się z każdej strony pytania nowo
przybyłych z Redhouse. Zjawił się Moore i natychmiast stanęli przed nim
osobnik w kapeluszu z wywiniętymi bokami i kudłaty kucyk.
- Moore, czego potrzebujesz? Uznałem, że chciałbyś, żebyśmy tu byli - ja
i hetman (poklepał szyję kucyka), i Tom na swoim rumaku. Kiedy
usłyszałem bicie dzwonu, nie mogłem usiedzieć na miejscu, zostawiłem
Boultby'ego, żeby sam dokończył kolację. Ale gdzie wróg? Nie widzę tu
żadnej maski ani usmolonej twarzy22; nie rozbito nawet jednej
szyby w oknach. Przypuszczono już atak czy dopiero się go spodziewasz?
- Nie, wcale nie! Ani nie przypuszczono, ani nie spodziewam się żadnego
ataku - spokojnie odparł Moore. - Kazałem bić w dzwon, ponieważ chcę,
żeby dwaj lub trzej sąsiedzi zostali tu, w Hollow, kiedy ja z moimi
ludźmi pojadę na wrzosowiska w Stilbro.
- Na wrzosowiska w Stilbro! Po co? Po furgony?
- Furgony przyjechały godzinę temu.
- W takim razie wszystko w porządku, czego chcieć więcej?
- Przyjechały puste, a Joe Scott i jego towarzysze są na wrzosowiskach,
tak samo jak maszyny. Proszę przeczytać ten świstek.
Pan Helstone wziął do ręki papier i przestudiował jego zawartość, którą
my już znamy.
- Hmm! Poczęstowali was tym, czym poczęstują innych! Ale ci biedacy w rowie pewnie niecierpliwie oczekują na pomoc. Jest za mokro na takie
miejsce postoju. Ja i Tom jedziemy z tobą. Malone może tu zostać i pilnować fabryki; ale co się z nim dzieje? Wygląda, jakby oczy miały mu
wyjść z orbit.
- Jadł właśnie barani kotlet.
- W samej rzeczy! Piotrze Auguście, pilnuj się. Nie jedz dziś więcej
baranich kotletów. Zostawiamy cię tu, byś dowodził terenem - to honorowe
zadanie!
- Czy ktoś ze mną tu zostanie?
- Wybieraj, kogo chcesz. Chłopcy, ilu z was zostaje tutaj, a ilu rusza
ze mną i panem Moore'em na pomoc napadniętym przez niszczycieli maszyn?
Tylko trzech ochotników zdecydowało się pojechać, reszta wolała zostać
na miejscu. Gdy pan Moore wsiadł na konia, proboszcz zapytał go cicho,
czy zamknął na klucz kotlety, żeby Piotr August nie mógł się do nich
dostać. Fabrykant potakująco skinął głową i mały oddział ratowniczy
wyruszył.
Rozdział 3
3
PAN YORKE
Pogoda ducha zależy zarówno od naszego stanu wewnętrznego, jak i od
tego, co nas otacza i wokół nas się dzieje. Robię tę banalną uwagę, bo
panowie Helstone i Moore, jak mi wiadomo, kłusowali od bram fabryki na
czele małej grupy w doskonałym humorze. Kiedy promień światła latarni
(każdy z trzech piechurów miał jedną) oświetlił smagłą twarz Moore'a,
dostrzec można było jego ożywienie i błyszczące oczy. Oświetlona przez
latarnię twarz proboszcza emanowała wesołością, twarde rysy zmiękczał
uśmiech. Jednakowoż deszczowa noc i ryzykowna wyprawa nie powinny były
wywoływać entuzjazmu moknących na deszczu i ryzykujących życie ludzi,
biorących udział w takiej eskapadzie. Gdyby któryś z uczestników zajścia
w Stilbro zobaczył tę grupę, pewnie nie odmówiłby sobie przyjemności i strzelił zza węgła do któregokolwiek z jadących na czele mężczyzn. Oni
zdawali sobie z tego sprawę, jednak świadomość ta wprawiała ich w euforię, byli to bowiem mężczyźni o stalowych nerwach i zahartowanych
sercach.
Mam świadomość, drogi czytelniku, że wojowniczy pastor to coś
strasznego; wiadomo przecież, że duchowni powinni nieść pokój. Mam
niejasne pojęcie, jaka jest misja duchownych wśród rodzaju ludzkiego.
Jednak wiadomo, czyimi są sługami, czyje przesłanie niosą i kogo mają
naśladować. Jeśli jednak, drogi czytelniku, nie cierpisz pastorów, nie
spodziewaj się, że razem z tobą wejdę na tę fatalną, prowadzącą do
upadku, niechrześcijańską ścieżkę. Nie przyłączę się do ciebie w głębokim potępieniu, jednocześnie ograniczonym i totalnym, nie podzielę
trującej nienawiści, tak intensywnej i tak niedorzecznej, z wrogami
duchowieństwa. Nie myśl, że razem z Supplehough będę wznosić wzrok i ręce do nieba albo z Barraclough krzyczeć, ile sił w płucach, ganiąc i piętnując diabolicznego proboszcza z Briarfield.
Nie był on wcale uosobieniem zła. Nieszczęście polegało na tym, że
człowiek ten minął się z powołaniem. Powinien był zostać żołnierzem,
lecz okoliczności uczyniły go księdzem. Ten sumienny, trzeźwy, mający
twardą rękę, odważny, nieugięty, bezkompromisowy i lojalny mały
mężczyzna był prawie całkowicie pozbawiony współczucia. Obcesowy,
stronniczy i surowy, ale wierny zasadom, prawy, roztropny i prostolinijny. Wydaje mi się, drogi czytelniku, że nie da się idealnie
dopasować ludzi do zawodu, jak ubrania szytego na miarę. Nie powinno się
nikogo przeklinać z tego powodu, że nie pasuje charakterem do
wykonywanego zajęcia. Nie będę więc osądzać pastora Helstone'a, nawet
jeśli był z niego taki wojak. Przeklinało go jednak wielu jego własnych
parafian, podczas gdy inni go uwielbiali - taki jest często los ludzi
pobłażliwych dla przyjaciół i zawziętych wobec wrogów, wiernych zarówno
swoim przekonaniom, jak i przesądom.
Helstone i Moore, będąc obaj w doskonałych humorach, mieli obecnie jeden
cel, można było więc oczekiwać, że gdy tak jadą obok siebie, będą
rozmawiać po przyjacielsku. Skądże znowu! Ci dwaj mężczyźni, obaj z charakterem twardym, odpychającym, gdy tylko się spotkali, prawie zawsze
się z sobą sprzeczali. Kością niezgody była dla nich kwestia wojny.
Helstone zaliczał się do zwolenników torysów23 (w tamtych
czasach torysi już istnieli), a Moore do zaciekłych wigów, przynajmniej
jeśli chodzi o punkt widzenia stronnictwa na wojnę (wigowie byli jej
przeciwnikami). Chodziło tu o jego własny interes, a sprawy handlu były
jedynymi, które Moore'a interesowały w brytyjskiej polityce w ogóle. Z przyjemnością prowokował Helstone'a, deklarując, że wierzy w niezwyciężoność Bonapartego; szydził z nieudolnych wysiłków Anglii i Europy próbujących mu się przeciwstawić i z zimną krwią stwierdził, że
wcześniej czy później ustąpią, gdyż Napoleon zmiażdży każdego
przeciwnika i zapanuje nad światem.
Helstone wychodził z siebie, słysząc podobne opinie. Przypomniał sobie
jednak, że Moore to cudzoziemiec, emigrant z innego kraju, krew płynąca
w jego żyłach jest jedynie w połowie brytyjska, zepsuta obcą domieszką,
więc słuchając go, trzymał na wodzy chęć zdruzgotania rozmówcy. Na
złagodzenie jego oburzenia wpłynął także fakt, że proboszcz dobrze
rozumiał zawziętość, z jaką Moore wypowiadał swoje opinie, a buntowniczy
charakter młodego fabrykanta budził jego szacunek.
Gdy wędrowcy wjechali na drogę prowadzącą do Stilbro, przywitał ich
wiatr i strugi deszczu. Jakby podrażniony zacinającą mżawką i zimnym,
wiejącym w oczy wiatrem, Moore zaczął podjudzać towarzysza.
- Czy wieści z Półwyspu Pirenejskiego nadal pana cieszą? - zapytał.
- O co panu chodzi? - opryskliwie spytał proboszcz.
- Chodzi mi o to, czy nadal pan wierzy w tego Baala24, lorda
Wellingtona25?
- Co to ma znaczyć?
- Czy wciąż pan wierzy, że ten bożek całej Anglii, o twarzy z drewna i sercu z kamienia, może sprowadzić ogień z nieba i do cna strawić ten
francuski kataklizm?
- Wierzę, że Wellington spuści lanie francuskim marszałkom i zepchnie
ich do morza w dniu, w którym tego zapragnie.
- Ależ mój drogi panie, pan raczy żartować! Marszałkowie Bonapartego to
wspaniali dowódcy, którymi kieruje geniusz. Pański Wellington jest
najnudniejszym z pospolitych służbistów, na dodatek jego powolne,
mechaniczne posunięcia hamuje niedouczony rząd.
- Wellington ucieleśnia ducha Anglii, broni słusznej sprawy i reprezentuje w walce potężny, zdecydowany i uczciwy naród.
- Pana słuszna sprawa, o ile dobrze zrozumiałem, oznacza po prostu
przywrócenie na tron tego paskudnego i słabego Ferdynanda26,
który tronowi przynosi wstyd. Pański przedstawiciel uczciwych ludzi jest
tępym poganiaczem bydła, reprezentującym jeszcze bardziej tępych
wieśniaków w starciu z niepokonaną siłą i zwycięskim geniuszem.
- Uzurpator występuje przeciwko legalnej władzy, pyszałkowata,
dwulicowa, egoistyczna i zdradziecka ambicja posiadania atakuje skromny,
prostoduszny i sprawiedliwy naród. Niech Bóg obroni prawych!
- Bóg często broni silnych.
- Co?! Czyżby garstka Izraelitów, która suchą stopą przeszła na
azjatycki brzeg Morza Czerwonego, była potężniejsza od tłumu Egipcjan
zebranych na brzegu afrykańskim? Czy byli liczniejsi? Lepiej dobrani?
Jednym słowem, potężniejsi, co? Niech pan tego nie mówi, Moore, bo
inaczej pan skłamie; wie pan o tym. Była to tylko grupa biednych,
wzburzonych niewolników. Tyrani ciemiężyli ich przez stulecia. Część tej
niewielkiej przecież gromady stanowiły kobiety i dzieci. Dowodzący
wojskami egipskimi Etiopczycy popędzali żołnierzy w pogoni za
uciekinierami przez rozstąpione wody, a byli ci Etiopczycy tak groźni,
jak libijskie lwy. Uzbrojeni, jechali konno lub na rydwanach, a biedni
Hebrajczycy wędrowali pieszo. Pewnie niewielu z tych ostatnich miało
broń, jedynie kije pasterskie albo narzędzia murarskie, ich łagodny i potężny przywódca sam miał tylko laskę. Ale niech pan sobie przypomni,
Robercie Moore, prawda była po ich stronie, Bóg bitew był z nimi.
Zbrodnia i upadły archanioł dowodziły szeregami wojsk faraona, a kto
zwyciężył? Wiemy bardzo dobrze. "W tym to dniu wybawił Pan Izrael z rąk
Egipcjan, i widzieli Izraelici martwych Egipcjan na brzegu
morza"27. Tak, głębia pokryła ich i poszli na dno jak kamień.
Prawa ręka Pana stała się pełna mocy, prawa ręka Pana rozniosła wroga w pył!
- Ma pan rację, tyle tylko, że pańskie porównanie jest niewłaściwe. To
Francja jest niczym Izrael, a Napoleon jest jak Mojżesz. Europa ze
swoimi starymi imperiami i zgniłymi dynastiami oznacza zdeprawowany
Egipt; waleczna Francja - Dwanaście Plemion Izraela28, a jej
nowy, silny przywódca to Pasterz z Synaju.
- Nie będę się zniżał do udzielenia odpowiedzi.
Moore ciągnął dalej, nieco ciszej, jakby mówił do siebie:
- O tak! We Włoszech był niczym Mojżesz. Tylko on mógł doprowadzić do
odrodzenia narodów. Zadziwia mnie dzisiaj, jak zdobywca Lodi29 mógł
się tak się poniżyć i zostać cesarzem; prostackie, głupie szachrajstwo!
A jeszcze bardziej mnie dziwi, jak naród, który kiedyś nazywał się
republikanami, mógł się stoczyć do poziomu zwykłych niewolników. Gardzę
Francją! Gdyby Anglia doszła tak daleko w marszu cywilizacyjnym jak
Francja, nie wycofałaby się tak bezwstydnie.
- Chcesz powiedzieć, że ta zwariowana Francja cesarska jest gorsza niż
krwawa Francja republikańska? - odparował Helstone gwałtownie.
- Nic nie chcę powiedzieć, ale mogę myśleć, co chcę, wie pan, panie
Helstone? Zarówno o Francji, jak o i Anglii; o rewolucjach,
królobójstwach i przywracaniu władzy ogólnie; również o boskim prawie
królów, o które pan często walczy w swoich kazaniach i o obowiązku
niestawiania oporu i rozumnej wojnie i... - tu Moore urwał, ponieważ ni,
stąd ni zowąd na drogę wtoczyła się dwukółka, która zatrzymała się na
środku drogi. Obaj z proboszczem byli zbyt zajęci dyskusją, żeby ją
zauważyć, nim się do nich zbliżyła.
- Hej tam, czy furgony dotarły do domu? - zażądał odpowiedzi głos z pojazdu.
- Joe Scott?
- Tak! - odpowiedział jakiś inny głos. Mężczyźni z latarniami zostali w tyle albo raczej to jeźdźcy ich wyprzedzili, ale pojazd miał swoją
lampę, w świetle której widać było, że w środku są dwie osoby.
- Tak, panie Moore, jest tu Joe Scott, wyciągnąłem go z tarapatów.
Znalazłem go na szczycie wrzosowiska po tamtej stronie, jego i trzech
innych. Co mi dasz za zwrócenie go całego i zdrowego?
- Pewnie moje podziękowania, bo nie mógłbym stracić cenniejszego
człowieka. To pan, panie Yorke? Poznaję po głosie.
- Tak, to ja, przyjacielu. Wracałem do domu z rynku w Stilbro i kiedy
dotarłem na środek wrzosowiska, a pędziłem szybko jak wiatr (bo, jak
mówią, nie są to bezpieczne czasy, dzięki naszym władzom!), usłyszałem
jęk. Podjechałem bliżej. Inni by zacięli konia i pojechali jeszcze
szybciej, ale ja się zatrzymałem, czego się mam bać? Nie sądzę, żeby
ktoś w naszych stronach chciał mnie napaść, a jeżeli już by się taki
znalazł, nie byłbym mu dłużny! Pytam więc: "Czego wam trzeba?". Ktoś,
jakby spod ziemi, odpowiada: "Jest do zrobienia dobry uczynek". Ja na
to: "Co trzeba zrobić? Powiedz wyraźnie". "Nic takiego, poza tym, że nas
czterech leży w rowie". - spokojnie mówi Joe. Myśląc, że pijani,
powiedziałem im trochę do słuchu i kazałem wstawać i ruszać się, a jak
nie, to trzasnę biczem, bo uznałem, że wszyscy oni byli w pełni sił.
"Zrobilibyśmy to z godzinę temu, ale nogi nam powiązali". No to ja w mig
zszedłem do rowu i uwolniłem ich za pomocą mojego scyzoryka. Scott
jedzie ze mną, żeby mi opowiedzieć, co się stało, a pozostali biegną ile
sił na piechotę.
- Jestem panu bardzo zobowiązany, panie Yorke.
- Naprawdę, chłopcze? Nie może być! Oto i pozostali! Ale tam jeszcze
ktoś idzie? Mój Boże! Ludzie ze światłem w amforach, jak armia
Gedeona30. Ale skoro i pastor jest z nami - dobry wieczór,
panie Helstone - to wszystko w porządku.
Bardzo sztywno Helstone odwzajemnił powitanie mężczyzny w dwukółce.
Tamten ciągnął:
- Jest nas jedenastu silnych mężczyzn, mamy konie i wozy. Gdybyśmy tylko
mogli zmierzyć się z tymi zagłodzonymi obdartusami, którzy niszczą
maszyny, odnieślibyśmy wielkie zwycięstwo, niczym jakiś Wellington - mam
nadzieję, że to porównanie przypadło panu do gustu, panie Helstone - a jakie artykuły mogliby o nas pisać w gazetach! Briarfield byłoby sławne;
zresztą i tak mamy zapewnioną jakąś kolumnę i pół w "Kurierze Stilbro".
Oczekuję nie mniej.
- Obiecuję też nie mniej, panie Yorke, ponieważ sam ten artykuł napiszę
- odparł proboszcz.
- Żeby mieć pewność, naturalnie. Ale niech pan pamięta, że zniszczyli
maszyny i związali nogi Joe'emu, powinni być za to powieszeni bez
odpuszczenia grzechów. To jest sprawa, za którą się wiesza albo powinna
być. Bez wątpienia.
- Gdybym ja ich sądził, nie zastanawiałbym się długo! - krzyknął Moore.
- Ale chcę, żeby puszczono ich wolno po tym napadzie, tylko trzeba dać
im sznur, żeby mieć pewność, że w końcu sami się powieszą.
- Puścić ich wolno, powiadasz? Czy możesz to obiecać?
- Obiecać? Nie. Chciałem tylko powiedzieć, że nie będę się trudził
łapaniem ich, ale jeśli ktoś mi się nawinie...
- Rzucisz się na niego, oczywiście. Tylko wolałbyś, żeby zrobili coś
gorszego, niż tylko zatrzymali wóz, wtedy byś się z nimi porachował. No
cóż, nie będziemy już o tym teraz rozmawiać. Jesteśmy już w progach
mojego domu, panowie, i mam nadzieję, że wejdziecie do środka razem ze
swoimi ludźmi. Przyda się jakieś małe pokrzepienie.
Moore i Helstone zaczęli się wymigiwać, ale gospodarz zapraszał ich tak
uprzejmie, a poza tym noc była tak surowa, poświata lejąca się z okien
za muślinowymi firankami wyglądała tak zapraszająco, że wkrótce
ustąpili. Po wyjściu z powozu, który zostawił pod opieką służącego,
Yorke poprowadził gości do środka.
Tu należy wspomnieć, że Yorke umiał zmieniać swój styl wypowiadania się.
Raz mówił jak typowy mieszkaniec Yorkshire, a za chwilę nienaganną
angielszczyzną. Jego sposób zachowania również wydawał się zmieniać.
Mógł być uprzejmy i przyjazny albo mówić szorstko i bez ogródek.
Niełatwo przychodziło określić jego status na podstawie wypowiedzi i zachowania. Może przybycie do jego siedziby przesądzi sprawę.
Robotnikom polecił iść do kuchni, mówiąc, że dopilnuje, by ich czymś
poczęstowano. Moore'a i Helstone'a wprowadził przez frontowe wejście.
Znaleźli się w westybulu, wyścielonym dywanami i zawieszonym po sufit
obrazami. Stamtąd poprowadzono ich do dużego salonu, z wielkim ogniem
płonącym w kominku, na pierwszy rzut oka najweselszego pomieszczenia, a kiedy przypatrzyło się szczegółom, ożywczy efekt tylko potwierdzał
pierwsze wrażenie. Wszystko urządzono bez przepychu, ale ze smakiem,
niezwykłym smakiem, rzec by można: podróżnika, uczonego i człowieka
kulturalnego. Ściany zdobiło kilka pejzaży z Włoch, każdy z nich był
prawdziwym dziełem sztuki. Widać było, że wybierał je koneser, wszystko
oryginały, przy tym o znacznej wartości. Nawet w świetle świec widać
było jasne, czyste niebo, miękkie linie horyzontu z błękitnym
powietrzem, które zdawało się drgać między wzgórzami. Świeże odcienie i osobliwa gra światła i cienia pieściły wzrok. Na tle tych zalanym
słońcem pejzaży malarz przedstawił sielankowe scenki. Na sofie leżała
gitara i jakieś nuty, rozłożono też kamee i miniaturki; kilka waz w greckim stylu stało na półce nad kominkiem, w dwóch eleganckich regałach
mieściły się starannie poukładane książki.
Pan Yorke poprosił gości, żeby usiedli i zadzwonił, by przyniesiono
wino. Służącemu, który je przyniósł, wydał polecenie, by poczęstował
robotników w kuchni. Jednak proboszcz nie usiadł, wydawał się
niezadowolony i nie tknął oferowanego przez gospodarza wina.
- Jak pan sobie życzy - powiedział na to Yorke. - Pewnie przypomniał pan
sobie wschodnie obyczaje, panie Helstone i nie zje pan ani nie wypije
pod moim dachem niczego w obawie, że musielibyśmy wtedy zostać
przyjaciółmi. Ja jednak nie jestem aż tak drobiazgowy ani przesądny.
Mógłby pan wypić zawartość tej karafki albo dać mi butelkę najlepszego
wina z pańskiej piwnicy, a i tak nie krępowałbym się spierać z panem na
każdym spotkaniu w zakrystii czy w sądzie, gdziekolwiek byśmy się na
siebie natknęli.
- Właśnie tego się po panu spodziewam, panie Yorke.
- Czy nie ciężko panu, panie Helstone, ścigać buntowników w taką
deszczową noc, w pańskim wieku?
- Nigdy mi nie ciężko, kiedy spełniam obowiązek, a w tym przypadku jest
to także dla mnie przyjemność. Ścigać szkodników jest zajęciem
szlachetnym, godnym arcybiskupa.
- Godnym pana, w każdym razie. Ale gdzie jest wikary? Pojechał może w odwiedziny do jakiegoś biednego chorego czy może ściga szkodników w innym miejscu?
- Pełni obowiązki strażnika w fabryce.
- Mam nadzieję, że zostawiłeś mu wina dla kurażu, Bob - powiedział
Yorke, zwracając się do Moore'a. Nie czekał na odpowiedź, ale szybko
mówił dalej, wciąż zwracając się do Moore'a, który rozsiadł się w staromodnym fotelu przy kominku. - Rusz się, Robert! Wstań! To jest moje
miejsce, przyjacielu! Usiądź na sofie albo na którymś z tych krzeseł,
jeśli wolisz, ale nie tu. To jest tylko moje miejsce, nikogo innego.
- Czemu to krzesło jest takie ważne, panie Yorke? - zapytał Moore,
leniwie podnosząc się z miejsca.
- Mój ojciec lubił w nim siedzieć przede mną i to wszystko, co mogę
powiedzieć, a jest to równie dobry powód, jak te, które pan Helstone
podaje, uzasadniając większość swoich poglądów.
- Moore, możemy jechać? Jest pan gotowy? - zapytał proboszcz.
- Nie, Robert nie jest gotowy, a raczej ja nie jestem gotowy, żeby się z nim rozstawać. To niedobry chłopiec i trzeba go skarcić.
- Dlaczego, proszę pana? Co takiego zrobiłem?
- Narobiłeś sobie wrogów na każdym kroku.
- Co mnie to może obchodzić? Jaka to różnica dla mnie, czy chamy z Yorkshire nienawidzą mnie, czy nie?
- A, o to chodzi. Chłopak czuje się wśród nas obcy. Jego ojciec nigdy
nie odezwałby się w ten sposób. Wracaj do Antwerpii, gdzie się urodziłeś
i wychowywałeś, mauvaise tete!31
- Mauvaise t?te vous-m?me, je ne fais que mon devoir; quant a vos
lourdauds de paysans, je m'en moque!32
- En ravanche, mon garçon, nos lourdauds de paysans se moqueront de
toi; sois en certain33 - odparł Yorke po francusku, z prawie
równie czystym akcentem co Gerard Moore.
- C'est bon! C'est bon! Et puisque cela m'est égal, que mes amis ne
s'en inqui?tent pas.
- Tes amis! O? sont-ils, tes amis?
- Je fais ?cho, O? sont-ils? et je suis fort aise que l'écho seul y
répond. Au diable les amis! Je me souviens encore du moment o? mon p?re
et mes oncles Gérard appell?rent autour d'eux leurs amis et Dieu sait si
les amis se sont empressés d'accourir a leur secours! Tenez, Monsieur
Yorke, ce mot, ami, m'irrite trop; ne m'en parlez plus.
- Comme tu voudras34.
I tutaj pan Yorke zamilkł. Kiedy tak siedzi wygodnie w swoim rzeźbionym
fotelu, wykorzystam okazję, żeby opisać ci, czytelniku, tego
posługującego się doskonałą francuszczyzną dżentelmena z Yorkshire.
Rozdział 4
4
PAN YORKE
(ciąg dalszy)
Był to w każdym calu dżentelmen z Yorkshire. Miał około pięćdziesięciu
pięciu lat, ale ze względu na srebrzystobiałe włosy, na pierwszy rzut
oka wyglądał na nieco starszego. Jego twarzy z szerokim, choć niewysokim
czołem, świeżą, zdrową cerą, szorstkością północy widoczną w rysach i słyszalną w jego głosie, nie zaliczylibyśmy jednak do klasycznie
pięknych czy arystokratycznych. Subtelni ludzie być może uznaliby ją
pospolitą; przenikliwi zaś za charakterystyczną. Wnikliwi zdołaliby
docenić jej prawdziwą oryginalność wyrażającą się w każdej linii, ukrytą
w każdej zmarszczce tego surowego, energicznego i mądrego oblicza i zachwycaliby się nim. Malował się jednak na nim wyraz nieposłuszeństwa,
pogardy, sarkazmu - człowieka, który niełatwo ulegał wpływom, nie znosił
przymusu. Raczej wysoki, dobrze zbudowany i umięśniony, z dostojną
postawą. Tak, dżentelmen od stóp do głów.
Niełatwo opisać pana Yorke'a, ale jeszcze trudniej określić jego
charakter. Mylisz się, drogi czytelniku, jeśli myślisz, że przedstawię
ci bohatera bez skazy lub nawet dobrotliwego, starego filantropa. Mówił
z pewną dozą rozsądku i odrobiną ciepłych uczuć do Moore'a, ale to nie
znaczy, że jego rozumowanie zawsze było słuszne albo że zawsze rozmawiał
z innymi uprzejmie.
Po pierwsze, natura nie obdarzyła Yorke'a umiejętnością okazywania
szacunku - to wielki niedostatek, który sprawia, że człowiek błądzi na
każdym kroku, kiedy szacunek jest niezbędny. Po drugie, pozbawiony był
umiejętności zestawiania i porównywania - co za tym idzie, nie miał
pojęcia, co to współczucie. Po trzecie, natura poskąpiła mu
dobrotliwości i skłonności do marzycielstwa, pozbawiając jego charakter
łagodności i pogody, przez co te cudowne przymioty wszechświata nie
miały dla niego większej wartości.
Brak szacunku sprawił, że nie tolerował stojących wyżej od niego.
Królowie, arystokraci i księża, dynastie, parlamenty i instytucje, ze
wszystkimi ustanowionymi sankcjami, prawami i żądaniami - to wszystko
było dla niego obrzydliwe, wszystko to uznawał za stek bzdur. Nie
widział w nich pożytku ani przyjemności i sądził, że ludzkość nic nie
straci, jeśli trony upadną wraz z ludźmi na nich zasiadającymi. Brak
szacunku niósł ze sobą także całkowitą obojętność na elektryzujące
poczucie podziwu dla tego, co jest go godne, Pozbawiła jego duszę
tysiąca czystych źródeł radości, zmroziła kiełkujące przyjemności. Nie
nazwalibyśmy go niewierzącym, chociaż nie był członkiem żadnego
wyznania, ale jego religia nie mogłaby być udziałem kogoś, kto wie, czym
jest cześć. Wierzył w Boga i niebo, ale jego Bóg i niebo należały do
człowieka, któremu brak respektu, wyobraźni i delikatności.
Słaba zdolność do porównywania uczyniła go niekonsekwentnym; podczas gdy
głosił niektóre fantastyczne doktryny ogólne o wspólnej tolerancji i wyrozumiałości, sam żywił ślepą nienawiść do niektórych warstw
społeczeństwa. O pastorach i wszystkich im podobnych, o lordach i ich
sługusach wyrażał się po grubiańsku, czasem obelżywie i tak
niesprawiedliwie, że przekraczał wszelkie granice. Nie umiał postawić
się na miejscu tych, których lżył, nie potrafił znaleźć
usprawiedliwienia dla ich ich wad i błędów w pokusach i niesprzyjających
tym ludziom okolicznościach. Nie mógł sobie wyobrazić, jak wpłynęłyby na
niego takie czy inne okoliczności, gdyby był w ich położeniu; często
wypowiadał okrutne, tyrańskie życzenia dotyczące tych, którzy według
niego postępowali okrutnie i tyranizowali innych. Jego pogróżki
wskazywały, że podjąłby surowe, drakońskie wręcz środki, aby pomóc
Wolności i Równości. Równości! Tak, pan Yorke mówił o równości, ale w głębi duszy był to pyszałek. Życzliwy dla swoich robotników, dobry dla
wszystkich, którzy stali niżej od niego i godzili się z tym, ale
wyniosły jak Belzebub wobec kogokolwiek, kogo świat uznawał (ponieważ on
nie uznawał nikogo) za wyższego rangą od siebie. Bunt miał we krwi,
nienawidził podlegania komuś. Jego ojciec, a przed nim jego ojciec,
również nie mogli go znieść; jego dzieci także odziedziczyły tę cechę.
Brak ogólnej życzliwości czyniły go bardzo niecierpliwym wobec głupoty i wszystkich ludzkich słabości, które jemu, mądremu i silnemu człowiekowi,
wydawały się niewybaczalne. Dlatego też jego jadowity sarkazm nie miał
hamulców: czasem bez miłosierdzia ranił kogoś, nie zdając sobie sprawy,
że to robi. Nie zwracał też uwagi, jak głębokie rany zadaje.
Co do braku fantazji, rzadko uznaje się ją za wadę; Yorke miał dobry
słuch, świetnie rozróżniał kolory i kształty, co pozwoliło mu cieszyć
się dobrym gustem, ale kogo obchodzi wyobraźnia? Kto nie uważa jej za
raczej za bezużyteczną, a nawet niebezpieczną cechę, coś w rodzaju
słabości, wariactwa - raczej za chorobę niż talent?
Z pewnością myślą tak wszyscy, oprócz tych, którzy ten dar posiadają lub
chcieliby go posiadać. Słysząc ich wypowiedzi, można uwierzyć, że ich
serca byłyby zimne, gdyby ten eliksir nie płynął w ich żyłach, ich oczy
byłyby słabe, jeśli ten płomień nie rozjaśniałby im wzroku, że byliby
samotni, gdyby ten dziwny towarzysz ich opuścił. Można by przypuszczać,
że nadawał on jakiejś radosnej nadziei wiośnie, czarowi latu, spokojnej
radości jesieni, nieco pocieszenia zimie - czegoś, czego pozostałym
ludziom nie dane jest doświadczyć. Wszystko to oczywiście iluzja, ale
fanatycy trzymają się swoich marzeń i nie oddaliby ich nawet w zamian za
złoto.
Jako że pan Yorke sam nie posiadał poetyckiej wyobraźni, postrzegał tę
cechę jako całkowicie zbędną. Malarzy i muzyków tolerował, a nawet
wspierał, ponieważ mógł rozkoszować się tym, co stworzyli. Dostrzegał
urok pięknego obrazu, czuł przyjemność słysząc dobrą muzykę, ale cichy
poeta, choćby w jego sercu płonął ogień burzliwych namiętności - jeśli
nie był w stanie pracować w kantorze lub jako kupiec na targu - mógł
równie dobrze żyć pogardzany i umrzeć z głodu pod okiem Hirama Yorke'a.
Jako że jest wielu Hiramów Yorke'ów na świecie, dobrze, że prawdziwy
poeta, pod zewnętrznym, niewzruszonym spokojem i łagodnością, często
ukrywa buntowniczego ducha i przenikliwy umysł. Może ocenić wartość
tych, którzy patrzą na niego z góry i zrozumieć, ile warta jest kariera,
którą odrzucił, za co sprowadził na siebie ich pogardę. Dobrze, że
rozumiejąc język swojej wspaniałej przyjaciółki, bogini Natury, znalazł
w zjednoczeniu z nią radość i łatwo obchodzi się bez tych, dla których
nie jest przyjemny i których on uznaje za bardzo nieprzyjemnych. To
zaskakujące, że kiedy świat i okoliczności często zwracają swoją ciemną,
zimną stronę w jego kierunku (ponieważ on pierwszy odnosi się do nich
chłodno i obojętnie) - w jego duszy króluje promienisty blask,
niegasnący ogień, który ogrzewa i rozjaśnia wszystko wokół niego. Ale on
może być odbierany jak polarna zima bez ciepła, bez słońca. Prawdziwy
poeta to nie ten, nad którym trzeba się użalać (może sam się nawet
ukradkiem śmieje, kiedy jakiś sympatyk opłakuje jego smutny los). Nawet
jeśli utylitaryści35 osądzają go i głoszą jego i jego
sztukę bezużyteczną, słucha tego wyroku z taką drwiną, z tak głęboką i bezlitosną pogardą, że prędzej zasługuje na wyrzut niż na wyrazy
współczucia. To jednakże nie są refleksje pana Yorke'a, z którym tu
teraz mamy do czynienia.
Drogi czytelniku, przedstawiono ci kilka jego wad. Co do zalet, trzeba
powiedzieć, że był jednym z najbardziej uczciwych i kompetentnych ludzi
w hrabstwie; nawet ci, którzy go nie lubili, musieli czuć przed nim
respekt. Najbardziej kochali go biedni, ponieważ rzeczywiście był dla
nich po ojcowsku dobry. Dla swoich robotników był uprzejmy i serdeczny;
gdy zwalniał kogoś z jakiegoś zajęcia, starał się znaleźć mu coś innego,
a jeśli to nie było możliwe, pomagał zainteresowanemu przenieść się wraz
z rodziną do innego regionu, gdzie mógł znaleźć pracę. Należy również
zauważyć, że jeżeli, jak to się czasem zdarza, jakiś jego robotnik
okazywał oznaki niesubordynacji - Yorke, który jak wielu innych
nienawidził być kontrolowany, ale świetnie wiedział jak kontrolować
innych - znał tajemnicę zduszenia buntu w zarodku, wykorzenienia go jak
chwastu, tak aby nigdy się nie rozplenił, wiedział jak tej
niesubordynacji zapobiegać. Przy tak zadowalającym go stanie własnych
spraw, czuł się upoważniony mówić z największą surowością o tych, którzy
mieli mniej korzystną sytuację, przypisywać im wyłączną winę za
jakiekolwiek problemy, które się im się zdarzały, i niezmiennie stawać
po stronie robotników, a nie ich chlebodawców.
Ród Yorke'ów był jednym z najstarszych i najbardziej szanowanych w okolicy, a on sam, choć nie najbogatszy, należał do ludzi najbardziej
wpływowych. Odebrał staranną edukację. W młodości, przed rewolucją
francuską, podróżował na kontynent. Biegle znał francuski i włoski.
Podczas dwuletniego pobytu we Włoszech zebrał pokaźną kolekcję
znakomitych obrazów i gustownych drobiazgów, które teraz zdobiły jego
dom. Gdy tego pragnął, umiał się zachować jak nienaganny dżentelmen ze
starej szkoły; rozmowy z nim, jeśli był w odpowiednim nastroju, były
niezwykle interesujące i oryginalne; a jeżeli zwykle używał narzecza
Yorkshire, było to wynikiem jego wyboru: wolał swój rodzinny, "wiejski"
język od bardziej wytwornego. Utrzymywał, że yorkshirskie "r" brzmi
znacznie lepiej od cockneyowskiego seplenienia, jak ryk byka jest lepszy
od pisku szczura.
Pan Yorke znał wszystkich w całej okolicy, a wszyscy znali jego.
Zażyłych znajomości miał jednak niewiele. Sam będąc prawdziwym
oryginałem, nie lubił tego, co przeciętne. Człowiek z żywiołowym,
niespokojnym charakterem, z wysoką czy niską pozycją, zawsze spotykał
się z jego przychylnością. Dystyngowana, ale bezbarwna persona,
jakkolwiek wysoko nie byłaby postawiona, budziła jego awersję. Chętnie
spędziłby godzinę na swobodnej rozmowie ze swoim bystrym robotnikiem czy
z jakąś podejrzaną, ale rozumną starą wieśniaczką. Za to szkoda byłoby
mu czasu dla jakiegoś pospolitego choć wytwornego pana, czy najbardziej
modnej i eleganckiej, lecz lekkomyślnej damy. Swoje preferencje w tym
względzie doprowadził do skrajności, zapominając, że wśród ludzi
przeciętnych spotkać można życzliwe, czy nawet zachwycające osoby. Robił
jednak wyjątki od tej reguły. Czuł się doskonale wśród ludzi prostych,
szczerych, niedbających o ogładę, niemal pozbawionych intelektu i całkiem niezdolnych do docenienia jego wychowania i intelektu. Z nimi
mógł sobie pozwolić na uszczypliwości i drwiny, nie bojąc się, że ich
zrani albo obrazi; oni nie rozmyślali nad tym, co mówił, nie analizowali
jego czynów ani nie osądzali jego poglądów. Czuł się swobodnie wśród
ludzi o takim charakterze i przedkładał ich towarzystwo nad inne; między
nimi czuł się jak król. Podporządkowując się całkowicie jego wpływowi,
ludzie ci nie uznawali jego wyższości, bo nigdy nie zdali sobie z niej
sprawy, byli zatem całkiem ustępliwi, łatwi do manipulacji. Przy tym nie
wykazywali cienia służalczości. Ich bezmyślna, ufna uległość była tak
dla niego wygodna, jak krzesło, na którym siedział albo podłoga, po
której chodził.
Nie był wrogo nastawiony wobec Moore'a. Miał kilka powodów, by być mu
przychylnym. Może to dziwnie brzmi, ale pierwszy z nich był taki, że
Moore mówił po angielsku z obcym akcentem, za to doskonale po francusku
i z jego smagłą, szczupłą twarzą, subtelnymi, choć raczej wychudzonymi
rysami bynajmniej nie wyglądał na Brytyjczyka ani mieszkańca hrabstwa
Yorkshire. Takie argumenty wydają się niepoważne i zbyt
nieprawdopodobne, by miały wpływ na zachowanie Yorke'a, ale w rzeczywistości tak właśnie było. Przypominały mu się stare, miłe czasy,
gdy podróżował po świecie. We włoskich miastach i osadach widywał
twarze, takie jak Moore'a, w paryskich kawiarniach i teatrach słyszał
nieraz głosy podobne do jego głosu. Był wtedy młody i kiedy patrzył i słuchał tego cudzoziemca, znów czuł się młody.
Po drugie, znał ojca Moore'a i miał z nim do czynienia w interesach. To
była bardziej istotna, ale w żadnym wypadku niezbyt miła więź, jako że
jego firma (mając powiązania z przedsiębiorstwem Moore'a) poniosła
uszczerbek w wyniku bankructwa Moore'ów. Po trzecie, uznawał samego
Roberta za bystrego kupca. Sądził, że ten w końcu, tak lub inaczej,
zarobi pieniądze. Szanował zarówno jego zdecydowanie, jak i inteligencję
- a być może także jego twardość. A czwarta okoliczność, która ich do
siebie zbliżała była taka, że pan Yorke pełnił rolę jednego z opiekunów
niepełnoletniej właścicielki terenu, na którym znajdowała się fabryka. W rezultacie Moore w trakcie wprowadzania swoich przeróbek i ulepszeń miał
wiele okazji do konsultowania się z Yorke'em.
Pomiędzy Yorke'em i drugim gościem obecnym w salonie, panem Helstone'em,
istniała podwójna antypatia - charakterów i okoliczności. Wolnomyśliciel
nie znosił formalisty, miłośnik swobody nienawidził stronnika
istniejącego porządku. Poza tym mówiono, że ci dwaj rywalizowali kiedyś
o względy tej samej kobiety.
Pan Yorke w młodości zasadniczo lubił energiczne i pewne siebie kobiety:
ujmowały go głównie damy efektowne, o bystrym dowcipie i ciętym języku.
Choć szukał ich towarzystwa, nigdy jednak żadnej z tych olśniewających
piękności się nie oświadczył. I nagle zakochał się na serio i z zapałem
zaczął zabiegać o względy kobiety, która była całkowitym przeciwieństwem
tych, na które do tej pory zwracał uwagę - w dziewczynie o twarzy
Madonny, ożywionym marmurze - ucieleśnieniu łagodności i uległości. Nie
miało znaczenia, że kiedy z nią rozmawiał, odpowiadała mu jedynie
monosylabami, nieważne, że jego westchnienia pozostawały niezauważone,
jego spojrzenia nieodwzajemnione, nigdy nie reagowała na jego opinie,
rzadko odpowiadała śmiechem na jego żarty, nie zwracała na niego uwagi
ani mu nie przyklaskiwała. Nieistotne, że wydawała się być
przeciwieństwem całej kobiecości, jaką kiedykolwiek w swoim życiu
podziwiał. Dla niego Mary Cave była doskonała, ponieważ z jakiegoś
powodu, po prostu ją kochał..
Pan Helstone, który w tamtym czasie pełnił obowiązki wikarego w parafii
Briarfield, również kochał Mary, a w każdym razie podkochiwał się w niej. Kilku innych także do niej wzdychało - ponieważ była piękna jak
anioł widywany na grobowcach; wikary miał jednak przewagę ze względu na
swoją pozycję - stan duchowny jakby otaczał go nimbem, co okazało się
wystarczającym powodem, by panna Cave go wybrała, odrzucając młodych
sortowników wełny, swoich pozostałych adoratorów. Pan Helstone ani nie
odczuwał, ani nie twierdził, że chciałby odczuwać taką namiętność wobec
niej, jaka pochłaniała Yorke'a. Nie miał tej pokornej czci, która była
udziałem większości konkurentów do jej ręki. W odróżnieniu od innych,
Helstone widział ją taką, jaka była. W rezultacie szybko ją sobie
podporządkował. Kobieta przyjęła jego oświadczyny, gdy tylko je złożył,
po czym wzięli ślub.
Helstone nie był stworzony do bycia dobrym mężem, szczególnie cichej i uległej kobiety. Myślał, że skoro żona milczy, to znaczy, że niczego nie
potrzebuje, nic jej nie trapi. A ona niczego nie żądała. Jeśli nie
narzeka na samotność, to widocznie nieustanna samotność nie jest jej
przykra. Jeśli nie żąda zainteresowania, nie mówi, że coś jest miłe jej
sercu, a coś innego - nie, to znaczy, że nie ma własnego zdania, więc po
co ją pytać. Nawet nie próbował zrozumieć, że kobiety pod wieloma
względami różnią się od mężczyzn. Widział w niej istotę innego rodzaju,
prawdopodobnie dużo gorszego. Żona nie mogła być towarzyszem swego męża,
tym bardziej jego powiernicą i oparciem. Jego żona, po roku czy dwóch
nie była dla niego szczególnie ważna w żadnym wymiarze. A kiedy któregoś
dnia zobaczył w swym małżeńskim łożu jej piękne ciało - zimne, białe,
martwe, był niezwykle zdumiony. Prawie nie zauważył, jak nikła w oczach,
chociaż wszyscy dookoła to widzieli. Jej strata nie wydawała się być dla
niego wstrząsem - choć czy można mieć taką pewność? Jego obojętność
mogła być udawana, ponieważ nie był mężczyzną, któremu smutek łatwo
wyciska łzy z oczu.
Jego suche oczy i brak innych zewnętrznych oznak żalu zszokowały starą
gosposię i służącą, które opiekując się panią Helstone podczas jej
choroby, mogły poznać ją lepiej niż mąż i wiedziały, że miała dobre,
kochające serce. Plotkowały o tym nad jej ciałem, dyskutując o wszelkich
szczegółach i koloryzując je mocno, podając je jako prawdziwą czy
domniemaną przyczynę jej śmierci. Krótko mówiąc, wzbudzały jedna w drugiej oburzenie na tego surowego, małego mężczyznę, który siedział w sąsiednim pokoju i przeglądał jakieś papiery, nieświadomy jakiego
potępienia jest przedmiotem.
Ledwo pochowano panią Helstone, a już w okolicy zaczęły krążyć plotki,
że umarła, ponieważ pękło jej serce. Szybko urosły one jeszcze do
takiego rozmiaru, że teraz mowa była o chłodnym, a nawet brutalnym
traktowaniu jej przez męża - pogłoski rażąco nieprawdziwe, ale chętnie w nie wierzono. Plotki dotarły do Yorke'a, który także częściowo w nie
uwierzył. I bez tego, rzecz jasna, nie miał zbyt wiele życzliwości dla
zwycięskiego rywala. Sam, będąc obecnie żonaty z kobietą, która
stanowiła całkowite przeciwieństwo Mary Cave pod każdym względem, nie
mógł zapomnieć tej wielkiej życiowej porażki. A kiedy usłyszał, że ta
kiedyś kochana przez niego kobieta była tak bardzo zaniedbywana, może
zamęczana przez innego, poczuł dla tego innego zapiekłą urazę.
Natury i siły tej urazy Helstone zaledwie się domyślał. Ani nie
wiedział, jak bardzo Yorke kochał Mary Cave, co czuł, gdy ją stracił,
ani nie był świadomy oszczerstw pod swoim adresem, które dotyczyły jego
pożycia z żoną. Sądził, że dzielą go z Yorke'em tylko różnice polityczne
i religijne. Gdyby wiedział, jak rzeczy naprawdę się mają, nie dałby się
pewnie nikomu namówić na przekroczenie progu domu swojego byłego rywala.
Pan Yorke nie zakończył jeszcze wykładu dla Roberta Moore'a. Niebawem
rozmowa została wznowiona w bardziej ogólnej formie, chociaż w tonie
nadal nieco przypominającym spór. Niepokoje w kraju, różne grabieże
dokonane ostatnio w posiadłościach należących do właścicieli fabryk,
dostarczyły mnóstwo okazji do sporów, szczególnie że każdy z trzech
obecnych miał mniej czy bardziej odmienne poglądy na te sprawy. Helstone
uważał, że fabrykanci są pokrzywdzeni, a robotnicy nierozsądni; potępiał
rosnące niezadowolenie wśród ludności, głęboką niechęć. Uważał, że
należy cierpliwie znosić zło, które uważał za nieuniknione. Środkiem
zaradczym według niego byłaby energiczna ingerencja rządu, rygorystyczne
wyroki wobec buntowników, a kiedy to konieczne, bezzwłoczna interwencja
wojska.
Pan Yorke chciałby wiedzieć, czy ta ingerencja, czujność i przymus
nakarmiłyby tych, którzy głodowali, dała pracę tym, którzy chcieli
pracować i których nikt nie chciał zatrudnić. Zastanawiał się nad
kwestią nieuniknionego zła. Powiedział, że cierpliwość ludzi jest jak
wielbłąd, na którego grzbiecie położono każdy możliwy ciężar. Opór był
obecnie obowiązkiem, rosnące niezadowolenie z władz uznawał za
najbardziej obiecujący znak czasów, a fabrykanci - przyznawał - byli
naprawdę pokrzywdzeni, ale winę za to ponosi ich własny "krwawy,
skorumpowany i zdeprawowany" rząd (takimi epitetami się posłużył).
Szaleńcy tacy jak Pitt36, złe duchy jak Castlereagh, złośliwi
idioci jak Perceval byli tyranami, przekleństwem kraju, niszczycielami
handlu. To przez ich tępy upór Anglia prowadziła nieuzasadnioną,
beznadziejną, niszczycielską wojnę, która pchnęła naród w ślepy zaułek.
To ich potwornie opresyjne podatki, niesławne "rozporządzenia Rady"
zapoczątkowały coś, co zasługiwało na postawienie urzędników w stan
oskarżenia i wysłanie ich na szubienicę i zawiesiły na szyi Anglii
kamień młyński.
- Ale co za pożytek z rozmowy? - pytał Yorke. - Nie ma żadnej nadziei,
że ktoś wysłucha głosu rozsądku w kraju rządzonym przez króla, księży,
parów, gdzie nominalnym monarchą był szaleniec37, a rzeczywistym władcą rozpustnik bez zasad, gdzie toleruje się taką
zniewagę dla zdrowego rozsądku jak dziedziczni prawodawcy; gdzie
istnieje taki nonsens jak ława dla biskupów, gdzie pokornie czci się i hołubi Kościół, gdy ten nadużywa władzy a duch nietolerancji przenika go
na wskroś, gdzie utrzymuje się stałe wojska i całe zastępy leniwych
pastorów, których ubogie rodziny rujnują cały kraj!
Helstone wstał i wkładając swój wywinięty po bokach kapelusz,
zareplikował, że w ciągu swojego życia spotkał się z dwoma lub trzema
przykładami ludzi wyznających takie poglądy, dopóki byli zdrowi, pełni
sił i dobrze im się wiodło. Dodał, że przyjdzie czas, gdy "stróżowie
domów będą drżeć; kiedy będą się bali Najwyższego, a strach stanie im na
drodze. Będzie to czas próby dla siewcy anarchii i buntu, wroga religii
i porządku". Był taki wypadek, mówił proboszcz, że wezwano go do
wygłoszenia modlitw przeznaczonych dla chorych na łożu śmierci. Był
wezwany do jednego z najbardziej zajadłych wrogów religii. Widział, jak
dotknięty wyrzutami sumienia chory pragnął skruchy i nie był w stanie
jej znaleźć, chociaż szukał ze łzami w oczach. Musi przestrzec pana
Yorke'a, że bluźnierstwo przeciwko Bogu i królowi to grzech śmiertelny i że kiedyś nastąpi Dzień Sądu.
Tak, pan Yorke sądził, że ten sąd na pewno nadejdzie. Jakże inaczej
wymierzona miała być sprawiedliwość wszystkim łajdakom, którzy wydają
się triumfować na tym świecie, bezkarnie łamiąc serca niewinnym,
czerpiąc zyski z niezasłużonych przywilejów, hańbiąc swój zaszczytny
stan, wyrywają z ust biednych kawałek chleba, dławią swoją pychą
uczciwych ludzi i podle wysługują się wielmożnym. Kiedy za to wszystko
zapłacą?
- I oto, kiedy gotowy byłem - mówił Yorke - upaść na duchu, widząc zło
triumfujące na tej sprośnej planecie, brałem do ręki tę księgę - tu
wskazał na stojącą na półce w biblioteczce Biblię - otwierałem ją na
chybił trafił i zawsze trafiałem na sentencję, jakby rozświetloną
niebieską siarką. Stawało się dla mnie jasne - mówił Yorke - co czeka na
tamtym świecie niejednego z nas, jakby anioł ze wspaniałymi, białymi
skrzydłami przyszedł do mnie o obwieścił mi nowinę.
- Proszę pana - powiedział Helstone, zbierając całą swoją godność -
wielką mądrością człowieka jest poznać samego siebie i cel, do którego
zmierza.
- Tak, tak. Przypomni pan sobie, panie Helstone, że niewiedzę niesiono
od samych bram niebios i rzucono pod drzwi, które prowadziły do piekła.
- Nie zapomnijmy, panie Yorke, że ślepa pycha, nie widząc drogi przed
sobą, wpadła do głębokiego dołu, który był tam umyślnie wykopany przez
księcia ziemi, aby schwycić chełpliwych głupców, i tam roztrzaskała się
na kawałki.
- Zatem - wtrącił Moore, który do tej pory siedział cicho, nieco
ubawiony obserwując ten pojedynek na słowa - jego obojętność na politykę
bieżącą, jak również na sąsiedzkie plotki sprawiły, że był obiektywnym
sędzią takiej potyczki. - Zatem obaj panowie występujecie jeden przeciw
drugiemu, udowadniając, jak serdecznie się nawzajem nie znosicie, i jak
źle o sobie nawzajem myślicie. Jeśli o mnie chodzi, moja cała nienawiść
skierowana jest przeciw ludziom, którzy zniszczyli moje maszyny, tak że
nie mam innej na mój prywatny użytek, a tym bardziej dla tak niejasnych
pojęć, jak wyznanie albo rząd. Ale muszę wam powiedzieć, że obaj
pokazaliście się w bardzo złym świetle - gorszym, niż się kiedykolwiek
po was spodziewałem - nie zdecydowałbym się zostać pod jednym dachem z buntownikiem i bluźniercą jak pan, panie Yorke, ani nie ośmieliłbym się
jechać do domu z okrutnym i tyrańskim duchownym, jak pan, panie
Helstone.
- A ja w każdym razie jadę, panie Moore - powiedział surowo proboszcz. -
Jedzie pan ze mną czy nie, to pański wybór.
- Nie, nie będzie miał wyboru, pojedzie z panem - odparł Yorke. - Jest
północ albo i później i ja nikogo już nie zatrzymuję w moim domu.
Jedźcie panowie wszyscy.
Zadzwonił po służącego.
- Deb - powiedział do niego - wyproś ich wszystkich z kuchni, zamknij
drzwi na klucz i idź spać. Tędy panowie - ciągnął, zwracając się do
gości i oświetlając im drogę, i niemalże siłą wyprowadził ich przez
drzwi frontowe.
Na drodze spotkali się z robotnikami, którzy także w pośpiechu musieli
opuścić dom. Ich konie stały przy bramie, wsiedli i ruszyli, Moore śmiał
się z tej nagłej odprawy, Helstone nie posiadał się z oburzenia.
Rozdział 5
5
W BIAŁYM DWORKU
Dobry humor nie opuszczał Moore'a, gdy wstał nazajutrz rano. On i Joe
Scott spędzili noc w fabryce, urządziwszy dla siebie miejsce do spania z tego co było pod ręką w zakamarkach kantoru. Fabrykant, który był rannym
ptaszkiem, wstał nawet nieco wcześniej niż zwykle. Obudził Scotta,
śpiewając francuską piosenkę podczas porannej toalety.
- Widzę, że pan się zbytnio nie frasuje, panie Moore? - krzyknął Joe.
- Ani za grosz, mon garçon - co znaczy, mój przyjacielu. Wstawaj,
będziemy obchodzić fabrykę i wyjaśnię ci, jakie mam plany, nim przyjdą
robotnicy. Będziemy mieć maszyny mimo wszystko, Joseph. Słyszałeś kiedyś
może o Brusie?
- I o pająku? Tak, czytałem historię Szkocji i znam ją nie gorzej od
pana, rozumiem, że chce pan powiedzieć, że pan nie ustąpi.
- Właśnie.
- A dużo w waszych krajach takich upartych mężczyzn jak pan? - pytał
Joe, składając i chowając w kącie swoją tymczasową pościel.
- W moich krajach? A gdzie to jest - w moich krajach?
- No jak to? We Francji przecież.
- Nie! Wprawdzie Francuzi zdobyli Antwerpię, w której się urodziłem, ale
to jeszcze nie czyni mnie Francuzem!
- Czyli Holandia?
- Nie, nie jestem Holendrem. Myli ci się Antwerpia z Amsterdamem.
- Flandria?
- Co za pogardliwa insynuacja, Joe! Ja i Flamand? Czy ja mam flamandzką
twarz? Nos jak kartofel, niskie, jakby ucięte czoło, wodniste oczy e
fleur de tete38? Jestem grubasem z krótkimi nogami, jak każdy
Flamand? Ale ty przecież pojęcia nie masz, jak oni wyglądają, ci
Holendrzy. Nie, Joe, ja jestem antwerpijczykiem, tak jak moja matka,
choć ona z pochodzenia była Francuzką, dlatego mówię po francusku.
- Ale ojciec pana pochodził z Yorkshire i dlatego jest pan również
trochę yorkshireczykiem i każdy widzi, że jest pan z nami spokrewniony.
Dać panu tylko robić forsę i pruje pan do przodu.
- Jesteś bezczelny, Joe, ale od młodości przywykłem do takiego tonu.
Classe ouvriere, czyli robotnicy, w Belgii zachowują się wobec
pracodawców brutalnie; przez brutalnie, Joe, rozumiem brutalement, co
być może lepiej przetłumaczyć jako prymitywnie.
- U nas zawsze się mówi, co się myśli, prosto z mostu! Ci młodzi
pastorzy i wielcy panowie z Londynu są zszokowani naszym "grubiaństwem",
a my lubimy ich trochę podrażnić. Śmiech bierze, jak się oburzają,
przewracają oczami i machają rękami, jakby ich obdzierali ze skóry, a potem walą tymi słowami: "Okropność! Co za chamy!"
- Wy jesteście chamami, Joe. Chyba nie myślisz, że jesteście kulturalni,
co?
- Nie bardzo, ale coś tam jednak wiemy! Mnie się zdaje, że robotnicy na
północy są bardziej inteligentni i wiedzą dużo więcej niż ci wieśniacy
na południu. Fach wyostrzył nam myślenie, a mechanicy, tacy jak ja,
muszą ruszać głową, sam pan wie, co to znaczy dopilnować maszyn, więc ja
się już w tym wprawiłem. Jeżeli czegoś nie pojmuję, staram się sam
dociec w czym rzecz; bywa, że mi się to udaje, ale też chętnie o tym
czytam, interesuję się, co też nasi rządzący myślą z nami i dla nas
zrobić. Znajdą się też sprytniejsi ode mnie! Wśród tych usmarowanych
tłuszczem i farbą chłopaków znajdzie się grupa takich, co rozumieją się
na prawach nie gorzej od starego Yorke'a, a już na pewno od tego
ślamazary Christophera Sykesa z Whinbury albo tego dryblasa, tego
gaduły, co to się ciągle przechwala, Piotra Irlandczyka, pomocnika
Helstone'a.
- Wiem, że uważasz się za bystrego, Scott.
- No, całkiem niezły jestem! Zorientuję się, jak i co, nie dam się
oszukać i nie przepuszczę okazji; mam więcej sprytu od tych, co uważają
mnie za nędzarza. Nie ma co gadać, w Yorkshire jest wielu takich jak ja,
a znajdą się i lepsi ode mnie.
- Oczywiście, jesteś wspaniały, czyste złoto; ale przy tym bezczelny z ciebie typ i zarozumiały bałwan. Jeżeli nawet łyknąłeś trochę wiedzy z matematyki i znalazłeś szczyptę chemii na dnie kadzi z farbą, nie znaczy
to jeszcze, że jesteś jakimś nieodkrytym uczonym. Musisz wiedzieć, że
jeśli handel nie zawsze idzie gładko, a ty i tacy jak ty czasem z tego
powodu nie macie na chleb, nie znaczy, że jesteście męczennikami, a cały
sposób rządzenia w naszym kraju jest do niczego. Co więcej, nie
powinieneś ani przez chwilę insynuować, że cnotliwi mieszkają tylko w chałupach a w domach z kamienia ich nie znajdziesz. Muszę przyznać, że
strasznie mnie irytują takie bzdury, ponieważ wiem, że natura ludzka
jest zawsze jednakowa, czy to pod dachem ze słomy, czy pokrytym
dachówkami. W każdej istocie ludzkiej - zalety mieszają się z wadami, w większych lub mniejszych proporcjach, nie decyduje tu pozycja czy
stanowisko. Widywałem bogatych i ubogich drani, również takich, którzy
nie byli ani bogaci, ani biedni, ale umieli zadowolić się małymi
rzeczami. Ale zaraz będzie szósta! Dość tego gadania, Joe, czas bić w dzwon!
Był środek lutego, o szóstej dopiero zaczynało świtać, pod bladymi
promieniami porannej zorzy gęsty mrok nocy zaczynał rzednąć i przechodzić w na pół przezroczystą, mleczną mgłę. Tego dnia zorza była
szczególnie blada, wschód nie zarumienił nieba ani nie ogrzał go różową
poświatą. Dzień powoli podnosił powieki i bladym spojrzeniem obrzucał
wzgórza, można by pomyśleć, że ogień słońca zgasł w ulewie zeszłej nocy.
Oddech poranka także był chłodny; zimny wiatr rozganiał nocne chmury, a kiedy je rozproszył, pokazało się pokryte bladą mgłą niebo i opasujący
horyzont matowy, srebrzysty krąg. Padać już przestało, ale ziemia
rozmokła; woda wypełniła stawy i strumienie.
Okna fabryki były jasne, dzwon wciąż głośno bił, a małe dzieci biegły,
miejmy nadzieję, że w tym wielkim pośpiechu przynajmniej nie zmarzły na
ostrym powietrzu tego nieprzyjemnego poranka; choć być może taki poranek
wydawał im się łaskawy w porównaniu z innymi, kiedy przychodziły do
pracy: w śnieżycę, podczas ulewy albo trzaskającego mrozu.
Pan Moore stał przy wejściu i obserwował nadchodzących. Liczył ich, gdy
przechodzili obok. Tym, którzy się spóźniali, rzucał słowa nagany, które
Joe Scott powtarzał nieco ostrzej, kiedy guzdrały docierały do
warsztatów. Ani pan ani nadzorca nie byli brutalni. Żaden z nich nie
zachowywał się agresywnie, chociaż obaj wyglądali na bezwzględnych,
ponieważ karali grzywną delikwenta, który zanadto już się spóźnił. Pan
Moore kazał takiemu płacić pensa przed wejściem i uprzedzał, że następne
spóźnienie będzie go kosztowało dwa pensy.
Zasady bez wątpienia są konieczne w takich przypadkach; prostaccy i okrutni właściciele tworzą prostackie i okrutne zasady. A zdarzały się,
przynajmniej w czasie, o którym piszemy, nieludzkie wręcz zachowania.
Nie stawiam sobie za zadanie ukazywanie całkowicie upodlonych,
niegodziwych ludzi. Torturujących dzieci, tyranów i poganiaczy
niewolników powierzam pieczy strażników więziennych. Powieściopisarz
może być zwolniony z plamienia stron opisami ich haniebnych czynów.
Nie będę zatem dręczyć mojego czytelnika i porażać jego wyobraźni
opisami biczowania i pobicia, ale z radością go poinformuję, że ani pan
Moore, ani nadzorca jego robotników nigdy nie uderzył dziecka
pracującego w fabryce. Joe pewnego razu faktycznie surowo wychłostał
swojego własnego syna za uporczywe kłamstwo, ale, podobnie jak jego
pracodawca, będąc człowiekiem zrównoważonym, spokojnym i rozsądnym,
unikał stosowania kar cielesnych.
Pan Moore często obchodził swoją fabrykę, dziedziniec, farbiarnię i magazyny od bladego świtu. Słońce w końcu wzeszło, ale blade, bez
koloru, prawie jak kula z lodu, wyszło zza grzbietu wzgórza, posrebrzyło
sine krańce wiszącej nad nim chmury i jakby niechętnie zajrzało we
wszystkie zakamarki tej kotliny czy może wąskiej doliny, którą teraz
razem z czytelnikiem obserwujemy. Była ósma, światła w fabryce zgaszono,
sygnał do śniadania wydano. Uwolnione na pół godziny od harówki dzieci
zaczęły śniadanie: w małych blaszanych puszkach była kawa, a w koszyczkach - przydział chleba. Miejmy nadzieję, że jest go na tyle, by
się najadły, bo aż litość bierze, jeśli to nieprawda.
Pan Moore opuścił w końcu dziedziniec fabryczny i skierował kroki do
swojego domu. Znajdował się on w niewielkiej odległości od fabryki, ale
żywopłot i wysoki brzeg po obydwu stronach ścieżki, która do niego
prowadziła, nadawały temu miejscu charakter bardzo ustronny. Był to
nieduży, pomalowany na biało dom z zieloną werandą; wokół niej i pod
oknami widać było cienkie, brązowe łodyżki wijących się roślin; łodyżki
były teraz nagie i nie zapowiadały zbyt obfitego porostu liści i kwiatów
przed nadejściem lata. Przed domem był trawnik i kwiatowe rabatki. Te
ostatnie na razie były tylko skrawkami czarnej ziemi, wyjąwszy miejsca,
gdzie w osłoniętych zakamarkach wyrastały pierwsze przebiśniegi i szmaragdowozielone krokusy. Wiosna się spóźniała, zima była długa i surowa, ostatni śnieg stopniał dopiero co. Przed wczorajszymi deszczami,
na zboczach i szczytach wzgórz pozostały jeszcze białe resztki; trawnika
nie pokrywała bujna zieleń, ale bladożółta trawa, tak jak na pagórkach i pod żywopłotem. Z tyłu rosły trzy zgrabne drzewka, niezbyt wysokie, ale
nie mając konkurencji w pobliżu, bardzo cieszyły oko i zdobiły ogród.
Taki był właśnie dom pana Moore'a - przytulne gniazdko, stworzone do
przyjemności i rozmyślań, ale zbyt ciasne, by mogły się w nim rozwinąć
skrzydła energicznego działania i ambicji.
Ta atmosfera skromnego komfortu wydawała się nie mieć jakiejś
szczególnej wartości dla właściciela. Zamiast od razu wejść do domu,
Moore z małej szopy wziął szpadel i zaczął pracować w ogrodzie. Przez
kwadrans przekopywał ziemię (przez nikogo nieabsorbowany), gdy nagle
okno zostało otwarte i kobiecy głos zawołał do niego:
- Eh, bien! Tu ne dejeunes pas ce matin?39
Odpowiedź i reszta rozmowy była po francusku, ale ponieważ jest to
angielska książka, przetłumaczmy to angielski:
- Czy śniadanie gotowe, Hortensjo?
- Naturalnie, jest gotowe od pół godziny,
- To ja też. Jestem głodny jak wilk.
Rzucił łopatę i wszedł do domu. Wąskie przejście prowadziło do małego
salonu, gdzie czekało śniadanie złożone z chleba z masłem i kawy z dodatkiem mało angielskim - odrobiną duszonych gruszek. Nad tymi
wiktuałami górowała dama, która przed chwilą rozmawiała z Moore'em.
Muszę ją opisać, zanim na nowo podejmiemy opowieść.
Wyglądała na nieco starszą od pana Moore'a - pewnie miała jakieś
trzydzieści pięć lat, wysoka i w miarę zaokrąglona, miała kruczoczarne
włosy, teraz zwinięte w papiloty, zarumienione policzki, mały nos i nieduże czarne oczy. Dolna część twarzy wydawała się nieco za duża w porównaniu z górną z powodu niskiego, nieco pomarszczonego czoła.
Kobieta wyglądała nie tyle na złą, ile na nieco niezadowoloną; było coś
w całej jej postaci jednocześnie zabawnego i irytującego. Najdziwniejsza
w tym była jej suknia - wełniana spódnica i bawełniany kaftanik w paski.
Spódnica była krótka, odsłaniała nie do końca zgrabne nogi.
Pomyślisz czytelniku, że opisuję tu jakiegoś flejtucha, ale to zupełnie
błędne wrażenie. Hortensja Moore (siostra pana Moore'a) była bardzo
uporządkowaną, oszczędną osobą. Spódnica, kaftanik i papiloty były jej
strojem porannym, w którym w przedpołudnie przywykła zajmować się
gospodarstwem u siebie w ojczyźnie. Nie przejęła mody angielskiej tylko
dlatego, że musiała żyć w Anglii; trzymała się swojej starej,
belgijskiej, i uważała to za osiągnięcie.
Mademoiselle miała doskonałą opinię o sobie samej - nie do końca
niezasłużoną, posiadała przecież pewne dobre i rzetelne cechy; ale
raczej przeceniała wagę owych zalet. Poza tym kompletnie pomijała w swoich rachubach różne defekty, które im towarzyszyły. Nikt by jej nie
przekonał, że jest przesądna i ma ograniczone horyzonty. Zbyt drażliwa
na punkcie swojej własnej godności i ważności i zanadto skłonna do
obrażania się o drobiazgi, a przecież była to prawda. Gdy nie
kwestionowano jej pretensji do wytworności, nie wytykano jej przesądów,
umiała być życzliwa i przyjazna. Do swoich dwóch braci (oprócz Roberta
był jeszcze jeden Gérard Moore) czuła głębokie przywiązanie. Jako jedyni
pozostali reprezentantatami swojego rodu, w jej oczach obaj byli prawie
święci. Louisa znała jednak mniej niż Roberta. Jeszcze jako chłopca
wysłano go do Anglii, gdzie chodził do angielskiej szkoły. Wykształcenie
nie przygotowało go do handlu, nie miał też do niego zamiłowania z natury, gdy więc runęły nadzieje na odziedziczenie majątku i musiał
pomyśleć, jak się utrzymać, wybrał mozolną i skromną profesję
nauczyciela. Był najpierw korepetytorem w pewnej szkole, a teraz podobno
prywatnym wychowawcą w pewnym domu. Kiedy Hortensja wspominała Louisa,
opisywała go jako kogoś, kto ma des moyens40, ale jest zbyt
wycofany i cichy. Jej pochwały na cześć Roberta brzmiały zupełnie
inaczej: była z niego dumna i uważała za najwspanialszego człowieka w Europie; wszystko, co powiedział i zrobił, było w jej oczach wybitne i oczekiwała, że inni będą go postrzegać w ten sam sposób. Nic nie mogło
być bardziej irracjonalne, potworne i haniebne niż jakikolwiek sprzeciw
wobec Roberta, chyba że był to sprzeciw wobec niej.
Jak tylko Robert zasiadł do śniadania, podała mu porcję duszonych
gruszek i odkroiła spory kawałek belgijskiej słodkiej tarty; od razu
zaczęła wyrzucać z siebie oburzenie z powodu wydarzeń zeszłej nocy.
- Quelle idee! Niszczyć maszyny! Quelle action honteuse? On voyait
bien que les ouvriers de ce pays etaient a la fois betes et mechants.
C'etait absolument comme les domestiques anglaise, les servants surtout:
rien d'insupportable comme cette Sara, par exemple!41
- Wydaje się schludna i pracowita.
- Wydaje się! Nie wiem, jaka się wydaje, nie mówię też, że jest brudna i leniwa, mais elle est d'une insolence!42 Wczoraj spierała
się ze mną przez cały kwadrans na temat przyrządzania wołowiny.
Powiedziała, że gotuję ją za długo, więc robi się jak ścierka, i że
żaden Anglik nie zjadłby takiej potrawy, jak nasza bouilli43,
że mój bulion to po prosta ciepła, mętna woda, a co się tyczy
choucroute44, to nie weźmie jej do ust! Beczułkę, która
stoi w piwnicy - świetnie przygotowaną przeze mnie osobiście, ona nazywa
pomyjami! Zamęcza mnie ta dziewczyna, ale nie pozbywam się jej, a nuż
trafi się jeszcze gorsza? Masz to samo z twoimi robotnikami, pauvre
cher frere!45
- Zdaje się, że nie jesteś szczęśliwa w Anglii, Hortensjo.
- Mam obowiązek być szczęśliwa, gdziekolwiek ty jesteś, bracie; gdyby
nie to, znalazłoby się na pewno tysiąc rzeczy, które sprawiłyby, że
tęskniłabym za naszym rodzinnym miastem. Wszyscy ci ludzie tutaj wydają
mi się źle wychowani. Widzę, że śmieją się z moich zwyczajów. Jeżeli
jakaś dziewczyna z twojej fabryki przypadkiem wejdzie do kuchni i zastanie mnie przy gotowaniu (wiesz przecież, że nie mogę powierzyć
Sarze ani jednej potrawy), natychmiast śmieje się z mojej spódnicy i koszuli. Jeżeli przyjmę zaproszenie na podwieczorek, co się zdarzyło ze
dwa razy, zauważam, że nie zwracają na mnie uwagi, nie okazują mi
należnego szacunku. Przedstawicielka takich wspaniałych rodów jak
Gérardowie czy Moore'owie ma prawo żądać szacunku i czuć się dotknięta,
jeśli go nie czuje. W Antwerpii zawsze byłam traktowana z szacunkiem,
tutaj wystarczy, kiedy otworzę usta w towarzystwie, od razu patrzą na
siebie porozumiewawczo, jaki to niby śmieszny mam akcent, a przecież
wiem, że jest bez zarzutu.
- Hortensjo, w Antwerpii ludzie znali nas jako bogatych, tu, w Anglii
uważają nas za biedaków.
- Rozumie się, ale do czego to dochodzi, żeby ludzie byli tacy
wyrachowani? Pamiętasz, mój drogi bracie, w zeszłą niedzielę, padał
deszcz, poszłam więc do kościoła w moich porządnych czarnych sabotach,
oczywiście, nikt nie wyszedłby w nich na ulicę w wielkim mieście, ale
nie ma nic nagannego w tym, by chodzić w nich po błotnistych drogach.
Uwierz mi, kiedy szłam między rzędami ławek, opanowana i spokojna, jak
zawsze, cztery damy i tyluż dżentelmenów śmiało się, ukrywając twarze za
książeczkami do modlitwy!
- No cóż, nie wkładaj więcej tych sabotów. Mówiłem ci wcześniej, że w tym kraju się w nich nie chodzi.
- Ależ braciszku, nie są to przecież zwykłe saboty, takie jak noszą
wieśniacy. Mówię ci, te saboty noire, tres progres, tres
convenables46. Szanowani mieszkańcy Mons i Leuze, miast
położonych niedaleko od eleganckiej Brukseli - w zimie noszą właśnie
takie obuwie. Niech ktokolwiek spróbuje brnąć po błocie flamandzkich
dróg w paryskich butach na wysokim obcasie, on m'en dirait des
nouvelles!47
- Mniejsza o Mons i Leuze i flamandzkie drogi; jeśli wejdziesz między
wrony, musisz krakać jak i one. A co do spódnicy i koszuli, chyba też
nie powinnaś ich tu nosić. Nidy nie widziałem żadnej angielskiej damy
ubranej w takie rzeczy. Zapytaj Caroline Helstone.
- Caroline! Ja mam zapytać Caroline? Ja mam się jej radzić w sprawie
moich sukni? To ona we wszystkich sprawach powinna zasięgać porady u mnie - to jeszcze dziecko.
- Ma osiemnaście lat albo przynajmniej siedemnaście - w tym wieku
dziewczęta wiedzą już, jak należy się ubierać.
- Bardzo cię proszę, bracie, nie psuj Caroline. Nie trzeba, żeby sobie
coś uroiła. Jest teraz skromna i bezpretensjonalna, niech taka
pozostanie.
- To także moje życzenie. Czy dziś przychodzi?
- Tak, o dziesiątej, na lekcję francuskiego.
- Ale chyba nie sądzisz, że sobie drwi z ciebie?
- Nie sądzę. Docenia mnie bardziej niż ktokolwiek inny tutaj, ale też ma
więcej możliwości, by mnie bliżej poznać. Widzi, że mam wykształcenie,
inteligencję, maniery, krótko mówiąc wszystko, co powinna posiadać osoba
dobrze urodzona i wychowana.
- Bardzo ją lubisz?
- Bardzo to nie jest właściwe słowo. Nie jestem skłonna do gwałtownych
uczuć, za to na mojej przyjaźni można naprawdę polegać. Należy do
rodziny i odnoszę się do niej życzliwie, jako sierota budzi moje
współczucie, jej zachowanie jako mojej uczennicy raczej wzmacnia niż
osłabia przywiązanie, które rodzi się w takich przypadkach.
- Czyli na lekcjach zachowuje się dobrze?
- Moim zdaniem bardzo dobrze; ale jesteś świadom, bracie, że zwykłam
unikać nadmiernej poufałości, umiem zdobyć poważanie i wzbudzać
szacunek. Jednak rozeznałam się co do Caroline i jestem w pełni
przekonana, że ta dziewczyna nie jest doskonała, jej charakter
pozostawia wiele do życzenia.
- Daj mi ostatnią filiżankę kawy, będę sobie pił, a ty zabawisz mnie
opowieścią o jej wadach.
- Drogi bracie, cieszę się, widząc, że apetyt ci dopisuje mimo tych
wyczerpujących wydarzeń z wczorajszej nocy. Zatem, wracając do Caroline,
jest ona niedoskonała, ale pod moją ręką i prawie matczyną opieką, może
zrobić postępy. Od czasu do czasu wydaje mi się jakaś skryta, nie lubię
tego, ponieważ jest to mało dziewczęce i nieposłuszne; niekiedy zauważam
zbytnie pobudzenie i mam z tym kłopot. Jednak zwykle jest spokojna, bywa
też zamyślona i smutna. Z czasem na pewno nauczę ją, jak być opanowaną w każdych okolicznościach i jak zachowywać się stosownie, bez tej
niezrozumiałej melancholii. Nigdy nie akceptuję czegoś, co jest
niezrozumiałe.
- Niczego nie zrozumiałem. Co na przykład masz na myśli, mówiąc "zbytnie
pobudzenie"?
- Przykład najlepiej to wyjaśni. Czasem, jak wiesz, każę jej czytać
francuską poezję, żeby ćwiczyła wymowę. Podczas naszych lekcji zapoznała
się z utworami Corneille'a i Racine'a, wnikliwie i przykładnie, tak jak
staram się jej to wpoić. Od czasu do czasu jednak bywa jakaś
rozleniwiona i uczestniczy w lekcji raczej apatycznie. Nie toleruję
rozleniwienia u tych, którzy mogą korzystać z dobrodziejstwa moich nauk;
poza tym nie przystoi być apatycznym podczas czytania klasyki! Kilka dni
temu dałam jej do rąk tom krótkich utworów mało znanych poetów i posłałam ją pod okno, żeby jednego nauczyła się na pamięć, a kiedy w pewnej chwili spojrzałam na nią, zobaczyłam, że niecierpliwie kartkuje
książkę i wykrzywia usta z dezaprobatą, przeglądając pobieżnie wersy.
Zbeształam ją. A ona na to: Ma cousine, tout cela m'ennuie a la
mort48. Powiedziałam jej, że to nieodpowiedni język. Dieu! -
wykrzyknęła - II n'y a donc pas deux lines de poesie dans trute la
litterature franscaise?49 Zapytałam, co ma na myśli.
Poprosiła o wybaczenie z odpowiednią pokorą. Niebawem się uspokoiła.
Zobaczyłam, że uśmiecha się do siebie nad książką. Zaczęła się wytrwale
uczyć. Po pół godzinie stanęła przede mną trzymając w rękach złożony
tomik, jak tego zawsze od niej wymagam, zaczęła deklamować krótki wiersz
Chéniera La Jeune Captive50. Gdybyś słyszał, w jaki sposób
recytowała, jakie nieskładne komentarze wygłaszała, wiedziałbyś, co mam
na myśli, mówiąc "zbytnie pobudzenie". Ktoś by pomyślał, że Chénier jest
bardziej poruszający niż Racine lub cały Corneille! Ty, bracie, który
masz tyle przenikliwości, zgodzisz się na pewno, że taka niedorzeczna
opinia świadczy o niezrównoważeniu umysłu; na szczęście ma swoją
nauczycielkę. Nauczę ją rozumieć literaturę, zaszczepię prawidłowe
poglądy i dobry smak. Nauczę, jak panować nad swoimi uczuciami i kierować nimi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Anglokatolicyzm - prąd wewnątrz Kościoła Anglikańskiego, wiąże się z działalnością tzw. ruchu oksfordzkiego, przeciwstawiający się tendencjom liberalistycznym i racjonalistycznym, dążący do odrodzenia doktryny i życia religijnego przez nawiązanie do tradycji wczesnochrześcijańskich, reprezentowany przez anglokatolików - anglikanów prokatolickich. [wróć]
2. Mowa o Church Pastoral Aid Society, organizacji założonej w 1836 r. mającej na celu krzewienie Ewangelii wśród prostych ludzi. Wizję tę początkowo urzeczywistniano, udzielając pomocy materialnej najbiedniejszym parafiom. Dzięki takiej dotacji Patrick Brontë, ojciec autorki, mógł zatrudnić wikarego Arthura Nicollsa, który później poślubił Charlotte Brontë. [wróć]
3. Edward Bouverie Pusey (1800-1882) - angielski duchowny i teolog, jedna z czołowych postaci tzw. ruchu oksfordzkiego, mającego na celu reformę anglikanizmu. Przedstawiciele ruchu byli zwolennikami katolickiej tradycji kultu, kładli nacisk na apostolski i sakramentalny charakter Kościoła, nakłaniali do tworzenia męskich i żeńskich wspólnot zakonnych. [wróć]
4. Aaron - starszy brat i pomocnik Mojżesza, pierwszy arcykapłan izraelski. "Gdy następnego poranka wszedł Mojżesz do Namiotu Spotkania, zobaczył, że zakwitła laska Aarona z pokolenia Lewiego: wypuściła pączki, zakwitła i wydała dojrzałe migdały". Stary Testament, Księga Liczb za: Biblia Tysiąclecia, Pallottinum. Autorka ma na tu myśli trzech młodych duchownych. [wróć]
5. Tego już za wiele (franc.). [wróć]
6. Chodzi o Irlandię, trójlistna koniczyna jest symbolem narodowym tego kraju; przez wieki podstawowym posiłkiem ubogich mieszkańców Irlandii były ziemniaki. [wróć]
7. W przenośnym sensie staroirlandzkim. Irlandia w starożytności miała zostać zdobyta przez potomków Milesiusa, "żołnierza z Hiszpanii". [wróć]
8. Daniel O'Connel (1775-1847) - irlandzki polityk, walczył o niezależność irlandzkiego kościoła katolickiego, a także o zerwanie unii między Irlandią i Anglią. Mając poglądy konserwatywne, zawsze optował za konstytucyjnymi metodami walki i nie popierał rewolucyjnych dążeń swoich czasów. Pochodził ze starego rodu celtyckiego i odznaczał się atrakcyjnym wyglądem. [wróć]
9. Dysydent (łac. dissidens - niezgadzający się) oznacza w Anglii wszystkie wyznania protestanckie, które nie należą do kościoła anglikańskiego. [wróć]
10. Antynomista - wyznawca poglądu głoszącego, że skoro zbawienie jest darem Bożej łaski, to posłuszeństwo wobec Bożych praw nie jest konieczne; termin wprowadzony przez Marcina Lutra. [wróć]
11. Jakobini - francuski klub i ugrupowanie polityczne okresu rewolucji francuskiej. [wróć]
12. Lewellerzy ("zrównywacze") - republikańsko-demokratyczne stronnictwo polityczne w Anglii w połowie XVII w. [wróć]
13. Daniel - jeden z tzw. proroków większych, tłumaczył królom Babilonii Nabuchodonozorowi i Baltazarowi znaczenie ich snów. [wróć]
14. Ezechiel - prorok i kapłan żydowski z Jerozolimy, jego proroctwa dotyczą losów narodu żydowskiego. [wróć]
15. Helstone robi aluzję do nauki zwanej frenologią, która głosiła, że mózg składa się z szeregu oddzielnych ośrodków, zapewniająch fizykalne podstawy zjawisk psychicznych. Rozwój każdego z nich odzwierciedla się w układzie czaszki. Dziś uznaje się frenologię za pseudonaukę. [wróć]
16. Według Biblii był to wojownik filistyński ogromnej postury, pokonany w bitwie pod miastem Gob. [wróć]
17. Około 20 hektarów - przyp. tłum. [wróć]
18. Według Biblii, wysokiego wzrostu i urodziwy Saul był pierwszym królem Izraela; przed walką Dawida z Goliatem Saul zaproponował Dawidowi swoją zbroję i miecz. [wróć]
19. Rozporządzenia Rady (Orders in Council) były odpowiedzią na "blokadę kontynentalną", którą Napoleon zarządził przeciwko Anglii; uderzyły one także w angielski handel, budząc niezadowolenie wśród warstwy kupiecko-przemysłowej. [wróć]
20. Robert Castlereagh - brytyjski polityk, minister spraw zagranicznych w latach 1812-1822, popełnił samobójstwo. [wróć]
21. Och, do diabła! (franc.) [wróć]
22. Na początku XIX w. w Anglii oddziały robotników, zwanych luddytami, których mechanizacja produkcji pozbawiła pracy, napadały na fabryki, czasem także na ich właścicieli i niszczyły maszyny, uznając je za przyczynę swojego ciężkiego położenia. Luddyci nakładali maski i smarowali sobie twarze sadzą, by nie można było ich rozpoznać podczas napadu. [wróć]
23. Torysi i wigowie - brytyjskie stronnictwa polityczne, istniejące od drugiej połowy XVII do połowy XIX w. Torysi jako przedstawiciele posiadaczy ziemskich bronili przywilejów arystokracji; wigowie będąc reprezentantami burżuazji miejskiej, walczyli o reformy społeczne i polityczne. [wróć]
24. Baal (semickie: pan) - bóstwo czczone przez plemiona zachodniosemickie, znane we wszystkich mitologiach semickich. [wróć]
25. Arthur Wellesley, książę Wellington (1769-1852) - brytyjski wódz i polityk. Odniósł wiele zwycięstw nad Napoleonem w Hiszpanii (1808-1813), później pod Waterloo (1815). [wróć]
26. Ferdynand VII - w 1807 r. jako następca tronu hiszpańskiego został aresztowany za udział w spisku liberałów przychylnych Napoleonowi. Kiedy spisek wykryto, Ferdynand błagał rodziców o wybaczenie. Został królem Hiszpanii w 1808 r. i znów zwrócił się ku Francji, mając nadzieję, że cesarz będzie go wspierał, zamiast tego Napoleon zmusił go do abdykacji i uwięził we Francji na około siedem lat, Ferdynand wstąpił ponownie na tron w 1813 r. [wróć]
27. Cytat za: Biblia, Księga Wyjścia (wszystkie cytaty biblijne pochodzą z Biblii Tysiąclecia, wydawnictwa Pallottinum w Poznaniu, 2003). [wróć]
28. Chodzi o tradycyjny podział Izraela z czasów biblijnych. Lud Izraela dzielił się na plemiona, których nazwy pochodziły od imion synów Jakuba; Jakub miał dwunastu synów. [wróć]
29. Zwycięska dla Napoleona bitwa pod Lodi miała miejsce 10 maja 1796 r. Armia francuska po dowództwem młodego Napoleona starła się z tylną strażą armii austriackiej, bitwa ta stała się centralnym elementem legendy Napoleona. [wróć]
30. Gedeon - postać biblijna, izraelski sędzia i przywódca wojskowy. [wróć]
31. Krnąbrny chłopcze (franc.). [wróć]
32. Sam pan jest krnąbrny, robię to, co muszę; a wasi nierozgarnięci chłopi nie obchodzą mnie wcale! (franc.) [wróć]
33. Mój chłopcze, uważaj, bo nasi nierozgarnięci chłopi w końcu będą się z ciebie śmiali! (franc.) [wróć]
34. No i świetnie! A ponieważ mnie to nie obchodzi, moi przyjaciele też nie mają się czym martwić. (franc.) Twoi przyjaciele! Gdzież oni są, ci twoi przyjaciele? (franc.) Sam się pytam, gdzie oni są! No i dobrze, że ich nie ma. Do diabła z przyjaciółmi! Wciąż pamiętam, jak mój ojciec i wujowie z Gérardów wzywali na pomoc przyjaciół. Tylko Bóg wie, czy pospieszyli im z pomocą! Wie pan, panie Yorke, słowo "przyjaciele" zbyt mnie irytuje; niech pan już o nich więcej nie mówi. (franc.) Jak chcesz. (franc.) [wróć]
35. Utylitaryści - zwolennicy utylitaryzmu, doktryny etycznej rozpowszechnionej w XVIII-XIX w., głoszącej, że najwyższym celem moralnym jest dobro społeczeństwa osiągane przez pomnażanie dóbr jednostki. [wróć]
36. William Pitt (1759-1806), Robert Castlereagh (1769-1822), Perceval Spencer (1762-1812) - brytyjscy politycy końca XVIII i początków XIX w., autorzy Rozporządzeń Rady. [wróć]
37. Chodzi o króla Jerzego III, który popadł w obłęd i nie mógł samodzielnie rządzić; w 1811 r. ustanowiono rządy regenta, którym został jego syn, późniejszy król Jerzy IV. [wróć]
38. Wyłupiaste (franc.). [wróć]
39. Cóż to! Nie jesz dziś śniadania? (franc.). [wróć]
40. Środki, możliwości (franc.). [wróć]
41. Pomyśleć tylko! Co za hańba! Od razu wiadomo, że w tym kraju robotnicy są głupi i źli! Nie lepsze są angielskie służące. Kto może być bardziej nieznośny od naszej Sary! (franc.). [wróć]
42. Ale ona jest bezczelna! (franc.). [wróć]
43. Gotowana wołowina (franc.). [wróć]
44. Kiszona kapusta (franc.) [wróć]
45. Mój biedny, drogi bracie (franc.). [wróć]
46. To czarne pantofle, całkiem przyzwoite. (franc.) [wróć]
47. Wyobrażam sobie, jak będzie wyglądał. (franc.). [wróć]
48. Kuzynko, to śmiertelnie nudne! (franc.). [wróć]
49. Boże! - Czy w całej literaturze francuskiej nie ma dwóch wersów prawdziwej poezji? (franc.). [wróć]
50. Młoda więźniarka (franc.). [wróć]