Seria z Markiem Benerem (#3). Koszmary zasną ostatnie - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Usta­wił wóz na ośnie­żo­nym, stro­mym zbo­czu, przo­dem do Wi­sły, po któ­rej mo­zol­nie pły­nęły kry. Część z nich wi­dział w świa­tłach re­flek­to­rów prze­ci­na­ją­cych noc. Reszta, tak jak drugi brzeg, to­nęła w ciem­no­ściach.

Gdy kie­rowca za­cią­gnął ręczny, sa­mo­chód jęk­nął głu­cho. Szarp­nęło. Chwilę póź­niej męż­czy­zna zga­sił sil­nik i na­stała ci­sza.

Zdał so­bie sprawę, że o tej po­rze świat jest tylko czarno-biały. I tego wła­śnie ocze­ki­wał od ży­cia. Nie chciał żad­nych sza­ro­ści.

- Wi­dzia­łeś film? - spy­tał.

Pa­sa­żer drgnął. Wciąż miał za­mknięte oczy, a jego twarz wy­krzy­wił gry­mas bólu. Mu­siał za­pa­mię­tać ten mo­ment, gdy jego cia­łem wstrzą­snęło po­tężne ude­rze­nie prądu. Pierw­sze. Po­tem było dru­gie, które po­now­nie na­pięło wszyst­kie mię­śnie do gra­nic wy­trzy­ma­ło­ści.

Po chwili uniósł po­wieki, ale kiedy do­tarło do niego, gdzie i z kim jest, po­ru­szył się nie­spo­koj­nie w fo­telu.

- Nic nie wiem! - wy­beł­ko­tał.

Strach brzmiał wy­raź­niej niż słowa.

- Ale wi­dzia­łeś film - przy­po­mniał kie­rowca, a kiedy tam­ten znowu za­prze­czył, męż­czy­zna po­sta­no­wił ro­ze­grać to ina­czej. Wy­jął z kie­szeni pa­ra­li­za­tor.

Obaj wie­dzieli, że urzą­dze­nie ma znacz­nie sil­niej­sze dzia­ła­nie niż wy­kry­wacz kłamstw.

Pa­sa­żer pró­bo­wał od­su­nąć się jak naj­da­lej od ta­sera, ale prze­szka­dzał mu za­pięty pas. Na sam wi­dok broni po­now­nie po­czuł prze­szy­wa­jący ból. Dla­tego z ca­łej siły wci­skał się w opar­cie fo­tela i ner­wowo prze­su­wał wzro­kiem od pa­ra­li­za­tora do klamki drzwi.

- Nie uda się - ostrzegł kie­rowca.

Nie mo­gło się udać. Męż­czy­zna wie­dział o tym do­sko­nale. Naj­pierw mu­siałby od­piąć pas, po­tem otwo­rzyć drzwi. Nie zdą­żyłby wy­ko­nać pierw­szej z tych czyn­no­ści, gdy ła­du­nek ty­sięcy wol­tów znowu po­ra­ziłby każde włókno ner­wowe w jego ciele. A tego by nie wy­trzy­mał.

- Wi­dzia­łeś! - rzu­cił czło­wiek sie­dzący za kie­row­nicą to­nem nie­zno­szą­cym sprze­ciwu - Wszy­scy wi­dzie­li­ście.

- Tak! - krzyk­nął pa­sa­żer, a ten drugi po­ki­wał z apro­batą głową. On sam też wi­dział. Film zdra­dzał wszystko.

- I co mi po­wiesz? - za­dał ko­lejne py­ta­nie.

Pot ro­sił czoło pa­sa­żera. Męż­czy­zna wier­cił się nie­spo­koj­nie, jakby cze­kał na od­po­wiedni mo­ment, żeby uciec z tej pu­łapki. Kiedy zro­zu­miał, że ten nie na­dej­dzie, usta za­częły mu drżeć. Za­łkał i z tru­dem się opa­no­wał. Wy­tarł nos rę­ka­wem kurtki i po­wie­dział coś nie­zro­zu­miale.

- Gło­śniej! - wark­nął kie­rowca.

Siar­czy­sty mróz, nie­siony wia­trem, wci­skał się każdą szcze­liną do wnę­trza sa­mo­chodu, w któ­rym szyby za­częły już za­cho­dzić parą. Kie­rowca uchy­lił drzwi.

- Ona żyje. - Pa­sa­żer miał łzy w oczach.

Ma­rek Be­ner od­ru­chowo po­ki­wał głową, jakby te słowa nie zro­biły na nim żad­nego wra­że­nia. Bez­wied­nie po­tarł pal­cami lwi kieł, który zwi­sał z rze­mie­nia na jego szyi, a po­tem od­szu­kał dło­nią dźwi­gnię ha­mulca ręcz­nego.

Cze­kał sie­dem lat na od­na­le­zie­nie swo­jej uko­cha­nej żony. A te­raz miał wra­że­nie, jakby to wszystko było tylko snem, wręcz kosz­ma­rem. Bo prze­cież i w snach, i w kosz­ma­rach bywa do­kład­nie tak samo: czu­jesz i prze­ży­wasz wszystko jak na ja­wie. Być może wła­śnie śnił ko­lejny kosz­mar, który wy­pluje go nad ra­nem w rze­czy­wi­stość po­zba­wioną złu­dzeń. W świat, gdzie całe jego ży­cie spro­wa­dza się do trwa­nia w chwili za­wie­szo­nej mię­dzy prze­szło­ścią, do któ­rej ma wgląd je­dy­nie jak przez mgłę, a przy­szło­ścią, w któ­rej stronę na­wet nie za­mie­rza pa­trzeć. Uno­sił się jakby w sa­mym środku szkla­nej kuli, wy­star­cza­jąco du­żej, by nie miał żad­nych szans na do­tar­cie do jej gra­nic. Uwię­ziony wła­ści­wie bar­dziej przez sie­bie sa­mego niż przez oko­licz­no­ści. Wie­dział to. A im dłu­żej nie było przy nim Agaty, tym grub­sza sta­wała się ściana szkla­nego wię­zie­nia.

Nie chciał już o tym my­śleć. Z ca­łej siły za­ci­snął dłoń na dźwi­gni ha­mulca, aż po­bie­lały mu kłyk­cie.

Miej to za sobą, stwier­dził w my­ślach.

W dole czarna rzeka nio­sła wciąż nowe kry, a jed­nak zu­peł­nie tego nie za­uwa­żał. Pa­trzył na Agatę. Wi­dział uśmiech­niętą blon­dynkę z du­żym cią­żo­wym brzu­chem. Po­ma­chała do niego, a po­tem roz­ło­żyła ręce, jakby tylko cze­kała, aż Be­ner pod­bie­gnie do niej i weź­mie ją w ra­miona.

Drgnęła mu po­wieka.

Mi­nęło sie­dem lat.

W za­sa­dzie to mi­nęła cała wiecz­ność.

Na chwilę za­mknął oczy tylko po to, by ob­raz żony od­pły­nął ra­zem z nur­tem rzeki.

Na­piął mię­śnie i spu­ścił głowę. Przez za­słonę dłu­gich wło­sów spoj­rzał na prze­ra­żo­nego pa­sa­żera, który wie­dział już, co go czeka.

- Nie! - krzyk­nął męż­czy­zna.

Be­ner zwol­nił ręczny.

Wóz wy­strze­lił w kie­runku lo­do­wa­tej toni.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki