- II -
Kopnięte drzwi z rozmachem uderzyły o wewnętrzną stronę ściany, wpuszczając do izby wirujący tuman śniegu. Skórki od słoniny wytrzymały. Wraz ze śniegiem do środka wtoczyła się zwalista postać, ocierając czoło i oczy z przyklejonych, topniejących płatków. Przybysz rozejrzał się po izbie i wrzasnął:
- Hej, karczmarzu! No rusz się, suczy pomiocie!
Żaden z zamroczonych pijaków nawet nie drgnął. W otwartych drzwiach stanął drugi mężczyzna, młodszy i szczuplejszy. Szczurowaty karczmarz już biegł w ich stronę, z mieszaniną zachwytu i lęku na twarzy.
- Prędzej! - warknął ten zwalisty. Wydawało się to niemożliwe, ale karczmarz pomknął jeszcze szybciej. Szczuplejszy zatrzasnął drzwi i ruszył w stronę światła, otrząsając śnieg z odzienia. Jason przyjrzał mu się spod oka. Nie ucieszył się tym, co zobaczył. Chłopak - bo był to młodzieniec najwyżej osiemnastoletni - miał na bladej twarzy wypisaną butę i arogancję. I był wyraźnie wściekły. Zwalisty zaczął coś mówić. Jason nadstawił ucha.
- Słuchaj, chamie, jakie niecodzienne szczęście cię spotkało. - Zwalisty mówił głośniej, niż potrzeba. - Zawitał do ciebie najstarszy syn twojego miłościwego hrabiego, Gilbert. Ze swoim giermkiem, znaczy się, ze mną.
Niech to szlag, niewesoło pomyślał Jason, rzeczywiście niespotykane szczęście. Obłowi się chłopina, oczywiście jeżeli zdoła przetrzymać pańskie humory. Ten smarkacz wygląda na nieobliczalnego.
- Wina, piwa, sera i polewki, jeżeli masz takową - wykrzykiwał dalej giermek. - I to szybko, bo inaczej...
Twarz karczmarza wyrażała mocno mieszane uczucia. Trzęsły mu się w widoczny sposób nogi.
- ...inaczej, wisząc na gałęzi, zobaczysz jeszcze, jak się pali ta twoja buda!
Reakcja karczmarza poważnie zaniepokoiła Jasona. Widać młody Gilbert, najstarszy syn miłościwego hrabiego, musiał mieć w okolicy ustaloną reputację.
Karczmarz pomknął do komory, po drodze budząc celnymi kopniakami śpiące dziewki. Pierwsza usiadła z rozdziawionymi ustami, poczęła wyczesywać palcami źdźbła słomy z rozczochranych włosów. Mrużąc oczy przed światłem, nieprzytomnym wzrokiem wodziła po izbie. Gdy jej spojrzenie zatrzymało się na młodym Gilbercie, zesztywniała. Poczęła szturchać drugą, wolniej wracającą do przytomności. Obie pospiesznie wstały i chwiejnie wycofały się w cień.
Młody Gilbert spojrzał zimno w twarz Jasona. Ten po krótkiej chwili spuścił wzrok. Nie miał najmniejszej ochoty pojedynkować się na spojrzenia. Nie teraz. Nie z tym przeciwnikiem.
Z komory wybiegł karczmarz i stanął przed Gilbertem.
- Prosimy, panie, prosimy! Wino już się grzeje, siadajcie, panie, przy ogniu.
Panicz Gilbert obdarzył cherlawego człowieczka spojrzeniem zarezerwowanym zazwyczaj dla psiego gówna, leżącego w słomie na posadzce zamkowej komnaty. Odwrócił się bez słowa.
Giermek podskoczył do karczmarza i z rozmachu trzasnął go otwartą dłonią w tył głowy. Huknęło głośno, ale szczurowaty ustał na nogach. Na szczęście napastnik zdążył uprzednio zdjąć kolcze rękawice.
- Uważaj, do kogo się odzywasz, śmieciu! - ryknął. - Szlachetny panicz nie ma ochoty cię słuchać! I dawaj szybciej to wino, bo jąk nie...
Karczmarz nie przejawiał zainteresowania tym, co się stanie, jeżeli szlachetni panowie nie dostaną na czas swojego wina, być może dobrze wiedział. W każdym razie zniknął w mgnieniu oka.
Korzystając z zamieszania, Jason spróbował nieznacznie usunąć się w cień. Z opuszczoną głową przesunął owinięty pasem kord po ławie i zamierzał właśnie przemieścić jego śladem swój ciężki tyłek. Zamarł w bezruchu na dźwięk cichego, kulturalnego głosu. Podniósł głowę i spojrzał na Gilberta.
- Nie trudźcie się, wam starszym przy ogniu wygodniej - powiedział uprzejmie panicz. - Siądźcie, powiadam. Zaraz wina dadzą, napijecie się. Ziąb taki, a na stare kości grzane wino najlepsze. My spoczniemy przy stole. Kiciak, zrób no trochę miejsca, posprzątaj.
Jason z udawanym stęknięciem usiłował powstać z ławy.
- Siadajcie - powtórzył z naciskiem rozmówca. - Napijcie się. Kiedy ja proszę, to trzeba usiąść. Wypić. I podziękować.
Cóż było robić. Jason z ponownym stęknięciem posadził tyłek na ławie.
- Dziękuję, panie - powiedział cicho, nie podnosząc wzroku. Gilbert nieoczekiwanie uprzejmie skinął głową.
Źle, psiakrew, nie da się spokojnie wyjść, pomyślał Jason. No cóż, trzeba przeczekać, może później będzie lepsza okazja.
Przez szum wiatru i zacinającego mokrego śniegu znów dały się słyszeć kroki, z pewnością kilku ludzi. Jason drgnął, spodziewając się następnego kopa w drzwi.
Tym razem, o dziwo, otwarto je nie kopniakiem, lecz całkiem normalnie. Wraz z kolejnym podmuchem zawiei w izbie znalazło się trzech zbrojnych. Dwóch gołowąsów i jeden starszy już człowiek. Zatrzymali się tuż za progiem i rozpoczęli zwykły rytuał otrząsania się ze śniegu. Najstarszy przetarł wierzchem dłoni długie, zwisające wąsy i zbliżył się do giermka.
- Konie w stajni - zameldował. - Znaleźliśmy obrok, to i zadaliśmy.
- Wytarte? - spytał Kiciak.
- Jakżeby nie? - oburzył się stary - Toć przecież zawsze...
- Dobrze już, dobrze... - niechętnie przyznał giermek. - Wiem. Ale sprawdzić zawsze warto.
- Sprawdzajcie - fuknął gniewnie stary.
- Kiciak - wtrącił łagodnie panicz Gilbert - trochę zaufania. Przynajmniej do pierwszego razu. Bo przecież drugiego razu by nie było, prawda, Kiciak?
Ten zarechotał obleśnie. Stary zbrojny stał sztywno, wpatrzony w punkt gdzieś za plecami giermka.
Młody panicz ze swym wiernym i niewątpliwie pasującym do niego giermkiem zasiedli przy koślawym stole. Pojawił się karczmarz z dzbanami wina i kubkami. Rozbudzone już całkiem dziewki uwijały się, przynosząc skądś bochenki chleba, gomółki sera i dymiące miski gorącej polewki. Jason z ulgą zauważył, że polewka nie pochodziła ze stojącego na polepie usmolonego kociołka. Być może reakcja Gilberta po skosztowaniu nie będzie zbyt gwałtowna.
Panicz szepnął coś giermkowi do ucha. Kiciak szarpnął karczmarza za połę kubraka i wskazał na Jasona. Szczurowaty kiwnął głową i zniknął. Po chwili z nowym dzbanem wina zmierzał w kierunku Jasona. Stawiając dzban na ławie, karczmarz usilnie starał się pochwycić jego spojrzenie. Nie było to łatwe, straszliwy zez powodował, że Jason musiał się domyślać, którym okiem właściwie patrzy mu w twarz. Ale gdy wreszcie się im udało, dostrzegł w małych oczkach szczurowatego śmiertelnie poważne ostrzeżenie. I coś na kształt współczucia.
Ostrożności nigdy za wiele, pomyślał Jason. Napełnił kubek, wstał, skłonił się i z uśmiechem przepił do Gilberta. Ten kiwnął łaskawie głową, ale bez uśmiechu. Gdy Jason, siadając, spojrzał na karczmarza, zauważył na jego twarzy ślad rozczarowania i dezaprobaty. Szczurowaty ledwo dostrzegalnie wzruszył ramionami, po czym odwrócił się i odszedł, nie poświęcając gościom więcej uwagi. Niech to diabli. Jason zorientował się, że popełnił błąd. Tylko jaki? Przymknął oczy. Trzeba się poważnie zastanowić, jak wykaraskać się z tej sytuacji. Wyjść teraz nie pozwolą, nie po tym ujmującym zaproszeniu. Trzeba zobaczyć, jak się sytuacja rozwinie. Może się upiją i przestaną zwracać uwagę. Poczekamy.
Zbrojni odpinali właśnie swe pasy z krótkimi mieczami. Stary ze zwisającymi wąsami podszedł do Jasona.
- Pozwolicie, panie? - zapytał. - Czas paskudny, warto się zagrzać przy ogniu. Nie wiadomo, kiedy każą znowu ruszać.
- Oczywiście. - Jason uśmiechnął się. Rzucił okiem w kierunku Gilberta i giermka. Wydawali się całkowicie pochłonięci jedzeniem i piciem. Kiciak podszczypywał właśnie jedną z dziewek, tę mniej paskudną.
- Oczywiście, siadajcie - powtórzył zaproszenie Jason. - Nie wydaje się jednak, abyście wkrótce ruszali. Wasz pan dopiero co zaczął posiłek.
Stary żołnierz usiadł na ławie. Pokręcił głową.
- Z naszym paniczem nigdy nie wiadomo. Ot, dobrze byłoby chociaż piwo wypić. Nigdy nie wiadomo. - Wciąż kręcił głową.
- Zwłaszcza dzisiaj - dokończył, i zwracając się do pozostałych zbrojnych, przestępujących z nogi na nogę pod ścianą, zawołał:
- A chodźcie, nie stójcie, jak... ten... Łaskawy pan pozwolili!
Dziewka przyniosła dzban z grzanym piwem i gliniane kubki. Zbrojni skwapliwie zabrali się do picia. Stary dostojnie umoczył obwisłe wąsiska w kubku, trzymanym dla rozgrzewki w splecionych dłoniach. Młodsi ciągnęli, jakby ich kto poganiał. Jason, nie odwracając się, krzyknął:
- Hej, dziewko... tego... jeszcze piwa!
Młodziakom zabłysły oczy, stary kiwnął głową z aprobatą. Jason pociągnął z kubka małego łyka, uznawszy, że dość już wina na dziś.
Zanim w pierwszym dzbanie pokazało się dno, zjawił się osobiście sam szczurowaty, niosąc w obu rękach parujące dzbany.
- To żeby dwa razy nie chodzić - wyjaśnił niepytany, stawiając ostrożnie piwo.
Jason nieprzerwanie myślał, w jaki sposób się z tego wszystkiego wykręcić. Dobrze byłoby się dowiedzieć, jak panicz Gilbert zwykł spędzać czas. Czy będzie pił, aż zwali się pod stół, czy też zacznie wcześniej rozrabiać. Czy dla dobrej zabawy wystarczy mu podszczypywanie dziewek, czy też musi kogoś pochlastać gwoli rozrywki. Trzeba by trochę rozruszać zbrojnych, może co powiedzą.
Prawdę mówiąc, nie liczył na to specjalnie. Zwykle pytani o obyczaje pana słudzy nabierali wody w usta. Należało jednak spróbować. Stuknął swym kubkiem o kubek starego.
- No, ale służbę macie niczego - zaczął nieobowiązująco. Stary nie zareagował. Uniósł wprawdzie swój kubek, wypił, ale nie podchwytywał tematu.
- Ludzki ten wasz pan, inny to by kazał w stajni, przy koniach, a ten do izby... - ciągnął Jason niezrażony.
Jeden z gołowąsów już otwierał usta, aby odpowiedzieć, ale stary spojrzał na niego. Młodzik zamarł. Stary pociągnął piwa.
- My, panie, z pocztu samego pana hrabiego - odezwał się wreszcie niechętnie. - Tylko dzisiaj pojechali my z młodym paniczem...
- I na wino grzane zaprosi, chociaż on szlachcic, a ja cóż, zwykły kupiec. Widać włos siwy uszanować potrafi.
Obwisłe wąsiska zanurzyły się w kubku. Młodziaki siedziały ze wzrokiem wbitym w swe naczynia.
- Nieczęsto się to zdarza, oj, nieczęsto - paplał Jason radośnie. - Dzieciskom ja opowiem, jak z drogi wrócę, jak to z jaśnie panem...
Stary odstawił kubek i skrzywił się, jakby znalazł w nim co najmniej zdechłą mysz. Spojrzał na Jasona, ale nic nie powiedział. Ten również zamilkł.
Gówno, to tyle, jeżeli chodzi o zdobywanie informacji, pomyślał ze złością. Stary zajął się swoim piwem, młodsi poszli za jego przykładem.
W pewnej chwili Jason spostrzegł, że bezwiednie obraca w dłoni kości do gry. Nieraz przyłapywał się na tym, idiotycznym jak uważał, nawyku. W momentach napięcia często wyjmował kości i obracał je w dłoni z cichym, ledwie słyszalnym grzechotem. Próbował usilnie zwalczyć to przyzwyczajenie, ale jak dotąd bez skutku. Prawdopodobnie dlatego, że naprawdę go to uspokajało. Tak jak teraz. Kości grzechotały cicho, a Jason myślał intensywnie. Nie podobały mu się szybkie spojrzenia, rzucane co jakiś czas w jego stronę przez Gilberta, coraz częstsze. Doszedł do smutnego wniosku, że dany mu czas zaczyna się kurczyć. Ten miły i cichy głos był tylko pozorem, pod maską spokoju Gilbert gotował się z wściekłości.
Kości w dłoni grzechotały coraz prędzej. A gdyby tak wyjść za potrzebą, do stajni, na konia i w las? Już ciemno, może nie dogonią...
Powoli wstał, przeciągnął się. Wtedy uświadomił sobie istotną wadę swego pomysłu. Nie zostawi przecież korda ani sakwy, a trudno będzie w razie czego wyjaśnić, po co je ze sobą zabiera. No, jeszcze kord ewentualnie do oganiania się od wilków, ale sakwa? Postanowił jednak spróbować, może nie zauważą. Wolno skierował się w stronę drzwi. Wydawało mu się, że Gilbert patrzy w inną stronę.
Zrobił kilka kroków, trzymając sakwę przed sobą, jeszcze kawałek...
Spokojny głos osadził go na miejscu.
- A dokąd to, panie kupiec? - spytał panicz Gilbert. Jego twarz nie była już beznamiętną maską, wykrzywiał ją złośliwy uśmiech. - Dokąd to? - powtórzył.
Jason stał, przeklinając w myśli w bardzo plugawy sposób.
- No, odlać się - odparł wreszcie. - Wino pędzi.
- A lejcie w kąt, panie kupiec, nie czyńcie subiekcji - zezwolił panicz łaskawie. - Ziąb taki na dworze, jeszcze sobie co przeziębicie, nie daj Boże. Lejcie w kąt, my zwyczajni.
Kiciak i obie dziewki zarechotali radośnie.
- Albo i co sobie utniecie, nie daj Bóg - kontynuował Gilbert. - Ot, na przykład tym kordem, co go tak przed sobą chowacie.
Stojąc w kącie tyłem do izby i obserwując pryskające mu spod nóg mokre, oburzone myszy, Jason stwierdził, że już teraz wszystko jasne. Teraz to naprawdę ma przechlapane.
Skończył, schował, po czym wrócił na ławę przy palenisku. Stary zbrojny podsunął mu pełny kubek. Jason pokręcił głową. Stary spojrzał mu w twarz i przysunął kubek ponownie.
- Napijcie się - powiedział.
- Dzięki, mam już dosyć - odparł Jason dość opryskliwie.
- Napijcie się - powtórzył z naciskiem zbrojny. - Napijcie. Mniej będzie boleć.
- Nie rozumiem - odparł Jason ostro. W istocie rozumiał już doskonale.
Zbrojny nie odpowiedział.
- Żywiej tam, żywiej z tym piwem - rzucił w kierunku młodych. - Zara do stajni trza, zobaczyć, paszy zadać.
- Ale po co, przecież... - zaprotestował jeden nieśmiało.
- Żywiej, mówię, mać wasza smutna! - warknął stary. Wystarczyło. Zbrojni ruszyli do wyjścia, dopinając po drodze pasy i poganiając się wzajemnie.
Dyscyplina, zauważył Jason mimochodem.
Gdy za młodymi zamknęły się drzwi i ustały na moment straszliwe przeciągi, stary milczał jeszcze dłuższą chwilę.
- Widzicie, nasz panicz nie miał dziś dobrego dnia... - zaczął wreszcie, po czym przerwał i pokręcił głową. - Oj, nie miał ci on dobrego dnia - podjął po chwili. - Do panny pojechał, co to się żenić z nią ma. Chociaż teraz, to już po prawdzie nie wiadomo. Całą drogę mówił, że do ślubu nie strzyma. Jeszcześmy koni rozpoprężyć nie zdążyli, jak panicz z sieni wypadł, a na gębie pięć palców równo miał odciśnięte. I taki cichy był, spokojny... A to u niego najgorzej. I jeszcze ojciec panienki, rycerz prawy, na cały kasztel ryczał, cobyśmy wyp... wynosili się z jego domu natychmiast, bo właśnie kusze napinają. Tak co było robić - tak my i wyjechali. A panicz przez całą drogę się uśmiechał i głosu nie podniósł. Tak najgorzej...
Staremu zaschło w gardle. Spłukał je piwem i gadał dalej:
- Nasz panicz dzieciuch to jeszcze... Wszystko sobie do serca bierze, każde głupstwo. Jak nikt mu nie krzyw, to do rany przyłożyć. Bywa, że i przez tydzień nikogo nie pobije, żadnego chłopa w łeb nie zdzieli czy dziewki nie wyonacy, ba, nawet kota żadnego nie rozedrze. Ale jak mu co za skórę zalezie, to robi się taki grzeczny i spokojny. I nie przejdzie mu, dopóki kogo nie skatuje. Bywa, że i na śmierć...
Jason spojrzał mimo woli na panicza Gilberta, który przestał rzucać w jego stronę szybkie spojrzenia, za to teraz wpatrywał się ciężkim, nieruchomym wzrokiem. Jason poczuł zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
- Jaki to ma związek ze mną? - spytał spokojnie.
Zbrojny uniósł ze zdziwieniem krzaczaste brwi.
- Nie wiecie? Nie udawajcie, na bystrego wyglądacie. W tej karczmie jesteście do wyboru - wy albo ten kurdupel karczmarz. Jak myślicie, z kim panicz będzie miał więcej zabawy?
Jason z niechęcią kiwnął głową. Nie mógł zaprzeczyć oczywistym faktom.
- I ja myślę, że na was popadło - zgodził się stary z przekonaniem. - Dlatego mówię, napijcie się. Ten kubek i następny. A potem jeszcze jeden. Aż padniecie pod stół. Bo wtedy mniej boli. A i panicz szybciej się znudzi, zgrzeje... Wykpicie się może połamanymi żebrami. Dobrze wam radzę... A jeśli wam się wydaje, coście duży, silny, a panicz chuchro, że strzymacie... Co więcej mówić, popatrzcie na Kiciaka. Panicz nie wozi go ze sobą dla ozdoby.
Rady były zapewne dobre, ale Jason zaczął właśnie odczuwać zalewającą go zimną złość. Zgoda, sam się w to wpakował, przez swoje lenistwo i nieostrożność, ale nie będzie dostarczał rozrywki zdegenerowanemu gówniarzowi i jego kompanii. Własne żebra bardzo sobie cenił i nie chciał wydobywać się z opresji ich kosztem. Poza tym, bywało gorzej. Spotykał się już z ludźmi typu Gilberta. W porządku, rozegra to po swojemu. Plan powinien się udać, a jeżeli nie, to jest jeszcze drugi. Poczuł przypływ optymizmu.
Śmiało zaczął brnąć w swój największy błąd.
Był pewien, że Gilbert stale go obserwuje. To była część zabawy, widzieć narastający lęk, gdy ofiara miota się i usiłuje znaleźć wyjście. Poczekać na nieuniknioną rezygnację. No dobrze, przyjacielu, patrz, patrz zachłannym wzrokiem, tak, żeby niczego nie uronić. Patrz, bo za chwilę się zdziwisz. Czas na przedstawienie.
Uniósł kubek i przepił w stronę Gilberta. Nie miał najmniejszych trudności z uchwyceniem jego wzroku, panicz już nie jadł, nie pił, nie zwracał uwagi na Kiciaka kotłującego się z dziewkami na słomie tuż obok. Wpatrywał się nieruchomo w Jasona. Ten wychylił kubek i uśmiechnął się serdecznie. Sięgnął po dzban i dolał piwa. Zbrojny patrzył na niego jak na kogoś, kto właśnie przewiesił pętlę przez gałąź i zakłada ją sobie na szyję. Splunął pod stół.
Niezrażony Jason znów przepił do Gilberta, ciągle z tym samym serdecznym uśmiechem. W twarzy panicza coś drgnęło. Najwyraźniej nie wiedział, co począć w obliczu takiej bezczelności czy błogiej nieświadomości. Spojrzał bezradnie w stronę, gdzie powinien znajdować się giermek, lecz w ciemności na słomie błyskał tylko podskakujący goły tyłek. Znikąd wsparcia.
Jason uśmiechał się nadal, z naprawdę szczerym zadowoleniem. Punkt dla niego. Udało się zakłócić pozorny spokój Gilberta, wybić go z transu. Teraz panicz zacznie się zastanawiać, dlaczego nie jest tak, jak zwykle. Oby tak dalej.
Wyrzucił trzymane w ręce kości na stół. Potoczyły się z grzechotem. Raz, drugi, trzeci... Stary zbrojny i dwóch gołowąsów, którzy wrócili tymczasem ze stajni, odstawiło kubki. Patrzyli zaintrygowani jak na mysz, która, zamiast uciekać, delektuje się serem tuż przed kocim nosem. Jason ciągle uśmiechał się beztrosko.
- Zagramy? - zaproponował wesoło.
Młodziakom opadły szczęki. Starego zatkało.
- Gdzież nam, chudopachołkom... - wyjąkał po chwili. - Toż i postawić co nie mamy, chyba żołd za następny miesiąc, bo z tego tośmy już przepili.. Ale też wam się chce grać, teraz... Alboście durni, albo... - Pokręcił głową. - Tak, jednak durniście... - zdecydował.
- Może jednak? - uprzejmie ponowił propozycję Jason.
- A może ze mną? - Głos zza pleców nie był już tak spokojny, lecz ostry i gniewny.
Jason schylił głowę, aby ukryć uśmiech. Chwyciło.
Wstał z ławy. Starając się nie patrzeć na Gilberta z góry, co nie było łatwe, zaczął przymilnie:
- Zaszczyt to wielki, panie, naprawdę. Ale jakże mi, niskiego stanu człekowi, grać z samym paniczem? Nie ośmie...
- Ośmielisz się, ośmielisz - przerwał Gilbert, nie starając się już ukrywać złości. - A jak nie, to my cię ośmielimy.
- Jakże to, jam niegodny ze szlachetnym panem.
Gilbert poczerwieniał i sapał coraz głośniej. Nie przeciągaj struny, upomniał się Jason w myśli. Panicz przetarł twarz dłonią i powiedział spokojniej:
- O tym, czyś godny grać ze mną, to ja decyduję! Zrobisz, co ja chcę! A nie, to każę Kiciakowi, a on to lubi, rozedrzeć cię jak... jak... - Uśmiechnął się nagle. - Jak kota.
Ryknął na całe gardło:
- Kiciak, skończ to pieprzenie i cho no!
Giermek wypadł z kąta, dopinając w biegu spodnie.
- Rozedrzeć? - spytał zdyszany.
- Głupiś. Panu kupcowi spieszno do gry, mnie takoż. Może później... A ty siadaj z nami. Popatrzysz, czegoś się nauczysz.
Zaprosił Jasona do stołu okrągłym gestem.
Jason zwykle unikał gry ze szlachtą. Tacy dobrze urodzeni byli zbyt ambitni, zbyt nieobliczalni. Nieźle znał się na ludziach, lecz ta znajomość obejmowała głównie jego zwykłą zwierzynę łowną - kupców, rzemieślników, żołnierzy. W ich wypadku pierwszy rzut oka wystarczał mu zwykle, aby ocenić, czy siadać do gry. Ocena szlachcica była trudniejsza. Pamiętał chrobrego rycerza, który po naprawdę niewielkiej przegranej, ot, paru sztuk srebra, rozpłakał się jak dziecko. Inny znów, po pierwszym przegranym rzucie obiecywał Jasonowi rozsiekanie na plasterki i wtrącenie do lochu, bez sensu zresztą, przynajmniej w tej kolejności. Szlachta miała jeszcze jedną paskudną przywarę - nawet beznadziejnie spłukani nie potrafili odejść od stołu, bo honor nie pozwalał. Tak, zwykle gra ze szlachcicem była stratą czasu, w dodatku niebezpieczną.
Jason liczył na młodość i niedoświadczenie Gilberta. Z jego zachowania i słów starego zbrojnego wnioskował, że młodzieniec wrażliwy jest na niepowodzenia i łatwo wpada w złość. Zamierzał więc na koniec niepomyślnego dnia poprawić mu nastrój, pozwalając wygrać, nie za łatwo, aby docenił wygraną. Martwiło go jedynie to, że niewiele pozostało mu do przegrania. Czy to, co ma, będzie wystarczającą rekompensatą? Na szczęście miał do postawienia jeszcze konia. Szlachetnie urodzeni byli osobliwie przywiązani do swych zwierzaków. Strata konia, oprócz materialnej, miała dla nich wymiar moralny, niemal hańby. Bo jak to, szlachcic na piechotę? To gorzej niż bez gaci. Wygranie konia mogło sprawić Gilbertowi dużą satysfakcję, pognębiając ostatecznie przeciwnika. Co do Jasona, to nie przejawiał on żadnego przywiązania do swego konia, wrednego i narowistego bydlaka, wygranego zresztą przed niespełna dwoma tygodniami. Im szybciej się go pozbędzie, tym lepiej, do Nottingham dojdzie spokojnie piechotą, trudno. Plan, aczkolwiek niesprawdzony, trzymał się kupy. Może się uda.
Drugi plan opierał się na ryzykownym nieco założeniu. Zakładał ogranie Gilberta, nie za bardzo, ale zawsze. Cóż bowiem znaczy skatować nieznanego człowieka bez powodu? Taki kaprys po prostu. Co innego zasiec człowieka, z którym przegrało się właśnie w kości, w dodatku człowieka niskiego stanu. Wstyd, zwłaszcza jeżeli się rozniesie. Plan również był niezły, ale zawsze istniała możliwość, że w decydującej chwili złość weźmie górę nad wstydem. Jason postanowił najpierw realizować plan numer jeden.
Gilbert zasiadł za stołem, wskazał miejsce po przeciwnej stronie. Ponaglany przez giermka karczmarz mocował właśnie nowe łuczywo w żelaznej kunie przybitej do belki nad samym stołem. Jason usiadł, rozejrzał się. Szczury z oświetlonych teraz kątów chowały się w dalsze, nadal mroczne. Na belce, niemal nad głową panicza Gilberta, nieco w lewo, siedział wielki, nastroszony, szaro-biały kocur. Zdawał się spać, czemu przeczyły ledwie widoczne drgnięcia nastawionych, ponadrywanych w niezliczonych bojach uszu. Wielki, mordziasty bydlak, pomyślał Jason z sympatią. Lubił koty, wbrew rozpowszechnionym poglądom nie uważał ich za sługi diabła. Dobrze ci tu, draniu, uśmiechnął się. Ciepło, pełno żarcia, możesz spać ile chcesz. Pewnie nawet myszy nie łapiesz, przyznaj się.
Mylił się. Wielki, mordziasty bydlak polował na myszy. Głównie dla rozrywki.
Gilbert zaczynał się niecierpliwić. Dobrze, oby tak dalej. Jason z namysłem grzebał w sakiewce. Nie mógł przecież rzucić na stół garści hufnali, nie była to stawka, jakiej po nim oczekiwano. Starannie wyławiał nieliczne monety.
Jego przewagą w każdej grze było coś, czego nie potrafił do końca określić i nazwać. Gdy brał do ręki kości, coś głęboko w umyśle, coś nieuchwytnego, mówiło mu, czy rzut będzie dla niego korzystny, czy nie. Nie było to wyraźne przewidywanie najbliższej przyszłości, nie wiedział, jak potoczą się kości ani ile oczek wyrzuci. Przeczuwał tylko, czy wygra, czy nie. Wrażenie było ledwo, ledwo uchwytne i łatwo było je przegapić. Nie sprawdzało się też zawsze - Jason nie wiedział, czy to przeczucie było fałszywe, czy też sam nie wsłuchał się wystarczająco. Było tak, jakby to ktoś za plecami, a raczej głęboko w głowie, mówił najcichszym z szeptów - teraz obstawiaj wysoko!
Już dawno zauważył, że ten nieuchwytny ktoś odzywa się tylko wtedy, kiedy Jasonowi zależy na wyniku gry, kiedy gra o coś ważnego i jest maksymalnie skoncentrowany. Gdy odpuszczał sobie grę, tajemniczy głos milkł lub stawał się tak cichy, że nie mógł go dosłyszeć.
Wsłuchując się w podszepty niewidzialnego wspólnika, Jason budował strategię swych gier. Z biegiem czasu dokonał kolejnych odkryć. Wygrane rzuty układały się w serie, na których granicy nawet owo ciche przeczucie traciło swą pewność. Następowało kilka rzutów, przy których przewidywanie mogło się nie sprawdzić. Potem przychodziło nieuchronne odwrócenie losu. Jason próbował kiedyś przełamać wyroki przeczucia. Grał wysoko wtedy, gdy miał przegrać, i odwrotnie. Przekonał się, że jest to możliwe tylko na początku i na końcu passy, kiedy indziej wewnętrzny głos był w zasadzie nieomylny. Owszem, zdarzały się wyjątki, lecz jak to bywa przy dłuższej grze, nieistotne. Świadczyło to jednak o tym, że pierwsza w życiu gra o jedyną posiadaną sztukę srebra była wielkim ryzykiem.
Już po kilkunastu rzutach doszedł do wniosku, że realizacja pierwszego planu będzie niemożliwa - panicz Gilbert grał jak idiota. Przekonany nie wiedzieć czemu o swej przewadze stawiał wysoko, za każdym razem, nie bacząc na rezultaty. Stos monet przed Jasonem rósł nieustannie, jego przeciwnik zaś dawno utracił swój wystudiowany, zimny spokój. Kości ze stołu chwytał tak zachłannym, drapieżnym ruchem, aż dziw, że nie zostawiał na deskach głębokich bruzd od paznokci. Każdy przegrany rzut - a jak dotąd wszystkie takie były - kwitował wściekłym waleniem pięścią w stół. Gdy passa zaczęła się odwracać, wpadł w drugą skrajność - zaczął obstawiać ostrożnie, rzucając miedziaka czy dwa. Niskie wygrane zdawały się denerwować go jeszcze bardziej od przegranych.
Jason westchnął. Gilbert był hazardzistą. Świadczyło o tym wiele oznak, obgryzanie paznokci, rozbiegane spojrzenie. Raz po raz panicz nerwowo przeliczał leżące przed nim monety.
Pierwszy plan zawiódł na całej linii. Jason nie mógł dać wygrać Gilbertowi tak, by ten się nie zorientował. Poza tym są pewni ludzie, którzy po prostu nie mogą wygrać, zawsze znajdą sposób, aby obstawić nie tak, zawsze uczciwie zapracują na swoją całkowitą klęskę.
Pozostawała jedna, jedyna, jakże nikła szansa - ograć przeciwnika tak, aby go upokorzyć i złamać psychicznie. Gilbert przekroczył już cienką czerwoną linię pomiędzy rozwagą i szaleństwem. Jego świat rzucił się dziś na niego i ugryzł boleśnie w zadek. Najpierw ta wredna dziwka, co to nie chciała dać i narobiła wrzasku, teraz ten tłusty sukinsyn, względem którego miał przecież całkiem inne plany. To wszystko miało być zupełnie inaczej!
Jason spod oka obserwował chłopaka. Spostrzegł paznokieć obgryziony do krwi. Trzeba wygrywać, powiedział sobie, przeciągać grę, wbijając od czasu do czasu szpilę, wygrywać konsekwentnie i bezlitośnie, nie dając Gilbertowi czasu na opamiętanie. Skoncentrować się i nie odpuszczać ani jednego rzutu.
Odetchnął powoli, głęboko. Po chwili przestał słyszeć tubalny głos podchmielonego giermka, który, choć nikt go nie słuchał, opowiadał kolejną historię o swych pijackich, wojennych czy dziwkarskich przewagach. Pozostał tylko Jason i jego przeciwnik, pozostały kości toczące się po stole i szaro-biały kot na belce, który zwyczajem kotów nie wadził nikomu, choć, sądząc z wieku i aparycji, miał równie bogaty życiorys jak przechwalający się głośno giermek. Kot, gdy musi, staje do walki, ale w przeciwieństwie do ludzi nie uważa za stosowne zanudzać kogokolwiek opowiadaniem o niej - po prostu kwestia smaku.
Zbliżał się najbardziej niebezpieczny moment gry. Całe srebro z sakiewki Gilberta leżało już przed Jasonem. Panicz, któremu ręce trzęsły się coraz bardziej, stawiał teraz monety wyjmowane po jednej z mieszka, który niechętnie, dopiero po dwukrotnym powtórzeniu rozkazu, wyciągnął z zanadrza Kiciak. Giermek po tej operacji stracił humor, przestał mleć ozorem i tylko postukiwał w stół trzymanym w brudnej garści obgryzionym gnatem. Spoglądał z urazą na swego pana. Widać młody panicz nie jest zbyt skrupulatny w oddawaniu długów, skonstatował Jason.
Postanowił przykręcić śrubę. Po każdym wygranym rzucie Jason rzucał Gilbertowi złośliwe uśmieszki. Ten skończył obgryzać paznokcie, zabrał się do palców. Jason pozwolił sobie na przerwę i rozejrzał się. Dostrzegł, że giermek bezwiednie się uśmiecha, paskudnym, złośliwym uśmiechem. Widać żal po stracie pieniędzy stłumił nieco wpojoną lojalność.
Spostrzegł to także Gilbert. Zatkało go na moment.
- Kiciak, kurwa... - wrzasnął. Głos załamał się. - Kiciak, przestań walić w ten stół, ja tu próbuję grać!
Giermek zastygł z przylepionym do twarzy uśmieszkiem. Chwilę trwał w bezruchu, po czym cisnął gnatem w siedzącego na belce kota, chybiając o dwa, trzy cale. Wielki bydlak nie raczył nawet drgnąć. Zdenerwowało to giermka, który schylił się i zaczął gwałtownie macać w brudnej słomie. Widać z powodzeniem, bo wnet wychylił się spod stołu, wściekle potrząsając kością, która, sądząc z rozmiarów, pochodziła z udźca nieźle wyrośniętego smoka. Zamachnął się. Potworny gnat zawirował w gęstym powietrzu, z hałasem poszybował w kierunku kocura. Ten ocenił spod przymkniętych powiek tor pocisku, błyskawicznie zamienił się w długą futrzastą sprężynę, która w mgnieniu oka zniknęła z belki. Gnat przeleciał nad wygrzanym miejscem i walnął w przeciwległą ścianę z hukiem, od którego zatrzęsła się cała karczma. Na siedzących przy stole posypały się śmieci.
- Kurwa... - powiedział z żalem giermek i usiadł. Już bez złośliwego uśmiechu.
Gilbert uparcie grzebał w sakiewce. Nie dogrzebał się niczego, i na jego twarzy po raz pierwszy pojawił się płaczliwy grymas. Spróbował jeszcze wywrócić sakiewkę na drugą stronę, co nie przyniosło pozytywnych rezultatów. Chłopak zacisnął bezradnie pięści.
Chwila prawdy, pomyślał Jason. Teraz albo wyciągnie miecz, albo postawi konie. Najpierw konia giermka. Jason prawą ręką masował sobie powoli kark.
Nie był to wbrew pozorom nerwowy gest ani próba przywrócenia krążenia w zdrętwiałej szyi. Raczej ostatnie ubezpieczenie, ostatnia linia obrony. Na karku Jasona, pod kołnierzem, przymocowana była skórzana pochwa, kryjąca pięć niewielkich noży. Właściwie nawet nie noży, ale samych ostrzy w kształcie wydłużonego liścia lub grotu włóczni, zakończonych krótkim żelaznym trzonkiem dla uchwytu. Krawędzie były tępe, by nie pokaleczyć trzymającej nożyk dłoni, ale czubki ostre jak igły. Szczelina w połowie ostrza zalana ołowiem służyła lepszemu wyważeniu. Chwycone za trzonek i rzucone wprawną ręką ostrze z trzech, czterech łokci przebijało półcalową deskę. To wystarczało - stoły do gry w kości rzadko bywają szersze niż trzy, cztery łokcie. Pozornie uniesione w bezradnym geście ręce mogły w jednej chwili porazić przeciwnika.
Już na początku swej kariery szulera Jason odczuł potrzebę posiadania dodatkowego, a raczej ostatecznego argumentu. Gdy jego koleżka Bill, chuderlawy chłopczyna zwany Wypierdkiem wykonał ostatni w grze rzut, używając nie kości, lecz kamienia, który akurat nawinął mu się pod rękę, Jason nie zdążył się uchylić. Za jednym zamachem stracił wygraną - poważną, zdechły kot, całkiem świeży, to nie w kij dmuchał, sama skórka warta pensa! - kawałek zęba i przyjaciela. Z tej lekcji wypływał nieodparty wniosek, że nawet najbardziej niepozorny i godny lekceważenia przeciwnik może w przypływie desperacji zmienić reguły gry. Przez pewien czas Jason nie siadał do gry bez sękatej pały na podorędziu. Nie było to jednak optymalne rozwiązanie, widok pały sprawiał, że miał coraz większe trudności w doborze partnerów. Potrzebował czegoś mniej rzucającego się w oczy, a o porównywalnej lub większej sile rażenia. Był przewidujący, w sporach z rówieśnikami wystarczyło zgłuszyć przeciwnika, ale przecież jego ambicje nie kończyły się na rozgrywkach o zdechłe koty, choćby całkiem świeże.
Rozwiązanie problemu przyszło z całkiem niespodziewanej strony. Ojciec, gdy był trochę niedopity, lubił snuć opowieści o dalekich krajach, w których jakoby w młodości bywał, i dziwach, które tam zobaczył. Jason nie dałby złamanego pensa za ich prawdziwość, zwłaszcza że ojciec nie miał dobrej pamięci i rzadko opowiadał tę samą historię dwa razy tak samo. W miarę zaś pochłanianego piwa szybko tracił wątek i nigdy nie kończył swego bajania. A opowieści pozbawione puenty nie miały żadnego wzięcia.
Gdy pewnego razu stary, kiwając się na zydlu, zaczął wyjątkowo niewiarygodną i kretyńską opowieść o wojownikach nocy, ukrywających swe długie miecze w podróżnych kosturach i zabijających przeciwników niechybnie ciskanymi ostrymi metalowymi gwiazdami, Jason nawet nie udawał, że słucha. Porąbało się staremu do końca, pomyślał z rozbawieniem, zaraz powie, że w nocy byli niewidzialni i gołymi rękami rozbijali mury. Opowiedziałby raz coś wiarygodnego, na przykład o błędnych rycerzach zabijających smoki, po co zaraz tak zmyślać. I tak już wszyscy się śmieją z tych bzdur. Jednak gdy stary wdał się w szczegóły, zaczął go słuchać uważniej. Tak, małe nożyki do rzucania, ukryte pod odzieniem! To było to, czego Jason szukał. Cierpliwie czekał na dokładniejszy opis, ale ojciec właśnie kończył o ten jeden kufel za dużo. Ostatnią bełkotliwą kwestią, jaką wygłosił, było zdanie o Maggie, co ma cyce jak donice... Dalszy monolog przerwała dość gwałtownie matka, przy użyciu mokrej ścierki. Maggie, żona wójta z sąsiedniej wsi, miała ustaloną reputację. I rzeczywiście imponujące cycki.
Nazajutrz Jason usiłował podpytać ojca o tajemniczych wojowników. Stary jednak, jak zawsze po przepiciu zgaszony i przemykający się ukradkiem, bąknął niechętnie, że słyszał coś od kupców jedwabnych, powracających z kraju za wielkim murem, gdzie żółci ludzie mają skośne oczy, a psy dupą szczekają... I tylko tyle. Zniechęcony Jason uznał, że wszystko było ewidentnym wymysłem starego pijaczyny. W te psy mógł jeszcze od biedy uwierzyć, ale mur otaczający cały kraj? Żółci ludzie? Czarni, zgoda, widział kiedyś takiego cudaka z trupą wędrownych kuglarzy w mieście, ale żółci?
Żółci czy nie, opowieść może bzdurna, lecz sam pomysł całkiem niezły, uznał jednak Jason po zastanowieniu. Obeznany nieco z płatnerskim rzemiosłem poświęcił następne miesiące na próby. Rezultatem była pochwa z pięcioma ostrzami o kształcie i rozmiarach będących wynikiem długich doświadczeń. Przez następne lata sztuka szybkiego, niepostrzeżonego dobywania i rzucania nożyków stała się jedyną, której doskonalenia nigdy nie zaniedbywał, pomimo wrodzonego lenistwa.
Po latach musiał oddać sprawiedłiwość zapijaczonemu blagierowi, swemu ojcu. Po raz pierwszy, gdy spłukany do samych gaci najemny żołdak osuwał się powoli z ławy, śmiesznie zezując na tkwiący pomiędzy oczami trzonek ostrza, a z martwiejących palców wysuwał mu się paskudny sztylet. Po raz drugi, gdy w porcie Smyrna zobaczył małego, niepozornego człowieczka o skośnych oczach, który zabawiał gawiedź łamaniem calowych desek i rozbijaniem cegieł gołą ręką. I tylko wszystkie psy, jakie w życiu napotkał, szczekały właściwym końcem.
...Jeszcze nie tym razem. Gilbert na razie nie zerwał się z ławy, zaciśnięte pięści rozluźniły się. Jason odetchnął ze szczerą ulgą. Ciężko by było. Najgorszy ten giermek, siedzący z boku, niewygodnie. Trzej zbrojni. Pięciu ludzi, pięć ostrzy. Szanse niewielkie. A nawet, jeżeli jakimś cudem udałoby się powalić wszystkich, to przecież syn hrabiego nie jest jakimś włóczęgą, o którego się nikt nie upomni.
Cisza przedłużała się. Gilbert patrzył tępym wzrokiem na przenicowaną sakiewkę. Jeszcze nie jest gotów, pomyślał Jason, jeszcze się waha, a rozbicie mojego łba wydaje mu się równie dobrym rozwiązaniem jak próba postawienia wszystkiego na ostatni rzut i nadzieja odegrania się. Trzeba mu pomóc...
- Czyżby znudziła cię nasza niewinna rozrywka, panie? - zapytał z wystudiowaną, nieszczerą troską.
Panicz podniósł głowę i wpatrywał się szklistym wzrokiem w Jasona, jakby nie docierało do niego to, co słyszał. Ten przycisnął mocniej:
- Fortuna ci nie sprzyja, panie. - Zarechotał z udanym współczuciem. - Cóż, ja nie mam powodu, by narzekać. Raz się wygra, a raz...
Zaczął zgarniać srebro ze stołu. Gilbert rzucił się i przycisnął jego rękę do desek.
- Jeszcze nie skończyliśmy... - zasyczał cicho. - Jeszcze nie...
Przybliżył się do Jasona i dysząc mu w twarz kwaśnym odorem wypitego wina, wyszeptał:
- Stawiam mojego konia. Przeciwko wszystkiemu. Ostatni rzut.
Jason rzucał pierwszy. Ledwie toczące się po deskach kości znieruchomiały, panicz z zastygłą w dzikim grymasie twarzą zgarnął je ze stołu. Potrząsnął, raz, drugi. Już, już miał je wyrzucić z dłoni, gdy zamarł. Gestem nieszczęsnego dyletanta uniósł zaciśniętą pięść do ust i chuchnął. Szybkim ruchem nadgarstka rzucił kości na stół.
Przegrał.
Zerwał się, przewracając ławę. Dłoń bezradnie macała przy boku, szukając rękojeści miecza, który wprzódy odpiął wraz z pasem i rzucił na ławę. To ostatecznie przeważyło. Chłopak zapadł się w sobie, ramiona opadły mu bezwładnie. Rozpłakał się.
Ciepła fala ulgi spłynęła na Jasona. Gilbert nie tylko nie umiał grać, nie potrafił też przegrać w dobrym stylu. Jason opuścił wzniesione nad karkiem ręce. Teraz trzeba gówniarza ugłaskać, pocieszyć i spróbować przegrać do niego tego pieprzonego konia. I może trochę pieniędzy. Poczuł, że trzęsą mu się nogi. W czasie rozgrywki nie zdawał sobie sprawy ze straszliwego napięcia, ale wreszcie przyszła reakcja. W końcu stawka była wysoka, chyba jak nigdy dotąd. Coś trzeba wymyślić, ale to za chwilę, najpierw przydałoby się przepłukać gardło... Zbrojni wpatrywali się w palenisko, udając, że dostrzegają w nim coś niezmiernie interesującego. Giermek... Gdzie podział się ten...
Zanim Jason z rozmachem uderzył twarzą w nieheblowane deski stołu, w gasnącym czerwonym rozbłysku zrozumiał, gdzie podział się giermek. Pokłady smoczych gnatów pod stołem były widać niewyczerpane i Kiciak nie miał trudności ze znalezieniem odpowiedniego.
***
Powrót do przytomności był procesem trudnym i bolesnym. Wszystko wirowało w mętnej, szarej mgle. Rozpaczliwie czepiał się tych przebłysków, usiłując wydobyć z mroku, nie wiedząc kim ani gdzie jest. Powoli wracała doń świadomość własnego ciała, napływała bólem ściskającym skronie, ukłuciami w boku. Cierpienie pomagało chwytać strzępiące się myśli. Spróbował poruszyć się, ale paląca fala przetoczyła się przez całe ciało. Zwiotczał gwałtownie, jednak po chwili usiłował zrobić coś łatwiejszego - otworzyć oczy. Nie mógł. Panika wyzwoliła następny przypływ bólu. Znieruchomiał.
Poczuł zimny dotyk i wilgoć na policzkach. Ktoś przemywał mu twarz. Starając się ignorować ból, powoli uniósł rękę. Z trudem przesunął po czole, oczodołach. Namacał twardą, zeschniętą skorupę. Nie jestem ślepy, pomyślał, nie mając nawet siły na ulgę. To tylko krew zlepiła powieki.
Niezbyt delikatne zabiegi przy twarzy zaczynały przynosić rezultaty. Mógł już rozchylić powieki jednego oka, co niezwłocznie uczynił, ale zaraz je zamknął. Światło wbiło się w czaszkę jak sztylet i eksplodowało jaskrawo.
- Spokojnie - usłyszał. - Nie spiesz się tak, człowiecze.
Nie poruszył się, czując, jak mokra szmata zdziera rozmiękłe strupy z twarzy. Zapiekło rozcięte głęboko czoło. Ten drobny ból dodany do ogólnej sumy dolegliwości nie zrobił na nim większego wrażenia.
- No, gotowe - powiedział znajomy, niski głos. - Możesz otworzyć oczy, tylko ostrożnie.
Jason usłuchał, próbował przypomnieć sobie, gdzie jest i co tu tak naprawdę robi. Nie było to łatwe, bo myśli rwały się jak zetlałe płótno. Karczma... szczurowaty kurdupel... kocur na belce... Powoli, z wielkim trudem składał wszystko do kupy. Gilbert... zwalisty giermek... ostatni rzut o wszystko... Wiedział już i nagły poryw lęku zmusił go do dźwignięcia głowy. Z takim samym skutkiem, jak poprzednio. Poprzez huczące w głowie dzwony dosłyszał:
- Mówiłem, otworzyć oczy, a nie siadać, dupku.
No proszę, awansowałem na dupka, pomyślał Jason niewesoło. Poniekąd słusznie.
W głowie zahuczało, ale po chwili ujrzał przed sobą trzech karczmarzy. Mozolnie wytężał wzrok, aż karczmarze poczęli nakładać się na siebie i pozostał tylko jeden. Ten środkowy.
- Jak... - chciał zapytać, lecz z gardła wydobyło się jedynie niezrozumiałe skrzeczenie. Zakaszlał. W żebrach znów zakłuło.
Karczmarz podtrzymał mu głowę i podsunął do ust gliniany kubek. Jason usiłował pić, krztusząc się raz po raz. Miał problemy z oddychaniem. Gdy karczmarz odsunął kubek, uniósł rękę i z niedowierzaniem dotknął czegoś w rodzaju dorodnej rzepy, wyrastającej ze środka twarzy. Tam, gdzie u innych ludzi, a i przedtem u niego zwykł znajdować się nos.
- Jak długo... - spytał zgrzytliwie, lecz zrozumiale.
- Długo. Już dzień. Całą noc bez ducha przeleżałeś.
Jason ponownie pomacał dorodną rzepę.
- A tak - powiedział szczurowaty, szczerząc się złośliwie. - Też złamany.
Coś mi w tym uśmiechu nie pasuje, mętnie skonstatował Jason, ale chwili już wiedział: szczurowatemu pozostał tylko jeden siekacz, ten nadłamany. Karczmarz pochwycił jego spojrzenie. Chuda twarz ściągnęła się.
- Tak, kurwa - wycedził wolno - przez ciebie. Nie tylko to...
Zamilkł. Potem odezwał się cicho i jakoś bezradnie:
- Jak dostałeś w łeb, panicz zaraz przestał płakać. Wściekł się. Myślał, że nie żyjesz, zresztą, wyglądało zrazu, że się nie myli. Tyle juchy wypłynęło z twojego nochala. Panicz dał giermkowi w pysk, krzyczał, że to on powinien ci urwać łeb przy samej dupie... Giermek próbował tłumaczyć, ale panicz wściekł się jeszcze bardziej. Biegał po izbie. Nie zdążyłem odskoczyć, walnął w pysk... Cóż, zwyczajny jestem, wywinąłem się, i w kąt. Zęba po drodze wyplułem. Nie gonił mnie, niestety... Odwrócił się i wpadł prosto na Mary...
Głos załamał mu się. Na chudej twarzy malował się ból.
- Wpadł prosto na Mary. Głupia dziewka, nie uciekła zawczasu ... Tak bez niczego, bez racji uderzył ją w twarz. Rękojeścią. Ładna nigdy nie była, a teraz... Córuś moja...
Zgarbionymi plecami wstrząsnął szloch. Po chwili karczmarz przetarł oczy i mówił dalej:
- Na szczęście zacząłeś się ruszać. Wtedy zajęli się tobą. Skopali cię obaj, z giermkiem. Kiedy chcieli cię dobić, stary James, wiesz, ten zbrojny, krzyknął, że nie uchodzi. To, że jeszcze żyjesz, to tylko jego zasługa. Panicz sklął go, rzucił się z mieczem, ale James nie uląkł się. Po prawdzie, on hrabiowski, nie panicza. A mir u hrabiego ma duży, trzydzieści lat będzie, jak w służbie... Posłuchanie u hrabiego ma. Panicz wie, że gdyby hrabia dowiedział się, że znowu do kości zasiadł, że wszystko przegrał, a ciebie potem usiekł, to... Pewnie nogi by mu z dupy powyrywał i psom do zabawy rzucił. Bo łońskiego roku konia zacnego, bojowego panicz w kości na jarmarku przegrał do szlachcica pewnego. A jak próbował siłą go odbierać, to tylko ludzi wytracił. I honor, jak powiadał pan hrabia. A dla takich panów ludzie to furda, honor to grunt...
Wysmarkał się hałaśliwie, krzywiąc się.
- Otrzeźwiło to panicza. Giermek radził wprawdzie, coby wszystkich wyrżnąć i karczmę spalić, to i wstydu nijakiego nie będzie, bo się nie rozniesie, ale panicz już nie słuchał. Gotowało się w nim dalej, ale poniechał cię. Miotał się jeno po izbie i klął, tak że aż mi straszno było. Pochowali my się wszyscy, tylko kot, jak krew poczuł, zawściekł się okrutnie. Biegał po izbie, ba, żeby to po izbie. Po ścianach i powale biegał, nie uwierzycie, jako po polepie. Syczał, parskał, z pazurami się rzucał. Próbowali go zarąbać, ale gdzie tam, na kota z mieczem... Z kuszy jeno, a i to trudno. Wywijał się. Raz giermek w kąt go zapędził, chwycił, a rękawice kolcze miał... Tyle tego było, że kocur pysk mu zorał, szkoda, że ślepiów nie wydrapał. Wyrwał się zaraz i tyle go widzieli. Jemu jednemu się udało.
Szczurowaty zamilkł na chwilę. Spojrzał Jasonowi prosto w oczy.
- Czy możesz podać mi powód? - zapytał już spokojnie. - Choć jeden powód, dla którego nie miałbym urżnąć ci łba i zawieźć paniczowi w prezencie? Tylko jeden, więcej nie oczekuję.
Jason nie spuścił wzroku. Było mu wszystko jedno.
- Nie mogę - mruknął po prostu.
- Nie możesz - powtórzył powoli karczmarz. - Nie możesz... Skoro tak, to ja ci podam. Bo widzisz, szlachetny panie kupiec, z ciebie jest taki sam kupiec, jak ze mnie królewski szeryf. Bo jesteś taki sam oszust, złodziej i skurwysyn, jak ja. Nie obrażaj się, widziałem jak grasz. Widziałem twoją sakiewkę, równie prawdziwą jak ty. Widziałem, co masz za kołnierzem...
- Nie obrażam się... - powiedział Jason z trudem. Palił go wstyd. Nie dlatego, że karczmarz go przejrzał, ale z powodu tego, co ściągnął szczurowatemu na głowę.
- Nie obrażasz się... To dobrze, bo gdyby było inaczej, może jednak urżnąłbym twój głupi łeb. A jeśli nie urżnę, to wiesz dlaczego? Nie, nie przez jakąś pieprzoną solidarność, niech ci się nie wydaje. Takie sukinsyny jak my nie mają żadnych zasad. Nie urżnę ci łba jedynie dlatego, że nie mam w tym żadnego interesu. Bo twoje pieniądze i tak zabrał Kiciak. A ja nie zabijam dla zabawy, tym się różnię od miłościwego panicza.
Zamilkł i tylko fukał gniewnie.
- Teraz spróbuj się pozbierać i wynoś się stąd. Panicz ochłonie i wróci tu niebawem, na pewno. Kto wie, co zrobi, może zabije tylko ciebie, a może nas wszystkich, i karczmę spali. Wynoś się czym prędzej. Dość już narobiłeś złego...
Jason spróbował wstać. Z trudem, ale o dziwo udało się, choć z lekka go zamroczyło.
Chwiejnie, trzymając się ściany, ruszył do drzwi. Po trzech krokach nogi się pod nim ugięły, opadł na kolana i zwymiotował. Nie bardzo miał czym, więc uporczywe skurcze niemalże wyrzuciły mu żołądek przez gardło.
- Zaczekaj! - zawołał za nim karczmarz. - Nie tak ostro. Usiądź na ławie, oprzytomniej trochę. Inaczej na koniu nie usiedzisz, a teraz całą izbę mi zarzygasz.
Obrzucił wzrokiem zagrożone pomieszczenie.
- Po prawdzie, niewiele to zaszkodzi - dodał nieoczekiwanie.
***
Zrywał się wiatr, z niskich chmur zaczynał sypać rzadki, mokry śnieg. Jason podszedł powoli do swego konia, którego karczmarz trzymał za uzdę. Bez słowa, przeklinając z bólu w myślach, wgramolił się na siodło. Karczmarz podał mu kord i sakwę. Z tyłu, w otwartych drzwiach dostrzegł dziewczynę z twarzą obwiązaną brudną, zakrwawioną szmatą. Zakłuło go ze wstydu. Nie wiedział, co zrobić. W końcu nie zrobił nic.
- Jeszcze jedno - dobiegł go głos szczurowatego. - Na twoim miejscu nie jechałbym gościńcem. Panicz może tam na ciebie czekać. Wprawdzie w taki ziąb... - Wstrząsnął się. - Ale panicz zajadły. Jedź przez las, droga wprawdzie dalsza, a las, mówią, przeklęty, upiory tam podobno krążą, zwierza okrutnego dużo... Dla ciebie jednak i upiór lepszy od panicza.
Jason zastanowił się nad propozycją. Bał się wprawdzie lasu, bał się zabłądzić, ale w obecnej sytuacji... Nawet upiory mniej straszne. Kiwnął głową.
- Masz rację - powiedział. - I... dziękuję.
- Za co? - wybuchnął oszust, złodziej i skurwysyn. - Za co?! Za to, żem ci gębę otarł? Za to, żem drogę wskazał? Zwyczajna to rzecz.
- Nie za to. Za to, żeś nie uznał konia, korda i sakwy za wartych mojego łba. Bo tylko interes się liczy, zasad przecie żadnych nie ma między nami skurwysynami...
Karczmarz długo milczał. Bo i cóż było mówić.
- Jedź już - rzekł wreszcie cicho. Odwrócił się i nie oglądając się, zamknął za sobą koślawe drzwi, zawieszone z braku zawiasów na skórkach od słoniny.
Jason popędził konia.
Na belce pod okapem siedział biało-szary kocur, śledząc go nieruchomym spojrzeniem żółtych ślepiów. Uśmiechał się wewnętrznie, jak to koty mają we zwyczaju - z wyjątkiem słynnych kotów z Cheshire, które jak wiadomo śmieją się pełną gębą - wspominając krew tryskającą z pooranej pazurami twarzy paskudnego giermka. Kota bowiem skrzywdzić łatwo, wystarczy przerwać mu spokojną drzemkę czy też polać wodą. Brrr... Wzdrygnął się na samą myśl o tak niecnym czynie. Tak, kota skrzywdzić łatwo... Ale kot pamięta. Długo pamięta.