Seryjni mordercy XX wieku - Anna Poppek

Reflow text when sidebars are open.
Z profesorem Brunonem Hołystem rozmawia Anna Poppek
Brunon Hołyst - polski prawnik, prof. zw. dr hab. nauk prawnych o specjalności kryminalistyka, kryminologia, profilaktyka społeczna, suicydologia, wiktymologia, terroryzm. Redaktor drugiego wydania Wielkiej Encyklopedii Prawa.
Współczesne społeczeństwo zafascynowane jest zabójstwami seryjnymi - rzeczywistymi i fikcyjnymi. Co sądzić o naszej kulturze, która promuje ideę seryjnego zabójcy jako swego rodzaju bohatera bądź znakomitość, mimo że tacy ludzie popełniają najokrutniejsze przestępstwa, jakie można sobie wyobrazić? Faktycznie dowodzimy tego, że zabójstwo seryjne jest ściśle związane z kulturą - zarówno jeśli chodzi o siły socjalne, które przyczyniają się do występowania tych czynów, jak i o publiczną fascynację takimi zabójcami. (...) Morderca seryjny w rzeczywistości nie jest ani sprawcą genialnym, ani artystą, jak przedstawiają go niektóre filmy. Nie jest on kreatywny, ale w najwyższym stopniu destruktywny. Ścigający go policjanci również nie są supermenami. Ich dochodzenia nie stanowią pojedynków dobra ze złem, ale przedstawiają rzetelną kryminalistyczną pracę, do której niezbędni są wysoko wykwalifikowani i doświadczeni specjaliści.[1]
Zacznijmy od definicji. Co to jest zabójstwo seryjne?
To jest kilka zabójstw popełnionych w różnym miejscu i w różnym czasie przez jednego sprawcę - trzeba to odróżnić od innych zabójstw. Stoję na gruncie socjologicznym i uważam, że człowiek uczy się zachowań przestępczych, nie są one przekazywane genetycznie. Jestem dosyć sceptycznie ustosunkowany do biologicznej teorii przestępczości. Choć nie można wykluczyć, że niektóre czynniki, jak np. niedorozwój umysłowy, czy pewne schorzenia psychiki lub mózgu odgrywają poważną rolę w uwarunkowaniu człowieka jako przestępcy.
Pojęciowo morderstwo seryjne należy odróżnić od innych form zabójstw kilku osób. Pod nadrzędnym pojęciem wielokrotnego zabójstwa (multicide) rozróżnia się dziś: morderstwa masowe (mass murder), morderstwa w szale (spree-murder) i morderstwo seryjne (serial murder). Według definicji National Center for the Analysis of Violent Crime (NCAVC), stanowiącego wydział FBI, morderca masowy zabija cztery osoby lub więcej w tym samym miejscu i w trakcie tego samego zdarzenia, natomiast morderca w szale - w krótkim czasie, ale też kilka osób w związku z jednym zdarzeniem, lecz w różnych miejscach. Morderca seryjny z kolei zabija co najmniej trzy ofiary w różnych miejscach i odstępach czasowych tak, że każde morderstwo stanowi samodzielny czyn zawarty w serii. Przeciwnie mordercy w szale i masowi - z reguły działają oni w trakcie nagłego, jednorazowego aktu pod wpływem rozpaczy lub chęci zemsty wobec ofiar niekiedy przypadkowych, a czyny ich często kończą się samobójstwem bądź sprowokowaniem zastrzelenia przez policję. Do tych kategorii zalicza się sprawców działających w amoku, którzy z mordercami seryjnymi nie mają nic wspólnego.
Z jakich środowisk wywodzą się mordercy seryjni? Czy na ten temat były przeprowadzone jakieś badania?
Owszem, takie badania były robione w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że seryjnymi zabójcami są najczęściej mężczyźni w wieku od 25 do 45 lat, ze środowisk - że użyję takiego określenia - na średnim poziomie egzystencji, bardzo często żonaci. Mają rodziny i dzieci. Potrafią doskonale się maskować - w codziennym życiu są bardzo sympatyczni, nie budzą żadnych podejrzeń. Nawet ich najbliżsi niczego się nie domyślają. Kiedy mieszkanki Yorkshire drżały ze strachu przed "Rozpruwaczem", sprawca tych zbrodni, Peter Sutcliffe odprowadzał do pracy swoją siostrę, która bała się wieczorem chodzić po mieście... Ci mili, troskliwi ludzie mają jednak "godziny napięcia" - emocjonalnego lub psychicznego - czy też godziny rozpadu osobowości, kiedy dokonują krwawych i brutalnych zbrodni. Dla nich zabijanie to diametralna odmiana życia, jak w przypadku dr. Jeckylla i Mr. Hyde'a. Z takimi przypadkami policji najtrudniej sobie poradzić. Ted Bundy był, co zrozumiałe, podobny do swojego portretu pamięciowego, opublikowanego przez media. Jego koledzy byli tak rozbawieni tym faktem, że stroili sobie z niego żarty. Żadnemu nawet nie zaświtał w głowie pomysł, żeby zgłosić ten fakt na policję, chłopak był przecież w ich oczach tak bardzo normalny...
Rodzina i dzieci służą jako zasłona dymna?
Najczęściej tak. Rodzina i sąsiedzi najczęściej mówią: jaki to porządny człowiek! Ma rodzinę, ma dzieci, jest bardzo dobrym mężem, ojcem, sąsiadem, uczynnym, życzliwym. Wspomniany Ted Bundy był na pozór wzorcowym "amerykańskim chłopcem", zaś Eda Geina sąsiedzi wynajmowali do opieki nad dziećmi. Seryjni zwykle tworzą pełną ciepła atmosferę wokół swojej osoby.
Czy dzieciństwo ma duży wpływ na popełniane przez nich zbrodnie? Innymi słowy, czy rodzice mogą "wychować" sobie seryjnego mordercę?
To za dużo powiedziane. Na pewno jednak w analizie osobowości tych ludzi natrafiamy na podobne traumy z dzieciństwa: seksualne wykorzystywania, maltretowanie fizyczne i psychiczne, zaniedbania wychowawcze. Dostrzec można brak więzów z rodzicami lub osobami ich zastępującymi; albo przeciwnie, niewłaściwe, patologiczne kontakty - zwłaszcza z matką. Przyszli mordercy seryjni nie mają w dzieciństwie przyjaciół, są samotnikami, co zresztą rzutuje na ich sposoby zabijania - robią to w pojedynkę, rzadko mają wspólników. Skutkiem tych niewłaściwych form rozwoju osobowości jest brak zdolności do współczucia, zanik sumienia, wielka oziębłość i bezwzględność, które same w sobie nie stanowią choroby, ale razem z ponadprzeciętną inteligencją dają mieszankę wybuchową. Często wspólnymi cechami niewłaściwego rozwoju są u nich: moczenie nocne, piromania i dręczenie zwierząt. Dotyczy to zwłaszcza zabójców motywowanych seksualnie. Oczywiście nie można uogólniać, że wszystkie te patologie dzieciństwa powodują, iż osoba dotknięta nimi zostanie seryjnym mordercą.
Potwierdzone zostało założenie, że mordercy seryjni często cierpią na zaburzenia osobowości i zachowania. U prawie 90 procent badanych sprawców eksperci zdiagnozowali cechy dysocjalnej osobowości, takie jak: chwiejność emocjonalna, ubóstwo duchowe, nieodpowiedzialność, egoistyczna postawa, słabe znoszenie frustracji, ograniczona kontrola impulsów, poczucie niższości. Ponad 40 procent morderców seksualnych wykazuje anormalne seksualne preferencje, przeważnie kombinacje sadyzmu i fetyszyzmu. Prawie bez wyjątku cierpieli oni na seksualne zaburzenia, tj. albo nie byli zdolni do kontaktów seksualnych, albo w stosunkach tych nie znajdowali seksualnego zadowolenia. W przypadkach sadystycznych morderców seksualnych, a także w typach dążących do władzy i kontroli nad ofiarą, czyny przybierają formę zemsty za subiektywnie przeżyte upokorzenia albo zlekceważenia z przeszłości. Dlatego sprawców tych charakteryzują fantazje odpłaty, w których poczują się potężni i dominujący. Wielu z nich wraca na miejsce zdarzenia - częściowo dlatego, że ponowne przeżycie czynu stymuluje ich seksualnie - częściowo zaś dlatego, że napawają się podnieceniem wśród ludzi i dochodzeniem policyjnym. Dla tego typu sprawców ludzie i media stanowią publiczność.
Czy wspomniane przez Pana definicje ze Stanów Zjednoczonych dotyczą też polskich morderców seryjnych?
Niedokładnie. Między Polską a Stanami Zjednoczonymi są zbyt duże różnice kulturowe i społeczne. Choć jest dużo podobieństw - choćby w pobudkach, którymi ci ludzie się kierują. Mieliśmy kilku zabójców na tle seksualnym: był Arnold, był Marchwicki... Ale to nic w porównaniu do Stanów. W tej chwili tam jest taka sytuacja, że nie można wykryć około 35-100 seryjnych zabójców. Pozostają na wolności.
Czy w Polsce obecnie toczy się jakaś sprawa dotycząca seryjnych morderstw?
Nie. W każdym razie nic na ten temat nie wiem.
Jak wygląda proces kwalifikowania zabójstw do seryjnych?
To jest trudne. Nie zawsze pierwsze morderstwo przypisuje się temu samemu sprawcy, zwłaszcza że seryjni zwykle są bardzo sprytni i inteligentni. Często świadomie lub nieświadomie zmieniają modus operandi przy wyborze ofiary, sposobu zabójstw, użytej broni, czasu popełnienia przestępstwa itp. Ale trzeba uwzględniać zasadę koordynacji. Jeśli w danym czasie i niezbyt odległych miejscach dokonano zabójstw, to wówczas koordynuje się te śledztwa, przyjmując, że prawdopodobnie był jeden sprawca albo grupa sprawców. Można powiedzieć, że seryjni pozostawiają więcej śladów niż inni sprawcy morderstw. Praktycznie przy każdym zabójstwie jest coraz więcej śladów i właściwe ich wykorzystanie może doprowadzić policję do identyfikacji sprawcy. Trzeba zwrócić uwagę także na to, że np. Stany Zjednoczone to olbrzymie terytorium, po którym ci sprawcy się przemieszczają. Choć należy przypomnieć też przypadek niejakiego Czikatiło na Ukrainie, który popełnił blisko 50 zabójstw, działając na dosyć ograniczonym terenie.
Ale koncentrujemy się na Stanach Zjednoczonych - najwięcej opisanych przestępstw seryjnych popełniono tam. Dlaczego?
Bo tam jest ogromna mieszanina kultur, narodowości. I z tego wyłaniają się w większym zakresie jednostki patologiczne. Nawiasem mówiąc, trzeba to również uzasadnić profesjonalizmem amerykańskich organów ścigania, co powoduje dużą wykrywalność tego rodzaju przestępstw. Dr Elliot Leyton, który wielokrotnie w swoich pracach analizował zjawisko seryjnych zabójców, lokując je w strukturze nowoczesnego społeczeństwa, tak je tłumaczył: społeczeństwa po drugiej wojnie światowej początkowo cechowało występowanie tzw. American Dream. Każdy, bez względu na pochodzenie czy wykształcenie, mógł przy odrobinie szczęścia wspiąć się na szczyty drabiny społecznej. Jednak niebawem horyzont awansu uległ ograniczeniu, co spowodowało indywidualne poczucie bezwartościowości i frustracji. Na te uczucia męską odpowiedzią jest stosowanie przemocy. Nie dotyczy to tylko Stanów Zjednoczonych, ale i innych rozwiniętych krajów - w latach powojennych ponad 70 seryjnych morderców grasowało w Niemczech Zachodnich i podobnie jak w Stanach, część z nich była też pochodzenia obcego, nie europejskiego, bez większych szans na karierę społeczną. Mieliśmy też zabójstwa w Japonii, ale to był raczej indywidualny terroryzm. Morderstwa seryjne są zjawiskiem międzynarodowym.
Jakimi pobudkami najczęściej kierują się mordercy seryjni?
Seksualnymi, ale nie tylko. Np. w Stanach Zjednoczonych został zwolniony pracownik. Wpadł do biura i zastrzelił pięć osób. Można powiedzieć, że nie był to zabójca seryjny, ale masowy, który działał pod wpływem emocji. Najczęściej jednak są to pobudki seksualne. Był np. słynny wampir z Düssseldorfu, Peter Kürten. Nobliwy, dobrze ubrany pan, z modnym w owe czasy wąsikiem. Zazwyczaj wieczorem wychodził na spacer. Upodobał sobie park koło stacji kolejowej. Kiedyś podeszła doń jedna pani i poprosiła, żeby ją przeprowadził przez park. "Boję się, powiedziała, bo tu podobno grasuje wampir". On na to: "Oczywiście, bardzo chętnie" - i rzecz jasna podczas spaceru usiłował ją zabić... Część z seryjnych zabójców wykazuje wielkie deficyty psychiczne. Nie ulega wątpliwości, że Kürten nie był normalny psychicznie. Miał specjalny przyrząd, którym nacinał tętnice ofiar, toczył krew i pił ją z kubka. Mimo to presja środowiska była tak silna, że uznano, iż był w pełni świadomy swoich czynów i skazano go na karę śmierci. Wśród seryjnych zabójców jest bardzo duża różnorodność typów: znajdują się wśród nich też pospolici bandyci i mordercy, którzy z powodów rabunkowych czy politycznych dokonują zbrodni, jak choćby Anders Breivik. Ale niektórzy mordują z poczucia zagrożenia. Kiedyś taki człowiek doznał jakiejś krzywdy i naruszenia poczucia honoru, więc z zemsty dokonuje morderstw. Jest też typ zabójców seryjnych, tak zwanych "misjonarzy", którzy czują w sobie misję, by oczyścić świat z jakiejś "nieczystej" grupy ludzi. Do nich należał np. Bogdan Arnold, który zabijał prostytutki w Katowicach. Pewien Meksykanin, Zosimo Montesino, popełnił 150 zabójstw i chwalił się na procesie sądowym, że pobił "rekord". To jest też jeden z czynników motywujących - wykazanie wyższości nad innymi seryjnymi zabójcami. Że się jest "the best". Gwiazdorstwo. Seryjni często w więzieniach piszą pamiętniki, które rozchwytywane są przez wydawców. W naszej wypaczonej kulturze mordercy seryjni, prawdziwi lub fikcyjni, jak Hannibal Lecter z Milczenia owiec Thomasa Harrisa, stają się supergwiazdami, ponieważ ich czyny wyrażają fascynację publiczności okrucieństwem. To niektórych bardzo "nakręca".
Rodney Castleden przedstawia pięć typów zabójców seryjnych. Pierwszy to typ zabójców, którzy podczas procesu utrzymują, że kierują nimi głosy. Przykładem mordercy, który zasłonił się nakazem wydawanym mu przez głosy, jest Peter Sutcliffe. Drugim typem mordercy seryjnego jest misjonarz, czyniący w swoim mniemaniu dobro, eliminujący tych, których uważa za najgorsze męty społeczne. Trzecim typem jest poszukiwacz emocji. Niektórzy ludzie "dostają kopa", zabijając. Tacy zabójcy są sadystami. Czwartym typem, często spokrewnionym z poszukiwaczem emocji, jest zabójca mordujący dla zaspokojenia żądzy. Piąty typ to tyran. Głowy państwa są tu w uprzywilejowanej sytuacji, gdyż ich pozycja sankcjonuje popełniane przez nich morderstwa.
Jacy specjaliści są wykorzystywani do wykrywania tego rodzaju przestępstw?
W 1972 roku FBI utworzyło specjalną jednostkę, która zaczęła zajmować się tylko tymi sprawami. Chociaż problem zabójstw seryjnych pojawił się tak naprawdę w 1888 roku, od Kuby Rozpruwacza (Jacka Rippera). Wtedy rozpoczął się mit "wampirów", "rozpruwaczy" - związany z rozwojem wysokonakładowej prasy, która w celu zwiększenia sprzedaży opisywała szczegółowo krwawe czyny oprawców, kreując ich na czarnych bohaterów. Ale tak naprawdę problem stał się szeroki w latach 70. XX wieku. We wspomnianej jednostce FBI oprócz specjalistów z zakresu kryminalistyki zatrudnieni zostali psychologowie, antropolodzy, lingwiści (którzy ustalają, jakim dialektem się posługują lub z jakim akcentem regionalnym mówią podejrzani). Nie ma praktycznie takiej nauki, która nie byłaby wykorzystywana, ponieważ motywy i metody morderców seryjnych są bardzo różnorodne. Wśród nich spotykamy przeróżne typy, od podpalacza do sprawcy używającego broni palnej.
Naukowe zbadanie zjawiska mordercy seryjnego stanowi stosunkowo młodą gałąź wiedzy kryminalnej. Dopiero w latach 70. XX wieku pojęcie to zaczęło być regularnie stosowane w odniesieniu do sprawców, którzy swoje serie morderstw, jak np. Ed Gein, John Wayne Gacy albo nieznany Zodiac Killer, dokonywali w sposób szczególnie wzbudzający sensację. FBI utworzyło w 1972 roku w Quantico (Wirginia) jednostkę Behavioral Science Unit (BSU) w celu systematycznego opracowywania profili sprawców. Wiązało się to ze zmniejszającą się wykrywalnością morderstw, co usprawiedliwiano zmianą powiązań sprawca-ofiara z lat 50. Podczas gdy wówczas ponad 90 procent sprawców morderstw pochodziło z kręgów krewnych bądź przyjaciół ofiar, to w latach 70. stanowili oni tylko około dwóch trzecich. Pojęcie mordercy seryjnego ograniczano do takich sprawców, którzy - odmiennie niż zwykli mordercy - zabijali bez widocznego związku z ofiarą oraz bez motywu.
A jaki jest Pana - ojca polskiej wiktymologii - pogląd na ofiary? Czy istnieje jakiś specyficzny typ potencjalnych ofiar morderców seryjnych?
Mordercy seryjni wybierają ofiary, namierzają je. Każdy ma swoje określone preferencje. Na przykład, jeśli skrzywdziła sprawcę prostytutka, to wtedy ofiarami są kobiety lekkiego prowadzenia się. Bogdan Arnold, czujący żal i nienawiść do prostytutki, która go okradła, zamordował sześć jej koleżanek po fachu i ich ciała trzymał w domu w skrzyni. Wydały go chmary much, robactwo, które zaniepokoiły sąsiadów.
Czy można się oduczyć zachowań predestynujących do bycia ofiarą?
O, tak. Są cechy, które nazywamy predestynacją do bycia ofiarą. To tacy ludzie jak alkoholicy, prostytutki, narkomani, włóczędzy, bezdomni, niepełnosprawni, ale także osoby pracujące bezpośrednio przy pieniądzach, kierowcy taksówek, kobiety zatrudnione na nocne zmiany - słowem, ci, którzy w sposób naturalny stają się ofiarami innych zabójstw, napadów rabunkowych. Deficyt fizyczny lub psychiczny w sposób naturalny determinuje wybór ofiary. Można zastosować zachowania antywiktymizacyjne, żeby zmniejszyć zakres pokrzywdzenia. Kiedy kobieta idzie sama wieczorem i słyszy za sobą kroki, to przystaje, żeby np. poprawić sznurówkę; powinna przepuścić nieznajomego przodem, bo z tyłu może być groźny. Są pewne obszary w mieście - parki, odludne zaułki, gdzie często dochodzi do przestępstw - wieczorem powinniśmy ich unikać. Chodzi o właściwy wybór miejsca i czasu. Pamiętam, jak pewna prostytutka napisała skargę do Stołecznego Komendanta Policji w następującej sprawie: umówiły się dwie prostytutki o godzinie 24.00. Jedna przyszła wcześniej, zobaczyła, że jacyś mężczyźni piją w parku wódkę, przysiadła się do nich. W rezultacie zgwałcili ją i ukradli 50 złotych. Napisała więc skargę, że w parkach policja nie zapewnia bezpieczeństwa... Może być też tak zwana zawiniona prowokacja - jeżeli np. zwracamy uwagę pijakowi, a on wyciąga nóż i zabija. Wszystko to zawarłem w mojej książce Wiktymologia, której właśnie ukazało się już czwarte wydanie.
Czy ubiór, wygląd może prowokować?
Na pewno tak - wyzywająco ubrana kobieta idąca samotnie nocą przez park może sprowokować gwałciciela lub psychopatę, mordującego z powodów seksualnych.
Mordercy seryjny są trudni do schwytania, ponieważ przed dokonaniem zabójstwa najczęściej nie mają żadnego związku z ofiarą. Ofiary natomiast mogą mieć ze sobą coś wspólnego - przynajmniej w mniemaniu zabójcy. Mogą to być na przykład kobiety w wieku dwudziestu pięciu lat, w krótkich, czerwonych spódniczkach i o długich, brązowych włosach, które w oczach mordercy są odpowiednikami kobiety, która porzuciła go wiele lat temu; ofiary stają się uosobieniem kobiety, którą morderca faktycznie pragnie zniszczyć. Często postrzega on swoje ofiary jako całkowicie pozbawione wartości - to wyjaśnia, dlaczego wybiera na ogół osoby w pewnych grupach społecznych: robotników sezonowych, włóczęgów, prostytutki, chłopców do wynajęcia, uciekinierów, zaginione dzieci, samotne, starsze kobiety. Wybierając ludzi bezbronnych, zabójca seryjny nie kieruje się zwykłym strachem czy sadyzmem: bezsilność i izolacja takich osób czyni z nich po prostu łatwy cel, a w wielu wypadkach brak przyjaciół czy krewnych gwarantuje, że nikt nie dopilnuje, by zabójca stanął przed sądem i by stało się zadość sprawiedliwości.
[1] Wszystkie cytaty pochodzą z książki prof. Brunona Hołysta Kryminologia, wydanie X zmienione i rozszerzone, wyd. LexisNexis, Warszawa 2009, rozdz. XIII, Zabójcy seryjni.
Podobno żyjemy w czasach fascynacji złem i przemocą. Mordercy seryjni urastają do rangi idoli: powstają o nich książki, kręcone są głośne filmy. Wszyscy pamiętamy Hannibala Lectera z głośnej powieści Thomasa Harrisa Milczenie owiec. Nie jest tajemnicą, że Harris przed napisaniem książki konsultował się ze specjalistami z Federalnego Biura Śledczego i z informacji o najgłośniejszych amerykańskich seryjnych mordercach zlepił postaci swoich bohaterów.
Podobnie powstały filmy takie jak Copycat, w którym współczesny psychopata naśladuje techniki zabijania słynnych poprzedników, jak Czerwony smok, Siedem i wiele, wiele innych, nie wspominając o dziesiątkach produkcji na temat Kuby Rozpruwacza - prekursora współczesnych seryjnych morderców.
Popularność tych książek i filmów wśród tak zwanych normalnych ludzi wskazuje, że postawiona w pierwszym zdaniu teza jest prawdziwa. Ale czy rzeczywiście jest to signum temporis?
To nie do końca prawda. Ludzi zawsze intrygowała mroczna strona własnej natury. Mity greckie naszpikowane są przemocą, brutalnym seksem i wszelkimi dewiacjami. W starożytnym Rzymie tłumy waliły do amfiteatrów, aby z perwersyjną przyjemnością przyglądać się masakrom gladiatorów. Swetoniusz w swoich Żywotach cezarów opisywał takie zbrodnie i gwałty, na których do dziś wzorować by się mogli sadystyczni zbrodniarze.
Tak było przez wieki. Nie wspominając już o czasach oświecenia, w których powstały książki takich pisarzy, jak Crébillon czy markiz de Sade. Ten ostatni, jak wiemy, większość opisywanych przez siebie potwornych eksperymentów wcielał w życie i nie był w tym procederze odosobniony. I de Sade, i inni libertyni pasowaliby jak ulał do współczesnych definicji seryjnego mordercy.
A więc - wszystko już było. Tylko dawniej nie słyszano o kinie i telewizji. Narodziny wysokonakładowej, ogólnodostępnej prasy tysiąckrotnie nagłośniły przypadki spektakularnych zbrodni. Zjawisko to nasiliło się jeszcze po wynalezieniu ruchomego obrazu. Dziś za pomocą kliknięcia myszką możemy wejść w wirtualny świat dowolnych zbrodni.
Zaryzykuję tezę, że w porównaniu z innymi epokami - choćby ze starożytnym Rzymem lub wspomnianą rozpasaną erą oświecenia - XX wiek obfitował w stosunkowo niewielką liczbę morderców seryjnych. Oczywiście związane to było ze zwiększeniem sił policji, rozwojem kryminalistyki, psychologii i innych nauk służących wykrywaniu i profilaktyce przestępstw. Niemniej dwudziestowieczni seryjni zbrodniarze dzięki mediom zdobyli gigantyczną sławę w globalnej wiosce, którą dziś stał się świat, nieporównywalną do swoich historycznych poprzedników.
W tej książce przedstawiamy sylwetki najsłynniejszych seryjnych morderców minionego wieku. Celem nie jest epatowanie przemocą, ale pokazanie psychicznych mechanizmów, które u nielicznych - na szczęście! - jednostek powodują, że przestają działać jakiekolwiek indywidualne czy społeczne normy. Niektórzy psychologowie uważają, że w mózgach morderców seryjnych zachodzą takie same procesy, jak u osób uzależnionych od alkoholu lub narkotyków - coś w tym jest, bo zwykle z czasem muszą zwiększać "dawkę" zbrodni, żeby osiągnąć pożądany efekt.
Drugi cel to przedstawienie działań służb śledczych: policji, detektywów, psychologów, patologów, które doprowadziły do wykrycia sprawców zbrodni. Czasem przysłowiowy włos wystarczył, aby zatrzymać mordercę i uratować życie wielu osób.
I wreszcie trzeci cel - edukacyjny. Z opisanych tu historii możemy dowiedzieć się, jakich zachowań trzeba unikać i na jakie osoby należy uważać, aby nie narazić się na śmiertelne niebezpieczeństwo.
Oczywiście pamiętajmy, że w XX wieku Internet nie był tak powszechny jak dziś. Gdyby było inaczej, Ted Bundy, korzystając z portali towarzyskich, na pewno miałby na swoim koncie o wiele więcej ofiar...
Dodatkowy i aktualny aspekt problemu - oto w ciągu najbliższego 2013 roku na wolność wyjdzie w Polsce kilkudziesięciu seryjnych morderców i pedofilów. Część z nich, jak podają media, ma zamiar dalej realizować swój zbrodniczy proceder. Minister sprawiedliwości, co prawda, uspokaja, że nie ma się czego obawiać: zatwardziałym przestępcom zostaną wszczepione specjalne chipy, które pozwolą policji na bieżąco monitorować ich działanie... Ale czy to powstrzyma ich przed zbrodnią?
Naukowe podejście do problemu morderców seryjnych przybliży Państwu jeden z najwybitniejszych w Polsce specjalistów w tej dziedzinie, prof. dr hab. Brunon Hołyst.
Bogdan ARNOLD (1933-1968)
Jeszcze wiele lat po straceniu Arnolda w Katowicach krążyły legendy o jego zbrodniach. Ten na pozór sympatyczny młody elektryk zasmakował w mordowaniu prostytutek. Ich ciała całymi miesiącami przechowywał w swoim mieszkaniu. Zdradziły go roje much kłębiących się w pokojach i wylatujących z otwartych okien - tak jakby Belzebub postanowił zdradzić swojego wiernego ucznia.
8 czerwca 1967 roku do Komendy Dzielnicowej w Katowicach-Bogucicach młody mężczyzna zgłosił nietypowy incydent. Z zeznań Józefa Rybosza: "W godzinach południowych przyszedłem do brata, Waltera, zamieszkałego przy ulicy Sienkiewicza 10. Zastałem brata i jego narzeczoną. Po jakimś czasie narzeczona podeszła do okna i odsunęła firankę, żeby sprawdzić, czy pada deszcz. Powiedziała do mnie i do brata: "Popatrzcie ile jest much na oknie u sąsiada na czwartym piętrze!". Ja i mój brat podeszliśmy do okna i zobaczyliśmy te muchy, które były bardzo duże. Stwierdziłem, że to nie są zwykłe muchy, ale te, które siadają na zepsutym mięsie. Po zobaczeniu tych much w oknie nasunęła mi się myśl, że mieszkający tam lokator może nie żyć i należy to zgłosić na milicję".
Funkcjonariusze nie zbagatelizowali tej informacji. Udali się pod wskazany adres, na ulicę Dąbrowskiego 14. Kiedy weszli na czwarte piętro, na poddasze, uderzył ich okropny smród rozkładających się zwłok. Drzwi do mieszkania, obite blachą, były zamknięte, nikt nie odpowiadał na sakramentalne: "Proszę, otworzyć, milicja obywatelska!". Wezwano więc straż pożarną. Strażak, który po drabinie przez okno wszedł do mieszkania, musiał użyć maski gazowej, tak okropny fetor tam panował. Otworzył drzwi od wewnątrz. Gdy policjanci weszli do środka, ich oczom ukazał się widok z najbardziej przerażającego horroru - lokum było niewielkie, składało się z pokoju i niewielkiego schowka przy dachu. W zasuszonej, ledwo rozpoznawalnej masie pod oknem po ubraniu dopatrzyli się zwłok z pętlą wokół szyi. Części ciał innych ofiar leżały w całym mieszkaniu. Drewniana wanna, wybita wewnątrz blachą, zawierała odrażającą masę rozkładającego się ludzkiego mięsa. Wszędzie latały roje much, na podłodze pełzały niezliczone ilości robactwa. Rzucały się w oczy rozrzucone części damskiej garderoby, bielizny, torebek i butów. "Nie mogliśmy nawet określić płci ani liczby zwłok - napisano w protokole. - W cuchnącej, rozkładającej się ludzkiej tkance ruszały się tysiące larw, poczwarek, owadów. Weszliśmy do kuchni. Na piecu stał garnek. Wiedzieliśmy, co będzie w środku... na powierzchni gara pływała rozgotowana ludzka głowa. Na stole tykał budzik. Obok niego leżał mokry pędzel do golenia. Nie mieliśmy wątpliwości, że cały czas ktoś tu mieszkał".
"To był straszny widok - wspominał obecny tam wówczas prof. Władysław Nasiłowski, specjalista medycyny sądowej, w filmie Władca much z cyklu "Seryjni mordercy" programu Discovery Historia. - Zwłoki w daleko posuniętym rozkładzie, poddane żerowaniu larw much".
Paradoksalnie, larwy muchy plujki pomogły w stwierdzeniu dat zgonu - zbadane zostały ich cykle larwalne. Okazało się, że od pierwszego morderstwa minęło pół roku.
Zidentyfikowano ciała czterech kobiet. Leżąca pod oknem miała około 30 lat i 166 cm wzrostu. Biegli stwierdzili, że zginęła przed dwoma tygodniami. Zwłoki leżące w skrzyni od tapczanu postawionej na wannie należały do kobiety 40-letniej, mającej 163 cm wzrostu. Została uduszona kablem cztery miesiące wcześniej. W wannie były szczątki dwóch kobiet. 35-40-letnia, mierząca około 159 cm, pozbawiona była głowy i kończyn dolnych - głowę znaleziono w kotle do gotowania bielizny, a kości podudzia na podłodze, zawinięte w gazetę. Ta kobieta również zginęła cztery miesiące wcześniej. Drugie zwłoki należały do zamordowanej pół roku wcześniej 30-latki o 170 cm wzrostu.
Pod kamienicą zgromadziły się tłumy gapiów. Wieść o tym, że milicja odkryła "wampira", szybko rozeszła się po mieście. Sąsiedzi byli przejęci zgrozą i zdumieni - lokatora z poddasza znali jako sympatycznego, niewysokiego człowieka o miłej fizjonomii. Był uczynny, często naprawiał mieszkańcom usterki elektryczności, znał się na tym. Niektórzy co prawda mieli mu za złe, że wprowadził się do pralni, ale w końcu odpuścili - w ówczesnych czasach głodu mieszkaniowego trudno było mieć do kogoś pretensje, że znalazł kawałek dachu nad głową. Sąsiadkę z trzeciego piętra jednak zaczęło denerwować coś innego - od kilku miesięcy przez przewody wentylacyjne z góry zaczął dolatywać okropny smród. Wpełzało też robactwo, z którym nie mogła sobie poradzić. Kiedyś zaczepiła na schodach mieszkańca pralni i spytała, co u niego tak cuchnie i skąd te robaki. Odpowiedział, że nie ma muszli klozetowej, tylko otwarty wlot do kanalizacji, więc stąd ten niemiły zapach. Nie uwierzyła, bo odróżniała woń fekaliów od smrodu rozkładającego się mięsa. Ale podejrzenia zachowała dla siebie. Kto wie, gdyby wcześniej poinformowała organa ścigania, być może uratowałaby życie niejednej ofierze zbrodniarza.
W mieszkaniu nie było żadnych dokumentów pozwalających na identyfikację ofiar. Zakład Medycyny Sądowej w Zabrzu miał trudne zadanie - stan szczątków był bardzo zły, nie można było zebrać odcisków palców ani zrekonstruować rysów twarzy. W grę wchodziła jedynie tzw. superprojekcja, czyli zrekonstruowanie rysów twarzy na podstawie kości czaszek. Wkrótce zidentyfikowano trzy śląskie prostytutki: Marię B., Stefanię L. i Helgę S. Czwarta kobieta pozostała nieznana.
Tymczasem Bogdan Arnold, gdy tylko dowiedział się o tym, że policja weszła do jego mieszkania, zapadł się pod ziemię.
Kim był sprawca tych makabrycznych zbrodni? Urodził się 17 lutego 1933 roku w Kaliszu, w zamożnej rodzinie. Jego ojciec, Eugeniusz, był współwłaścicielem znanej fabryki fortepianów. Podczas procesu zeznał, że Bogdan od dziecka zdradzał sadystyczne skłonności. Odstawał od reszty rodziny - nie chciał się uczyć, poprzestał na szkole zawodowej. Został elektrykiem, specjalistą od wysokich napięć. Zawsze był bezkrytyczny w stosunku do siebie, za niepowodzenia życiowe obwiniał otoczenie. Trzykrotnie się żenił i trzykrotnie rozwodził. Zawsze powód był ten sam: znęcanie się Arnolda nad rodziną, przemoc, agresja, nadużywanie alkoholu. Miał zwyczaj biciem zmuszać bliskich do posłuszeństwa. Pierwszy raz ożenił się w wieku 17 lat. Ponieważ rodzice nie chcieli zgodzić się na ten związek, wyprowadził się z domu i zerwał z nimi kontakty. Potem żył w konkubinacie, urodził mu się syn, który w chwili aresztowania ojca miał 15 lat. Drugie i trzecie małżeństwo również było nieudane. Świadczyło to o powierzchowności kontaktów Bogdana z otoczeniem i braku umiejętności ułożenia prawidłowych relacji męsko-damskich. Kobiety traktował instrumentalnie, miały mu służyć jedynie do realizacji sadystycznych fantazji erotycznych. "Wyzywał mnie od najgorszych. Wiązał ręce i nogi drutem, a do pochwy wkładał butelki po wódce. Dopiero kiedy mnie upokorzył, osiągał satysfakcję seksualną. Bił mnie, katował, a później przytulał i przepraszał. Wtedy osiągał orgazm" - zeznawała była żona Władysława Arnold. Konkubina Cecylia K. opowiadała o nienasyceniu kochanka: "Uprawiał ze mną od dwóch do pięciu stosunków dziennie. Pewnego razu, gdy przyszedł do domu pijany, w ciągu nocy zgwałcił mnie osiem razy. Kazał się gryźć po plecach i po piersiach". Prostytutki, z których usług Arnold często korzystał, również opowiadały, że lubił je wiązać drutem, darł na nich odzież, dusił ręcznikiem, a dopiero później odbywał stosunki seksualne.
Sąd odebrał mu prawa rodzicielskie do młodszego, siedmioletniego syna. Ze starszym również nie utrzymywał kontaktów.
Do Katowic Arnold przeniósł się z trzecią żoną. Szybko znalazł pracę elektryka w Przedsiębiorstwie Transportu i Ekspedycji Budowlanej "Tychy" z pensją 2500 zł miesięcznie. Żona mieszkała z nim na strychu kilka miesięcy, po czym odeszła, nie mogąc znieść jego agresji.
Kiedy został sam, mógł do woli realizować swoje zainteresowania, czyli alkohol i prostytutki. Zaczął upijać się już w 1952 roku i od tej pory robił to bez umiaru. Z usług prostytutek korzystał często, niezależnie od tego, czy był sam, czy w związku z jakąś kobietą.
Pierwszy raz zamordował 12 października 1966 roku. W barze "Kujawiak" przy ul. 17 Stycznia zaczepiła go szczupła, 30-letnia brunetka w czerwonym żakiecie. Była to Maria B. Poprosiła, żeby kupił jej piwo, bo ona, jako kobieta, wstydzi się. Spełnił jej prośbę, zamówił dodatkowo kilka kieliszków wódki, którą oboje wypili. Zdziwił go kresowy akcent Marii. Powiedziała, że pochodzi z Wołynia. Nie przedstawili się sobie. Arnold zauważył, że kobieta wyraźnie na niego "leci", więc zaproponował, żeby poszli do niego. Zgodziła się. W mieszkaniu zdjęła żakiet, pod którym miała prześwitującą, koronkową bluzkę. Zrozumiał to jako erotyczną zachętę i chciał pocałować towarzyszkę wieczoru - ona jednak odepchnęła go i zażądała za noc 500 złotych. Okazało się, że była prostytutką. Zdenerwował się i kazał jej wyjść. W odpowiedzi kobieta zaczęła szarpać na sobie ubranie, podrapała sobie policzek i zagroziła, że jeśli jej nie zapłaci, to ona zacznie wzywać milicję.
Z zeznań Arnolda: "Nie chcąc dopuścić do skandalu, podszedłem do niej, kopnąłem w okolice zginania się kolan, wskutek czego B. zachwiała się. Ja chwyciłem ją przedramieniem od tyłu za szyję i rękę tę zacząłem zaciskać. Ponieważ B., broniąc się, zadrapała mnie w okolicy nadgarstka, pod wpływem bólu chwyciłem leżący na kuchence młotek murarski, którym uderzyłem ją dwa lub trzy razy w głowę i poczułem, że jej ciało wiotczeje. Położyłem ją na tapczanie i spostrzegłem, że nie żyje. Byłem tak zdezorientowany, że nie wiedziałem, co robić, i postanowiłem wyjść na miasto. Obawiając się jednak, że ktoś odkryje zwłoki, schowałem je do tapczanu. Przez trzy dni chodziłem pijany, a po trzech dniach postanowiłem zrobić z tym porządek. W tym celu zabrałem z zakładu pracy gumowe rękawice i pyłochłonną maseczkę. Początkowo chciałem palić części zwłok, ale nie miałem węgla, a przy drzewie nie szło. Otworzyłem więc przy pomocy noża kuchennego jamę brzuszną, skąd wyjąłem wszystkie wnętrzności, które krajałem na kawałki i spuszczałem otworem kanalizacyjnym znajdującym się w moim mieszkaniu, zaś same zwłoki umieściłem w skrzyni drewnianej, obitej od wewnątrz blachą. Dla przyspieszenia rozkładu zwłok chciałem kupić sodę kaustyczną, ale nie mogłem jej nigdzie dostać, wobec tego kupiłem około dziesięciu paczek chloru. Rozpuściłem go i zalałem gorącą wodą. W ten sposób zapobiegłem dalszemu rozkładaniu się zwłok i tak leżały one w tej skrzyni aż do następnego morderstwa. Obciętą głowę włożyłem do garnka z ciepłą wodą. Nie mogłem znieść tego widoku, dlatego poszedłem napić się do baru. Kiedy wróciłem, postawiłem kociołek na elektryczny grzejnik. Zasnąłem. Po obudzeniu się stwierdziłem, że zawartość kociołka zagotowała się".
Już 22 października, czyli 10 dni później, Arnold zaprosił do siebie kolejną prostytutkę, Ludmiłę G. Rano, gdy mieszkańcy domu przy ul. Dąbrowskiego szli do pracy, ze zdumieniem zobaczyli na schodach młodą kobietę w podartej odzieży. Prosiła, żeby otworzyć jej drzwi wejściowe, na noc zamykane na klucz. Okazało się, że Arnold związał ją drutem, zakneblował i zgwałcił, ale był tak pijany, że zasnął, a jej jakimś cudem udało się oswobodzić i uciec. Zgłosiła to milicji, ale ponieważ była notowaną prostytutką, organa ścigania zbagatelizowały jej historię.
12 marca 1967 roku w barze "Mazur", gdzie pił wódkę, Arnold poznał 40-letnią kobietę. Nie udało się ustalić jej personaliów. Zaprowadził ją do siebie i związał. Był jednak za bardzo pijany i zasnął. Rano, gdy się obudził, zaczął uprawiać z nią seks. Oczywiście po swojemu: znęcał się nad nią, brutalnie pobił i zgwałcił. Kobieta, słysząc, że ktoś kręci się po klatce schodowej, chciała zawołać pomocy. Aby ją uciszyć, Arnold tak mocno nacisnął jej krtań, że pozbawił ją życia. Garderobę i rzeczy osobiste spalił w piecu, ciało rozczłonkował - części twarde wrzucił do wanny, a miękkie zmełł w maszynce do mięsa i wrzucił do rury kanalizacyjnej. Odciętą głowę ugotował w garnku.
Następną ofiarą była upośledzona umysłowo prostytutka, Stefania M. Arnold spotkał ją w okolicy restauracji "Hungaria". Kobieta była już bardzo pijana i chętnie zgodziła się iść z nim do domu. "Spałem w nocy bardzo czujnie, żeby ona nie natknęła się przypadkiem na zwłoki tamtych dwóch ofiar - zeznawał. - Rano postanowiłem tę kobietę obezwładnić i w tym celu posunąłem się do fortelu, twierdząc, że muszę iść do pracy, wobec czego i ona musi wstać. Oświadczyła, że jest śpiąca i prosiła, aby jej nie wyrzucać, abym ją zamknął, a gdy wrócę, to ją wypuszczę. Powiedziałem na to, że mam obawy, bo już raz zostałem w ten sposób okradziony, owszem, mogę ją zostawić, ale żeby się zabezpieczyć przed jakąś niespodzianką z jej strony, zwiążę jej ręce. Wyraziła na to zgodę. Związałem jej ręce z tyłu i oczywiście już do pracy nie poszedłem, tylko się rozebrałem. Zaczęły się orgie trwające przez cały dzień, noc, aż do południa dnia następnego. Około czternastej doszedłem do wniosku, że trzeba zawiadomić zakład, dlaczego nie przychodzę do pracy, a ponieważ trudno mi było zostawić tę kobietę w mieszkaniu, spowodowałem jej śmierć przez zaciśnięcie przewodu igielitowego na szyi".
Z ciałem postąpił podobnie jak z poprzednimi zwłokami, nabierał już rutyny. Tułów wcisnął do wanny - zaczęło już brakować miejsca, odciął więc nogi i owinął w gazetę, zaś głowę ugotował.
22 maja w pobliżu dworca PKP zaczepił zziębniętą prostytutkę, Helgę Erikę S. Miała około 30 lat i była rodowitą Ślązaczką. Chętnie przyjęła zaproszenie do jego domu, chciała się ogrzać. Arnold zrobił po drodze zakupy - poczęstował kobietę kanapkami, pili wódkę. Wieczorem zastosował ten sam fortel, co w przypadku poprzedniczki, powiedział, że musi pilnie wyjść do kolegi. Erika chciała spać i bez przeszkód zgodziła się na związanie rąk. Oczywiście Bogdan nigdzie nie poszedł. Orgia trwała dwie noce i jeden dzień. Kiedy kobieta nie miała już sił, oprawca używał własnoręcznie skonstruowanego transformatora, żeby ją "pobudzić". Na koniec udusił ją jej własną pończochą. Ponieważ już nie mieściła się w wannie, porzucił zwłoki pod oknem. Smród w mieszkaniu stał się nieznośny. Arnold przestał nocować w domu, sypiał na dworcu, w przeróżnych pijackich melinach. Na Dąbrowskiego wpadał tylko po to, aby się ogolić i przewietrzyć mieszkanie.
Gdy dowiedział się, że odkryto zwłoki, przez tydzień ukrywał się na hałdach. W końcu sam oddał się w ręce milicji. "Ogarnęła mnie apatia i zobojętnienie na dalsze swoje losy" - powiedział. Przyznał się do zabójstw, a także do tego, że otruł swoją pierwszą żonę, Jadwigę. Spytany o motywy zbrodni, powiedział, że nienawidzi kobiet, a uczucie to zawdzięcza swoim żonom.
"Do chwili dokonywania morderstw perwersje uprawiałem za zgodą partnerek" - powiedział podczas przesłuchania. - "Przyszłe ofiary zwracały się do mnie z prośbą o odwiązanie rąk, a ja mówiłem, że zrobię to wtedy, kiedy uznam za stosowne. Potem biłem te kobiety i zastraszałem, przez co doprowadzałem do całkowitej apatii, po czym były mi powolne. Innego nacisku nie stosowałem. Kazałem tym swoim trzecim i czwartym ofiarom tańczyć już wówczas, gdy widziałem, że były zmęczone, a gdy prosiły i broniły się, twierdząc, że nie mają siły, mówiłem: "Czy mam Cię uczyć?". Budziłem je w nocy i robiłem co chciałem, w różnych pozycjach... Prostytutek znałem dużo. Poznawałem je w lokalach: "Wojko", "Hungaria", "Dworcowa", "Kujawiak", "Mazur"... Gdyby piąta niedoszła ofiara była osobą młodszą, to też zrobiłbym z nią to, co z poprzednimi. Nie zastanawiałem się nad tym, czy tę kobietę przyprowadziłem po to, żeby odbyć z nią stosunek, czy po to, żeby ją zamordować. Cel miałem zawsze ten sam - wyżyć się i mordować".
Skierowano go na badania psychiatryczne, które wykonano w szpitalu w Grodzisku Mazowieckim. Podczas konwojowania "żartował", że będzie tam gwałcił i mordował kobiety... Lekarze stwierdzili psychopatię i motywację seksualno-sadystyczną. Nie stwierdzono nekrofilii, którą sugerowała prasa w relacjach ze śledztwa. Adwokat zażądał powtórnych badań, chciał bowiem udowodnić, że jego klient jest niepoczytalny - sąd jednak odrzucił ten wniosek.
Po głośnym procesie, który trwał sześć dni, Arnold został skazany na trzy wyroki śmierci i jedno dożywocie. Łącznie - wyrok śmierci. Przed egzekucją (powieszenie), która nastąpiła 16 grudnia 1968 roku, poprosił o papierosa. Do końca nie wykazał skruchy za swoje czyny.
Ciąg dalszy w wersji pełnej