2
Muszka była jeszcze młoda, ciekawska i bardzo nieostrożna. Ustym najbardziej się bał, że pobiegnie gdzieś, gdzie nie wolno, i trafi na minę. Dlatego brał ją na smycz znacznie częściej, niż normalnie brałby takiego małego i rozbrykanego psiaka.
Był to jeden z tych licznych psów, które zostały same, kiedy zaczęła się wojna, a ich opiekunowie wyjechali gdzieś daleko. Dlatego nikt nie miał pewności, kim byli jej rodzice. Muszkę, jej dwóch braci i siostrę przygarnęli wojskowi - kilkoro szczeniąt zostało z nimi na pozycjach, a jedno Ustym dostał w prezencie. Na początku wołali na nią Miszka, ale raz któryś z żołnierzy w żartach nazwał ją właśnie Muszką, bo była naprawdę malutka, a do tego czarna. I tak już zostało.
Oprócz min Ustym bał się tego, że Rosjanie nagle zaczną nacierać, a wtedy on, rodzice i Muszka będą musieli porzucić swój dom, a wojsko - swoje okopy. Ale żołnierze obiecali, że jeżeli się tak stanie, to zabiorą pieski ze sobą. Dwa porzucenia w ciągu jednej wojny to za dużo, zwłaszcza jak na szczeniaka.
Poza tym wojskowi byli pewni, że nie będą musieli się wycofywać. Albo po prostu tak mówili Ustymowi. Jak zresztą wszyscy dorośli. Chłopiec uważał jednak, że dorośli nie są w stanie wszystkiego przewidzieć - nikt przecież nie sądził, że wojna w ogóle się zacznie. Dlatego nie spuszczał oka z Muszki. Mama z tatą nie spuszczali oka z niego - też się bali, że coś mu się stanie. A wojskowi nie spuszczali oka z horyzontu, skąd od czasu do czasu przylatywały kule, miny i granaty. Kiedy tak się działo, trzeba było się chować do piwnicy. Ustym nigdy nie widział, kto strzela, i przez to było jeszcze straszniej, jakby pociski same spadały z nieba. Dorośli też cały czas się sprzeczali o to, kto do nich strzela. Jedni mówili, że już przyszli Rosjanie, inni - że to miejscowi żołnierze. Ciotka Luba z domu obok ciągle krzyczała, że strzelają ci sami wojskowi, od których Ustym dostał Muszkę.
Sprzeczali się zawsze, gdy tylko cichły strzały, ale w piwnicy nigdy.
Ustym wiedział, że gdzieś daleko z tej strony, z której do nich strzelano, jest Donieck. Wcześniej mama jeździła tam do kuzynki. Sam jeszcze nigdy nie był w Doniecku, a teraz nawet by nie mógł, bo miasto i okolice były pod okupacją. Nikt tam nie jeździł od tak dawna, że Ustymowi wydawało się czasem, że po tamtej stronie już niczego nie ma. Jakby wszystko rozpłynęło się w powietrzu. Ale ktoś musiał przecież strzelać.
Chociaż im dłużej nie słyszało się strzałów, tym łatwiej było o nich zapomnieć.
Właśnie jednego z takich dni Ustym stracił czujność i zgubił Muszkę.
Najpierw pobiegł na skraj miasteczka, gdzie zaczynało się pole maku. Zostało zaminowane, więc nie można było się po nim kręcić. Ustym stał i wpatrywał się w maki, aż rozbolały go oczy, a kwiaty zaczęły się rozmazywać. Ale nic nie usłyszał.
Pobiegł z powrotem ulicami. Wołał Muszkę i nawijał na rękę smycz, która rozwijała się w biegu i wlokła za nim po drodze. Ściskał karabińczyk, który przyczepiało się do obroży, i wołał, wołał, wołał.
Nikt nie przejął się tym, że zgubił szczeniaka. Ludzie ciągle tu coś tracili.
Ustyma ściskało w piersi. Dobiegł do końca ulicy, gdzie zaczynały się garaże, i padł na trawę między nimi. Tak się zadyszał, że nie był nawet w stanie płakać.
Słońce stało w zenicie. Spod przymkniętych powiek można było zobaczyć pojedyncze promienie. Wiosenne powietrze rozpinało się między nimi jak prześcieradło świeżo wyprane po zimie. Pachniało wszystkim, o czym zapomina się podczas mrozów. Ustym myślał o tym, ile rzeczy potrafi wywąchać Muszka. Gdyby miał choć w połowie tak czuły węch, na pewno już dawno by ją znalazł.