Sezon na zemstę - Morgan Elizabeth

Kup ebooka

47.90 zł
38.31 zł (47,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Abbie

31 października

Kostium jest absolutnie idealny.

Pomogła mi go stworzyć Kat, moja najlepsza przyjaciółka, znajdując poszczególne elementy w ciucholandach i butikach w całym mieście. Najwięcej kosztowało jasnoróżowe gorsetowe body, ale jest kluczowe dla stylizacji. Kiedy kilka tygodni temu pojawiło się w sklepie, w mojej głowie zmaterializowała się wizja, której nie mogłam się oprzeć. Biała spódnica z lumpeksu sprawia, że strój jest uroczy i nieco bardziej skromny. Kat zrobiła mi uszy królika, ogon przypinany do pośladków to moje dzieło, a zabójcze, błyszczące, cieliste rajstopy znalazłam w internecie.

Niebotycznie wysokie, jasnoróżowe szpilki pochodzą z mojej szafy. Schowałam je tam wiele lat temu, gdy poznałam przyjaciół Richarda ze studiów. Wtedy właśnie postanowiłam pożegnać się z etapem, kiedy nosiłam się na różowo i błyszcząco.

- Co o tym sądzisz? - mówię do telefonu, obracając się w kółko, a spódnica sięgająca do kolan lekko się unosi. Moje ciemne włosy są upięte w gładki, nieskazitelny kucyk. Minął już prawie rok, odkąd je przefarbowałam. Richard twierdził, że taki kolor będzie bardziej pasować do mojego wieku, ale nadal nie mogę się przyzwyczaić.

- Seksownie! - stwierdza Cami.

- Pokaż się, pokaż! - woła Kat, po czym ekran na chwilę się rozmywa, a potem pojawia się twarz Kat. - Pięknie! O mój Boże, dziś wieczorem zdecydowanie będzie ci się chciał oświadczyć! Pieprzyć Boże Narodzenie!

Uśmiecham się szeroko, obracając się ponownie, aby pokazać jej całość, a następnie siadam z powrotem przy toaletce, tak aby nie zgnieść puszystego ogona. Biorę do rąk swój długi kucyk i przeczesuję go palcami, później sięgam po różową szminkę i nakładam kolejną warstwę.

- Tęsknię za twoimi blond włosami - oświadcza Cami, patrząc na mnie z wyrzutem. - Nie mogę uwierzyć, że je ufarbowałaś.

- Minął już rok, Cam. Pamiętajmy, że urodziłam się brunetką - odpowiadam, przewracając oczami. Nie mam odwagi powiedzieć, że ja też trochę tęsknię za blondem. Z ciemnymi włosami wyglądam o wiele bardziej jak moja siostra Hannah. Czasami, przechodząc obok lustra lub okna, dostrzegam swoje odbicie i dziwnie się z tym czuję.

- Ale urodziłaś się, żeby być blondynką, kochana - zapewnia Cami, unosząc grube brwi i patrząc na mnie z oburzeniem.

- Myślicie, że powinnam sobie namalować kropki na policzkach? - pytam, odwracając twarz na boki, by zmienić temat. - Żeby wyglądało, no wiecie, jakbym miała wąsy?

- To już za dużo - ocenia Kat, potrząsając głową. - Wystarczą uszy i nos.

Na czubku nosa mam dodatkowy róż, który sprawia, że wygląda jak nos króliczka.

- Szkoda, że nie jedziecie z nami - mówię, patrząc na mały ekran na mojej toaletce. - Nie spędziłyśmy oddzielnie Halloween od czasów studiów!

Na pierwszym roku Cami, Kat i ja przebrałyśmy się za Aniołki Charliego i nigdy tego nie żałowałyśmy. Od tamtej pory zawsze miałyśmy dopasowane do siebie grupowe kostiumy, a widok Cam i Kat szykujących się do wyjścia na miasto jako ogień i lód beze mnie wydaje mi się... świętokradztwem.

- Ale spotkasz jego współpracowników! - rzuca Kat, a na samą myśl o tym jej oczy błyszczą. - To wielka sprawa, Abbie.

Ma rację, to prawda. Przez cztery lata, odkąd jestem z Richardem, nigdy nie byłam na żadnej z jego eleganckich imprez firmowych - ani na letniej imprezie na łodzi, ani na przyjęciu halloweenowym, a już na pewno nie na firmowej gwiazdce.

Zawsze chciałam wziąć w niej udział.

- Następny przystanek: Rainbow Room! - woła z radością i podekscytowaniem w głosie. - I pierścionek!

W grudniu tego roku Richard po raz szósty weźmie udział w imprezie świątecznej jako prawnik w kancelarii Schmidt & Martinez, założonej przez ojca jego matki. Richard spodziewa się również, że zostanie mianowany wspólnikiem.

Impreza odbywa się na szczycie Rockefeller Center, w Rainbow Room - miejscu, o którym krążą legendy. To ekstrawagancja, o której można tylko pomarzyć. Najlepsi prawnicy w kraju, nie wspominając o Nowym Jorku, zbierają się, aby świętować kolejny wyjątkowy rok. To tam dzieją się wielkie rzeczy, ogłaszane są awanse i proponowane jest partnerstwo w biznesie.

W tym roku w końcu zostanę zaproszona! Czekałam cztery lata, aż Richard będzie wystarczająco pewien naszego związku, aby zabrać mnie na tę imprezę. A kiedy otrzyma dobrą wiadomość, uklęknie na jedno kolano i poprosi mnie o rękę. Ja zaś stanę się idealną żoną, jaką już mu udowodniłam, że umiem być. Sumienną i lojalną, potrafiącą przejąć część obowiązków i pomóc mu osiągnąć sukces.

No dobrze, oczekiwanie tak wielkiego gestu brzmi jak szaleństwo, nawet dla mnie. Ale po prostu wiem, że to nastąpi. Dwa miesiące temu, gdy u niego sprzątałam i układałam jego pranie, znalazłam pudełko z pierścionkiem jego babci w szufladzie na skarpetki i od tamtej pory rzucam mu aluzje. Jestem prawie pewna, że on je łapie, bo wspomina, jak ważne dla jego przyszłości jest to przyjęcie gwiazdkowe i jak wszystko zmieni.

A impreza na Halloween to dla mnie pierwsza okazja, żeby poznać część jego pracowników i rodziny, z którą będę przebywać aż do późnej starości. Wyobrażam sobie, jak pewnego dnia zabieram na tę imprezę dzieci, o których tak bardzo marzy Richard, i mówię im, że to właśnie tutaj tata stworzył naszą rodzinę. Na samą myśl o tym mam ochotę pisnąć z radości.

Tworząc ten kostium, miałam oczywiście na uwadze to pierwsze spotkanie i starałam się znaleźć równowagę między elegancją, przystępnością i wizerunkiem seksownej przyszłej żony, żeby wszyscy jego współpracownicy pomyśleli, że znalazł idealną partnerkę.

Nie chcę się przechwalać, ale myślę, że się udało.

Zanim zdążę powiedzieć cokolwiek więcej moim przyjaciółkom, telefon wibruje na toaletce, a na górze ekranu pojawia się wiadomość.

Richard<3: "Jestem na miejscu".

To znaczy, że jest przed moim budynkiem. Niestety, skończyłam studia marketingowe dla branży kosmetycznej i szybko zdałam sobie sprawę, że nie stać mnie na lokum w centrum miasta. Przeprowadziłam się więc na Long Island, wynajęłam mieszkanie i rozpoczęłam pracę w dziale kosmetycznym Rollard's w centrum handlowym Green Acres Mall.

- Dobra, dziewczyny, muszę lecieć. Richard do mnie pisze, czeka na dole - mówię do przyjaciółek, sięgając po torbę, którą zostawiłam na łóżku. Ponieważ Richard mieszka na Manhattanie, zazwyczaj jadę do centrum miasta uberem lub pociągiem, a potem udaję się do jego mieszkania. Jest zimno i ze względu na kostium cieszę się, że udało mi się go przekonać, żeby mnie dziś odebrał.

Po moich słowach w telefonie zapada wymowna cisza, po czym odzywa się Cami.

- Słucham? - pyta, a ja wiem, że istnieje duże prawdopodobieństwo, że sprawa przerodzi się w poważniejszy problem. Cholera.

- Richard jest na dole. Muszę zejść.

- Spotkasz się z nim na dole? - dopytuje Cami. - Nie wejdzie na górę?

Kat szeroko otwiera oczy i patrzy na Cami. Nie potrafię stwierdzić, czy to spojrzenie znaczy: "zamknij się, kurwa", czy też: "dobrze zrozumiałam?".

- Wiesz, że parkowanie tutaj jest uciążliwe - mówię, wyjaśniając coś, co niekoniecznie jest prawdą. Jeśli jesteś na liście gości, parkowanie w garażu jest proste. Richard faktycznie znajduje się na tej liście, mimo że nigdy nie parkował w garażu należącym do budynku.

Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza.

- Jakieś późne śniadanie jutro? Prawdopodobnie będę w mieście, u Richarda - odzywam się, próbując zakończyć tę rozmowę. Cami nocuje dziś u Kat na Manhattanie.

Zapada cisza, a potem Cami odzywa się spokojnym, łagodnym głosem, ukrywając swoją frustrację. To tak, jakby ktoś rozmawiał z małym dzieckiem, które pomalowało całą swoją sypialnię, ale nadal trzyma pędzel w ręku i może wyrządzić jeszcze więcej szkód.

- Kochanie, nie sądzisz, że...

- Cam, nie teraz. Muszę do niego zejść.

- Ja tylko...

- Cam, daj spokój. Porozmawiamy jutro przy drinku. Nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć o twoim wieczorze, kochana - wtrąca się Kat, ale nie patrzy na mnie w ekranie telefonu. Wypowiada te słowa przez zaciśnięte zęby, zwracając twarz w stronę Cami.

Znam je na tyle długo, żeby zrozumieć, o czym mówią, kiedy kłócą się bez słów.

Żadna z nich nie jest wielką fanką Richarda, chociaż Kat potrafi to lepiej ukrywać niż Cami. Ponieważ jednak są moimi dobrymi przyjaciółkami - najlepszymi przyjaciółkami - wiem, że ufają moim wyborom i jeśli powiem, że jestem z nim szczęśliwa, one też będą.

I jestem.

Jestem szczęśliwa.

Richard<3: "Schodzisz na dół?".

- Właśnie wysłał mi kolejną wiadomość - oznajmiam.

Cami wzdycha celowo głośno.

- Niech Bóg broni, żeby musiał chwilę poczekać - mruczy pod nosem, a ja ignoruję tę złośliwość, choć nie umyka mi, jak Kat szturcha ją łokciem.

Dobrze. Przynajmniej jedna z nich jest po mojej stronie.

- Kocham was. Do usłyszenia jutro, dobrze? - pytam, wychodząc i zamykając za sobą drzwi.

- Tak. Kocham cię, Abs.

- Ja też was kocham - odpowiadam, po czym kończę rozmowę i biegnę w stronę windy.

***

Wiśniowe Porsche Cayenne, w którym Richard jest bezgranicznie zakochany (moim zdaniem to ohydna i przepłacona wersja minivana, ale kocham go, więc kocham też ten samochód), stoi na drodze pożarowej tuż przed moim mieszkaniem. Uśmiecham się w kierunku auta i macham, przyspieszając kroku z podekscytowania, że tu jest. To urocze, że podjechał pod sam budynek i dzięki temu nie muszę przechodzić przez zimny parking.

Gdy podchodzę i zaglądam przez przyciemnione szyby, widzę, że rozmawia przez telefon, a dźwięk rozmowy słychać przez drzwi. Richard podnosi palec, dając mi znak, żebym chwilę poczekała. Uśmiecham się, obserwując, jak mój oddech tworzy obłoczki pary w październikowym powietrzu. Z tego miejsca dostrzegam światła Nowego Jorku po drugiej stronie rzeki i zastanawiam się, czy kiedy Richard mi się oświadczy, poprosi mnie o wcześniejsze rozwiązanie umowy najmu i przeprowadzkę do jego apartamentowca na Upper West Side. Być może będziemy bardziej tradycyjni i nie zamieszkamy razem przed ślubem.

Tak czy inaczej, nie mogę się doczekać naszego następnego kroku.

Otwiera się zamek automatyczny, przerywając moje rozmyślania, a Richard pochyla się nad fotelem pasażera i otwiera drzwi na tyle, żebym mogła wejść. Nigdy wcześniej żaden mężczyzna nie otwierał mi drzwi samochodu, aż do momentu, gdy pojawił się Richard, i nadal sprawia mi radość, kiedy to robi. Pochylam głowę, uważając, żeby nie zaczepić o nic uszami, i nachylam się, by pocałować mojego przyszłego męża.

Pani Bensonowa.

Na samą myśl o tych słowach robi mi się słabo.

Richard nie pochyla się jednak, żeby mnie ucałować.

Zamiast tego robi coś przeciwnego - odchyla się do tyłu i przygląda się mojemu kostiumowi. Naśladuję go, też się odchylam, żeby lepiej zaprezentować swój strój w ciasnym wnętrzu samochodu, i uśmiecham się do niego.

Przez kilka tygodni wciąż odgrywałam tę scenę w głowie, wyobrażając sobie, jak na mnie patrzy z uwielbieniem i pożądaniem. Czy mnie pocałuje? Czy zanim pojedziemy na imprezę, zaciągnie mnie na górę i zrobi ze mną, co zechce? Czy przez całą noc będzie myślał o tym, by wyjść z imprezy i zostać ze mną sam na sam?

Zamiast tego na jego twarzy pojawia się dziwny wyraz, którego nie przewidziałam. Brwi unoszą mu się w zdumieniu.

Najwyraźniej potrzebuje przyjrzeć mi się lepiej, bo podnosi rękę i włącza światło. Jego wzrok intensywnie błądzi po moim ciele.

Czuję się dobrze.

Czuję się seksowna.

Czuję się... zdezorientowana.

Richard ma na sobie białą koszulę i eleganckie spodnie, trochę bardziej swobodną wersję swojego codziennego stroju do pracy.

- Coś ty założyła?

- Kostium? - pytam nieco zbita z tropu. - Jestem króliczkiem - dodaję, wskazując z uśmiechem uszy na głowie.

- Jezu... Abbie. - Przesuwa dłonią po włosach.

Nikt oprócz mnie o tym nie wie, ale jego włosy się przerzedzają. Co dwa miesiące chodzi na zabiegi, lecz zarówno jego ojciec, jak i dziadek są łysi. Nie widzę sensu w tej walce. Uważam, że jest przystojny bez względu na wszystko, ale wspieram go, jeśli to sprawia, że czuje się lepiej. Posunęłam się nawet do tego, że poszukałam informacji i pojechałam z Kat do Pensylwanii, aby kupić mu zestaw holistycznych witamin i olejków, które chyba pomagają.

Chcę odgarnąć mu włosy, by poprawić jego idealnie ułożoną fryzurę, jednak on odtrąca moją rękę, która zawisa w przestrzeni między nami.

Serce mi zamiera.

Coś jest nie tak.

- Cholera, Abbie - mruczy pod nosem, potrząsając głową. Spogląda na zegarek, a potem zerka przez przednią szybę.

Czuję chłód na skórze, ale nie dlatego, że zdecydowałam się nie zakładać płaszcza, żeby nie zepsuć swojego stroju.

- Richard, kochanie...

- Kurwa. Już dłużej tak nie mogę - przerywa mi i znów na mnie patrzy. W jego oczach nie ma czułości, dobroci ani miłości. Jest... frustracja.

- Co? - pytam ledwo słyszalnym głosem.

- Nie mogę tak dłużej. Nasz związek... Mam już dosyć. - Znów patrzy przed siebie, prosto w ciemną noc. Nie wygląda na to, żeby cierpiał, czuł się zagubiony, a nawet kwestionował swoje słowa.

Nie, on patrzy w dal, jakby miał coś lepszego do roboty, kogoś ciekawszego do rozmowy. Co jest, oczywiście,

zrozumiałe. Ma zaraz wziąć udział w wielkiej imprezie firmowej, z pełnym cateringiem, w centrum Manhattanu, w towarzystwie nowojorskiej elity prawniczej.

Patrzy na mnie tak, jakbym mu przeszkadzała w dobrej zabawie. Jakbym była drobną przeszkodą w jego wieczorze, stanowiącą jedynie niedogodność.

A ja?

Przechodzę kryzys.

Dzisiejszy wieczór miał być dla nas jako pary ważnym kolejnym krokiem, a teraz myślę, że Richard chyba ze mną zrywa.

Nie, nie, nie. To niemożliwe. To nie pasuje do mojego magicznego życiowego planu.

Wstrzymuję oddech, zamieram i opadam na skórzane siedzenie.

Słyszę, jak oddycha: swobodnie, na luzie, bez napięcia.

Jest mną zirytowany, wzdycha, jakby miał lepsze rzeczy do roboty, a moje rozumienie życia i przyszłości właśnie się rozpada na drobne kawałeczki.

Richard jest na mnie zły, bo nie pomagam mu mnie rzucić?

Gdzie tu sprawiedliwość?

Czuję się, jakbym patrzyła na niego przez bardzo długi czas, próbując złożyć słowa w jakąś sensowną całość.

- Ja... nie rozumiem. Mamy iść dziś wieczorem na imprezę kostiumową w twojej firmie, imprezę z okazji Halloween. Mam... mam się dzisiaj spotkać z wszystkimi.

Ale może... może jest coś jeszcze. Coś więcej. Coś, czego nie rozumiem.

Pewnie o to chodzi. To tylko głupie nieporozumienie. Coś, z czego za godzinę będę się śmiała razem z Damienem

Martinezem, wspólnikiem, którego Richard potajemnie nie znosi, ale i tak mu się podlizuje.

- Dokładnie. I właśnie to zdecydowałaś się założyć? - W końcu odwraca głowę od drogi i patrzy na mnie, a w jego oczach widać... pogardę. Może nawet obrzydzenie.

- Ja... chciałam dla ciebie dobrze wyglądać. To impreza kostiumowa.

- Nie jesteśmy dziećmi, Abbie. To impreza dla prawników. To spotkanie ludzi, których próbuję przekonać, że jestem wystarczająco dobry, aby zostać wspólnikiem. - Przesuwa wzrokiem po moim ciele, ale wcale nie pożądliwie, jak się spodziewałam. - Myślisz, że to... - macha ręką w górę i w dół w przestrzeni między nami, wskazując na mnie i wszystko, czym jestem - wystarczy, żeby to osiągnąć? Myślisz, że jeśli pojawię się z tobą, wszyscy uznają, że należy mnie traktować poważnie?

Łzy napływają mi do oczu i mrugam, próbując je zignorować.

Moja siostra nauczyła mnie wielu rzeczy, lecz najważniejszą z nich była ta, którą mi pokazała, a nie powiedziała: nigdy nie pozwól dupkom zobaczyć, jak się załamujesz.

- Czy ty... czy ty ze mną zrywasz? - pytam, znając odpowiedź, ale nie wierząc w nią. Potrzebuję potwierdzenia.

- Od dawna chciałem to zrobić. - Sposób, w jaki to mówi, sugeruje, że jest tym wyczerpany. Jakby był zmęczony faktem, że rozpad naszego czteroletniego związku trwa dłużej niż pięć minut, i rozmyślał nad tym, kiedy w końcu wyjdę z jego samochodu i pozwolę mu odjechać.

- Od dawna - powtarzam pod nosem.

- Czy nie zastanawiałaś się, dlaczego nie zamieszkaliśmy razem? - pyta, jakbym była idiotką. Jakby zakładał,

że nigdy tego nie kwestionowałam, bo jestem zbyt głupia, żeby to zrozumieć.

Oczywiście, że się nad tym zastanawiałam. Która kobieta by tego nie zrobiła?

Po prostu nie chciałam naciskać.

"Nie osiągniesz niczego, będąc natarczywą wobec wpływowego mężczyzny". Pamiętam, że kiedyś przeczytałam to w gazecie dla kobiet. Założyłam, że istnieje jakiś wielki plan, i pozwoliłam mu przejąć stery.

Pozwalałam mu być wpływowym mężczyzną!

- Nigdy się nie zastanawiałaś, dlaczego unikałem zabierania cię na imprezy służbowe? - On wie, że się zastanawiałam, pytałam o to od lat. Na jego ustach pojawia się powolny, mdły uśmiech. - Nigdy się nie zastanawiałaś, dlaczego nie poprosiłem cię o rękę? - Żołądek mi się skręca i wtedy to dostrzegam: chorobliwą radość, jaką on czerpie z tego, że sprawia, iż czuję się w ten sposób.

On się dobrze bawi.

- Więc wybierasz dzisiejszy wieczór?! - pytam, podnosząc głos. Czuję niedowierzanie, ale gdzieś głęboko pod nim kryje się wściekłość. Aż we mnie kipi i mam nadzieję, że zagłusza dźwięk krzywdy, którą on mi zadaje.

On nie zasługuje na to, żeby usłyszeć, jak cierpię.

- Myślisz, że to zaplanowałem, Abbie? Po co, kurwa, miałbym jechać aż na Long Island, jeśli nie planowałbym cię przynajmniej zaliczyć?

Robi mi się niedobrze.

Jego słowa są okropne.

Nie potrafię stwierdzić, czy robi to celowo, żeby sprawić mi ból i mocno uderzyć, czy też po prostu taki jest, a ja dopiero teraz zdejmuję różowe okulary. Od jak dawna jest pełen podłych słów i niskich intencji? Jak mogłam być tak zaślepiona miłością i wyobrażeniem o tym, kim jest, że wcześniej tego nie dostrzegałam?

- Co? - pytam, a moje słowa są ciche. Ledwo słyszalne.

Może to pomyłka. Może nie miał tego na myśli. Może...

- Daj spokój, Abbie. Jesteś głupia, ale nie aż tak. - Cegła wraca na swoje miejsce w murze, który zburzył, a ja nawet tego nie zauważyłam. Przed murem leży stos gruzu, pozostałości po dziesiątkach cegieł. Każda z nich była kiedyś częścią mnie, którą pozwoliłam mu rozwalić.

- Nie jestem głu...

- Jesteś makijażystką w Rollard's.

- Zmieniam życie. Pomagam kobie...

- Jezu, znowu ta sama historia. - Wzdycha i wyciąga rękę. - Słuchaj. Na początku to było urocze, że miałaś swoje hobby, szukając prawdziwej pracy. Ale przestałaś szukać. Zaczęłaś mówić o tym, jak pomagasz ludziom i zmieniasz ich życie. Miałem ten kontakt w klubie golfowym, a ty go odrzuciłaś.

Pamiętam ten dzień. Ubrałam się w moją najnudniejszą, najbardziej konserwatywną sukienkę i zmuszono mnie do siedzenia w głupim wózku golfowym. Przez całe popołudnie podawałam kije do golfa. A kiedy ten menedżer z branży kosmetycznej ze mną rozmawiał, nie spuszczał wzroku z moich piersi. Każda pomoc zawodowa, którą udawał, że mi oferuje, zaczynała się od: "Powinniśmy, no wiesz, pójść na kolację, a potem...".

Nie, dziękuję.

- On się do mnie przystawiał. Sprawił, że poczułam się niekomfortowo...

- Takie jest życie, Abigail. Tak się gra w tę pieprzoną grę. Dlatego nigdy nic nie osiągniesz, robiąc gówniane makijaże jak jakaś licealistka, która rzuciła szkołę. - Odwraca się teraz całkowicie w moją stronę, a w jego oczach widać gniew i wściekłość.

Nigdy nie bałam się mężczyzn.

W tej chwili jednak wydaje mi się, że może się to zmienić.

- To śmieszne. Ty zajmujesz się pieprzonym makijażem, Abbie. A ja? Ja zmieniam ludzkie życia. Spotykam mężczyzn, którzy stoją w obliczu dożywotniego więzienia, utraty majątku, i ich ratuję. - Wskazuje palcem na swoją klatkę piersiową, podkreślając własne słowa. - Ja coś zmieniam. A ty? Ty bawisz się w coś śmiesznego za minimalną pensję na pieprzonym Long Island.

Łza spada z moich rzęs, kapiąc na gorset i tworząc ciemną plamę na jedwabnej tkaninie.

- Nie chcę tego dalej ciągnąć, Abbie. Muszę poważniej podejść do swojej przyszłości. Było fajnie, ale nie mogę zadowolić się kimś, kto oferuje tylko dobrą zabawę.

Zadowolić się.

Te słowa powinny być nieszkodliwe, ale złośliwa intencja sprawia, że trafiają prosto w moje serce.

Te słowa zmieniają coś we mnie.

Przerywają ostatnią więź, która trzymała marzenia, jakie zbudowałam o byciu idealną żoną dla tego mężczyzny.

A ponieważ jest najwyraźniej gównianym mężczyzną, nie widzi, jak mój świat wali się w gruzy. Nie widzi, jak moja samoocena i marzenia obracają się w pył.

- Pod koniec roku zostanę wspólnikiem. Wiesz, że do tego dążyłem. Muszę zasygnalizować Martinezowi i mojemu dziadkowi, że traktuję to poważnie. A to? - Jego wzrok błądzi po mojej twarzy. - Nie pasuje do tego obrazu.

I chociaż logiczna część mojego umysłu rozumie, co się dzieje, ta część, która kieruje się wyłącznie emocjami, nie rozumie nic.

- Ale... jesteśmy razem od czterech lat - mówię.

Wzdycha i jest to westchnienie, które wydaje z siebie pięciolatek, gdy o siódmej rano prosi o lody.

- Było fajnie, ale nie myślałaś chyba, że to będzie na zawsze, prawda? Boże, Abbie. Dorośnij. Nie miałaś szans. - Na jego twarzy znów pojawia się ten złośliwy uśmiech, który sprawia, że przechodzą mnie dreszcze. - To nigdy nie miałaś być ty.

Wtedy skapuje druga łza. Teraz patrzę na Richarda, a moje oczy tak łzawią, że wszystko widzę jak przez wodę. Zastanawiam się, kiedy się uśmiechnie i powie, że to tylko żart.

Kiedy powie, że to dowcip - okrutny, ale jednak dowcip.

Nigdy nie był zbyt zabawny. Oczywiście pozwalałam mu myśleć, że jest odwrotnie. Przez te wszystkie lata śmiałam się z jego kiepskich żartów, żeby poprawić mu samopoczucie...

Lecz on nadal się na mnie gapi z dziwną mieszanką litości i irytacji. Jakby moje zdenerwowanie i zaskoczenie tym, że zerwał ze mną po czterech latach i bez żadnego ostrzeżenia, były dla niego niewygodne.

Wtedy ktoś puka w szybę po mojej stronie. Odwracam głowę i widzę stojącego tam policjanta, pochylonego nad samochodem. Nie zauważyłam nawet czerwonych i niebieskich świateł odbijających się od deski rozdzielczej, kiedy zaparkował za nami. Richard wzdycha, opuszczając szybę, a zimne powietrze uderza mnie w twarz i płuca jak porażenie prądem.

- Wszystko w porządku? - pyta policjant, kierując światło latarki do wnętrza auta. Jego oblicze mięknie, gdy widzi moją bladą twarz i załzawione oczy.

- W jak najlepszym - odpowiada Richard z charakterystycznym uśmiechem. - Pani właśnie wysiada.

Pani właśnie wysiada.

Pani właśnie wysiada.

Pani właśnie wysiada.

Zajmuje mi kilka sekund, zanim zrozumiem, co mówi Richard.

Chce, żebym wysiadła z jego samochodu.

Bo właśnie ze mną zerwał.

A poza tym spieszy się na imprezę firmową.

Jesteśmy razem od czterech lat, a ten facet nie miał nawet na tyle przyzwoitości, żeby zerwać ze mną w sposób, który dałby mi czas na omówienie sprawy i zamknięcie tego rozdziału. Robi to właśnie tak - na poboczu drogi, kiedy mam na sobie pieprzony kostium króliczka.

To upokarzające.

- Zaparkował pan na drodze pożarowej - mówi policjant i wydaje mi się, że rzuca Richardowi zirytowane spojrzenie.

- Przepraszam. Nie zamierzałem tu tak długo stać. - Odwraca głowę w moją stronę, a jego łagodny uśmiech natychmiast znika, ustępując miejsca frustracji. - Abbie, idź już.

W jego słowach nie ma cierpliwości, życzliwości ani troski.

Są pełne frustracji i irytacji.

Ma mnie dość.

Pieprzyć to.

Chwytam moją małą torebkę w kształcie marchewki, którą znalazłam z Kat w sklepie z używanymi rzeczami na Main Street, i rozważam, czy nie strzelić mu porządnego liścia. Na pewno poczułabym się lepiej, ale przed samochodem stoi policjant, który obserwuje każdy nasz ruch, a jestem na dziewięćdziesiąt dziewięć procent pewna, że Richard złożyłby doniesienie.

On jest takim typem.

Jest trochę jak Chad, męska wersja Karen.

Cholera. Od czterech lat spotykam się z pieprzonym Chadem.

I planowałam poślubić tego dupka?!

Zamiast go uderzyć, sięgam do drzwi i szarpię za klamkę. Ale, kurwa, oczywiście są zamknięte. Richard wzdycha, jakby chciał powiedzieć: "Boże, ta kobieta z niczym sobie nie radzi", po czym naciska przycisk odblokowujący drzwi.

Wysiadam.

Zatrzaskuję drzwi.

A potem stoję przed moim mieszkaniem i patrzę załzawionymi oczami, jak jaskrawoczerwony samochód odjeżdża bez wahania.

Policjant zwraca się do mnie:

- Wszystko w porządku? Czy ten mężczyzna... coś pani zrobił?

Nawet się nie odwracam, żeby na niego spojrzeć, kiedy odpowiadam:

- Złamał mi serce.

Policjant tylko się na mnie gapi, mrugając niezręcznie.

Podobnie jak wiele osób, z którymi rozmawiam, widzę, że żałuje, iż zapytał.

- Wszystko jest okej. Nie skrzywdził mnie. Przepraszam, że zaparkowaliśmy na drodze pożarowej - mówię beznamiętnym głosem. Uśmiecham się do niego, a później wracam do mieszkania, a moje wysokie obcasy stukają o beton.

Kiedy wcześniej wychodziłam z budynku, pełna nadziei i podekscytowania, nie czułam zimna na moich niemal całkiem nagich nogach. Teraz jest przenikliwe, przeszywa mnie do kości przez cienki nylon.

W holu kilkakrotnie stukam w ekran telefonu, czując się, jakbym była w jakimś stanie zamroczenia i nie potrafiła przetworzyć otaczającego mnie świata. Przesuwając palcem po wyświetlaczu, znajduję numer Cami i naciskam przycisk FaceTime, trzymając telefon przed sobą, gdy opadam na ławkę.

Dotarcie do windy wydaje się teraz zbyt dużym wysiłkiem.

Dotarcie do mojego mieszkania wydaje się zbyt dużym wysiłkiem.

Jeśli tam pójdę, zobaczę porozrzucane kosmetyki i ubrania, a wtedy sobie przypomnę radosną nadzieję, jaką czułam wcześniej, kiedy się szykowałam.

Ekran gaśnie, gdy dzwonek przestaje dzwonić, i słyszę śmiechy, krzyki i kiczowatą muzykę halloweenową.

- Hej, Abs, co słychać? - krzyczy Cami, a ekran nadal nie pokazuje jej twarzy, ponieważ żongluje telefonem w tłumie.

Ale gdy w końcu się pojawia, jej uśmiech znika.

Patrzę na swoją twarz w rogu ekranu, nie wiem, kiedy zaczęłam płakać, lecz po moich policzkach spływają czarne łzy.

Świetnie.

A ponieważ mam najlepsze przyjaciółki na świecie, bez chwili wahania odpowiada:

- Kurwa mać. Będziemy u ciebie z tequilą za dwadzieścia minut.

Rozdział drugi

Damien

31 października

Nienawidzę tych imprez.

Nie dlatego, że w ogóle nienawidzę imprez, co w pewnym sensie jest prawdą. Nienawidzę konkretnie tych imprez.

Imprez firmowych.

Muszę spędzać z tymi ludźmi co najmniej dziesięć godzin dziennie, od poniedziałku do piątku. Zmuszanie mnie do tego, żebym widywał ich także po godzinach, w imię "podbudowywania morale", jest okrutną torturą.

Szczególnie w Halloween, kiedy wszyscy się przebierają, piją trochę za dużo i, szczerze mówiąc, zazwyczaj robi się dziwnie. W tej chwili obserwuję jedną asystentkę prawną, przebraną w kostium jakiegoś anioła, ale zdecydowanie nie takiego z obrazów biblijnych, jak ociera się o nowego prawnika w kancelarii, przebranego za Stewiego z Głowy rodziny.

Nie oceniam tego, jak ludzie się bawią, ale myślę, że czasami zapominają, że jutro rano będą musieli spojrzeć tym samym osobom w oczy.

Kobiety, które tu pracują, i te, które przyszły dziś jako osoby towarzyszące pracującym tu mężczyznom, mają na sobie różne wersje tego samego obcisłego kostiumu: myszki, wampira, anioła.

Nawet mężczyźni się przebrali - niektórzy na całego, inni bardziej skromnie - ale wszyscy mają kostiumy, piją za dużo i podświadomie sprawdzają, kto ma większego kutasa.

Ja wybrałem prosty, klasyczny styl Mavericka z Top Gun - dżinsy, biała koszulka, skórzana kurtka i aviatory. Kostium gotowy.

Dodatkowa zaleta: mogę obserwować ludzi, a nikt nie wie, czy wspólnik firmy akurat na nich patrzy.

Spoiler: zawsze ich obserwuję.

Dobry prawnik wie, jak grać w tę grę, i szczerze mówiąc, obserwowanie ludzi jest w niej kluczowe. Można się bardzo wiele dowiedzieć o współpracownikach, patrząc na nich w swobodnej atmosferze, kiedy są rozluźnieni i myślą, że nikt ich nie obserwuje.

Wiem oczywiście, że powinienem teraz chodzić po sali, witać się z ludźmi, upewniać się, że dobrze się bawią, i nawiązywać kontakty z tymi, z którymi pracuję. Jestem współzałożycielem firmy Schmidt & Martinez i właśnie tego się ode mnie oczekuje.

A przede wszystkim kocham moich pracowników, traktuję ich jak rodzinę. Cholernie dysfunkcyjną, ale jednak rodzinę. Chociaż obawiam się, że w ostatnim czasie wkraczamy na niebezpieczne, nieetyczne terytorium, wybierając naszych klientów, kocham tę firmę i ludzi, którzy w niej pracują.

Zamiast robić to, co wypada, stoję w kącie, celowo unikając wszystkich i przeglądając aplikację randkową, którą pobrałem dziś rano na telefon.

Jedynym sensownym wytłumaczeniem tej decyzji jest to, że ostatnio moje życie było... nijakie.

Nudne i przewidywalne. Zbyt poważne. Życie pełne wygórowanych oczekiwań, które spełniłem, doprowadziło do tego, że jestem czterdziestodwuletnim singlem, który osiągnął niesamowity sukces jako założyciel jednej z najbardziej ekskluzywnych i pożądanych kancelarii prawnych w Nowym Jorku, ale jednocześnie... strasznie się nudzi.

Jestem niespełniony.

Obserwuję pary w dopasowanych kostiumach, śmiejące się przy misce z pomarańczowym ponczem. Wiem, że zbliżają się święta i że po raz kolejny spędzę je samotnie, dlatego zaczynam się zastanawiać, czy może właśnie tego potrzebuję.

Kogoś.

Tyle że ta aplikacja randkowa też się na razie nie sprawdza. Przesuwanie palcem w lewo lub w prawo po czymś, co w gruncie rzeczy jest idealnie skomponowanym CV, zawierającym wyłącznie najlepsze cechy danej osoby, wydaje się... nieszczere. Jak kolejny idealnie dopasowany element do idealnego życia, które prowadzę.

Dorastając, miałem jasno wyznaczone standardy. Rzeczy, do których musiałem dążyć, rzeczy, które - jak czułem - musiałem osiągnąć, żeby moi rodzice byli ze mnie dumni.

Ukończenie liceum z najlepszym wynikiem?

Proszę bardzo.

Pójście na studia przygotowujące do prawa, a potem dostanie się na Yale ze stypendium naukowym?

Jasne.

Ukończenie studiów z najlepszym wynikiem na roku i znalezienie pracy, w której obsługuje się wysoko postawionych klientów, tworząc niepodważalne umowy przedmałżeńskie, a później szukając sposobów na ich złamanie, gdy nieuchronnie dochodzi do rozwodu?

Zrobione.

Zbudowanie odnoszącej sukcesy firmy, nawiązanie współpracy z jednym z najlepszych prawników od prawa rodzinnego w mieście i stworzenie listy zamożnych klientów przed trzydziestym piątym rokiem życia?

Tak, to też odhaczone.

Wszystko poszło zgodnie z planem, idealnie ułożonym harmonogramem mojego życia. W efekcie moja rodzina jest ze mnie dumna, jestem szanowany w swojej dziedzinie, a świat stoi przede mną otworem.

Teoretycznie mam wszystko. Gdybym tylko chciał, mógłbym się do jakiejś kobiety uśmiechnąć, a ona byłaby moja.

Ale co zrobić z tą nudą?

Nudzi mnie perfekcyjnie opracowany plan, który realizuje się co do punktu. Mam dość przewidywalności. Mam dość miałkości. Mam dość tego, że wszystko wydaje się powierzchowne i nieistotne.

A te aplikacje randkowe, w których widzisz tylko wyidealizowane wersje innych ludzi i sam masz zrobić wrażenie w ciągu pierwszych dziesięciu sekund, wydają mi się po prostu kolejną częścią tego samego problemu.

Niestety, w tej chwili jedyną realną opcją, jaką mam, jest aplikacja randkowa, więc oto jestem - przewijam ją, żeby wypełnić pustkę.

Może faktycznie kogoś potrzebuję. Nie poważnego związku, tylko kogoś, kto pomoże mi zapełnić ciszę, która otacza mnie w nielicznych godzinach wolnych od pracy.

Stoję w kącie, chowając się przed współpracownikami, gdy nagle czuję, że ktoś pojawia się obok mnie.

Nie chcę się odwracać.

Już po tym, jak staje obok i nic nie mówiąc, czeka, aż zacznę rozmowę, wiem, kto to jest. A naprawdę nie mam dziś ochoty zajmować się pierdołami tego człowieka. Pozwalam, żeby minęło kilka długich, niezręcznych minut, podczas których wpatruję się w telefon, po czym w końcu na niego spoglądam.

Richard Benson opiera się o ścianę obok mnie, z ręką wsuniętą w kieszeń czarnych spodni, we wpuszczonej w nie szarej koszuli i w niezwykle drogich butach.

Szczerze mówiąc, nie lubię tego człowieka.

To krętacz.

Ambitny, ale nie w dobrym tego słowa znaczeniu. W takim, w którym oczekuje, że wszystko zostanie mu podane na tacy i nie będzie musiał pracować tak ciężko jak wszyscy inni, ponieważ jest tym, kim jest, a to powinno wystarczyć, by cała reszta padała mu do stóp. Starannie dobiera klientów, odmawiając reprezentowania każdego, kto według niego nie jest wart jego czasu, i często staje po ich stronie, choć są oskarżani o nękanie czy zaniechanie.

Jest chciwy - pożąda pieniędzy i władzy - i uważa, że moja firma to sposób na zdobycie większej ilości jednego i drugiego.

Jest również wnukiem współzałożyciela kancelarii.

Wiele lat temu Simon Schmidt skontaktował się ze mną po tym, jak wygrałem głośną sprawę dotyczącą prezesa, który zdefraudował środki kierowanej przez niego firmy. Chciał nawiązać współpracę i nie przestał naciskać, dopóki się nie zgodziłem. W ciągu roku Simon i ja założyliśmy kancelarię Schmidt & Martinez. Chociaż była to stosunkowo nowa kancelaria, udało nam się zdobyć stałych klientów wśród największych firm i możemy się pochwalić naprawdę imponującą historią wygranych spraw.

Simon powiedział, że kiedy zakładał firmę, chciał stworzyć dziedzictwo dla swojego wnuka, który dopiero zaczynał karierę prawniczą. Wspomniał, że po przejściu na emeryturę ma nadzieję, iż jego najstarszy wnuk przejmie po nim pałeczkę.

Jestem prawie pewien, że ten wnuczek naciska, by stało się to właśnie w tym roku - ostatnim, w którym miałby szansę zostać najmłodszym wspólnikiem w historii.

Na razie to ja mam ten tytuł, bo założyłem firmę siedem lat temu, mając trzydzieści pięć lat, ale mały Richard bardzo chciałby móc się tym chwalić przed każdym, kogo spotka. Byłby to dla niego kolejny sukces do kolekcji.

Milcząco przesuwam po nim wzrokiem od stóp do głów, próbując wyrazić głęboką niechęć, jaką żywię do tego człowieka, co robię konsekwentnie od lat.

Niestety jest jak szczeniak i nigdy nie łapie aluzji. Zamiast po prostu się przywitać i odejść, patrzy na mnie z wyczekującym uśmiechem.

Próbuje rozmawiać, schlebiać, zdobyć moją sympatię.

Odrzucam samą myśl o byciu dla niego miłym.

- Kim jesteś? - pytam, wskazując na niego telefonem.

- Co? - Wygląda na zdezorientowanego, jakby nie rozumiał pytania.

- To impreza halloweenowa. Za kogo się przebrałeś? - Unoszę brew w sposób, który wyraźnie mówi: czy ty jesteś głupi?

- Ja... hmm... chyba za prawnika? - odpowiada, drapiąc się po głowie. Słyszałem, że to sztuczne włosy, ale to nie moja sprawa. - Nie będę kłamał. Nie spodziewałem się, że ludzie naprawdę będą się przebierać. Myślałem, że wszyscy jesteśmy na to trochę za... starzy. - Patrzy na mnie i mój prosty kostium i zanim zdąży to ukryć, widzę to: ocenę.

I właśnie dlatego nigdy nie zostanie partnerem.

Przynajmniej dopóki ja pracuję w tej kancelarii.

Jest kiepskim kłamcą.

Nie potrafi ukryć swoich osądów, a ma ich mnóstwo.

Jako prawnicy musimy przekonywać ludzi co do niewinności lub winy, wartości i kosztów, tego, czym jest sprawiedliwość. Ostateczną decyzję podejmuje sędzia albo ława przysięgłych, a jeśli dobrze wykonaliśmy swoją pracę, doprowadzimy ich do właściwego werdyktu.

Ale naszą rolą nie jest osądzanie.

Właśnie tu większość prawników, i w ogóle większość ludzi, popełnia błąd. Uważają, że zawsze i wszędzie mają prawo oceniać innych. Wyciągać wnioski na podstawie jednego, krótkiego spojrzenia na cudze życie. Decydować, czy ktoś jest godny szacunku, czy nie, czy należy traktować go z życzliwością, czy złośliwością.

Gdy dorastałem, nauczono mnie, żeby nie oceniać. Tę zasadę przeniosłem do swojej kariery i bardzo mi to pomogło.

- W zaproszeniu było napisane, żeby przyjść w kostiumie - mówię, wskazując brodą na jego dziadka, który ma na sobie czarny garnitur i melonik, a jego wąsy są tak przystrzyżone, że zaskakująco dobrze przypomina faceta z gry Monopol. - Poza tym byłeś tu w zeszłym roku, prawda?

- No cóż... nieważne. - Rozgląda się, omiatając wzrokiem salę. Podnoszę telefon, by wrócić do przeglądania profili i ignorowania tego dupka. - Jak leci? - pyta, a ja ponownie opuszczam powoli telefon i na niego patrzę. Pozwalam, żeby minęło kilka niezręcznych sekund, i obserwuję, jak zaczyna się wiercić.

No dobrze, ta część imprezy jest fajna.

Obserwowanie, jak ten palant próbuje mnie do siebie przekonać i ponosi porażkę. Patrzenie na faceta, któremu prawdopodobnie nigdy w życiu niczego nie odmówiono, jak walczy o moją aprobatę.

Warto było przyjść.

Richard wskazuje brodą na mój telefon, na którego ekranie nadal otwarta jest aplikacja randkowa.

- Szukasz kogoś do przelecenia? - pyta, a ja tylko na niego patrzę, szeroko otwierając oczy ze zdumienia, że te słowa naprawdę padły z jego ust.

Może i mam ponad czterdzieści lat, ale jestem prawie pewien, że nikt już tak nie mówi. To muszą być teksty z jakichś gównianych podcastów dla facetów i starych filmów z 2000 roku.

Kiedy znowu na niego spoglądam, on brnie, pogrążając się coraz bardziej:

- Znam kilka lasek w East Village. Mogę do nich zadzwonić i umówić nas na prywatne spotkanie.

Mrugam kilka razy, próbując zdecydować, czy ze mnie kpi, czy mówi serio. Gdy wciąż patrzy na mnie z tym samym wyrazem twarzy, uświadamiam sobie, że jest całkowicie poważny.

- Chyba wiesz, że prostytucja jest nielegalna, Dick? - pytam i z satysfakcją obserwuję, jak robi się czerwony na twarzy.

Boże, sprawianie, że ten dupek czuje się niekomfortowo, jest naprawdę cholernie zabawne.

- Nie, nie prostytutki. Boże, nie. Nie płacę za seks, przysięgam. - Podnosi ręce, jakby bał się, że zaraz go oskarżę. Gwałtowność jego protestu i szybkość, z jaką wyrzuca z siebie słowa, budzą jednak uzasadnione wątpliwości. - To tylko kilka dziewczyn, które znam. Zawsze są gotowe na dobrą zabawę. - Spoglądam na niego w sposób, który odbiera jako "spoko". Mimo to dalej się tłumaczy: - Przysięgam, stary. One są w porządku. Po prostu... jeśli szukasz zabawy.

Tak, jasne. Dokładnie o takiej "zabawie" marzę - w towarzystwie wnuka mojego wspólnika i kobiet, z którymi już wcześniej się pieprzył. Brzmi cudownie.

- Nie masz dziewczyny czy coś? - pytam, przypominając sobie, że Simon wspominał, iż jego wnuk spotyka się z jakąś uroczą młodą laską. Nigdy jej nie przyprowadził na żadną imprezę, więc po części podejrzewałem, że jest całkowicie wymyślona, żeby Richard wypadł lepiej.

- Nie, to już nieaktualne. Była tymczasowa.

- Tymczasowa? - powtarzam, unosząc brew.

- Tak, no wiesz. Ktoś, kogo się spotyka na boku, zawsze na zawołanie - odpowiada.

Boże, on naprawdę jest gnojkiem. Nie ma opcji, by został partnerem w tej firmie.

- Rozumiem - mówię z wymuszonym uśmiechem i ponownie podnoszę telefon. Kątem oka widzę, jak otwiera usta, żeby mówić dalej.

Kolejny powód, dla którego jest kiepskim prawnikiem: nie wie, kiedy się zamknąć, i nie potrafi czytać mowy ciała.

Na szczęście pojawia się Misty - blondynka zatrudniona jako asystentka, która najwyraźniej wybrała tę pracę z bardzo konkretnym zamiarem. Podchodzi i obejmuje Richarda.

Zgaduję, że owa dziewczyna, a właściwie była dziewczyna, nie miała pojęcia o przylepnej asystentce, która pracuje z Richardem do późna, czasem jeszcze długo po tym, jak wszyscy inni opuszczą biuro.

Jeszcze jeden powód, dla którego go nie lubię: jest głupi jak but. W biurze są pieprzone kamery, co oznacza, że każdy, kto ma dostęp do nagrań, może zobaczyć, co wyprawiają.

Nie żebym chciał widzieć to, co zobaczyłem dwa tygodnie temu - na samo wspomnienie muszę walczyć z odruchem wymiotnym.