Sherlock. Prawdziwa historia psiego strażaka - Paul Osborne

Reflow text when sidebars are open.
Danielle Cotton komisarz Londyńskiej Straży Pożarnej
Wszyscy wiedzą, że posiadanie czworonożnego przyjaciela wpływa pozytywnie na człowieka - to doświadczenie wzbogacające życie. Psy sprawiają, że jesteśmy szczęśliwsi, zdrowsi, a na naszych twarzach pojawia się uśmiech.
Gdy w 2000 roku Londyńska Straż Pożarna wprowadziła w swoje szeregi psich śledczych specjalistów do spraw podpaleń, byłam w siódmym niebie. Kocham psy, ale tu chodziło o coś znacznie więcej. Nasze psy pomagają Brygadzie Straży Pożarnej zrobić wszystko, by osoby odpowiedzialne za celowe podłożenie ognia zostały osądzone i skazane. Obserwowanie, jak nasze psy węszą w poszukiwaniu źródła ognia, ma w sobie coś magicznego. Ich wrażliwe nosy są dokładniejsze od większości najczulszych urządzeń, które dotychczas zaprojektowano do wykrywania substancji łatwopalnych.
Sherlock - kulka energii - jest cocker spanielem, którego oficjalny tytuł służbowy to psi oficer śledczy Londyńskiej Straży Pożarnej. Dołączył do brygady w 2013 roku i robi wrażenie. Mijając się z nim na ulicy, ktoś mógłby uznać go za zwykłego psa, ale nic bardziej mylnego. Jest integralną częścią londyńskiej jednostki straży pożarnej i prewencji, pomagając nam w dbaniu o bezpieczeństwo obywateli. Jego niezachwiana determinacja i szybkość, z jaką jest w stanie wytropić substancję łatwopalną, zredukowały czas, który był nam potrzebny do zbadania miejsca pożaru. Jego nos jest w stanie namierzyć dokładnie nawet najmniejsze pozostałości podejrzanych substancji nawet rok po ugaszeniu ognia.
Jednak Sherlock byłby zagubiony bez swojego wiernego opiekuna Paula Osborne'a. Razem tworzą naprawdę zżyty duet profesjonalistów, czy to w pracy, czy poza nią. Paul ma za sobą dwadzieścia jeden lat doświadczenia w straży pożarnej. Po udoskonaleniu swoich umiejętności w Straży Pożarnej i Służbie Ratowniczej hrabstwa Kent w 2005 roku przyjechał do Londynu. Od 2009 roku pracuje w naszej brygadzie dochodzeniowej straży pożarnej, ustalając przyczyny pożarów, badając pogorzeliska i występując w sądzie w celu złożenia zeznań w przypadkach pożarów z ofiarami śmiertelnymi i podpaleń.
Ogromnie się cieszę, że Paul podzielił się z nami wspaniałą historią swojej drogi z Sherlockiem. Jesteśmy niesamowicie dumni, że są częścią Londyńskiej Straży Pożarnej.
Dzień Zero
"Paul, będziesz świetny w nowej roli, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, ale mam dla ciebie małą radę: nie będziesz miał pojęcia, co na siebie bierzesz, dopóki nie zjawi się twój pies. Pamiętaj o tym".
Wtedy ta uwaga, która padła z ust mojego kolegi po fachu, śledczego pożarniczego Micka Boyle'a, wydała mi się nieco dziwna. Nie byłem do końca pewien, co miał na myśli, ale wierzyłem, że tak doświadczony opiekun zespołu, zajmujący się dwójką psów strażaków, Roscoe i Murphym, na pewno ma rację. Rozmawialiśmy ze sobą dużo między zmianami, żartowaliśmy i wygłupialiśmy się przy kawie. Wziąłem jego słowa za pełną najlepszych intencji poradę od szanowanego kolegi obdarzonego uszczypliwym poczuciem humoru, ale tym razem wyglądało na to, że nie będzie puenty. A może zwyczajnie ją przegapiłem? Szczerze mówiąc, byłem tylko w połowie skoncentrowany na tym, co się do mnie mówiło, bo w tamtej chwili moje myśli zaprzątała tylko jedna rzecz.
Byłem na to gotowy. Właśnie tego od dawna pragnąłem: własnego psa śledczego - a konkretnie psa do wykrywania substancji z grupy węglowodorów. Mick wiedział, że zawód opiekuna to spełnienie moich marzeń. I tak oto 12 lipca 2013 roku nadszedł Dzień Zero - dzień, którego nigdy nie zapomnę. W moim życiu miał pojawić się Sherlock. Był nie tylko psem strażackim. Ta mała petarda była dumą Brygady Dochodzeniowej Londyńskiej Straży Pożarnej. Wszyscy moi koledzy po fachu uważali go za prawdziwą szychę. Sherlock był po prostu najlepszy, a teraz miał trafić w moje ręce.
Czy na pewno byłem na to gotowy? I co ważniejsze, czy sam Sherlock uważał, że jestem? Bo jeśli nie, to mieliśmy prawdziwy kłopot. To była jedna z tych chwil oświecenia, w której człowiek staje przed lustrem i przygląda się sobie, sprawdzając, czy nadal tam jest. "Lustereczko, powiedz przecie: kimże jestem? Co takiego osiągnąłem? Dokąd zmierzam?" Łapiecie, o co mi chodzi?
Zacznijmy od tego co najłatwiejsze...
Kim jestem? Nazywam się Paul Osborne i przez ostatnie pięć lat pracowałem jako śledczy pożarniczy w Londyńskiej Straży Pożarnej. Mam za sobą dwadzieścia lat doświadczenia w pracy strażaka. Widziałem przerażające rzeczy. Rzeczy, od których włosy stawały mi dęba na karku, i takie, o których na siłę chciałem zapomnieć.
Co osiągnąłem? Mam piękną żonę Kate i dwie wspaniałe córki, Emmę i Olivię. Ta trójka to moje największe osiągnięcie oraz źródło nieustającej radości. Mieszkamy w Kent, moim rodzinnym hrabstwie, w pięknym domu, który remontuję własnymi rękoma krok po kroku. Będzie idealny... pewnego dnia. Obiecałem to sobie, więc na pewno tak się stanie.
Usłyszałem, jak przed dom podjeżdża furgonetka z psem, i ogarnęła mnie ekscytacja. Przypominało to trochę emocje związane ze wspomnieniami z dzieciństwa, gdy budziłem się w bożonarodzeniowy poranek z nadzieją, że Święty Mikołaj dostarczył ten jeden wyjątkowy prezent, o którym marzyłem przez cały okrągły rok. To musiał być Sherlock. Właśnie nadszedł ten moment.
Gdyby Mick przyjechał sam, rozległoby się pukanie do drzwi. Łup. Otworzyły się drzwi po stronie kierowcy. Skrzypienie otwierających się tylnych drzwi furgonetki poprzedził dźwięk, który z miejsca rozpoznałem. Potem jakieś odgłosy szamotaniny, gdy coś zostało wyjęte z tyłu, trzask zamykanych drzwi... jedno skrzydło, potem drugie. I wreszcie: puk, puk!
Miałem na sobie strój roboczy - ciemnoniebieskie spodnie i koszulę z czerwonym emblematem Londyńskiej Straży Pożarnej - i pamiętam, jak wyszedłem z kuchni na korytarz i skierowałem się do drzwi wejściowych, prostując plecy i upewniając się, że koszula jest na swoim miejscu i nic nie wystaje ze spodni, zupełnie jakby Sherlock miał przeprowadzić inspekcję lub wyglądać na rozczarowanego moim wyglądem. To głupie, wiem, ale pierwsze wrażenie się liczy, nawet gdy poznajesz psa, prawda? Otworzyłem drzwi, za którymi stał Mike z czarnym cocker spanielem o włochatych łapach i zwisających uszach, smyczą i różowym legowiskiem.
- Oto i on. Jest cały twój, giermku. Elita Wielkiej Brytanii. Pamiętaj, co powiedziałem: już nie ma odwrotu. Teraz odkryjesz, na czym naprawdę polega ta praca.
Poznajcie Sherlocka. Lub jak miałem przyjemność się przekonać, Pana Niesfornego, Sherlockstera Rockstera albo po prostu Rockstera. Jeśli umiecie, wyobraźcie sobie masywną, włochatą, buzującą energią kulkę siejącą spustoszenie, wpadającą nagle do waszego salonu, a będziecie mieć malutki przedsmak wrażenia, jakie wywarł na nas tamtego poranka. Sherlock dotknął łapami ziemi... i przeleciał przez każdy pokój na parterze, a potem wpadł do ogrodu. Węszył zawzięcie - tym razem pewnie w poszukiwaniu jedzenia. Moje córki nadal były bardzo małe. Olivia miała trzy latka, a Emma dopiero co świętowała pierwsze urodziny. Były zbyt młode, by orientować się, co się dzieje, ale szerokie uśmiechy na ich twarzach mówiły same za siebie - właśnie zjawił się ich nowy towarzysz zabaw!
Sherlock wszedł na najwyższe obroty i teraz już wiem, że kiedy do tego dochodzi, nie ma siły, która by go zatrzymała. Ten pies wyruszył na misję.
Wyglądało to tak, jakby jego rozkołysany zad i dziko merdający ogon były obdarzone własną wolą, zrzucając na ziemię wszystko na swojej drodze - wliczając w to małą Emmę, którą potrącił zadem, gdy przebiegł obok niej w pośpiechu i wyskoczył do ogrodu. Rzecz jasna, nic jej się nie stało. Klapnęła na pupę i w ułamku sekundy zerwała się na równe nogi, zanosząc się śmiechem.
"Sherlock, nie!" - prawdopodobnie takie pierwsze słowa wypowiedziałem tego dnia do nowego partnera. Kołysał zadkiem jak oszalały z boku na bok, niczym jedna z tych zabawek ze sprężynką między głową a ogonem. Trzask, łup... i zaczął kopać! A potem było jeszcze więcej kopania oraz, co właśnie sobie przypomniałem, całe mnóstwo kup.
Razem z Kate i dziewczynkami patrzyliśmy, jak Sherlock wita się z nowym domem - naszym domem - i zaznacza swoją obecnością moje dopiero co posadzone klomby. Dzięki, stary! Daliśmy mu mnóstwo czasu na zaznajomienie się z domem, zanim pokazaliśmy mu jego "garsonierę" na końcu ogrodu. To pies pracujący, więc jest przyzwyczajony do własnego zakwaterowania, ale żywiłem nadzieję, że spodoba mu się drugi dom w postaci specjalnej wygodnej budy zapewnionej przez straż pożarną.
Przywołałem go do siebie, a on poszedł wraz ze mną wzdłuż ogrodowej ścieżki do atrakcyjnie wyglądającej małej psiej rezydencji. Stojąca w miejscu, gdzie dawniej znajdowała się stara szopa na narzędzia z dachem porośniętym pnącymi różami, nowa buda Sherlocka, ostatni krzyk mody, była ciepła i przestronna: została ocieplona na zimę i miała bonus w postaci ruchomych drzwi zapewniających cyrkulację powietrza w lecie.
- Witaj w swoim nowym domu, kolego. Jak ci się podoba?
Sherlock obwąchał legowisko i miski, a potem kolekcję piłeczek tenisowych (jego ulubionych) oraz zabawek, które wybrano specjalnie dla niego, zatwierdził porządnym szturchnięciem wąsatego nakrapianego jasnymi plamkami pyska... po czym popędził z powrotem do ogrodu na kolejną rundkę podkopów na moich rabatach!
- Sherlock, nie rób tego!
Tamtego popołudnia Kate uznała, że najlepsze, co mogę zrobić, to wziąć Sherlocka na spacer. Pokazać mu nowe miejsca i zapachy sąsiedztwa, i inne tego typu rzeczy, a ja doszedłem do wniosku, że tak będzie najlepiej. Mamy wielkie szczęście, że nasz dom przylega do przepięknego parku, w którym jest mnóstwo miejsca dla psów, by mogły być po prostu sobą i wybiegać się. Miałem już zaplanowane, że właśnie tam będę zabierał Sherlocka na poranną przebieżkę przed pracą oraz na ostatnie wyjście w ciągu dnia. Nie muszę chyba dodawać, że wkrótce park miał stać się ważnym elementem jego nowego życia ze mną, więc nie mogłem znaleźć lepszego miejsca na pierwszy spacer. Wziąłem smycz Sherlocka z szafki w holu i przywołałem go do siebie.
Gdzie on się, u licha, podział? Jeszcze przed sekundą tu był. Przeszedłem przez cały dom do ogrodu, spodziewając się, że zastanę go z nosem buszującym zawzięcie w moich rabatach, ale tutaj też go nie było. Kate powiedziała, że widziała Sherlocka, jak czmychnął pędem do swojej nowej budy, i właśnie tam go znalazłem. Siedział z pochylonym łbem.
- Co jest z tobą, głuptasie? Próbuję wziąć cię na spacer.
Wyciągnąłem rękę w jego stronę i przypiąłem mu smycz, ale to sprawiło, że jeszcze bardziej pochylił głowę ku ziemi. O co tu, do diabła, chodzi? Odpiąłem smycz i wziąłem jedną z psich przekąsek do gryzienia, które wsadziliśmy do jego paczki powitalnej. Jeśli wszystko inne zawiedzie, jedzenie z pewnością uratuje sytuację, szczególnie w przypadku spaniela.
- No chodź, mały. Przejdziemy się.
Smakołyk skutkował jedynie do furtki, gdzie ponownie spróbowałem przypiąć smycz, ale w tym momencie zorientowałem się, w czym tkwi problem - wyglądało na to, że Sherlock nie przepada za ruchem ulicznym. Ani trochę. Hałas i pęd pojazdów wyraźnie go denerwowały, miałem jednak przeczucie, że jeśli uda mi się odwrócić jego uwagę smakowitymi kąskami i słowami zachęty na czterystumetrowym odcinku wiodącym do parku, wszystko skończy się szczęśliwie.
- Właśnie tak, Sherlock... dobry piesek... już prawie jesteś na miejscu, mały... jeszcze tylko kawałek...
Dotarliśmy do wejścia do parku i kiedy Sherlock ujrzał otwartą zieloną przestrzeń, jego zachowanie zmieniło się na powrót w takie, jakie zaprezentował w pierwszych chwilach po przyjeździe - zaczął buszować i węszyć. Gdy tylko dotknął łapami trawy, uniósł głowę, znów zaczął kręcić zadem na wszystkie strony, a gdy posłałem mu aprobujące spojrzenie, pobiegł szukać swoich nowych ulubionych miejsc. Był tam szczęśliwy, nie ma co ukrywać.
Wziąłem głęboki oddech, obserwując go z oddali, zadowolony, że bieg po parku okazał się takim hitem. Sherlock to pokochał! Dzięki wielu akrom wolnej przestrzeni do biegania będzie to doskonałe miejsce dla nas obu, by przygotować się na kolejny dzień albo odprężyć się po ciężkim dniu pracy. Czułem się tu naprawdę dobrze. Zatopiony w myślach, dumając nad tym, jak wspaniały będzie mój następny etap kariery z Sherlockiem u boku, przypomniałem sobie, że zwracanie większej uwagi na to, co wyczynia mój nowy partner, jest całkiem dobrym pomysłem.
Moją uwagę przykuła czarna włochata plama i sprowadziła mnie na ziemię. Czyżby coś znalazł? Na litość boską, co on wyprawia pod tamtym drzewem? Widziałem, że inni spacerowicze zaczynają się interesować tym, co robi Sherlock, więc przeniosłem się bliżej zacienionego miejsca, gdzie znalazł sobie wilgotny trawiasty skrawek ziemi. Opierał się na łokciach, ryjąc pyskiem w ziemi - zupełnie jak świnia! Co on sobie myśli? Że szuka trufli?
- Hej, kolego, czy to twój pies? Co on tam znalazł? Zakopany skarb? Jeśli tak, to chcę jedną część!
Obca osoba wyprowadzająca psa na smyczy nie mogła powstrzymać się od komentarza, a ja rozumiałem dlaczego. Sherlock, duma Londyńskiej Straży Pożarnej, był zajęty kopaniem wielkiej dziury - błoto oblepiało mu nos, pysk i całe przednie łapy. Chrząkał i prychał z obłędem w oczach, a grudki ziemi wzbijały się w powietrze, rozpryskując się na wszystkie strony.
- Tak, to mój pies - oznajmiłem z dumą przechodniowi, ale skoro w dziurze nie było żadnego skarbu, zacząłem się zastanawiać, czy Sherlock nie szuka przypadkiem swojego rozumu! Wyglądał na strasznie zadowolonego z siebie. Cały pysk miał upstrzony grudkami ziemi, a w jego brązowych oczach lśniła czysta radość.
Musieliśmy stamtąd pójść, zanim krater, który Sherlock kopał, stanie się jeszcze głębszy i przyciągnie uwagę gapiów.
- No już! Chodź tutaj, wariacie. Wracamy do domu.
Podszedł do mnie od razu, po czym wróciliśmy do wejścia do parku, gdzie wziąłem go na smycz, by przemierzyć krótki dystans z końca ulicy do domu. Opuścił łeb. Odgłosy ruchu ulicznego zaczęły przykuwać jego uwagę.
- Nie martw się, mały. Rozwiążemy ten problem. Nie wiem, co się z tobą dzieje, ale pogadam z Dave'em i Clive'em, którzy znali cię, gdy byłeś szczeniakiem, i razem coś wymyślimy.
Tymczasem zanotowałem sobie w pamięci, że musimy zachowywać ostrożność w kontakcie z ruchem ulicznym. Możliwe, że Sherlock kiedyś się go przestraszył i do tej pory nie udało mu się otrząsnąć z tej traumy. Pewnie już nigdy nie poznamy odpowiedzi na to pytanie.
- Proszę bardzo, jesteś w domu.
Odpiąłem smycz. Sherlock zaczął wywijać ogonem z boku na bok, pociągając za nim resztę ciała. Wyglądał jak pies, który właśnie oswoił się z sytuacją i zaczął czuć komfortowo w nowym otoczeniu. Miałem nadzieję, że tak właśnie jest. Zobaczyłem reakcję Emmy i Olivii na ponowne pojawienie się Sherlocka w holu i to była czysta magia. Widoku tamtych uśmiechów na twarzach moich córek nigdy nie zapomnę. Mieliśmy w domu psa, a to uczucie nie mogło się równać z żadnym innym.
Na całe szczęście Sherlock zdążył wyschnąć i strząsnąć z siebie warstwę błota, zanim doszliśmy do frontowych drzwi. To jedna z wielu wspaniałych zalet spanieli - ich samoczyszcząca się sierść. Ten, kto je stworzył, musiał się bardzo postarać w tej kwestii. W przeciwnym razie pies, który potrafi kopać w ziemi tak zawzięcie i tak strasznie się przy tym brudzi, spędzałby dziewięćdziesiąt procent czasu na zewnątrz albo w kąpieli. I rzeczywiście, Sherlock wyszedł z tego z zaledwie paroma grudkami błota przyklejonymi do brody. Strzepnąłem je jednym ruchem ręki, zanim Kate zdążyła cokolwiek zauważyć. Pomyślałem, że strzyżenie z pewnością ułatwi sprawę, nie tylko Sherlockowi, ale i mnie jako jego opiekunowi. Wkrótce będę musiał się tym zająć. Na razie musiałem dać chłopakowi coś do jedzenia.
Doszedłem do wniosku, że powinien zjeść kolację w swoim nowym "mieszkaniu", co pozwoli mu przywyknąć do jego rozkładu zajęć. Gdy Sherlock został zakupiony przez straż pożarną, mieszkał z innym śledczym i opiekunem, Dave'em Arnoldem. Mógł przebywać w domu, gdzie poczuł się jak u siebie, z radością oddając się gryzieniu najróżniejszych przedmiotów, wliczając w to dywany, meble, ubrania oraz parę ukochanych i najwyraźniej bardzo smakowitych klapek japonek, które znalazł i hołubił. Właśnie po wysłuchaniu opowieści o niszczycielskich zapędach Sherlocka zdecydowaliśmy się podarować mu własną kwaterę, ale chodziło również o to, że ponieważ Sherlock jest psem pracującym, lepiej zapewnić mu własną przestrzeń, zamiast trzymać go w środku, tak jak w przypadku zwierzęcia domowego. W dodatku nasz dom nie był w żadnym stopniu zabezpieczony przed osobnikami pokroju Sherlocka i właśnie konieczność zmiany tego wskoczyła na pierwsze miejsce mojej listy ulepszeń.
Tamtego wieczora Sherlock sam zdecydował o porze pójścia spać. Zauważyliśmy, że poszedł do swojej budy, a kiedy zajrzałem do niego, leżał wtulony w różową kołderkę, która przyjechała wraz z nim. Dołożyłem ją do reszty posłania, żeby tej pierwszej nocy mógł zasnąć otoczony znajomym zapachem. Tak naprawdę nie wiemy, co czują psy, gdy doświadczają w swoim życiu zmian, ale moim zdaniem śmiało można powiedzieć, że jakiś przedmiot, do którego są przyzwyczajone, jest dla nich równie istotny jak dla dziecka ulubiona zabawka lub kocyk.
Nie chciałem przeszkadzać Sherlockowi, ale musiałem sprawdzić czy ma swoje piłeczki tenisowe i zabawki, które go zajmą, żeby nie wył przez całą noc, denerwując siebie i sąsiadów. Nie do końca udało mi się przemknąć bezszelestnie obok niego na palcach, był jednak zbyt zmęczony, by zrobić coś więcej prócz zerknięcia na mnie jednym zaspanym okiem, kłapnięcia paszczą i położenia pyska na łapach. Pierwsze chrapnięcie usłyszałem już w momencie, gdy zamykałem na noc drzwiczki.
Kiedy szedłem w stronę domu, moje myśli znów zaczęły krążyć wokół problemu Sherlocka z ruchem ulicznym, ale liczyłem, że wyjdzie nam to na dobre - przynajmniej miałem świadomość, że nie pobiegnie w stronę jadących samochodów, gdy będziemy w pracy. Przeszliśmy również pierwszy wspólny sprawdzian na zaufanie: sprawdzian, który miał utworzyć podwaliny mojej wiary w niego jako psa strażackiego oraz jego zaufanie do mnie jako opiekuna. Współczułem mu, naprawdę. Wiedziałem, że to prawdopodobnie coś, z czym będziemy musieli mierzyć się każdego dnia. Czas wszystko pokaże.
Mój pies nie wiedział (choć wkrótce miał się o tym przekonać), że nie jestem człowiekiem lekceważącym siłę niepewności. Wszyscy mamy swoje małe demony, które dają o sobie znać, gdy czujemy się bezbronni: kiedy musimy wdrożyć się w nową pracę, poznać nowych ludzi, podjąć nowe wyzwania definiujące naszą siłę i sprawdzające nasze słabości. To wszystko czyni nas takimi, jacy jesteśmy. Byłem pewien, że wspólnie zdołamy się z tym uporać.
To był wyjątkowy dzień dla wszystkich. Każdy z nas odegrał swoją rolę w ułatwieniu Sherlockowi wejścia w nowe życie, a ja miałem przeczucie, że nie tylko dla Sherlocka i dla mnie, ale dla całej naszej rodziny to dopiero początek podróży pełnej odkryć.
Kate w kuchni przygotowywała nam drinki, byśmy mogli się zrelaksować w zaciszu ogrodu. Poszedłem na górę do dziewczynek, przekonany, że już od dawna śpią, Olivia jednak była całkowicie rozbudzona i zasypała mnie pytaniami dotyczącymi Sherlocka. Chciała wiedzieć, czy jest mu wygodnie w legowisku i czy życzyłem mu słodkich snów. Był z nami od niecałych dwudziestu czterech godzin, a już stał się ważnym elementem wieczornych zwyczajów. Zapewniłem ją, że Sherlock śpi wygodnie na posłaniu i jest skazany na słodkie sny po tak wspaniałym pełnym wrażeń dniu.
Gdy razem z Kate przyglądaliśmy się zniszczeniom, których dokonał tamtego dnia nowy członek naszej rodziny, zapytałem ją, czy również życzyła Sherlockowi słodkich snów. Cieszyła się bardzo, że pies przynajmniej podczas snu leży nieruchomo! Wszystko, co znajdowało się na poziomie jego wzrostu i na trasie przelotu przez dom, przenieśliśmy w bezpieczne miejsca, by uchronić rzeczy przed zniszczeniem: ozdobom, lampom, wszystkim bibelotom i kruchym, delikatnym przedmiotom groziło potłuczenie i strącenie przez ogon lub zadek Sherlocka.
Tak wyglądał nasz pierwszy dzień. Staliśmy i patrzyliśmy, jak Sherlock rozkopuje ogród, nad którego stworzeniem tak ciężko pracowałem. Świeżo usypane rabaty zostały spłaszczone, a raczej - co bardziej odpowiadało ich wyglądowi - porozrzucane gdzie popadnie, do tego mieliśmy mnóstwo sprzątania w psiej toalecie. Jednak po każdym innym względem był to bardzo dobry dzień pełen pozytywnych przesłanek świadczących o tym, że pies strażacki Sherlock jest szczęśliwy i zrelaksowany w swoim nowym domu.
Tamtego dnia moja rodzina nauczyła się paru rzeczy, a najważniejsze było to, że Sherlock ma tylko jeden tryb szybkości, czyli "superszybkość". I nie dajcie się zwieść tej szopce z udawaniem niewiniątka. Sherlock wie dokładnie, czego chce i gdzie może to dostać. Jeśli chodzi o jedzenie, nic go nie powstrzyma. Nie pozwoli również, by cokolwiek stanęło mu na drodze do ukochanej piłeczki tenisowej. Determinacja Sherlocka była i nadal jest niezłomna. To pożądana cecha u psów pracujących, ale w przypadku psa takiego jak Sherlock utrzymuje się długo po skończonej służbie.
* * *
Tamtego wieczora Kate i ja siedzieliśmy do późna, dłużej niż zwykle, a nasza rozmowa w całości dotyczyła Sherlocka, ale to normalne, biorąc pod uwagę jego spektakularne przybycie. Rozmawialiśmy o tym, jaki jest piękny, że jego umaszczenie przypomina tabliczkę ciemnej czekolady poprzetykaną zawijasami z białej czekolady widocznymi tu i ówdzie. Na łapach ma kremowe plamki - przednią lewą łapę zdobi największa - a jeszcze więcej na pysku i klatce piersiowej. Wygląda to tak, jakby namalował go ktoś, kto miał problem z niewyjeżdżaniem za linię.
Do tego dochodziła broda, która przydawała mu mądrości wykraczającej poza jego wiek - oprócz momentów, w których się ślinił, a gluty rozmazywały się dosłownie wszędzie. Jego smukłe, pokryte hebanową sierścią ciało jest krępe i umięśnione, a zarazem idealnie proporcjonalne. Uroczy pyszczek, błyszczące oczy, wyraz czujności i opadające uszy pokryte falistą ciemnobrązową sierścią równoważy kręcony czub na głowie, który latem nabiera osobliwego odcienia burgunda.
Kate i ja mieliśmy w dzieciństwie psy, u naszych rodzin nadal mieszkają. Szczerze mówiąc, ja zawsze chciałem spaniela, ale nigdy nie miałem wystarczająco dużo miejsca, by pozwolić sobie na tak energetyczną rasę. Moim zdaniem są tak atrakcyjne dla człowieka, ponieważ nikt nigdy nie spotkał spaniela zdrowego na umyśle. Wszystkie wydają się odrobinę szalone i naiwne, każdego otacza aura psotliwości. To tak, jakby w ich obecności mogły się wydarzyć najbardziej zwariowane rzeczy na świecie, i właśnie to w nich lubię. Ich ogromna potrzeba ruchu i tendencja do szaleństw absolutnie mi nie przeszkadza, jednak cała ta determinacja, dociekliwość i skupienie potrzebują ujścia, dzięki czemu rozumiem już, dlaczego są tak wspaniałymi psami pracującymi. Teraz dzięki Sherlockowi owa rozbuchana "spanielska" osobowość miała stać się częścią mojego życia.
Śmialiśmy się z Kate, wspominając poszczególne wydarzenia z całego dnia i to, jak Sherlock przypominał postać Taza, diabła tasmańskiego z kreskówki.
- Widać to po tym, jak wpada do pokoju, kręci się w kółko, sieje zamęt i znika. On po prostu nie może usiedzieć długo w jednym miejscu. To jakiś obłęd, ale chyba taki już jest. Będziemy musieli do tego przywyknąć. W końcu to Sherlock w każdym calu, prawda? - powiedziałem do Kate, która spojrzała na mnie tak, jakby chciała skwitować: "To pytanie z gatunku retorycznych".
- Paul, nie sądzisz, że zdążyłam już przyzwyczaić się do mieszkania z istną trąbą powietrzną pokroju Sherlocka? Nie widzisz, jak bardzo jesteście do siebie podobni? Dobraliście się jak w korcu maku, ponieważ żaden z was nie usiedzi nawet chwili w spokoju. Dogadacie się, nie ma co do tego żadnych wątpliwości. A jeśli chodzi o mnie, to... no cóż, Sherlock będzie jak nasze dziecko numer trzy. A raczej jak nasz pierwszy sprawiający kłopoty nastolatek!
Ta kobieta znała mnie od czasów, gdy chodziliśmy razem do szkoły. Była moją żoną i tym samym żoną straży pożarnej od prawie dziesięciu lat. Najwyraźniej znała mnie lepiej niż ja sam. Miałem jednak jej wsparcie, a to było dla mnie najważniejsze. Wcieliłem się w rolę opiekuna psa w codziennym życiu, co wcale nie było zwykłym zobowiązaniem, ale wprowadziłem też psa do naszego życia rodzinnego. Jeśli Kate nie miała nic przeciwko mnie i czworonożnej wersji mnie, to nie mogłem prosić o więcej.
W ciszy i ciemności spowijającej koniec pierwszego dnia w mojej głowie odezwały się echem słowa Mike'a. Wreszcie zrozumiałem, o co mu chodziło, gdy powiedział, że nie będę miał pojęcia, z czym wiąże się praca opiekuna psa, dopóki nie zjawi się rzeczony pies. Przyszłość zaczynała nabierać kształtu dla nas wszystkich, a ja powiedziałem sobie, że aby odnieść sukces w tej pracy, muszę pogodzić to z resztą swojego życia, wyobraziłem sobie, jak Sherlock mówi:
- Ach... jesteśmy w domu!