Rozdział pierwszy
Tego pochmurnego kwietniowego dnia Holmes od rana głowił się nad jakąś nierozwiązaną sprawą. Ślęczał w ciszy nad papierami, którymi miał zasłane całe biurko, i od czasu do czasu mamrotał coś pod nosem. Ja również się do niego nie odzywałem. Wiedziałem już z doświadczenia, że w takich chwilach lepiej mu nie przeszkadzać w pracy, bo można tego pożałować. Siedziałem w milczeniu, czytając ostatni numer "Lancetu", ciekaw najnowszych doniesień ze świata medycyny.
Na stole nadal leżała taca z pustymi filiżankami i niedojedzonymi herbatnikami. Po podłodze walały się notatki, albumy z wycinkami i zlewki pełne różnokolorowych odczynników.
Zbliżał się już wieczór, więc wstałem, by zasłonić okna, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi salonu. Holmes zaklął i z impetem odłożył na biurko papier, który trzymał w dłoni.
W drzwiach stała pani Hudson, nasza gospodyni.
- Pani Hudson! Jestem w tej chwili bardzo zajęty! - oznajmił podniesionym głosem.
Na szczęście pani Hudson była przyzwyczajona do wybuchowego temperamentu Holmesa i pozostała niewzruszona.
- Przyszła do pana pewna młoda dama - powiedziała. - Twierdzi, że sprawa jest pilna.
Holmes westchnął ciężko.
- Trafiła na nieodpowiedni moment.
- Bardzo nalega na to spotkanie. Powiedziała, że nie wyjdzie, dopóki jej pan nie przyjmie.
Holmes skinął głową zrezygnowany.
- No dobrze, proszę ją wpuścić.
- Naprawdę nie przeszkadzałabym panu, gdyby to nie było ważne - rozległ się dźwięczny głos. Młoda dama stała w drzwiach za plecami pani Hudson.
Była to wysoka i pełna wdzięku kobieta. Miała na sobie jednolitą brązową suknię - schludną, acz dość znoszoną - i mały słomkowy kapelusz. Przedstawiła się nam jako panna Violet Smith.
- Bardzo pana proszę - mówiła dalej. - Pilnie potrzebuję pańskiej pomocy i rady.
Młodej kobiecie wyraźnie zależało na tym spotkaniu i Holmes zdał sobie sprawę z jej determinacji.
- Dobrze, proszę usiąść - powiedział, uśmiechając się blado. - Jeśli coś panią do nas sprowadziło o tak później porze, domyślam się, że sprawa jest pilna. Ale na pewno nie chodzi o problemy zdrowotne, gdyż widzę, że jest pani zapaloną rowerzystką.
Panna Smith spojrzała na swoje stopy, a ja podążyłem za jej wzrokiem. Na butach od wewnętrznej strony widać było delikatne rysy w miejscach, gdzie stopy dotykały pedałów. Pokiwała głową pod wrażeniem spostrzegawczości Holmesa.
- To prawda, często jeżdżę na rowerze - potwierdziła. - Jest to nawet bezpośrednio związane z powodem mojej wizyty u pana.
- Mieszka pani na wsi - powiedział Holmes.
- Tak, sir, obecnie mieszkam w Farnham, na granicy hrabstwa Surrey. Ale jeszcze do niedawna mieszkałam z matką w Londynie. Mój zmarły ojciec nazywał się James Smith i był dyrygentem, prowadził orkiestrę w starym Imperial Theatre. Ja również jestem wykształcona muzycznie, ale rzadko grywam, pracuję przede wszystkim jako nauczycielka. Gdy ojciec zmarł, zostałyśmy z matką same na tym świecie. Wuj Ralph Smith, nasz jedyny krewny, dwadzieścia pięć lat temu wyjechał do Afryki, i od tamtej pory nie miałyśmy z nim kontaktu.
Holmes po swojemu pochylił się lekko do przodu i złączył koniuszki palców, jak miał w zwyczaju, gdy słuchał z uwagą.
- Wiodłyśmy bardzo ubogi żywot - ciągnęła panna Smith. - Pewnego dnia, pod koniec zeszłego roku, w "Timesie" pojawiło się ogłoszenie, w którym ktoś próbował się z nami skontaktować. Mam je tu przy sobie.
Otworzyła torebkę, wyjęła wycinek z gazety i podała Holmesowi.
Dalsza część dostępna w wersji pełnej