Seria z Markiem Benerem (#2). Porzuć swój strach - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Za­miast mdłego odoru zwłok, które le­żały w płyt­kiej mo­gile, czuł in­ten­sywny za­pach lasu.

Woń była gę­sta i lepka jak mo­kra zie­mia, którą przed chwilą od­gar­nął z fo­lii przy­kry­wa­ją­cej ciało. Od­sło­nił tylko twarz i nie za­mie­rzał wię­cej, tyle wy­star­czyło.

Wzrok przy­zwy­czaił się do ciem­no­ści i dzięki temu wy­ła­py­wał co­raz wię­cej szcze­gó­łów, mimo że wo­lałby w ogóle ni­czego nie wi­dzieć i być gdzieś da­leko stąd. Tym­cza­sem klę­czał w roz­ko­pa­nej i zim­nej gle­bie, która kle­iła się do ły­dek i ko­lan.

Bu­rza już prze­szła, jed­nak na­brzmiałe kro­ple desz­czu wciąż są­czyły się z gę­stych ko­ron so­sen za­wie­szo­nych wy­soko nad nim, ob­my­wa­jąc twarz ko­biety z resz­tek ziemi. Po­znał jej pro­sty nos, za­pad­nięte po­liczki i do­łek w bro­dzie. Białka oczu błysz­czały jesz­cze, a nie­ru­chomy wzrok wpa­try­wał się w czarne niebo i księ­życ. Wą­skie usta były otwarte jak do krzyku. A może chciała tylko za­czerp­nąć po­wie­trza. Ostatni raz.

Pod pa­znok­ciami wciąż czuł ziarna pia­chu. Mimo nocy wpa­try­wał się w swoje brudne ręce i py­tał sam sie­bie, jak mo­gło do tego dojść.

Nie wy­trzy­mał.

Nie te­raz, tylko wtedy.

Nie tak wy­obra­żał so­bie ostat­nią z nią roz­mowę.

Pa­mię­tał, że na­wrzesz­czał na nią, kiedy za­częła pleść bzdury. Obojgu pu­ściły nerwy. Miał wra­że­nie, że osza­lała, że mówi rze­czy, któ­rych nor­mal­nie ni­gdy by nie po­wie­działa. Ale te­raz wie­dział, że jej za­cho­wa­nie nie było oznaką sza­leń­stwa. Po pro­stu chro­niła swoją ta­jem­nicę. To on stra­cił nad sobą pa­no­wa­nie, to jemu, w za­le­wie żółci, urwał się film.

Nie­po­czy­tal­ność, tak mo­gliby to za­kwa­li­fi­ko­wać.

Nie po­cie­szał się, bo wciąż nie wie­dział, co po­wie żo­nie, któ­rej nie wi­dział od sze­ściu lat, cho­ciaż stale z nią roz­ma­wiał, i która w naj­trud­niej­szych chwi­lach za­wsze była obecna w jego gło­wie. Za­sta­na­wiał się, w ja­kie słowa ubrać to, co się wy­da­rzyło, i jak przy­znać się do tego, co zro­bił.

Po­woli - jakby wsta­wał od kon­fe­sjo­nału, jakby to spo­tka­nie ze zwło­kami miało go roz­grze­szyć - pod­niósł się, za­brał oparty o pień szpa­del i ru­szył na sztyw­nych, uwa­la­nych zie­mią no­gach w stronę po­lany oświe­tla­nej bla­skiem księ­życa. Po­mruk bu­rzy do­cho­dził te­raz znad To­ru­nia.

Dłu­gie włosy przy­kle­iły się do szyi, a wil­gotne ciu­chy po­tę­go­wały wra­że­nie chłodu. Po po­licz­kach spły­wały kro­ple desz­czu - cho­ciaż może to wcale nie był deszcz - a w tramp­kach woda chlu­pała przy każ­dym kroku. Czuł, jak drżą mu wszyst­kie mię­śnie, i do­brze wie­dział, że to nie z po­wodu zimna. Znowu pa­nicz­nie się bał. Znowu strach ka­zał mu ucie­kać. Tym ra­zem jed­nak ucie­kał przed sa­mym sobą. Dla­tego nie mógł się za­trzy­mać. Nie za­mie­rzał się od­wra­cać i spo­glą­dać nieco da­lej w mrok, mię­dzy grube pnie so­sen, tam gdzie zna­lazł ją w płyt­kim gro­bie.

I wtedy to so­bie przy­po­mniał.

Wi­dział to wcze­śniej, jed­nak nie za­re­ago­wał. Po­chło­nęło go od­rzu­ca­nie szpa­dlem cięż­kiej, wil­got­nej ziemi, a po­tem usu­wa­nie jej rę­koma. Po pro­stu był zbyt wstrzą­śnięty tym, co ro­bił.

Przy­spie­szył, ale strach wciąż do­trzy­my­wał mu kroku. Sły­szał swój krótki, płytki od­dech, czuł ude­rze­nia serca, które roz­cho­dziły się falą po ca­łym ciele. Za­ci­snął bez­wied­nie dło­nie na sta­lo­wym trzonku szpa­dla.

Za od­ko­pa­nym gro­bem świeża zie­mia skry­wała jesz­cze jedno ciało.

Za­trzy­mał się i od­wró­cił.

A co, je­śli leży tam...

Nie.

Na­wet tak nie myśl, roz­ka­zał so­bie.

I od­szedł.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki