Sesja - Sebastian Imielski

Kup ebooka

19.01 zł

-
Proszę czekać

Wyglądał jak uciekinier z piekła i nazywali go Dżingis. Geneza tej ksywki sięgała więziennej celi i musiała się wiązać z ponadnormatywnie skośnymi oczami. Trudno powiedzieć, czy azjatycki rys był wynikiem anatomicznej anomalii, konsekwencją przeniesionego DNA, czy też efektem wielokrotnego obicia twarzy, przez co opuchlizna i zniekształcenia pomieszane z naturalnymi rysami przywodziły na myśl mongolskie korzenie. W rzeczywistości nazywał się Adam Zawiślak, ale nikt tak się do niego nie zwracał.

Dżingis był zwalistym typem w trudnym do określenia wieku. Rozorana bruzdami kwadratowa twarz mogła skrywać w równym stopniu trzydziesto-, co pięćdziesięciolatka. Łysa głowa uwidaczniała bruzdę ciągnącą się od lewej brwi aż do środkowej części czaszki. Spod oczu łypały niewyraźne tatuaże, najpewniej element więziennego kodu. Wystarczyło natomiast jedno spojrzenie, by orzec, że dusza w nim umarła. Rozsiewał grozę swoim jestestwem, a ja wraz z Marysią w efekcie jakiejś niewypowiedzianej kary - wymierzonej przez los, zaświaty lub Boga - znaleźliśmy się w polu jego rażenia. Dzień, w którym Dżingis silnym kopnięciem wywalił furtkę przydomowego ogrodu, zmienił nasze życie. I jego.

Niedziela była słoneczna i parna. Czerwiec rozpieszczał nas od kilku dni. Ogródek pysznił się nowymi rabatkami dla begonii i azalii. Grządka przekopana wzdłuż płotu odgradzającego naszą działkę od sąsiada była moją dumą. Została przeznaczona dla róż i ozdobiona fikuśnym białym płotkiem wykonanym ze znalezionych na strychu desek. Minęły dwa lata od remontu, a ja nadal odnajdywałem w naszym domu skarby majsterkowicza, którym wcześniej nie byłem. Przeprowadzka wiele mnie nauczyła. Marysia była zachwycona ogrodem o powierzchni pięciu arów, gdzie moja babcia za życia uprawiała rośliny ozdobne i warzywa.

- Będziecie tu szczęśliwi - powiedziała na kilka dni przed wylewem, który ostatecznie zniszczył jej wątły, osiemdziesięciopięcioletni organizm. Była mądra i miała rację. Decyzja o przeprowadzce, kontrowersyjna przed trzema laty, okazała się zbawienna. Złe dni zostawiliśmy za sobą. Przynajmniej tak nam się wydawało.

Frugo szczekał zajadle. Robił tak, gdy się czegoś przestraszył, a jamniczy instynkt nakazywał przezwyciężyć obawę, by chronić stado przed zagrożeniem. Marysia przerwała wkopywanie kwiatów. Byliśmy w części ogrodu skrytej za domem, nie widzieliśmy więc, co takiego nasz bohaterski dwulatek próbuje zwalczyć. Iskierki niepewności rozświetliły się w jej oczach. Frugo na pewno mieścił się w pierwszej trójce istot, które kochała najbardziej. Osobiście liczyłem na numer jeden.

- Frugo! - zawołała.

- Pójdę, zobaczę. - Odłożyłem szpadel i ruszyłem w kierunku furtki.

Wychodząc zza domu, usłyszałem łomot silnego uderzenia w siatkę ogrodzeniową. Wtedy zaciekawienie przerodziło się w niepokój. Niedaleko ogrodzenia był parking. Mózg wykreował obraz cofającego samochodu, który przez nieuwagę kierowcy uderza w nasze ogrodzenie. Może to jakiś pijak, który nie panuje nad sobą, zaraz poprawi i uderzy w dom? Jezu, pies! Frugo ujadał coraz mocniej. Wyszedłem na otwartą przestrzeń i wtedy potężny bucior wypchnął furtkę z zawiasów. Frugo walecznie rzucił się na intruza. Na sekundę zastopował mnie paraliż. Arktyczny powiew ściął krew w żyłach. To była nierealna sytuacja. Piękny, leniwy dzień i nagle atak z centrum piekła. Jakby ktoś pod naszym domem uaktywnił portal i wyskoczył z niego diabeł. Frugo zaatakował nogawkę intruza. Ten widok mnie odblokował. Zerwałem się sprintem w ich kierunku. Za późno, kolejne kopnięcie dosięgło psa. Pisk był przerażający.

- ZAJEBIĘ WAS! - wrzasnął diabeł w moją stronę. - DOPIERDOLĘ WAS, KURWY JEBANE!

Wściekłość wynikająca z cierpienia psa zdominowała we mnie strach. Napastnik był głowę wyższy, ale chciałem go dopaść. Prawdopodobnie nie odczułby zanadto konsekwencji uderzenia, ale o tym nie zdołałem się przekonać, bowiem moje zaciśnięte pięści i energia wywołana wściekłością nie sięgnęły celu. Gdy byłem blisko, wielka łapa powaliła mnie na ziemię.

- Patryk!!!

Uderzył mnie otwartą dłonią w bark, a nie w twarz, tylko dlatego, że jakimś nadnaturalnym zrządzeniem losu w ostatniej chwili zdołałem schylić głowę, osłaniając ją wysuniętymi ramionami. Niemniej czułem się, jakby staranował mnie czołg. Marysia krzyczała. Próbowałem wstać, lecz bucior odciskający ślad na klatce piersiowej skutecznie przygwoździł mnie do ziemi. Żebra zaczynały trzeszczeć i z trudem łapałem oddech. Marysia wzywała pomocy.

- ZAMKNIJ RYJ, KURWO! - wypluł w kierunku mojej żony.

W rozpaczy, bezsilności i w stanie półprzytomności zdołałem spojrzeć na zniszczoną furtkę i kawałek ulicy. Po co? Wypatrywałem diabelskiego portalu i kolejnych piekielnych stworów? A może czekałem na ratunek? Cisza. Nikt się nie pojawił.

- TEN JEBANY KUNDEL ZNISZCZYŁ MI SAMOCHÓD! - ryczał dalej, choć leżałem pod jego butem, a Marysia klęczała, próbując mnie wyciągnąć. - ZAPŁACICIE MI ZA TO!

Byliśmy w szoku. Scena z najczarniejszego koszmaru. On ryczał, pies piszczał, Marysia podniosła się i coś krzyczała.

- NIE OBCHODZI MNIE TO, KURWO! - Pchnął ją tak, że upadła.

Usiłowałem się wydostać, ale przypominało to próby żółwia przewróconego złośliwie na grzbiet skorupy. Mogłem tylko machać rękami i nogami. Im mocniej próbowałem, tym nacisk na klatkę wzrastał.

- OLAŁ MI FELGI! ZA DZIESIĘĆ KOŁA! KURWA! ZAPŁACICIE MI ZA TO! JUTRO MA BYĆ KASA, PIERDOLONE JEBAŃCE! ROZUMIECIE?! ALBO WAS ZAJEBIĘ!

Zdjął nogę i splunął na mnie. Jak demon po dokonaniu dzieła zniszczenia. Przez chwilę dławiłem się nagłym dopływem powietrza. Marysia przytuliła mnie i płakała. Pies leżał w krzakach porzeczki i charczał. Intruz na odchodne kopnął w doniczkę z kwiatami, przez co pękła na pół, a begonie doleciały na wycieraczkę przed wejściem do domu.

Świat zalała cisza. Zlepiła się z upałem i zawisła nad nami nienaturalnie. Jakby coś z okolicy wyssało cały tlen.

***

Nie wiedzieliśmy kim był, czego chciał ani skąd się wziął. Opanowanie szoku zajęło nam kilka minut. Zdołałem się podnieść. Marysia klęczała nad Frugiem, który skomlał i cierpiał.

Weź się w garść, załomotało mi w głowie. Cokolwiek tu się stało, opanuj kryzys.

- Idę po kluczyki - powiedziałem, siląc się na stanowczy ton. - Jedziemy do weterynarza.

- Patryk... - W jej głosie były strach, dezorientacja, zagubienie. Te zapuchnięte, podkrążone oczy łamały mi serce. Nie obroniłem ich, myślałem. Powinienem stawić skuteczniejszy opór. Ale on był jak nie z tego świata.

- Spokojnie. Najpierw on. - Wskazałem psa.

- Nic ci nie jest? - spytała przez łzy.

- Dam radę. Jedziemy.

Ręce mi się trzęsły, ale zdołałem wyprowadzić auto z garażu. Uderzenie adrenaliny powoli odpuszczało, przez co ból w klatce piersiowej narastał. Boże, uratuj psa, modliłem się w duchu. Nie mieliśmy dzieci, choć od lat usilnie się o nie staraliśmy. Frugo ogniskował w sobie nasze rodzicielskie instynkty. Zwłaszcza Marysi, która w miarę zbliżania się do czterdziestki zaczynała godzić się z bezdzietnością.

Co on mówił? Że pies osikał mu felgi? Niemożliwe. Nie wypuszczaliśmy Fruga samopas poza teren ogrodu. Poza tym... jaki samochód? Skąd on się wziął?

Do lekarza dotarliśmy w milczeniu, jedynie przy akompaniamencie delikatnego skomlenia. Weterynarz znał nas i po uprzednim telefonie przyjął Frugo poza kolejką. Wykonał badanie USG i prześwietlenie. Zaaplikował kroplówkę ze środkiem przeciwbólowym i wzmacniającym. Na szczęście obyło się bez złamań, pęknięć i uszkodzeń narządów wewnętrznych. Pies był wystraszony i poobijany, lecz z dobrymi rokowaniami.

- Dam mu leki przeciwbólowe i uspokajające - powiedział weterynarz. - Obserwujcie go. Zwłaszcza odchody, czy nie ma w nich krwi. Gdyby zwracał pokarm albo zachowywał się nietypowo, przyjedźcie. Moim zdaniem jednak nic mu nie jest. Ktoś go kopnął?

Lekarz patrzał na nas z obawą. Musiałem wyglądać nieciekawie, podobnie Marysia.

- Jakiś sukinsyn włamał nam się do ogrodu - odparłem. - Pijany albo naćpany. Jedziemy to zgłosić na policję.

Dopiero w samochodzie napięcie puściło. Marysia rozpłakała się, tuląc Fruga do piersi. Pies ukrył za jej bluzką swój wydatny nos. Był zdezorientowany i otumaniony lekami. Narastała we mnie wściekłość. Niepohamowana przemoc wdarła się do naszego życia z siłą tornada, a my okazaliśmy się wobec niej bezbronni niczym lokatorzy budynku z kartonu.

- On przyjdzie po pieniądze - odezwała się Marysia. - Chce dziesięć tysięcy.

- Nie damy mu żadnych pieniędzy - odpowiedziałem bez zastanowienia. - Trzeba to zgłosić. Jak najszybciej.

- To pomoże?

- Maryś, ten typ włamał się na naszą posesję i napadł na nas. Nie wiem, jaka jest kwalifikacja, nie jestem prawnikiem, ale to na pewno przestępstwo. Policja musi go zgarnąć.

Nie oponowała. Ból w klatce piersiowej nieco zelżał. Starałem się swoją postawą choć odrobinę zwiększyć jej poczucie bezpieczeństwa, nie miałem jednak stuprocentowego przekonania, czy policja ochroni nas przed recydywą przemocy. Ale co innego mogliśmy zrobić?

***

Mieszkamy na gdańskiej Oruni, dzielnicy niecieszącej się dobrą renomą. Bezpieczeństwo od zawsze stanowiło tu towar deficytowy, choć obecnie i tak jest o niebo lepiej niż dwie, trzy dekady temu, gdy wpadałem odwiedzić babcię. Stare, zdezelowane kamienice opanowane przez patologię i pijaństwo - taka czarna legenda niosła się latami po całym Trójmieście. W części niestety uzasadniona. Babcia mieszkała na Oruni od powojnia, wrosła w klimat i ani myślała się stamtąd ruszyć. Dziadek w latach pięćdziesiątych wybudował dom na działce, którą otrzymał od Kolei w zamian za przeprowadzkę z południa kraju. Był maszynistą, a tych wtedy brakowało. Dzięki układom w swoim zakładzie udało mu się załatwić deficytowe wtedy materiały budowlane. Część pochodziła z powojennych rozbiórek. Tak powstał dom. Wychował się w nim mój ojciec z bratem. Spędzałem tam wakacje, miałem kolegów, czułem się bezpiecznie, jak swój. Po śmierci dziadka, pomimo namów rodziców i wujostwa, babcia nie chciała słyszeć o sprzedaży dobytku i przeprowadzce do centrum. Mówiła, że dom kiedyś będzie mój. Gdy zmarła, rodzina ojca nie robiła trudności spadkowych. Uważali budynek za ruinę i ewentualny problem. Stryj miał zresztą zobowiązania wobec ojca za pomoc finansową sprzed lat i nawet jakby rościł pretensje do spadku, nie wypadało mu ich artykułować. W taki sposób zostałem posiadaczem babcinego królestwa z przyległym terytorium.

Byliśmy siedem lat po ślubie. Marysia obawiała się remontu i przeprowadzki, głównie ze względu na złą sławę dzielnicy. Ale ja cisnąłem. Te opowieści to dawne czasy, przekonywałem. Tereny poddano częściowej rewitalizacji, pobudowano nowe bloki, sprowadzili się nowi ludzie. To normalne miejsce do mieszkania.

Podziałało. Sprzedaliśmy nasze małe mieszkanie na gdańskim Przymorzu, by pieniądze przeznaczyć na remont. Nie obyło się bez nerwów i stresów. Kosztorys został przekroczony, podobnie jak terminarz. Niemniej rezultat okazał się na tyle zadowalający, by przykryć niedociągnięcia.

- Pamiętasz, co mówiła babcia? - szeptałem Marysi do ucha pierwszej nocy pod nowym dachem. - Będziemy tu szczęśliwi.

- Szczęśliwi? Naprawdę? - uśmiechała się.

- To będzie ten pozytywny katalizator. Jak mówił lekarz. Zajdziesz w ciążę. Zobaczysz.

Rok później zdecydowaliśmy się na kupno Frugo.

***

Minęła siedemnasta, gdy dotarliśmy na komisariat. Ten, obejmujący zasięgiem naszą dzielnicę, mieścił się co prawda na Oruni, lecz Górnej, a to zupełnie inny świat. Oprócz wspólnego członu nazwy ze starą Orunią nie ma właściwie żadnych punktów wspólnych. Nawet nie jest specjalnie blisko. Znajduje się w nowej części Gdańska, która przylepiona do obwodnicy Trójmiasta, rozbudowuje się dynamicznie od początku lat dziewięćdziesiątych.

Dławiąc w sobie ogniska szoku i powstrzymując rozkwit traumy, pierwszy raz od lat z zazdrością spoglądaliśmy na obiecującą spokój i cywilizowane warunki nowoczesną zabudowę.

Po kwadransie do poczekalni przyszedł młody aspirant. Poprowadził nas przez ponury korytarz do jaśniejszego i dość przestronnego pomieszczenia. Policjant usiadł za jednym z dwóch biurek. Krzesło za drugim było puste. Zajęliśmy miejsca naprzeciw niego. Pozwolił nam wejść z Frugo, który po lekach spał na kolanach Marysi.

- Zgłaszają państwo rozbój i wtargnięcie - podsumował oświadczenie, które złożyliśmy w dyżurce. - Proszę opisać zdarzenie.

To mnie od razu zaniepokoiło. Na sympatycznym aspirancie to, co dla nas było relacją brutalnego horroru, nie zrobiło specjalnego wrażenia. Naszło mnie wtedy skojarzenie ze szpitalnym SOR-em. Ktoś pewien niechybnej śmierci zostaje wniesiony do izby przyjęć, gdzie napotka rezydenta po kilkunastogodzinnym dyżurze, który nie potrafiąc pohamować ziewania, robi wywiad, w przerwach popijając kawę i zagryzając kanapką.

Czyli traci pan przytomność i ma zawroty głowy, uaaaaaa, przepraszam. I krwawienie z uszu, nosa i odbytu? A gorączka jest?

Tak to wyglądało.

Kopnął w furtkę, tak? Rozumiem. Odepchnął panią, ale nie uderzył. Dobrze. Pana uderzył w ramię. Aha, i psa. Zażądał pieniędzy. Ile? Jak wyglądał? Zna go pan? Nie? A może mieliście zatargi? Spory? Nie? Ma pan obrażenia? Był pan w szpitalu? Rozumiem. Jeszcze kilka pytań...

Gdy wróciliśmy do samochodu, nie poczułem się bezpieczniej. Prawda uderzyła w nas z ponurą szczerością. Nikt nie przyśle pod nasz dom komandosów ani kawalerii. Nasza sprawa nie była wyjątkowa, ot, wypreparowaliśmy kolejne zgłoszenie w policyjnych statystykach. Pewnie zajmą się nim w przerwie pomiędzy rodzinnymi kłótniami, włamaniami czy rozbojami na mieście. Może byłoby inaczej, gdybyśmy od razu wezwali policję. Pokazali furtkę i miejsce, w którym stał diabeł. Może znalazłby się jakiś świadek? A tak funkcjonariusz mógł uznać, że skoro przedłożyliśmy wizytę u weterynarza ponad wezwanie policji, zdarzenie nie było takie groźne. Być może wyolbrzymione. Zaczynałem się zastanawiać, czy aby sobie nie zaszkodziliśmy.

***

Noc była parna i bezsenna. Tylko Frugo odpłynął. Wtulony w poduszkę Marysi, po kolejnej dawce leków pochrapywał, błąkając się po wymarzonym psim raju. Krążyłem po kuchni z kubkiem kawy w ręku. Marysia siedziała na krześle, wpatrując się tępo w blat stołu.

- Wróci - powiedziała. - To wariat. Kim on, do cholery, jest?

- Policja to ustali - zapewniłem bez przekonania. - Akurat ze zidentyfikowaniem takiego typa nie powinno być problemów.

W tym momencie dałem ujście napięciu.

- Do kurwy nędzy! - Walnąłem pięścią w szafkę. - Nie może być tak, że jakieś bydlę terroryzuje cię na twoim własnym terenie. Gdybyśmy nie zareagowali, mógłby poczuć się bezkarnie.

Na Marysi nie zrobiło to zbytniego wrażenia.

- O co chodziło z tymi pieniędzmi? Dlaczego my? Przecież Frugo nic mu nie zrobił.

- Nie wiem. - Też się nad tym zastanawiałem. - Może to po prostu przypadek. Wiadomo, że chodzi o wyłudzenie kasy, a nie żadne felgi. Wyglądał jak naćpany.

- Albo na dopalaczach.

Cisza, jaka zapadła po tych słowach, dręczyła bardziej niż awantura.

- Patryk... - Żona wyglądała na zdruzgotaną. - To miał być nowy początek. Mieliśmy zapomnieć.

Przytuliłem ją z czułością.

- Nie martw się - szepnąłem. - Nic nas nie zniszczy.

***

Nazajutrz okazało się, że bezczelny napad na nasz dom nie umknął uwadze sąsiadów. Byli równie jak my przerażeni rozwojem wypadków i na tyle sparaliżowani, by nie zareagować. Nikt nawet nie wezwał policji. Prawda o tej zmowie milczenia wypłynęła, gdy udałem się rankiem do osiedlowego sklepu. To był nasz rytuał. Pani Zosia o szóstej odbierała od dostawcy ciepłe pieczywo, a ja ustawiałem się zwykle po nie jako pierwszy. Do siódmej mieliśmy z Marysią czas na zjedzenie śniadania, potem odwoziłem ją na uniwersytet, sam zaś jechałem do stoczni "Remontowa", gdzie pracowałem.

Ten ranek był inny. Mina pani Zosi zdradzała podenerwowanie i strach. Nie trajkotała i nie żartowała. W ogóle się nie odzywała. Jakby ktoś trzymał ją na muszce.

- Wie pani, co się stało, prawda? - nie owijałem w bawełnę. Zmęczenie walczyło ze stresem o prymat nad organizmem.

Nie odpowiedziała.

- Kim on jest? Co to za człowiek?

W końcu przestała symulować porządkowanie półek i odwróciła się do mnie.

- Dżingis - powiedziała z takim wyrazem twarzy, jakby obwieszczała apokaliptyczną tragedię. - Właściwie Zawiślak. Adam. Sukinsyn jakich mało. Menda cholerna wyszła w zeszłym tygodniu z pierdla. Piętnaście lat gnój odsiedział. Nie myślałam, że go jeszcze żywego zobaczę.

Krew buzowała mi w żyłach. Jakby się gotowała. Stres zwyciężał i przejmował kontrolę.

- Za co siedział?

- Pobił kogoś na śmierć. - Puszka fasoli wypadła jej z rąk. Zamiast się po nią schylić, usiadła na krzesełku za ladą. - Dawno to było. Łaziła tu taka banda, okradali mieszkania i samochody. Nie zdziwiłabym się, gdyby inne rzeczy też mieli na koncie. Potem zaczęli się między sobą tłuc. Jak go zwinęli, to jeszcze starzy Zawiślakowie żyli i proszę mi wierzyć, szczęśliwszych ludzi po tym, jak zamknięto im syna, nie widziałam. Mieli z nim krzyż pański. Przejął pewnie teraz ich mieszkanie, bo więcej dzieci nie mieli.

- Gdzie?

- Na Kamiennej sześć.

Dokonałem szybkiej analizy. Dwie ulice od nas. Vis-a-vis ciągu domów jednorodzinnych znajdowały się stare kamienice. Ta, o której mówiła sklepowa, kryła się poza zasięgiem widoku z naszego okna, niemniej znajdowała się blisko. Wiem, bo do budynku przylepiony jest warsztat wulkanizacyjny, do którego jeżdżę na wymianę opon. Przy zakładzie jest duży szyld z adresem.

- Uważajcie. - Sklepowa jeszcze bardziej się zachmurzyła. - Wparował tu wczoraj, zabrał skrzynkę piwa i wyszedł. Jakby nigdy nic. Ale co zrobisz? - Rozłożyła bezradnie ręce. - Jak zawiadomię policję, to mi sklep spali, albo co gorszego. Jest podlejszy, niż był. Kiedyś przynajmniej bandziory nie tykały swoich.

- I naprawdę nikt nic nie zrobi? - spytałem.

- A co można zrobić? Wszyscy wiedzą, co się u was stało, ale są bezradni. On się nie boi policji. Chyba niczego się nie boi. Ludzie nie chcą się wychylać, by nie wziął ich na celownik.

Minął kwadrans po szóstej, a ja już miałem dość. Wyszedłem ze sklepu z siatką wypełnioną bułkami, na które straciłem apetyt. Zamiast iść prosto do domu, postanowiłem nadłożyć drogi i przejść trasą naokoło, obok Kamiennej sześć. Prawdopodobieństwo spotkania Dżingisa tak wcześnie oszacowałem na znikome, co nie zniwelowało strachu. Mimo wszystko ciągnęło mnie, by spojrzeć na norę, w której się zaszył. Kamienice na Kamiennej mają ze sto lat. Albo więcej. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych przeszły generalny remont, lecz świadczyły o nim już co najwyżej kawałki niezdartego jeszcze otynkowanego styropianu mającego ocieplać ściany. Po jaką cholerę go zerwano? Widocznie znaleźli dla niego lepsze zastosowanie. Trzy czteropiętrowe budynki przypominały opuszczone, dziewiętnastowieczne koszary. Każda z elewacji obdrapana, z wybitymi szybami w oknach piwnicznych straszącymi sponad poziomu chodnika, skąd powyrywano większość płyt. Duże, drewniane drzwi wejściowe stukały popychane porywami wiatru. Ze ścian gdzieniegdzie wyzierały surowe cegły. Zatrzymałem się przy numerze sześć, nieopodal wypłowiałego szyldu wulkanizatora. "Ozyrys". Co za idiotyczna nazwa dla tego typu działalności. Przyjeżdżając tam dwa razy do roku, zastanawiałem się, co wspólnego miał zdaniem właściciela egipski władca zaświatów z wymianą opon samochodowych? Nigdy go o to nie zapytałem.

Obejście budynku było paskudne. Trudno sobie wyobrazić, jak wygląda klatka schodowa. Nie ciągnęło mnie, by to sprawdzić. Przed budynkiem, na brukowanej drodze - która w normalnych warunkach byłaby interesującym elementem historycznej zabudowy, na Kamiennej zaś, niepełna i dziurawa, dopełniała obrazu dewastacji - stał rząd samochodów. Ukryłem się w cieniu rozłożystego drzewa. Stuningowane, sportowe BMW Coupé odznaczało się od reszty aut. Nie było nowe, co najmniej kilkunastoletnie. Promienie poranka tańczyły po błękitnym lakierze M3 i srebrnych, siedemnastocalowych aluminiowych felgach. Auto wyglądało na dobrze utrzymane.

To jego. Byłem pewien. Może zrobił sobie prezent z okazji wyjścia z paki? Albo ukradł? Jeśli tak, to raczej za granicą. Skąd pomysł, że Frugo obsikał mu felgi? Ktoś go na nas nasłał? Prawdopodobnie to najzwyklejsza próba wymuszenia pieniędzy, odpowiedziałem sobie. Byliśmy nowi, postanowił pokazać, kto tu rządzi, zastraszyć i okraść pod byle pretekstem.

Stałem tam kilka minut. Dlaczego to się dzieje? Nie potrafiłem zrozumieć. Przecież wszystko szło tak dobrze.

Ktoś wyszedł z budynku. Nie on. Kobieta zmierzała przed siebie chwiejnym krokiem. Podążałem jej śladem tylko do końca brukowanej ulicy. Potem skręciłem w stronę domu.

***

Dzień zapowiadał się na wyjątkowo ciężki. Zbliżał się termin odbioru holowników wybudowanych na zamówienie szwedzkiego armatora, w związku z czym w grafiku piętrzyły się spotkania i narady. Pracowałem na stanowisku specjalisty ds. kontroli jakości; każdy etap budowy, a szczególnie jej zakończenie stanowiło dla wszystkich ogromne wyzwanie. Błąd mógł oznaczać opóźnienie, a to z kolei kary wynikające z kontraktu.

O dziesiątej rozpoczęła się narada z technologiem i przedstawicielem Towarzystwa Klasyfikacyjnego. Czekały nas długie godziny pracy nad dokumentacją jednostek. Wobec wydarzeń poprzedniego dnia utrzymanie skupienia kosztowało mnie wiele sił.

W przerwie o trzynastej zauważyłem na wyświetlaczu smartfona cztery nieodebrane połączenia. Nie znałem tego numeru. Telemarketerzy nie dzwonią w krótkich odstępach czasu, pomyślałem. Wyszedłem na taras. Z trzeciego piętra rozciągał się imponujący widok na stocznię i część starego miasta. Oddzwoniłem.

- Aspirant Kamil Marciniak - usłyszałem w głośniku. Rozpoznałem policjanta z komisariatu w Oruni Górnej. - Zatrzymaliśmy podejrzanego o napaść na państwa. Moglibyście przyjechać na okazanie? To niezbędne.

- Kiedy? - spytałem, opanowując ekscytację i nadzieję.

- Jak najszybciej. Jeśli go rozpoznacie, będziemy mogli przekazać materiały prokuratorowi.

- I co wtedy?

- To już od niego zależy. Kluczowe jest okazanie.

Przeanalizowałem sytuację. Narada potrwa pewnie do siedemnastej. Może skończy się trochę wcześniej. Niemniej trafię na początek popołudniowego szczytu komunikacyjnego. Odbiór Marysi z uniwersytetu i droga do komisariatu zajmie pewnie z godzinę. Powiedziałem Marciniakowi, że przyjedziemy około osiemnastej.

Z jednej strony byłem mile zaskoczony szybkim działaniem policji, z drugiej ponowna konfrontacja wzmogła niepokój. Dżingis będzie wiedział, kto stoi po drugiej stronie lustra weneckiego. Podejrzewałem go o podłość i wyrachowanie, ale nie o głupotę.

Nigdy nie brałem udziału w podobnej procedurze. W swoim czterdziestoletnim życiu tylko raz byłem na komisariacie. Przed piętnastoma laty, gdy włamano się do mojego samochodu. Wynajmowałem wtedy mieszkanie w Bytomiu. Nie wiem, dlaczego złodziej połasił się akurat na wysłużonego opla. Rozwalił stacyjkę, próbując nieumiejętnie odpalić samochód. Prawdopodobnie został spłoszony. I nigdy nie namierzony.

Tym razem kaliber był nieporównywalnie cięższy. Staliśmy jak sparaliżowani w ciemnym pomieszczeniu, a po drugiej stronie szyby - pięciu mężczyzn. Trzech wysokich, dwóch nieco niższych. Obok nas aspirant, z którym rozmawiałem przez telefon.

- Rozpoznają państwo napastnika?

Nie mieliśmy wątpliwości. Dżingisa nie dało się z nikim innym pomylić. Posturą przypominał Borisa Karloffa w roli monstrum stworzonego przez doktora Frankensteina. Oczy zapadnięte i pokryte siną powłoką. Pod nimi niewyraźne tatuaże. Skupiony wzrok zdawał się przenikać przeszkodę. Zidentyfikowany agresor wyrażał w stosunku do nas bezgłośnie wiele okrutnych gróźb.

Kilka minut po okazaniu siedzieliśmy w tym samym pokoju na komisariacie, co dobę wcześniej.

- To recydywista - tłumaczył policjant. - Prokurator prawdopodobnie wystąpi o areszt. Trafi za kraty tak szybko, jak wyszedł. Nie ma się czym przejmować.

To dało nadzieję, choć nie wyciszyło obaw. System jednak działa? Poradziliśmy sobie z zagrożeniem? Może nas to wzmocni?

***

Tę noc przespaliśmy spokojniej. Frugo miał się nieźle i nie odstępował nas na krok. Gdyby nie odbiory w pracy i urlopy na uniwersytecie, wzięlibyśmy wolne. Niestety nasze wakacje miały rozpocząć się dopiero pod koniec lipca.

Moja żona pisała doktorat. Była starszym asystentem na wydziale chemii Uniwersytetu Gdańskiego i po obronie pracy mogłaby zostać adiunktem. Starała się, prowadziła zajęcia ze studentami i kierowała zespołem badawczym. Opublikowała kilka dobrze przyjętych artykułów. Byłem z niej dumny i trzymałem kciuki, choć o zmianach chemicznych w mózgu powodowanych przez substancje zawarte w lekach psychotropowych nie miałem pojęcia. Nieważne. Wszystko, byleby tylko była szczęśliwa.

Rankiem odbyłem rytualną wizytę w sklepie pani Zosi. Świeże bułki już na mnie czekały, zaś humor sklepowej okazał się diametralnie różny od stanu z dnia poprzedniego.

- Ale było, panie Patryku - wypaliła podekscytowana, jak tylko wszedłem. - Pojawili się wczoraj po ósmej. Trzy radiowozy, w tym taki duży. Wybiegłam ze sklepu i dobrze widziałam. Akcja jak z filmu. To byli chyba antyterroryści. Wielkie, zamaskowane i uzbrojone chłopy. Rach, ciach wyprowadzili Dżingisa skutego i wrzucili do samochodu. Dosłownie pięć minut i po krzyku. Dobrze gnojowi. Jego miejsce jest w pierdlu. I to do końca życia.

Gdy wracałem do domu, powietrze wydawało się lżejsze, bardziej przezroczyste i miękkie. Nie ciążyło w płucach i nie pozbawiało chęci życia. Przystanąłem, by wciągnąć kilka ożywczych haustów. Napełniałem się siłą i wolą walki.

- Nie trzeba było z nami zaczynać, skurwysynu - szepnąłem.

Dżingis może mieć kumpli, którzy się na was zemszczą.

Zignorowałem wredną przepowiednię podświadomości. Pokaz siły z pewnością utemperował krnąbrne charaktery. Nie wiem skąd, ale miałem przeświadczenie, że Dżingis jest sam. Był zbyt charakterystyczny, niebezpieczny i toksyczny, by wchodzić z nim w jakieś układy. Czy ktoś zaryzykowałby doświadczenie podobnej policyjnej akcji, by usatysfakcjonować zbira z Oruni? Nawet jeśli miał z nim jakieś konszachty? Wątpiłem w to szczerze. Skoro policja zaangażowała takie siły, musiała wiedzieć, że to niebezpieczny typ. Funkcjonariusze na komisariacie przekonali się o tym dopiero po przeanalizowaniu naszego zgłoszenia.

Odetchnąłem z ulgą, choć wiedziałem, że sprawa się dla nas jeszcze nie skończyła. Pewnie będziemy musieli złożyć zeznania w prokuraturze, a później przed sądem, ale byłem dobrej myśli. Ciepły czerwiec znów się do mnie uśmiechnął.

***

Spędzałem w pracy po dwanaście godzin, więc weekend przyjąłem z radością. Na szczęście dopinanie dokumentacji szwedzkich zamówień szło bez większych opóźnień. Pieniądze za nadgodziny planowałem przeznaczyć na wakacje, do których pozostał miesiąc. Wybieraliśmy się w góry. Trochę polskie, trochę słowackie. Zlokalizowałem kilka fajnych szlaków, gdzie moglibyśmy pójść z Frugo, więc zapowiadał się błogi, acz aktywny wypoczynek. Nie mogłem się doczekać.

Telefonu z komendy nie zapomnę nigdy. Było piątkowe popołudnie. Utknąłem w korku. Tym razem obyło się bez niecenzuralnego monologu wypowiedzianego do samego siebie w kabinie. Pozostawałem w dobrym nastroju, ponieważ w sobotę rano ruszaliśmy na Kaszuby. Kuzyn Marysi miał dom letni w Dziemianach nad jeziorem i od czasu do czasu użyczał go nam na weekendy. Karol był wziętym architektem i właścicielem sporego biura w Gdańsku. Często wyjeżdżał nadzorować realizację zaprojektowanych przez siebie inwestycji. Tym razem leciał do Brazylii. Międzynarodowa korporacja, z którą współpracował, stawiała w stolicy potężny gmach banku, miał więc co robić przez kolejne miesiące. Układ z domem letnim pasował obu stronom. My mogliśmy korzystać z komfortowych warunków wypoczynku, w zamian oferując pielęgnację trawnika, doglądanie bujnej roślinności i sprzątnięcie domu przed wyjazdem. Karol był kawalerem i obawiałem się, że przy jego trybie życia długo tak pozostanie. Lubiliśmy się, co owocowało zaufaniem.

Weekendowy plan runął w gruzach, gdy w sparowanych z telefonem głośnikach samochodowych wybrzmiał głos aspiranta Marciniaka.

- Zawiślak wyszedł - oznajmił, a ja dopiero po kilku sekundach skojarzyłem, że chodziło o Dżingisa.

- Co...? - zapowietrzyłem się i przez chwilę nie mogłem wydusić z siebie kolejnego słowa.

- Przykro mi, ale to decyzja prokuratury - kontynuował funkcjonariusz, nieumiejętnie maskując zdenerwowanie. Najgorsze, że wyczułem również bezradność. - Prokurator nie wystąpił o areszt, a o zabezpieczenie majątkowe. Sto tysięcy złotych. Sąd się zgodził.

- Dlaczego?

- Nie wiem. Naprawdę. Sprawa wydawała się oczywista. Trudno mi to wytłumaczyć.

- Czyli wyjdzie?

- Tak. Jeśli wpłaci pieniądze.

Serce waliło mi w klatce piersiowej jak oszalałe. Samochody za mną trąbiły, bo zatrzymałem się na środku drogi, przygnieciony złymi wiadomościami. Powietrze znów stało się ciężkie.

- Otrzyma zakaz zbliżania się do was. - Marciniak próbował pocieszać. - Jeśli go złamie, natychmiast to zgłaszajcie. Będzie trzymał się z daleka, bo drugi raz taki fuks go nie spotka.

Dżingis ma w dupie wasze zakazy! - wyłem bezgłośnie. To nie jest zwykły człowiek. O ile w ogóle jest człowiekiem.

Skończyłem rozmowę i zjechałem na najbliższy przystanek autobusowy. O co tu, do cholery, chodzi? Najpierw przybywają antyterroryści, by go aresztować, a parę dni później go wypuszczają? Nabuzowany pęczniejącym stresem zadzwoniłem do Antka Kosza ze stoczniowego działu prawnego. Znamy się od lat, bo przy realizacji kontraktów nasze drogi nieustannie się przecinają. Miał do czynienia z gdańską prokuraturą, gdy w ubiegłym roku z zakładu skradziono dwa drogie zestawy do okrętowej komunikacji radiowej. Współpraca była niezbędna, by uzyskać odszkodowanie z ubezpieczenia.

Kosz odebrał i przez kolejne minuty relacjonowałem mu swój problem.

- Może uda ci się dowiedzieć, dlaczego do wypuścili.

Zgodził się pomóc. Chyba wyczuł, że stanowi dla mnie ostatnią deskę ratunku.

Byłem totalnie rozbity. Nie wiedziałem, co robić. Powiadomić Marysię? Minęła siedemnasta. Powinna już być...

Zadzwonił telefon. O ile rozmowa z Marciniakiem metaforycznie ścięła mnie z nóg, to połączenie od żony rozpruło mnie na części.

- Nie ma Frugo!!! - krzyczała w panice. - Ktoś wyłamał drzwi od strony ogrodu i zabrał psa! Jezu!!!

***

Tuliłem żonę w ramionach, by choć na chwilę ulżyć rozpaczy. Obydwoje ją odczuwaliśmy. Zaraz po przyjeździe obszedłem dom. Szyba na tyłach była stłuczona. Włamywacz wszedł do środka bez większych trudności. Mieliśmy standardowe zabezpieczenia. We wnętrzu nie było niczego godnego uwagi dla szanującego się złodzieja. Kto mógł przewidzieć próbę porwania psa?

Dżingis, to jego robota. Nie zapomniał nam wezwania policji. Zemści się.

- Jak mogli go wypuścić? - Złość Marysi mieszała się z frustracją i bezsilnością. - Dlaczego w tym kraju nikt nie broni zwykłych ludzi? Co teraz? Patryk? Co my teraz zrobimy?

Rozważałem wezwanie policji albo od razu poinformowanie o wszystkim Marciniaka, zrezygnowałem jednak. Skoro nie mógł nic zrobić w sprawie rozboju, to zadziała po zgłoszeniu zniknięcia psa? Wolne żarty. Zabranie Frugo to nie wszystko. Dżingis będzie się tym chełpił i dręczył nas. Na pewno w jakiś sposób się skontaktuje. Trzeba czekać.

Minęły trzy długie godziny. Wieczór był parny. Powietrze nabuzowane złą energią lepiło się do ciała. O wpół do dziewiątej rozległ się dzwonek do drzwi. Marysia uniosła wzrok z przerażeniem. Moje serce przebiła igła, pompując weń otępiającą dawkę strachu. Siedzieliśmy tak przez kilka sekund, aż wykorzystując zakamuflowane pokłady energii, zdołałem wstać i podejść do drzwi.

Co jeśli mnie uderzy? Znokautuje i zrobi krzywdę Marysi?

Cofnąłem się do kuchni, by zabrać z szafki nóż do filetowania. Niewielki, zgrabny, cholernie ostry.

Nie dam się. Choćbym miał go zachlastać.

Drzwi nie miały judasza, ale wyjrzałem przez okno. Stał tam chłopiec. Na oko dziesięcioletni. Utrzymując koncentrację, otworzyłem drzwi. Dzieciak wydawał się zlękniony. Od razu wyciągnął ku mnie dłoń.

- Taki pan kazał mi to przynieść. - W dłoni ściskał zwiniętą kartkę.

Ukryłem nóż za plecami. Na zewnątrz nie dostrzegłem niczego niezwykłego. Przejechały dwa samochody, jacyś ludzie szli chodnikiem po drugiej stronie ulicy. Rowerzysta zatrzymał się kilkanaście metrów od naszego domu, wyjął komórkę i rozpoczął rozmowę.

- Jaki pan? - spytałem.

- Taki jeden. - Chłopiec wyraźnie chciał jak najszybciej wywiązać się z wyznaczonego zadania. Został przekupiony lub zastraszony.

- Duży, wysoki?

Przytaknął i mocniej wysunął w moim kierunku kartkę. Przejąłem ją wolną ręką. Dzieciak odwrócił się i zaczął biec. Pomknął wzdłuż chodnika w kierunku bloków. Cofnąłem się przez próg i zamknąłem drzwi. Omal nie krzyknąłem na widok stojącej za mną Marysi z tasakiem. Obydwoje odłożyliśmy ostre narzędzia na półkę.

- Co to?

Skąd mogłem wiedzieć? Rozwinąłem kartkę i przeczytałem na głos instrukcję napisaną koślawym, rozwleczonym pismem:

- O dwudziestej drugiej przy garażu siedemnaście na Ceglanej.

***

- Nie pójdziesz tam.

Zegar wskazywał dwudziestą pierwszą. Siedziałem na kanapie. Marysia krążyła po salonie, jakby miało to pomóc w znalezieniu rozwiązania.

- On tego chce. To pułapka - powtórzyła.

Oczywiście, pomyślałem. Inaczej nie przysyłałby posłańca. Zastawił sidła, bo wie, że w nie wleziemy.

- Ma psa - przypomniałem jej. - Skrzywdzi go, jak nie pójdę.

- Ja pójdę - oznajmiła. - Kobiecie nic nie zrobi.

- Tak? Nie pamiętasz, co było w ogrodzie?

Zadzwoniła komórka. O tej porze, w tych okolicznościach i stanie ducha, wiadomości mogły być złe, albo bardzo złe. To był Antek Kosz.

- Rozmawiałem z kumplem ze studiów - powiedział, gdy odebrałem. - Pracuje w prokuraturze okręgowej. Z tym Zawiślakiem to dziwna sprawa. Decyzja o cofnięciu wniosku o areszt przyszła z góry. Prawdopodobnie jest ważnym świadkiem w jakiejś sprawie. Mówi się, że siedział z ludźmi od Duszy, a to szef mocnej ekipy rozprowadzającej narkotyki. Według kumpla Zawiślak, w zamian za wcześniejsze wyjście, mógł zgodzić się być wtyką prokuratury i jeszcze w więzieniu zbierał materiały na bandę Duszy. Wyszedł, narozrabiał i teraz prokurator się boi, że jak go znów wsadzą, to z zeznań nici, a jest mocnym świadkiem oskarżenia. Proces ma się zacząć we wrześniu.

- Chcesz powiedzieć, że ten zbir znajduje się pod ochroną prokuratury?

- Patryk, nie wiem dokładnie, ale tak to wygląda. Posadzenie gangu Duszy to duża sprawa. Wywinduje wiele karier.

I zniszczy sporo niewinnych istnień, dopowiedziałem sobie po zakończeniu rozmowy. Byliśmy zdani na siebie. Przynajmniej w tym aspekcie nie było wątpliwości.

Marysia nie chciała puścić mnie samego, a ja jej, więc ruszyliśmy wspólnie w paszczę lwa. Dżingis był spryciarzem. Nie jestem pewien, jak to prawnie wyglądało, ale prawdopodobnie, przychodząc do garażu, nie narażaliśmy go na zarzut złamania zakazu zbliżania się.

O dwudziestej drugiej szarówka celebrowała jeden z najdłuższych dni w roku.

- Czekaj. - Przystanąłem. Znajdowaliśmy się w połowie drogi na Kamienną. Garaże mieściły się dwie brukowane uliczki za jaskinią Dżingisa.

- Co? - Marysia znajdowała się na skraju wytrzymałości. Szarość jej twarzy mogła być wynikiem namnażającego się lęku lub odbicia poświaty gasnącego dnia. To nie miało znaczenia. Obydwoje byliśmy wykończeni.

- To bez sensu byśmy szli razem. - Starałem się być przekonujący. - Jeśli nas uwięzi, nikt się o tym nie dowie.

- Nie puszczę cię samego.

- Włożę do kieszeni telefon. Połączymy się, zanim tam pójdę, i będziesz wszystko słyszała. Jakby się coś działo, dzwoń na policję.

- Patryk...

- To najlepsze rozwiązanie. Zróbmy tak.

Wyjęła z kieszeni smartfona. Ręce się jej trzęsły. Zadzwoniła do mnie, odebrałem i wsadziłem swój aparat do kieszeni, tak że dolna część z mikrofonem wystawała ponad materiał spodni. Pocałowałem ją w usta i wskazałem pobliską wiatę śmietnikową.

- Stań tam.

Najdelikatniej jak mogłem, wyswobodziłem dłoń z jej uścisku i odprowadziłem wzrokiem do punktu obserwacyjnego. Potem ruszyłem na spotkanie z czystym złem.

***

Siedemnastka znajdowała się w drugim rzędzie ciągu garaży. Zepchnięta na tył, osłonięta od ulicy i wścibskich spojrzeń, stanowiła idealną norę dla agresywnego szczura. Szedłem wzdłuż jednej z kamienic niczym skazaniec zmierzający na stracenie. Szafot, gilotyna, a może pluton egzekucyjny? Wspomniane śmierci można przynajmniej uznać za honorowe, mnie mogło spotkać proste ostrze wbite pod żebra.

Nie ściąga cię tam, by zabić - głos rozsądku zdołał przebić się przez zasłonę mroku. Chce cię nastraszyć i pewnie wymusić okup za psa. Nie trać koncentracji.

Zapadający mrok miejscowo rozganiała blada poświata latarni. Była tylko jedna, ustawiona kilkanaście metrów od pierwszego z garaży i skupiała światło na wejściu do budynku. Z otwartego okna wydobywał się ryk muzyki. Dorównywały mu ludzkie wrzaski, jakby kogoś żywcem rozcinali. Egzaltacja rozkręcającej się imprezy raniła uszy. Przyspieszyłem, by uniknąć spotkania z podpitymi mieszkańcami. Nie bywałem w tym miejscu i pewnie dlatego istnienie innego świata zaledwie kilkaset metrów od naszego domu okazało się szokujące. Kolejny raz pomyślałem o portalu z piekieł i natychmiast zbeształem się za to w myślach. Projekcja takich głupot na chwilę przed konfrontacją tylko mnie osłabiała. Minąłem bliższy rząd garaży i skręciłem na jego tyły. W uszach wybrzmiewało dudnienie wzmożonego przepływu krwi. Wewnętrzna pompa osiągała kres możliwości. Zaczerpnąłem głęboko powietrza. Omdlenie było ostatnią rzeczą, jaka powinna mnie w tym momencie spotkać.

Pomiędzy pierwszym a drugim rzędem garaży znajdowała się przestrzeń wyłożona płytami chodnikowymi. Stałem przy numerze jedenaście. Przeszedłem ostrożnie kilka kroków. Trzynastka, czternastka, potem garaż bez numeru i podobnie następny. Siedemnastka. Zatrzymałem się. Był zamknięty na kłódkę. Pociągnąłem za nią przypuszczając, że może nie być zatrzaśnięta. Ale była. Odwróciłem się. Pusto. Żywej duszy. Dżingis postanowił z nas zadrwić? Wystraszyć, bez narażania się na konsekwencje? A może to nie on przysłał kartkę? Może dzieciakowi się pomyliło, przytakiwał na moje pytania, by móc jak najszybciej się zmyć? Ktoś jeszcze z nami pogrywał? Poczułem ulgę, lecz natychmiast przypomniałem sobie o psie.

- Halo... - wydałem z siebie niepewny odgłos. - Otrzymałem wiadomość.

Nic. Cisza. Z odległego planu dochodziła agresywna muzyka i coraz dziksze wrzaski. Ale to było poza mikrokosmosem garażu numer siedemnaście. Tu aura zła oblepiała każdy kawałek ciała. Była jak magma wypełniająca powoli przestrzeń.

- Przyszedłem, bo wysłałeś wiadomość. - Moje słowa pływały w gęstym powietrzu i zostawały przezeń przetrawione.

Po dziesięciu minutach wycofałem się. To bez sensu. Po co miałby z nami tak pogrywać? Chyba że z czysto sadystycznych pobudek.

Wyszedłem na brukowaną ulicę. Cofnąłem się poza zasięg latarni, gdy dwaj pijani mężczyźni wytoczyli się z kamienicy. Bełkocząc coś do siebie, ruszyli w głąb mroku.

Wydobyłem z kieszeni telefon.

- Maryś, słyszysz mnie?

Żadnej odpowiedzi. Poczułem krople zimnego potu. Powtórzyłem.

- Maryś...?

Przytłoczyła mnie najgorsza z możliwych ewentualności. Garaż był podpuchą. Dżingis wywabił mnie, by bezkarnie dopaść Marysię. A ja zostawiłem ją samą. Boże, co ja zrobiłem?

Wpadłem w panikę, a ta zawsze jest złym doradcą. Pobiegłem w kierunku wiaty śmietnikowej, przy której się rozdzieliliśmy.

- Maryś!

Nikogo tam nie było.

- Maryś!

Chciałem wyć z rozpaczy.

- Czego się wydzierasz? - Wyszła z ciemnego zaułka.

Natychmiast ją przytuliłem.

- Dzięki Bogu! - Ulga była nieprawdopodobna.

- Telefon się rozłączył - powiedziała zdezorientowana. - Co się stało?

- Nic - odparłem, dysząc ciężko.

Sprawdziłem aparat. Musiał się rozłączyć wciśnięty w kieszeń, a ja, idiota, nawet nie spojrzałem na ekran.

- Jak to nic? - dociekała zdziwiona.

- Nie było go tam. Stałem, czekałem, nic. Zadrwił z nas.

- A Frugo?

Nie miałem pojęcia.

- Wracamy do domu - zdecydowałem. - Przeanalizujemy sytuację i zastanowimy się, co zrobić. Najwyżej pójdę do niego.

- Do mieszkania?

- No.

Wyobrażenie sobie tego przerastało jej siły. Wracaliśmy przytłoczeni i rozbici. Magma spod garażu siedemnaście ciągnęła się za nami, jakby rzeczywiście wypłynęła z jakiejś czarnej, piekielnej otchłani. Zasysane powietrze paliło gardło. Wkrótce wszystko miało się zmienić.

***

Zbliżała się dwudziesta trzecia. Wstawiłem wodę na kawę. Drżałem. Z jednej strony schodziło ze mnie nieprawdopodobne napięcie, z drugiej martwiłem się o Frugo. Szaleliśmy za tym psiakiem. Właściwie duża część naszego życia była mu podporządkowana. Marysia zaraz po pracy wracała do domu, by wyprowadzić go na spacer. Ja robiłem to rano. Wieczorem chodziliśmy wspólnie. Nie wyjeżdżaliśmy nigdzie daleko, bo pies słabo znosił wycieczki samochodowe, a oddanie go komuś pod opiekę nie wchodziło w rachubę. Nie szczędziliśmy na dobrą karmę i weterynarza. Był członkiem rodziny z wszelkimi wynikającymi z tego prawami. A teraz został porwany. I to przez najbardziej odrażającego typa, jakiego w życiu spotkałem.

Zalałem filiżanki wrzątkiem i postawiłem kawę przed żoną.

- Trzeba to zgłosić na policję - oznajmiłem zdecydowanie. - Wiedzą, gdzie on mieszka. Niech coś zrobią.

Marysia siedziała wciśnięta w kuchenny narożnik. Nie ruszyła kawy. Łzy ciekły jej z oczu strumieniem. Wycierała je, na przemian pociągając nosem. Uczucie bezradności było najgorsze.

- To nic nie da - mówiła cicho. - Co oni mogą zrobić? Psa będą szukać? Zresztą nie ma dowodów, że to jego sprawka.

- A włamanie?

- Nic nie zginęło. Pewnie zasugerują, że sami przez przypadek zbiliśmy szybę, a pies uciekł. Nawet świstek, który nam przysłał, w niczym nie pomoże.

Pomimo wszystko chciałem to zgłosić. Wcześniej był rozbój, teraz włamanie, nie mogą machnąć na to ręką. Przez Marysię przemawiały frustracja i zwątpienie. Emocje dobijały nas oboje, ja jednak powinienem być bardziej racjonalnym elementem tandemu. Usiadłem obok żony i objąłem ją.

- Sprowadzę Frugo z powrotem. - Starałem się, by mój głos wybrzmiał przekonująco. - Przetrwajmy tę noc. Jutro poruszymy niebo i ziemię. Nawet jakbym musiał pójść do tego zbira i go zatłuc.

- Przestań - zaniepokoiła się tym pomysłem. - To jest twój plan? Raczej potrzebujemy lepszego.

- Weź prysznic - zaproponowałem. - Odśwież się. Spróbujmy przespać kilka godzin. Może rankiem coś nam przyjdzie do głowy.

Pocałowała mnie, podniosła się i ruszyła w stronę łazienki.

Obietnicę łatwo złożyć, pomyślałem zasępiony. Za kilka godzin trzeba będzie się z niej wywiązać. Pójdę do niego i co? Zażądam zwrotu psa? Jeśli go porwał, to na pewno nie trzyma w domu. Jeszcze mnie oskarży o prześladowanie, lub napaść, i ośmieszy przed policją. Może o to chodzi? Chce zrobić z nas nawiedzonych, niepoważnych wariatów. Przez moment zaświtała mi w głowie jeszcze jedna myśl: może to nie on porwał Frugo?

Pogrążony w rozmyślaniach dopijałem kawę, gdy ciszę rozdarł krzyk. Paraliżujący. Nie byłem pewien, czy to głos Marysi. Napięcie, które przez ostatnie minuty powoli zaczęło ze mnie schodzić, odbiło natychmiast, osiągając maksymalne stany. Wylałem kawę na blat. Nawet nie wiem, jak do tego doszło. Jakby na chwilę kierownik obsługi mózgu odciął mi zasilanie i podłączył z powrotem, gdy znajdowałem się już niemal przy drzwiach łazienki, dobiegając tam dzięki podładowanym wewnętrznym akumulatorom.

Wpadłem do środka. Marysia leżała na podłodze twarzą do kafelków. Zawodziła głośno. Przestrzeń wypełniał szum wody lejącej się z kranu umywalki. Tę surrealistyczną scenę dopełniała muzyka płynąca z telefonu leżącego na koszu na bieliznę. Wybrzmiewał głos Celine Dion. Muzyka plus wieczorna toaleta, moja żona uwielbiała ten rytuał. Byłem pewien, że doznała jakiegoś ataku. Udar? Wylew? Zawał? Ukląkłem przy niej i wtedy to dostrzegłem. Zastygłem, czując tężejącą w żyłach krew.

Drzwi kabiny prysznicowej były rozsunięte. Frugo wisiał na sznurku przytwierdzonym do deszczownicy. Pętla zaciskała się wokół wątłej szyi na tyle mocno, by uwypuklić martwe oczy i poczerniały język. Wątle ciałko kołysało się jak wahadło starego zegara. Nie mogłem nabrać powietrza. Dusiłem się. Wyczołgałem się stamtąd i zwymiotowałem. Niekontrolowane spazmy pozbawiły mnie sił. Zniszczył nas, pomyślałem. Od początku tak to zaplanował.

***

Stało się coś, czego pragnąłem uniknąć. Wkraczaliśmy do czarnego tunelu z pełną świadomością faktu, że zawrócenie z tej drogi to ekstremalnie trudne zadanie.

Marysia siedziała w fotelu w salonie. Otumaniona, jakby nieobecna. Po pierwszym szoku natychmiast wyprowadziłem ją z łazienki. Dygotała, pomimo iż okryłem ją kocem.

- Odetnij go, odetnij go, proszę - powtarzała nieustannie.

Spełniłem jej oczekiwanie i owinąłem zwłoki psa w ręcznik kąpielowy. Czułem się odrealniony, jakby teleportowano mnie z innego świata. Skąd się bierze taka brutalność? Skąd się bierze takie zło?

Wróciłem do niej.

- Maryś...

- MIAŁEŚ GO UWOLNIĆ!!! - wybuchła. W jej oczach tlił się obłęd. - OBIECAŁEŚ!!! KURWA, TYLKO OBIECUJESZ!!!

Zerwała się z fotela, by po chwili zniknąć w sypialni. Stałem oniemiały. Miała rację. Po cholerę składałem obietnice bez pokrycia? I to w czasie, gdy Frugo już dyndał w kabinie prysznica. Cisza, jaka zapadła, anihilowała wszystkie dobre rzeczy, jakie wydarzyły się w tym domu na przestrzeni ostatnich lat. Pozostała pustka. Jej sojusz z ciszą przez kolejne godziny wysysał ze mnie życie. Myślałem o tym, co było, i o tym, co miało nadejść. W jaki sposób dotarliśmy w to miejsce? Dlaczego nie mogło być po prostu dobrze? Dlaczego nie mogłem już cieszyć się zniewalającym uśmiechem Marysi, który tak zauroczył mnie przed dwunastoma laty? Nie potrafiłem oprzeć się rozpaczy.

Poznaliśmy się w Zakopanem podczas majówkowego pobytu. Byłem świeżo po zakończonym nieco toksycznym związku, a wynajęty apartament z widokiem na Giewont stanowił spadek po tej znajomości. Skoro nie mogłem wycofać zadatku, postanowiłem wyjechać, odpocząć i wyciszyć się. W tamtym czasie pracowałem jako młodszy technolog w Domexie, firmie z Bełchatowa produkującej materiały budowlane. Na Śląsk wyjechałem trzy lata wcześniej za byłą dziewczyną i po zerwaniu nie wiedziałem do końca, co ze sobą zrobić.

Maj był ładny, widoki przepiękne, brakowało jedynie towarzystwa. Zajmowałem kwaterę w pensjonacie "Na Giewont", który oferował gościom nie tylko piękne widoki, ale i wysoki standard. To właśnie tam, w kawiarnio-restauracji na podziemnym poziomie poznałem Marysię. I ona celebrowała rozstanie (Przypadek? A może znak?), choć jej były narzeczony miał większe problemy z przyjęciem tego faktu do wiadomości niż moja eks. Marysia była rozedrgana i wystraszona. Przez pierwsze dwa dni nasz kontakt ograniczał się do "dzień dobry" przy śniadaniu i "dobry wieczór" przy kolacji. Później nawiązaliśmy rozmowę i zaiskrzyło. To był piękny tydzień, początek wielkiej miłości. Dla niej rzuciłem posadę w Domexie i wróciłem do Trójmiasta. Poradziliśmy sobie z namolnym narzeczonym i zaczęliśmy żyć tylko dla siebie.

Zanim znalazłem stabilizację w stoczni, zaliczyłem kilka niezbyt udanych epizodów w różnych firmach. W międzyczasie się pobraliśmy. Było nam ze sobą dobrze. Aż do tego dnia. Zawiodłem ją i siebie. Nie ochroniłem nas.

Spędziłem tę noc na kanapie w salonie. Zasypiałem na kilka minut, by budzić się i odkrywać na nowo, że to, co zastaję, to nie kontynuacja sennego koszmaru, a rzeczywistość. Po jednym z takich przebudzeń zobaczyłem Marysię. Stała nade mną. Zerknąłem na ścienny zegar. Minęła siódma. Usiadłem zdziwiony. Moja żona była ubrana w jedną ze swoich codziennych kreacji. Pełny, choć dyskretny makijaż maskował opuchnięte oczy i zwiastował rychłe wyjście z domu. Dokąd? Była sobota.

- Słuchaj... - zacząłem.

Pocałowała mnie w usta. Namiętnie. Tak jak zawsze. Odsunąłem się zdezorientowany. Wyglądała dobrze. Prostota ubioru podkreślała jej atrakcyjność. Na nogach miała buty, które kupiłem jej na urodziny.

- Zapomnij o policji - rzekła. - Nic nie rób. Aż wrócę.

- Dokąd idziesz?

- Wrócę, to wszystko ci wyjaśnię.

- Maryś... co ty chcesz zrobić?

- Spokojnie. - Odgarnęła mi grzywkę z czoła. - Wszystko przemyślałam. Zemścimy się za Frugo.

- Jak?

Uśmiechnęła się, a ja przestraszyłem się tego uśmiechu

- Usmażymy gnojowi mózg.

***

Padało. Pierwszy raz od kilku dni łzy nieba okazały się na tyle obfite, że zalały centrum miasta. W lokalnym radiu co parę minut pojawiały się ostrzegawcze komunikaty i relacje z wodnej pułapki, w jaką wpadli kierowcy w sobotnie przedpołudnie. Marysi nie było już od czterech godzin.

Zastanawiałem się nad tym, co robi Dżingis. Świętuje? Pławi się w mocy i poczuciu dobrze wykonanej zemsty? Obawiałem się, że nie zadowoli się zabiciem psa. To mógł być pierwszy akord. Czuje się bezkarny, bo chroniony. Co, do cholery, wymyśliła moja żona?

Martwy Frugo leżał w przedpokoju owinięty w ręcznik. Przygotowywałem się psychicznie, by zabrać jego ciałko do krematorium dla zwierząt, które znajdowało się przy schronisku w Gdańsku. Na szczęście pracowali w sobotę. Za niemałą dopłatą można było po wszystkim odebrać urnę z prochami zwierzaka. Dzięki kilku stówkom wciśniętym do ręki obsłudze udało się sprawę załatwić szybko.

Gdy wróciłem do domu, Marysia na mnie czekała. Smutek, jaki uwidocznił się na jej twarzy, gdy postawiłem urnę na blacie, kłuł w serce. Zadecydowaliśmy, że pojemnik ze szczątkami przyjaciela zakopiemy w ogródku. Byliśmy przybici, jednocześnie zdawaliśmy sobie sprawę, że tylko wspólnie przez to przejdziemy.

Frugo spoczął w miejscu zarezerwowanym na wiśnię. Pojemnik zakopałem na tyle głęboko, by można było nad nim umiejscowić sadzonkę. Drzewo zawsze będzie nam przypominać wesołego, rozbrykanego psiaka. Spojrzałem na żonę. Znałem ją, wiedziałem, że zrobiła coś, co sprawi, iż nie tylko psiaka będziemy wspominać.

Był wieczór. Siedzieliśmy w salonie. Rolety zostały spuszczone, wnętrze ogarniał półmrok. Marysia położyła przede mną walizeczkę i otworzyła ją. W środku znajdowało się urządzenie, na pierwszy rzut oka przypominające pistolet. Jednak nim nie było. Rękojeść i spust wyglądały klasycznie, w miejscu lufy znajdowało się rozbudowane zgrubienie. Jakby na zwieńczeniu dołączono pudełko z dwoma zamaskowanymi wylotami. Domyślałem się, co to jest.

- Paralizator - potwierdziła moje przypuszczenie. - Syn koleżanki ma sklep z militariami. Handluje głównie przez internet. Kupiłam to od niego. Powiedziałam, że nachodzi nas sąsiad pijak i że się boimy. Podobno jest bardzo skuteczny i nie potrzeba na niego pozwolenia. Wystrzeliwuje naraz dwie elektrody i powala napastnika.

Wyciągnąłem paralizator z walizeczki. Był leciutki i dobrze wpasowywał się w dłoń.

- Najlepiej używać z odległości do pięciu metrów - tłumaczyła, obserwując moje zainteresowanie.

- Powali go i co dalej? - spytałem.

- To właśnie chcę z tobą omówić. Na razie będzie służył do samoobrony. Gdyby zabicie Frugo mu nie wystarczyło.

Siedzieliśmy w ciszy przez dłuższy czas.

- Jesteś pewna?

- Tak - odparła bez zastanowienia.

Ułożenie szkieletu planu zajęło nam całą noc. Rano rytualnie odwiedziłem spożywczak pani Zosi. Była zdruzgotana.

- Wypuścili gnoja. - Złapała się za głowę. - Przecież to przekracza wszelkie granice. Teraz będzie nas terroryzował i się mścił. To temat dla mediów. Trzeba nastraszyć polityków, oni się jedynie publicznego smrodu obawiają. Inaczej nikt nic nie zrobi.

- Spokojnie, pani Zosiu. - Uśmiechnąłem się do niej. - Jestem przekonany, że Dżingis nie będzie nikogo z nas niepokoił.

***

Kolejne trzy tygodnie minęły jak w zaczarowanym śnie. Praca pochłaniała mnie maksymalnie, wyrabiałem nadgodziny, których nikt latem nie chciał brać, i sporo zyskałem w oczach dyrektora. Procedury zostały dotrzymane, podobnie jak terminy. Jakościowo zapunktowaliśmy u armatora, który swoje zadowolenie wyrażał niejednokrotnie zarówno oficjalnie, jak i na wydanym przez dyrekcję stoczni bankiecie. Wszyscy w firmie liczyli zatem na kolejne zlecenia.

Nie zagłębiałem się w rozważania, dlaczego po śmierci Frugo zamiast popadać w depresyjne zwątpienie, odczuwałem eksplozję witalności. Niczym po chemicznym doładowaniu.

Żyliśmy planem zemsty, który każdego dnia krystalizował się w coraz bardziej szczegółową opowieść. Marysia wracała z pracy i poświęcaliśmy temu kilka godzin. Później pochłaniał nas seks. Dzikszy niż zazwyczaj. Żądza fizycznego zbliżenia ustępowała tylko pragnieniu rozprawy z Dżingisem. Ciemna strona ludzkiej egzystencji napędzała moją żonę równie efektywnie jak mnie. Co najciekawsze, strach minął. Gdyby Dżingis pojawił się na naszym progu, obezwładniłbym go nową bronią bez chwili zastanowienia. Chciałem, by to nastąpiło, lecz nasz prześladowca zapadł się pod ziemię. Zorientował się, że przesadził? Może prokurator uprzedził go, że umowa ma ograniczenia i pewnych rzeczy nie zaakceptują? Pani Zosia miała rację: politycy i podlegli im urzędnicy boją się medialnego smrodu, a z tej sprawy swąd mógłby być wyjątkowo odrzucający.

Na początku sierpnia wiśnia pokazała pierwsze nowe listki. Marysia uroniła łzę.

- Frugo się do nas uśmiecha.

Na moment wstrząsnął mną dreszcz. Po chwili przykryło go ciepło wspomnień.

- Zawsze będzie z nami - powiedziałem.

Wczasy w górach straciły rację bytu. Szczegółowo rozpisany plan nie uwzględniał wyjazdów. Z jednym wyjątkiem. By do niego doszło, musiałem poznać Dżingisa. Wiedzieć, co i kiedy robi. Gdzie chodzi, o której wraca do domu, z kim się spotyka. Ciężkie zadanie dla gościa od papierków, testów wytrzymałościowych stali i elektroniki okrętowej. Przez kolejne dni miałem być niewidoczny, widząc jednocześnie jak najwięcej.

Wynająłem małego dostawczaka. Długo szukałem egzemplarza, który nie rzucałby się w oczy. W końcu na stronie internetowej wypożyczalni z Redy znalazłem piętnastoletniego volkswagena caddy. Miał dwulitrowy diesel i dwieście osiemdziesiąt tysięcy kilometrów na liczniku. Idealny. Szczególnie zależało mi na ergonomii. Samochód miał miejsca dla dwóch osób i mieścił w przestrzeni bagażowej europaletę. To mi wystarczało. Wynająłem też drugie, tym razem mniejsze auto. Gdy podpisywałem umowę na dwa tygodnie, gość w wypożyczalni dał mi spory rabat.

Aura się do mnie uśmiechnęła i zesłała obfite opady. Przejechałem kilkanaście kilometrów raz jednym, raz drugim samochodem, głównie bocznymi, zwykle kiepsko utwardzonymi drogami, by podeszczowe błoto zostawiło ślady na ich karoseriach. Brudne będę mniej widoczne w szarobrunatnym otoczeniu budynków na Kamiennej.

Pozostała jeszcze klatka schodowa. Musiałem naocznie przekonać się o rozkładzie parteru. Wszedłem tam pewnego środowego wieczoru, podtrzymywany na duchu mocą paralizatora ukrytego w kaburze za paskiem spodni. Drzwi wejściowe zaskrzypiały. Zdziwił mnie chłód i zapach wilgoci. Modliłem się, by nikogo nie spotkać. Naprzeciw wejścia zastałem niewielki przedsionek i schody na górę. Po prawej stronie znajdowały się drzwi. Sprawdziłem, były otwarte, i prowadziły do piwnicy. Pomiędzy nimi a schodami umiejscowiono mroczny korytarz. Nacisnąłem włącznik. Światło nie działało. Z drugiej strony dochodził jednak wątły blask kończącego się dnia. Zrobiłem kilka kroków, aż dotarłem do tylnego wejścia. Wiodło na podwórko za budynkiem. Wyjrzałem. Były tam dwa na wpół rozebrane samochody, trzepak i coś, co chyba kiedyś było huśtawką. Kawałek dalej, przymocowane do słupków, wisiały linki na pranie. Upewniwszy się, że nikogo tam nie ma, obszedłem budynek. Wzdłuż bocznej ściany biegła ścieżka łącząca brukowaną ulicę od frontu z zapleczem. Wycofałem się. Byłem przygotowany. Marysia również. Plan wszedł w etap realizacji.

***

Dżingis mieszkał na drugim piętrze. Okna jego lokum, te wychodzące na Kamienną - które okazały się oknami kuchennymi - nie były niczym zakryte. Z jakichś względów nie uznawał firan, zasłon ani rolet. Może na wypadek kolejnego najazdu antyterrorystów chciał mieć otwartą, niczym niezmąconą panoramę na podwórze? Czymkolwiek było to spowodowane, dawało szansę zajrzenia w głąb jego nory. Pod warunkiem, że uda się ustanowić punkt obserwacyjny znajdujący się na jej poziomie, a tego dokonać mogłem jedynie z bliźniaczej kamienicy naprzeciwko.

Postanowiłem iść na żywioł. Nie miałem pojęcia, kto tam mieszka. Może zwykli ludzie, a może patologia? Ta druga grupa zapewne znajdowała się w mniejszości, ale jej siła oddziaływania w obrębie ulicy rzucała cień na ogół. Była sobota. Założyłem luźną marynarkę, która pozwoliła na ukrycie kabury z paralizatorem, zawiesiłem na ramieniu torbę i ruszyłem do akcji.

Przyspieszone bicie serca i wzmożony oddech były niczym w porównaniu do stanu paniki, jaki osiągnąłem parę tygodni temu, idąc do garażu siedemnaście. Wyrzuty z tamtego dnia nadal mi doskwierały. Skurwysyn zagrał z nami jak z dziećmi. Wywabił nas z domu, by się do niego włamać i zainscenizować koszmarne widowisko. Miałem nadzieję, że Frugo nie cierpiał. Złość wyssała ze mnie strach, zastępując go motywacją rewanżu. Mąciła go jedynie nuta niepewności. Od tamtego czasu Dżingis nie wykonał żadnego ruchu. Atak wystarczająco go zaspokoił? Może spodziewał się odwetu? Umysł szybko rozwiał tę obawę. Jesteście dla niego nikim, twierdził wewnętrzny analityk. Załatwił was, splunął i wyparł z pamięci.

To zapewnienie mi wystarczało.

Po klatce schodowej rozchodziła się nieprzyjemna woń. Daleka od smrodu, jednak drażniąca. Ktoś coś gotował. Kapustę? Wnętrze budynku było zdewastowane. Ściany wokół schodów pokryte wulgarnym graffiti, brudne okna praktycznie nie przepuszczały dziennego światła. Panował półmrok. Zza drzwi na pierwszym piętrze dochodziła głośna muzyka. Raper wystrzeliwał wokół bluzgi z prędkością karabinu automatycznego. Na każdym z poziomów znajdowały się wejścia do czterech mieszkań. Satysfakcjonujące mnie okno powinno mieścić się pod siedemnastką. Nie zastanawiając się długo, nacisnąłem dzwonek. Brzęczenie wypełniło przestrzeń. Kilka chwil później drzwi otworzyła kobieta. Zmusiłem się do uśmiechu.

- Słucham? - Miała około sześćdziesięciu lat. Długie, siwe włosy spływały jej na ramiona i częściowo czoło. Z wnętrza mieszkania wypłynął zapach pieczonego ciasta, mocno gryzący się z wonią kapusty.

- Dzień dobry - rzekłem, poprawiając okulary na nosie. Nie potrzebowałem ich, lecz dodawały mi powagi. - Adam Malinowski z firmy Domator.

- Jakiej?

- Domator - powtórzyłem, szczerząc się dalej. Wskazałem na zawieszony na szyi identyfikator ze zdjęciem. Był oczywistym picem, przyłożyłem się jednak, by wyglądał profesjonalnie. Uznałem, że nikt nie będzie wnikać w jego autentyczność. A jeśli nawet ktoś chciałby zweryfikować moją tożsamość, to w sobotę biuro było nieczynne. W najgorszym razie podziękowałbym i odszedł. - Zarządzamy budynkiem na zlecenie wspólnoty mieszkaniowej.

W jej oczach pojawiła się obawa.

- Mówiłam przecież, że zapłacę zaległości. - Była zdenerwowana. W tle dostrzegłem małą dziewczynkę. - W przyszłym miesiącu dostanę premię. Nie możecie poczekać?

- Bardzo dobrze. - Chciałem wzbudzić jej zaufanie. - Ale chodzi o coś innego, choć sprawy mogą się łączyć. Mogę wejść?

Kobieta spoglądała na mnie, wyraźnie bijąc się z myślami. Jej wzrok błądził pomiędzy moją twarzą a identyfikatorem. W końcu rozwarła szerzej drzwi. Znałem ją z widzenia. Bywała w sklepie pani Zosi. Liczyłem, że mnie nie rozpozna. Od momentu ustalenia planu ogoliłem na krótko włosy i zapuściłem brodę. Do tego te okulary. Nie ujawniałem się w nowym imagu w okolicy, małe szanse, by mnie kojarzyła.

- O co chodzi?

Staliśmy w przedpokoju. Wyciągnąłem z torby kamerę wifi.

- Dokonujemy pomiarów zanieczyszczenia powietrza. - Uniosłem urządzenie do poziomu jej wzroku. - To kamera na podczerwień. Wykrywa szkodliwe substancje w powietrzu. Sadzę, pyły, nawet mikrodrobiny plastiku. Dzięki unijnym funduszom wykryjemy zagrożenie i możemy poprawić jakość powietrza w mieście.

- Tak? - Nie byłem pewien, czy rozumie, o czym mówię.

- Chodzi o to, by wyraziła pani zgodę na czasową instalację tego urządzenia na pani oknie. Tydzień wystarczy. Uczestnicy naszego programu mogą liczyć na zniżki w czynszu.

Kłamstwo było podłe, ale zasadniczo nieszkodliwe. Gdyby zgodziła się na montaż, nigdy więcej już by mnie nie zobaczyła, a wspólnota dziwiłaby się, czemu służyła ta maskarada. Kamerka miała rozmiary paczki papierosów. Wyposażono ją w przylepiec pozwalający na stabilne przytwierdzenie do szyby. Miała też wbudowany moduł karty SIM, a z tym dostęp do internetu. Zdobycie anonimowej karty okazało się problemem pozornym. W sieci można kupić czeską kartę prepaid z pokaźnym pakietem internetu. U naszych południowych sąsiadów nie ma obowiązku rejestracji. Dzięki temu rozwiązaniu mógłbym odbierać obraz na dowolnym urządzeniu podłączonym do sieci.

Kobieta przetwarzała moją propozycję.

- Jak wysoką obniżkę?

- Ustalamy to indywidualnie. Zależy nam na pomiarach w tej okolicy, więc kwota może być spora. Zawnioskuję o maksymalną.

- I nic mi nie będziecie tu niszczyć?

- Absolutnie. Tylko przytwierdzę kamerę. Sprzęt kalibrujemy zdalnie. Podobnie zbieramy dane. Proszę tylko o dyskrecję. Nie chcemy, by ktoś, kto nielegalnie podtruwa okolicę, wyłączył się na czas pomiaru.

- Dobrze - westchnęła. - Zgadzam się.

- Świetnie.

Podałem jej prosty formularz do wypełnienia. Brak papierologii mógłby wzbudzić podejrzenia. Montaż był banalny. Przylepiec kamery przylgnął do szyby. Na szczęście okno osadzono w murze dość głęboko, dzięki czemu urządzenie było osłonięte od wiatru i deszczu. Najważniejsze, że wycelowane idealnie w okno mieszkania Dżingisa.

Podobne rozwiązania zastosowałem w samochodach. Volkswagena zaparkowałem kilkanaście metrów od wejścia do kamienicy. Tę przestrzeń obserwowałem dzięki kamerce zakamuflowanej na przedniej szybie, która obejmowała również zaparkowane niedaleko BMW. Pewnej nocy z sercem na ramieniu podkradłem się do fury Dżingisa i zamontowałem lokalizator GPS na przednim lewym nadkolu.

Tylna kamera w caddy obejmowała część ulicy, którą nasz prześladowca mógł iść, wychodząc z domu lub do niego wracając. Przeciwległy teren zabezpieczała aparatura zainstalowana w drugim z wypożyczonych aut, czyli fiacie tipo. Kamera za tylną szybą łapała między innymi nasz dom. Widziałbym, gdyby wyszedł od siebie i podążał nam na spotkanie.

Mam cię na smyczy, śmieciu, I już cię z niej nie spuszczę.

***

Księżyc nadzorca łypał na mnie zza okna. Był ogromny, napuszony mocą swojego blasku, i ciekawy. Mieliśmy układ. Odsłoniłem okna, wpuszczając go do pokoju, w zamian otrzymałem naturalne, mistyczne światło. Marysia spała. Noc spędzałem w specjalnie zaaranżowanym kąciku w salonie. W rogu przy ścianie ustawiłem biurko, a na nim dziewiętnastocalowy monitor podłączony do laptopa. Zacumowałem tam, ogniskując uwagę równo na wyświetlanych obrazach i owadziej symfonii dobiegającej z ogrodu. Wtórowały temu delikatne powiewy świeżego powietrza.

Ekran został podzielony na sześć części. Pięć stanowiły podglądy widoku z kamer, jedna to mapka z umiejscowieniem obiektu monitorowanego przez GPS. Gdybym mógł zainstalować sprzęt u niego w domu... Nierealne pragnienie. Zdrowy rozsądek nakazywał ograniczać ryzyko, a takim byłaby próba włamania. Nie miałem zresztą umiejętności, by tego dokonać.

Kamera na oknie mieszkania kobiety z zaległościami czynszowymi wścibiała swe oko do kuchni Dżingisa. Ten odwiedzał ją sporadycznie. O dziesiątej wieczór zrobił sobie kanapkę i zapił ją piwem. Przed północą wchłonął jeszcze jedną. Potem kolejnych kilka piw. W pewnym momencie podszedł do okna i wyjrzał na podwórze. W maksymalnym zbliżeniu widziałem martwe oczy. Na kilka sekund uniósł wzrok i miałem wrażenie, że na mnie spogląda. Niczym nadnaturalny stwór, który rozgryzł zasadzkę. Natychmiast poczułem na karku setki igiełek przebijających skórę. Moja zadziorność gdzieś prysła. Groza przejęła kontrolę nad ciałem. Na kilka chwil. Odpuściła dopiero, gdy zgasił światło. Byłem na siebie wściekły za tę słabość. Gdybym tylko mógł zajrzeć do niego z drugiej strony budynku. Ale tam znajdowały się parking, garaże i niska zabudowa. W tym przypadku opatrzność uchroniła go przed wścibskimi spojrzeniami.

Pierwsze godziny obserwacji spędził w domu. Oprogramowanie kamery alarmowało brzęczeniem, gdy w mieszkaniu Dżingisa włączono światło. Wybudzałem się wtedy z płytkiego snu. Jego kuchnia miała drzwi. W obecnych czasach rzadkie rozwiązanie, ale kiedyś normalka. Kilka razy ich nie zamknął, mogłem więc przeniknąć wzrokiem kamery do przedpokoju. Niewiele to dało, poza wydedukowaniem, że jest sam.

Około trzeciej zdołałem przezwyciężyć znużenie. Podwójna kawa i słodka bułka zrobiły swoje. W jego mieszkaniu nic się nie działo. Było ciemno. Żadnego ruchu. Przeciągnąłem się na obrotowym krześle, po czym odszukałem na pulpicie ekranu ikonkę prowadzącą do mojego ulubionego podcastu internetowego - "Światy nie z tego świata". Dwie dziewczyny ciekawie opowiadały o różnych niesamowitych wydarzeniach, czasem możliwych, często trudnych do wytłumaczenia. Coś w stylu współczesnego "Z Archiwum X". Przyjemne do posłuchania w wolnej chwili, by oderwać się od rzeczywistości. Tematem tej nocy było wydarzenie astronomiczne zwane Wschodem Heliakalnym Oriona. Nie znałem się na gwiazdach, ale słuchałem z zaciekawieniem.

- To wydarzenie kształtowało niegdyś życie całego starożytnego Egiptu - tłumaczyła Goja. - Zapowiadało wylewy Nilu i początek nowego roku.

- Ale czym było? - Zona miała wyższy, nieco piskliwy głos. - Wytłumaczmy, na czym polega ten astronomiczny fenomen.

- To moment, gdy gwiazdozbiór Oriona, a dokładniej jego najjaśniejsze gwiazdy, Betelgeza i Rigel, po raz pierwszy pojawiają się na niebie tuż przed wschodem Słońca, po okresie niewidoczności, czyli po tak zwanej koniunkcji ze Słońcem - mówiła współprowadząca. - Symbolicznie utożsamiano Oriona z Ozyrysem, bogiem śmierci, odrodzenia i zaświatów. Trzy główne piramidy w Gizie, Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa, według Hipotezy Oriona odpowiadają trzem gwiazdom z pasa Oriona, Alnitak, Alnilam, Mintaka. Układ piramid idealnie odzwierciedla układ tych gwiazd z około dziesięć tysiąc pięćsetnego roku przed naszą erą, czyli momentu mitologicznego "czasu początków".

- Czad. I wy nadal uważacie, że piramidy wybudowali Egipcjanie?

W tym momencie wybrzmiał nieprzyjemny brzęczek znamionujący dezaprobatę.

- Mam nadzieję, że nasi słuchacze się z tego fałszu wyleczyli. A teraz najciekawsze. - Goja klasnęła w ręce. - Wiecie, że w dniu wschodu Oriona odwala psycholom?

- Jak to?

- Amerykański dziennikarz Ron Anerman w swojej książce "Przywołani przez Oriona" ujawnił kilkunastu seryjnych morderców, którzy uaktywniali się w czasie wschodu heliakalnego. Podobno piramidy emitują wtedy niesamowitą i niezbadaną energię, na którą niektórzy są bardziej podatni niż inni.

- Uważajcie... - Zona przybrała nienaturalnie niski ton głosu. - To już niedługo.

Spasowałem. Słuchanie o psychopatach nie było tym, czego potrzebowałem, czatując na jednego z nich. Dziewczyny daleko tej nocy poszybowały. Jedno mnie zaciekawiło: Ozyrys. Nazwa egipskiego boga wypłynęła drugi raz na przestrzeni ostatnich godzin. Ciekawy zbieg okoliczności.

Dżingis wyszedł z domu dopiero o dziesiątej rano. Wcześniej pochłonął kolejną kanapkę. Zszedł na dół i wsiadł do BMW. Auto najpierw zawróciło spokojnie, by po kilku chwilach przyspieszyć i zniknąć. Ruszyłem jego śladem, nie mając zamiaru się ścigać. GPS pokazał punkty, które odwiedził. Centrum handlowe, McDonald's, trzy godziny w warsztacie samochodowym. Obserwowałem go z drugiej strony ulicy. Rozmawiał z jakimiś ludźmi. Potem mechanik majstrował pod maską BMW. Może to ściema? - pomyślałem. Działają razem, coś ustalają, a dla niepoznaki gość gmera przy silniku. Dżingis wrócił do domu o siedemnastej. Wniósł na górę dwie obszerne torby z zakupami i do rana nie wyściubił nosa ze swej nory.

Dni nie różniły się od siebie. Dżingis okazał się domatorem. Wyskakiwał jedynie na dwie, trzy godziny dziennie po zakupy, ewentualnie odbywał jakieś spotkania. Przeważnie w popularnych restauracjach fastfoodowych. Jakby przy okazji chciał nażreć się za wszystkie lata w więzieniu. Wyglądało to na zwykłe kumpelskie schadzki. Śmiali się, żarli i znowu śmiali. Pewnie odnawiał dawne znajomości. Po co? Planuje coś? Gryzło się to z informacją o współpracy z prokuraturą. Skoro donosił na niebezpiecznych gangsterów, powinien się raczej bać i ukrywać, zamiast brylować na mieście. Dlaczego nie ochraniała go policja?

Przełom nastąpił dziesiątej doby obserwacji. Wyszedł z domu o dwudziestej. Było ciepło. Trójmiasto przeżywało najazd turystów i buzowało wakacyjną podnietą. Jechałem za nim, zachowując duży odstęp. Dżingis prowadził uważnie, nie łamał przepisów. Do czwartej nad ranem odwiedził większość klubów i dyskotek w Gdańsku, a nie wyglądał na imprezowicza. Obserwowałem go przez lornetkę. W kilku przypadkach witał się z ochroniarzem i wchodził do środka. Na Elektryków, na terenie dawnej stoczni, gdzie mieści się cała masa klubów i dyskotek, spędził trzy godziny. Co on robi? Nie potrafiłem tego rozgryźć. Rozwozi coś? Narkotyki? Robi za dilera? Może kuriera? W dwóch przypadkach wydawało mi się, że widzę go w obecności mężczyzn, z którymi spotykał się za dnia. Do domu wrócił przed piątą. Wysiadł z samochodu i zatoczył się do klatki schodowej. Musiał się doprawić w samochodzie, gdy wracał. Luzik po robocie, pomyślałem, gdy nagle zwymiotował przed klatką. Pan życia, który może wszystko. I z nikim się nie liczy.

Nocny schemat powtórzył się w sobotę i niedzielę, a dzienny w całym kolejnym tygodniu. Uznałem, że spotkania na mieście to nie pogaduchy ze starymi kumplami, a rekrutacja. Dżingis potrzebował do czegoś ludzi. Handel narkotykami wydawał się najbardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem. Weekend też wyglądał tak samo. Upewniłem się co do tego, że wybranych gości wprowadza do dyskotek. Nad ranem wracał do domu. Za każdym razem wstawiony. Alkohol w tętnicach nie pozwalał potężnemu cielsku na spokojny marsz z samochodu do klatki schodowej. Byłem wykończony zarwaną nocą, ale uśmiechnąłem się w duchu. Tu będzie odpowiedni moment, zdecydowałem. Lepszego nie znajdę.

***

- Karol udostępnił nam dom - Marysia relacjonowała rozmowę z kuzynem podczas krojenia kapusty. Zapowiedziała pyszną zupę z warzyw z naszego ogródka. Był środowy wieczór. Drugi tydzień mojego trzytygodniowego urlopu. - Możemy to zrobić w sobotę - dodała, unosząc bezwiednie nóż.

Data była dobra. Nic nie stało na przeszkodzie, by to wtedy zrealizować. Dopóki Dżingis nie zmieni planu tygodnia.

- Załatwiłaś? - spytałem.

- Tak.

- I nie powiesz co?

- Jeszcze nie.

Nie chciała obarczać mnie wiedzą, która mogłaby wzbudzić wątpliwości. "Usmażymy gnojowi mózg" - jej słowa kotłowały się w mojej głowie pomiędzy wizjami furii Dżingisa.

- Kiedyś będziesz musiała - powiedziałem.

- Wiem - odparła. - I to nastąpi szybciej, niż myślisz.

Dni mijały niczym odciśnięte od szablonu. Nakręcałem się każdej godziny. Potrzebowałem, by adrenalina przykryła strach. Zbliżał się czas, gdy stanę z Dżingisem twarzą w twarz. Ja, facet pospolitej postury i średniego wzrostu, którego ostatnim razem diabeł zmiótł na ziemię jednym machnięciem ręką. Tym razem nie mogę zadrżeć, dopingowałem się. Drugi raz nie zawiodę. Przed domem wybrzmiał klakson. Spojrzałem przez okno.

- Kurier.

***

Był piątek. Siedzieliśmy przed monitorem. Nabuzowani i gotowi do działania, choć od rozpoczęcia akcji dzieliły nas godziny. Dżingis miotał się po kuchni. Jadł, pił, wydawał się zdenerwowany.

- Normalnie też tak się zachowuje?

- Podobnie - odpowiedziałem, choć to nie była prawda. Coś się wydarzyło? Nie dostrzegłem żadnych symptomów podczas dziennej obserwacji. Był w restauracji, potem w Galerii Handlowej "Madison". Wrócił do domu o siedemnastej. Nic się nie wydarzyło. Jakieś ruchy z prokuraturą? Zawodowiec zapewne miałby na podsłuchu jego telefon, ale my byliśmy zwykłymi amatorami z przedmieść.

Może to nic takiego, może wariujemy?

Wyszedł z domu o dwudziestej drugiej. Nie jechaliśmy za nim. Uznałem, że wystarczy podgląd GPS. Ważne, by postępował zgodnie ze swoim harmonogramem.

Do prawdziwej akcji ruszyliśmy o trzeciej nad ranem. Szarówka powoli wypychała mrok. Dżingis był na Elektryków. Z mojego doświadczenia wynikało, że dalej już nie pojedzie i za około godzinę, może półtorej wróci do domu.

Zaparkowałem bliżej niż zazwyczaj. Plan zakładał obezwładnienie Dżingisa paralizatorem na klatce schodowej kamienicy, zapakowanie go do samochodu i wywiezienie. Miałem czekać ukryty za niedomkniętymi drzwiami piwnicy i zaatakować, gdy zacznie wtaczać się po schodach na górę.

- Nie denerwuj się. - Marysia położyła rękę na moim kolanie. Podrygiwałem nim bezwiednie przez ostatnie minuty.

- Jest dobrze - zapewniłem.

O czwartej piętnaście lokalizator wskazał powracający samochód. Sprawdziliśmy komunikację. Nałożyłem na ucho słuchawkę i połączyłem się telefonicznie z Marysią. Wysiadłem.

- Słyszysz?

- Tak - odpowiedziałem dyskretnie.

Wszedłem na klatkę schodową. Serce waliło mi w piersi z prędkością pochłaniającą oddech. Drzwi do piwnicy były otwarte, wsunąłem się w ciemną przestrzeń. Odpiąłem kaburę. Paralizator sprawdzałem wielokrotnie. Dwie wystrzelone elektrody powinny skutecznie go powalić. Następnie plan przewidywał wstrzyknięcie mu w udo specyfiku dostarczonego przez Marysię.

- Dobrałam dawkę, która odłączy go na kilka godzin - tłumaczyła.

Ufałem jej wiedzy chemicznej, tak jak ona mojemu rozeznaniu. Namacałem pojemniczek z gazem pieprzowym wciśnięty w tylną kieszeń spodni. Ubezpieczenie na wypadek, gdyby pierwotny plan się załamał.

Nie załamie się, powtarzałem w myślach.

- Jest na Trakcie Świętego Wojciecha.

Powinien być na miejscu za kilka minut, oszacowałem w myślach, z trudem opanowując napięcie.

Trwaliśmy w ciszy. Słyszałem jej oddech. Pośród woni wilgoci naszła mnie nagła refleksja: - Co my robimy? I równie szybkie otrzeźwienie: Od tego szaleństwa nie ma odwrotu.

***

BMW podjechało pod kamienicę dziesięć minut później.

- Jest.

- Uważaj - ostrzegłem Marysię. - Nie wychylaj się.

Przyciemniane szyby w volkswagenie powinny chronić ją przed dostrzeżeniem, ale i tak się obawiałem.

- Wysiada.

Ślina ugrzęzła mi w przełyku. Czułem adrenalinę buzującą w żyłach. Podobnie jak kropelki potu spływające z czoła i pleców. W tym momencie przypomniałem sobie o wypychającej kieszeń kominiarce. Idiota. Omal o niej zapomniałem. Natychmiast nasunąłem okrycie maskujące na głowę. Mój organizm był jak elektrownia z blokiem energetycznym rozkręconym do granic wytrzymałości. Chciałem wiedzieć, w jakim stanie przyjechał Dżingis i ruszyć do działania. Ale tego, co usłyszałem, nie spodziewałem się.

- Jest z jakąś kobietą.

Zmienił przyzwyczajenia? Nim zdążyłem przetrawić tę informację, rozległ się łomot drzwi uderzających o ścianę. Potem śmiech. Kobiecy. Dżingis coś sapał. Zrozumiałem tylko:

- Dawaj, kurwa.

Nie wchodzili na górę. Zacisnąłem dłoń na rękojeści paralizatora. Oby nie wpadli na pomysł zejścia do piwnicy. Ale Dżingis z kobietą pozostali na parterze. Z głośnego sapania i pojękiwań wywnioskowałem, że uprawiają seks. Prostytutka? Raczej mało prawdopodobne, by zwykła kobieta, nawet wstawiona i zaprawiona w imprezowaniu, dała się z własnej woli zaprowadzić do podobnej nory z kimś takim jak Dżingis. Spojrzenie na jego twarz powinno uruchomić w każdym, świadomym mózgu syreny alarmowe.

Sapanie trwało krótko. Zwieńczył je gardłowy odgłos ulgi. Kobieta pisnęła, Dżingis się roześmiał.

- Patryk? - zaniepokojony głos wybrzmiał w słuchawce.

- Ciii - szepnąłem, bojąc się powiedzieć cokolwiek głośniej.

Przez chwilę nic się nie działo.

- Spierdalaj - rzucił Dżingis.

- Pa.

Ktoś otworzył drzwi.

- Kobieta wychodzi.

Przełamałem się. Jeśli coś miało z tego być, należało to zrobić teraz. Odkładanie tylko skomplikuje sprawę. Będą następne dziewczyny, potem kumple. Dżingis okrzepnie i przestanie być outsiderem. Uchyliłem drzwi piwnicy, tworząc szparę. Stał tyłem do mnie i dyszał, opierając się ręką o barierkę. Weekendowe balangi z prostytutkami, alkoholem i zapewne narkotykami odbijały się nawet na nim. Rachuba przeprowadzona na podstawie słów pani Zosi dawała wynik przekraczający pięćdziesiąt. Dżingis nie był młodzieniaszkiem, a ja stałem kilka metrów od niego, w momencie gdy był najsłabszy. Zassałem wilgotne powietrze w płuca. Zobrazowałem Frugo. Wesoły jamnik skakał za piłką po świeżo skoszonej trawie. Na kolejnym kadrze dyndał powieszony na sznurze w łazience. Zapłacisz za to, skurwysynu.

Drzwi skrzypnęły, gdy je rozwarłem. Dżingis odwrócił się z nadzwyczajnym refleksem. Spodziewałem się otępiałej postaci ze spowolnionymi ruchami. Zamiast tego trupie oczy przepalały mnie na wylot. Dopadłby mnie, gdyby nie spodnie, których nie naciągnął do końca na tyłek. Dzięki temu zdołałem wyprzedzić jego ruch. Elektrody trafiły w klatkę piersiową, bez problemu przebijając koszulkę. Nim runął na ziemię, zdołał posłać mi przyrzeczenie śmierci. Leżąc, wierzgnął kilka razy. W tym czasie wbiłem mu igłę w udo i wpompowałem kilkadziesiąt mililitrów substancji Marysi. Wierzgnął jeszcze raz i odpłynął.

- Mam go - powiedziałem triumfalnie. - Leży załatwiony.

- Ona nadal tu stoi - usłyszałem. - Musimy poczekać.

Wytężyłem maksimum sił, by przepchać ciało po betonowej wylewce. Dżingis ważył na oko sto dwadzieścia kilogramów. Może więcej. Złapałem go za kostki i wciągnąłem do korytarza pomiędzy schodami a piwnicą. Dyszałem przy tym jak po przerzuceniu tony węgla.

- Jest jeszcze? - wysapałem.

- Tak.

Usiadłem obok bezwładnego ciała. Śmierdziało moczem. Zwieracze Dżingisa nie wytrzymały przeciążenia. Nachyliłem się nad jego ustami. Wydychał śmierdzące powietrze. Żył.

Spadaj, napominałem w myślach prostytutkę. Pięć minut później odezwała się Marysia.

- Odjechała taksówką. Działamy.

Przestąpiliśmy cienką granic

***

Ktoś szedł w dół po schodach. Dość pospiesznie, co wskazywało na młodą osobę. Przykleiłem się do ściany korytarzyka i przygotowałem paralizator. Na szczęście mieszkaniec, nieświadomy wydarzeń sprzed kilku minut, wyszedł głównymi drzwiami.

- Podjeżdżam.

Marysia wjechała volkswagenem na podwórko. Spojrzałem na zegarek, minęła piąta. Otworzyłem drzwi na zaplecze. Wan ustawił się tak, by klapa bagażnika znajdowała się naprzeciwko wejścia. Mieliśmy szczęście. Z mojego rozeznania wynikało, że z okien wychodzących na podwórko nie widać tego miejsca. Musiałby się ktoś wychylić. Zerkając, zobaczyłby tylko dach samochodu. Nawet marka i typ byłyby trudne do odgadnięcia. By wykorzystać w pełni ten handicap, niezbędny był pośpiech. Marysia nasunęła na głowę czapkę z daszkiem, wysiadła z auta i weszła na klatkę schodową. Ja wyprowadziłem z samochodu wózek inwalidzki. Kupiłem go przez internet. Klasyczny model dla pacjenta o większych gabarytach. Bez niego nie dalibyśmy rady z Dżingisem. Wcześniej zrobiłem w garażu metalową rampę, by móc sprawnie wyprowadzić wózek z samochodu, a później go doń wepchnąć. Na szczęście próg tylnego wyjścia z kamienicy znajdował się na poziomie podwórka, dzięki czemu udało się uniknąć schodów i innych przeszkód. Pierwsza część przebiegła bez problemu. Wjechałem na klatkę i ustawiłem wózek obok leżącego mężczyzny. Ułożenie go na siedzeniu było trudnym zadaniem. Marysia jest drobna, jak nie należę do atletów, więc walka z wielkim cielskiem trwała zdecydowanie zbyt długo. W końcu go tam usadowiliśmy. Dla bezpieczeństwa - zarówno naszego, jak i jego w transporcie - spiąłem mu ręce z oparciem taśmą montażową. Podobnie unieruchomiłem tułów. Koc narzucony na głowę miał kamuflować niebezpieczny ładunek przed wścibskimi spojrzeniami. Dyszeliśmy obydwoje. Przytransportowanie do rampy było łatwe, ale już wjazd po niej do auta sprawił wiele trudności. Kąt najazdu był znaczący. Udało się za trzecim razem, po mocniejszym rozpędzeniu. Nie zdążyłem wyhamować i wózek uderzył o ścianę bagażnika. Sapałem ciężko. Byliśmy w środku. Drzwi trzasnęły. Po niebezpiecznym lokatorze w kamienicy pozostała rozległa plama moczu na posadzce klatki schodowej.

- Spieprzamy. - Wskazałem drzwi auta.

Marysia szybko wskoczyła na fotel pasażera.

Powoli wyjechałem z podwórka i skręciłem na drogę ku centrum. Po przejechaniu kilkuset metrów zatrzymałem się na poboczu, by zedrzeć ciemną taśmę z tablic rejestracyjnych.

Piąta dwadzieścia.

Plan przewidywał dotarcie na miejsce w ciągu dwóch godzin.

***

Dżingis pływał w bagnie swojego umysłu. Jedynym objawem trwania na tym świecie było dochodzące spod koca posapywanie. Stan ten, zdaniem Marysi, nie powinien się zmienić przez kolejne dwie godziny. W aucie było ciepło. Piąta pięćdziesiąt rano, a temperatura na zewnątrz przekroczyła już dwadzieścia pięć stopni. Było szaro. Dziwne, bo powinno być widać słońce. Coś mnie wtedy tknęło. Przypomniałem sobie podcast "Światy nie z tego świata" i słowa prowadzących o psycholach budzących się podczas wschodu Oriona.

To dziś, pomyślałem. Na pewno. Czułem to. Nie wiem jak, nie wiem skąd, ale czułem. Jak nazywały się te planety? Nie pamiętałem, ale powinny być widoczne nad horyzontem. Oderwałem spojrzenie od drogi i przyglądałem mu się tak długo, aż dostrzegłem oczy Ozyrysa. Czy właśnie teraz wielkie piramidy egipskie emitują energię, która zasila niebezpieczne umysły?

- Dwudziesty piąty sierpnia - rzekłem, nie patrząc na żonę.

- Wiem.

Szósta trzydzieści. Za kilka godzin drogi prowadzące do Trójmiasta wypełnią się samochodami. Podobnie będzie w przeciwnym kierunku, na Kaszuby.

Z radia dochodziła rytmiczna mieszanka wakacyjnych hitów. Jechaliśmy pogrążeni w ciszy. Za Żukowem pierwszy się odezwałem:

- Co mu podaliśmy?

- Ketaminę.

- W obu przypadkach? - Marysia po załadowaniu Dżingisa do auta zaaplikowała mu kolejną zawartość strzykawki. Dozownik, którego użyłem po porażeniu paralizatorem, był mniejszy i poręczniejszy.

Potwierdziła skinieniem głowy.

- Źródło jest bezpieczne? - dopytałem.

- Tak myślę. - Spojrzała na mnie. - Ale stuprocentowej pewności nigdy nie ma.

Przełknąłem ślinę.

- Co to znaczy?

- Robimy analizy dla PolonPharm - odparła. - Mówiłam ci, wspólny program nowej generacji leków psychotropowych na depresję. Mają problemy, bo ich nowy lek nie został zatwierdzony przez URPL. Chodziło o nieakceptowalne skutki uboczne.

- To urząd?

- Tak, rejestracji produktów leczniczych. PolonPharm zaproponował nam współpracę przy ponownych badaniach. Chcą jeszcze raz złożyć wniosek rejestracyjny. Uniwersytet chętnie na to przystał, bo prace mogą być przełomowe. W przypadku powodzenia byłyby dodatkowe fundusze, prestiż, wysoko punktowane publikacje w periodykach i skok w rankingu uczelni.

- Co to ma wspólnego z ketaminą?

- Koordynator prac, Łękowski, który jest kimś w rodzaju łącznika pomiędzy laboratoriami, to mówiąc oględnie, niezbyt ogarnięty typ. Przyłapałam go na fałszowaniu dokumentacji.

- I co? - nie spodziewałem się, że praca mojej żony może mieć aż taki posmak ekscytacji. Z zasady nie zabieraliśmy do domu zawodowych opowieści. Sprawdzało nam się to przez lata.

- Wybłagał mnie, bym tego nie zgłaszała.

- Zgodziłaś się? - Tego się po niej nie spodziewałem.

- Inaczej cały projekt by runął - wyjaśniła. - Fałszerstwo nie było duże, podkręcił nieco wynik grupy kontrolnej, bo chciał się wykazać. Jednak to i tak przestępstwo. Rezultatem byłby prokurator, kontrola Głównego Inspektoratu Farmaceutycznego i gigantyczne kłopoty zarówno PolonPharm, jak i uczelni. Mój zespół zostałby naznaczony aferą, choć niczemu nie zawinił. Postanowiłam przymknąć oko i kontrolować działalność spokorniałego Łękowskiego.

- Miałaś na niego haka.

- Nie planowałam tego, ale po ataku okazał się przydatny. Ma dostęp do kontrolowanych farmaceutyków. Załatwił mi ketaminę i inne środki.

Marysia umiała zjednywać sobie ludzi. Zwykle ich nie wykorzystywała. Zapewne dlatego, iż wcześniej nie było takiej potrzeby. Łękowski stanowił jednak słabe ogniwo. Mógł wpaść i nas pogrążyć. Odsunąłem od siebie tę myśl. Nic nie powinno nas w tym momencie rozpraszać.

Godzinę później byliśmy na miejscu. Letnia posiadłość Karola prezentowała się okazale i z każdą naszą wizytą wzbudzała we mnie ukłucie zazdrości. To, co zwyczajowo nazywaliśmy domem letniskowym, było nowoczesną, niewielką, bo osiemdziesięciometrową willą, wykonaną z drewnianych bali. Jej największy atut stanowił ogromny taras na piętrze, skąd rozpościerał się widok na jezioro. Dom znajdował się w centralnej części dużej działki. Zdaniem właściciela miała pięć tysięcy metrów kwadratowych. Karol nie potrzebował aż tak rozległego terenu, ale jak twierdził, nie chciał, by wokół osiedlili się głośni sąsiedzi. Posiadłość ogradzał płot obrośnięty pokaźnym żywopłotem. Idealne miejsce na rozprawę z Dżingisem.

Minąwszy bramę, poczuliśmy się bezpiecznie. Najbliższy dom oddalony był o dobrych sto pięćdziesiąt metrów i jego lokator, by zobaczyć, co dzieje się za płotem u sąsiada, musiałby wejść na dach.

Cofnąłem samochód pod schody, najbliżej jak się dało. Marysia wysiadła pierwsza. Podeszła do drzwi i po ich otwarciu przestąpiła próg. Dżingis mruknął, ale się nie obudził. Otarłem dłonią pot z czoła. Byłem wykończony, a dzień dopiero się zaczął.

Idealnie przystrzyżona trawa zachęcała, by się na niej położyć i leniwie zdrzemnąć. Niedaleko willi architekt krajobrazu - to on zaaranżował teren - zaplanował rabatki z kwiatami, kilka drzew owocowych, altanę oraz system kamiennych ścieżek. Wykwintnej roślinności nie mogło być zbyt wiele, bo nie miałby kto o nią zadbać. Podobała mi się pusta przestrzeń osadzona na zielonym dywanie.

- Dom w porządku. - Żona wróciła na podjazd. - Pospieszmy się.

Musieliśmy użyć rampy. Zjazd obciążonym wózkiem z samochodu i podjazd na schody były trudnym wyzwaniem. Przemieszczając się do punktu docelowego, uważaliśmy, by wózek nie zniszczył drewnianej podłogi ani ścian. Schody w dół, ciągnące się z salonu, stanowiły ostatnią przeszkodę. Ściskałem rączki wózka, wyginając jednocześnie ciało, by utrzymać masę Dżingisa i pokonywać bezpiecznie schodek po schodku. Marysia wspomagała mnie, kontrując od przodu. W końcu dotarliśmy na miejsce. Zasapani normowaliśmy oddech przez dobrą minutę. Dżingis zaczął się wybudzać.

- Zajmę się tym - powiedziała. - Ogarnij resztę.

Rozpoczynał się drugi, kluczowy etap planu.

***

To pomieszczenie mogło być piwnicą, lecz wyobraźnia Karola w połączeniu z uwielbieniem dla niecodziennych rozwiązań kazała mu stworzyć salę rekreacyjną. Świetne, gdy masz rodzinę i masę odwiedzających cię znajomych, nieco ekstrawaganckie i narcystyczne w przypadku rzadko bywającego tu kawalera. Nam od razu się spodobało, choć korzystając z dobrodziejstw pomysłu kuzyna Marysi przy wcześniejszych pobytach, w najczarniejszych snach nie przypuszczaliśmy do czego kiedyś posłuży.

W rogu stał dobrze zaopatrzony bar z półokrągłym blatem pokrytym błyszczącym lakierem. Nieco dalej stół bilardowy. Były również skórzane fotele i ogromna kanapa wypoczynkowa. Ścianę po przeciwnej stronie wypełniał ekran. Wyświetlane na nim filmy dawały piorunujący efekt. Udawało się go uzyskać dzięki profesjonalnemu projektorowi umieszczonemu pod sufitem i równie luksusowemu systemowi nagłośnienia. Bywając tam w przeszłości, zawsze zaliczaliśmy kilka seansów. I tym razem zanosiło się na jeden, bardzo osobliwy.

Wózek z Dżingisem stanął na środku pomieszczenia. Wcześniej, mając w pamięci słabość jego zwieraczy, rozwinęliśmy na podłodze folię.

- Odetchnijmy trochę. - Marysia opadła na fotel. - Dałam mu działkę na około pół godziny.

- Przyniosę narzędzia.

Szopa znajdowała się z tyłu budynku, wciśnięta pomiędzy czereśnię a leszczynę. Drzewa oplatały ją ramionami pełnymi liści i owoców, których nikt nie zbierał. Przystanąłem przed drewnianymi drzwiami. Pachniało latem, jak na wakacyjnych obozach czy wypadach pod namiot z kumplami. Wtedy powietrze zawsze jest specyficzne. Zwłaszcza rankiem nad wodą. Nieco wilgotne, jeszcze nienagrzane i orzeźwiające. Zapragnąłem rzucić się do jeziora i popływać. Zmyć z siebie ostatnie tygodnie, zapomnieć o Dżingisie i jego zwyrodniałych czynach. W odpowiedzi mój umysł wykreował zawiedzione oczy Marysi. Dostrzegłem w nich wyrzut i niezrozumienie zawahania w takim momencie. Czyn był zbyt okrutny, by ominęła go kara. Słabość nakręca zwyrodnialców. Paradoksalnie tylko mocno zaciśnięta pięść może zatrzymać przemoc.

Trzydzieści minut później Dżingis zaczął wybudzać się z uśpienia. Narzędzia leżały nieopodal wózka. Kawałek dalej stało ocynkowane wiadro z dopalającym się drewnem. Wydawało się, że wszystko zostało znakomicie przygotowane, gdy naraz Marysia zwróciła uwagę na aspekt, którego nie można było pominąć.

- Trzeba go zaprowadzić do toalety, bo zapaskudzi tu wszystko.

Westchnąłem.

- Przez kilka minut będzie jeszcze oszołomiony.

Założyłem Dżingisowi opaskę na oczy i przeciąłem taśmę na nadgarstkach oraz rozbudowanym torsie. Marysia ubezpieczała mnie paralizatorem. Właściciel willi zadbał o toaletę na podziemnym poziomie z rozrywkami. Dopchałem wózek pod samą muszlę klozetową. Dżingis odzyskiwał przytomność. Majaczył coś niezrozumiale.

- Wstań! - rozkazałem, mówiąc mu wprost do ucha.

Nie zareagował.

Wbiłem mu delikatnie nóż pod jedno z żeber.

- Wypatroszę cię, jeśli tego nie zrobisz.

Oddychał ciężko. Odkaszlnął.

- Co jest? - wycharczał. - Kurwa, co...?

- Rób, co mówię - przerwałem mu. - Obok ciebie jest kibel. Możesz z niego skorzystać albo nie. Twój wybór. Drugiej szansy nie będzie.

- Kim wy...?

- Zamknij ryj!

Widać było, że jest zdezorientowany i ociężały. Pewnie nie był jeszcze w stanie przeanalizować przyczyn swojej sytuacji. Organizm znacznie szybciej rozwikłał dylemat związany z fizjologią.

- Gdzie? - spytał zachrypniętym głosem.

- Po prawej - odpowiedziałem.

Jednak się go bałem. Furia zaprezentowana w naszym ogrodzie wyryła w psychice głęboką bruzdę. Próbował wstać. Cofnąłem się w obawie przed atakiem. Marysia w skupieniu mierzyła w niego z dwudziestu tysięcy volt. Uniósł się, podtrzymując rękami o oparcie wózka. Gdy stanął, jedna noga się pod nim ugięła, przez co przyklęknął na podłodze.

- Nie widzę - rzekł nadzwyczaj spokojnie.

- Za tobą.

Opierając tym razem ręce o podłogę, wstał i klapnął na sedesie. Z trudem rozpiął rozporek i opuścił spodnie.

- Będziesz patrzeć, jak sram? - rzucił w przestrzeń.

- Rób, co musisz.

Słuchanie odgłosów procesu wypróżniana było równie przykre jak smród, który ogarnął toaletę.

- Co teraz?

- Zakładaj spodnie.

Dżingis wydawał się już całkiem przytomny, a to oznaczało, że analizuje i kombinuje. Kazałem mu z powrotem usiąść na wózek. Usłuchał. Prawdopodobnie uznał, że nie czas na atak. Nie wiedział, kto go porwał, po co, ani ilu ludzi jest w to zamieszanych. Brak danych multiplikował ryzyko. Marysia wykorzystała ten stan dezorientacji i wbiła mu strzykawkę w udo. Szarpnął się.

- Zaraz ci dojebię! - wrzasnąłem.

Wściekłość wykrzywiła mu twarz. W końcu zwiotczał. Zastanawiałem się, ile takich nagłych aplikacji silnego farmaceutyku wytrzyma jeszcze jego serce.

- Rozpozna mój głos - zwróciłem się do żony.

- Po wszystkim nie będzie go pamiętał.

***

Projektory LED czekały w gotowości, zamontowane w dwóch rogach pomieszczenia. Zamiast popularnej wizualizacji gwiaździstego nieba i głębi kosmosu pokazywały płonący las. Sprzedawca w internecie obiecywał spektakularny efekt i rzeczywiście wrażenie było niesamowite. Jakbym stał pośród palących się drzew. Z głośników kinowych płynął dźwięk trawionego drewna, wnętrze zaś wypełnił zapach spalenizny wydobywający się z ocynkowanego wiadra. Otumaniał jak dopamina atakująca mózg Dżingisa.

- Dlatego nie zaakceptowano leku. - Marysia obserwowała jego twarz.

Gdy wybudził się po ketaminie, dostał nową dawkę psychotropowych doznań. Rozdrobnione tabletki aplikowała mu łyżeczką niemal do samego gardła, każąc popić dużą ilością wody. Czynił to pokornie, zagłębiony w apatii. Wątroba zżerała się, nie potrafiąc przetworzyć chemicznego strzału, a mózg przechodził na inny poziom świadomości. Bezbronny, studwudziestokilogramowy organizm nie wzbudzał we mnie współczucia.

- Jego skład powoduje wydzielanie nadmiaru dopaminy, a to doprowadza do zaburzeń. Pobudzenie, natręctwa, halucynacje. Nie u wszystkich, ale grupa z działaniami ubocznymi była zbyt duża. Prawie trzydziestoprocentowa.

- Skąd pewność, że u niego wystąpią.

- Dostał zwielokrotnioną dawkę.

- Masz to od gościa z PolonPharm?

Marysia uśmiechnęła się chytrze. Pierwszy raz widziałem u niej taką reakcję.

- Sama wzięłam z puli do utylizacji. Podmieniłam ampułki.

- Nikt tego nie sprawdza?

- Sprawdza, ale bez przesadnej wnikliwości. Dostają leki, protokół i je niszczą.

No tak. Przecież skromna laborantka nie podprowadzi wadliwego leku, by szprycować nim zabójcę swojego psa. Takie rzeczy się nie zdarzają.

Dżingis kiwał bezwładnie głową. Z głębi ust wydobywały się jęk i strużka śliny. Cokolwiek mąciło mu pod czaszką, nie było to nic przyjemnego.

Staliśmy przygotowani. W czarnych kombinezonach i kominiarkach na głowach. Za pasek wcisnąłem pilota od projektorów, w ręce trzymałem elektryczną piłę akumulatorową. Marysia ściskała latarkę. Dojmujące odczucie płonącego lasu wywarło na mnie ogromne wrażenie.

W zgodzie ze swoją naturą, pośród kłębowiska płomieni siedział diabeł. Tym razem nie potrzebował magicznych portali, by przechodzić z ludzkiego padołu do piekła i z powrotem. Budził się w świecie różnym od naszego, bo wykreowanym przez umysł na sterydach.

- Za Frugo, skurwysynu.

- Za Frugo - powtórzyłem.

Huk piły łańcuchowej rozsadzał małe pomieszczenie. Błędem było niezaopatrzenie się w stopery do uszu, bo dźwięk rozcinał i nasze mózgi. Ogromna determinacja przezwyciężyła jednak tę niedogodność. Natomiast Dżingis eksplodował. Silny bodziec, jakim był dźwięk, natychmiast wybudził go w płonącym lesie. Zawył z przerażenia. Wyimaginowany ogień trawił go kawałek po kawałku. Piła precyzyjnie przecięła powietrze przed wytrzeszczonymi oczami. Przesadziliśmy, pomyślałem na widok ogromnych gałek ocznych. Ich białka wypełniły krwiste pajęczyny naczynek. Wierzgał na wózku, który po chwili przewrócił się razem z nim. Dotknąwszy policzkiem podłogi, wrzasnął przeraźliwie, jakby rozgrzana do czerwoności ściółka wypalała mu na twarzy piekielne znamię. Piła cięła powietrze nad jego uchem.

- Skurwysynu! - Drobna kobieta dała upust wściekłości i kopnęła leżące ciało. Płakała i wrzeszczała jednocześnie. - Zdychaj, gnoju!

Dżingis nie odczuł nagłego wyładowania emocji. Trawił go żar. Wił się razem z wózkiem, z którym stanowił jedność. Płomienie strzelały na wszystkie strony. Połykały las i duszę ofiary.

Marysia uspokoiła się i dała znak gestem otwartej dłoni. Wyłączyłem piłę, projektory i dźwięk. Jedyne światło padało z lampki ledowej umieszczonej na podłodze. Dżingis zawodził. Trudno powiedzieć: z bólu czy strachu. Dygotał. Z trudem ustawiliśmy wózek na kołach. Patrzył na nas, ale jakby nie widział. Drgawki dalej nim wstrząsały. Światło było słabe, lecz mógłbym przysiąc, że widzę na policzku świeżą ranę oparzeniową. Przyłożyłem mu do ust plastikową butelkę z wodą. Połknął zachłannie połowę zawartości. Daliśmy mu odsapnąć. Potężna szyja nie była w stanie utrzymać głowy, przez co ta zwisała bezwładnie.

Po dziesięciu minutach odzyskał nieco sił. Próbował coś powiedzieć, lecz wychodził z tego bełkot. Ekran mini sali kinowej rozbłysnął. Prezentował konia biegającego po łące. Z głośników płynęła relaksacyjna, wiosenna muzyka. Słońce i zielona trawa. Kolejny krótki film przedstawiał ocean. Delfiny wyskakiwały z toni w synchronicznym dopasowaniu. Piękny dzień mienił się w wodzie. Morskie ssaki wydawały specyficzny dźwięk, jakby skrzeczenie. Mewy z zazdrością śledziły ich trasę. Wszystko wybuchło w ogniu, gdy wybrzmiało:

FRUGO!!!

Parzące języki oplotły Dżingisa. Jego napięte do granic wytrzymałości mięśnie i zaciśnięte zęby uwypukliły na szyi żyły, które zdawały się wić, niczym węże wszczepione pod skórę na miejsce ludzkiej tkanki. Nastąpiła seria migawek. Ułamki sekund z naszym jamnikiem w roli głównej. I uderzający siłą grzmotu komunikat:

FRUGO!!!

Ruszyłem na niego z piłą. Nie przypuszczałem, że człowiek jest w stanie wydobyć z siebie takie dźwięki. Prędzej zwierzę. Jak w tym koszmarnym reportażu o rzeźni. Bydło, orientując się, jak przerażający i okrutny czeka je koniec, wydawało podobne odgłosy. Gardłowe, jakby wydobywające się z samego środka organizmu, gdzie dusza, choć niematerialna, jednak zwija się z bólu i poczucia krzywdy. Ostrza piły łańcuchowej niemalże musnęły skórę twarzy. Dżingisa trawiła zasłużona kara.

***

FRUGO!!!

Pies merdał ogonem. Na filmie biegał po plaży. Przynosił piłkę, szczekał przyjaźnie w oczekiwaniu na kolejny rzut.

Dżingis patrzył na to zlany potem. Z ust skapywała strużka śliny. Oczodoły oblekały ogromne sine obwódki, jakby nosił irracjonalne okulary. Wyglądał karykaturalnie, niczym przerysowana postać z kreskówki. Niemożliwe, by człowiek dostał w krótkim czasie aż takiego wytrzeszczu. Głowa mu drgała, jak na skutek tiku.

Marysia wpatrywała się w ekran z rozrzewnieniem. Wróciły ból i tęsknota.

- Zabiłeś go, jebany skurwysynu!!!

Zimny, stalowy pręt dotknął przedramienia Dżingisa. Wrzasnął i wierzgnął. Wtedy odpaliłem projekcję z pająkami. Ta ze szczurami średnio wypadła. Nie bał się ich. Za to kolejna dała nadzieję.

- Powiesiłeś go!

Zawył, czując dotyk pręta. Przesterowany umysł odczytał go jako źródło straszliwego bólu. Zawodził płaczem.

Migawki z psem trwały kilkanaście sekund.

FRUGO!!!

Wzdrygnąłem się, choć wiedziałem, że to jedynie projekcja. Czarna, pulsująca masa wypełniona pająkami. Jak jeden ohydny twór. Skapywały z góry i wdrapywały się. Lepiące, włochate odnóża pokryły Dżingisa wilgotną skorupą. Choć nie parzyły, wywołały atak skrajnej paniki. O ile w projekcji lasu wił się i wyginał, to przy pająkach zaczął wierzgać i obracać głową z prędkością rozkręconego globusa. Ciemne stworzenia wypełniały go. Twarz miał bordową, żyły na skroniach niemalże przebijały skórę. Przypominał ciężarowca próbującego wyrwać rekordowo ciężką sztangę. Z nosa puściła się krew.

FRUGO!!!

Pies przebił się przez czarną, żywą zasłonę. Barwą zlewał się z pająkami, które zaczęły oblepiać go i zżerać, przez co kawałki ciała z sierścią odpadały jak tynk ze starego budynku. Bestia nie przejmowała się tym i ruszyła na Dżingisa. Śnieżnobiałe kły kontrastowały z czernią maści. Ofiara chciała się wyrwać, uciekać, bo zęby zaraz rozszarpią jej tkanki, przyprawiając o nieziemski ból. Strachu przed tym nikt nie potrafiłby ukryć.

Stracił przytomność. Głowa opadła. Ucichł. Wyłączyłem projekcję. Podbiegliśmy. Podniosłem mu głowę. Był szarobiały. Sinizna wokół oczu przybrała na sile. Gałki nie miały już pajęczynek. Całe były czerwone.

- Przesadziliśmy.

- Przestań. - Żona nie miała w sobie krzty współczucia. - Oddycha. Nawodnię go.

Przerwa trwała cztery godziny. Czego by o Dżingisie nie powiedzieć, zdrowie miał jak dzwon. Sapał i dyszał, ale żył. Był jak karaluch po zagładzie jądrowej. Cokolwiek się stanie, wypełznie spod kamienia i wróci do dawnych nawyków. Niesprawiedliwość tego faktu napełniła mnie złością. Niewinni ludzie umierają na straszne choroby, a ten trwa jak skała. Może tak ma być? Może świat jest zły z natury, a anomalię stanowią ludzie próbujący go uzdrawiać?

Nie najlepszy czas na rozwikłanie tego dylematu. Dżingis siedział podłączony do kroplówki. Posapywał. Zgodnie z przewidywaniami nie utrzymał moczu, przez co pół godziny poświęciliśmy na sprzątanie.

***

Proces trwał dwanaście godzin. Z przerwami na kilkudziesięciominutowe odpoczynki. Użyłem różnych projekcji. Kilkukrotnie brylował las i pająki. Była jeszcze komora lodowa i klaustrofobiczna trumna wypełniona glistami. Każdorazowo atak poprzedzała seria migawek z Frugo zakończona ostrym komunikatem. Po kilku godzinach Dżingis zaczął wymiotować. Słabł. Kroplówka niewiele już dawała. O wyczerpaniu świadczyły szara twarz i oczy niczym żarówki w burdelu. Ręce pokrywały bąble, a tam, gdzie Marysia dotykała zimnym prętem, ślady poparzenia. Przeświadczenie o potędze umysłu stanowiło niewątpliwą naukę ze wspólnie spędzonych godzin. Bałem się, że umrze.

- Nie dojdzie do tego.

- Skąd wiesz? - Jej pewność siebie zaczynała mnie drażnić. Nie była lekarzem.

- Jest silny jak tur. Regeneruje się. Jeśli odpuścimy, nie osiągniemy efektu.

- Nienawidzę go, ale nie chcę trupa.

- Działajmy zgodnie z planem.

Kolejna wizyta w toalecie oraz podanie posiłku były dla nas równie męczące, co dla niego. Dżingis mechanicznie wkładał pokarm do ust, mamrocząc coś pod nosem. Gdy skończył, znieruchomiał. Stróżki krwi regularnie wypływały mu z nozdrzy.

- Kończymy na dzisiaj. - Tym razem byłem stanowczy. - Jestem wykończony. Ty nie?

Widziałem, że tak. Zbliżała się północ. Marysia próbowała zdiagnozować stan Dżingisa, lecz oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że nie ma ku temu umiejętności. Mimo wszystko był człowiekiem, nie szczurem laboratoryjnym.

- Dam mu środek uspokajający - zdecydowała. Stłumiłem wątpliwości; jej wiedza medyczna była znacząco większa od mojej. - Niech prześpi parę godzin.

Planowaliśmy jeszcze jedną, równie długą sesję. Po jej zakończeniu wszczepione w mózg Dżingisa lęki miały na nowo zdefiniować jego życie. Przed kilkoma tygodniami Marysia przedstawiła mi to nad wyraz dosłownie.

- Zesra się w gacie na widok psa. Zwłaszcza jamnika. I nie będzie miał pojęcia dlaczego.

Noc była ciepła. Uwolniłem Dżingisa od taśmy scalającej go z wózkiem i ułożyliśmy otępiałe ciało na podłodze. Żył, bo oddychał. Krew odpłynęła z twarzy. Ponownie był sino-blady.

Jedliśmy kanapki w ciszy. Na wszelki wypadek w zasięgu ręki znajdowały się paralizator i strzykawka wypełniona końską dawką ketaminy.

- Lecę z nóg. - Odłożyłem chleb na talerzyk. Trwaliśmy w stanie napięcia od trzeciej rano, czyli ponad dwadzieścia godzin. Bolała mnie głowa i mięśnie. Bez odpoczynku nie podołamy kolejnemu etapowi sesji. - Musimy się położyć.

- Co z nim? - spytała.

Tego nie przemyśleliśmy. Błąd, bo fizyczne wyczerpanie po intensywnej sesji powinno być oczywiste. Nie można było go tak zostawić. Z drugiej strony nawet Marysia obawiała się dalszego faszerowania go lekami.

- Mózg mu się kąpie w dopaminie - stwierdziła.

- Co to znaczy?

- To taki hormon. Neuroprzekaźnik. Reguluje nastrój i odpowiada za odczucie przyjemności. Jeśli jest w normie oczywiście. Niedobory prowadzą do zaburzeń, na przykład depresji czy Parkinsona. Narkomani uzależniają się, bo prochy napędzają wydzielanie dopaminy zapewniającej odlot. Lek wykazał u niektórych badanych tendencję do nadmiernego wydzielania dopaminy. To niebezpieczne, bo prowadzi do zachowań maniakalnych, halucynacji i stanów lękowych. Dostał mocną dawkę, którą podkręciliśmy naszym seansem. Chyba jest na skraju.

- Odpuszczamy?

- Obiecałam, że usmażę mu mózg, i słowa dotrzymam. - Była nieugięta. - Na razie musimy zluzować. Nie uśpię go ketaminą, bo z tej podróży może już nie wrócić. Dam mu coś lekkiego.

- Nie wybudzi się?

- Nie po tym, co już dostał. Przykleimy go do wózka i będzie spał.

Zrobiliśmy, jak mówiła. Dżingis nie bez problemów trafił z powrotem na diabelski tron. Taśma montażowa unieruchomiła go, a zastrzyk utrzymał w stanie otumanienia.

- Odpoczywaj, ścierwo - syknęła w jego kierunku. - Za parę godzin drugi akt.

Zostaliśmy na poziomie odmiennych stanów świadomości. Skórzana kanapa za stołem bilardowym była wystarczająco obszerna, by nas pomieścić. I pozwalała mieć na oku Dżingisa. Marysia wtuliła się we mnie. Po kilku sekundach już spała.

Nie przetrwa tego, pomyślałem, spoglądając na śpiącą kukłę przytwierdzoną do siedzenia. Przesadziliśmy. Nie będzie żadnego drugiego aktu. Zamiast tego przyjdzie nam rozstrzygnąć, w jaki sposób pozbyć się zwłok.

***

Sny pływają w ciemnym garze nocy. Dziwaczne i niejasne. Znów jestem w podstawówce, w siódmej klasie. Znów dopada mnie Szary z ekipą. Opasły gnojek, zadający się z innymi gnojkami. Każdy kiblował co najmniej dwa razy. Zmora szkoły. Jak napatoczyłem się na tę bandę? Przez boisko zwykle skracałem sobie drogę do domu. Obywało się bez kłopotów. Do czasu. Tamtego dnia wpadam niczym mucha w pajęczą sieć. Szary się uśmiecha. Boże, jak się cieszy. Będą się mną bawić, dręczyć, straszyć, aż doprowadzą do przerażenia i łez. Strach jest ich pożywką. Im go więcej, tym więcej radosnych substancji trafia do mózgów i wprawia w ekstazę. Kopiąc w błocie upodlonego chłopca, są na prawdziwym haju. A co ja zrobię? Walczę? Stawiam się? Nie. Daję się zgnoić. Jak ofiara losu. To jest...W pewnym momencie coś pęka. Chmura snu rozkręca loterię możliwych wydarzeń. I stop. Czerwone pole. Chwytam kamień, rzucam i trafiam Szarego prosto w czoło. Pada na asfalt. Krew wypływa gęstą strugą. Jego kumpel rzuca się na mnie, ale i on dostaje kawałkiem skały. Wije się na ziemi, trzyma za głowę, a ja pochylam się i uderzam. Raz, drugi, trzeci. Skóra pęka, potem tkanki. Zalewa go czerwona miazga. W końcu widzę czaszkę. Jest twarda. Walę w nią, walę i walę, aż pęka i dobijam się do mózgu. Fascynująca jest ta surowa galareta, którą łatwo rozdeptać ciężkim butem.

Nagły hałas wybija mnie z rytmu zwycięskiego upojenia. Burza? Ciężkie powietrze wtłacza się w mikroklimat boiska. Coś się dzieje. Niepokój powraca. Za nim strach. Nie przed zmiażdżoną bandą Szarego. Wokół czai się gorsze zagrożenie, unosi się jego smród. Boisko znika osadzone na dalekiej półce magazynu wspomnień. Czuję na twarzy ciepły oddech. Potrzebuję pięciu sekund, by oswoić się z rzeczywistością.

Marysia posapuje z głową wciśniętą w moje ramię. Spoglądam w drugą stronę, nieco otumaniony. Wózek Dżingisa leży przewrócony. I pusty.

Sen trwa dalej, bo niemożliwe, by to działo się naprawdę. Zmęczenie spowalniało proces akceptacji rzeczywistości. Przymknąłem zaropiałe oczy i rozwarłem ponownie. Zatrważająca prawda zaczęła skapywać we mnie kleistym brudem. Dżingis zniknął. Sparaliżowało mnie. Niczym hodowcę śmiertelnie jadowitego węża, który odkrywa, że terrarium jest puste, a gad zabójca może czaić się za każdym rogiem mieszkania. Jak do tego doszło? Krwiobieg wypełnił się adrenaliną. Zachowaj spokój, studziłem panikę. Spokój.

Poruszyłem gwałtownie ramieniem, tym samym głową Marysi. Mruknęła, ale się nie obudziła. Powtórzyłem działanie, próbując jednocześnie ogarnąć wzrokiem jak największą przestrzeń wokół nas. Jak się wydostał? Środek musiał być za słaby.

- Która godzina? - Jej cichy, zaspany głos grzmiał w pomieszczeniu.

- Ciii.

- Ale...

- Dżingis zniknął.

System obronny organizmu uwolnił coś takiego, co zmieniło niemal rysy jej twarzy. W oczach dostrzegłem głębię strachu. Miała problem z wyduszeniem z siebie słowa.

- Jest tu?

- Nie wiem.

Marysia uniosła nieznacznie ciało i przesunęła się w bok. Uwolniłem rękę i zsunąłem się z kanapy na podłogę. Widok paralizatora przyniósł chwilową ulgę. Chwyciłem broń za rękojeść i wstałem. Nic. Cisza. Pytania kotłowały się w głowie. Dlaczego nas nie zabił? Światło z ledowej lampki na barze było skromne, mógł nas nie zauważyć. Był zbyt otumaniony, by kalkulować, i po prostu uciekł? Ostrożnie podszedłem do wózka. Kawałki rozdartej taśmy trwały przyklejone do oparć. Moja wina. Dałem ciała. Za słabo go przymocowałem. Odruchowo, bo w głowie tliła się myśl o śmierci, a właściwie zabójstwie. Nie umawialiśmy się na trupa.

Marysia trzymała strzykawkę ze środkiem usypiającym. Na mój znak usunęła się z pola widzenia i przylgnęła do ściany. Obszedłem pomieszczenie, uważnie zaglądając w każdy kąt. Nic. Dżingis nie był okruszkiem, by łatwo się ukryć. Wskazałem na górę.

- Co teraz? - Jej pewność siebie prysła. Mieliśmy kłopoty. I to duże.

Cofnąłem się.

- Pójdziemy na górę - powiedziałem, zbliżywszy się do ściany przy której stała. - Może tam jest, a może uciekł. Nie wie, kto go porwał. Nie wie, ilu ludzi tu jest. Pewnie uznał, że trzeba skorzystać z okazji.

- Pokazywaliśmy mu psa. Skojarzy.

- Mówiłaś, że napchany prochami nie będzie o niczym pamiętać.

- No tak.

Szedłem przodem maksymalnie skupiony, dlatego myśli o tym - jak do cholery, trafiliśmy do takiego szamba? - odganiałem w zakamarki świadomości. Kilkanaście schodów i luksusowo urządzony salon zaprezentował się w pełnej okazałości. Po przyjeździe nie mieliśmy czasu, by się w nim rozejrzeć i odnotować zmiany w stosunku do ostatniej wizyty. Stworzony w głowie obraz Dżingisa, zasadzającego się z siekierą lub nożem, nie zmaterializował się. Cisza mnie martwiła, bo multiplikowała obawy. Uciekł? Zaszył się? Zemdlał? Umarł? Atak dałby prostą odpowiedź.

Przeszukaliśmy cały dom. Bez rezultatu. Kiedy uciekł? Była czwarta trzydzieści. Gdy zasypialiśmy, nie wyglądał na kogoś, kto byłby w stanie się ruszyć. Jeśli się ocknął wzmocniony, to po odpoczynku. Szybka rachuba podpowiedziała mi, iż mogło być to na krótko przed naszym przebudzeniem.

Byliśmy na piętrze, gdzie znajdowały się dwie sypialnie. Taras prezentował oszałamiający widok. Jezioro mieniło się w pierwszych promieniach świtu. Za ogrodzeniem wyznaczającym granicę posiadłości była kilkunastometrowa dróżka prowadząca do brzegu. W oddali prężył się drewniany pomost, a przymocowane doń łódki zachęcały do czynnego wypoczynku. W głębi lądu, za pomostem, umiejscowiono ośrodek wypoczynkowy. Odwiedzaliśmy go z Marysią niejednokrotnie podczas spacerów w sezonie wiosenno-letnim z uwagi na uroczą kawiarenkę wciśniętą w kąt jednego z pawilonów. Jakże chętnie poszedłbym tam na poranną kawę.

Wróciłem do penetracji najbliższej przestrzeni. Wychyliłem się przez poręcz. Nikogo w zasięgu wzroku. Wtedy w oczy rzuciło mi się szkło na podjeździe.

- Wybił szybę w samochodzie - mówiłem drżącym głosem.

Marysia stała za mną.

- Kurwa - zaklęła. - Może powinniśmy stąd po prostu odjechać?

- I zostawić burdel na dole?

- Posprzątamy.

- A on?

Nigdy nie widziałem jej tak przerażonej.

- Zadzwonimy na policję. - Z trudem łapała oddech - Powiemy, że widzieliśmy jakiegoś wielkiego wariata biegającego i wrzeszczącego po okolicy. Zgarną go w końcu.

To się nie trzymało kupy. Próbowałem myśleć racjonalnie. Podejmowanie decyzji pod wpływem strachu i szoku mogło się dla nas źle skończyć.

- Nie mamy anonimowego numeru telefonu. - Z rozrzewnieniem wspomniałem kartę sim zainstalowaną w kamerze naprzeciw domu Dżingisa. Nie miałem drugiej. - Policja nas zidentyfikuje. Jeśli go złapią, łatwo skojarzą, że mamy zatarg. Jak to wytłumaczymy? My i on sto kilometrów dalej?

Jej pracujący na przyspieszonych obrotach umysł wypluwał kolejne rozwiązania.

- Chciał się zemścić za zgłoszenie na policję, śledził nas i zaatakował. Jest naćpany i niebezpieczny.

To już mogło zadziałać. Trzeba było tylko wyłuskać słabe punkty.

- Jak się tu dostał? Nie ma samochodu.

- Mógł mieć wspólnika, który zwiał.

- A napaść tu? Jak to...

Powietrze rozdarł krzyk. Zmroziło nas. Kilka sekund i kolejny. Kobiecy. Dochodził z oddali. W tym samym momencie spojrzeliśmy na dom stojący na działce graniczącej z terenem Karola. Był to klasyczny, parterowy budynek z poddaszem. Mniej wymyślny od drewnianej konstrukcji, na której tarasie staliśmy.

- Jezu - dobiegło z ust żony. Nie pomyśleliśmy, że może skrzywdzić innych ludzi. - Dzwoń na policję!

- A burdel na dole? - przypomniałem. - Wszystko się sypnie. Trzeba schować wózek, zwinąć folię, projektory i odkurzyć porządnie. Nie możemy ryzykować. On może coś pamiętać i naprowadzić policję.

Krzyk.

- Boże... - Marysia się trzęsła.

- Idę - zdecydowałem. - Załatwię go paralizatorem. To wytłumaczymy. Zostań i posprzątaj.

- Zwariowałeś! Nie pójdziesz sam!

- Maryś. - Potrząsnąłem nią. - Nie ma czasu. Zrób, jak mówię. Zamknij dom od środka i posprzątaj bajzel. Wtedy się z tego wykaraskamy.

- Boję się.

Podobnie jak ja, pomyślałem.

- Jest osłabiony i skołowany sesją. Już raz go powaliłem. Musimy coś zrobić.

- Nie idź - płakała.

- Będziemy na łączach. Kontakt esemesowy co pięć minut z potwierdzeniem, że wszystko gra. OK? Ty wysyłasz, ja potwierdzam.

Nie chciałem jej zostawiać, ale lepsze to niż ciągnięcie za sobą w niebezpieczeństwo.

Zeszliśmy do salonu. Obszedłem go jeszcze raz dla pewności. Potem Marysia zamknęła dom.

Stałem na zewnątrz otępiały. Wszystko poszło nie tak. Kurwa, wszystko.

W samochodzie wybito boczną szybę. Drzwi były otwarte. O co mu chodzi? Wtedy dostrzegłem brak kamery na przedniej szybie. Ta z tyłu też zniknęła. Zbiera dowody, by później oskarżyć? To by znaczyło, że nie jest otumaniony i działa racjonalnie. Kurwa. W tym momencie i ja zaczynałem pękać. Układana tygodniami mozaika kompletnie się posypała. Sumienie podpowiadało, że jeśli Dżingis skrzywdzi kogoś po seansie, będzie to nam ciążyć do końca życia. Świadomość tego kazała się zebrać w sobie i podążyć jego tropem.

Miejsce, w którym pokonał płot, znajdowało się za domem. Przesunął pod ogrodzenie drewnianą skrzynię z kwiatami. Przeszkoda miała około dwóch metrów wysokości. Zyskując jedną czwartą tej wartości, bez trudu przeszedł na drugą stronę. Siatka pod jego ciężarem odkształciła się w górnej części. Wykorzystałem to i przeskoczyłem do sąsiadów. Po drugiej stronie ruszyłem sprintem w kierunku ich domu. Będzie pewnie rozbita szyba albo wyłamane drzwi. Tak myślałem. Ale myliłem się. Na miejscu zastałem dom wyglądający na niezamieszkany. Na podjeździe nie było samochodu, a na tarasie mebli, typowych, gdy ludzie wprowadzają się na letni wypoczynek. Żadnych śladów włamania. O co chodzi? Przecież przeszedł przez ogrodzenie.

Marysia wysłała esemesa. Odesłałem uspokajającą odpowiedź.

Rozglądałem się wokół coraz bardziej skołowany. Może jednak jest otumaniony i miota się po okolicy, nie wiedząc, co ze sobą począć? Leży gdzieś w krzakach? A krzyk? Przedłużająca się balanga młodzieży w ośrodku wypoczynkowym lub poranne poprawiny - wytłumaczeń może być wiele, a my, znajdując się w ekstremalnym stanie napięcia, od razu przyjęliśmy to najgorsze. Po jaką cholerę mu te kamery?

W przestrzeni rozległo się psie ujadanie. Niedaleko. Od strony jeziora. Działka sąsiadów znajdowała się w podobnej odległości od linii brzegowej, co posiadłość Karola. Pies szczekał coraz zajadlej. Być może znów fałszywy alarm. Prawdopodobnie ktoś przekomarza się z pupilem na porannym spacerze. Przed piątą? Odgłos psa to jedyny przejaw aktywności w tej okolicy. Coś mogło być na rzeczy. Pobiegłem w kierunku bramy. Była drewniana, z poprzecznymi wzmocnieniami od wewnątrz, co robiło z niej przeszkodę łatwą do pokonania. Zeskoczyłem po drugiej stronie na zarośnięty zielskiem grunt, który delikatnym spadem prowadził do wody i ścieżki rekreacyjnej ciągnącej się wokół zbiornika. Gdy do niej dotarłem, pies odezwał się po raz kolejny. Jego skowyt dobiegał z miejsca, gdzie jezioro zakręca łukiem. Sapałem zdyszany.

Kolejny esemes i potwierdzenie.

Dzierżony w dłoni elektryczny bat na demony dawał ułudę bezpieczeństwa. W głowie rozkręcał się pokaz slajdów, a na każdym był pies broniący się przed furiackim atakiem Dżingisa. Nie on, a ja wariowałem.

Brzeg był miejscami gęsto zarośnięty. Wysokie krzaki ograniczały widoczność, więc ciała dostrzegłem dopiero po pokonaniu połowy łuku. Kobieta leżała na ścieżce, mężczyzna częściowo na brzegu, a częściowo w jeziorze z głową skierowaną twarzą do wody. Widok był tak różny od oczekiwań, że przyćmił szok. Ten wybił się dopiero po chwili, powodując niemożliwe do opanowania drżenie dłoni. Co tu się stało? Miałem przed sobą dwoje martwych ludzi. Paralizator upadł na ziemię, gdy zdałem sobie sprawę, że pośrednio to my ich zabiliśmy. Przerażony, średniej wielkości kundel krążył bezradnie wokół swoich państwa. To była starsza, około sześćdziesięcioletnia para ubrana w dresy i sportowe obuwie. Dżingis uśmiercił ich bez żadnej przyczyny. Kobieta miała zmasakrowaną twarz. Nie sposób było dostrzec na niej nosa ani ust. Przysłonięte krwią oczy zapadły się głęboko. Przez moment zaświtało mi, że może jednak żyje, ale brak oddechu odebrał nadzieję. Przyjechali wypocząć, pospacerować o świcie, gdy wakacyjny gwar śpi jeszcze wraz z turystami. Obraz zdezorientowanego psa, popiskującego to nad jedną, to nad drugą ofiarą, puentował scenariusz zemsty. Wszak zabicie zwierzęcia stanowiło jego otwarcie. Teraz nad niczym już nie panowaliśmy.

On będzie dalej zabijał. Gdy sobie to uzmysłowiłem, wróciła część sił. Organizm przestawił się w cykl samoobrony, spychając głębiej paraliżujący strach i wyrzuty sumienia. Aplikowane dawki grozy i makabry miały napędzać, nie dezaktywować w marazmie. Natychmiast zgarnąłem paralizator. Komórka. Wyciągnąłem ją z kieszeni. Minęło siedem minut.

OK? - napisałem.

Pół minuty i nic. Coś się dzieje, pomyślałem. Nie przegapiłaby pory kontaktu. Działałem mechanicznie. W kilkadziesiąt sekund dobiegłem do bramy wjazdowej posesji Karola. Pokonałem ją z rozpędu, opierając się rękami i tułowiem o szczyt i przerzucając ciało na drugą stronę. Upadek na plecy, choć bolesny, tylko na chwilę spowolnił sprint. Jeśli zrobił coś Marysi, zabiję najpierw jego, a potem siebie. Nie byłbym w stanie trwać w przeświadczeniu takiej winy.

Dusiłem się, płuca nie nadążały pompować powietrza. Jeszcze parę metrów. Dom Karola zdawał się marszczyć brwi. Przed wejściem zastałem zbite okno. Oparłem się o nie, wypluwając powietrze wraz ze śliną. Organizm nakręcony do granic możliwości zaczynał odczuwać skutki przeciążenia. Tarcze obronne słabły, trwoga chlasnęła bezlitośnie w twarz.

Byleby żyła, błagałem. Ale kogo? Boga? Można go prosić o łaskę po tym, co zrobiliśmy? Na szczątkach szkła była krew. W salonie, na podłodze, niepełny szkarłatny odcisk buta. To się dzieje, wrzeszczało mi w głowie. On tam jest!

Zrozumiałem, że od tego, jak się zachowam, będzie zależeć nasze życie. Trucizna strachu musi zostać stłamszona. Zrobię wszystko, przyrzekłem, próbując normować oddech. O ile ona jeszcze żyje.

Wcisnąłem się w otwór w oknie. Pokaleczyłem ręce i rozdarłem spodnie, ale przedarłem się do pokoju. Ślady Dżingisa prowadziły na dół, do katowni, w której odbywał się seans. Przez moment w głowie zaświtała mi myśl o braku logiki wydarzeń ostatnich minut. Wyszedł z domu, nic nie robiąc swoim prześladowcom, przeszedł przez płot do sąsiadów, ale zamiast do ich domu dotarł nad jezioro, by zabić dwójkę bogu ducha winnych wczasowiczów. Po tym wrócił. Wyglądało na chaotyczne działanie. Przez dawkę leków? Pomimo wszystko zabrał kamery z samochodu, nie niszcząc wnętrza.

Schodziłem w dół. Powoli. Cisza aż gryzła uszy. W przestrzeni zagospodarowanej na część rekreacyjną było ciemno. Próbowałem odtworzyć w myślach rozkład mebli. Ekran i fotele po prawej, za nimi kanapa, na wprost bar, z boku stół bilardowy. Na środku pomieszczenia powinien leżeć wózek inwalidzki. Wysunąłem przed siebie nogę, by go namacać, gdy dosięgnął mnie syk. Przypominał ulatniający się gaz albo dźwięk powietrza uchodzącego z materaca. Nie czułem woni żadnej substancji. Dźwięk osaczał.

- Sssssssssssss...

Może to w mojej głowie? Może postradałem zmysły?

- Sssssssssssssuuuka zdechnie.

Obróciłem się. Nie, to z drugiej strony.

- Zzzzzzzzzzzzzajebię ją.

Trupioblada poświata ledowej lampki punktowo rozgoniła mrok. Dżingis stał za barem. Na blacie przed nim leżała Marysia. Groza tej chwili wbiła haki rzeźnickie w samo jądro mojej duszy. Zastygłem. Patrzałem na nią. Leżała bez ruchu z przeświadczeniem śmierci. Jak mogłem ją zostawić? Była sama. Bezbronna.

- Zzzzzzzzzzzzzajebię ją.

Dżingis uniósł nad ciałem szpikulec do kruszenia lodu. Przypominał szalonego kapłana krwawej bogini. Ściskał narzędzie w rannej dłoni, z której skapywała krew.

Ona żyje, podpowiedziała nadzieja. Inaczej nie straszyłby zabójstwem.

- Zostaw ją - zabrzmiało to żałośnie. Głos mi drżał, czym tylko zachęciłem agresora.

Widział mój strach i był zachwycony. Uśmiechał się. Właściwie wykrzywiał wargi. Światło było zbyt słabe, bym dojrzał oczy, wydawało mi się jednak, że nie skupia się w całości na mnie, a błądzi wzrokiem gdzieś wyżej. Ruchy głową go zdradzały.

- Zostaw ją - powtórzyłem nieco spokojniej. - Zawiadomiłem policję. Zaraz tu będą.

Jakby to do niego nie dotarło.

- OSZCZAŁ MI FELGI!!! - ryknął. - JEBANY KUNDEL!!! ZAPŁACICIE ZA TO!!!

- Jasne. Zapłacimy. Dogadajmy się. Ile chcesz?

Znajdował się zbyt daleko, bym miał pewność trafienia elektrodami. Szpikulec wisiał nad sercem mojej żony.

- Uciekaj - powiedziałem. - Zwiewaj, jeśli tylko możesz.

Zbliżyłem się dwa kroki. Potem jeszcze jeden. Z tej odległości mógłbym zaryzykować.

- OSZCZAŁ MI FELGI!!! - Miał spojrzenie ślepca. Jakby mnie nie dostrzegał, a w głowie rozgrywała się zupełnie inna, nie mniej agresywna scena. - ZAJEBIĘ KURWĘ!!!

Ślina ściekała mu z ust gęstą strugą. W tym świetle trudno było stwierdzić, czy nadal jest siny. Był jak niebezpieczna maszyna po zwarciu podzespołów zapewniających kontrolę. Podlegał siłom, nad którymi nikt nie panował. Odniosłem wrażenie, że nie wie, co się z nim stało. Nie pamiętał sesji.

- Zostaw ją. - Zrobiłem jeszcze pół kroku. Marysia otworzyła oczy. Krew spływała jej z czoła. - Dostaniesz kasę za felgi. Tyle, ile chcesz.

Patrzała na mnie, ale się nie poruszyła. Jedno drgnięcie i Dżingis dokona mordu. Chciał krwi i najwyraźniej czekał na mnie, by ją przelać. Strach i odebranie nadziei. Odgadywałem, że widok męża opłakującego śmierć żony byłby wyjątkowo apetycznym zwieńczeniem transu. Potem niech się dzieje, co chce. Co go to obchodzi.

- Z-A-J-E-B-I-Ę K-U-R-W-Ę - delektował się każdą głoską wypowiadanej groźby.

Musiałem coś zrobić. Natychmiast. Strzał elektrodami był możliwy, jednak nie miałem pewności, czy nie uruchomi ręki ze szpikulcem, nim prąd go obezwładni. Jednak to jedyne wyjście...

Wtedy mnie olśniło. Jak wiejskiego głupka, przed którym niebiosa otworzyły nagły dostęp do strzeżonych zasobów mądrości. Sesja. Przecież po to go godzinami smażyliśmy na tym wózku. Miał być nasz. Sterowalny i do powalenia jednym słowem.

I pies nad jeziorem. Dlaczego go nie zabił? Prawdopodobnie atakował agresora w obronie właścicieli. Czyżby Dżingis doświadczył blokady?

Skośne oczy mieniły się w skąpym świetle. Jak u jaszczura czającego się w jaskini. Chciał to zrobić. Cieszył się. Dźgnięcie w serce będzie nagrodą, której nie potrafi się oprzeć.

- FRUGO!!!

Starałem się wysilić każdy mięsień odpowiedzialny za moc wydobywanego głosu. Krzyk miał być potężny. Powinien dezorientować i przerażać. I udało się, bo uśmiech na twarzy Dżingisa zastygł. Jakby wewnętrzny transformator doświadczył zwarcia. Oczy rozszerzyły się. Stał w bezruchu. Mój wzrok spotkał się ze spojrzeniem Marysi. Wykonałem gest dłonią, jakbym ją przywoływał. Kiwnęła delikatnie głową. Zrozumiała.

- FRUGO!!!

Dżingis zawył. Marysia przeturlała się po blacie i spadła na podłogę. Uniosłem rękę i wystrzeliłem. Elektrody doszły celu, jednak ofiara nie padła. Krew chlusnęła mu z nosa, ale stał wstrząsany drgawkami. Gdzieś tam poza horyzontem wizji, która go trawiła, wyłaniały się strachy gotowe pożreć go w całości. Być może były obleczone w ogień, być może w pajęczą sieć, zbliżały się i chciały go dopaść.

- FRUGO!!!

Ogień zemsty rozgorzał. Marysia wstała. Trzymała się za ramię i spoglądała z fascynacją, jak Dżingis rozgryza wargi, wypluwa krew i drze się na widok czegoś, co tylko jego zepsuty umysł wsparty godzinami sesji mógł wyprodukować.

- FRUGO!!! ZABIŁEŚ GO, SKURWYSYNU!!!

Objąłem ją i odciągnąłem. Mimo wszystko nie chciałem, by ten widok wrył się nam w mózgi i straszył do końca życia. Dżingis, próbując panicznie obronić się przed zagrożeniem, zniszczył połowę baru. Butelki pospadały na podłogę, podobnie jak półki zmiecione potężnymi łapami wykonującymi nieskoordynowane ruchy. Wystrzeliłem kolejne elektrody. Tego już nie ustał. Padł na podłogę, gdzie krew mieszała się ze szkłem i alkoholem. Marysia podbiegła do stołu bilardowego, pod którym leżała strzykawka i po chwili wbiła ją w udo mężczyzny. Dżingis znieruchomiał.

Staliśmy nad nim bez słowa. Miałem wrażenie, że nie żyje, drgnął jednak zatopiony w nieświadomości. Gdziekolwiek płynął, demony podążały jego śladem.

- Chyba złamałam rękę. - Marysia patrzyła na mnie wzrokiem zdradzającym mieszaninę strachu, ulgi i niedowierzania.

- Boli? - spytałem.

- Nieważne. - Przetarła rękawem twarz, tworząc na czole krwawą smugę. - Wywieziemy gdzieś gnoja i zostawimy. Niech go znajdą i zamkną w psychiatryku.

- To nie takie proste - odpowiedziałem. - Są dwa trupy.

Spoglądała na mnie, jakby wypowiedziane słowa w pełni do niej nie dotarły.

- Zabił dwie osoby - powtórzyłem. - Nad jeziorem. Starszych turystów.

- Jezu. - Złapała się za głowę i przykucnęła. - Co myśmy zrobili?

Nie było czasu na roztrząsanie moralnych dylematów. Wkrótce ktoś odnajdzie ciała. Marysia nie wyglądała dobrze i nie zanosiło się na szybką poprawę. Koordynacja działań mających na celu wyciągniecie nas z tego bagna leżała na moich barkach.

- Musimy posprzątać, ustalić wersję i wezwać policję.

***

Drobny deszczyk z godziny ósmej kwadrans po dziewiątej przeistoczył się w oberwanie chmury. Technicy kryminalni pracujący w miejscu zabójstwa cięli powietrze ostrą mieszanką przekleństw. Dziękowałem opatrzności za te opady. Deszcz zatarł ślady mojej obecności przy ciałach, którego to faktu szybko sklecona historia nie uwzględniała. Bo i czym miałbym uzasadnić ganianie po okolicznym terenie o piątej rano, gdy zabójca czaił się za rogiem? Nasza opowieść ograniczała się do opisu furiackiego najścia naćpanego Dżingisa na dom Karola i próby zabicia nas, prawdopodobnie w ramach zemsty za donos na policję. Ta wersja miała wiele luk, jak chociażby wspomniane ślady nad jeziorem - czym zajął się deszcz - lub obecność ketaminy w organizmie Dżingisa. W drugim z przypadków strategia ograniczała się do wzruszenia ramionami.

Skąd, do cholery, mamy wiedzieć, co, w jaki sposób i dlaczego zażywał Dżingis? Nim zdołał nas zabić, powaliłem go paralizatorem zakupionym dla samoobrony, bo państwo nie było w stanie zagwarantować nam bezpieczeństwa! To wszystko.

Nie sądziłem, by szczegółowo nas z tego rozliczano. Pod warunkiem, że dobrze rozegramy najważniejszy punkt, czyli atak wyprzedzający.

Zaraz po przybyciu policji Marysia uderzyła w histeryczne tony. Oskarżyła funkcjonariuszy o nieudolność, wypuszczenie Dżingisa na wolność, czego rezultatem był ten dramat. Przedstawienie powtórzone zostało dwie godziny później przed przybyłym na miejsce prokuratorem. Później Marysia pojechała do szpitala na specjalistyczne badania po obrażeniach zadanych przez napastnika, ja zaś kontynuowałem tyradę oskarżania przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Szybko ich empatia zmieniła się w irytację. Nim nastało południe, mieli nas dość.

Dwa dni później ponownie zeznawaliśmy. Tym razem śledczy przyjechali do naszego domu. Powtórzyliśmy utrwaloną historię, wraz z arsenałem oskarżeń. Nie cisnęli specjalnie w końcu dali spokój. Jasne, że byliśmy ofiarami zemsty psychopaty. Kto normalny wpadłby na prawdziwy scenariusz wydarzeń?

Gdy sprawa wypłynęła do mediów i stała się głośna, w prokuraturze poleciały głowy. Brak aresztu dla bandyty po wyroku, który dokonał kolejnego rozboju, uznano za skandal. Ministerstwo Sprawiedliwości zrzucało winę na Prokuratora Krajowego, ten zaś znalazł kozły ofiarne w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku.

Z reportażu telewizyjnego dowiedziałem się, że policja intensywnie badała wątek wspólnika Dżingisa, który przywiózł go do Dziemian, a później uciekł. Według autora materiału, ktoś taki musiał istnieć, bowiem nie natrafiono na żaden środek transportu, którym napastnik przybył na miejsce ataku.

Sam Dżingis znajdował się w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym na obserwacji. Zdaniem dziennikarzy nie było z nim kontaktu i pomimo brutalności mordu, z uwagi na niepoczytalność, zapewne długo tam zostanie. Lekarz występujący w materiale mówił o przedawkowaniu przez pacjenta silnie uzależniających leków przeciwbólowych. Duża dawka wywołała nie tylko stany euforii, ale też paranoję i halucynacje. Prawdopodobnie zażywał również leki psychotropowe, którymi próbował niwelować depresję będącą efektem odstawienia środków przeciwbólowych. Do tych mógł nie mieć ciągłego dostępu. Ta karuzela doprowadziła go do psychozy.

Czy ktokolwiek badał Dżingisa pod kątem tego, jak długo przyjmował leki, nigdy się nie dowiedziałem. Tych, które mu zaaplikowaliśmy, pewnie wcześniej nie zażywał, ale jest duże prawdopodobieństwo, że brał narkotyki, trudno więc było stwierdzić dokładnie, co, kiedy i jak długo przyjmował.

Trzy dni później pani Zosia z szerokim uśmiechem na ustach wkładała świeże bułki do papierowej torby.

- Dwa razy policja trzepała tę jego norę - relacjonowała zajście, które od kilku dni było lokalną atrakcją. - Nie wiem, czy coś znaleźli, czy nie, grunt, że gnoja teraz naprawdę zamkną na amen. Szkoda, że musieli zginąć ludzie, by ktoś zaczął myśleć.

Ci "ludzie" mieli tożsamość. Wiesława i Leon Kowalikowie. Pochodzili z Poznania. On zajmował się pielęgnacją ogrodów, ona pracowała w księgowości dużej firmy deweloperskiej. Pobyt nad jeziorem Rzuno był prezentem od dzieci na trzydziestą piątą rocznicę ślubu. Kochali wycieczki i spacery z psem. Ich zwierzak wabił się Kleks i w odróżnieniu od właścicieli zawdzięczał życie intensywności naszej sesji.

Początkowo, gnani wyrzutami sumienia, chcieliśmy odszukać ich groby, by złożyć kwiaty i w ciszy pokajać się za winy. Odpuściliśmy jednak. To była moja decyzja. Uznałem, że powinniśmy się od tego odciąć, nie brać na barki ciężaru. Dżingis ich zamordował. On i tylko on był temu winien.

***

Po trzech tygodniach od wydarzeń w Dziemianach telefony ucichły. Dziennikarze mieli nowe tematy, policja nie potrzebowała dodatkowych informacji. Po miesiącu nasze przeżycia były już medialną prehistorią. Marysia przestała nosić gips usztywniający złamany nadgarstek. Zagoiło się dobrze, a do pełnej sprawności przywracała ją rehabilitacja. Wracaliśmy na dawne tory.

Praca nas pochłaniała. Każde miało w niej nowe zadania, te zaś składały się na ambitne wyzwania. W wolnym czasie spacerowaliśmy. Głównie po plaży, gdyż wczesną jesienią, gdy nie ma tylu turystów, a pogoda dopisuje, takie przechadzki najlepiej smakują.

Dziwiło mnie, że Marysia tak dobrze znosi traumę. Oprócz poczucia winy za ludzką śmierć spodziewałem się spóźnionej żałoby po Frugo. Zachodziłem w głowę nad jej dobrą kondycją psychiczną, dopóki nie natrafiłem na leki. Trzymała je w łazience pod ręcznikami w górnej szafce. Te same antydepresanty od PolonPharm, które dawaliśmy Dżingisowi. Przyglądałem się im przez dłuższą chwilę i odłożyłem fiolkę na miejsce. Moja żona była racjonalnie myślącą osobą. Na pewno kontrolowała dawkę. Skutki uboczne występowały u trzydziestu procent pacjentów, więc gdyby łapała się do tej grupy, byłoby je widać. Z obliczeń opartych na obserwacji wynikało, iż brała lek od miesiąca. Pomagał jej, więc się nie wtrącałem.

Czy to oznaczało, że byłem złym mężem? Nieempatycznym? Ignorującym fakt trucia się przez żonę farmaceutykami niedopuszczonymi do użytku? Być może, ale działo się tak, ponieważ sam pogrążałem się w otchłani niepewności podszytej strachem. Wiele rzeczy tamtego tragicznego dnia nad jeziorem nie znalazło wytłumaczenia. I gniło, infekując podświadomość. Początkowo to wypierałem, później starałem się wyjaśnić logicznymi argumentami, aż w końcu musiałem przyznać sam przed sobą. Oprócz nas ktoś jeszcze był w letnim domu. Ktoś, kto włamał się do samochodu i ukradł kamerki. Nie znaleziono ich. Ta osoba prawdopodobnie uwolniła Dżingisa. Najpierw odrzucałem taki scenariusz, ale później, im dłużej się nad tym zastanawiałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że sam nie mógł się wydostać, a nacięcia na taśmie mocującej go do wózka nie pojawiły się w wyniku ocierania o metalowe mocowanie podłokietnika. Taką szybką diagnozę postawiłem, gdy dostrzegłem je, sprzątając miejsce sesji przed przyjazdem policji. Życzeniowe myślenie, które mogło doprowadzić nas do tragedii. Prawda była bezlitosna. Dżingis nie wyrwał się stamtąd siłą swoich mięśni. Ktoś mu pomógł.

I być może z biegiem czasu wyparłbym z głowy również te strachy, gdyby nie aspirant Marciniak. Zadzwonił do mnie pod koniec września.

- Nie chcę państwa niepotrzebnie niepokoić, wiem, że przeszliście straszne rzeczy, lecz naszła mnie pewna wątpliwość.

- Mianowicie? - Poczułem niepokój. - Coś w prokuraturze?

- Nie, proszę się nie denerwować - uspokajał. - Zawiślak do końca życia nie wyjdzie z zamkniętego zakładu psychiatrycznego, choć w związku z tym sąd pewnie umorzy sprawę. Tak to prawnie wygląda, ale mnie chodzi o coś innego. Dostarczyliście prokuraturze kartkę od Zawiślaka, którą przyniósł do was chłopiec. Chodziło o porwanie psa.

- Tak - potwierdziłem.

- Wie pan, trochę się dokształcam, robię dodatkowy fakultet, a sprawa jest nietuzinkowa, więc poprosiłem prokuratora o dostęp do akt. Jako że prowadziłem dochodzenie od początku po waszym zgłoszeniu, zgodził się. Widziałem tę kartkę i coś mi nie zagrało. Gdy Zawiślak został zatrzymany, odmówił składania wyjaśnień, ale zażądał leków. Chodziło o nadciśnienie. Przy mnie napisał odręcznie taką prośbę. Dzięki temu mogłem porównać jego charakter pisma z tym z kartki. Tego nie napisała ta sama osoba.

W tym momencie poczułem się obserwowany. Chytre oczy spoglądają na mnie, a ich właściciel rechocze zadowolony. Wiaderko wypełnione do połowy niepewnością teraz zaczęło się przelewać.

- Oczywiście Zawiślak mógł kazać komuś napisać te słowa - policjant zmiękczał przekaz.

- Miał wspólnika?

- Niekoniecznie. Pewnie kogoś nastraszył lub przymusił. To kryminalista z doświadczeniem, musiał wiedzieć, że odręcznie napisana kartka może stanowić dowód. Biłem się z myślami, czy do pana z tym zadzwonić, ale ostatecznie wygrało przekonanie, że lepiej wiedzieć i mieć oczy szeroko otwarte, niż żyć w nieświadomości.

- Ma pan stuprocentową rację. Dziękuję.

Gdy skończyliśmy rozmawiać, długo siedziałem w samotności. Myśli rodziły się, pęczniały i pękały. Jeśli nie on napisał kartkę, by wyciągnąć nas z domu, to kto? Obserwator z Dziemian? A może przesadzam? Może Marciniak miał rację, kartkę napisał przymuszony przez Dżingisa menel i nie było nikogo innego? Zawiślak to kawał chłopa, napakowany dragami wykrzesał tyle sił, by się wydostać, a potem eksplodował chaos.

Tylko co z rejestratorem z samochodu?

Początkowo ukryłem niewygodne teorie przed Marysią. Po kilku dniach uznałem, że powinna mieć pełen ogląd sytuacji. Siedzieliśmy w tym razem po uszy. Zaginiona kamera miała zarejestrowaną trasę przebytą przez nas spod domu Dżingisa do Dziemian. I to o świcie. Rozmawialiśmy wtedy o środkach uszykowanych do zaaplikowania, co z pewnością się zapisało. Musimy przygotować się na ewentualny kryzys z tym związany.

Marysia siedziała na tarasie od strony ogródka. Był ładny, choć chłodny dzień. Jesień twardo zaznaczała swą obecność, szturchając porywami wiatru rozpięty nad stolikiem parasol.

- Kochanie - usiadłem na krześle obok - musimy coś omówić. To będzie...

Spojrzała na mnie. Płakała. Łzy ciekły po obu policzkach, jednocześnie uśmiechała się.

- Jestem w ciąży - powiedziała, promieniejąc szczęściem. - Zrobiłam test.

Nowina uderzyła we mnie niczym grom. Wstałem, podszedłem i utuliłem ją w ramionach.

- Teraz się uda - rzekła z przekonaniem. - Wszystko się zmieni.

Spędziliśmy tak prawie godzinę. Choć zapewne tego nie planowała, chwila wyglądała niczym hołd złożony Frugo. Miłość pokonuje zło i rodzi nową miłość. Równowaga zostaje zachowana.

Nie wyznałem jej swych obaw. Stres był ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowała. Chciała ruszyć do przodu. Mogłem jej to zapewnić.

Chwila uniesienia nie przykryła wątpliwości. Smagany mokrym wiatrem wspominałem ostatnie tygodnie. Zemsta za psa była okrutna. Przerażające, do czego będzie zdolna, gdy ktoś zagrozi naszemu dziecku...