Rozdział I
I
Wróciwszy do hotelu, pani Tuśka raz jeszcze przeliczyła pieniądze. Miała
całe czterysta rubli, bo w Krakowie starała się nie kupić nic prócz
rzeczy niezbędnych dla siebie i Pity. Trzy kapelusze, dwie parasolki,
cztery metry aplikacji, kilka par bucików białych i szarych (tych
karlsbadzkich), za które w Warszawie zapłaciłoby się trzy, cztery razy
tyle... Za to ani ona, ani Pita przez dwa dni nie jadły obiadu. Piły kawę,
jadły ciastka, nawet i szynkę przyniesioną w sekrecie pod peleryną do
hotelu. Oszczędność przede wszystkim! - Tuśka zniosła nawet afront
pokojowej, która znalazłszy koło umywalni zatłuszczony papier z okrawkami szynki, przestała jej mówić "jaśnie pani". Lecz Tuśka i ten
cios dźwignęła z heroizmem. Przechyliwszy się przez okno, wsłuchiwała
się w jęczące melodie mariackiego hejnału. Udawała, że ją to zajmuje nad
wyraz. W gruncie rzeczy jednak cierpiała nad zanikiem szacunku u wykrochmalonej hotelowej sługi i z cierpienia tego wykwitł (jak zresztą
zwykle w takich razach) żal - do męża.
- Przez niego - pomyślała - i przez to, że się muszę oszczędzać i mam
mało pieniędzy.
Pita spała opakowana papataczami1 i drożdżowymi ciastkami.
Rozrzuciła dokoła siebie prześcieradła i całą masę delikatnych i złotych, jak źdźbła żyta, włosów.
Tuśka zbliżyła się do śpiącej córki i machinalnie narzuciła na nią
prześcieradło.
- Wiecznie się rozkrywa - pomyślała prawie ze złością.
Powróciła znów do okna i wzrokiem ogarnęła olbrzymią przestrzeń Rynku,
na której dźwigała się jasno oświetlona dołem masa Sukiennic. Zdawało
się, że jest to jakieś olbrzymie mauzoleum, obsadzone dokoła grzędą
świetlanych tulipanów. I coraz dalej, po Rynku wznosiły się bukiety
żółtawych świateł, przeciętych nagle brutalną linią białej, oślepiającej
lampy łukowej. Na bruku czerniało mrowisko ludzi i płynęły jak szalupy
tramwaje. Ostry odgłos dzwonka szarpał nerwy. Niby to były wszystkie
wzięte razem odruchy życiowe, a przecież jakaś bezbrzeżna pustka, nuda i szarość przysłaniały wszystko szarym, nieprzeniknionym całunem.
Tuśka wlepiła swe oczy w płonące bukiety lamp i znów machinalnie
obliczała pieniądze.
- Czterysta rubli to pięćset guldenów...
I zaraz przyszła jej myśl ostra i niemiła:
- Gdzie ja podziałam już około stu rubli?
Zaczęła natężać umysł wspomnieniami wydawanych pieniędzy.
- Musieli mi ukraść czy co...
Aż nią targnęło - zdawało się jej, że jacyś złoczyńcy obdarli ją żywcem
ze skóry i taką obdartą pozostawili na słotę i spiekotę słońca.
- Musieli mnie gdzieś okraść.
Lecz powoli przychodziła refleksja.
- Nie, nie... zobaczymy...
Liczyła teraz cyfry i doliczyła się rzeczywiście wydanych pieniędzy.
- Ładnie będzie, jeżeli tak dalej pójdzie... Nim dojadę do Zakopanego, nie
będę miała centa przy duszy.
Znów ogarnęła ją złość na męża.
- Przez niego muszę się martwić i nerwy sobie targać.
Nogi ją bolały. Usiadła na krześle wstawionym we framugę okna. Oparła
łokieć, z którego zsunęła się niebieska flanelowa matinka2, i patrzała ciągle w przestrzeń. Lecz teraz nie liczyła lamp i nie równała
siły światła ze światłem lamp płonących na ulicach Warszawy - cofnęła
się jakby wstecz, jakby w głąb siebie i mimo chęci i woli zaczęła
przeżywać swoje codzienne, zwykłe życie, tam na Wareckiej, na drugim
piętrze, we wnętrzu niewielkiego mieszkania, w którym tłoczyli się w kilkoro, zawsze skryci, nieufni, jakby wszyscy w niedomówieniach i domysłach pogrążeni.
Ten brak szczerości był znamienną cechą całego ich pożycia. Każde
dziecko miało już w sobie to coś "między liniami", czego nie wykazywało
w chwili nawet, zda się, najserdeczniejszej. Czy szło to od matki, czy
od ojca, tego zbadać nikt nie mógł, bo pomiędzy Tuśką a jej mężem było
pod tym względem wielkie podobieństwo, nieledwie identyczność moralna.
- Zawsze politykujemy... - myślała nieraz Tuśka i gdy całowała w głowę
wychodzącego z domu do szkoły syna, czuła, że to "polityka" to poddanie
się grzeczne chłopca i to jej niby rozserdecznione zbliżenie, ten wiatyk
na drogę...
W ciasnym mieszkaniu, gdzie najlepszy pokój stał pustką, "salonem"
ochrzczony i zastawiony masą palm i fikusów, nikt z tych ludzi kilkorga
nie obijał się o drugiego moralnie ani fizycznie i nikt nikomu przemocą
do duszy się nie wdzierał. Obchodzili się cicho i mieli dla siebie
zdawkowe uśmiechy. Gdy powiększyło się ich grono o jedną jeszcze żywą
istotę, przyjmowano ją z pewną kurtuazją, ścieśniając się tylko trochę
na przestrzeni życiowej.
- Tak będzie najlepiej, cicho i spokojnie - zdawali się mówić do siebie
wszyscy, gdy zgromadzili się przy obiedzie lub wieczornej herbacie.
Rozmawiali wtedy, ale była to rozmowa nieporuszająca nigdy tej drugiej
warstwy ich dusz. Zdawało się, że czynią to przez delikatność, a była
to, zda się, trwoga, aby nie ujrzeć nagle właściwych swych rusztowań.
Błędy i nałogi dzieci, jakkolwiek pod pokrywką grzecznego ułożenia
schowane, istniały niemniej groźne i tragiczne. Nie poruszało się nigdy
ich kwestii, obchodziło się mimo, tak jak ich skrofuliczne tendencje
organizmu...
- Tak będzie najlepiej.
Z wolna wyjęczała dziewiąta na miejskich zegarach. I znów z wyżyny pruć
zaczął powietrze hejnał, nawoływał, jęczał, rozdzierał samotne serca,
zatopione w sobie albo we własnych wspomnieniach.
Przez myśl Tuśki przesunął się "mąż" - ten chudy, łysawy mężczyzna -
drobny, grzeczny, niepozorny, który tak mało miejsca w domu i życiu
zdawał się zajmować. Od lat całych "nie widziała" go przed sobą. Był
zawsze obok niej, nawet w chwilach zbliżenia. Nie przychodziło jej na
myśl spojrzeć na niego, dopiero w chwili odjazdu spojrzała nań całymi
oczyma.
Stał na peronie kolejowym w swym zielonawym, wyszarzanym palcie. Wyszedł
z biura, aby odprowadzić ją i Pitę. Wydał się jej dziwnie mizerny i postarzały.
- Jedź, lecz się i uważaj na siebie! - mówił do niej, wychylonej przez
okno wagonu.
Głos jego był matowy, ochrypły. Patrzył na nią spłowiałymi oczyma,
otoczonymi siatką zmarszczek, lecz zdawał się jej nie widzieć.
- A pisz!...
Chciała i ona mu coś powiedzieć, coś jakby serdecznego, nie mogła jednak
naprędce znaleźć nic odpowiedniego.
- Gdyby jednak - zaczęła - to jedzenie w restauracji nie służyło ci...
Lecz on uśmiechnął się blado.
- Ach, nie... - wyrzekł niedbale. - Nie pozwolę odejść kucharce, dopóki
chłopców nie wyślę do Kalinówki. Będą jedli w domu. Zresztą to zaledwie
tydzień.
- Ja też nie mówię o chłopcach, chodzi mi o ciebie...
Spojrzał na nią troszeczkę zdziwiony i zaraz uśmiechnął się uprzejmie,
lecz jakby z przymusem, i pochylił trochę głowę.
- Dziękuję ci, nie troszcz się o mnie. Ja mam zdrowy żołądek...
Przechodził chłopiec roznoszący pisma ilustrowane.
- Może ci co kupić? - zapytał.
W tej samej chwili Pita wyjrzała z wagonu. Błądziła roztargnionym
spojrzeniem po peronie, po palcie wytartym ojca, po jego bladym
uśmiechu, a policzek jeden miała wydęty angielskimi cukierkami, które
wiecznie ssała.
- A może Pita chce pomarańczę? - zapytał Żebrowski.
Natychmiast dziewczynka grzecznie bardzo odpowiedziała:
- Dziękuję tatusiowi!
Ale on przywołał przekupnia i wybrał dwie duże pomarańcze, silnie
czerwone. Wybierał starannie, macając skórkę chudymi, klekocącymi
palcami. Wreszcie zapłacił i pomarańcze do okienka, w którym wciąż jak w ramie bielała twarz Pity, podniósł.
- Proszę cię, moje dziecko...
Ale Pita uważała za stosowne ceremoniować.
- Nie... nie... dziękuję...
Pani Tuśka wmieszała się z grzeczną interwencją:
- Ależ, moje dziecko, weź, skoro tatuś taki dobry...
- Zrób mi tę przyjemność - prosił ojciec.
Pita wzięła pomarańcze, lecz nie zniknęła z nimi we wnętrzu wagonu.
Stała ciągle przy oknie i na tle szarego płaszczyka te ognisto barwne
owoce ciągnęły oczy malarskim, ślicznym kontrastem barw.
Wymienienie tych uprzejmości, zdawało się, iż na chwilę wyczerpało całą
tę rodzinę, i wszyscy umilkli, nie mając już sobie nic w chwili
rozstania do powiedzenia.
Pani Tuśka myślała, iż źle robiła, nie biorąc na drogę lepszej sukni.
Panie, które wchodziły do wagonów, ubrane były świeżo i elegancko.
Postanowiła ubrać się w Krakowie via Chabówka-Zakopane elegancko i zgrabnie.
Milczenie przedłużało się. Widocznie każde z tych trojga żyło w tej
chwili w swoim odrębnym świecie.
Nagle gwizd przeraźliwy rozległ się w powietrzu - drzwi wagonów
zatrzaskiwały się pośpiesznie, ktoś przelatywał z drugiej strony
pociągu, wołając ochrypłym głosem.
Równocześnie Żebrowscy oboje ocknęli się z oddali, w której już
znajdowali się pomimo pobliża.
- Jedziemy?
- Tak...
Łańcuchy szczęknęły, zakołysały się wagony. Pita, Tuśka i Żebrowski
uśmiechali się jednakowo, blado, uprzejmie.
- Bądźcie zdrowe!
- Ucałuj chłopców!...
- Tak... tak!...
Tuśka wysunęła rękę, Żebrowski uścisnął ją, ku Picie powiał kapeluszem.
Uprzejmość całej rodziny zwiększyła się znacznie; widocznie chciano
wyładować wzajemnie pewną ilość grzeczności, aby nic sobie nie pozostać
dłużnymi.
Pociąg zaczął dreptać coraz szybciej, charcząc, gdakając gniewliwie.
Żebrowski stanął na peronie i ciągle jednako uśmiechnięty kłaniał się w stronę odbiegającego wagonu.
Dwoje rączek dziecinnych oddało mu przez chwilkę ukłon, następnie
powiało ku niemu ramię żony w szerokim rękawie piaskowej, wełnianej
bluzki, aż wreszcie znikło wszystko.
Żebrowski przestał się uśmiechać; zdawało się, iż zdjął ten zdawkowy
uśmiech jakby maskę z twarzy i schował go gdzieś daleko w swym duchowym
zanadrzu. I skręciwszy na miejscu, mechanicznym, bezmyślnym krokiem
wyszedł z peronu.
Tymczasem pani Tuśka zajęła miejsce w przedziale drugiej klasy.
Naprzeciw niej usiadła Pita, a ten sposób siadania, elegancki, sztywny,
drewniany był całym poematem "ślicznie ułożonej dziewczynki".
Wyjęła z kieszonki paltocika czyściuchną chusteczkę, rozłożyła ją na
kolankach i białymi paluszkami zaczęła obierać pomarańcze. Pani Tuśka
patrzała chwilę na córkę. Gdy nagle pociąg wyjechał na czyste pole, w jasnym świetle wypłynęła dokładnie gładziuchna, młodziutka twarzyczka
dziewczynki.
Drobne usteczka zacięte nikły prawie w żółtawobiałej cerze
prerafaelowskiego aniołka, cieniuchne pasma wysilonych włosków bramowały
czoło trochę podłużne, wypukłe. Jasne rzęsy zakrywały oczy
bladobłękitne, pocętkowane rudymi plamkami. Całość dziewczynki była
chłodna, zamknięta w sobie - silnie już indywidualna.
- Do kogo ona podobna? - myślała Tuśka. - Oczy moje... włosy niewiadomego
koloru, twarz nadto ściągła.
Nagle dziecko rozłożyło na rączce obraną i podzieloną na ćwiarteczki
pomarańczę i jakby różę krwawozłocistą podało matce.
- Proszę... mamusiu - wyrzekła uprzejmie.
Uśmiech blady, zdawkowy, ten uśmiech, wyhodowany tam, na Wareckiej, jak
kwiat cieplarniany, rozszerzył wąskie i tak specjalnie zaciśnięte usta
dziewczynki.
- Proszę, mamusiu.
Tuśka machinalnie wzięła ćwiarteczkę owocu i jakby w zwierciadle, na
ustach swoich odbiła uśmiech córki.
- Dziękuję ci!
A równocześnie myślała:
- Ależ to jego uśmiech, to cały ojciec!
Nie widziała w tej chwili siebie i nie czuła zwierciadlanej dokładności,
z jaką wyraz twarzy córki odbił się na jej własnej twarzy.
Rozdział II
II
Przejęczała znów jakaś godzina nad ciemną głębią Rynku. Do studni tej,
wilgotnej wiecznie i pełnej nieuchwytnej "chandry", wpadły te dźwięki
obojętnie, jakby szczęk łańcuchów motanego w górze, na walcu, wiadra. Z wiadrami, rozpiętymi na skrzydłach, pochylało się nad tą studnią
Przeznaczenie i wyławiało ze smutnej studni fale ludzkich konwulsji lub
zaników - "życiem" pospolicie nazwane.
Konwulsją mózgu był w tej chwili żal Tuśki do męża za to, że tylko taką,
nie zaś większą sumę zdołał dać jej "na Zakopane". Wprawdzie wiedziała,
z jaką trudnością zbierał i te pieniądze, lecz to jej nie rozbrajało.
Przeciwnie, ogarniała ją pewna pogarda teraz, gdy go nie widziała przed
sobą w zniszczonym paltocie i z pokrajaną bruzdami twarzą.
- A wreszcie mógł wziąć palto na wypłaty - pomyślała, wzruszając
ramionami. - Ja to robię, a korona mi z głowy nie spada. Skoro mi da
miesięczną pensję na dom, zanoszę ratę do krawcowej i wszystko jest w porządku. Nie chodzę nigdy jak dziadówka...
Zastanowiła się, iż zanadto zajmuje się mężem i jego paltotem.
- Niech sobie robi, co chce. To przecież jego, nie moje pieniądze...
Poszła za mąż bez posagu, tak, miała tylko porządną, obywatelską
wyprawę. Ale on wiedział, że bierze pannę z dobrego domu i że musi
"starać się o to", aby miała to, do czego przywykła.
"Starał się" - i zdaje się, że to było zupełnie naturalne.
Ona nawzajem starała się być dobrą żoną i dobrą matką. Płaciła mu
uprzejmością za jego uprzejmość. Ich świat wewnętrzno-zewnętrzny był w porządku. Dwanaście lat pilnowała usilnie, aby nic ze zbytecznych i targających spokój i pewną przyjętą równowagę odruchów nie wypłynęło na
powierzchnię, pod którą kryli swe zagadkowe głowy. I dlatego z dumą
osądziła, że jest "stróżem domowego ogniska".
Mimo to dziś właśnie i dlatego może głównie, iż oddaliła się od owego
"ogniska", przesiąkłego wilgocią bezustannie zlewanych wodą fikusów,
palm i rododendronów, czuła w sobie jakiś niepokój, coś niewyraźnego,
tak jakby patrzała na jakąś źle odgrywaną komedię z wysokiej galerii.
Może dlatego, że dziś w cukierni przeczytała w jednej z galicyjskich
gazet obszerny felieton, noszący w sobie myśl, a na grzbiecie tytuł
Starzy i młodzi. Szeregi literek drobnych, ustawionych rzędami,
wywoływały wieczystą walkę pomiędzy tymi, którzy odchodzą, a tymi,
którzy przychodzą.
"Dziś - tak jak zresztą zawsze - ojcowie i dzieci, starzy i młodzi, nie
tylko że się nie rozumieją, ale nie mają ochoty nawet się porozumieć. A przecież powinni żyć we wzajemnych wielkich ustępstwach, biorąc pod
uwagę, że z tych ustępstw może wykwitnąć dla wszystkich zrozumienie
Prawdy życiowej. Jeśli starsi bólem doświadczenia Prawdę tę zrozumieli,
jeśli młodsi ogniem i siłą intuicji Prawdę odgadli, toć powinni
wzajemnie oddać ją sobie i dzielić się nią z pośpiechem dobrych mędrców,
którzy nie chcą nieść swych mądrości do grobowej ciemni, lecz czynią z nich jasną lampę, płonącą z uczynną chęcią na świat cały".
Takie były słowa i treść główna artykułu.
- Właściwie, po co to pisać i o co im chodzi? U nas żyjemy wszyscy w zgodzie, a każde z nas, rodziców, chętnie i o ile może, przerabia
zadania i dopomaga w nauce dzieciom - myślała Tuśka.
- Zapalamy ową lampę... - uśmiechnęła się - zapalamy niemal co dzień: ja
nad francuszczyzną Pity, on nad matematyką chłopców...
Powstała od okna, rada, że znalazła jakieś wyjście z koła, w którym
niespodziewanie błądzić zaczęła.
- I po co to pisać... młodzieży podsuwać myśli, że jest niezrozumianą?
Takie artykuły oddają najgorszą przysługę rodzicom. Nic więcej.
Przechyliła się przez okno, aby je zamknąć. Z dołu coraz silniej wiała
pleśń grobowa zastygającego powoli życia.
- Malaryczne miasto! - wstrząsnęła się Tuśka.
Lecz równocześnie z owym odczuciem dreszczu, czającej się zgniłej febry,
coś niepojętego, a zarazem nader silnego, uczepiło się jej ramion.
Była to zgniła, cieplarniana atmosfera utajonej i grzecznością pokrytej
niepewności, jaka moralnie owiewała ją, ile razy w Warszawie powracała
do "domu" z zamiejskiej wycieczki.
Uczuła, że nigdy nie pojmie obecnego stanu duszy tego miasta, nad którym
z czerpakami na rozpiętych skrzydłach czekało odziane w czerń - jego
Przeznaczenie.
- A zresztą... po co? - pomyślała, zamykając okno.
Podeszła do stołu i zaczęła przyglądać się kupionym aplikacjom.
Zmartwiła się, że przy świetle gorzej wyglądają niż we dnie.
- Znów mnie oszukali - pomyślała ze złością.
Manią jej była ta myśl, że ją wszyscy okradają i oszukują w haniebny
sposób.
Nagle zastanowiła się.
W sąsiednim numerze mówiono głośno, coraz głośniej, nie troszcząc się,
iż drzwi, ironicznie zastawione komodą, całe podziurawione są jak
rzeszoto; przez te dziury i szpary filtrowały wyrazy z dokładnością
zupełną. Odzywały się dwa głosy - męski i kobiecy. Ten ostatni
dominował, podkreślany charakterystycznym podciąganiem nosa - forpocztą
płaczu. Zresztą było to nawet dość tragiczne, tym tragiczniejsze, że
głos męski nie tracił ani na chwilę swobody i raz przyjętego tonu.
Zdawało się, że to ktoś, wybornie władający lejcami, z wysokiego kozła
prowadzi dobrze sprzęgniętą czwórkę i ciągle jednaką linią drogi raz
wytkniętej jedzie, jedzie bez chwili utraty równowagi. Tak brzmiał głos
męski, spokojny, pewny siebie, młody, łamiący się jeszcze niskimi tony,
to tenorowym brzmieniem. Lecz były to tylko oznaki zewnętrzne, bo tak
jak głos i cały charakter był dobrze ustawiony i niełamliwy wewnętrznie.
Natomiast głos kobiecy rozwiewał się i był niepewny. Ni to pokorny, ni
to ostry, ale cały przepojony na wskroś kobiecością. Szamotało się to,
otłukało po ścianach hotelowego numerku, cichło, pełzło, próbowało
grozić, a w gruncie rzeczy miało w sobie tragizm bezbronności
powszedniej, podniesionej właśnie tą powszedniością do rozmiarów bólu i katastrofy.
- No, tak... ale cóż będzie z dzieckiem? - pytał głos kobiecy.
- Co ma być?... Będą z niej ludzie... - odpowiada głos męski.
Zalega milczenie.
- Ona się często pyta o tatusia. Nie wiem, co jej odpowiedzieć.
- Powiedz jej, że tatuś pojechał do Ameryki po posag dla niej.
- Ach, nie... tak nie można. Ona taka rozumna, taka sprytna.
- No... cóż dziwnego!
Parsknięcie śmiechem.
- Moja córka!
I długie milczenie. Ostatnie tramwaje na Rynku wpadają w tę ciszę swym
przeraźliwym, szatańskim gwizdem.
- Nie chciałbyś jej zobaczyć? - pyta bojaźliwie kobieta.
- Ależ owszem, kiedyś chętnie przyjadę.
- Och! Mówisz już tak trzy lata.
- No to trudno, nie jestem panem swej woli. Nie trzeba było stąd
wyjeżdżać.
- Jakżeż nie miałam wyjechać? Musiałam!
- E!...
- Sam mnie namawiałeś. Przyrzekałeś, że przyjedziesz na sezon, na ślub...
- Tylko, proszę cię, nie zaczynaj tej kwestii. Chyba chcesz, żebym zaraz
uciekł...
Głos kobiety nie mięknie, stawia się trochę hardo.
- Tak, ja wiem... ty zaraz uciekasz. To najwygodniej.
- Proszę cię, jestem zdenerwowany.
- A ja?!...
- Ty? Czym? Wiedzie ci się dobrze, wyglądasz wybornie, utyłaś, podobno
do dziecka masz guwernantkę francuską.
- A ty się nie pytasz, skąd mam na to wszystko?
- Co mnie do tego, moja droga. Znasz mnie i wiesz, że jestem dyskretny!
Aż huczy od tej dyskrecji i wygodnej polityki naokoło płaczliwego głosu
kobiety.
- Dyskretny!...
- Spodziewam się. Inny na moim miejscu nie mówiłby z tobą, odwrócił się,
a ja zawsze przychodzę, ile razy mnie wezwiesz. Czy masz mi co do
zarzucenia? No... powiedz!... No... no...
Przez zęby zaciśnięte pada:
- Dyskretny!...
I zaraz uderzenie pięścią, drobną pięścią w stół i wyplute raczej niż
wypowiedziane:
- Podły!...
- O! O!... Nie wiem, kto z nas dwojga. Czy ty, która w tej chwili ciskasz
się jak przekupka, czy ja, który mimo wszystko podaję ci jeszcze rękę i staram się nie zapominać, że jesteś matką naszego dziecka.
Wypowiedziane to było wszystko równo, bez uniesienia, pomimo owego
"zdenerwowania", o którym była poprzednio mowa.
Kobieta znów uparcie powtarza:
- Dyskretny!...
I wybuchła silnym, zawodzącym płaczem.
W Tuśce budzi się przeogromna solidarność kobieca.
W jednej chwili i ściśle kobiecą intuicją odgaduje całość i linię tej
"historii", ogromnie zwyczajnej i ogromnie przez to smutnej. Pomimo
mieszczańskiej moralności, jaką jest opancerzona, czuje, że tamta, przez
drzwi łkająca kobieta, jest w prawie roztaczać taką głośną rozpacz i manifestować wielkość swego bólu. Nie ma bowiem w tym jęku nic
bezwstydnego ani narzucającego się, jest tylko łkanie człowieka, przed
którym bezlitośnie objawiło się jego przeznaczenie, idące naprzeciw
niego z narzędziami męki w wyciągniętych dłoniach.
Lecz Tuśka nie odczuwa jeszcze, iż tak być musiało i że ta kobieta łka
teraz i tarza w bólu swą głowę o twarde poduszki hotelowego łóżka, a duszę w całym polu cieni okwitłych krwią jej złudzeń, dlatego że jeden
łańcuch faktów wziął zaczątek przed wiekami w tym kierunku i zajął ją w swe ogniwa, ją i jej łzy. Tuśka do tego punktu patrzenia na objawy życia
przez zaczątki nie doszła, bierze sam objaw i w niego się wnurza
gwałtownym impetem swej wiecznie trzymanej na uwięzi natury.
- Dlaczego ona tylko płacze? - myśli wzburzona. - Dlaczego ona nie powie
mu więcej, więcej nad to "podły", bo przecież to "więcej" aż się samo na
usta prosi?
A może wyszedł, może uciekł, tak jak to bywa "najwygodniej".
Nie, jest. Chodzi teraz po pokoju, chodzi pewnym, równym krokiem. Nie
mówi jednak nic. Zapewne ma minę zrezygnowaną i znosi ten płacz z cierpliwością i wspaniałością dyskretną.
Tuśka nigdy nie stanęła tak bezwzględnie z objawami zwyczajnego życia.
Prosto z domu rodziców weszła pod dach męża. Czytała wiele. Ale w książce to pewna ilość czarnych literek mówi "kobieta płakała" i to
wszystko.
W życiu taka gama szlochania to sam przez się cały poemat bólu, cała synteza odczucia, poszarpania życia i stoczenia się na dno przepastnej czerni, na którym już się nie klnie swej doli, nie gryzie rąk załamanych, nie targa się tak zwanego sumienia, aby z niego na pociechę wytrząsnąć choćby kilka kropli krwawej własnej winy... Lecz niemniej Tuśka wiedziała, że są takie bóle. Nie czuła ich, nie rozumiała ich ogromu, ale o istnieniu ich miała zupełną świadomość. Nagle to widowisko przeczuwane znalazło się w pobliżu niej z całą potęgą i siłą. Nie wiedziała, jak je przyjąć i ile włożyć z siebie w to, co się dokoła niej rozsnuwać zaczęło. Rzuciła się cała nerwami i duszą w tę głąb, tracąc miarę i bezstronność
widza.
- Dlaczego mu nie powie, że go nienawidzi, że nim gardzi za tę
dyskrecję, którą on się tak pyszni. Wszakże to jasne, że ktoś inny
wychowuje i łoży na jego dziecko. I on to przyjmuje... bo choć nie
bezpośrednio, ale zawsze przecież, skoro to jego dziecko...
Nagle przystanął i dał się słyszeć jego głos:
- A masz papierosy?...
Tuśka wstrzymała oddech.
- Co ona mu odpowie? Porwie się jak lwica, może mu do gardła skoczy, że
on nie potrafi nawet uszanować tej jej bolesnej chwili, w której duch w łkaniach się rozłamuje i siatką nad ciałem się rozpina.
Lecz cisza zupełna. Tylko po chwili - woń papierosa dobywa się przez
szczeliny.
Musiała mu gestem wskazać, gdzie były papierosy. Zapalił, a teraz chodzi
znów lekko, skrzypiąc nowymi prawdopodobnie butami. Łkania kobiety
przycichają z wolna.
Tuśka siada, przytulona do rogu kanapy, i słucha. Równocześnie wyobraża
sobie i ją, i jego, tak dawniej sobie bliskich, tak bardzo bliskich. A i to trzecie pomiędzy nimi, ta mała dziewczynka, pielęgnowana przez
francuską guwernantkę i żywiona kosztem kogoś nieznanego...
To dziwne być musi uczucie, straszne i pełne grozy, kazać żywić dziecko
cudze... To musi być pełne grozy i wielkiego wstrętu do samej siebie w czasie takich bezsennych, długich nocy. Taki płacz wtedy musi chwytać za
gardło, jak ten, który dogorywa tam, za drzwiami w sąsiednim numerze.
Lecz jeśli się ma przed sobą tego, który jest sprawcą tej pełnej grozy
sytuacji, gdy mu można wypluć w oczy całą prawdę i spalić serce łzami...
Wtedy się to wszystko mówi, wtedy się to wszystko rzuca prosto w twarz
tak szczelnie oblepioną maską obojętności i "niebrania nic na serio...".
Tuśka czeka, co będzie dalej. Zdaje się, że czyta jakąś powieść, że za
chwilę odwróci kartę i rozpocznie się rozdział, pełen siły i namiętnej
nienawiści, że ta kobieta będzie tą zbiorową kobietą, powstając z całym
majestatem przeciw majestatowi siły obojętności mężczyzny. Dyszy tam od
tej końcowej walki dwóch płci, tej jedności rozerwanej i żądnej
połączenia.
Od pomyłek aż drży i jęczy w przestworzu. Błądzą i mylą się ciągle w poszukiwaniu jedności. W spotkaniach i próbach powstają nowe życia, lecz
najczęściej to nieharmonijne właśnie zlanie się dwóch istot w trzecią
jedną, to ten dysonans, ta walka, to rwanie się i ujadanie, rozpaczliwie
uwięzione w nowej, nieszczęsnej istocie...
Tam daleko, w Łodzi, mała dziewczynka, zgrabniuchna figurka o zdziwionych i trochę mętnych źrenicach i o silnie rozwiniętej
inteligencji nieoczekiwanych na klombie ustaw społecznych kwiatów... Tak,
tak, taka mała dziewczynka.
Pani Tuśka cała aż zastygła w oczekiwaniu katastrofy. Życzy sobie, by
tamta kobieta miała siłę wielką, miała i swoją siłę, i jej, Tuśki, siłę
odwetu choćby słownego. Zdaje się jej, że to właśnie jest doskonały
moment, jedyna chwila, w której może być mowa o całej, pełnej
nienawiści, nieprawości podobnego postąpienia.
Tuśka ma w sobie w tej chwili chęć i siłę świeżą, bo nigdy nie
potrzebowała zużywać jej w tym kierunku. Jej zatargi ciche z mężem były
zupełnie innej natury. Nie było w nich nic ogólnoludzkiego ani tego
tajemniczego i groźnego, jakie drży tam, przez ścianę.
Więc...
Łkanie prawie zupełnie cichnie.
Słychać tylko jęk słaby - ot, jakby postrzelone zwierzę skarżyło się
gdzieś w głębi lasu.
- Czemu ona płacze? Czemu nie mówi?
Lecz teraz słychać kroki mężczyzny ciche i układne.
- Kiciątko!... - mówi mężczyzna. - Niech kiciątko nie płacze.
Przez Tuśkę przebiega mróz od tych kilku słów. Taki słodki, miły głos.
Takie proste słowa i to "kiciątko" nigdy niesłyszane. Zupełnie jakby
ktoś aksamitną łapką gładził, pieścił, tulił.
- Kiciątko!...
- Och, ty!... Ty!...
I potem prawie szeptem jeszcze wśród łkania:
- Mój! Mój!...
- Jak? Co?
Więc nic. Żadnych wyrzutów? Żadnej siły? Żadnego majestatu? Żadnych
wrogów naprzeciw siebie, ziejących wieczystą nienawiścią i męką?
Takie marne słowo wzniecające dreszcze, jedno "kiciątko" i zaraz
zarzucanie na szyję rąk, przemoczonych łzami, przytulenie twarzy,
jeszcze gorącej i nabrzmiałej od tarzania się po rozrzuconych dokoła
włosach.
I to wszystko dla jednego słowa.
- Tak - ale jakie to! Jakie!
Wszystko jedno! Ona nie powinna była, nie powinna.
Tak myśli Tuśka, tak chce myśleć Tuśka, bo w gruncie rzeczy druga jej
warstwa myśli coś zupełnie innego, myśli owym dreszczem, a raczej
odczuciem owego dreszczu, jaki przejął ją, gdy słyszała to proste, a tak
aksamitne słowo: "kiciątko".
Tymczasem tam, przez drzwi, aż się rozszemrało od pocałunków i dobrych
słów.
- Więc - mój! Dlaczegoś o mnie zapomniał? - Pocałuj!... Jak dawniej...
Pamiętasz? - zwłaszcza to "pamiętasz".
To ona!
A on?
Niewiele słów, lecz ręce zarzucił na jej szyję, włosy gładzi i mówi:
- Kiciątko... A złe, a ładne zawsze...
W Tuśce coś się aż kłębi, aż unosi od sprzecznych uczuć. Za gardło ją
chwyta niby rozrzewnienie nieokreślone, którego zanalizować nie umie,
jakiś żal, złość, pogarda dla siebie, dla tamtej przebaczającej, dla
kobiet w ogóle. Przebacza, słania się w ramiona. Och! Głupia! Nędzna!
Takiego pozoru chwyta się Tuśka, ażeby pokryć nim wzruszenie, dreszcz,
żal i to coś, jakby zazdrość czegoś nieznanego, a przecież pełnego
okrytej dla niej brylantową zasłoną strony życiowej.
Więc porywa się i przez chwilę traci prawie przytomność z podniecającego
ją uczucia gniewu.
- Nędzna, przebaczyła!...
Do dzwonka się rzuca i przyciska guzik.
Tak, tak, to bezwstyd takie przebaczenie, ta kobieta ma, na co
zasłużyła. Dobrze zrobił, że ją opuścił.
Wchodzi pokojowa, ta sama, która straciła szacunek dla Tuśki, za to, że
Tuśka przynosi w papierze szynkę do hotelu.
Tuśka pragnie zrehabilitować się w oczach tej dziewczyny.
- Proszę iść do tamtego numeru i powiedzieć tym państwu, żeby się
inaczej zachowywali. Nie jestem przyzwyczajona znosić coś podobnego!
Dziewczyna patrzy szeroko otwartymi oczami na wzburzoną twarz Tuśki.
- Proszę pani...
- Proszę iść...
- Dobrze, proszę jaśnie pani!
Rozkazujący gest, wspaniała mina naprawiły to, co zepsuło pół funta
szynki. Dziewczyna wysunęła się cicho i za chwilę słychać było, jak
szeptem coś przekładała w sąsiednim pokoju, tłumaczyła "tym państwu"...
Rozległ się szczery, serdeczny wybuch śmiechu i równocześnie pokorne
prawie tłumaczenie się kobiety:
- Ale cóż znowu? Ta pani zwariowała?... My przecież nie robimy nic złego!...
Tuśka drżała teraz jak w febrze i chodziła gorączkowo po pokoju,
potrącając meble. Nienawidziła i siebie, i ich, tych dwoje, którym
czuła, że wyrządza krzywdę, obelgę, że policzkuje tamtą kobietę
niesłusznie, bo przecież była w prawie przebaczyć, gdy chciała.
Mężczyzna zadecydował nagle.
- Chodźmy stąd. I tak chciałem coś zjeść. Przejdziemy się.
- Dobrze, chodźmy. To jakaś zła kobieta ta pani!
Wychodzą.
Zła kobieta.
Teraz kolej na Tuśkę znieść tę obelgę, ten policzek, zadany słowem
kobiety jej duchowej istocie. Gdzieś niegdyś czytała, że najpierwszym
obowiązkiem kobiety jest... być dobrą. A ona była zła.
Na próżno pragnie utwierdzić się w przekonaniu, że postąpiła słusznie,
moralnie, etycznie. Nie chciała słuchać szmeru pieszczot i pocałunków -
ona, kobieta moralna i nieposzlakowana. Przy tym te pieszczoty były z jednej strony wyłudzone podstępem i obłudą, z drugiej strony dozwolone
głupią słabością i brakiem godności własnej. Były więc zupełnie
karygodne i zasługiwały na wypędzenie z ciepłego kręgu, w którym
przebywają ludzie uczciwi.
Obowiązkiem kobiety być dobrą.
Powoli zapadała dokoła Tuśki cisza. Tramwaje przestały rozdzierać
powietrze gwizdem. Martwe miasto układało się coraz senniej, coraz
wygodniej w swojej martwocie. I dusza jego kamieniała, zda się,
dźwigając teraz coraz wyżej, i rozpościerała przeogromne skrzydła,
ciężkie, nabite królewskimi klejnoty i żałobą pajęczyn, rozsnutych wśród
milczących sarkofagów.
Tuśka przestała chodzić i przytuliła się do ściany, szarzejąc w swej
podróżnej sukni na tle żółtego obicia. Świeca dogasała w lichtarzu,
rzucając poszarpane błyski.
Przez twarz Tuśki, jak przez chmurę, przewijały się rozjaśnienia dziwne,
nieuchwytne, to znów zapadała na nią jakby maska popiołu, starzejąca ją
nagle w jednej chwili.
Coś w niej migało, walczyło, było niepewne, nie wiedziało, jak sobie
poradzić z tymi nowymi przejawami życiowych starć i łapek, dobrowolnych
układów, które bodaj czy nie są treścią owych niedopowiedzianych, a podstawowych potęg, stanowiących istotę ludzkiego istnienia.
Tylko na to trzeba sił ogromnych i cofnięcia się wstecz, poza to
wszystko, co takim wałem nieprzebytym wzniosło się dokoła nas
wszystkich!
Złą była kobietą przed chwilą. Czuła to i rozumiała dobrze. Nie miała w sobie białej i jasnej wyrozumiałości dobrej wróżki, snującej dobroczynne
promienie rąk nad chwilami, które osuszają łzy i w ciemnie smutku
świetlane promienie wprowadzają. Kazała zejść tej kobiecie w pogardzie
spojrzeń służby hotelowej, a uczyniła to prawie bezprzytomnie, pod
wpływem ni to szaleństwa wzgardy, ni to gniewu, ni to zawiści. Dlaczego
to uczyniła - nie wie sama.
Co oni jej szkodzili, ci dwoje za ścianą, osuszający łzy pocałunkami, a zwłaszcza ta nędzna kobieta, rozszlochana i taka podatna do przyjęcia
jałmużny pieszczoty i dobrego słowa. Była to chwilowa ułuda szczęścia
cichego, wtulenie się w zamknięte ściany, granice świata w zaciśniętych
na szyi ramionach...
Ona to wszystko zniszczyła, rozegnała jedną myślą pyszną i nieukróconą.
To nawet, co mogło być piękne, to wielkie przebaczenie bezgranicznej
kobiecej dobroci zbezcześciła brzydką, podejrzliwą myślą banalnej
hotelowej awantury. Uczuła to w głębi duszy jak cierń, jak kolce. Wstyd
ją ogarnął kobiecy. Może podsunęła im myśl, której nawet nie mieli.
Doznała ulgi na myśl, że na dole, na tablicy, nie kazała pisać swego
nazwiska. Miała bowiem w Krakowie daleką rodzinę męża, rodzinę ubogą,
taką, do której w ogóle się nie przyznaje, bo odzież wytarta i maniery
fatalne, więc wyraźnie zapowiedziała, ażeby nie umieszczono jej nazwiska
w spisie gości.
- Nie dowiedzą się, jak się nazywam! - pomyślała prawie z radością.
Lecz zaraz chciała sobie przyznać rację, bo uparta była i pyszna nawet
wobec siebie samej.
- Musiałam to zrobić - musiałam, choćby przez wzgląd na Pitę...
Uszczęśliwiona, że znalazła pretekst, spojrzała na łóżko, na którym
leżała mała. Dziecko miało oczy szeroko otwarte, lecz leżało nieruchome
jak woskowa laleczka.
- Dawno się obudziłaś? - zapytała Tuśka.
- Niedawno, mamusiu!
Tuśka chciała zapytać córkę, czy słyszała cokolwiek z tego, co zaszło,
lecz wiedziała, że dziecko wyśliznie się jej grzecznie i nie powie
prawdy.
- Śpij, proszę cię. Już późno.
- Dobrze, mamusiu!
Pita natychmiast zamknęła oczy i długie, jasne rzęsy zapadły na śliczne,
szafirowe oczy. Lecz wyraz twarzy dziecka, zwłaszcza kąciki jej bladych
ustek, kryły w sobie jakiś zagadkowy, tajemniczy wyraz, który zniknąć
nie chciał.
I Tuśka przed tym sfinksowym uśmieszkiem córki czuła się bezsilną,
zmrożoną, bo tam był jakiś sąd, coś instynktem kierowanego, coś
kiełkującego, z czego ani to anielskie dziecko, ani ona sama zdać sobie
sprawy nie były w stanie.
Rozdział III
III
Dziesięć dni są tak same naprzeciw siebie w tej zakopiańskiej chałupie,
pełnej nieokreślonej woni rannych smreków i wilgotnego gruzu. Matka i córka błądzą wśród czterech ścian po japońsku złożonego pudełka,
zastawionego sprzętami pościąganymi z żydowskiej tandety. Na głównej
ścianie rozległ się ciemnoceglastym cielskiem szezlong, "kanapa", według
słów wzdychającej gaździny, i ten szezlong jest już całym poematem nędzy
miejskiej, zakurzonej i brudnej. Dokoła niego tulą się zydle i stół
przystrojony nacięciami, mającymi przedstawiać "zdobnictwo ludowe".
Łóżka żelazne, materace za krótkie lub za szerokie, na nich kołdry
miejskie Tuśki i Pity, ich poduszki haftowane, obsypane z lekka złotem
perskiego proszku3.
W oknach pokrochmalone firanki rozwłóczą dzień dziwny, specjalny, mokry
dzień górski, który się rozłazi jak wilgotny krab, wyciągający daleko
swe macki, z których cieknie szara, ciągnąca się ciecz deszczowa.
W piecu zielonym o kaflach lśniących, piecu dostatnim, brzuchatym,
stanowiącym dumę słuszną i przedmiot wyzysku ze strony wynajmujących
gazdów, tli się kilka mokrych szczapek. Syczą, piszczą, plują, gniewają
się na te płomyczki nieśmiałe, które do nich doskakują, chwytają, chcą
objąć, zniszczyć i nie potrafią.
Przed piecem, owinięta pledem, siedzi Tuśka. Koło okna, owinięta pledem,
siedzi Pita. Obie jednako wyciągnęły nogi, obie jednako ukryły podbródki
w fałdy pledów. Tuśka patrzy z pogardą na ten nędzny ogień, niemogący
zwalczyć paru gałązek sośniny. Pita patrzy z podziwem na smugi
deszczowe, zwalczające wszystko.
Zaciekłość, wściekła nienawiść, pęd jakiś dziki, nieukrócony, chęć
zagłady, zniszczenia tego mrowiska, tych ciał ludzkich, pozbawionych już
sierści i tulących się w sierść innych zwierząt, to pragnienie
przemoczenia zgniłego na wskroś istoty ludzi, drzew, ziemi, rzeczy,
rozmoczenia duszy zbiorowej tych objawów życia, rozszalało się w tej
ulewie, wyjącej chromatyczną gamą w obramowaniu gór przechodzących w stan legendy.
Gór tych nie ma, znikły jakby okryte rozsnutymi włosami jakichś
wampirzyc, które suszą w ten sposób swe włosy, suszą, wyżymają
bezlitośnie, chichocąc wichrem, łomocąc piętami po twardych dachach
zakopiańskich chałup.
Tuśka nigdy jeszcze nie była tak długo odosobniona i pozostawiona sobie
i własnym resursom4, jakie każdy ma w duszy.
Już po raz tysiączny może przetrawiała swe istnienie, układ, jaki
zrobiło z nią życie, charakter tych, którzy jej istnienie sprzęgli ze
swoim. Siebie tylko samej nie bada, nie wsłuchuje się w nic swego, bo
nie wie, jak się do tego zabrać. I tamtych innych nie sądzi głębokością,
odpowiednią do ich bólów lub chwil zadumy. Przedstawia ich sobie w fazie
spokoju i równowagi. Stąd ma wrażenie, że wszystko dokoła niej było w życiu w porządku dla innych i że nic nie wykraczało poza ramy ściśle
określonego rozumnego postępowania. Ten "rozum", zdawało się Tuśce, że
jest jej zasługą i że to ona swoim taktem daje nutę dominującą całemu
otoczeniu.
Nigdy tak nie odczuwała tego, jak obecnie, gdy oddaliła się od owego
"wnętrza" przy ulicy Wareckiej.
Dawniej zdawało się jej, że ów rozumny ton domu wypływa z układu faktów,
które, piętrząc się, utworzyły ich wspólne życie. Obecnie starała się
doszukać przyczyny i od razu tę przyczynę ujrzała, i uświęciła siebie,
nie badając, czy rzeczywiście miała na to dość siły, a jeśli ją miała,
skąd siła ta pochodziła właśnie.
Spojrzała na córkę i utwierdziła się w tym przekonaniu. To grzeczne
dziecko, patrzące tak spokojnie w okno, było bezwarunkowo "rozumne".
Pita siedziała jak dorosła kobieta, prościuchna, milutka, złożywszy
nóżki w śliczną linię, tak jak siadają baletniczki w chwilach
odpoczynku. Siedziała tak całymi dniami, nie męcząc matki, nie pytając o nic, wpatrzona w rozmokły przed oknami las maluchnych świerków,
wystarczająca sobie czy udająca doskonale to wystarczanie.
W każdym razie rozumna.
Tuśka powróciła znów wzrokiem do nędznego ognika, który powoli przygasał
zupełnie we wnętrzu pieca.
Jeśli wszystko było "rozumne" w jej życiu, to były przecież te
drobiazgi, te kwestie pieniężne, które nie szły tak, jak ona sobie
życzyła. Wprawdzie nigdy nie było owych śmiesznych walk, owych
"potrzebuję, musisz mi dać więcej", bo na tym byłaby ucierpiała
atmosfera wysokiej uprzejmości, w jakiej się pławiono, ale braki
przykre, pokrywane sztucznymi wysiłkami, dławiły nieraz Tuśkę i przeszywały ją na wskroś wielkim uczuciem gniewu.
- Ożenił się, niech ma na dzieci i na żonę.
Z tej zasady wychodziła Tuśka i z niej powstawały te ukrywane płomienie
gniewne, gdy musiała zgodzić się, że na coś jej nie stać. I teraz
chwilami doznaje takiej błyskawicy, przejmującej ją po prostu fizycznym
bólem. Mąż dał jej mało pieniędzy na owo Zakopane. I dlatego nie mogła
zajechać do żadnego z zakładów ani pensjonatów. Tam bawią się w takie
dżdżyste dnie. Ona musiała wynająć pokój w małym domku i teraz siedzi
odosobniona, odcięta od ludzi, w jednym pokoju z Pitą, jakby uwięziona.
Lekarz w Warszawie mówił: "Niech się pani rozrywa, niech pani stara się
być wesoła, to i apetyt wróci, siły się znajdą...".
Choćby przez wzgląd na jej zdrowie mógł się ostatecznie postarać o więcej pieniędzy. Połowę pieniędzy mieli uskładane, drugą dopożyczył.
Skoro już pożyczał, mógł wziąć więcej. Byłoby się spłaciło ratami czy
jak tam. Mówił, że mu ciężko przyszło, ale nie powinien był i tego
mówić, bo to było niedelikatnością z jego strony, i ona ukarała go w ten
sposób, że spojrzała na niego chłodno i powiedziała:
- Przepraszam cię... ale muszę zwrócić ci uwagę, iż jesteś niedelikatny...
Przeprosił ją zaraz, tylko coś, jakby ironia, zaigrało mu naokoło ust.
Udała jednak, że tego nie widzi, i aby poprzeć swą wyższość, rozkaszlała
się dyskretnie i wyszła z pokoju.
W ten rozumny sposób załatwiała najczęściej kwestie finansowe. Poza tym
jednak to powściąganie się, to trzymanie na uwięzi pewnej dozy
temperamentu, jaki posiadać musiała, kosztowało ją trochę nerwów i zdrowia. Nagromadzone razem te wysiłki rzeczywiście podkopały trochę jej
organizm, wstrząśnięty dwukrotnym płucnym zapaleniem. Mogła śmiało
liczyć się do "chorych", choć wyglądała świeżo i zdrowo. Pielęgnowała
jednak dość troskliwie swą cerę i figurkę zgrabnej warszawianki i głównie tej staranności zawdzięczała ten dobry wygląd. Rano była żółta i miała oczy podkrążone, a usta spalone. Sypiała źle, zrywała się i doznawała ciągłego uczucia niepokoju, a ta uprzejma spokojność jej
ruchów zaczynała ją kosztować dużo wysiłku.
Chwilami zdawało się jej, że dusi się, wychodziła na balkon, piła wodę i powracała do normalnego stanu.
Lecz znów przychodził jakiś okres niepokoju, duszności, zdenerwowania i wtedy musiała przyzywać na pomoc cały "rozsądek", aby nie wydać się z istotnym stanem swego zdrowia. Bo kładła te wszystkie objawy na karb
fizycznego niedomagania. Niczego więcej.
Zresztą miała już trzydzieści trzy lata i chwilami myślała, że to
wszystko są oznaki zbliżającej się starości.
- Starzeję się... - myślała z dziwną i bolesną goryczą.
I cóż? To kolej rzeczy nieuniknionych. Tylko trzeba umieć starzeć się z godnością i rozumem.
Deszcz lał ciągle z jednaką siłą i teraz już potokami spływał po
szybach, bo bił ukośnymi strugami i rozpłaszczał się na szkle jakby
tłuszczem przepojony. Ani to znać było, iż przyszło południe i nad
górami się rozsnuło. Pokorne były i żadne wobec tej nawałnicy, trwającej
już dnie całe. Z dachu płynęły strumienie i zdawały się żłobić doły w rozmokłej rudawej ziemi. Jeden taki strumień bił w ułożony z kamieni
koło progu stopień i znalazłszy otwór, wytryskiwał w górę z zaciekłością
rozplutego i rozwścieczonego zwierzęcia. Pod dachem tuliły się wróble,
ćwierkając cichutko. Jakaś spłoszona kawka darła się przez chwilę i znikła w szarej pluchocie.
Tuśka powstała od pieca i podeszła do okna. Równocześnie prawie cichutko
Pita powstała od okna i jak cień posunęła w stronę pieca. Zamieniły się
na krzesła i utkwiły źrenice w inne przedmioty, lecz nie zamieniły z sobą ani jednej myśli.
Nie czuły potrzeby.
Tuśka usiadła na krześle, które przed chwilą zajmowała córka, i zupełnie
tą samą, co i dziecko, linią wyciągnęła przed siebie nogi, obute w popielate buciki. Zmieniła pozę i miejsce, lecz te same myśli powlokły
się za nią.
Ciągle przeżuwała swe dotychczasowe życie. Ciągle błądziła po mieszkaniu
na Wareckiej ulicy. Nie dlatego, żeby tęskniła za pozostawioną tam
rodziną, lecz z przyzwyczajenia i nałogu. Ona nigdy nie badała się, czy
kocha swe dzieci, a zwłaszcza jak je kocha. Wiedziała, że to jej
obowiązek, a to, co było obowiązkiem, rozum jej każe wypełniać. A więc
tak, naturalnie, kochała te grzeczne i miłe istoty, które były ładnie
ułożone same przez się, uczyły się dobrze, nie chorowały i nie zabierały
dużo miejsca. Wie, że już nie ma ich na Wareckiej, że są na wsi, że im
jest dobrze, dlaczego ma się o nie troszczyć?
Błądzi jednak znów po swoim mieszkaniu. Nudzi ją to i męczy.
Dudnienie bosych nóg w sieni. Sapanie, macanie klamki i wreszcie
wpadnięcie zlanej deszczem gaździny z menażkami.
- Dobre południe!
Od pieca senny i zdziwiony wzrok Pity pada na tę góralkę z rozchamraną
na piersiach koszulą, w serdaku o wywróconym włosie, z chustką żółtą,
spraną deszczem na kosmykach włosów czarnych jak hebany. A dla kontrastu
z tą czernią i gęstwą włosów młodych i zdrowych - twarz dzika, na wpół
zwiędła, bez wieku, podobna do zbłoconego jesiennego liścia, wbitego w ziemię bezlitośnie, a potem wichurą wydartego z błota i rzuconego o mroźnym wieczorze w przestrzeń bezdrożną.
Ta kobieta nie ma oznaczonych lat. Starcze bruzdy twarz ryją, oczy
iskrzą się temperamentem młodości. Pod serdakiem pierś zwiędła, a nogi
jak młodej kozicy, co po reglach skacze. Przypadła do stołu, uderzyła w niego menażkami, rzuciła talerze, widelce, łyżki, noże... Pokazała rząd
białych, czystych zębów.
- Psota? - Ha?... - wyrzekła, ocierając szerokie ręce o fartuch.
Pita patrzała ciągle na gaździnę jak na ciekawy okaz lub ilustrację w jakimś dzienniku.
Góralka wzrok dziewczyny podchwyciła.
- Cni się wam?
Pita z przyzwyczajenia uśmiechnęła się, choć nic nie rozumiała.
- Nie banujcie5, bo się osbiere6. Pan Jezus da, że
się osbiere!
Uśmieszek uprzejmy Pity przechodzi w ironię.
- Pojedźcie se, to się wam tak cnić nie będzie. Chmury uciekną żyćkie i będziecie wartko latali po ulicy, kielko sami zekcecie!...
Tuśka podeszła do stołu i porządkowała nakrycie.
- Moja gaździno, a to wasz dom będzie tak cały stał pustką? - spytała.
- Nie... - odparła góralka - do tej izby naprzeciw przyjedzie jeden pan
niepłony7. On już trzeci rok do nas przyjeżdża. Miał już być,
ale cosi kansi się stało i ni ma go do dzisiok. Ale przyjedzie.
Pita i Tuśka siedziały już za stołem i matka dostrzegła, że dziecko,
zamiast jeść, pilnie obserwuje góralkę, uśmiechając się ironicznie.
- Pito, proszę cię, jedz zupę! - wyrzekła, o ile możności
najrozumniejszym tonem.
- Panienka nierozdęta, to się i bele cem naźre... - tłumaczy gaździna.
Podchodzi do pieca, obciera z lubością kafle mokrym fartuchem, a potem
patrzy z dumą na "kanapę", którą nabyła umyślnie, aby móc podwyższyć
czynsz od "sezonu".
- Pikna kanapka? Co?... - pyta, żądając poświadczenia.
- Chciałam was prosić, żebyście ją wynieśli - odpowiada Tuśka.
Oczy gaździny mało nie wyskoczą z orbitów.
- Locego?
- Bo ją czuć sianem.
Gaździna widocznie poczuła się dotknięta.
- Pikna kanapka - powtórzyła - ale jak jej nie chcom, to jom damy panu,
co przyjedzie wnetki.
Po chwili znów z lubością zaczęła piec ścierać fartuchem.
- Pikny piec... - zamamrotała.
- Cóż, kiedy się w nim nie chce palić - odrzuciła Tuśka.
- O!... Co też ta gadajom... Takie tafle śklące, to je pikny piec. Dałak za
niego dużo pieniędzy.
- Może... ale patrzcie, co tu dymu...
- E!... Bo co wam powiem... to bez te kawcyska.
- Jak to?
- Ano... Nie słysom, jak się to dreją?
- Ach!... To kawki.
- No, ale kawcyska. Do komina się napcha i tam się tak wędzi...
Tuśka wsłuchiwała się w ten ochrypły głos z jakąś nieokreśloną
przyjemnością. Skrzypiało to, świszczało, czasem jęknęło. Wolała
słuchać, niż patrzeć na tę gaździnę, bo twarz płaska i jakby
rozgnieciona zdawała się nie mieć w sobie ani jednej iskierki
łagodności. Nic kobiecego. Coś surowego, kanciastego jak cały styl
chaty, jak te belki, obciosane silnymi uderzeniami siekiery.
Natomiast w głosie coś się łamało, coś tam drgało miękko, zwłaszcza gdy
z lubością ta kobieta zwracała się ku swej własności, ku temu, co
posiadła już siłą wielkiej woli i starań całej przeoranej młodości.
Tuśka i Pita jadły zimne i niesmaczne potrawy, rozmazane na dnie
menażek. Ustępowały sobie wzajemnie lepsze kawałki, ceremoniując się
coraz wykwintniej.
- Proszę cię... proszę, moja droga... Zrób mi tę przyjemność. Dziękuję
mamuńci...
Zwyczajem przyjętym, Tuśce zdawało się, iż wypełnia obowiązki dobrej
matki, zmuszając dziecko do wlewania w siebie dużej ilości letniej,
tłustej wody, nazwanej rosołem, i do usilnego darcia zębami łyka
krowiego mięsa, ochrzczonego polędwicą.
- Jedz... Proszę cię...
Dziewczyna żuje z widocznym, choć pokrywanym wstrętem szablonową strawę,
która ma ją "odżywiać". Deszcz leje na dworze z coraz większą
zaciekłością.
- Siąpi! - wyrokuje gaździna, która teraz wpadła w ekstazę przed
wykrochmalonymi firankami, podpiętymi kawałkami niebieskiego papieru.
- Pikne firanki... - zaczyna.
Lecz Tuśka, która w tej chwili czuje całe mizeractwo otoczenia i owej
upragnionej "wiledżiatury", postanawia czymś ubarwić sobie i dziecku to
życie.
- Chcesz ciastko z kremem? - zapytuje Pity, odsuwając z niezadowoleniem
talerze.
- Dziękuję mamusi!
- Czy tu jest cukiernia?
- Hej, cegok by nie było.
- Może wasz syn by poszedł po ciastka? Dostanie za drogę.
Gaździna parsknęła śmiechem.
- Mój syn? Adyk on w Hameryce!
- No, a ten młody góral, co nam tu wczoraj pomagał rzeczy rozpakować?
- Jakowy?
- O, mamuńciu - zawołała Pita - ot, on idzie do szopy...
Gaździna wyjrzała przez okno, unosząc delikatnie firankę.
- Ten?... Dy to... mój...
- No, więc...
- Mój mąż, a nie syn.
Zapanowało chwilowe milczenie.
Do szopy poszedł i strząsnąwszy z deszczu kapelusz Józek Obidowski,
Chrobakiem nazwany, mąż ślubny Wikty Obidowskiej, wszedł pod wystający
daszek na trochę suche miejsce i cały na tle złotych belek zarysował się
jak figurka kunsztownie odrobiona. Proste to było, smukłe, śmigłe,
odziane dostatnio, całe białe i młodzieńcze. Para oczu jak latarnie,
włosy ciemne, gęste, rysy dziwnie prostolinijne, usta trochę ironicznie
uśmiechnięte. Zuchwałość dziwna w pozie, w nabieraniu oddechu, w błyskaniu oczyma, świeżość lic kalinna i pieściwa, ręce od bezrobocia
dobrowolnego delikatne.
A z tej całości beztroska niemal dziecinna, ta ufność, iż z tej
piękności i smukłego ciała zawsze wyłoni się jakiś punkt wyjścia w oparciu życiowym, to płynięcie szczęśliwe bez potrąceń o skały, słowem,
młodość bujna, rozwichrzona, wykołysana wiatrami halnymi i bielą kwiatów
śniegowych.
Józef Chrobak stoi tak oparty o złociste belki, on - mąż dwudziestoletni
przeszło pięćdziesięcioletniej Wikty, i rad jest, że się sprzedał dobrze
w małżeństwo, że go "baba głupia" kupiła na męża - jego, który prócz
"guńki, portecek, pasieka i fajcyska" nie miał nic, nic.
Jeno te ślepia jak latarnie albo gwiazdy w nocy świecące, a jako
gencjany niebieściutkie, jeno te usta gorące zawsze, jakoby słońce nad
turniami, i ta gębusia gładziuśka, i ta siła, co to go nosi - hań, hań!...
po skałach, po piargu, po żlebach, dźwigając panom z miasta ich serdaki,
koniaki, kociełki, ich strachy i zawroty głowy.
- Pikny mój mąż? Ha? - pyta gaździna niemal tym samym tonem, jakim
pytała o piec, o kanapkę, o firanki.
Lecz coś innego jest na dnie tego głosu, coś jakby macierzyńskiego,
jakby namiętnego. Lecz to takie drobne, takie nikłe, że ledwo, ledwo
wyczuwalne. I to trzeba być inaczej do tego usposobionym i przejść całe
wychowanie uczuciowe, inne niż Tuśka, która w tej chwili nie widzi znów
nic więcej w Wikcie jak tylko posiadaczkę, chwalącą się zdobytą
własnością.
- To wasz mąż? - pyta z pewną niewiarą w głosie.
- A haj... Dwa roki, jakeśmy się pobrali... Bezera jest leń, ale pikny.
I po chwili dodaje:
- To je trzeci.
Jest jakiś tryumf w tym obwieszczeniu, coś, co jest prawie okrucieństwem
istoty żywej, stającej silną jeszcze stopą na powierzchni ziemi,
kryjącej tych, którzy tej stopy tryumfującej zrzucić już z siebie nie
mogą.
Tuśka podeszła także do okna i tak razem z Pitą patrzą na owego "piknego
męża", który już nie napycha fajki "habryką"8, ale zza pazuchy
wyjął złamanego papierosa, prostuje go i zapala. Wicher gasi mu zapałki
jedną po drugiej, ale on uparcie stara się na tym wietrze zapalić
papierosa.
- O!... Jak to ćmi papierosa - mówi Wikta. - Tak się od panów nauczył, jak
z nimi po górach lata... Ale się to przewodnictwo skończy. Będzie tyloś
ich widział!
Coś się zagotowało w głębi duszy góralki, bo i pięść wyciągnęła w stronę
"piknego męża".
- Kapelus, cuchę, portki - syćko zamknę, a nie puscę! - wyrzekła twardo.
- Ależ dlaczego?
Lecz nie było odpowiedzi. Wikta brwi marszczyła i usta zacinała
gniewnie.
- Czemu nie chcecie puszczać męża w góry? - ponowiła pytanie Tuśka,
zwracając się prawie natarczywie ku gaździnie.
- Jus ja wim, cemu!... - odparła wreszcie góralka i stąpając ciężko, jakby
chciała stopami ze złości przebić deski podłogi, wyszła, unosząc z sobą
menażki i talerze, z których dwa zdołała stłuc zaraz za progiem.
Rozdział IV
IV
- Mamuńciu... Czy to to góry?
- Tak!
Po raz pierwszy od chwili przyjazdu Pita zapytała się o coś matki.
Spoza mgieł i pasem deszczowym zarysowały się wreszcie te Giewonty,
Hawranie, Gubałówki wraz ze swymi widmami o skamieniałych, a tak
rozwiewnych konturach. Źle widać te dźwigające się masy, ale duchy ich
rozsnuwają dżdżyste opary i przebijają się czernią kosodrzewiny, srebrem
jakby zastygłych potoków.
Pita zatrzymuje się na środku Nowotarskiej ulicy i patrzy. Drobna jej
dusza, dusza anemicznego, miejskiego dziecka, jakby trwoży się i lęka
tego ogromu nieruchomego, tak bliskiego, a przecież niedościgłego. Stoi
tak śliczna, kształtna, w narzuconym na ramionka żakieciku granatowym;
na ustach jej przewija się ciągle ten zagadkowy, ironiczny półuśmieszek
małego, a tym więcej tajemniczego sfinksa, i teraz nie pyta już o nic,
ani o nazwy tych gór, ani o ich formacje, ani o to, co tak lśni na
żlebach, czy to śnieg, czy to srebro, lecz stoi i patrzy.
Tuśka także patrzy, lecz w zupełnie odmienny sposób. Ogarnia wzrokiem
całość i pewne zaciekawienie mieszczki dominuje nad tym wrażeniem barw
lub kształtów.
- Ogromne - myśli - ale po co właściwie ludzie się na to drapią?
Czuje jednak, iż gdyby miała towarzystwo i kostium, może zaryzykowałaby
się na taką wyprawę.
- Tylko... cóż... Przecież sama z Pitą nie pójdę!
I znowu ogarnia ją wielkie znudzenie i uczucie nie tęsknoty, ale
jakiegoś wysadzenia z siodła.
Była już u lekarza. Opukana, osłuchana, idzie nadziana receptami i przepisami. Wstąpiła z Pitą do cukierni. Na werandzie, przesiąkłej od
deszczu wilgocią, wysiedziały się, zjadłszy dużo ciastek i opiwszy się
czekoladą. Trochę gości kręciło się po cukierni, ale żadnego ożywienia
nie było. Armia kelnerów melancholijnie podpierała ściany. Ze sklepów
wyzierały blade i senne twarze "panów kupców".
- Czy tu tak zawsze? - myślała Tuśka, jedząc trzeci marcepanowy
kartofelek, nadziewany powidłami.
- Czy tu tak zawsze? - myślała Pita, jedząc czwarte ciastko tortowe,
posmarowane powidłami.
Furki dudniły i trzęsły niemiłosiernie przerażonych tą niespodzianą
torturą gości. Widać było ręce kobiet, uczepione konwulsyjnie drągów,
które podskakiwały szarpane jakąś wściekłą mocą.
Na ścianie cukierni powiała czerwona płachta.
- Co to takiego? - spytała Tuśka przechodzącego kelnera.
- To teatr. Jutro grają.
- A!...
Jakaś nadzieja wstąpiła w serce Tuśki. Całe mieszczuchostwo przyniosła
ze sobą ta czerwona płachta papieru. Teatr - więc wieczór spędzony w atmosferze kinkietów, muzyki, świeżej farby afisza, perfum, woni
więdnącego w ręku kwiatu lub rozgrzanych rękawiczek, a potem łatwe
zajęcie myśli - myślą innych.
Pita, zapalona zwolenniczka teatru, nie mówi nic, lecz błękitne jej oczy
nie opuszczają ani na chwilę jaskrawego afisza. Z daleka czyta tytuł
sztuki i cała dyszy chęcią zobaczenia teatru w Zakopanem. Twarzyczka jej
nie zmienia jednak wyrazu, gdy słyszy pytanie matki:
- A gdzież można dostać bilety?
W duszach tych dwóch kobiet, dorosłej i podrastającej, zachichotał
wampir miejski, gnieżdżący się wśród murów i zaułków ulic. Rozjęczał
się, rozegrał, rozturkotał, zionął ciasnotą, zdenerwowaniem i wieczystym
napięciem wyobraźni naokół, a weranda cukierni, stłoczone kamienice,
zasłaniające przestwór i sylwetki gór, dopomagały mu z całą mocą. I gdy
później obie kobiety wracały powoli do domu przesiąkłą deszczem ulicą,
gdy przed ich oczami wyłaniać się zaczęły widma gór, a powiało od nich
milczącym majestatem ogromu i świeżości, żadnej z nich w oczach nie
zamigotało to "coś", co świetlanym ognikiem pobiegło ku czerwonej
płachcie teatralnego afisza.
Nie było kontaktu tych dwóch dusz z duszą przyrody, stały one prawie
martwe i tylko zdziwione, bez ściśnienia serca i potrzeby złowienia
szerszego oddechu. Nic w nich nie zatrzepotało spętanego i tak kornie
zgnębionego w cuchnącej woni miast. Dziecko milczało, zdjęte podziwem i nieśmiejące sformułować całości wrażenia, jakie odniosło. Kobieta
myślała:
- Gdybym miała towarzystwo, dla tego towarzystwa poszłabym może na
wirchy.
W gruncie rzeczy jednak krew w nich krążyła leniwo, a te drugie istoty,
te "one" rzeczywiste i prawdziwe, wracały umysłem do powiewającej na
werandzie rozmokłej płachty teatralnej, która miała je zaprowadzić w krainę płóciennych, cuchnących smreków i strumieni, białą farbą
namazanych. Odczuwały, rozumiały tak naturę. Z nią, z tą papierową i cuchnącą, wchodziły szybko w kontakt i bez natężania pływały po
powierzchni sztucznego stawku, napełnionego letnią wodą. Nie
potrzebowały zdobywać się na wysiłek, jeden - jedyny, który byłby
wprowadził je w głębie oceanu Piękna istotnego i dał im możność zlania
ich dusz z duszą przyrody.
Zmartwiały wśród pyłów i kamieni miast, martwo czuły i martwe były ich
upodobania...
Przed nimi powoli wyłonił się cały łańcuch gór, ułożonych w trzy ostro
odcinające się warstwy. I każda z nich miała inny ton, jak trzy warstwy
szmaragdu, szafiru i opalu. Najbliższa - ta, która łączyła się ze
szczytami smreków, a miejscami spływała jasnozieloną strugą łąki,
niknącej wśród will i domów, zielona była, aksamitna, wyraźna i przeciemna. Nad nią wznosił się drugi taras z szafiru, przetykanego
srebrem śniegu, i smuga ta miała w sobie tajemniczość znikającego w szmaragdowej toni, szeroko rozwartego, archanielskiego skrzydła.
Rozmodlone, rozwarte ku górze jak hymn, jak strażnica pięło się to
skrzydło niewidzialnego ducha ku opalowej warstwie widmowej, wyniosłej,
dalekiej, rozpływającej się w błękicie bladym niebios, na które biały
księżyc wypłynął, ni to obłok, ni to nagłe rozwarcie się tego błękitu w srebrny, lekki puch. Od Tatr, od hal, od wianków kosodrzewiny, na które
spływał welon śniegów, niosło przedziwną wonią świeżej żywicy i czystego
Ducha.
Dobro tam panowało. Dobro ciche i ukojenie bez granic. Dobro to płynęło
całym potokiem ku ludzkim piersiom, ku ludzkim duszom. Chciało w nie
wniknąć, rozmarzyć, ukoić, nauczyć kochać, przebaczyć, zapomnieć i stanąć wobec wielkiej Zagadki bez trwogi, z przygotowaniem zupełnym.
Lecz o warstwę nędzy, niby zdobytej doskonałością życiowych, ludzkich,
mrówczych zabiegów w celu ulepszenia bytu i umożliwienia wygodnej
podściółki duszy i ciała, obijały się często na próżno owe świeże, wonne
i czyste wiewy nad szmaragdem lasów wznoszącego się archanielskiego
skrzydła. Wzrok ludzki, przyzwyczajony ryć bruk miejski, z trudnością
sięgał do wyżyn opalowych i tam starał się odnaleźć początek wszelkich
najpiękniejszych idei ludzkości. Rył ciągle, rył powoli, pod ciężarem
powiek wpółsennych i chorych.
Przed łańcuchem Tatr, przed ich szmaragdem, szafirem i opalem, przed ich
mądrą i wielką pięknością stają dwie postacie kobiece w popielatych
bucikach, na wysokich, francuskich obcaskach, z szyjami szczelnie
opancerzonymi w wysokie jak u pruskich junkrów kołnierze. I jedna mówi
do drugiej:
- Chodźmy już do domu.
- Dobrze, mamusiu.
- A uważaj i patrz przed siebie, żebyś nie zabłociła bucików.
I idą sobie, jedna za drugą, mniejsza przodem, w jednakowych,
narzuconych na plecy granatowych żakiecikach o złotych guziczkach. Idąc,
patrzą ciągle w ziemię, ryją wzrokiem po chodniku, wybierając suchsze
miejsca i chroniąc jasne buciki.
Nagle opalowe, widmowe kontury gór obrysowały się złotopurpurowym
paskiem. Jest to nadzwyczaj piękne, niewypowiedzianie piękne zjawisko i chwila to dziwna, uroczysta, jakby natura dyszała żarem swej drugiej,
doskonalszej, astralnej duszy. I w takiej chwili już rozróżnić nie
można, czy to odblask słonecznych ostatnich blasków, czy to powstanie
wypromieniowania własnego światła z łona ziemi, tak krwawo, tak
ofiarnie, tak płomiennie znaczą się w przestworzu świetlane linie gór.
Lecz idące dwie kobiety nie dostrzegają tych cudów, one idą jedna za
drugą w swych granatowych żakiecikach i patrzą uważnie na dół na ziemię,
aby ocalić nowe, śliczne, popielate buciki.
Rozdział V
V
Doszły do domu, który jak dziwne, żółte pudełko wdzięczył się z daleka
kolorowymi szybkami werandki, osłonionej lasem maluchnych choinek. W milczeniu przeszły po deseczce, rzuconej przez rowek, i skierowały się
ku sieni. Pierwsza weszła w głąb trochę ciemnawą Pita, lecz cofnęła się
i stanęła u progu. Delikatny rumieniec pokrył jej twarzyczkę. Idąca za
nią matka zatrzymała się zdziwiona.
- Dlaczego nie idziesz? - zapytała dziecka.
Lecz ona chwilowo zdawała się wahać z odpowiedzią.
- Nie wiem... Noga mnie zabolała - wyrzekła cichutko.
- Cóż znowu! Może zwichnęłaś?
- Nic, nic...
Tuśka usunęła dziecko i weszła do sieni.
Jakieś dwie postacie ciemne przylgnęły w kącie do siebie i tak były
rozszeptane, iż nie widziały wejścia Tuśki i Pity. Kobieta uczepiła się
u szyi mężczyzny i coś mu mówiła do ucha, przekładała, tłumaczyła. On
tylko kiedy niekiedy potrząsał głową i z cichym chichotem całował ją raz
po raz w szyję. Jego ręka bieliła się na brązowym tle jej serdaka. Z jej
głowy spadła chustka, a ukośne światło, bijące na nich cieniutką strugą,
rozświetlało jej włosy płowe złotawą, delikatną mgiełką. Zaszyli się tak
w kąt sieni pomiędzy wióry nagromadzone tu i heblowiny jak w mech, jak w trawę. Bezpieczni byli i radzi sobie, a prości, młodzi jak dwa smreki
rosnące na jednym stoku góry.
Tuśka natychmiast rozpoznała w mężczyźnie Józka, zwanego Chrobakiem,
"piknego" męża gaździny. Kobiety nie znała, nie widziała jej nigdy w chacie. Ogarnęło ją uczucie niesmaku. To oszukiwanie starej żony pod
progiem jej mieszkania przejęło ją wstrętem.
- Idźcie stąd precz! - wyrzekła twardo.
Lecz oni nie rozpletli z uścisku rąk, tylko otworzyli drzwi do izby i weszli, cicho stąpając w swych kierpcach rozmokłych.
Wówczas Tuśka przypomniała sobie o córce i zwróciła się ku niej
wzburzona:
- Chodź, Pito - możesz już przejść.
Dziecko z ciekawością patrzyło w kąt, gdzie przed chwilą stała całująca
się para.
Ociągając się, wchodziła do pokoju.
- Chodź już! - zawołała matka.
W pokoju znalazły gaździnę, która fartuchem miłośnie ocierała piec. W serdaku, wywróconym włosem do góry; z włosami jak atrament, spadającymi
w cienkich kosmyczkach po obu stronach pociągłej, żółtej twarzy, robiła
wrażenie wodza indyjskiego, wziętego w niewolę i zmuszonego do
sprzątania w zakopiańskich izbach.
Ta sama niemal złość, to coś niewysłowionego, co chwytało istotę Tuśki
gorącą obręczą żalu, tęsknoty i wzgardy, przejęło ją i teraz. Zwróciła
się do gaździny:
- Moja gospodyni - wyrzekła zdławionym głosem - proszę was, żebym na
drugi raz mogła spokojnie przejść przez sień...
- A dy bez co nie mogom przeńść?
Tuśka w tej chwili pomiarkowała się, iż słucha ją Pita, która bardzo
spokojnie zdejmowała z siebie żakiecik, kapelusz i układała ubranie do
pudełek i szafy.
- Wasz mąż... - zaczęła po chwili wahania - zajął całą sień z jakąś
kobietą, rozmawia, sprzecza się czy co... nie wiem...
Gaździna splasnęła w ręce.
- Dy to Hanusia.
- Nie wiem...
Pita ukosem patrzyła na gaździnę.
Tuśka ten wzrok podchwyciła.
- A... to jego siostra. Tak, tak, to siostra - wpadła nagle ucieszona, że
ma punkt wyjścia. I zwracając się do córki, tłumaczy:
- To była siostra gazdy.
Lecz Wikta psuje szyki.
- Dzie zaś - mówi spokojnie. - Józek siostry nijakiej nie ma. Hanka
Pazerna to je taka, co z nim przedtem siedziała...
I widząc szeroko rozwarte oczy Tuśki, która po raz pierwszy spotyka się
z tym brutalnym określeniem żywiołowej miłości, dodaje:
- No, wicie... siedziała. Ino ksiądz ich wywoływał z ambony, a potem Józek
se zmiarkował, że niby je pikny chłop i może mieć jense życie, a nie
takie płone, i rozszedł się z kupy, a za mnie się wydał.
I zwróciwszy się do pieca, znów kafle obcierać zaczęła.
Tuśka starała się odzyskiwać równowagę.
- Proszę was, moja gaździno, chodźcie ze mną do sieni.
Weszły obie i cofnęły się w kąt, tonąc stopami w wiórach jeszcze mokrych
od błota kierpców Hanki i Józka.
- Moja gospodyni - zaczęła Tuśka, mrużąc oczy i przybierając ten sam
ton, jaki przybrała w Krakowie, wydając hotelowej pokojówce rozkaz
banicji "kiciusia" i jej uwodziciela - ja sobie nie życzę, aby coś
takiego działo się pod moim progiem.
Wikta spojrzała na nią zdziwiona.
- Co sobie nie życom? - spytała. - Tych wiórów? Mało pomału ich wyzeniem
do pola.
- To nie o wióry chodzi, ale wasz mąż całował się z tą dziewczyną tutaj
w sieni... Przepraszam was, że wam tym robię przykrość, ale musiałam to
wam powiedzieć...
Bała się spojrzeć w żółtą twarz gaździny, bo przypuszczała, iż odbić się
na niej musiało straszne wzburzenie i ból, jaki przejął serce tej starej
kobiety na wieść, iż tuż pod bokiem jej zagnieździła się zdrada.
Tymczasem gaździna nie ruszyła się z miejsca.
- On jest w swoim prawie! - wyrzekła wreszcie z jakąś uroczystą powagą.
Tuśka aż drgnęła.
- Jak to? Przecież to wasz mąż!
- Ale ona beła u niego pirsa... On jest w prawie!...
Mąt ogarnia umysł Tuśki. Czuje, że jest wobec czegoś, co sprzeciwia się
najzupełniej układom społecznym, lecz równocześnie jest czymś potężnym i wielkim w bezgranicznym pojmowaniu istoty życia.
- Bo wicie, co wam jesce powiem - mówi znów wolno gaździna. - U nich
jeszcze jest i mały chłopiec.
Rozkłada szeroko ręce.
- To je tak.
I powoli, spokojnie, wyniośle, lecz mimo to jakby na ramionach dźwigała
dobrowolnie krzyż, wychodzi z sieni na ulicę.
Tuśka patrzy za nią, jak idzie rosła, chuda, niby wyciosana siekierą,
straszna i dziwna, z głową pochyloną, oblepioną kosmykami czarnych
włosów, które łączą się z futrem serdaka.
Idzie powoli, przechodzi kładkę. Dokoła jej chudych bioder kołysze się
wyżarta słońcem kolorowa spódnica. Bose nogi wbijają się z siłą w cienką
deskę kładki. Ręce wtuliła pod serdak.
Ostro odcina się czarna i twarda na tle żółtawego światła, które włóczy
się prawie przy ziemi, jakby z niej wysnuwało się ku ciemniejącemu
powoli niebu.
I ma w sobie ta prosta kobieta ogromną filozofię brania życia według
warstw, w jakie się układa. Logika jej jest tak silnie ustawiona i pewna, jak jej chód, nigdy nie chwiejny i zawsze z całą wolą skierowany.
Ona tylko zna jedno prawo własności; i tak, jak może wynająć swoją izbę
i "pikny" piec, i "pikne firanki", tak samo może na pewien czas odstąpić
swego "piknego męża". Wszak pomimo to ona jest zawsze właścicielką
sadyby, pieca, kanapy i Józka.
Tego prawa nikt jej nie odejmie i nie zaprzeczy. Ani ci "goście",
wynajmujący na sezon jej sadybę, ani ta Hanuśka, do której serdaka tak
przylepła miłośnie ręka Józka.
Wikta niosła w sobie wyrobioną silnie, prawdziwą może i jedyną mądrość
życiową. Nie walczyła przeciw samej sobie i poddawała się prawom, które
jej instynkt do jej indywidualności przystosował. Nie wmawiała w siebie
bólu, który według przyjętych obyczajów i zasad musiała czuć każda
kobieta w jej położeniu. To nie było jej własną tragedią, to był szablon
tragiczności ułożonej do użytku całej bandy ludzi. Ona była jednak tak
silna, że nie potrzebowała sięgać do owego szablonu, aby uczuć się
wrażliwą w bolesny czy kojący sposób. Szła twarda, kanciasta, ostra,
dźwigając na swych ramionach jakąś potęgę, która z niej tworzyła
odrębną, specjalnie czującą istotę. I przeszedłszy drogę, zniknęła pnącą
się ścieżynką wśród dużych złomów skalnych, po których rwał się bystro z grzechotem dziwny górski potok.
Rozdział VI
VI
Sala teatralna napełniała się powoli. Tu i ówdzie widać jednak było duże
szczerby i puste krzesła świeciły białością dobrze zheblowanego drzewa.
Szczególnie dotyczyło to miejsc droższych. Kilka zaledwie
pierwszorzędnych krzeseł zajęła publiczność dość strojna, ale jakaś
cicha i jakby niezadowolona. Cała doza krytycyzmu quand m?me9,
charakteryzująca widzów teatralnych, spływała ze stropu czystej salki,
utrzymanej forsownie w "stylu", lecz oświetlonej skąpo i trochę smutnej.
Od cukierni dolatywały gwar głosów i szczęk porcelany. Publiczność nie
śpieszyła się z wejściem, siedziała przy stolikach lub stała w przejściach. Wyprostowane, wystrojone jak lalki, w białych, szewiotowych
sukniach, przemknęły do swych miejsc Tuśka i Pita. Ubrane były
starannie, uczesane z całą sumienną elegancją, zrobiły doskonałe
wrażenie. Oglądano się za nimi. One obie prostowały się, przyjemnie
podniecone tymi spojrzeniami, które za nimi pobiegły. Tuśkę jednak
ukłuła ta myśl, iż to są najlepsze ich suknie.
- Opatrzą się - pomyślała zmartwiona.
Był to jej beau jour10 i rzeczywiście wyglądała bardzo ładnie.
Troszkę pełne jej kształty opinał dość miękki szewiot bardzo
szczęśliwie. Ogromny gipiurowy kołnierz, spadający z ramion, krył to, co
mogło być poczytane za pewną zbyteczną obfitość. Natomiast twarzyczka
była drobna, prawie porcelanowa. Szczególnie piękną była w linii i wyrazie broda Tuśki, ozdobiona ślicznym dołeczkiem. Młodzieńcza, świeża,
jakaś ponętna i ciągnąca. Włosy gęste, złotawe, prześlicznie utrzymane,
fryzowane w modne abażurowych kształtów sploty, odsłaniały kark równie
młodzieńczy, pełny i biały. Oczy tylko pozostawiały dużo do życzenia.
Były wprawdzie skośne, oryginalne, podobne do oczu Japonki i przybierały
chwilami szczególny, niepokojący wyraz, lecz były małe i źle oprawne. W całości jednak Tuśka robiła dobre wrażenie wysokim wzrostem, ładnym
chodem, ruchem niepozbawionym dystynkcji. W białej sukni i dużym białym
toku z kwiatów, przy wieczornym oświetleniu, zachwycić mogła nawet dość
wybredne gusty.
Szczególnie jednak pięknie przedstawiała się Pita. Cera jej, delikatna
jak płatek kamelii, mieniła się bladą barwą róży i alabastru. Chwilami
zdawało się, że ktoś roznieca wewnątrz niej różowy płomień i że cudowne
blaski przeświecają na wskroś jej twarzyczkę. Prześliczne rysy,
drobniuchne, ironiczne usteczka, włoski o popielatej barwie, spływające
spokojnie do połowy pleców, aureola białego kapelusza, ocienionego
puszystym, śnieżnym piórem, i ten nieuchwytny wdzięk rozanielenia się w samej sobie, jaki mają dziewczynki w wieku Pity, tworzył z niej całość
prawie nieziemską, połączenie anioła Ghirlandaja z dziewczętami
Burne-Jonesa. Było to czyste, idące ponad życiem, a przecież ziemskością
na wskroś przesiąkłe, od maluchnych stopek, obutych w błękitne, dobrze
wyciągnięte pończoszki i białe buciki, a skończywszy na tej parze
niewidzialnych skrzydeł, które z lasu popielatych włosów wystrzelać jak
lilie się zdały.
Gdy tak obie usiadły wśród pustych krzeseł, zabielało, zaśnieżyło się od
nich w sali. Powiało jednak jakimś chłodem, sztucznością dobrze
wysznurowanych dusz i klatek piersiowych. Obie jednakże uśmiechały się
na "kredyt", grzecznie i uprzejmie.
A przecież doznały niemałego zawodu. Myślały, że w tym teatrze znajdą
wiele osób, które podziwiać będą ich śnieżne szewioty i płaskie,
anamickie kapelusze. Obie jednak nie wydały się ani na chwilę z owym
zawodem, ani przed sobą, ani przed tą nieliczną garstką widzów, która im
się przyglądała.
Muzykanci w orkiestrze, przystrojeni po "zakopiańsku", naziewawszy się i nakrzywiwszy dostatecznie, zaczęli rozwłóczyć swoją nudę tonami jakiejś
niewyraźnej uwertury. Kurtyna ciemna i posępna, wyobrażająca Morskie
Oko, poruszała się tajemniczo. Nie dochodziła do ziemi i co chwila jakaś
para nóg, mniej lub więcej solidnie obutych, zjawiała się pod jej
brzegiem. Nogi te, kobiece, męskie, wyśpiewywały całą tajemnicę takiej
wędrownej, przygodnej trupy stołecznych aktorów, którzy "dla odpoczynku
i nabrania sił" przewłóczą się z kąpielowego miejsca na miejsce
kąpielowe, aby przeżyć te kilka tygodni na świeżym powietrzu i kto wie,
zarobić może parę guldenów na zapłacenie długów zaciągniętych w zimie.
Wreszcie kurtyna się podniosła.
Grano jakąś farsę francuską, pełną dwuznaczników i jednoznacznych
sytuacji. Od pierwszej sceny rosła i tłusta aktorka rozsiadła się na
kolanach jednego z grających i nie miała zamiaru tak prędko ruszyć się z zajmowanego stanowiska. Wymagała tego sytuacja sceniczna, jak również
całej serii dowcipów, wyplutych przez znudzonych aktorów z jakąś
brutalną złośliwością.
Tuśka ani drgnęła. Ona, która z taką troskliwością osłaniała Pitę przed
widokiem Józka, całującego Hankę w sieni góralskiej chaty, tu, na
scenie, uznawała za zupełnie naturalne to, co córka jej miała przed
oczyma. Była w tym nieporównana konsekwencja większości kobiet,
śmiesznych w swych odruchach źle pojętej ostrożności macierzyńskiej.
Akt pierwszy skończył się szybko i kurtyna zapadła z szumem i łoskotem.
Nikt nie porwał się do brawa. Nuda spadała z wolna z jasnego sufitu i chwytała za kark garstkę zbłąkanych widzów, którzy, przyjrzawszy się
sobie i oceniwszy wzajemnie, siedzieli, kurcząc się, garbiąc i kwaśniejąc jak rydze octem nalane.
Nagle poza Pitą i Tuśką zrobiło się gwarniej i weselej. Jakieś
towarzystwo, złożone z kilku osób, siadło poza nimi roześmiane i rozszeptane. Szeleściły jedwabne podszewki, dzwoniły breloki. Wionęła
tr?fle incarnat, violettes de Niva - rozpyliła się welutina Raya,
nieśmiertelna welutina!...
Tuśka i Pita poruszały nozdrzami. Znalazły się w atmosferze pewnej
światowej elegancji, uzewnętrzniającej się niemal w każdej sferze kobiet
w jednakowy sposób. Towarzystwo to składało się z trzech kobiet i jednego mężczyzny. Przez chwilę wszyscy siedzieli we względnym spokoju,
lecz szybko szepty się rozpoczęły.
- Nie wszyscy przyszli - szeptała któraś z kobiet.
Mężczyzna roześmiał się półgłosem.
- A mówiłem... Nie jedźcie.
- Pewnie - odparła inna kobieta - tobie dobrze, masz całą gażę i jesteś
sam.
- Ja ci kazałem zostać matką?
- Ach! Jaki pan jest trywialny.
- Nie, no... To doskonałe. Wyjeżdżasz ze swymi dziećmi na każdym kroku.
- Mój kochany, daj mi spokój.
Nastąpiło znów chwilowe milczenie.
- Gdzie pani zostawiła dzieci? - pytała znów pierwsza z kobiet.
- W numerze zamknięte.
- Co też pani wyrabia! Jeszcze się kiedy spalą.
- Pochowałam zapałki. Zresztą one do tego przyzwyczajone. Będą siedziały
po ciemku aż do mego powrotu. Wczoraj Kazio tylko westchnął, żeby choć
było światełko... Ja mu mówię: "Nie można, Kaziu". A on na to: "Dobrze
mamusiu, ja tylko tak...".
- Ile lat ma Kazio?
- Pięć.
- A mała?
- Trzy.
- Dlaczego pani je wozi ze sobą?
- A gdzież je zostawię? Przy kim? Mam to ja kogo? Rodzinę albo co?... Pani
dobrze, pani ma matkę...
- E! Lepiej niech mi pani o tym nie mówi.
W uszy Tuśki wpada ten szept doskonale, lepiej niż to, co mówią aktorzy
na scenie. Zresztą przestała się interesować czworokątem, złożonym z męża, kokotki, żony i kochanka żony. Czuje instynktownie, że poza nią są
właściwe tragikomedie i że tam aż kipi od życia i jego prawdziwej
melancholii.
Znów daje się słyszeć głos męski:
- Czemu pani do domu nie idzie?
- Do jakiego domu?
- Ano, do numeru, do dzieci.
- Przyszłam zobaczyć, może co dostanę z dzisiejszego przedstawienia.
Aktorki zaczęły się śmiać dyskretnie.
- Lepiej uciekaj - zawyrokował mężczyzna - bo okaże się, iż musicie
dopłacić i będzie pani musiała coś z kieszonki dołożyć.
- O! O! To mnie nie ma.
Szelest sukni, brzęk breloków i z symfonii perfum ulatnia się i ginie
tr?fle incarnat. Jeszcze w przejściu szumi suknia, kiedy daje się
słyszeć szept pozostałych:
- Szalona!
- Daj spokój... Biedna kobieta.
- Co, biedna? - szydzi mężczyzna. - Potrzebne jej dzieci? Co?
- A! Mój drogi - oburza się jedna z aktorek - to trudno, kobieta,
niestety, nie może być kukułką, tak jak ty.
- Legenda o kukułce obalona - wymyśl pani co innego.
- Nie wymyślę, dopóki będą tacy jak ty ludzie.
- Zrobiłem ci co złego?
- Mnie nie, ale...
- No, to daj spokój, bo się zemszczę.
- Ty?
- Ja...
Śmiech leciuchną gamą wstrząsa brelokami.
- Jak?
- Rozkocham i unieszczęśliwię.
- Ach, ty głupi! Głupi!...
Jak kuglarze japońscy szklanymi kulami, tak ci ludzie igrają ze śmiechem
i lekko tym, co stanowi często ból i tragedię życia. Tuśka ma dziwną
ochotę obejrzeć się, zobaczyć, jak wyglądają te kobiety i ten mężczyzna.
Wieku ich nie może odgadnąć. Głosy ich są świeże i wygimnastykowane.
Teraz aktorki coś szepcą pomiędzy sobą, ale cicho, tak że już nic
dosłyszeć nie można. Nagle odzywa się mężczyzna:
- Żeby też jedna z was miała tak śliczne włosy jak ta dziewczynka, która
siedzi przed nami.
- Przecież ja mam także złote włosy.
- Aha, eau de fée czy tam aureoline11, czy jak tam. Ale ta
mała ma miękkie, jasne, długie...
- Wielka historia... w jej wieku...
- A... Toteż to... W jej wieku!
Pita siedzi nieporuszona, tylko uszki jej pokrywają się delikatną
czerwienią i płoną wśród złotych włosów jak dwa płatki maku pomiędzy
łanem zboża.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. ciastka drożdżowe z rodzynkami i cynamonem [wróć]
2. poranny ubiór damski (fr. matinée) [wróć]
3. środek owadobójczy [wróć]
4. tu: możliwości, zdolności do rozwiązania problemów [wróć]
5. Nie martwcie się (gw.) [wróć]
6. się rozchmurzy (gw.) [wróć]
8. tytoniem (gw.) [wróć]
10. dobry dzień (fr.) [wróć]
11. Nazwy płynów do rozjaśniania włosów. [wróć]