Jakieś plus minus czterdzieści minut później razem z Rose weszłyśmy do Crystal Hotel. Zgrabnie pokonałyśmy taśmą policyjną i po chwili znalazłyśmy się w ogromnym holu. Naprzeciwko była lada recepcji, a obok przeszklona winda w kształcie tuby. Sufit znajdował się kilkanaście metrów wyżej, co robiło ogromne wrażenie. Hotel słynął z luksusu i nowoczesnego wystroju. Jednocześnie był miejscem kameralnym, butikowym - tak więc lista potencjalnych sprawców nie mogła być długa. Jeden z funkcjonariuszy, którzy kręcili się po całym hotelu, zaprowadził nas do pokoju, gdzie znajdowały się zwłoki. Po pokoju krzątali się technicy zabezpieczający miejsce zbrodni. Jak tylko się tam pojawiłam, podszedł do mnie mój partner, komisarz Taylor. (W każdej książce pojawia się jakiś sztywniak, który psuje zabawę głównemu bohaterowi. W tej ta rola przypadła mojemu partnerowi po kryminalistyce. Śmiało możecie przywitać pana komisarza brawami).
Wielkie okno w pokoju było zasłonięte ciemnymi kotarami, przez co w pomieszczeniu panował lekki półmrok.
- Astrid, dojechanie tutaj zajęło ci wyjątkowo dużo czasu - wytknął mi.
- Powiedzmy, że miałam pewne... nieprzewidziane przeszkody - mruknęłam. Jego wzrok powędrował ponad moim ramieniem.
- Ile razy mówiłem, żebyś nie przyprowadzała koleżanek na miejsce zbrodni? - spytał oskarżycielsko, wpatrując się w Rose. Przewróciłam oczami. Sami widzicie, w kółko powaga i profesjonalizm. Zero fantazji.
- Trzy - odpowiedziałam z uśmiechem.
- A co właśnie zrobiłaś?
- Przyprowadziłam właścicielkę hotelu. Ale z tego, co widzę, ty również masz towarzystwo. Nie wiedziałam, że twój brat także jest detektywem.
- Słucham? - podniósł głos, wyraźnie zdenerwowany.
- Minęłam się z Justinem na korytarzu. Bardzo zastanawiająca jest jego obecność tutaj, nie sądzisz?
- Może zamiast opowiadać bzdury, zaczniesz oglądać zwłoki.
- Trup nie pies, nigdzie nie pójdzie. Może poczekać.
- Dlaczego oni musieli się pozabijać akurat tutaj?! To mój ulubiony pokój, a teraz jest uwalony jakimś dziwnym czarnym proszkiem! - usłyszałam krzyk Rose, która chwilę później podeszła do łóżka i zaczęła głaskać leżącą na nim poduszkę.
Panna Henderson uwielbiała korzystać z tak zwanego płaczu wymuszonego. Potrafiła być przy tym wyjątkowo sugestywna. Nic dziwnego, że do pokoju wpadł Justin i rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając źródła krzyku. Na widok Rose najpierw stanął jak wryty, po czym usilnie próbował powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem.
- Czyżbyśmy mieli śledztwo grupowe? - spytał, rozsiadając się w fotelu obok leżącego nieboszczyka. Nikt mu jednak nie odpowiedział. Założyłam lateksowe jednorazowe rękawiczki i podeszłam do zwłok. Mężczyzna, na pierwszy rzut oka biznesman, który zdążył się już dorobić, więc zapewne w średnim wieku. Ubrany w drogi, czarny garnitur, a spod rękawa marynarki wystawał kosztowny złoty zegarek. W tej ciemnicy nie byłam w stanie stwierdzić nic więcej. Przełknęłam ślinę, czując metaliczny zapach krwi. Odwróciłam się od trupa i skierowałam wzrok na Liama Taylora.
- Chwileczkę, tu jest tylko jeden truposz, a gdzie drugi? - Znów popatrzyłam na ciało. Sięgnęłam po aparat i zrobiłam parę ujęć ciała. Normalnie zajmują się tym technicy, ale ja też lubiłam mieć własne ujęcia.
- I tutaj zaczyna się zabawa. Wygląda na to, że mamy do czynienia z dwoma niekoniecznie powiązanymi ze sobą morderstwami. Jak widzisz, leży tu jeden nieboszczyk. Drugi albo raczej druga zabita siedzi sobie cywilizowanie w sali restauracyjnej przy jednym ze stolików z głową w talerzu - wyjaśnił Liam. Zaraz potem usłyszeliśmy chrząknięcie Justina. Wszyscy spojrzeli w jego stronę.
- Tak? - zapytałam.
Justin rozparł się wygodnie w fotelu, napawając się skupioną na nim uwagą.
- Zanim ty postanowiłaś się tu pojawić - zaczął, wskazując na mnie palcem - a potem ta urocza blondynka, postanowiła obudzić połowę hotelu swoim wrzaskiem... - wskazał na leżącą na łóżku w udawanej rozpaczy Rose.
- Czy możesz przejść do sedna? - odparł sztywny Papa Smerf, będący moim partnerem w pracy. Na pewno jesteście ciekawi, dlaczego dostał ten przydomek. Otóż kochana Rose przy jednym z moich śledztw wyczytała w słowniku slangu młodzieżowego, że teraz na topie jest nazywanie policjantów smerfami. Potem uznała komisarza Taylora za kogoś takiego, jakim był Papa Smerf dla swoich podopiecznych, i tak już zostało.
W jego głosie dało się słyszeć zniecierpliwienie połączone z irytacją.
- Owszem. Pozwoliłem sobie zajrzeć do torebki naszej ofiary z dołu. I wydaje mi się, że twierdzenie, jakoby w damskiej torebce można znaleźć wszystko, w tym wypadku nabrało nowego znaczenia. Pomijając to, że był tam okazałych rozmiarów zszywacz biurowy oraz bardzo ostry śrubokręt, nie znalazłem niczego ciekawego. Nawet telefon naszej nieboszczce się gdzieś zawieruszył.
- Chcesz mi powiedzieć, że beztrosko przysiadłeś się do stolika ofiary i postanowiłeś sprawdzić, co nosi przy sobie?! Dobrałeś się do jednego z dowodów w śledztwie, zacierając być może ważne odciski palców?!
- Dokładnie tak! Braciszku, kiedy tak to ująłeś, brzmi to o wiele bardziej zabawnie. Teraz przynajmniej wiemy, że ofiara jest jednocześnie niedoszłym mordercą.
- Albo morderca został ofiarą - dodałam, oglądając zwłoki. - Pamiętasz może, czy na śrubokręcie była zaschnięta krew?
- Kto zadaje takie pytania?! Myślisz, że nawet jeśli były, to zwróciłem na nie uwagę? Szukałem tam jakichś bardziej kobiecych bibelotów - odpowiedział, poruszając zabawnie brwiami.
- Naprawdę tego szukałeś?! - włączyła się Rose. - Ja tu rozpaczam, bo ktoś okrył mój wspaniały hotel złą sławą, a ty szukasz kobiecej szminki?!
- A czego niby mam szukać w damskiej torebce? No chyba nie kokainy.
- Jak jest ci tak koniecznie potrzebna, to mogę dać ci swoją! - burknęła Rose i rzuciła w niego swoją torebką. Justin się uśmiechnął i bez trudu złapał lecącą w jego stronę torebkę. Położył ją sobie na kolanach, założył nogę na nogę, a następnie zaczął nią lekko podrygiwać, pukając przy tym ciało.
- Czy możesz przynajmniej nie bezcześcić zwłok?! - spytałam, tracąc cierpliwość. Zaraz potem wróciłam do szukania przyczyny zgonu. Zabawa zabawą, czasem trzeba jednak popracować.
- No proszę, w końcu wiesz, jak ja się czuję, kiedy ty przyprowadzasz swoje koleżanki do pracy - odparł Liam. Nie odpowiedziałam mu.
- A myślisz, że jak one się niby czują, kiedy ty tak je macasz? - spytał mnie tym razem drugi z braci.
Gdyby Justin nie przefarbował się na blond i gdyby obydwaj byli ubrani tak samo, to dopóki któryś z nich by się nie odezwał, nie byłabym w stanie ich rozróżnić. Udałoby mi się to za sprawą wielkiego ego i arogancji Justina. W wyglądzie oprócz koloru włosów i tego, że Liam codziennie się golił, a jego brat wręcz przeciwnie, główną różnicą był strój. Liam nie rozstawał się ze swoją skórzaną kurtką. Justina natomiast zawsze można było spotkać w nienagannie wyprasowanej koszuli. Ciekawe, kto mu ją prasuje, bo raczej on sam tego nie robi.
- Na pewno lepiej niż moja torebka - mruknęła Rose w odpowiedzi na skierowane do mnie pytanie. Usiadła na podłokietniku fotela, obok Justina, wyjęła mu z rąk swoją torebkę i zaczęła w niej grzebać. Po chwili wyciągnęła ze środka małe puzderko i szminkę.
- Co wolisz? - spytała go.
Spojrzałam na nią z niedowierzeniem.
- Nosisz przy sobie kokę? - Liam zrobił oczy jak spodki.
- Oczywiście. Co to w ogóle za pytanie? - wzruszyła ramionami moja przyjaciółka.
Tja. Pani detektyw przyjaźni się z kobietą, która nosi przy sobie na co dzień narkotyki? Sama nie wiem, jak do tego doszło. Wszyscy tu obecni wiedzą, że Liam już kilkakrotnie przymknął swojego brata w areszcie za tego typu występki. A czemu ja tak nie reaguję? Po pierwsze szkoda mi czasu na papierkową robotę. A po drugie... Do cholery, nie nadążam za nią! Jedną działkę jej zarekwiruję, a ona już wyciąga skądś kolejną! Mogę wam przysiąc, że wczoraj jeszcze tego tam nie było.
- Justin, pamiętasz może chociaż jak duży był ten śrubokręt? - zmieniłam temat. On wzruszył ramionami. - Bo z tego, co widzę, nasza ofiara pożegnała się z życiem wczoraj między dziewiątą a dziesiątą wieczorem i została dźgnięta czymś ostrym w tętnicę szyjną - ciągnęłam, patrząc na kartkę od techników. - Niestety nie są w stanie określić, czym konkretnie, ze względu na to, że morderca później podciął gardło swojej ofierze. Twój śrubokręt może się jednak okazać pasujący.
- Myślę, że możemy pójść sprawdzić i przy okazji się dowiedzieć, ile osób tu przebywało w czasie morderstwa - stwierdził Liam. Wstałam z klęczek, zdejmując rękawiczki.
* * *
- No dobrze, co my tu mamy? - powiedział Liam, wchodząc do sali restauracyjnej. Rose na widok kobiety z głową w talerzu złapała się za serce. Technicy już kończyli swoją pracę. Ze śladów proszku daktyloskopijnego na stole można było wywnioskować, że odciski palców ze szklanek i talerzy zostały już zdjęte.
- Och, moja wspaniała sala restauracyjna - Rose wydobyła z siebie dramatyczny okrzyk i udała, że mdleje. Justin delikatnie ją złapał i posadził na pobliskim krześle, po czym zaczął wachlować kartą dań.
- W takim tempie nie skończymy tutaj do wieczora - mruknęłam. Założyłam kolejne rękawiczki i podeszłam do drugiej ofiary. Zaczęłam od sprawdzenia tego, o czym mówił młodszy z braci Taylorów. Krytycznie popatrzyłam na osławioną już torebkę. Była niewielka. Otworzyłam ją i przejrzałam jej zawartość. Po chwili wyjęłam z niej miniaturową wersję zszywacza, śrubokrętu i nożyczek zawieszonych na breloczku. Spojrzałam z konsternacją na Justina. - To jest ten twój okazałej wielkości zszywacz i superostry śrubokręt? - spytałam. Wciąż byłam w lekkim szoku i usilnie próbowałam nie wybuchnąć śmiechem. - Jeśli porównywałeś ten "przyrząd biurowy" do wielkości swojego przyrodzenia, to chyba nie chciałabym być na miejscu twojej dziewczyny - dodałam, nie mogąc już dłużej powstrzymywać się od śmiechu. Co ciekawe, kąciki ust Liama lekko drgnęły do góry, choć podczas pracy był zawsze poważny. Na te słowa również Rose ocknęła się z udawanego omdlenia i spojrzała na przedmioty w mojej dłoni.
- Jakie słodziutkie nożyczki - pisnęła z zachwytem. Młodszy Taylor odsunął się od niej gwałtownie, nie chcąc stracić słuchu. Podszedł do mnie i wyjął mi breloczek z ręki.
- Nie, nie! W tej torebce był prawdziwy śrubokręt i zszywacz.
- Jesteś pewien, że to ta torebka? Może pomyliłeś ją ze skrzynką z narzędziami biurowego mechanika, który wieczorami, gdy nikt nie patrzy, podbiera z biurek swoich chlebodawców zszywacze i sprzedaje je potem na eBayu potencjalnym mordercom w parze ze śrubokrętami Philipsa gratis? - upewniła się Rose.
- Nie, dałbym sobie rękę uciąć, że to jest dokładnie ta torebka.
- Tymi tycimi nożyczkami, które najpewniej nie zdołałyby przeciąć kartki papieru, o ile w ogóle działają? - spytałam.
- Jestem stuprocentowo pewny, że dałbym nimi radę przeciąć tę kartkę. Przyjmuję wyzwanie - odparł Justin, podrzucając przy tym breloczkiem w powietrzu.
- W takim razie jesteśmy w czarnej dupie. Skoro wspomniany śrubokręt nie istnieje, nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Zajmijmy się więc oględzinami tego tu okazu zwłok. Szanowna pani właścicielka może pójść i przynieść nam listę osób przebywających w budynku w ciągu ostatniej doby - zarządził Liam, zwracając się w szczególności do Rose i Justina. - Natomiast mój brat niezwykle ułatwiłby nam pracę, ulatniając się z tego splamionego krwią miejsca - stwierdził, kończąc tym nasze durne rozważania na temat mininarzędzi.
- Myślę, że Justin mógłby pójść po tę listę, a wtedy ja bym się ulotniła - wyszeptała mi do ucha Rose. - Ta zbrodnia napawa mnie tak wielką rozpaczą, aż muszę zrobić sobie drinka.
- Oj, wielka ta twoja rozpacz, a wylane łzy przy niej można by już spokojnie w litrach liczyć - odpowiedziałam.
- Rozpacz rozpaczą i hotel hotelem, ale idealny, nierozmazany makijaż jest bezcenny nawet przy hotelu wartym miliony funtów. Poza tym staram się być silna i cały czas walczę ze łzami.
- Mhm, na pewno. Szoruj już po tę listę. Nie zamierzam tu spędzić całego dnia.
* * *
Zostałam sama z Liamem w hotelowej restauracji. Razem z tamtą dwójką, która postanowiła zafundować nam dzisiaj rozrywkę, wyszli również funkcjonariusze zajmujący się zabezpieczeniem miejsca zbrodni. W końcu mogłam zająć się swoją pracą. Choć wiedziałam, że już nie będzie tak zabawnie. Wzięłam do ręki aparat i zaczęłam robić kolejne zdjęcia zwłok, bo Liam nie za bardzo ufał technikom, a ja nie chciałam później słuchać jego narzekania.
- Rozmawiałeś już z laboratorium? - spytałam, przypominając sobie, że gdy schodziliśmy do tego pomieszczenia, Liam trzymał się z tyłu i rozmawiał przez telefon. - Chciałabym dostać wykaz zawartości żołądka obydwu ofiar. Niewykluczone, że te morderstwa mogą mieć ze sobą coś wspólnego.
- Jeszcze nie rozmawiałem z laboratorium. Zaraz to zrobię. Teraz zajmijmy się tym, co mamy tutaj.
- A co mamy?
- Liliana Edwards, dwadzieścia cztery lata, zadziwiające, ale nie jest Brytyjką. Pracowała jako prawniczka w kancelarii Edwards & Greenwood. Zanim raczyłaś się zjawić, zdążyłem szybko porozmawiać z recepcjonistą. Zameldowała się w hotelu wczoraj niedługo po tym mężczyźnie, który przytula się do podłogi kilka pięter wyżej.
- I w przeciwieństwie do tej tu ma jakieś ślady krwi. Co o nim wiemy?
- Lucas Brown, trzydzieści siedem lat, biznesman z Walii. Właśnie próbuję znaleźć jego żonę.
- Kiedy znaleźli tę kobietę? - spytałam, wskazując na ofiarę przy stole.
- Jakieś dziesięć minut przed tym, jak dostałaś cynk. Podobno zaczęła się krztusić w trakcie jedzenia.
- Niech technicy zabiorą do laboratorium to, co zostało na jej talerzu.
- I co jeszcze? - prychnął Liam.
- Czemu zawsze chcesz iść na łatwiznę i omijać być może istotny trop? Tak się składa, że tutaj jest to jedyny trop, bo nie mamy żadnej krwi.
- Dobrze, poinformuję techników - kiwnął głową.
Przez bar po lewej stronie pomieszczenia przemknął młody kelner, tłukąc przez przypadek szklankę. Razem z Liamem spojrzeliśmy na niego.
- Przepraszam... ja tylko... - zaczął się jąkać.
W tym samym momencie do pomieszczenia wpadła Rose, a za nią Justin.
- Tu jesteś, Charlie! - krzyknęła. - Gdzie moje martini?
- Już... chwila.
- A wy - odwróciła się w naszą stronę - nie straszcie mojego najlepszego barmana!
- Spokojnie, będą następni. Swoją drogą mogłabyś znaleźć kogoś w swojej kategorii wiekowej - stwierdziłam.
- No wiesz, nie wszystko od razu musi sprowadzać się do łóżka.
- W twoim przypadku można by polemizować.