Sfinks bez tajemnicy - Oscar Wilde

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SFINKS BEZ TAJEMNICY

Pewnego popołudnia, siedząc w "Café de la Paix" i przyglądając się wspaniałościom i lichocie paryskiego życia, rozmyślałem nad tym dziwnym kalejdoskopem próżności i nędzy ludzkiej, który przesuwał się przed mojemi oczyma. Nagle usłyszałem, że ktoś woła mnie po imieniu. Odwróciłem się i zobaczyłem lorda Murchisona. Nie widziałem go od szkolnych czasów, to znaczy jakieś dziesięć lat; ucieszyłem się więc bardzo jego widokiem, i serdecznie uściskaliśmy sobie ręce. W Oxfordzie byliśmy wielkimi przyjaciółmi. Lubiłem go ogromnie; był taki przystojny, inteligentny i miał silnie rozwinięte poczucie honoru. Koledzy i ja mawialiśmy o nim, że byłby najmilszym w świecie chłopcem, gdyby nie zawsze wszystkim mówił prawdę w oczy.

Jednakże, zdaje mi się, że podziwialiśmy jego szczerość. Dziś wydał mi się bardzo zmieniony. Miał wygląd człowieka stroskanego, zakłopotanego i jakgdyby wątpiącego o czemś. Przypuszczałem, że powodem tego wszystkiego musi być kobieta, więc spytałem, czy jest żonaty. - Nie, zamało rozumiem kobiety - odpowiedział. - Ależ, Geraldzie, - zawołałem - podług mnie, kobiety są stworzone na to, aby być kochane a nie rozumiane. - Nie mogę kochać, gdy nie mogę wierzyć. - Zdaje mi się, że masz jakąś tajemnicę w życiu, Geraldzie, opowiedz mi o tem. - Przejdźmy się trochę; tu jest za dużo ludzi. Po chwili siedzieliśmy w wynajętym powozie i jechaliśmy po bulwarze w stronę Madelaine'y. - Dokąd chcesz jechać? - spytałem, - Wszystko mi jedno, - odpowiedział, - Możemy pojechać do jakiejś restauracji w Lasku; zjemy tam obiad, i opowiesz mi trochę o sobie, - Chciałbym najpierw o tobie słyszeć. Zaciekawia mnie twoja tajemnica. Wyjął z kieszeni i podał mi safianowy, ze srebrnemi okuciami portfel. Otworzyłem go i wewnątrz zobaczyłem fotografję kobiety smukłej, drobnej, o dużych zamglonych oczach i rozpuszczonych włosach. Wyglądała jak jasnowidząca. Otulona była w kosztowne futro. - Co myślisz o tej twarzy? - zapytał. - Czy jest to twarz wzbudzająca zaufanie? Zacząłem się jej bacznie przyglądać. Robiła na mnie wrażenie twarzy kobiety, posiadającej tajemnicę. Ale czy tajemnica ta była natury złej - czy dobrej - nie umiałbym tego powiedzieć. Piękność jej była, jakgdyby zlepkiem wielu tajemnic. Była to właściwie piękność bardziej duchowa, niż fizyczna - a nikły uśmiech na wargach był zbyt subtelny, by mógł posiadać słodycz. - A więc, - zawołał zniecierpliwiony - jakie jest twoje zdanie o niej? - Jest to Giokonda w sobolach - odpowiedziałem. - Opowiedz mi o niej. - Nie teraz, po obiedzie - i zaczął mówić o rzeczach obojętnych. Gdy kelner przyniósł nam kawę i papierosy, przypomniałem Geraldowi jego obietnicę. Wstał, przeszedł się parę razy po pokoju i usiadłszy wreszcie w fotelu, opowiedział mi następującą historję. - Pewnego dnia, o piątej po południu, spacerowałem po Bond Street. Natłok powozów był tak ogromny, że ruch na ulicy był prawie niemożliwy. Tuż przy trotuarze stał mały żółty powozik, który, już nie pamiętam z jakich powodów, zwrócił moją uwagę. Gdy go mijałem, ujrzałem w nim tę kobietę, której fotografję ci dziś pokazywałem. Widok jej oczarował mię. Myślałem wyłącznie o niej przez cały wieczór i cały następny dzień. Po całem mieście szukałem żółtego powoziku, ale nigdzie nie spotkałem mojej "belle inconnue". Wkońcu zacząłem przypuszczać, że była tylko przywidzeniem. W jakiś tydzień potem byłem zaproszony na obiad do pani de Rastail. Obiad był naznaczony na godzinę ósmą; ale o wpół do dziewiątej jeszcze czekaliśmy na kogoś w salonie. Nareszcie służący otworzył drzwi i zameldował lady Alroy. Była to ta kobieta, której szukałem. Powolnym krokiem weszła do salonu. W sukni ze srebrnych koronek wyglądała jak promień księżyca. Ku mojej wielkiej radości, ja miałem ją prowadzić do stołu. Kiedyśmy zasiedli już do obiadu, rozpocząłem rozmowę: - Zdaje mi się, lady Alroy, że widziałem panią niedawno na Bond Street. Zbladła i rzekła przyciszonym głosem:
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI