Sfinks lodowy. Część pierwsza - Juliusz Verne

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

 

Oddaję dzisiaj do rąk Czytelników kolejną powieść Juliusza Verne'a, tym razem Sfinksa lodowego, powieść z kilku względów wyjątkową.

Po pierwsze jest ona kontynuacją powieści, czy też długiego opowiadania Edgara Allana Poego Przygody Arthura Gordona Pyma z Nantucket. Odbywa się to na takiej zasadzie, że po jedenastoletniej przerwie pomiędzy wydarzeniami zawartymi w książce Poego a bieżącą akcją Verne wraca wspomnieniami - i tylko - do tamtych lat.

Po drugie, jest to może jedyny przypadek tak daleko posuniętego "literackiego ludożerstwa", wyrażającego się ciągłymi powrotami do tekstu powieści Poego, czego kulminacją jest piąty rozdział pierwszej części Sfinksa lodowego, w którym autor streszcza całą powieść genialnego amerykańskiego pisarza. Należy w tym miejscu wspomnieć, że Juliusz Verne wprost uwielbiał kilku pisarzy i często w swoich utworach odnosił się do ich twórczości, wymieniał bohaterów ich powieści lub powoływał się na nich. Do tego grona należeli: James Fenimore Cooper ze swoim Pięcioksięgiem przygód Sokolego Oka, Walter Scott, Aleksander Dumas ojciec i oczywiście Edgar Allan Poe. Verne w swoim eseju Edgar Poe i jego dzieła, w którym omawia takie utwory jak: Zabójstwo przy rue Morgue, Złoty żuk czy Przygody Arthura Gordona Pyma z Nantucket, podziwia twórczość amerykańskiego pisarza i oddaje jej hołd.

Po trzecie Sfinks lodowy, wykluwszy się z fantastycznej powieści Edgara Poego, już w swym założeniu musiał należeć do gatunku nazywanego fantastyką. Odwoływanie się do niesamowitych zdarzeń opowiadanych przez Pyma, kreowanie zdumiewających wypadków w realnym czasie trwania powieści sprawia, że w wielu miejscach akcja zadziwia, zaskakuje, zdumiewa i często przeraża czytelnika, który nie za bardzo się orientuje, w jakim przebywa świecie - fantastyki, halucynacji czy też rzeczywistości... Wiele opisywanych wydarzeń ociera się o nierealność, niemożliwość czy wręcz absurd. Wydaje się, że właśnie takie założenie przyjął autor już na początku pisania Sfinksa lodowego.

Po czwarte, w cyklu "Niezwykłych Podróży", Juliusz Verne, po zdobyciu bieguna północnego w powieści Przygody kapitana Hatterasa, nie mógł się nie pokusić o wyruszenie na biegun południowy, przedstawienie niebezpieczeństw i grozy wypraw odbywanych w XIX wieku. Co prawda już wcześniej pojawił się na tym biegunie kapitan Nemo, ale dotarł tam nowoczesnym okrętem podwodnym, nie doświadczając trudów i niebezpieczeństw (poza jednym wyjątkiem, gdy "Nautilus" został zablokowany przez lody pod wodą), jakie były udziałem ówczesnych żeglarzy.

Powieść pierwszy raz ukazała się odcinkach w "Muzeum Edukacji i Rozrywki", poczynając od numeru 49 (1 stycznia 1897 roku) do numeru 72 (15 grudnia 1897 roku). W tym samym roku pojawiła się w wydaniach książkowych (mały format 18°): 24 czerwca ukazała się część pierwsza, a 11 listopada - druga. Oprócz wydania w małym formacie, 27 listopada 1897 roku pojawił się na rynku księgarskim trzydziesty trzeci tom "Niezwykłych Podróży", w którym znalazły się obie części Sfinksa lodowego, wzbogacone sześćdziesięcioma ośmioma ilustracjami George'a Roux, w tym dwunastoma kolorowymi.

Polski czytelnik szybko zapoznał się z powieścią, ponieważ już w 1897 roku ukazała się ona w odcinkach na łamach "Wieczorów Rodzinnych", z szesnastoma ilustracjami George'a Roux, w tłumaczeniu Michaliny Daniszewskiej. Ten przekład został powtórzony w następnym roku w formie książki nakładem redakcji "Wieczorów Rodzinnych", a także Drukarni Józefa Sikorskiego. Ponadto w tym samym roku miało się ukazać nakładem W. Rzążewskiej z Warszawy inne wydanie powieści w tłumaczeniu T.Ł. Dotychczas PTJV nie dysponuje dokładniejszymi informacjami na ten temat. Należy zaznaczyć, że wszystkie wydania z XIX wieku są dość mocno okrojone, a przekład Daniszewskiej w wielu miejscach jest dość swobodny, często ograniczający się do streszczeń.

Mając nadzieję, że Czytelnicy odniosą się z życzliwością do mego przekładu, w którym starałem się oddać także atmosferę dzieła, życzę przyjemnej lektury.

 

Andrzej Zydorczak

Rozdział I

Wyspy Kerguelena

 

Niewątpliwie nikt nie będzie dawał wiary tej opowieści zatytułowanej Sfinks lodowy. Mniejsza z tym. Moim zdaniem dobrze się stało, że została udostępniona czytelnikom. Wolno jej dać wiarę albo wcale w nią nie wierzyć.

Byłoby piekielnie trudno na początku tych cudownych i strasznych przygód wyobrażać sobie bardziej stosowne miejsce niż Wyspy Pustkowia1 - którym taką właśnie nazwę nadał w 1779 roku kapitan Cook2. Zatem po tym, co zobaczyłem podczas kilkutygodniowego pobytu w tych stronach, mogę potwierdzić, że zasługują na tę smętnie brzmiącą nazwę, nadaną im przez sławnego angielskiego nawigatora. Wyspy Pustkowia, to mówi wszystko.

Wiem, że w nomenklaturze geograficznej znane są pod nazwą Wysp Kerguelena, przeważnie stosowaną dla grupy wysp położonej na 49° 54' szerokości południowej i 69° 6' długości wschodniej. Znane są już od roku 1772. Baron francuski Kerguelen3 był pierwszym, który opisał te wyspy leżące w południowej części Oceanu Indyjskiego. Faktycznie podczas swej pierwszej podróży dowódca eskadry wierzył, że odkrył nowy kontynent na obrzeżach mórz południowych; ale w czasie drugiej ekspedycji przekonał się, że popełnił błąd i musiał sprostować swoją pomyłkę. To nie był stały ląd, lecz tylko archipelag wysp. Można mi wierzyć, kiedy zapewniam, że Wyspy Pustkowia to jedyna nazwa, która odpowiada tej grupie trzystu wysp albo wysepek, położonych wśród rozległych oceanicznych pustkowi, które niepokoją prawie bezustannie wielkie południowe nawałnice.

Tymczasem archipelag jest zamieszkany i nawet, od dnia drugiego sierpnia 1839 roku, czyli od dwóch miesięcy, dzięki mojej obecności w Christmas Harbour4, liczba kilku Europejczyków i Amerykanów, którzy tworzyli główne jądro ludności kergueleńskiej powiększyła się o jedną osobę. Było jednak prawdą, że czekałem jedynie na to, by go opuścić, ponieważ zakończyłem badania geologiczne i mineralogiczne, które zawiodły mnie tu podczas podróży.

Port Christmas leży na najważniejszej z wysp tego archipelagu5, którego powierzchnia wynosi cztery tysiące pięćset kilometrów kwadratowych6, czyli około połowy obszaru Korsyki. Port jest dość bezpieczny, a dostęp do niego łatwy i otwarty. Statki mogą w nim kotwiczyć nawet przy czterech sążniach7 wody. Po opłynięciu leżącego na północy Przylądka François8, na którym wznosi się na wysokość tysiąca dwustu stóp9 Table Mount10, spróbujcie popatrzeć przez bazaltową arkadę11 o szeroko rozstawionych słupach, usytuowaną na jego cyplu12. Zobaczycie wówczas wąską zatokę osłoniętą przez wysepki od wściekłych wiatrów wiejących ze wschodu i z zachodu. To w jej głębi położony jest Christmas Harbour, do którego wasz statek łatwo dopłynie, robiąc zwrot na prawą burtę. Kiedy już dotrze na kotwicowisko, będzie mógł stać na jednej kotwicy, z łatwością przeciwstawiając się wiatrom do czasu, gdy wody zatoki nie pokryją się lodami.

Zresztą Wyspy Kerguelena posiadają setki innych fiordów i zatok. Ich linie brzegowe są mocno poszarpane i wystrzępione niby dół spódnicy jakiejś żebraczki, zwłaszcza w części zawierającej się między północą a południowym wschodem. W tym rejonie aż się roi od wysepek i wysepeczek. Grunt, wulkanicznego pochodzenia, składa się z kwarcu wymieszanego z rodzajem niebieskawego kamienia13. Kiedy nadchodzi lato, zaczynają się pojawiać zielonkawe mchy, szarawe porosty, różne rośliny nasienne, zwłaszcza prymitywne i wytrzymałe skalnice14. Jedynym krzewem, jaki tu rośnie, jest rodzaj kapusty o bardzo cierpkim smaku, której próżno by szukać w innych krainach15.

Tak wyglądają tereny, które upatrzyły sobie na miejsce dla swoich rookerys16 pingwiny królewskie17 oraz inne pingwiny, niezliczonymi stadami zamieszkujące te okolice.

Ubrane na biało i żółto, z głowami odrzuconymi do tyłu, ze skrzydłami przypominającymi rękawy sukni, te głupie ptaki podobne są z daleka do szeregu mnichów kroczących w procesji wzdłuż wybrzeży.

 

Należy dodać, że Wyspy Kerguelena ofiarują także schronienie uchatkom antarktycznym, lampartom morskim i słoniom morskim18. Polowanie na te ziemno-wodne ssaki lub ich łowienie okazało się na tyle korzystne, że powstał pewnego rodzaju handel, który przyciągał w tym czasie na wyspę liczne statki.

Tamtego dnia przechadzałem się po porcie, kiedy zaczepił mnie mój oberżysta i powiedział:

- Chyba się nie mylę, panie Jeorling, że czas zaczyna się tu panu dłużyć?

Był to tęgi i wysoki Amerykanin, mieszkający od jakichś dwudziestu lat w Christmas Harbour i prowadzący jedyną oberżę w porcie.

- Rzeczywiście się dłuży, mogę to potwierdzić, mistrzu Atkins, pod warunkiem, że pan nie poczuje się dotknięty moją odpowiedzią.

- W żadnym razie! - odparł zacny człowiek. - Proszę sobie wyobrazić, że jestem tak przyzwyczajony do docinków, jak skały Przylądka François do bałwanów nadciągających od pełnego morza.

- I jak one, wszystko pan przetrzyma...

- Oczywiście! Od dnia, kiedy pan wysiadł w Christmas Harbour, kiedy zamieszkał u Fenimore'a Atkinsa w gospodzie "Pod Zielonym Kormoranem", powiedziałem sobie: "Za dwa tygodnie, jeśli nie za tydzień, mój gość będzie miał dość i zacznie żałować, że wylądował na Wyspach Kerguelena...".

- Nie, mistrzu Atkins, nigdy nie będę żałował tego, co już zrobiłem!

- Dobry zwyczaj, mój panie!

- Poza tym, wędrując po tej grupce wysp, dostrzegłem na nich wiele interesujących rzeczy. Przemierzyłem ich rozległe pofalowane równiny pocięte torfowiskami, wytapetowane szorstkimi mchami i zdobyłem ciekawe okazy mineralogiczne oraz geologiczne. Brałem udział w waszych polowaniach na foki19 i lamparty morskie. Zwiedziłem wasze rookerys, gdzie pingwiny i albatrosy20 żyją jak dobrzy kompani, co wydaje mi się godne uwagi. Czasami częstował mnie pan własnoręcznie przyrządzonym mięsem petrela21, które jest nawet do przyjęcia, pod warunkiem że jest się bardzo głodnym. Jednym słowem, zostałem wspaniale przyjęty "Pod Zielonym Kormoranem", za co jestem panu szczerze wdzięczny... Jednak, jeśli dobrze policzyłem, minęły dwa miesiące, odkąd w pełni zimy chilijski trójmasztowiec "P?nas" wysadził mnie w Christmas Harbour...

- I ma pan ochotę, panie Jeorling - wykrzyknął oberżysta - powrócić do swego kraju, który jest także moim, powrócić znowu do Connecticut22, by znowu zobaczyć Hartford, naszą stolicę...!

- Oczywiście, mistrzu Atkins, ponieważ już prawie trzy lata podróżuję po świecie... Trzeba wreszcie tego czy innego dnia zatrzymać się... zakorzenić...

- Ech, ech! Kiedy się już zapuści korzenie - odpowiedział Amerykanin, mrugając okiem - to skończy się wypuszczeniem gałęzi!

- Czysta prawda, mistrzu Atkins! Ponieważ jednak ja nie mam żadnej rodziny, jest bardzo prawdopodobne, że zakończę linię moich przodków! Nie mam już czterdziestu lat, żeby przyszła mi fantazja na wypuszczanie gałęzi, tak jak to pan zrobił, mój drogi gospodarzu, gdyż pan jest drzewem, i to pięknym drzewem...

- Dębem, a nawet dębem zielonym23, jeśli pan tego chce, panie Jeorling.

- Miał pan rację, słuchając praw natury! Otóż, jeżeli natura obdarzyła nas nogami, by chodzić...

- Dała nam także na czym siadać! - odciął się, wybuchając jednocześnie głośnym, rubasznym śmiechem Fenimore Atkins. - Dlatego zasiadłem sobie wygodnie w Christmas Harbour. Betsey, moja dzielna kobieta, obdarowała mnie dziesiątką dzieci, które z kolei obdarzą mnie wnukami, a te będą się wspinać na moje kolana jak młode koty.

- Nie chciałby pan powrócić kiedyś do rodzinnego kraju...?

- Cóż bym tam robił, panie Jeorling, i czego bym tam dokonał...? Czekałyby na mnie same kłopoty...! Przeciwnie tu, na Wyspach Pustkowia, gdzie nigdy nie miałem okazji się smucić, mnie i moich bliskich spotkał dobrobyt.

- Bez wątpienia, mistrzu Atkins, i winszuję panu, skoro jest pan szczęśliwy... Niemniej jednak, czy nie jest niemożliwe, że pewnego dnia najdzie pana chętka...

- Przesadzić się, panie Jeorling...?! Daj pan spokój! Jak panu powiedziałem, jestem niby dąb, a spróbuj pan wyrwać dąb, który zapuścił korzenie aż do pokryw krzemionkowych skał Wysp Kerguelena!

Przyjemnie było słuchać tego zacnego Amerykanina, tak doskonale zaaklimatyzowanego na tym archipelagu, tak zahartowanego i znoszącego zmienności tutejszego klimatu. Żył tu ze swoją rodziną jak pingwiny w swoich rookerys - z matką, godną szacunku matroną, krzepkimi synami cieszącymi się dobrym zdrowiem, nieznającymi co to przeziębienia albo bóle brzucha. Interesy szły nieźle. Dobrze zaopatrzona oberża "Pod Zielonym Kormoranem" przyjmowała klientelę ze wszystkich statków, zarówno wielorybniczych, jak i innych przybywających na Wyspy Kerguelena. U Atkinsa można się było zaopatrzyć w łój, tłuszcze, smołę, maź, przyprawy, cukier, herbatę, konserwy, whisky, dżin24, wódkę. Na próżno byłoby szukać drugiego takiego zajazdu w Christmas Harbour. Co do synów Fenimore'a Atkinsa, to ci byli cieślami, żeglarzami, rybakami i łowcami ziemno-wodnych zwierząt we wszystkich przybrzeżnych kanałach i cieśninach podczas ciepłej pory roku. Byli to dzielni mężczyźni, w zupełności poddający się swemu przeznaczeniu...

- Jednym słowem, mistrzu Atkins - oświadczyłem, kończąc rozmowę - jestem zachwycony, że przybyłem na Wyspy Kerguelena i zabiorę stąd z sobą piękne wspomnienia... Jednak nie będę zmartwiony, gdy znowu powrócę na morze...

- Coś takiego, pan Jeorling, trochę cierpliwości! - rzekł do mnie ten filozof. - Nigdy nie należy pragnąć ani przyspieszać chwili rozstania. Zresztą proszę nie zapominać, że niedługo znowu powrócą piękne dni... Za jakie pięć albo sześć tygodni...

- Czekam, tymczasem zaś góry i równiny, skały i piaszczyste wybrzeża są przykryte gęstą warstwą śniegu, a słońce nie ma siły rozpędzić gęstych mgieł na widnokręgu...! - zawołałem.

- Coś podobnego, panie Jeorling! Przecież spod białej koszuli przebija już zielonawy trawnik! Proszę dobrze popatrzeć...

- Chyba że przez lupę...! A tak między nami, panie Atkins, czy ośmieliłby się pan twierdzić, że w sierpniu, który odpowiada lutemu na naszej północnej półkuli, na zatoce nie tworzą się jeszcze lodowe zapory...?

- Zgadzam się z tym, panie Jeorling, ale powtarzam panu - cierpliwości! Zima w tym roku była łagodna... Statki zaczną się pokazywać na pełnym morzu czy to od zachodu, czy od wschodu, ponieważ zbliża się sezon połowów.

- Niech Niebo pana wysłucha, mistrzu Atkins, i może przyprowadzi bezpiecznie do portu statek, który się spóźnia... jak szkuner "Halbrane"25...!

- Pod kapitanem Lenem Guyem - odparł oberżysta. - To dumny żeglarz, chociaż Anglik - ale dzielni ludzie są wszędzie - i ma ten plus, że zaopatruje się "Pod Zielonym Kormoranem".

- Myśli pan, że "Halbrane"...?

- Nim minie tydzień, panie Jeorling, ukaże się na trawersie26 Przylądka François, chyba żeby nie stało już kapitana Lena Guya; a gdyby kapitana nie było, znaczyłoby to, że "Halbrane" zatonęła pod pełnymi żaglami między Wyspami Kerguelena a Przylądkiem Dobrej Nadziei27!

Fenimore Atkins, właściciel oberży, opuścił mnie, wykonawszy wcześniej wspaniały gest wskazujący, że podobna ewentualność nie wchodziła w ogóle w rachubę.

Zresztą miałem nadzieję, że przewidywania mojego oberżysty wkrótce się spełnią, gdyż czas bardzo mi się dłużył. Jeśli można mu było wierzyć, zaczęły się już pojawić symptomy ciepłej pory roku - ciepłej w rozumieniu właściwym dla tych okolic. Przecież główna wyspa leżała mniej więcej na takiej samej szerokości geograficznej co Paryż w Europie i Quebec w Kanadzie! Lecz półkula południowa biegnie, należy o tym wiedzieć, po orbicie eliptycznej, którą zakreśla Ziemia i której jedno z ognisk zajmuje Słońce, dzięki czemu ta półkula ma zimą klimat chłodniejszy niż półkula północna, ale też cieplejszy latem. Niewątpliwie okres zimowy na Wyspach Kerguelena jest okropny z powodu panujących gwałtownych burz i zamarzającego na kilka miesięcy morza, chociaż temperatury nie są tak nadzwyczajnie niskie - wynoszą średnio dwa stopnie Celsjusza w zimie i siedem stopni w lecie, czyli podobnie jak na Falklandach28 czy Przylądku Horn.

Rozumie się samo przez się, że w tym okresie Christmas Harbour i inne porty nie chronią dostatecznie samego statku. W czasach, o których opowiadam, statki parowe były jeszcze rzadkością. Jeśli chodzi o żaglowce, to nie chcąc zostać zablokowane przez lody, udawały się do portów Ameryki Południowej, na zachodnie wybrzeże Chile, albo też do Afryki - zwłaszcza do Kapsztadu29 położonego na Przylądku Dobrej Nadziei. Kilka łodzi - jedne uwięzione w zamarzniętych wodach, inne spoczywające na wybrzeżu i pokryte lodem aż po same jabłka30 swych masztów - to było wszystko, co ukazywało się moim oczom na powierzchni portu Christmas.

Tymczasem, choć na Wyspach Kerguelena różnice temperatur nie były znaczne, panował tu wilgotny i zimny klimat. Bardzo często, zwłaszcza w części zachodniej, archipelag narażony jest na ataki gwałtownych szkwałów31 i burz z północy albo z zachodu, niosących z sobą grad i deszcze. Od strony wschodniej niebo było klarowniejsze, chociaż światło docierało tu połowicznie, a granica śniegów na górskich grzbietach zaczynała się dopiero pięćdziesiąt sążni powyżej poziomu morza.

Tak więc po dwóch miesiącach spędzonych na archipelagu Kerguelena czekałem jedynie na sposobność dostania się na pokład szkunera "Halbrane", którego zalet, zarówno z punktu widzenia towarzyskiego, jak i morskiego, nie przestawał mi wychwalać entuzjastyczny oberżysta.

- Nie mógł pan lepiej wybrać! - powtarzał mi każdego ranka i wieczora. - Z wszystkich kapitanów żeglugi pełnomorskiej marynarki angielskiej żaden nie może się równać z moim przyjacielem Lenem Guyem ani w odwadze, ani w żeglarskim doświadczeniu...! Gdyby jeszcze był bardziej rozmowny i bardziej bezpośredni, byłby wręcz doskonały!

Postanowiłem stanowczo trzymać się rad mistrza Atkinsa. Oczekiwanie miało trwać do czasu, aż szkuner zakotwiczy w Christmas Harbour. Po postoju trwającym sześć do siedmiu dni statek wyruszy na morze, biorąc kurs na Tristan da Cunha32, gdzie miał dostarczyć ładunek rudy cyny i miedzi.

Moim zamiarem było spędzić na tej wyspie kilka tygodni, wykorzystując ciepłą porę roku. Liczyłem, że stamtąd odpłynę do Connecticut. Jednakże nie zapominałem wziąć w swych projektach pod uwagę działania w sprawach ludzkich przypadku, ponieważ mądrze jest, jak to powiedział Edgar Poe33, by zawsze "liczyć się z nieprzewidzianym, nieoczekiwanym, niepojętym, że poboczne, przypadkowe, nieprzewidziane, sporadyczne zdarzenia zasługują na to, by liczyć się z nimi, że przypadek winien bezustannie być wkalkulowany w nasze życie".

Jeśli cytuję tu wielkiego amerykańskiego pisarza, to dlatego, że chociaż posiadam bardzo praktyczny umysł, z charakteru jestem bardzo poważny, a z natury mało pomysłowy, to jednak podziwiam tego genialnego poetę ludzkich dziwaczności.

Powracając do "Halbrane", a raczej do okazji, jakie pozwoliłyby mi wsiąść na statek w Christmas Harbour, nie musiałem się obawiać żadnego niepowodzenia. W tym czasie Wyspy Kerguelena odwiedzało rocznie co najmniej pięćset statków. Polowanie na walenie34 dawało owocne wyniki, a można to ocenić po fakcie, że jeden słoń morski35 może dostarczyć tonę oleju, to znaczy tyle, ile daje tysiąc pingwinów. Prawdą jednak było, że w ostatnich latach na archipelagu pojawiało się zaledwie około tuzina statków wielorybniczych, ponieważ niszcząca eksploatacja znacznie zmniejszyła liczbę waleni.

Tak więc nie musiałem się troszczyć, mając takie możliwości opuszczenia Christmas Harbour, nawet gdyby zabrakło "Halbrane" na miejscu umówionego spotkania, a kapitan Len Guy nie przyszedłby uścisnąć dłoni swego kompana Atkinsa.

Każdego dnia spacerowałem po okolicach portu. Słońce zaczynało silniej przygrzewać. Skały, tarasy, a także wulkaniczne kolumnady powoli pozbywały się swego białego, zimowego okrycia. Na piaszczystych wybrzeżach położonych pod pionowymi, urwistymi, bazaltowymi falezami36 zaczynały wyrastać mchy barwy czerwonego wina, a na otwartym morzu wiły się wstęgi alg o długości pięćdziesięciu do sześćdziesięciu jardów37. Na równinie rozciągającej się w głębi zatoki niektóre trawy wysuwały nieśmiało swe kiełki - między innymi pochodząca z Andów nagonasienna lyallia38, następnie zaś inne, należące do flory Ziemi Ognistej39, podobnie jak jedyny krzew tej ziemi, o którym już wspomniałem, owa olbrzymia kapusta, tak cenna z powodu swych przeciwszkorbutowych zalet.

Jeśli chodzi o ssaki lądowe, to nie zauważyłem ani jednego, podobnie jak żab czy gadów, w przeciwieństwie do ssaków morskich zamieszkujących w wielkiej liczbie te okolice. Natknąłem się jedynie na kilka owadów - motyli i innych - nieposiadających wcale skrzydeł, z tego powodu, że zanim zdołają się nimi posłużyć, prądy powietrzne unoszą je na przetaczające się fale.

Raz czy dwa razy wsiadłem do jednej z tych solidnych łodzi, na których rybacy stawiają czoła szkwałom, ostrzeliwującym jak z katapulty skały Wysp Kerguelena. Na tych stateczkach można by spróbować podróży do Kapsztadu i dopłynąć do tego portu, oczywiście przy dobrej pogodzie. Jednak upewniłem się, że przy obecnie panujących warunkach nie było moim zamiarem opuszczać Christmas Harbour... Nie! "Spodziewałem się" szkunera "Halbrane", i szkuner "Halbrane" nie mógł się spóźnić.

Podczas spacerów od jednej zatoki do drugiej z ciekawością obserwowałem różne widoki tego poszarpanego wybrzeża, tego dziwacznego, a zarazem cudownego szkieletu wyspy, w całości pochodzącego z formacji ogniowej, który dziurawił biały zimowy całun i wypuszczał na powierzchnię niebieskawe członki...

Jakież czasami ogarniało mnie zniecierpliwienie, pomimo mądrych rad mego oberżysty, bardzo zadowolonego ze swej egzystencji w domu stojącym w Christmas Harbour! Nie należy do rzadkości na tym świecie, że życiowa praktyka czyni z ludzi filozofów. Zresztą, u Fenimore'a Atkinsa układ muskularny brał górę nad systemem nerwowym. Być może nie posiadał tyle inteligencji, ile instynktu. Tutejsi ludzie byli bardziej uodpornieni na uderzenia losu, i w sumie było możliwe, że ich szanse na spotkanie szczęścia stawały się w tym wypadku bardziej realne.

- A "Halbrane"...? - zapytywałem go każdego poranka.

- "Halbrane", panie Jeorling...? - odpowiadał stanowczym tonem. - Naturalnie, że przypłynie dzisiaj, a jeśli nie dzisiaj, to będzie jutro...! Przybędzie tutaj niewątpliwie pewnego dnia, a dzień wcześniej będzie widać przy wejściu do Christmas Harbour rozwijającą się flagę kapitana Lena Guya!

Gdybym chciał poszerzyć sobie pole widzenia, nie pozostawało mi nic innego, jak tylko wspiąć się na Table Mount. Z wysokości wynoszącej tysiąc dwieście stóp nad poziom morza można ogarnąć wzrokiem przestrzeń o promieniu około trzydziestu pięciu mil40 i nawet poprzez gęstą mgłę może udałoby się dostrzec szkuner o dobę wcześniej. Ale tylko wariat mógłby marzyć o wdrapywaniu się na tę górę, kiedy śnieg nadymał jeszcze jej stoki aż do szczytu.

 

Przemierzając wybrzeża, zdarzało mi się zmuszać do ucieczki wiele zwierząt ziemno-wodnych, nurkujących w wodach niepokrytych lodem. Pingwiny, obojętne i ociężałe, zupełnie nie uciekały przy moim podejściu. Nie wyglądały wcale na głupie, jak się uważa, toteż spróbowałem do nich przemówić w ich własnym, krzykliwym i ogłuszającym języku. Jeśli chodzi o czarne petrele, burzyki czarne i białe, perkozy dwuczube, rybitwy i uhle41, to uciekały, machając skrzydłami.

Pewnego dnia było mi dane przyglądać się odlotowi albatrosa, którego pingwiny pozdrawiały swym najlepszym krakaniem - jak przyjaciela, który niewątpliwie na zawsze je opuszczał. Ci potężni lotnicy mogą przebywać bez chwili odpoczynku odcinki o długości do dwustu mil francuskich42 i to z taką prędkością, że w kilka godzin pokonują duże odległości.

Albatros stał nieruchomy na wysokiej skale na krańcu zatoki Christmas Harbour43 i spoglądał na morze, którego fala przybojowa44 gwałtownie rozbijała się na skałach.

Nagle ptak rozwinął szeroko skrzydła, przykurczył łapy, wyciągnął daleko szyję i głowę jak galion45 na dziobie statku, wydał przenikliwy pisk, kilka chwil później zmniejszył się do czarnego punktu pośród górnych warstw atmosfery, a następnie zniknął za mglistą zasłoną na południu.

 

 

1 Wyspy Pustkowia - chodzi tu o Wyspy Kerguelena, wcześniej nazywane Îles de Désolation.

2 James Cook (1728-1779) - słynny angielski podróżnik i odkrywca; kierował trzema wyprawami dookoła świata; w latach 1768-1771 zbadał Wyspy Towarzystwa, odkrył cieśninę między wyspami Nowej Zelandii (Cieśnina Cooka), wschodnie brzegi Australii, przepłynął Cieśninę Torresa; w latach 1772-1775 odkrył Hawaje, dotarł do brzegów Alaski i na Morze Czukockie; został zabity przez krajowców na wyspach Sandwich.

3 Yves Joseph de Kerguelen-Trémarec (1734-1797) - francuski żeglarz, odkrywca archipelagu nazwanego jego nazwiskiem, Wysp Kerguelena; odbył dwie wyprawy na te wyspy, które jak twierdził, były poszukiwanym Lądem Południowym; odznaczony Orderem Świętego Ludwika.

4 Christmas Harbour (ang.) - Port Bożego Narodzenia.

5 Główna wyspa nazywa się Grande Terre.

6 W rzeczywistości powierzchnia archipelagu wynosi 7250 km2.

7 Sążeń - miara długości równająca się długości rozstawionych ramion, także miara używana przy pomiarach głębokości wód; we Francji rozróżniano sążeń (toise) jako miarę długości, wynoszącą 1,95 metra, oraz sążeń morski, nazywany brasse, równający się 1,63 m; sążeń angielski (fathom) wynosi 1,83 metra; za pomocą tych dwóch miar określano głębokość wód; J. Verne użył w tym miejscu słowa brasse.

8 Przylądek François - Przylądek Franciszka.

9 Stopa - tu prawdopodobnie anglosaska jednostka długości równa 30,48 cm; dawna stopa francuska (pied) miała 32,48 cm; według J. Verne'a wysokość wynosiła około 366 m, podczas gdy rzeczywiście wynosi ona 403 m.

10 Table Mount (ang.) - Góra Stołowa; właściwa nazwa to Table de l'Oiseau (Stół Ptaka); nazwa góry, podobnie jak zatoki, pochodzi od nazwy jednego ze statków z wyprawy Kerguelena.

11 Arkada - element architektoniczny składający się z dwóch podpór (kolumn, słupów lub filarów) połączonych u góry łukiem; wymieniona arkada położona jest na południowym cyplu Zatoki Ptaka.

12 Obecnie pozostały tylko dwa bazaltowe słupy, ponieważ połączenie między nimi zawaliło się około 1910 roku.

13 Prawdopodobnie produkt wietrzenia skał wulkanicznych.

14 Skalnica (Saxifraga) - rodzaj roślin należący do rodziny skalnicowatych (Saxifragaceae); obejmuje około 440 gatunków.

15 Kapusta kergueleńska (Priglea antiscorbutica) - roślina z rodziny kapustowatych (Brassicaceae), endemit z wysp subarktycznych Oceanu Indyjskiego, zawierający w liściach dużo potasu oraz żółtawego kwasu askorbinowego, bogatego w witaminę C.

16 Rookery (ang.) - zatłoczone miejsce, kolonia zwierząt (zwłaszcza ptaków).

17 Pingwin królewski (Aptenodytes patagonicus) - duży nielotny ptak wodny z rodziny pingwinów, zamieszkujący chłodne oceany półkuli południowej; gnieździ się na obrzeżach Antarktydy, Ziemi Ognistej, Falklandach i innych wyspach tej części świata; jeden z najbardziej znanych gatunków pingwinów.

18 Uchatka antarktyczna (kotik antarktyczny, Arctocephalus gazella) - gatunek drapieżnego ssaka morskiego z rodziny uchatkowatych; samce mają ciemnobrązowe futro, 190 cm długości i ważą około 150 kg, natomiast samice mają futro szare, mierzą 130 cm i ważą 50 kg; zamieszkują wyspy wokół Antarktydy; lampart morski (Hydrurga leptonyx) - gatunek drapieżnego ssaka morskiego z rodziny fokowatych; jego nazwa pochodzi od cętkowanej sierści; długość do 3,6 m, waga do 500 kg (370-500 kg u samic i 270-330 kg u samców); zamieszkuje wody Antarktyki w strefie lodu dryfującego oraz południową część Oceanu Indyjskiego w rejonie Wysp Kerguelena; słoń morski (mirunga, Mirounga leonina) - rodzaj największych (długość około 4,5, waga 1,5-3 tony) ssaków drapieżnych z rodziny fokowatych; zamieszkuje wybrzeża strefy antarktycznej (gatunek południowy).

19 Foka pospolita (Phoca vitulina) - gatunek drapieżnego ssaka morskiego z rodziny fokowatych, najbardziej rozprzestrzeniony przedstawiciel płetwonogich; długość ciała dorosłych samców sięga 180 cm; występuje w wodach klimatu umiarkowanego, subarktycznego i na wybrzeżach mórz strefy okołobiegunowej.

20 Albatrosy (Diomedeidae) - rodzina dużych morskich ptaków spokrewnionych z rzędu rurkonosych; występują nad Oceanem Południowym i północną częścią Oceanu Spokojnego; długość ciała do 135 cm, rozpiętość skrzydeł do 3,5 m.

21 Petrele (burzykowate, Procellariidae, Puffinidae) - rodzina ptaków morskich z rzędu rurkonosych, obejmująca 72 gatunki; charakteryzują się długimi, wąskimi skrzydłami o rozpiętości u niektórych gatunków do 200 cm, pozwalającymi na długotrwałe szybowanie nad oceanami; występują na całym globie; do najbardziej znanych należą: petrel olbrzymi, fulmar, burzyk żółtodzioby.

22 Connecticut - jeden ze stanów USA.

23 Dąb zielony (dąb ostrolistny, Quercus ilex) - zimozielone drzewo liściaste z rodziny bukowatych; pochodzi z terenów rozpościerających się wokół Morza Śródziemnego.

24 Whisky - rodzaj wódki, napój rozpowszechniony w krajach anglosaskich; dżin - wódka gatunkowa o smaku i zapachu jałowca.

25 Szkuner - żaglowiec o dwóch lub więcej masztach z ożaglowaniem gaflowym; Halbrane (fr.) - młoda (nieopierzona) dzika kaczka.

26 Trawers - kierunek prostopadły do płaszczyzny symetrii statku; tu: statek miałby się znaleźć na wysokości przylądka.

27 Przylądek Dobrej Nadziei - przylądek położony na południowym krańcu Afryki, odkryty w 1486 roku przez portugalskiego żeglarza Bartolomeo Diaza, który nazwał go Przylądkiem Burz; nazwa została zmieniona, kiedy Vasco da Gama odkrył w 1498 roku drogę do Indii wiodącą dokoła Afryki.

28 Falklandy (Malwiny) - terytorium zależne na południowym Atlantyku, położone około 480 km od wybrzeży Argentyny, obejmujące wyspy o tej samej nazwie, które znajdują się pod administracją brytyjską, ale prawa do nich rości sobie także Argentyna.

29 Kapsztad (ang. Cape Town) - stolica Prowincji Przylądkowej w Republice Południowej Afryki, leżąca na północ od Przylądka Dobrej Nadziei.

30 Jabłko - zakończenie drewnianego końca masztu, zwanego topem.

31 Szkwał - gwałtowny wzrost prędkości wiatru; może osiągać do 9 stopni w skali Beauforta; trwa krótko, do kilku minut, i może nieść z sobą śnieg lub deszcz.

32 Tristan da Cunha - archipelag sześciu wysp wulkanicznych położonych w południowej części Oceanu Atlantyckiego; główna wyspa, Tristan da Cunha, jest jedną z najbardziej odosobnionych zamieszkanych wysp na świecie; najbliższym sąsiedztwem są położona 2420 km na północ Wyspa Świętej Heleny, wraz z którą Tristan da Cunha wchodzi w skład kolonii Wyspa Świętej Heleny, Wyspa Wniebowstąpienia i Tristan da Cunha (do 2009 ze statusem dependencji), oraz położony 2800 km na wschód Kapsztad.

33 Edgar Allan Poe (1809-1849) - amerykański poeta, nowelista i krytyk literacki; romantyk, prekursor symbolizmu; autor pesymistycznej liryki (Kruk), fantastyczno-sensacyjnych opowiadań przesyconych atmosferą grozy (Opowieści nadzwyczajne, Arabeski, Groteski), prac krytycznych i teoretycznych.

34 Walenie - J. Verne, ze względu na podany przykład, powinien użyć słowa "fokowate", ale jednocześnie mówi o statkach wielorybniczych, więc pozostawiono "walenie"; walenie (Cetacea) - rząd ssaków żyjących prawie wyłącznie w wodach morskich, obejmujący 80 gatunków dużych zwierząt, takich jak: delfiny, morświny, kaszaloty czy płetwale.

35 Słoń morski (nazywany inaczej mirungą, tu: mirunga południowa, Mirounga leonina) - największy przedstawiciel rodziny fok (fokowatych, Phocidae); swoją nazwę wziął od dużych rozmiarów oraz pyska samców, który przypomina trąbę; na lądzie porusza się szybciej niż człowiek, ale większość życia spędza w wodzie.

36 Faleza (klif) - urwisko brzegu morskiego powstające na wysokich wybrzeżach wskutek niszczącej działalności falowania wód.

37 Jard - jednostka długości używana w krajach anglosaskich, równa 0,9144 m.

38 Lyallia (Lyallia kerguelensis) - u J. Verne'a: lyella; gatunek endemiczny na Wyspach Kerguelena, z rodziny zdrojkowatych (Montiaceae), nazywany "poduszką Lyalla" (na cześć brytyjskiego botanika Davida Lyalla, oficera na statku "Terror" podczas wyprawy na Antarktydę Jamesa Clarke'a Rossa w latach 1839-1841); tworzy okrągłe poduszki o średnicy nawet do 1 m; rośnie w małych koloniach do wysokości 300 m n.p.m.

39 Ziemia Ognista (hiszp. Tierra del Fuego) - archipelag u południowych wybrzeży Ameryki Południowej, oddzielony od kontynentu Cieśniną Magellana, a od Półwyspu Grahama na Antarktydzie Cieśniną Drake'a o szerokości około 1000 km.

40 Mila - jednostka długości, tu: mila morska równa 1852 m.

41 Burzyki - rodzaj ptaków morskich z rodziny burzykowatych (Procellariidae); zamieszkują wszystkie oceany; rybitwy - grupa gatunków ptaków wodnych z rodziny mew (Laridae); perkoz dwuczuby (Podiceps cristatus) - gatunek średniej wielkości wędrownego ptaka wodnego z rodziny perkozów; uhla (Melanitta fusca) - duży ptak wodny z rodziny kaczkowatych, zamieszkujący jeziora i rzeki w strefie tundry i tajgi półkuli północnej; zimuje nad brzegami mórz i dużymi jeziorami.

42 Mila francuska (mila kilometrowa) - jednostka miary odległości (fr. lieue), używana we Francji po reformie sytemu miar, licząca 4 km.

43 ...zatoki Christmas Harbour - właściwie Zatoki Ptaka.

44 Fala przybojowa (przybój) - wahadłowy ruch wody od brzegu i do brzegu, wywołany załamaniem się fal na płytkiej wodzie przybrzeżnej.

45 Galion - ozdoba dziobowa stosowana na starych, dużych żaglowcach, w postaci okazałej rzeźby umieszczonej pod bukszprytem, czyli drewnianą lub metalową belką umocowaną do dziobnicy, wystającą ukośnie do góry przed dziób statku, służącą do rozpinania lin i żagli.

Rozdział II

Szkuner "Halbrane"

 

Mający trzysta ton pojemności, pochyłe maszty pozwalające mu chwytać wiatr, bardzo szybki, gdy płynął ostrym bajdewindem46, posiadający następujące żagle - na fokmaszcie: fok, bryfok, marsel oraz bramsel47, na grotmaszcie: bezan i topsel48, a z przodu foksztaksel, kliwer i bomkliwer49 - taki był schooner oczekiwany w Christmas Harbour, tak właśnie wyglądała "Halbrane".

Na jej pokładzie znajdowała się załoga złożona z kapitana, drugiego50, czyli pierwszego oficera, bosmana, czyli szefa załogi, kucharza oraz ośmiu marynarzy - ogółem dwunastu ludzi, liczba wystarczająca do manewrowania. Statek był zbudowany solidnie, wręgi i poszycie51 były obite nitowaną miedzianą blachą, miał pełne ożaglowanie i dobrze zbudowaną rufę. Słowem, był to statek o dużej dzielności morskiej, łatwy w obsłudze, przystosowany do żeglugi między czterdziestym a sześćdziesiątym stopniem szerokości południowej, przynoszący chlubę stoczniom w Birkenhead52.

Takie informacje przekazał mi pan Atkins, wygłaszając przy tym wiele pochwał!

Kapitan Len Guy z Liverpoolu był w trzech piątych właścicielem "Halbrane", którą dowodził od około sześciu lat. Handlował na morzach południowych Afryki i Ameryki, pływając od wysepki do wysepki, od jednego kontynentu do drugiego. Ponieważ poświęcał się wyłącznie handlowi, załoga szkunera mogła liczyć zaledwie dwunastu ludzi. Gdyby polował na ziemno-wodne zwierzęta, takie jak uchatki czy foki, załoga musiałaby być liczniejsza oraz wyposażona w dodatkowy sprzęt, jak harpuny o jednym lub więcej grotach i liny, tak niezbędne przy niebezpiecznych łowach. Dodam, że w tych niezbyt bezpiecznych okolicach, gdzie wówczas grasowali piraci morscy, a do każdej wyspy zbliżano się z dużą ostrożnością, "Halbrane" była przygotowana na ewentualny atak - posiadała cztery folgerze53, dostateczną ilość kul armatnich i pakietów kartaczy54, odpowiednio zaopatrzoną prochownię, strzelby, pistolety, pełne stojaki z karabinami, wreszcie sieci przy nadburciu. Wszystko to gwarantowało jej bezpieczeństwo. Ponadto wachtowi55 zawsze pilnie baczyli na wszystko, gdyż żeglowanie na tych wodach bez zachowania środków ostrożności byłoby wielką nieostrożnością.

Rankiem siódmego sierpnia, kiedy na wpół drzemiąc, leżałem jeszcze w łóżku, obudził mnie donośny głos oberżysty i uderzenia pięścią wstrząsające drzwiami.

- Panie Jeorling, już się pan obudził...? - zapytał gospodarz.

- Oczywiście, panie Atkins, bo jakże można spać przy takim hałasie! Co się dzieje...?

- Statek na pełnym morzu w kierunku północno-wschodnim, zdążający do portu Christmas!

- Czyżby to była "Halbrane"? - zawołałem, szybko odrzucając kołdrę.

- Za kilka godzin będziemy to wiedzieli, panie Jeorling. W każdym razie to pierwszy statek w tym roku i właśnie dlatego musimy mu zgotować miłe przyjęcie.

Ubrałem się w mgnieniu oka i dołączyłem do Fenimore'a Atkinsa na nabrzeżu, w miejscu, gdzie spojrzenie mogło ogarnąć horyzont pod bardzo rozwartym kątem, pomiędzy dwoma cyplami zatoki Christmas Harbour.

Powietrze było czyste, przestrzeń wolna od zalegającej ostatnio gęstej mgły, morze spokojne, poruszane tylko lekką bryzą56. Poza tym niebo, dzięki wiejącym tu regularnie wiatrom, było bardziej rozjaśnione z tej strony Wyspy Kerguelena aniżeli z przeciwnej.

Około dwudziestu mieszkańców - przeważnie rybaków - zebrało się wokół mistrza Atkinsa, który bezspornie był najważniejszą i najbardziej szanowaną osobistością archipelagu i w konsekwencji tego bardzo liczono się z jego zdaniem.

Wiatr sprzyjał wpłynięciu do zatoki, ale ponieważ przypływ dopiero się zaczynał, zasygnalizowany statek - z pewnością szkuner - wolno halsował57 pod dolnymi żaglami58, czekając, aż przypływ osiągnie swoje maksimum.

Gromadka ludzi żywo dyskutowała, a ja, bardzo zniecierpliwiony, słuchałem, nie mieszając się do rozmowy. Opinie były podzielone, ale wygłaszane z jednakowym uporem.

 

Muszę przyznać - i to mnie zmartwiło - że większość była przeciwna opinii, że to był szkuner "Halbrane". Tylko dwóch lub trzech rozmówców miało zdanie przeciwne, w tym gospodarz oberży "Pod Zielonym Kormoranem".

- To jest "Halbrane"! - powtarzał. - Kapitan Len Guy nie mógłby nie przybyć pierwszy na Wyspy Kerguelena... Niemożliwe! To on, jestem tego równie pewny, jakbym trzymał jego rękę w mojej, pertraktując sprzedaż stu pikuli59 ziemniaków dla odnowienia zapasów na statku!

- Ma pan mgłę przed oczami, panie Atkins! - odezwał się jeden z rybaków.

- Nie tak wiele, jak ty w mózgu! - odparł cierpko oberżysta.

- Ten statek nie ma angielskiego charakteru - zauważył inny. - Przy takim wysmukłym dziobie i podniesionym pokładzie uważam, że to amerykańska konstrukcja.

- Nie..., to "anglik" - odciął się pan Atkins - a nawet jestem gotów powiedzieć, z jakich stoczni wyszedł... tak... ze stoczni Birkenhead w Liverpoolu, gdzie także "Halbrane" była wodowana!

- Wcale nie! - utrzymywał stary marynarz. - Ten szkuner został wyposażany w Baltimore, u Nippera i Stronge'a, i to wody Chesapeake60 pierwsze spotkały się z jego kilem61.

- Mówię ci, że to wody Mersey62, okropny głupcze! - zawołał pan Atkins. - Przetrzyj lepiej okulary i popatrz, jaka bandera podnosi się na jego gaflu63.

- Anglik! - zawołali wszyscy zgromadzeni.

Rzeczywiście, bandera Zjednoczonego Królestwa64 z czerwonej etaminy65 zaczęła łopotać nad brytyjskim statkiem.

Nie było już wątpliwości, że szkuner kierujący do kanału wiodącego do Christmas Harbour to statek angielski, ale wcale nie było jeszcze całkiem pewne, że to szkuner kapitana Lena Guya.

Dwie godziny później nie było o co się sprzeczać. Przed południem "Halbrane" zatrzymała się w porcie Christmas Harbour, a jej kotwice spoczęły na głębokości czterech sążni.

Pan Atkins dał wielki popis, zarówno gestami jak i słowami, witając kapitana, który wydawał mi się mniej wylewny.

Czterdziestopięcioletni mężczyzna o usposobieniu sangwinika66, solidnej budowy ciała, podobnie jak jego szkuner, o potężnej głowie, szpakowatych włosach, czarnych oczach, których źrenice błyszczały jak żarzące się węgielki pod gęstymi brwiami, ogorzałej twarzy, zaciśniętych wargach, ukrywających silne uzębienie mocno osadzone w potężnych szczękach, z podbródkiem przechodzącym w gęstą rudą bródkę, wyposażony w silne, muskularne ręce i nogi - tak wyglądał kapitan Len Guy. Twarz jego nie była surowa, raczej niewzruszona, jak u kogoś bardzo skrytego, niezbyt chętnie ujawniającego swe tajemnice, jak dowiedziałem się tego samego dnia od kogoś lepiej poinformowanego niż mistrz Atkins, chociaż mój gospodarz uważał się za wielkiego przyjaciela kapitana. Prawdą jednak było, że nikt nie mógł się chełpić, iż przeniknął naturę tego dość oschłego osobnika.

Muszę zaraz dodać, że osobą, o której wcześniej wspominałem, był Hurliguerly, bosman z "Halbrane", rodem z wyspy Wight67, mający czterdzieści cztery lata, średniego wzrostu, krępy, silny, z szerokimi ramionami, pałąkowatymi nogami, o okrągłej głowie osadzonej na byczym karku, szerokiej piersi zawierającej jakby dwie pary płuc - zastanawiałem się, co by się stało, gdyby ich nie posiadał, tyle bowiem zużywał powietrza w procesie oddychania. Ciągle dyszący, ciągle paplający, z kpiącym spojrzeniem, uśmiechniętą twarzą, siecią zmarszczek pod oczami, powstałą pod wpływem bezustannego kurczenia się wielkiego mięśnia jarzmowego68. Zanotujmy, że z płata lewego ucha zwisał mu kolczyk. Jakiż kontrast w porównaniu z dowódcą szkunera! Jak ci dwaj osobnicy, tak niepodobni do siebie, mogli się porozumiewać?! Widać jednak rozumieli się, skoro od piętnastu lat żeglowali razem - najpierw na brygu69 "Power", który zamienili na szkuner "Halbrane" sześć lat przed początkiem tej historii.

Hurliguerly przekazał przez Fenimore'a Atkinsa, że jeżeli kapitan Len Guy się zgodzi, to będę mógł popłynąć jego statkiem. Do spotkania z bosmanem, bez żadnej prezentacji i przygotowań, doszło po południu tego samego dnia. Hurliguerly znał już moje nazwisko i zagadnął mnie takimi słowami:

- Pozdrawiam pana, panie Jeorling.

- Również pana pozdrawiam, mój przyjacielu - odpowiedziałem. - Cóż pan chce ode mnie...?

- Zaoferować panu moje usługi...

- Pańskie usługi...? W jakiej sprawie...?

- W sprawie zamiaru pana załadowania się na "Halbrane"...

- Kim pan jest...?

- Bosman Hurliguerly, tak się nazywam i tak figuruję w rejestrze załogi, a ponadto jestem wiernym towarzyszem kapitana Lena Guya, który słucha mnie chętnie, chociaż ma reputację osoby niesłuchającej nikogo.

Wówczas przyszła mi do głowy myśl, że dobrze byłoby wykorzystać tego człowieka, tak szybkiego w świadczeniu usług i w którego wpływ na kapitana Lena Guya nikt nie wątpił.

Odpowiedziałem więc:

- A więc, przyjacielu, porozmawiajmy, jeżeli w tej chwili nie wzywają pana obowiązki zawodowe...

- Mam dwie godziny wolnego czasu, panie Jeorling. Zresztą dzisiaj jest mało pracy. Jutro trzeba będzie wyładowywać niektóre towary, odnowić zapasy innych... Teraz jest właśnie czas na odpoczynek dla załogi... Jeśli ma pan czas... tak jak ja go mam...

Mówiąc to, wskazał ręką na miejsce w głębi portu, widocznie bardzo dobrze mu znane.

- Nie moglibyśmy porozmawiać równie dobrze tutaj? - zauważyłem, zatrzymując go.

- Rozmawiać, panie Jeorling, rozmawiać na stojąco... i przy suchym gardle... kiedy łatwiej jest zasiąść w kącie "Pod Zielonym Kormoranem", mając przed sobą dwie szklaneczki herbaty z whisky...

- Ja nie piję wcale, bosmanie.

- Cóż... wypiję za nas obu. Och, niech pan nie myśli, że ma do czynienia z pijakiem...! Nie...! Nigdy więcej niż potrzeba, ale tyle co trzeba!

Podążyłem za marynarzem, z pewnością przyzwyczajonym do pływania po wodach różnych knajpek. Podczas gdy pan Atkins zajmował się na pokładzie szkunera ustalaniem cen zakupu i sprzedaży towarów, my zasiedliśmy w głównej sali jego zajazdu. Zacząłem rozmowę z bosmanem:

- Prawdę mówiąc, to liczyłem na pana Atkinsa, że mnie skomunikuje z kapitanem Lenem Guyem, gdyż dobrze go zna... jeśli się nie mylę...

- Ba! - prychnął Hurliguerly. - Fenimore Atkins jest zacnym człowiekiem, i kapitan go szanuje. Jednakże nie jest w stanie mi dorównać...! Niech pan pozwoli mi działać, panie Jeorling...

- Więc sprawa jest trudna do załatwienia, bosmanie, i na pokładzie "Halbrane" nie ma żadnej wolnej kabiny...? Wystarczy mi nawet najmniejsza i dobrze zapłacę...

- Doskonale, panie Jeorling! Jest kabina w rufówce70, która nigdy nie była używana, i skoro chce pan opróżnić swoją kieszeń, skoro jest to niezbędne... Jednakże, mówiąc między nami, należy mieć więcej sprytu, niż pan myśli, czego nie ma stary Atkins, by przekonać kapitana Lena Guya do wzięcia pasażera...! Tak! Jeszcze pan nie poznał całej przebiegłości dobrego kolegi, który właśnie pije za pańskie zdrowie, żałując, że nie może pan mu się odwdzięczyć pięknym za nadobne!

Podczas gdy mrugnął lewym okiem, jakiż błysk prawego oka towarzyszył tej deklaracji Hurliguerly'ego! Wydawało się, że cała moc, jaką posiadało oboje oczu, przebiegła przez źrenicę tego jednego! Nie trzeba chyba dodawać, że koniec owego pięknego zdania utonął w szklance whisky, której doskonałość bosman był w stanie ocenić, ponieważ gospoda "Pod Zielonym Kormoranem" dostarczała ją tylko do kambuza71 "Halbrane".

Następnie ten diabelski człowiek wyciągnął ze swej bluzy krótką czarną fajkę, przeczyścił ją, nabił tytoniem z kapciucha72, zapalił i umocowawszy w kąciku ust, w dziurze pomiędzy dwoma zębami trzonowymi, wydmuchnął, jak parowiec idący pełną szybkością, taką ilość dymu, że jego głowa zniknęła za szarawą chmurą.

- Panie Hurliguerly...? - zapytałem.

- Słucham, panie Jeorling...

- Dlaczego pański kapitan jest nastawiony do mnie nieprzychylnie?

- Ponieważ nie leży w jego zamiarach zabieranie pasażerów na statek i jak dotąd zawsze odmawiał w tego rodzaju sprawach.

- Proszę mi powiedzieć, jaka jest tego przyczyna...

- Och! Ponieważ nie chce mieć kłopotów w czasie żeglugi, chce płynąć, gdzie mu się podoba, zboczyć nieco z drogi, gdy mu to odpowiada, na północ albo na południe, w kierunku wschodzącego albo zachodzącego słońca, bez wyjawiania komukolwiek motywów postępowania! Lecz nigdy, panie Jeorling, nie opuszcza mórz południowych. Wiele lat pływamy już razem między Australią na wschodzie i Ameryką na zachodzie, podążając z Hobart Town73 do Wysp Kerguelena, z Tristan da Cunha na Falklandy, zatrzymując się jedynie na czas sprzedaży naszego ładunku, a czasem zapędzamy się aż na wody antarktyczne. W takiej sytuacji, pan chyba to rozumie, pasażer mógłby przeszkadzać, a poza tym, kto chciałby podróżować na "Halbrane", skoro ona nie lubi się przekomarzać z wietrzykiem i płynie prawie tam, gdzie wiatr ją popycha!

Zapytywałem się w duchu, czy bosman nie starał się uczynić ze swego szkunera jakiegoś tajemniczego statku, żeglującego na los szczęścia, niezatrzymującego się prawie na postój, czegoś w rodzaju okrętu błąkającego się na wysokich szerokościach geograficznych, dowodzonego przez kapitana widmo. Jakkolwiek było, powiedziałem do niego:

- Przecież w końcu za jakieś cztery czy pięć dni "Halbrane" opuści Wyspy Kerguelena...?

- Niewątpliwie...

- I tym razem weźmie kurs na zachód, aby dotrzeć do Tristan da Cunha...?

- Prawdopodobnie.

- A więc, bosmanie, to prawdopodobieństwo zupełnie mi wystarcza, i skoro zaoferował mi pan swoją przyjacielską pomoc, proszę nakłonić kapitana Lena Guya, by zaakceptował mnie jako pasażera...

- Jest tak, jakby to już zostało zrobione!

- Cudownie, Hurliguerly, i zapewniam pana, że nie będzie pan tego żałował.

- Ech, panie Jeorling! - odparł ten nader osobliwy przełożony załogi, potrząsając głową, jakby przed chwilą wyszedł z wody. - Nigdy niczego nie żałuję, i wiem dobrze, że oddając panu przysługę, wcale nie będę tego żałował. A teraz, jeśli pan pozwoli, pożegnam się, nie czekając nawet na mego przyjaciela Atkinsa, i udam się na statek.

Opróżniwszy jednym haustem szklankę whisky - myślałem, że szklanka zniknie w jego gardle razem z płynem - Hurliguerly uśmiechnął się do mnie protekcjonalnie. Potem, balansując swoim grubym tułowiem umieszczonym na dwóch wygiętych w łuk nogach, ozdobiony pióropuszem cierpkiego dymu uchodzącego z otworu jego fajki, wyszedł z oberży "Pod Zielonym Kormoranem" i skierował się na północny wschód.

 

Siedziałem przy stole, pozostając pod wpływem dość sprzecznych refleksji. Kim był naprawdę ten kapitan Len Guy? Pan Atkins przedstawił mi go jako dobrego żeglarza, a zarazem odważnego człowieka. Nic nie upoważniało mnie do tego, by wątpić, że był jednym i drugim, jednak według tego, co mówił bosman, był wielkim oryginałem. Przyznaję, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, iż propozycja wejścia na "Halbrane" spotka się z takimi trudnościami, tym bardziej że nie zamierzałem liczyć się z pieniędzmi i odpowiadało mi życie na statku. Z jakiego powodu kapitan Len Guy miałby mi odmówić...? Byłoby możliwe do przyjęcia, że nie chce się krępować zobowiązaniem ani być zmuszony żeglować do wyznaczonego miejsca, jeżeli podczas żeglugi przyjdzie mu fantazja płynąć w inne...? Może też miał szczególne powody, by nie ufać obcemu człowiekowi ze względu na rodzaj przedsiębranych rejsów...? Czyżby zajmował się przemytem lub handlem żywym towarem - handlem jeszcze bardzo często uprawianym w tych czasach na morzach południowych...? W końcu byłoby to wiarygodne wyjaśnienie, chociaż mój zacny oberżysta ręczył za "Halbrane" i jej kapitana. Porządny statek, porządny komendant - Fenimore Atkins dawał głowę za jedno i drugie...! Byłoby dobrze, gdyby nie mylił się w tych przypuszczeniach...! Przecież w końcu znał kapitana Lena Guya, który raz do roku zatrzymywał się na wyspie, gdzie prowadził zwyczajne operacje handlowe, które nie pozostawiały żadnego cienia wątpliwości...

Z drugiej strony zastanawiałem się, czy dla nadania większej ważności swej usłudze, bosman starał się wykazać swoją wartość... Być może kapitan Len Guy byłby bardzo zadowolony, bardzo szczęśliwy z racji przebywania na pokładzie pasażera tak zgodnego, za jakiego się uważałem, nie zważającego na cenę przeprawy...?

Mniej więcej godzinę później spotkałem w porcie oberżystę i zaznajomiłem go z sytuacją.

- Ach, ten piekielny Hurliguerly! - wykrzyknął. - Zawsze to samo...! Jeśliby mu wierzyć, kapitan Len Guy nie wytarłby sobie nosa bez poradzenia się go...! Widzi pan, panie Jeorling, ten bosman to dziwny człowiek. Nie jest zły ani głupi, ale jest za to diabelskim łowcą dolarów i gwinei74...! Jeśli wpadnie pan w jego ręce, pilnuj pan sakiewki...! Zapnij kieszeń lub kieszonkę w kamizelce i nie pozwól nic z nich wyciągać!

- Dziękuję za radę, Atkins. Niech mi pan powie, czy rozmawiał już pan z kapitanem Lenem Guyem...? Czy powiedział mu pan o mnie...?

- Jeszcze nie, panie Jeorling... mamy czas... Halbrane przecież dopiero co przypłynęła i nawet nie zdążyła się obrócić na swej kotwicy do odpływu morza...

- Zgoda, ale... pan rozumie... życzyłbym sobie możliwie jak najszybciej mieć pewność...

- Trochę cierpliwości!

- Ponaglam, by wiedzieć, czego mam się trzymać...

- Ech, proszę się nie obawiać, panie Jeorling! Sprawy same biegną...! Zresztą nie znalazłby się pan w kłopotach, gdyby nie odpłynął na "Halbrane"... W porze połowów w Christmas Harbour będzie stało więcej statków, niż jest domów wokół zajazdu "Pod Zielonym Kormoranem"! Zwróci się pan do mnie... a ja zajmę się pańskim miejscem na innym statku!

Wszystko to były tylko puste słowa, z jednej strony bosmana, z drugiej pana Atkinsa. Dlatego też, pomimo ich pięknych obietnic, postanowiłem skierować się bezpośrednio do tego nieprzystępnego kapitana Lena Guya i porozmawiać o moim projekcie, jeżeli tylko spotkam go samego.

Okazja ku temu nadarzyła się już następnego dnia. Przechadzałem się wzdłuż nabrzeża, przyglądając się szkunerowi, statkowi znakomicie zbudowanemu i o solidnej konstrukcji. Były to niezbędne zalety na tych morzach, gdzie lody dryfują czasami poza pięćdziesiąty równoleżnik.

Było popołudnie. Gdy zbliżyłem się do kapitana Lena Guya, zrozumiałem, że wolałby mnie uniknąć.

W Christmas Harbour, co jest zrozumiałe, mała populacja rybaków prawie się nie odnawia. Być może na licznych w tym czasie statkach, jak już wcześniej mówiłem, kilku Kergueleńczyków przyjmie służbę, zastępując nieobecnych lub zaginionych. W gruncie rzeczy ta ludność się nie zmieniła i kapitan Len Guy musiał znać dobrze każdego z osobna.

Kilka tygodni później mógłby się pomylić, kiedy ludzie z całej flotylli statków zapełnią nabrzeża portu, kiedy zapanuje niezwykłe ożywienie, które skończy się wraz z końcem sezonu połowów. Ale do tego czasu, to jest do sierpnia, "Halbrane", korzystając z naprawdę wyjątkowo łagodnej zimy, przebywała sama w porcie.

Było więc niemożliwe, żeby kapitan Len Guy nie rozpoznał we mnie cudzoziemca, nawet gdyby bosman i oberżysta nie poczynili jeszcze żadnych kroków w mej sprawie.

Otóż jego postawa mogła oznaczać tylko jedno: albo moja propozycja została mu przedstawiona i nie zamierzał jej uwzględnić, albo ani Hurliguerly, ani Atkins od poprzedniego dnia wcale z nim nie rozmawiali. W tym drugim przypadku, jeśli odsuwał się ode mnie, to znaczyło, że poddawał się swej mało komunikatywnej naturze, że nie odpowiadało mu nawiązywanie stosunków z nieznajomymi.

Tymczasem ogarnęła mnie niecierpliwość. Jeżeli ten jeż mi odmówi, no cóż, przyjmę tę odmowę! Nie zamierzałem go zmuszać, by zabrał kogoś na pokład wbrew sobie. Nie byłem nawet jego rodakiem. Na dodatek na Wyspie Kerguelena nie rezydował ani konsul, ani nawet żaden amerykański urzędnik, przed którym mógłbym się wyżalić. On przede wszystkim sprawdziłby, czy mieszkam tu na stałe i czy obraziłem (ani razu!) kapitana Lena Guya; mógłbym wyjść, by nadal oczekiwać przybycia innego statku i bardziej uprzejmego kapitana - co opóźniłoby mój wyjazd jedynie o dwa lub trzy tygodnie.

W chwili, gdy szedłem go zaczepić, podszedł do niego pierwszy oficer ze statku. Len Guy skorzystał ze sposobności, by się oddalić, i dając znak oficerowi, by podążył za nim, okrążył nabrzeże i zniknął za załomem skały, wznoszącej się na północnym brzegu zatoki.

"Do diabła! - pomyślałem - Wszystko wskazuje na to, że ciężko mi będzie pomyślnie załatwić sprawę! Ale to jest tylko odłożona rozgrywka. Jutro przed południem udam się na pokład "Halbrane". Czy on tego chce, czy też nie, trzeba będzie sprawić, by Len Guy mnie wysłuchał i odpowiedział: tak lub nie!".

Poza tym mogło się zdarzyć, że kapitan Len Guy przyjdzie w porze obiadowej do oberży "Pod Zielonym Kormoranem", gdzie zazwyczaj w czasie postoju statku marynarze spożywali śniadania i obiady. Po kilku miesiącach na morzu miło jest zmienić jedzenie, ograniczone zwykle do sucharów i solonego mięsa.

Zdrowie nawet tego wymaga i podczas gdy świeże pożywienie przeznaczone jest dla załogi, oficerowie znajdą lepsze jedzenie w oberży. Nie wątpiłem, że mój przyjaciel Atkins jest przygotowany, by odpowiednio przyjąć kapitana, pierwszego oficera, jak również bosmana szkunera.

Czekałem więc bardzo długo, nie siadając do stołu, lecz spotkał mnie srogi zawód.

Ani kapitan Len Guy, ani nikt ze statku nie przyszedł zaszczycić swoją obecnością zajazdu "Pod Zielonym Kormoranem"! Musiałem sam zjeść obiad, tak jak to robiłem każdego dnia już od dwóch miesięcy, gdyż - można to sobie swobodnie wyobrazić - podczas zimowej pory roku klientela mistrza Atkinsa ciągle była taka sama.

Gdy skończyłem posiłek, było około wpół do ósmej i zapadła noc. Postanowiłem pospacerować trochę po porcie od strony domów.

Nabrzeże było puste, jedynie okna zajazdu rzucały nieco światła. Nikt z załogi "Halbrane" nie przebywał na lądzie. Ściągnięte łodzie, przymocowane cumami, kołysały się przy plusku podnoszącego się morza.

Doprawdy, szkuner był jak koszary, w których zatrzymywano marynarzy po zachodzie słońca. To zarządzenie musiało szczególnie irytować gadułę i pijaka Hurliguerly'ego, zbyt skłonnego, jak przypuszczałem, biegać w czasie postoju od knajpy do knajpy. W okolicach gospody "Pod Zielonym Kormoranem" nie dostrzegłem także dowódcy "Halbrane".

Pozostałem tu aż do dziewiątej wieczorem, przechadzając się w odległości około stu kroków od szkunera. Bryła statku znikała stopniowo w mroku. W wodach zatoki odbijało się jedynie kołyszące się spiralnie światło dziobowej latarni okrętowej, zawieszonej na sztagu75 fokmasztu.

Wróciłem do zajazdu, gdzie znalazłem Fenimore'a Atkinsa siedzącego blisko drzwi i palącego fajkę.

- Atkins - zagadnąłem - wygląda na to, że kapitan Len Guy nie lubi zaglądać do twego zajazdu...?

- Przychodzi tu niekiedy w niedzielę, a dzisiaj jest sobota, panie Jeorling...

- Nic mu pan nie powiedział...?

- Tak... - odparł mój gospodarz tonem oznaczającym wyraźne zakłopotanie.

- Czy oznajmił mu pan, że jeden pański znajomy życzy sobie wsiąść na "Halbrane"...?

- Tak.

- I co odpowiedział...?

- Nie tak, jak ja bym chciał, ani jak pan by sobie życzył, panie Jeorling...

- Odmówił...?

- Mniej więcej, jeżeli za odmowę uznać to, co mi powiedział: "Atkins, mój szkuner nie został zbudowany po to, by przyjmować pasażerów... Nigdy żadnego nie wziąłem i nie zamierzam nigdy wziąć".

 

 

46 Bajdewind - kurs statku względem wiatru, gdy ten wieje skośnie od dziobu; im mniejszy jest kąt między osią symetrii statku a kierunkiem wiatru, tym bajdewind jest ostrzejszy (aż do strefy martwej).

47 Fokmaszt - przedni maszt, pierwszy maszt od dziobu; bryfok - prostokątny żagiel rejowy podnoszony przy pomyślnym wietrze na fokmaszcie szkunera (w przypadku "Halbrane" jedyny żagiel rejowy); fok, marsel, bramsel - tu: nazwy kolejnych żagli gaflowych, patrząc od pokładu.

48 Grotmaszt - główny maszt na żaglowcu, na "Halbrane" drugi maszt od dziobu (tylny); bezan - żagiel gaflowy, w przypadku szkunera rozpięty na grotmaszcie, na statkach o większej liczbie masztów na bezanmaszcie; topsel - trójkątny żagiel mocowany na bezrejowym maszcie, powyżej bezanu.

49 Foksztaksel, kliwer, bomkliwer - nazwy żagli rozpiętych przed przednim masztem, tzw. sztaksle przednie; nazwy podane w kolejności od fokmasztu w kierunku dziobu.

50 Drugi - zastępca kapitana, który jest "pierwszym po Bogu".

51 Wręgi - wygięte belki albo sztaby przymocowane do kilu i stanowiące poprzeczny szkielet kadłuba, do którego przymocowane jest poszycie, czyli deski stanowiące obicie szkieletu statku.

52 Birkenhead - miasto w Wielkiej Brytanii, na półwyspie Wirral, w pobliżu ujścia rzeki Trent do Morza Irlandzkiego.

53 Folgerz (folgierz) - mała, najczęściej odprzodowa armata o niewielkim zasięgu strzału; umieszczana na obracanej podpórce lub stojaku, co umożliwiało strzelanie w różnych kierunkach i pod różnym kątem; używana była od przełomu XV/XVI do XIX w.; ze względu na niewielkie rozmiary i względnie dużą szybkostrzelność folgerz był popularnym wyposażeniem okrętów; najczęściej używano go w czasie abordażu do odparcia napastników lub osłabienia obrońców atakowanej jednostki; na małych jednostkach handlowych folgerze stanowiły często podstawową lub nawet jedyną artylerię.

54 Kartacz - rozpryskowy pocisk artyleryjski wypełniony metalowymi siekańcami, a w późniejszym okresie kulkami, stosowany od XVI do końca XIX w.

55 Wachtowy - członek załogi pełniący wachtę; wachta - tu okres, przez który pełni służbę jedna zmiana załogi.

56 Bryza - wiatr wiejący na wybrzeżu morskim: w nocy znad lądu, w dzień znad morza.

57 Halsowanie - metoda poruszania się statku żaglowego w kierunku, z którego wieje wiatr; ponieważ nie ma możliwości, aby płynąć dokładnie wprost na wiatr, stosuje się manewr zastępczy, polegający na płynięciu zakosami, czyli lewym lub prawym halsem.

58 Dolne żagle - największe i najniżej rozpiętego żagle na masztach.

59 Pikul (tam) - tradycyjna jednostka wagi w Azji, wynosząca 60,5 kg.

60 Chesapeake - zatoka, nad którą leży Baltimore.

61 Kil (stępka) - długa belka biegnąca wzdłuż statku, na której opiera się jego konstrukcja.

62 Mersey - rzeka przepływająca przez Liverpool.

63 Gafel - drzewce ruchome, zwykle stawiane i opuszczane razem z żaglem; służy do zamocowania górnej krawędzi (liku) żagli gaflowych; przy postawionym żaglu gafel jest ustawiony ukośnie do masztu; flagę umieszcza się właściwie pod pikiem, czyli wolnym końcem gafla.

64 Zjednoczone Królestwo - właśc. Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii, istniejące w latach 1801-1922.

65 Etamina - lekka, przejrzysta tkanina z bawełny albo jedwabiu, o prześwitujących oczkach siatki.

66 Sangwinik - typ człowieka wrażliwego, łatwo się entuzjazmującego i równie łatwo ulegającego przygnębieniu, o gwałtownym, porywczym i zmiennym usposobieniu.

67 Wyspa Wight (Isle of Wight) - wyspa w cieśninie La Manche, u wybrzeży i w składzie Wielkiej Brytanii.

68 Mięśnie jarzmowe - mięśnie wyrazowe twarzy człowieka; mięsień jarzmowy większy i mięsień jarzmowy mniejszy, należące do grupy mięśni otoczenia szpary ust, unerwione przez nerw twarzowy.

69 Bryg - dwumasztowy żaglowiec z żaglami rejowymi.

70 Rufówka - nadbudówka w rufowej (tylnej) części statku, rozciągająca się na całą szerokość pokładu, w której mieściły się kabiny oficerów i pasażerów.

71 Kambuz - kuchnia oraz znajdujący się przy niej magazyn żywnościowy.

72 Kapciuch - dawniej specjalny woreczek na tytoń.

73 Hobart Town (Hobart) - miasto w Australii, w południowo-wschodniej części Tasmanii, nad rzeką Derwent, u jej ujścia do Morza Tasmana; największe miasto i port morski na Tasmanii, ośrodek przemysłowy, kulturalny i turystyczny.

74 Gwinea - moneta, której wartość równała się 21 szylingom, czyli nieco więcej niż funt szterling (20 szylingów).

75 Sztag - lina służąca do zabezpieczenia przed wyginaniem się masztu do przodu lub do tyłu.