Rozdział II
Szkuner "Halbrane"
Mający trzysta ton pojemności, pochyłe maszty pozwalające mu chwytać wiatr, bardzo szybki, gdy płynął ostrym bajdewindem46, posiadający następujące żagle - na fokmaszcie: fok, bryfok, marsel oraz bramsel47, na grotmaszcie: bezan i topsel48, a z przodu foksztaksel, kliwer i bomkliwer49 - taki był schooner oczekiwany w Christmas Harbour, tak właśnie wyglądała "Halbrane".
Na jej pokładzie znajdowała się załoga złożona z kapitana, drugiego50, czyli pierwszego oficera, bosmana, czyli szefa załogi, kucharza oraz ośmiu marynarzy - ogółem dwunastu ludzi, liczba wystarczająca do manewrowania. Statek był zbudowany solidnie, wręgi i poszycie51 były obite nitowaną miedzianą blachą, miał pełne ożaglowanie i dobrze zbudowaną rufę. Słowem, był to statek o dużej dzielności morskiej, łatwy w obsłudze, przystosowany do żeglugi między czterdziestym a sześćdziesiątym stopniem szerokości południowej, przynoszący chlubę stoczniom w Birkenhead52.
Takie informacje przekazał mi pan Atkins, wygłaszając przy tym wiele pochwał!
Kapitan Len Guy z Liverpoolu był w trzech piątych właścicielem "Halbrane", którą dowodził od około sześciu lat. Handlował na morzach południowych Afryki i Ameryki, pływając od wysepki do wysepki, od jednego kontynentu do drugiego. Ponieważ poświęcał się wyłącznie handlowi, załoga szkunera mogła liczyć zaledwie dwunastu ludzi. Gdyby polował na ziemno-wodne zwierzęta, takie jak uchatki czy foki, załoga musiałaby być liczniejsza oraz wyposażona w dodatkowy sprzęt, jak harpuny o jednym lub więcej grotach i liny, tak niezbędne przy niebezpiecznych łowach. Dodam, że w tych niezbyt bezpiecznych okolicach, gdzie wówczas grasowali piraci morscy, a do każdej wyspy zbliżano się z dużą ostrożnością, "Halbrane" była przygotowana na ewentualny atak - posiadała cztery folgerze53, dostateczną ilość kul armatnich i pakietów kartaczy54, odpowiednio zaopatrzoną prochownię, strzelby, pistolety, pełne stojaki z karabinami, wreszcie sieci przy nadburciu. Wszystko to gwarantowało jej bezpieczeństwo. Ponadto wachtowi55 zawsze pilnie baczyli na wszystko, gdyż żeglowanie na tych wodach bez zachowania środków ostrożności byłoby wielką nieostrożnością.
Rankiem siódmego sierpnia, kiedy na wpół drzemiąc, leżałem jeszcze w łóżku, obudził mnie donośny głos oberżysty i uderzenia pięścią wstrząsające drzwiami.
- Panie Jeorling, już się pan obudził...? - zapytał gospodarz.
- Oczywiście, panie Atkins, bo jakże można spać przy takim hałasie! Co się dzieje...?
- Statek na pełnym morzu w kierunku północno-wschodnim, zdążający do portu Christmas!
- Czyżby to była "Halbrane"? - zawołałem, szybko odrzucając kołdrę.
- Za kilka godzin będziemy to wiedzieli, panie Jeorling. W każdym razie to pierwszy statek w tym roku i właśnie dlatego musimy mu zgotować miłe przyjęcie.
Ubrałem się w mgnieniu oka i dołączyłem do Fenimore'a Atkinsa na nabrzeżu, w miejscu, gdzie spojrzenie mogło ogarnąć horyzont pod bardzo rozwartym kątem, pomiędzy dwoma cyplami zatoki Christmas Harbour.
Powietrze było czyste, przestrzeń wolna od zalegającej ostatnio gęstej mgły, morze spokojne, poruszane tylko lekką bryzą56. Poza tym niebo, dzięki wiejącym tu regularnie wiatrom, było bardziej rozjaśnione z tej strony Wyspy Kerguelena aniżeli z przeciwnej.
Około dwudziestu mieszkańców - przeważnie rybaków - zebrało się wokół mistrza Atkinsa, który bezspornie był najważniejszą i najbardziej szanowaną osobistością archipelagu i w konsekwencji tego bardzo liczono się z jego zdaniem.
Wiatr sprzyjał wpłynięciu do zatoki, ale ponieważ przypływ dopiero się zaczynał, zasygnalizowany statek - z pewnością szkuner - wolno halsował57 pod dolnymi żaglami58, czekając, aż przypływ osiągnie swoje maksimum.
Gromadka ludzi żywo dyskutowała, a ja, bardzo zniecierpliwiony, słuchałem, nie mieszając się do rozmowy. Opinie były podzielone, ale wygłaszane z jednakowym uporem.
Muszę przyznać - i to mnie zmartwiło - że większość była przeciwna opinii, że to był szkuner "Halbrane". Tylko dwóch lub trzech rozmówców miało zdanie przeciwne, w tym gospodarz oberży "Pod Zielonym Kormoranem".
- To jest "Halbrane"! - powtarzał. - Kapitan Len Guy nie mógłby nie przybyć pierwszy na Wyspy Kerguelena... Niemożliwe! To on, jestem tego równie pewny, jakbym trzymał jego rękę w mojej, pertraktując sprzedaż stu pikuli59 ziemniaków dla odnowienia zapasów na statku!
- Ma pan mgłę przed oczami, panie Atkins! - odezwał się jeden z rybaków.
- Nie tak wiele, jak ty w mózgu! - odparł cierpko oberżysta.
- Ten statek nie ma angielskiego charakteru - zauważył inny. - Przy takim wysmukłym dziobie i podniesionym pokładzie uważam, że to amerykańska konstrukcja.
- Nie..., to "anglik" - odciął się pan Atkins - a nawet jestem gotów powiedzieć, z jakich stoczni wyszedł... tak... ze stoczni Birkenhead w Liverpoolu, gdzie także "Halbrane" była wodowana!
- Wcale nie! - utrzymywał stary marynarz. - Ten szkuner został wyposażany w Baltimore, u Nippera i Stronge'a, i to wody Chesapeake60 pierwsze spotkały się z jego kilem61.
- Mówię ci, że to wody Mersey62, okropny głupcze! - zawołał pan Atkins. - Przetrzyj lepiej okulary i popatrz, jaka bandera podnosi się na jego gaflu63.
- Anglik! - zawołali wszyscy zgromadzeni.
Rzeczywiście, bandera Zjednoczonego Królestwa64 z czerwonej etaminy65 zaczęła łopotać nad brytyjskim statkiem.
Nie było już wątpliwości, że szkuner kierujący do kanału wiodącego do Christmas Harbour to statek angielski, ale wcale nie było jeszcze całkiem pewne, że to szkuner kapitana Lena Guya.
Dwie godziny później nie było o co się sprzeczać. Przed południem "Halbrane" zatrzymała się w porcie Christmas Harbour, a jej kotwice spoczęły na głębokości czterech sążni.
Pan Atkins dał wielki popis, zarówno gestami jak i słowami, witając kapitana, który wydawał mi się mniej wylewny.
Czterdziestopięcioletni mężczyzna o usposobieniu sangwinika66, solidnej budowy ciała, podobnie jak jego szkuner, o potężnej głowie, szpakowatych włosach, czarnych oczach, których źrenice błyszczały jak żarzące się węgielki pod gęstymi brwiami, ogorzałej twarzy, zaciśniętych wargach, ukrywających silne uzębienie mocno osadzone w potężnych szczękach, z podbródkiem przechodzącym w gęstą rudą bródkę, wyposażony w silne, muskularne ręce i nogi - tak wyglądał kapitan Len Guy. Twarz jego nie była surowa, raczej niewzruszona, jak u kogoś bardzo skrytego, niezbyt chętnie ujawniającego swe tajemnice, jak dowiedziałem się tego samego dnia od kogoś lepiej poinformowanego niż mistrz Atkins, chociaż mój gospodarz uważał się za wielkiego przyjaciela kapitana. Prawdą jednak było, że nikt nie mógł się chełpić, iż przeniknął naturę tego dość oschłego osobnika.
Muszę zaraz dodać, że osobą, o której wcześniej wspominałem, był Hurliguerly, bosman z "Halbrane", rodem z wyspy Wight67, mający czterdzieści cztery lata, średniego wzrostu, krępy, silny, z szerokimi ramionami, pałąkowatymi nogami, o okrągłej głowie osadzonej na byczym karku, szerokiej piersi zawierającej jakby dwie pary płuc - zastanawiałem się, co by się stało, gdyby ich nie posiadał, tyle bowiem zużywał powietrza w procesie oddychania. Ciągle dyszący, ciągle paplający, z kpiącym spojrzeniem, uśmiechniętą twarzą, siecią zmarszczek pod oczami, powstałą pod wpływem bezustannego kurczenia się wielkiego mięśnia jarzmowego68. Zanotujmy, że z płata lewego ucha zwisał mu kolczyk. Jakiż kontrast w porównaniu z dowódcą szkunera! Jak ci dwaj osobnicy, tak niepodobni do siebie, mogli się porozumiewać?! Widać jednak rozumieli się, skoro od piętnastu lat żeglowali razem - najpierw na brygu69 "Power", który zamienili na szkuner "Halbrane" sześć lat przed początkiem tej historii.
Hurliguerly przekazał przez Fenimore'a Atkinsa, że jeżeli kapitan Len Guy się zgodzi, to będę mógł popłynąć jego statkiem. Do spotkania z bosmanem, bez żadnej prezentacji i przygotowań, doszło po południu tego samego dnia. Hurliguerly znał już moje nazwisko i zagadnął mnie takimi słowami:
- Pozdrawiam pana, panie Jeorling.
- Również pana pozdrawiam, mój przyjacielu - odpowiedziałem. - Cóż pan chce ode mnie...?
- Zaoferować panu moje usługi...
- Pańskie usługi...? W jakiej sprawie...?
- W sprawie zamiaru pana załadowania się na "Halbrane"...
- Kim pan jest...?
- Bosman Hurliguerly, tak się nazywam i tak figuruję w rejestrze załogi, a ponadto jestem wiernym towarzyszem kapitana Lena Guya, który słucha mnie chętnie, chociaż ma reputację osoby niesłuchającej nikogo.
Wówczas przyszła mi do głowy myśl, że dobrze byłoby wykorzystać tego człowieka, tak szybkiego w świadczeniu usług i w którego wpływ na kapitana Lena Guya nikt nie wątpił.
Odpowiedziałem więc:
- A więc, przyjacielu, porozmawiajmy, jeżeli w tej chwili nie wzywają pana obowiązki zawodowe...
- Mam dwie godziny wolnego czasu, panie Jeorling. Zresztą dzisiaj jest mało pracy. Jutro trzeba będzie wyładowywać niektóre towary, odnowić zapasy innych... Teraz jest właśnie czas na odpoczynek dla załogi... Jeśli ma pan czas... tak jak ja go mam...
Mówiąc to, wskazał ręką na miejsce w głębi portu, widocznie bardzo dobrze mu znane.
- Nie moglibyśmy porozmawiać równie dobrze tutaj? - zauważyłem, zatrzymując go.
- Rozmawiać, panie Jeorling, rozmawiać na stojąco... i przy suchym gardle... kiedy łatwiej jest zasiąść w kącie "Pod Zielonym Kormoranem", mając przed sobą dwie szklaneczki herbaty z whisky...
- Ja nie piję wcale, bosmanie.
- Cóż... wypiję za nas obu. Och, niech pan nie myśli, że ma do czynienia z pijakiem...! Nie...! Nigdy więcej niż potrzeba, ale tyle co trzeba!
Podążyłem za marynarzem, z pewnością przyzwyczajonym do pływania po wodach różnych knajpek. Podczas gdy pan Atkins zajmował się na pokładzie szkunera ustalaniem cen zakupu i sprzedaży towarów, my zasiedliśmy w głównej sali jego zajazdu. Zacząłem rozmowę z bosmanem:
- Prawdę mówiąc, to liczyłem na pana Atkinsa, że mnie skomunikuje z kapitanem Lenem Guyem, gdyż dobrze go zna... jeśli się nie mylę...
- Ba! - prychnął Hurliguerly. - Fenimore Atkins jest zacnym człowiekiem, i kapitan go szanuje. Jednakże nie jest w stanie mi dorównać...! Niech pan pozwoli mi działać, panie Jeorling...
- Więc sprawa jest trudna do załatwienia, bosmanie, i na pokładzie "Halbrane" nie ma żadnej wolnej kabiny...? Wystarczy mi nawet najmniejsza i dobrze zapłacę...
- Doskonale, panie Jeorling! Jest kabina w rufówce70, która nigdy nie była używana, i skoro chce pan opróżnić swoją kieszeń, skoro jest to niezbędne... Jednakże, mówiąc między nami, należy mieć więcej sprytu, niż pan myśli, czego nie ma stary Atkins, by przekonać kapitana Lena Guya do wzięcia pasażera...! Tak! Jeszcze pan nie poznał całej przebiegłości dobrego kolegi, który właśnie pije za pańskie zdrowie, żałując, że nie może pan mu się odwdzięczyć pięknym za nadobne!
Podczas gdy mrugnął lewym okiem, jakiż błysk prawego oka towarzyszył tej deklaracji Hurliguerly'ego! Wydawało się, że cała moc, jaką posiadało oboje oczu, przebiegła przez źrenicę tego jednego! Nie trzeba chyba dodawać, że koniec owego pięknego zdania utonął w szklance whisky, której doskonałość bosman był w stanie ocenić, ponieważ gospoda "Pod Zielonym Kormoranem" dostarczała ją tylko do kambuza71 "Halbrane".
Następnie ten diabelski człowiek wyciągnął ze swej bluzy krótką czarną fajkę, przeczyścił ją, nabił tytoniem z kapciucha72, zapalił i umocowawszy w kąciku ust, w dziurze pomiędzy dwoma zębami trzonowymi, wydmuchnął, jak parowiec idący pełną szybkością, taką ilość dymu, że jego głowa zniknęła za szarawą chmurą.
- Panie Hurliguerly...? - zapytałem.
- Słucham, panie Jeorling...
- Dlaczego pański kapitan jest nastawiony do mnie nieprzychylnie?
- Ponieważ nie leży w jego zamiarach zabieranie pasażerów na statek i jak dotąd zawsze odmawiał w tego rodzaju sprawach.
- Proszę mi powiedzieć, jaka jest tego przyczyna...
- Och! Ponieważ nie chce mieć kłopotów w czasie żeglugi, chce płynąć, gdzie mu się podoba, zboczyć nieco z drogi, gdy mu to odpowiada, na północ albo na południe, w kierunku wschodzącego albo zachodzącego słońca, bez wyjawiania komukolwiek motywów postępowania! Lecz nigdy, panie Jeorling, nie opuszcza mórz południowych. Wiele lat pływamy już razem między Australią na wschodzie i Ameryką na zachodzie, podążając z Hobart Town73 do Wysp Kerguelena, z Tristan da Cunha na Falklandy, zatrzymując się jedynie na czas sprzedaży naszego ładunku, a czasem zapędzamy się aż na wody antarktyczne. W takiej sytuacji, pan chyba to rozumie, pasażer mógłby przeszkadzać, a poza tym, kto chciałby podróżować na "Halbrane", skoro ona nie lubi się przekomarzać z wietrzykiem i płynie prawie tam, gdzie wiatr ją popycha!
Zapytywałem się w duchu, czy bosman nie starał się uczynić ze swego szkunera jakiegoś tajemniczego statku, żeglującego na los szczęścia, niezatrzymującego się prawie na postój, czegoś w rodzaju okrętu błąkającego się na wysokich szerokościach geograficznych, dowodzonego przez kapitana widmo. Jakkolwiek było, powiedziałem do niego:
- Przecież w końcu za jakieś cztery czy pięć dni "Halbrane" opuści Wyspy Kerguelena...?
- Niewątpliwie...
- I tym razem weźmie kurs na zachód, aby dotrzeć do Tristan da Cunha...?
- Prawdopodobnie.
- A więc, bosmanie, to prawdopodobieństwo zupełnie mi wystarcza, i skoro zaoferował mi pan swoją przyjacielską pomoc, proszę nakłonić kapitana Lena Guya, by zaakceptował mnie jako pasażera...
- Jest tak, jakby to już zostało zrobione!
- Cudownie, Hurliguerly, i zapewniam pana, że nie będzie pan tego żałował.
- Ech, panie Jeorling! - odparł ten nader osobliwy przełożony załogi, potrząsając głową, jakby przed chwilą wyszedł z wody. - Nigdy niczego nie żałuję, i wiem dobrze, że oddając panu przysługę, wcale nie będę tego żałował. A teraz, jeśli pan pozwoli, pożegnam się, nie czekając nawet na mego przyjaciela Atkinsa, i udam się na statek.
Opróżniwszy jednym haustem szklankę whisky - myślałem, że szklanka zniknie w jego gardle razem z płynem - Hurliguerly uśmiechnął się do mnie protekcjonalnie. Potem, balansując swoim grubym tułowiem umieszczonym na dwóch wygiętych w łuk nogach, ozdobiony pióropuszem cierpkiego dymu uchodzącego z otworu jego fajki, wyszedł z oberży "Pod Zielonym Kormoranem" i skierował się na północny wschód.
Siedziałem przy stole, pozostając pod wpływem dość sprzecznych refleksji. Kim był naprawdę ten kapitan Len Guy? Pan Atkins przedstawił mi go jako dobrego żeglarza, a zarazem odważnego człowieka. Nic nie upoważniało mnie do tego, by wątpić, że był jednym i drugim, jednak według tego, co mówił bosman, był wielkim oryginałem. Przyznaję, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, iż propozycja wejścia na "Halbrane" spotka się z takimi trudnościami, tym bardziej że nie zamierzałem liczyć się z pieniędzmi i odpowiadało mi życie na statku. Z jakiego powodu kapitan Len Guy miałby mi odmówić...? Byłoby możliwe do przyjęcia, że nie chce się krępować zobowiązaniem ani być zmuszony żeglować do wyznaczonego miejsca, jeżeli podczas żeglugi przyjdzie mu fantazja płynąć w inne...? Może też miał szczególne powody, by nie ufać obcemu człowiekowi ze względu na rodzaj przedsiębranych rejsów...? Czyżby zajmował się przemytem lub handlem żywym towarem - handlem jeszcze bardzo często uprawianym w tych czasach na morzach południowych...? W końcu byłoby to wiarygodne wyjaśnienie, chociaż mój zacny oberżysta ręczył za "Halbrane" i jej kapitana. Porządny statek, porządny komendant - Fenimore Atkins dawał głowę za jedno i drugie...! Byłoby dobrze, gdyby nie mylił się w tych przypuszczeniach...! Przecież w końcu znał kapitana Lena Guya, który raz do roku zatrzymywał się na wyspie, gdzie prowadził zwyczajne operacje handlowe, które nie pozostawiały żadnego cienia wątpliwości...
Z drugiej strony zastanawiałem się, czy dla nadania większej ważności swej usłudze, bosman starał się wykazać swoją wartość... Być może kapitan Len Guy byłby bardzo zadowolony, bardzo szczęśliwy z racji przebywania na pokładzie pasażera tak zgodnego, za jakiego się uważałem, nie zważającego na cenę przeprawy...?
Mniej więcej godzinę później spotkałem w porcie oberżystę i zaznajomiłem go z sytuacją.
- Ach, ten piekielny Hurliguerly! - wykrzyknął. - Zawsze to samo...! Jeśliby mu wierzyć, kapitan Len Guy nie wytarłby sobie nosa bez poradzenia się go...! Widzi pan, panie Jeorling, ten bosman to dziwny człowiek. Nie jest zły ani głupi, ale jest za to diabelskim łowcą dolarów i gwinei74...! Jeśli wpadnie pan w jego ręce, pilnuj pan sakiewki...! Zapnij kieszeń lub kieszonkę w kamizelce i nie pozwól nic z nich wyciągać!
- Dziękuję za radę, Atkins. Niech mi pan powie, czy rozmawiał już pan z kapitanem Lenem Guyem...? Czy powiedział mu pan o mnie...?
- Jeszcze nie, panie Jeorling... mamy czas... Halbrane przecież dopiero co przypłynęła i nawet nie zdążyła się obrócić na swej kotwicy do odpływu morza...
- Zgoda, ale... pan rozumie... życzyłbym sobie możliwie jak najszybciej mieć pewność...
- Trochę cierpliwości!
- Ponaglam, by wiedzieć, czego mam się trzymać...
- Ech, proszę się nie obawiać, panie Jeorling! Sprawy same biegną...! Zresztą nie znalazłby się pan w kłopotach, gdyby nie odpłynął na "Halbrane"... W porze połowów w Christmas Harbour będzie stało więcej statków, niż jest domów wokół zajazdu "Pod Zielonym Kormoranem"! Zwróci się pan do mnie... a ja zajmę się pańskim miejscem na innym statku!
Wszystko to były tylko puste słowa, z jednej strony bosmana, z drugiej pana Atkinsa. Dlatego też, pomimo ich pięknych obietnic, postanowiłem skierować się bezpośrednio do tego nieprzystępnego kapitana Lena Guya i porozmawiać o moim projekcie, jeżeli tylko spotkam go samego.
Okazja ku temu nadarzyła się już następnego dnia. Przechadzałem się wzdłuż nabrzeża, przyglądając się szkunerowi, statkowi znakomicie zbudowanemu i o solidnej konstrukcji. Były to niezbędne zalety na tych morzach, gdzie lody dryfują czasami poza pięćdziesiąty równoleżnik.
Było popołudnie. Gdy zbliżyłem się do kapitana Lena Guya, zrozumiałem, że wolałby mnie uniknąć.
W Christmas Harbour, co jest zrozumiałe, mała populacja rybaków prawie się nie odnawia. Być może na licznych w tym czasie statkach, jak już wcześniej mówiłem, kilku Kergueleńczyków przyjmie służbę, zastępując nieobecnych lub zaginionych. W gruncie rzeczy ta ludność się nie zmieniła i kapitan Len Guy musiał znać dobrze każdego z osobna.
Kilka tygodni później mógłby się pomylić, kiedy ludzie z całej flotylli statków zapełnią nabrzeża portu, kiedy zapanuje niezwykłe ożywienie, które skończy się wraz z końcem sezonu połowów. Ale do tego czasu, to jest do sierpnia, "Halbrane", korzystając z naprawdę wyjątkowo łagodnej zimy, przebywała sama w porcie.
Było więc niemożliwe, żeby kapitan Len Guy nie rozpoznał we mnie cudzoziemca, nawet gdyby bosman i oberżysta nie poczynili jeszcze żadnych kroków w mej sprawie.
Otóż jego postawa mogła oznaczać tylko jedno: albo moja propozycja została mu przedstawiona i nie zamierzał jej uwzględnić, albo ani Hurliguerly, ani Atkins od poprzedniego dnia wcale z nim nie rozmawiali. W tym drugim przypadku, jeśli odsuwał się ode mnie, to znaczyło, że poddawał się swej mało komunikatywnej naturze, że nie odpowiadało mu nawiązywanie stosunków z nieznajomymi.
Tymczasem ogarnęła mnie niecierpliwość. Jeżeli ten jeż mi odmówi, no cóż, przyjmę tę odmowę! Nie zamierzałem go zmuszać, by zabrał kogoś na pokład wbrew sobie. Nie byłem nawet jego rodakiem. Na dodatek na Wyspie Kerguelena nie rezydował ani konsul, ani nawet żaden amerykański urzędnik, przed którym mógłbym się wyżalić. On przede wszystkim sprawdziłby, czy mieszkam tu na stałe i czy obraziłem (ani razu!) kapitana Lena Guya; mógłbym wyjść, by nadal oczekiwać przybycia innego statku i bardziej uprzejmego kapitana - co opóźniłoby mój wyjazd jedynie o dwa lub trzy tygodnie.
W chwili, gdy szedłem go zaczepić, podszedł do niego pierwszy oficer ze statku. Len Guy skorzystał ze sposobności, by się oddalić, i dając znak oficerowi, by podążył za nim, okrążył nabrzeże i zniknął za załomem skały, wznoszącej się na północnym brzegu zatoki.
"Do diabła! - pomyślałem - Wszystko wskazuje na to, że ciężko mi będzie pomyślnie załatwić sprawę! Ale to jest tylko odłożona rozgrywka. Jutro przed południem udam się na pokład "Halbrane". Czy on tego chce, czy też nie, trzeba będzie sprawić, by Len Guy mnie wysłuchał i odpowiedział: tak lub nie!".
Poza tym mogło się zdarzyć, że kapitan Len Guy przyjdzie w porze obiadowej do oberży "Pod Zielonym Kormoranem", gdzie zazwyczaj w czasie postoju statku marynarze spożywali śniadania i obiady. Po kilku miesiącach na morzu miło jest zmienić jedzenie, ograniczone zwykle do sucharów i solonego mięsa.
Zdrowie nawet tego wymaga i podczas gdy świeże pożywienie przeznaczone jest dla załogi, oficerowie znajdą lepsze jedzenie w oberży. Nie wątpiłem, że mój przyjaciel Atkins jest przygotowany, by odpowiednio przyjąć kapitana, pierwszego oficera, jak również bosmana szkunera.
Czekałem więc bardzo długo, nie siadając do stołu, lecz spotkał mnie srogi zawód.
Ani kapitan Len Guy, ani nikt ze statku nie przyszedł zaszczycić swoją obecnością zajazdu "Pod Zielonym Kormoranem"! Musiałem sam zjeść obiad, tak jak to robiłem każdego dnia już od dwóch miesięcy, gdyż - można to sobie swobodnie wyobrazić - podczas zimowej pory roku klientela mistrza Atkinsa ciągle była taka sama.
Gdy skończyłem posiłek, było około wpół do ósmej i zapadła noc. Postanowiłem pospacerować trochę po porcie od strony domów.
Nabrzeże było puste, jedynie okna zajazdu rzucały nieco światła. Nikt z załogi "Halbrane" nie przebywał na lądzie. Ściągnięte łodzie, przymocowane cumami, kołysały się przy plusku podnoszącego się morza.
Doprawdy, szkuner był jak koszary, w których zatrzymywano marynarzy po zachodzie słońca. To zarządzenie musiało szczególnie irytować gadułę i pijaka Hurliguerly'ego, zbyt skłonnego, jak przypuszczałem, biegać w czasie postoju od knajpy do knajpy. W okolicach gospody "Pod Zielonym Kormoranem" nie dostrzegłem także dowódcy "Halbrane".
Pozostałem tu aż do dziewiątej wieczorem, przechadzając się w odległości około stu kroków od szkunera. Bryła statku znikała stopniowo w mroku. W wodach zatoki odbijało się jedynie kołyszące się spiralnie światło dziobowej latarni okrętowej, zawieszonej na sztagu75 fokmasztu.
Wróciłem do zajazdu, gdzie znalazłem Fenimore'a Atkinsa siedzącego blisko drzwi i palącego fajkę.
- Atkins - zagadnąłem - wygląda na to, że kapitan Len Guy nie lubi zaglądać do twego zajazdu...?
- Przychodzi tu niekiedy w niedzielę, a dzisiaj jest sobota, panie Jeorling...
- Nic mu pan nie powiedział...?
- Tak... - odparł mój gospodarz tonem oznaczającym wyraźne zakłopotanie.
- Czy oznajmił mu pan, że jeden pański znajomy życzy sobie wsiąść na "Halbrane"...?
- Tak.
- I co odpowiedział...?
- Nie tak, jak ja bym chciał, ani jak pan by sobie życzył, panie Jeorling...
- Odmówił...?
- Mniej więcej, jeżeli za odmowę uznać to, co mi powiedział: "Atkins, mój szkuner nie został zbudowany po to, by przyjmować pasażerów... Nigdy żadnego nie wziąłem i nie zamierzam nigdy wziąć".
46 Bajdewind - kurs statku względem wiatru, gdy ten wieje skośnie od dziobu; im mniejszy jest kąt między osią symetrii statku a kierunkiem wiatru, tym bajdewind jest ostrzejszy (aż do strefy martwej).
47 Fokmaszt - przedni maszt, pierwszy maszt od dziobu; bryfok - prostokątny żagiel rejowy podnoszony przy pomyślnym wietrze na fokmaszcie szkunera (w przypadku "Halbrane" jedyny żagiel rejowy); fok, marsel, bramsel - tu: nazwy kolejnych żagli gaflowych, patrząc od pokładu.
48 Grotmaszt - główny maszt na żaglowcu, na "Halbrane" drugi maszt od dziobu (tylny); bezan - żagiel gaflowy, w przypadku szkunera rozpięty na grotmaszcie, na statkach o większej liczbie masztów na bezanmaszcie; topsel - trójkątny żagiel mocowany na bezrejowym maszcie, powyżej bezanu.
49 Foksztaksel, kliwer, bomkliwer - nazwy żagli rozpiętych przed przednim masztem, tzw. sztaksle przednie; nazwy podane w kolejności od fokmasztu w kierunku dziobu.
50 Drugi - zastępca kapitana, który jest "pierwszym po Bogu".
51 Wręgi - wygięte belki albo sztaby przymocowane do kilu i stanowiące poprzeczny szkielet kadłuba, do którego przymocowane jest poszycie, czyli deski stanowiące obicie szkieletu statku.
52 Birkenhead - miasto w Wielkiej Brytanii, na półwyspie Wirral, w pobliżu ujścia rzeki Trent do Morza Irlandzkiego.
53 Folgerz (folgierz) - mała, najczęściej odprzodowa armata o niewielkim zasięgu strzału; umieszczana na obracanej podpórce lub stojaku, co umożliwiało strzelanie w różnych kierunkach i pod różnym kątem; używana była od przełomu XV/XVI do XIX w.; ze względu na niewielkie rozmiary i względnie dużą szybkostrzelność folgerz był popularnym wyposażeniem okrętów; najczęściej używano go w czasie abordażu do odparcia napastników lub osłabienia obrońców atakowanej jednostki; na małych jednostkach handlowych folgerze stanowiły często podstawową lub nawet jedyną artylerię.
54 Kartacz - rozpryskowy pocisk artyleryjski wypełniony metalowymi siekańcami, a w późniejszym okresie kulkami, stosowany od XVI do końca XIX w.
55 Wachtowy - członek załogi pełniący wachtę; wachta - tu okres, przez który pełni służbę jedna zmiana załogi.
56 Bryza - wiatr wiejący na wybrzeżu morskim: w nocy znad lądu, w dzień znad morza.
57 Halsowanie - metoda poruszania się statku żaglowego w kierunku, z którego wieje wiatr; ponieważ nie ma możliwości, aby płynąć dokładnie wprost na wiatr, stosuje się manewr zastępczy, polegający na płynięciu zakosami, czyli lewym lub prawym halsem.
58 Dolne żagle - największe i najniżej rozpiętego żagle na masztach.
59 Pikul (tam) - tradycyjna jednostka wagi w Azji, wynosząca 60,5 kg.
60 Chesapeake - zatoka, nad którą leży Baltimore.
61 Kil (stępka) - długa belka biegnąca wzdłuż statku, na której opiera się jego konstrukcja.
62 Mersey - rzeka przepływająca przez Liverpool.
63 Gafel - drzewce ruchome, zwykle stawiane i opuszczane razem z żaglem; służy do zamocowania górnej krawędzi (liku) żagli gaflowych; przy postawionym żaglu gafel jest ustawiony ukośnie do masztu; flagę umieszcza się właściwie pod pikiem, czyli wolnym końcem gafla.
64 Zjednoczone Królestwo - właśc. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii, istniejące w latach 1801-1922.
65 Etamina - lekka, przejrzysta tkanina z bawełny albo jedwabiu, o prześwitujących oczkach siatki.
66 Sangwinik - typ człowieka wrażliwego, łatwo się entuzjazmującego i równie łatwo ulegającego przygnębieniu, o gwałtownym, porywczym i zmiennym usposobieniu.
67 Wyspa Wight (Isle of Wight) - wyspa w cieśninie La Manche, u wybrzeży i w składzie Wielkiej Brytanii.
68 Mięśnie jarzmowe - mięśnie wyrazowe twarzy człowieka; mięsień jarzmowy większy i mięsień jarzmowy mniejszy, należące do grupy mięśni otoczenia szpary ust, unerwione przez nerw twarzowy.
69 Bryg - dwumasztowy żaglowiec z żaglami rejowymi.
70 Rufówka - nadbudówka w rufowej (tylnej) części statku, rozciągająca się na całą szerokość pokładu, w której mieściły się kabiny oficerów i pasażerów.
71 Kambuz - kuchnia oraz znajdujący się przy niej magazyn żywnościowy.
72 Kapciuch - dawniej specjalny woreczek na tytoń.
73 Hobart Town (Hobart) - miasto w Australii, w południowo-wschodniej części Tasmanii, nad rzeką Derwent, u jej ujścia do Morza Tasmana; największe miasto i port morski na Tasmanii, ośrodek przemysłowy, kulturalny i turystyczny.
74 Gwinea - moneta, której wartość równała się 21 szylingom, czyli nieco więcej niż funt szterling (20 szylingów).
75 Sztag - lina służąca do zabezpieczenia przed wyginaniem się masztu do przodu lub do tyłu.