3
Tajemnica ogrodu Lauriston
Przyznaję, że zdumiał mnie kolejny dowód praktycznego charakteru teorii mojego towarzysza. Znacznie wzmogło to mój szacunek dla jego zdolności analitycznych. Co prawda, gdzieś na dnie mojej duszy czaił się jeszcze ślad podejrzenia, że cała ta sprawa została ukartowana, a jej celem było zaimponowanie mi. Jednakże z drugiej strony, nie byłem w stanie wymyślić powodu, dla którego miałby mnie tak oszukiwać. Kiedy spojrzałem na Sherlocka, skończył właśnie czytanie liściku, a jego oczy znów nabrały pustego wyrazu, który sugerował wyłączenie się umysłu.
- Jakże u licha to wydedukowałeś? - spytałem.
- Co wydedukowałem? - powiedział.
- No to, że on jest emerytowanym sierżantem marynarki.
- Nie mam czasu na bzdury! - odpowiedział grubiańsko, a potem się uśmiechnął. - Wybacz mój ton, ale przerwałeś tok moich myśli. No dobrze. Więc twierdzisz, że nie udało ci się zauważyć, że ten człowiek był sierżantem w marynarce?
- Absolutnie nie!
- Łatwiej się tego domyślić niż wyjaśnić, skąd to wiem. Gdyby ktoś zażądał od ciebie dowodu, że dwa i dwa to cztery, mogłoby to się okazać dla ciebie trudne, a mimo to nie masz żadnych wątpliwości, że tak jest. Patrząc na drugą stronę ulicy, dostrzegłem na jego dłoni wielki niebieski tatuaż w kształcie kotwicy. To oczywiście sugerowało morze. Poza tym nosi się po wojskowemu, ma bokobrody i tu pojawia się marynarka. Widać, że był marynarzem, co dawało mu poczucie własnego znaczenia i pozostawiło skłonność do wydawania rozkazów. Na pewno zauważyłeś, w jaki sposób trzyma głowę i opiera się na lasce. Zrównoważony, godny szacunku mężczyzna w średnim wieku, a na twarzy wszystkie fakty, które pozwoliły mi wydedukować, że był sierżantem.
- Cudowne! - wykrzyknąłem.
- Zwyczajne - powiedział Holmes, chociaż przysiągłbym, że z trudem skrywa zadowolenie na widok mojego zaskoczenia i podziwu. - Dopiero co powiedziałem, że nie ma kryminalistów, a oto okazuje się, że się pomyliłem. Spójrz na to! - Podał mi liścik, który przyniósł mu komisarz.
- To straszne! - powiedziałem, przebiegając wzrokiem po kartce.
- Wydaje się to nieco odstawać od zwykłej codzienności - zauważył spokojnie. - Czy zechciałbyś przeczytać mi ten liścik na głos?
Oto liścik, który mu przeczytałem:
- "MÓJ DROGI PANIE SHERLOCKU HOLMESIE! Pod numerem 3 Lauriston Gardens, przy Brixton Road stało się coś strasznego. Nasz stójkowy zobaczył tam zapalone światło około drugiej w nocy, a ponieważ dom stał od pewnego czasu pusty, wydało mu się to podejrzane. Zauważył otwarte drzwi, a w pokoju z przodu domu pozbawionym jakichkolwiek mebli, odkrył ciało mężczyzny, dobrze ubranego, z dokumentami na nazwisko Enoch J. Drebber, Cleveland, Ohio, U.S.A. Nie było śladów rabunku ani też nie ma dowodu na to, w jaki sposób mężczyzna stracił życie. W pokoju są ślady krwi, ale nie widać żadnych ran na tym osobniku. Nie mamy pojęcia, w jaki sposób dostał się do pustego domu. Cała ta sprawa jest bardzo zagadkowa. Gdyby mógł pan przyjść do tego domu przed dwunastą, to mnie pan tu zastanie. Zostawiłem wszystko w niezmienionej postaci, czekając na wiadomość od pana. Jeżeli nie może pan przyjść, podam Panu dalsze szczegóły i będę zobowiązany, jeśli zechce pan wyrazić swoją opinię.
Z wyrazami szacunku, Tobias Gregson".
- Gregson to najbłyskotliwszy z pracowników Scotland Yardu - zauważył mój przyjaciel. - On i Lestrade wybijają się wśród beznadziejnej reszty. Obaj są szybcy i energiczni, ale niestety bardzo konwencjonalni, co jest szokujące. Ponadto toczą ze sobą ciągłe spory. Są tak zazdrośni jak para profesjonalnych modelek. To może być zabawne, jeśli razem będą prowadzić tę sprawę. - Zdumiał mnie spokój, z jakim kontynuował swoją wypowiedź.
- Z pewnością nie ma chwili do stracenia - powiedziałem. - Czy mam wezwać dorożkę?
- Nie jestem pewien, czy tam pojadę. Jestem bardzo leniwym człowiekiem, kiedy mi to pasuje, ale mogę też być bardzo pracowity, jeśli coś mnie wciągnie.
- Ale ta sprawa jest dla ciebie szansą, za którą tęskniłeś!
- Mój kochany, co to ma za znaczenie? Przypuśćmy, że wykryję wszystkie okoliczności sprawy. Możesz być pewien, że wówczas Gregson, Lestrade i cała reszta zostaną uznani za autorów tego sukcesu. Taki jest efekt nieoficjalnego działania.
- Ale on błaga cię o pomoc!
- Tak. Wie, że jestem lepszy od niego i przyznaje to wobec mnie, ale dałby sobie prędzej obciąć język, zanim wyjawiłby ten fakt jakiejkolwiek innej osobie. Jednak możemy pójść i przyjrzeć się tej sprawie. Zbadamy ją na własną rękę. Jeśli nic nie znajdę, to chociaż się z nich pośmieję. Chodźmy więc!
Zarzucił płaszcz i wypadł z mieszkania w sposób, który wskazywał, że przypływ energii do działania zastąpił jego niedawną apatię.
- Weź kapelusz - powiedział na odchodnym.
- Chcesz, żebym poszedł z tobą?
- Oczywiście! Jeżeli nie masz nic lepszego do roboty.
Minutę później byliśmy w dorożce pędzącej na Brixton Road.
Był mglisty, pochmurny poranek. Szczyty domów spowijała brązowa mgła, która stanowiła lustrzane odbicie zabarwionych błotem ulic. Mój towarzysz był w doskonałym nastroju. Gawędził o skrzypcach z Cremony, różnicach pomiędzy Stradivariusem, a Amatim. Ja natomiast milczałem, przygnębiony pogodą i smutną sprawą, którą się zajęliśmy.
- Wydaje się, że nie bardzo interesuje cię ta sprawa - powiedziałem, przerywając muzyczne wywody Holmesa.
- Brak danych! - odpowiedział. - Błędem jest teoretyzowanie, zanim uzyskasz wszystkie dowody. To powoduje uprzedzenia.
- Wkrótce będziesz miał swoje dane - zauważyłem, wskazując palcem. - To jest Brixton Road, a tam jest ten dom, jeśli się nie mylę.
- Tak, masz rację. Proszę się zatrzymać!
Byliśmy jeszcze kilkaset metrów od celu naszej podróży, ale Sherlock nalegał, by wysiąść. Dalej poszliśmy pieszo.
Dom pod numerem 3 Lauriston Gardens wyglądał ponuro. Był jednym z czterech budynków cofniętych od ulicy. Dwa z nich były zamieszkane, a pozostałe puste. Spoglądał trzema rzędami melancholijnie pustych okien, nadających budynkowi ponury wygląd. Do tego niektóre z nich były zasłonięte tablicą z napisem "Do wynajęcia", która przesłaniała brudne szyby jak katarakta chore oczy. Mały ogród z bujną roślinnością rosnącą bez kontroli oddzielał każdy z tych domów od ulicy. Ogród przecinała żółtawa dróżka z mieszanki gliny i żwiru. Całe miejsce wyglądało bardzo niechlujnie z powodu deszczu, który padał całą noc. Ogród był otoczony ceglaną ścianą metrowej wysokości, zakończoną drewnianą balustradką. O tę balustradę opierał się policjant, którego otaczał tłumek wyciągający szyje i wytężający wzrok w próżnej nadziei dowiedzenia się czegokolwiek o tym, co się stało.
Wyobrażałem sobie, że Sherlock Holmes natychmiast pospieszy do środka domu i poświęci się badaniu tajemnicy. Jednak nic takiego nie nastąpiło. Z nonszalancją, która wydała mi się w tych okolicznościach udawana, schylał się nad chodnikiem i wyprostowywał, patrzył w niebo i na otaczające domy po przeciwnej stronie ulicy, na linie balustrad. Po zakończeniu tego dokładnego badania zaczął powoli przesuwać się dróżką lub raczej wzdłuż jej trawiastego sąsiedztwa z wzrokiem utkwionym w ziemi. Zatrzymał się dwukrotnie: raz na jego ustach pojawił się uśmiech i raz wykrzyknął z zadowoleniem. Na mokrej glinie widać było wiele śladów obuwia. Jednakże wiedząc o licznych policjantach, którzy rozdeptali dokładnie grunt, nie rozumiałem, czego mój towarzysz może tam jeszcze szukać. Ale z drugiej strony ujawnił już przede mną szybkość i sprawność swoich zdolności percepcyjnych, więc pozwalało mi to przypuszczać, że niewątpliwie dostrzeże jakieś dla mnie ukryte ślady.
W drzwiach wejściowych rzeczonego domu spotkał nas wysoki, blady mężczyzna o jasnych włosach, z notatnikiem w rękach, który z entuzjazmem i wyciągniętą dłonią ruszył ku memu towarzyszowi.
- Jakże to uprzejmie z pana strony! - powiedział. - Zostawiłem wszystko w stanie nienaruszonym.
- Oprócz tego! - odpowiedział mój przyjaciel, wskazując na dróżkę. - Gdyby przegalopowało nią stado bizonów, nie spowodowałoby to większej szkody. Bez wątpienia jednakże wyciągnął już pan swoje wnioski, Panie Gregson, zanim pan na to pozwolił.
- Ach, miałem tak dużo do zrobienia w domu - powiedział wykrętnie detektyw. - Jest tutaj mój kolega, pan Lestrade. Zaufałem mu, licząc, że dopilnuje tej dróżki.
Holmes spojrzał na mnie i podniósł brwi z sardonicznym uśmiechem.
- Przy dwóch takich wspaniałych oficerach jak pan i Lestrade na miejscu zbrodni pozostaje niewiele do zrobienia dla trzeciej osoby - powiedział.
Gregson zatarł ręce, ukazując tym swoje zadowolenie.
- Moim zdaniem zrobiliśmy wszystko, co się dało - odpowiedział. - To dziwna sprawa, jednakże znam pana zamiłowanie do takich przypadków.
- Nie przyjechał pan tu dorożką? - spytał Sherlock Holmes.
- Nie, sir.
- Ani też nie zrobił tego Lestrade?
- Nie, sir.
- W takim razie zajrzyjmy do pokoju. - Z tymi słowy udał się do domu, a Gregson poszedł za nim z wyrazem zdziwienia na twarzy.
Krótki korytarz z drewnianych zakurzonych desek prowadził do kuchni i pomieszczeń gospodarczych. Z korytarza jedne drzwi prowadziły na lewo, a drugie na prawo. Jedne z nich były wyraźnie zamknięte od wielu tygodni, drugie zaś wiodły do jadalni, w której dokonano tajemniczej zbrodni. Holmes wszedł do środka, a ja za nim z uczuciem pokory, którym zawsze napawa mnie śmierć.
Był to obszerny, kwadratowy pokój, który z powodu braku mebli sprawiał wrażenie jeszcze większego niż w rzeczywistości. Ściany pokrywała tapeta w złym guście, z widocznymi plamami wilgoci, a w kilku miejscach zerwana zwisała w nieładzie, ukazując pod spodem żółty tynk. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdował się okazały kominek, a na nim gzyms z imitacji białego marmuru. W rogu gzymsu znajdowała się resztka wypalonej świecy z czerwonego wosku. Jedyne okno było tak brudne, że przepuszczało tylko odrobinę mglistego światła. Zabarwiało ono mdłym, szarym kolorem wnętrze pomieszczenia, w całości pokrytego grubą warstwą kurzu.
Wszystkie te szczegóły zauważyłem później. Na początku moja uwaga skoncentrowała się na postaci leżącej w bezruchu na deskach podłogi, z niewidzącym spojrzeniem utkwionym w odbarwionym suficie. Był to mężczyzna w wieku około czterdziestu trzech lub czterdziestu czterech lat, średniego wzrostu, z kędzierzawymi, czarnymi włosami i krótką, gęstą brodą. Ubrany był w surdut, kamizelkę, jasne spodnie. Miał nieskazitelnie czysty kołnierzyk i mankiety. Cylinder, dobrze wyszczotkowany i w idealnym stanie, umieszczono na podłodze obok niego. Dłonie miał zaciśnięte, ręce odrzucone na bok, zaś dolne kończyny spętlone jedna z drugą, jak gdyby toczył konwulsyjną walkę o życie. Na jego zesztywniałej twarzy zamarło przerażenie, a także - jak zdawało mi się - nienawiść i to taka, jakiej nigdy nie widziałem na twarzy żadnego człowieka. To złośliwe i okropne zniekształcenie twarzy w połączeniu z niskim czołem, zadartym nosem i odstającą szczęką powodowało, że zmarły zdawał się być nie człowiekiem a jedynie istotą człekokształtną, a to jego podobieństwo do małpy zwiększała jeszcze wykrzywiona, nienaturalna pozycja. Widziałem śmierć wielokrotnie, ale nigdy nie wzbudziła we mnie takiego przerażenia, jak ten widok w ciemnym, ponurym mieszkaniu, którego okna wychodziły na jedną z głównych arterii przedmieścia londyńskiego.
Lestrade, chudy i fretko-podobny jak zwykle, stał w drzwiach witając nas obu.
- Ta sprawa spowoduje duże poruszenie - zauważył. - Bije na głowę wszystko, co do tej pory widziałem, a nie jestem początkującym.
- Nie ma żadnych tropów - rzekł Gregson.
- Absolutnie żadnych - zawtórował mu Lestrade.
Sherlock Holmes zbliżył się do zwłok i, ukląkłszy intensywnie je badał. - Jest pan pewien, że nie doznał żadnych obrażeń? - spytał, wskazując na liczne plamy i rozbryzgi krwi dookoła.
- Absolutnie! - wykrzyknęli obaj detektywi.
- W takim razie ta krew należy do innej osoby, prawdopodobnie mordercy, jeżeli popełniono tu morderstwo. To przypomina mi o okolicznościach zgonu Van Jansena w Utrechcie w roku tysiąc osiemset trzydziestym czwartym. Czy pamięta pan tę sprawę, Gregson?
- Absolutnie nie.
- Niech pan sobie poczyta - naprawdę jest to konieczne. Nie zdarza się nic nowego pod słońcem. Wszystko to już kiedyś się przytrafiło.
Mówiąc to, sprawdzał palcami tu i tam, wszędzie coś obmacując, przyciskając, odpinając, badając. Jego oczy cały czas miały ten nieobecny wyraz, który nieraz zauważałem na jego twarzy. Badanie przeprowadzał tak szybko, że z trudem można było dostrzec skrupulatność, z jaką to robił. Wreszcie obwąchał usta zmarłego, a następnie spojrzał na podeszwy jego skórzanych butów.
- Czy czasem ktoś go nie przesuwał? - zapytał.
- Jedynie tyle, na ile to było potrzebne dla przeprowadzenia badania.
- Teraz możecie go zabrać do kostnicy - powiedział. - Niczego więcej tu nie znajdę.
Gregson trzymał w pogotowiu nosze i czterech ludzi. Na wezwanie weszli do pokoju, podnieśli ciało i wynieśli je z pomieszczenia. Kiedy go podnoszono, jakaś obrączka spadła i potoczyła się po podłodze. Lestrade chwycił ją i przyjrzał się jej z zadziwieniem w oczach.
- Musiała tu być jakaś kobieta! - wykrzyknął. - To obrączka damska.
Pokazał ją na wyciągniętej dłoni. Wszyscy zebraliśmy się wokół niego i patrzyliśmy. Bez wątpienia był to przedmiot z czystego złota, który zapewne zdobił palec panny młodej.
- To komplikuje sprawy - powiedział Gregson. - A Bóg jeden raczy wiedzieć, jak bardzo były już powikłane.
- Jest pan pewien, że to nie upraszcza spraw? - zapytał Holmes. - A poza tym, patrzeniem na tę obrączkę niczego nowego nie ustalimy. Co znaleźliście w jego kieszeniach?
- Wszystko jest tutaj - powiedział Gregson, wskazując na stertę przedmiotów złożonych na dolnych schodkach. - Złoty zegarek numer 97163 wyprodukowany przez Barraud w Londynie, złoty łańcuch, bardzo ciężki i solidny, złoty pierścień z rysunkiem masońskim, takaż zapinka z głową buldoga, którego oczy stanowią rubiny, rosyjskie skórzane etui na karty wizytowe z kartami Enoch J. Drebber z Cleveland, czemu odpowiadają inicjały E.J.D. na bieliźnie. Brak portfela, ale są pieniądze trzymane luźno w kieszeniach w kwocie siedmiu funtów trzynastu. Wydanie kieszonkowe "Dekamerona" Boccaccia, z nazwiskiem Joseph Stangerson na okładce. Dwa listy - jeden zaadresowany do E. J. Drebber'a, a drugi do Josepha Stangersona.
- Na jaki adres?
- Giełda Amerykańska, Strand, pozostawić do odbioru. Oba są z Guion Steamship Company
i dotyczą rejsu ich statku z Liverpoolu. Wynika stąd jasno, że ten nieszczęsny człowiek miał wracać do Nowego Jorku.
- Czy dokonali panowie jakichś ustaleń dotyczących Stangersona?
- Oczywiście, natychmiast - powiedział Gregson. - Rozesłałem do wszystkich gazet ogłoszenia, a jeden z moich detektywów udał się na Giełdę Amerykańską, ale jeszcze nie powrócił.
- Czy wysłali panowie wiadomość do Cleveland?
- Wysłaliśmy telegram dziś rano.
- Jak określili panowie śledztwo?
- Po prostu podaliśmy szczegóły i okoliczności i poinformowaliśmy, że z wdzięcznością przyjmiemy wszelkie pomocne nam informacje.
- Nie prosiliście o szczegóły dotyczące jakichkolwiek punktów, które wydawały się istotne?
- Spytałem o Stangersona.
- I to wszystko? Czy nie ma żadnych okoliczności, na których wydaje się opierać cała sprawa? Czy nie wyślecie ponownie telegramu?
- Powiedziałem wszystko, co mam do powiedzenia - powiedział Gregson urażonym tonem.
Sherlock Holmes zaśmiał się i miał już zrobić jakąś uwagę, kiedy Lestrade, który znajdował się w pokoju z przodu, gdy my rozmawialiśmy w korytarzu, ponownie pojawił się, zacierając ręce w napuszony i pewny siebie sposób.
- Panie Gregson - powiedział. - Właśnie dokonałem odkrycia największej wagi. Czegoś, co zostałoby przegapione, gdybym nie poświęcił swej osobistej uwagi badaniu ścian.
Oczy mu błyszczały, kiedy mówił i z trudem pohamowywał satysfakcję, jaką dała mu przewaga nad kolegą.
- Chodźcie tutaj - powiedział, cofając się do pokoju, którego atmosfera zdawała się przyjemniejsza po usunięciu straszliwego lokatora. - Stańcie no tutaj!
Zapalił zapałkę o podeszwę swego buta i uniósł ją ku ścianie.
- Spójrzcie no na to! - powiedział z triumfem.
Zauważyłem, że tapeta oderwała się w kilku miejscach. W tym konkretnie rogu pokoju oderwany był duży arkusz, a pod nim widniał żółty kwadrat chropawego gipsu. Na tej pustej przestrzeni napisano krwią pojedyncze słowo - RACHE.
- I co myślicie? - wykrzyknął detektyw, zachowując się przy tym jak aktor na przedstawieniu. - Przegapiono te ślady, ponieważ znalazły się w najciemniejszym kącie pokoju i nikomu nie przyszło do głowy, żeby tu zajrzeć. Morderca napisał to słowo swoją własną krwią. I spójrzcie na ślady, gdzie krew ściekała po ścianie! To na pewno wyklucza koncepcję samobójstwa. A dlaczego wybrano ten kąt, żeby napisać to słowo? Powiem wam. Spójrzcie na tę świeczkę na gzymsie. W tym czasie paliła się i ten kąt był najjaśniejszym, a nie najciemniejszym miejscem na ścianie.
- A teraz, kiedy odnalazł pan ten trop, czy potrafi pan wyjaśnić, co to znaczy? - zapytał Gregson deprecjonującym tonem.
- Co to znaczy? To znaczy, że autor zamierzał napisać imię żeńskie Rachel, ale przeszkodzono mu, zanim zdołał dokończyć. Zapamiętajcie moje słowa kiedy ta sprawa zostanie wyjaśniona, odkryjecie, że kobieta o imieniu Rachel ma z tym coś wspólnego. Łatwo Panu się śmiać, panie Sherlocku Holmesie. Może jest pan bardzo inteligentny i mądry, ale stary pies gończy jest najlepszy, kiedy wszystko już powiedziano i zrobiono.
- Bardzo pana przepraszam! - powiedział mój towarzysz, który wybuchając niepohamowanym śmiechem, spowodował atak wściekłości detektywa. - Oczywiście, należy się panu uznanie za to, że jako pierwszy odkrył to słowo i - jak pan mówi - można przypuszczać, że napisała to druga osoba, która uczestniczyła w tajemniczej zbrodni ubiegłej nocy. Nie miałem jeszcze czasu na zbadanie tego pokoju, ale za pańskim pozwoleniem zrobię to teraz.
Mówiąc to, wyciągnął z kieszeni miarę centymetrową i duże szkło powiększające. Z tymi dwoma narzędziami dreptał bezgłośnie dookoła pokoju, czasami zatrzymując się, czasami klękając, a raz nawet kładąc się płasko na brzuchu. Tak był zajęty swoim zadaniem, że zapomniał o naszej obecności. Mruczał cały czas do siebie, od czasu do czasu wykrzykując, postękując, pogwizdując, wydając z siebie okrzyki sugerujące nadzieję. Jego widok kojarzył mi się z rasowym, dobrze przeszkolonym psem polującym na lisy, który przemieszcza się tam i z powrotem w poszukiwaniu tropu, ujadając tak długo, aż odnajdzie zgubiony ślad. Ciągnął to przez dwadzieścia albo nawet więcej minut, mierząc z wielką dokładnością odległości pomiędzy śladami, które dla mnie były całkowicie niewidoczne i od czasu do czasu przykładając centymetr do ściany w równie niezrozumiały dla mnie sposób. W jednym miejscu bardzo starannie zebrał szary kurz z podłogi i włożył do koperty. Wreszcie zbadał szkłem powiększającym słowo napisane na ścianie, analizując każdą literę z największą starannością. Następnie, bardzo zadowolony, umieścił z powrotem miarę i szkło w kieszeni.
- Mówi się, że geniusz to nieskończony dar podejmowania starań - zauważył ze śmiechem. - To zła definicja, ale nieźle stosuje się do pracy detektywa.
Gregson i Lestrade obserwowali manewry swego nieprofesjonalnego kolegi ze znacznym zaciekawieniem zabarwionym pewną dozą pogardy. Oczywiście nie rozumieli tego, co ja już zacząłem pojmować: najtrudniejsze czynności Sherlocka Holmesa zmierzają zawsze ku określonemu i praktycznemu celowi.
- I cóż pan o tym myśli? - spytali obaj.
- Gdybym usiłował pomóc panom, obrabowałbym was z uznania należnego za wykrycie sprawcy - zauważył mój przyjaciel. - Radzicie sobie tak świetnie, że błędem byłoby, gdyby ktoś próbował się wtrącić. - Oczywiście w jego głosie można było usłyszeć całą gamę sarkazmu. - Jeżeli zechcecie poinformować mnie, w jakim kierunku prowadzicie śledztwo - kontynuował. - Z radością udzielę wam wszelkiej możliwej pomocy. Tymczasem chciałbym porozmawiać ze stójkowym, który znalazł ciało. Czy podacie mi jego nazwisko i adres?
Lestrade spojrzał do swojego notesu - John Rance. - powiedział. - Ma teraz wolne. Znajdzie go pan pod adresem 46 Audley Court, Kennington Park Gate.
Holmes zanotował adres.
- Chodź, doktorku - powiedział - pójdziemy z nim porozmawiać. - Powiem wam jedną rzecz, która może pomóc w tej sprawie - ciągnął, odwracając się do obu detektywów .
- Popełniono tu morderstwo, a mordercą był mężczyzna. Miał ponad jeden metr osiemdziesiąt wzrostu. Był to młody człowiek o wyjątkowo małych stopach jak na swój wzrost, miał na sobie buty nie najlepszej jakości o kwadratowo wykończonych czubkach i palił indyjskie cygaro. Przyjechał tutaj wraz ze swoją ofiarą w dorożce czterokołowej, do której zaprzężony był koń z trzema zużytymi podkowami i jedną nową na przednim zewnętrznym kopycie. Według wszelkiego prawdopodobieństwa morderca miał rumianą twarz i stosunkowo długie paznokcie prawej dłoni. Dałem wam jedynie kilka wskazówek, które mogą być pomocne.
Lestrade i Gregson spojrzeli po sobie z uśmiechem pełnym niedowierzania.
- Jeżeli ten mężczyzna został zamordowany, to jak tego dokonano? - spytał pierwszy z nich.
- Trucizna - powiedział Sherlock Holmes krótko i wyszedł. - A, jeszcze coś, Lestrade - dodał, odwracając się od drzwi. - Rache to niemieckie słowo, które oznacza "zemstę", więc niechże pan nie marnuje czasu, szukając panny Rachel.
I po oddaniu tego celnego strzału wyszedł, pozostawiając obu rywali z ustami szeroko otwartymi ze zdziwienia.