Seria z Bernardem Grossem (#5). Skrzep - Robert Małecki

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

DZIEŃ PIERW­SZY

Żółty tra­per le­żał na boku pod cia­łem wi­sielca.

But, któ­rego koń­cówki sznu­ro­wa­dła przy­po­mi­nały młode, za­sty­głe w bez­ru­chu żmije, no­sił wi­doczne plamy krwi i było cał­kiem praw­do­po­dobne, że zsu­nął się ze stopy męż­czy­zny w wy­niku drga­wek przed­śmiert­nych.

Ko­mi­sarz Ber­nard Gross już wcze­śniej zwró­cił uwagę na głę­boko żło­bioną, ja­sną po­de­szwę z two­rzywa ter­mo­pla­stycz­nego. Jego zda­niem sa­mo­bójca, za­nim za­ło­żył so­bie stry­czek na szyję, mu­siał bro­dzić w ka­łuży po­soki. Świad­czyły o tym rów­nież ślady krwi na le­żą­cym obok ta­bo­re­cie, na któ­rym męż­czy­zna sta­nął, za­nim po­że­gnał się z ży­ciem.

Drugi tra­per, cho­ciaż także nie­zasz­nu­ro­wany, wciąż tkwił na no­dze de­nata i był tak samo za­bru­dzony. Po­li­cjant przyj­rzałby mu się dłu­żej, gdyby nie ośle­pił go na­gły błysk fle­sza. Od­cze­kał, aż ciemne po­wi­doki zni­kły, a po­tem spo­koj­nie zer­k­nął na dło­nie sa­mo­bójcy. Ich skóra miała rdzawy od­cień. Tak wy­glą­dała za­schnięta krew. Wie­dział na pewno, że to nie plamy opa­dowe, bo te u wi­siel­ców naj­czę­ściej były si­no­fio­le­towe. Gross ob­ser­wo­wał de­nata z progu sta­rej szopy, żeby nie prze­szka­dzać w pracy tech­ni­kom kry­mi­na­li­styki. Na ra­zie mu­siał się za­do­wo­lić ogól­nym ob­ra­zem z miej­sca zda­rze­nia. No­to­wał więc w gło­wie wszystko, na co po­li­cyjny in­stynkt śled­czego ka­zał mu zwró­cić baczną uwagę.

Przy sa­mym wej­ściu po le­wej stała po­rdze­wiała szafka ze sto­łem ro­bo­czym, na któ­rym le­żały zwój sznura i za­krwa­wiony mło­tek za­koń­czony drew­nia­nym wal­cem. Krew wpiła się w ma­te­riał, a dwa bor­dowe skrzepy le­piły się do kra­wę­dzi obu­cha i spra­wiały wra­że­nie, jakby na­rzę­dzie zbrodni było żywą, na do­da­tek ranną istotą.

Przy obu przed­mio­tach le­żały czarno-białe ska­lówki kry­mi­na­li­styczne oraz nu­merki nie­zbędne do ozna­cza­nia do­wo­dów na po­trzeby do­ku­men­ta­cji fo­to­gra­ficz­nej i przy­go­to­wa­nia pro­to­kołu oglę­dzin.

Tuż po tym, jak ko­lejny raz bły­snęła lampa apa­ratu, Ja­rek Bloch, krępy po­li­cjant ubrany w biały fi­ze­li­nowy strój, z kap­tu­rem na gło­wie i ma­ską za­kry­wa­jącą nos i usta, od­wró­cił się do ko­mi­sa­rza.

- To jak, Ber­nar­dzie? Od­ci­namy bre­loka? - spy­tał, wska­zu­jąc na wi­sielca.

Nie do­cze­kał się od­po­wie­dzi.

Gross raz jesz­cze przyj­rzał się de­ta­lom. Gruby sznur opla­tał trzy­krot­nie belkę i wraz z pę­tlą za­ci­śniętą na szyi zni­kał za zwie­szoną głową męż­czy­zny. Na wi­doku po­zo­sta­wał je­dy­nie spory wę­zeł uno­szący się nad kar­kiem. Po­li­cjant do­tąd nie wi­dział twa­rzy czło­wieka, który ode­brał so­bie ży­cie, ale wie­dział, że wkrótce za­spo­koi cie­ka­wość. Chciał po­znać twarz po­twora, zdol­nego do nie­praw­do­po­dob­nego zła, a jed­no­cze­śnie tchórz­li­wego wo­bec nie­uchron­no­ści kary, któ­rego strach za­pro­wa­dził do tej dre­wutni, by sam so­bie wy­mie­rzył spra­wie­dli­wość.

Choć wła­ści­wie Gross wcale nie miał pew­no­ści, czy sa­mo­bój­stwo w tej kon­kret­nej sy­tu­acji było ak­tem od­wagi, czy tchó­rzo­stwa. Cóż mógł wie­dzieć o po­wo­dach, dla któ­rych lu­dzie roz­sta­wali się z ży­ciem? Szcze­gól­nie w tak dra­ma­tycz­nych oko­licz­no­ściach. Nie był psy­cho­lo­giem ani psy­chia­trą. My­ślał o tym tylko dla­tego, że kie­dyś i jemu, na sku­tek ro­dzin­nej tra­ge­dii, gdy zna­lazł się w dłu­gim mrocz­nym tu­nelu, ode­bra­nie so­bie ży­cia wy­da­wało się re­alną obiet­nicą ry­chłej ulgi.

Przy­glą­dał się gło­wie de­nata po­ro­śnię­tej ciem­nymi wło­sami. Były w nie­ła­dzie, jakby męż­czy­zna wła­śnie wstał z łóżka. Na fla­ne­lo­wej ko­szuli w ciemną kratę wy­kwi­tały bru­natne plamy. Po­dobne miał w po­bliżu kie­szeni zie­lo­nych bo­jó­wek.

- Ber­nar­dzie? - Bloch się znie­cier­pli­wił i zro­bił krok w stronę Grossa, a ten wy­rwany ze sku­pie­nia w końcu spoj­rzał na tech­nika.

- Cze­kamy na Ra­szeję - od­parł ko­mi­sarz, ma­jąc na my­śli me­dyka są­do­wego.

Na­stęp­nie chuch­nął w zzięb­nięte dło­nie i po­tarł je ener­gicz­nie. Od­wró­cił się i spoj­rzał na szary dom z lat sie­dem­dzie­sią­tych, od­da­lony od szopy o kil­ka­na­ście me­trów.

Zda­wał so­bie sprawę, że to, co tam zo­ba­czył, po­zo­sta­nie z nim na długo. Ob­razy wpeł­zły do głowy i uwiły w niej gniazda. Zu­peł­nie jakby du­chy wszyst­kich ofiar zbrodni, które po­znał, po­dob­nie jak żywi lu­dzie, też bały się sa­mot­no­ści i dla­tego wy­brały go so­bie na to­wa­rzy­sza nie­doli. Każdą z nich znał z imie­nia i na­zwi­ska, każda w ja­kiś nie­wy­tłu­ma­czalny spo­sób była mu bli­ska, cho­ciaż nie wie­dział, dla­czego po­zwa­lał so­bie na ta­kie re­la­cje ze zmar­łymi. Pa­mię­tał ich twa­rze po­zba­wione ży­cia, ma­ski z na­tu­ral­nej skóry. Prze­wi­jały mu się przed oczami jak w ma­ka­brycz­nym po­ka­zie slaj­dów. I tylko cza­sami, kiedy udało mu się zła­pać za­bójcę, zda­rzało się, że wi­ze­ru­nek ofiary za­snu­wało pa­smo mgły. Ale choć du­sze ofiar że­gnały się z nim w ta­kich sy­tu­acjach na dłu­żej, ni­gdy nie zni­kały z jego ży­cia. Po pro­stu wy­da­wało mu się, że ten czy inny duch wy­co­fy­wał się w głąb ciem­nej sali. Wciąż jed­nak tam był. Gross stale czuł jego obec­ność. Wi­dział za­rys jego syl­wetki.

Nie­przy­jemny dreszcz prze­biegł w dół ple­ców ko­mi­sa­rza. Świeże ob­razy śmierci z domu nad je­zio­rem na­pły­wały.

Czer­wone ka­łuże na par­kie­cie i dy­wan mo­kry od gę­stej po­soki. Roz­pry­ski roz­siane na bia­łych ścia­nach i su­fi­tach. Roz­mazy na fra­mu­gach. Ślady kon­tak­towe na drzwiach i klam­kach. I krwawe od­bitki po­de­szew tra­pe­rów na pod­ło­dze w wia­tro­ła­pie i na scho­dach.

Ale nie to było naj­gor­sze.

Naj­gor­szy był wi­dok ciał, a ra­czej znie­kształ­co­nych od moc­nych ude­rzeń młotka za­pad­nię­tych twa­rzo­cza­szek ko­biety i sied­mio­let­niej dziew­czynki, któ­rych głowy w zbrod­ni­czej fu­rii za­mie­niły się w krwawą mia­zgę zło­żoną z ko­ści, skóry i tka­nek.

Zwłoki zna­le­ziono na par­te­rze. Co cie­kawe, mimo uchy­lo­nych drzwi w po­koju było cie­pło. Piec cho­dził z pełną mocą, bo pro­gra­ma­tor sy­gna­li­zo­wał spa­dek tem­pe­ra­tury. Sprawca uło­żył ciała po­śmiert­nie obok sie­bie w po­koju dzien­nym. Prze­cią­gnął jedno po dru­gim po pod­ło­dze na sam śro­dek sa­lonu. Świad­czyły o tym krwawe ślady wle­cze­nia.

Dwie ofiary.

Matka i córka.

I trze­cie ciało. Za­bójca i sa­mo­bójca w jed­nym, któ­rego Gross miał nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki.

Mąż i oj­ciec.

Cała ro­dzina, która ode­szła.

A wraz z nią ich se­krety, po­my­ślał Gross.

I mi­łość, któ­rej źró­dło być może wy­schło już wcze­śniej, po­dob­nie jak krew na obu­chu młotka.

Tra­ge­dia w domu przy Li­po­wej, nad nie­wiel­kim je­zio­rem Ar­chi­dia­konka, znaj­du­ją­cym się na pół­noc­nych ru­bie­żach Chełmży, praw­do­po­dob­nie ro­ze­grała się nad ra­nem.

To wtedy je­den z są­sia­dów wi­dział Mi­chała Ar­łaka prze­cho­dzą­cego z domu do szopy z młot­kiem w ręku. Męż­czy­zna nie ode­zwał się na po­wi­ta­nie. Ja­kiś czas po­tem są­siad po­now­nie wy­szedł na ze­wnątrz i za­uwa­żył, że w domu wciąż świeci się świa­tło. Za­sta­no­wiły go czer­wone roz­mazy na ścia­nie, które do­strzegł przez okno. Jakby ktoś chla­pał farbą na prawo i lewo. Jego nie­po­kój wzbu­dziły też otwarte drzwi do szopy. Do­piero po chwili za­uwa­żył krwawe ślady na scho­dach. Pró­bo­wał wy­wo­łać Ar­łaka, lecz usły­szał tylko zło­wrogi szum wia­tru i sze­lest igla­ków. Wy­stra­szył się i nie zaj­rzał do domu. Furtka była uchy­lona, więc naj­pierw nie­pew­nie ru­szył do dre­wutni. Ale na wszystko było już za późno.

Za­marł w progu.

Do­piero kiedy zdo­łał się opa­no­wać, wy­biegł za ogro­dze­nie i się­gnął po te­le­fon. A kilka mi­nut póź­niej mi­ga­jące nie­bie­skie świa­tła ra­dio­wozu prze­bi­jały się przez mgli­sty lu­towy po­ra­nek.

Gross do­tarł do ostat­niej po­se­sji przy ulicy Li­po­wej pół­to­rej go­dziny póź­niej. Przy­je­chał tu pro­sto z byd­go­skiego lot­ni­ska, we­zwany przez ko­men­dantkę Alek­san­drę Joj­czyk, awan­so­waną nie­dawno do stop­nia ko­mi­sa­rza. Po­wi­nien sie­dzieć w sa­mo­lo­cie, który wła­śnie pod­cho­dziłby do lą­do­wa­nia na bry­tyj­skiej ziemi, gdzie ko­mi­sarz miał się spo­tkać z sy­nem pra­cu­ją­cym w ho­spi­cjum w Don­ca­ster. Nie­stety, kiedy otrzy­mał in­for­ma­cję o tak zwa­nym sa­mo­bój­stwie roz­sze­rzo­nym, uznał, że w Chełmży przyda się każda para rąk do pracy. Poza tym jego obec­no­ści do­ma­gał się pro­ku­ra­tor Ar­tur Le­gner z To­ru­nia i dla­tego Gross uznał, że wy­sią­dzie z bo­einga i zrobi to, co do niego na­leży i na czym zna się naj­le­piej, a po­tem kupi drugi bi­let lot­ni­czy na naj­bliż­szy moż­liwy ter­min i po­leci do Bartka. Pró­bo­wał do niego za­dzwo­nić i mu o tym wszyst­kim po­wie­dzieć, ale syn nie ode­brał te­le­fonu, dla­tego ko­mi­sarz sta­rał się pa­mię­tać, by w wol­nej chwili za­dzwo­nić jesz­cze raz.

Zer­k­nął wła­śnie na ekran ko­mórki, ale po­tem z ża­lem go wy­ga­sił. Na jego czar­nej lu­strza­nej po­wierzchni wi­dział od­bi­cie cięż­kich chmur. Prze­su­wały się nad jego głową, zwia­stu­jąc ry­chłe opady śniegu lub desz­czu.

Przed do­mem, w któ­rym do­szło do ro­dzin­nego dra­matu, ro­iło się od po­li­cjan­tów z to­ruń­skiej ko­mendy. W to ci­che, od­ludne miej­sce wdarł się spory har­mi­der, bo ujaw­nie­niem i za­bez­pie­cza­niem śla­dów na miej­scu zda­rze­nia zaj­mo­wały się trzy grupy ope­ra­cyjno-pro­ce­sowe. Dwie pra­co­wały w domu - jedna w sa­lo­nie, w któ­rym ujaw­niono zwłoki, druga w po­zo­sta­łych po­miesz­cze­niach. Trze­cia zaj­mo­wała się wi­siel­cem w szo­pie.

Gross pa­trzył wła­śnie w okna roz­świe­tlo­nego sa­lonu. Miał wra­że­nie, jakby mi­gnęła mu tam po­stać za­fra­so­wa­nej, zgar­bio­nej le­karki, dok­tor Ra­szei. Ale prze­cież wciąż na nią cze­kali.

Zmy­sły pła­tały mu fi­gla.

Lu­bił Ra­szeję i sza­no­wał ją za skru­pu­lat­ność, a także za ob­szerną wie­dzę. Ale nie tylko za to. Nie­pi­sana za­sada ich życz­li­wej re­la­cji za­kła­dała, że nie prze­szka­dzali so­bie w chwi­lach sku­pie­nia. Ko­mi­sarz do­brze wie­dział, że ko­bieta zda mu do­kładną re­la­cję z oglę­dzin i od­po­wie na naj­waż­niej­sze py­ta­nia, a po­tem przed­stawi wnio­ski z sek­cji zwłok. Oba­wiał się tylko, że bę­dzie długo na te wnio­ski cze­kał. Za­pla­no­wa­nie trzech au­top­sji i ich prze­pro­wa­dze­nie wy­ma­gało czasu. To jedno, ale poza tym Gross mar­twił się, że za­kwa­li­fi­ko­wa­nie zda­rze­nia jako sa­mo­bój­stwa po­agre­syj­nego, czę­ściej, ale nie za­wsze słusz­nie, okre­śla­nego w me­diach jako roz­sze­rzone, sprawi, że ciała ro­dziny Ar­ła­ków wy­lą­dują na sa­mym końcu ko­lejki do stołu sek­cyj­nego byd­go­skiego Za­kładu Me­dy­cyny Są­do­wej. Za­bójca nie żył, więc śledz­two tak czy siak zo­sta­nie umo­rzone. I pod­pi­sze się pod tym pro­ku­ra­tor, któ­rego Gross do­strzegł wła­śnie na scho­dach domu. Męż­czy­zna zszedł po stop­niach, a na­stęp­nie prze­bie­ra­jąc krót­kimi no­gami, ru­szył do szopy.

- Pa­nie ko­mi­sa­rzu! - za­krzyk­nął z od­dali i za­ma­chał kasz­kie­tem.

Poły roz­pię­tego be­żo­wego płasz­cza pod­da­wały się na­po­rowi wia­tru, a czarne la­kierki po­ły­ski­wały z da­leka. Tuż za nim szedł bar­czy­sty nad­ko­mi­sarz Olaf Rę­bacz, za­stępca na­czel­nika Wy­działu Kry­mi­nal­nego Ko­mendy Miej­skiej Po­li­cji w To­ru­niu. Gross zdą­żył wy­mie­nić z nim uścisk dłoni od razu po przy­jeź­dzie na miej­sce. Już wtedy za­uwa­żył, że bujny, wy­cie­nio­wany fa­chowo wąs Rę­ba­cza mu­siał być po­far­bo­wany na czarno. Zdra­dzały to krót­kie, siwe od­ro­sty.

Za­sa­pany Le­gner do­tarł na miej­sce i przy­wi­tał się z Gros­sem.

- Pa­no­wie się po­znają. - Wska­zał na Rę­ba­cza, który do nich do­łą­czył.

Po­li­cjant z To­ru­nia trzy­mał dło­nie w kie­sze­niach roz­pię­tej dżin­so­wej kurtki z koł­nie­rzem wy­ło­żo­nym bia­łym fu­trem.

- Czu­ło­ści mamy już za sobą - ode­zwał się, a Gross po­twier­dził jego słowa ski­nie­niem głowy.

- No i do­brze, bo od razu mó­wię, że tu, pa­no­wie, trzeba się za­brać do cięż­kiego za­pier­dolu. - Pro­ku­ra­tor uchy­lił kasz­kiet, prze­tarł zro­szone po­tem czoło i równo przy­strzy­żone włosy.

- Śledz­two jest na­sze. W sen­sie ko­mendy miej­skiej - za­strzegł Rę­bacz, gło­śno po­cią­ga­jąc przy tym no­sem i zer­ka­jąc z za­in­te­re­so­wa­niem do wnę­trza szopy. Gross pa­trzył na jego owalną twarz bez żad­nej zmarszczki, z wy­raźną ja­sno­brą­zową opa­le­ni­zną. - Mam na­dzieję, że to ja­sne - do­dał kry­mi­nalny.

Gross spoj­rzał na Le­gnera.

- Od­wo­ła­łem urlop i wy­jazd do syna - przy­po­mniał pro­ku­ra­to­rowi. - Po­dobno na pana po­le­ce­nie.

Le­gner na­tych­miast uniósł ręce w obron­nym ge­ście.

- Pa­no­wie, przy­po­mi­nam, że ja tu nie je­stem od mie­sza­nia cho­chlą w wa­szym szam­bie. I koło dupy mi lata, który z was po­łoży mi pa­piery na biurku. Wiem tylko, czego od was ocze­kuję. Wszyst­kie ręce na po­kład. - Le­gner mru­gnął, ale Gross miał pew­ność, że był to je­dy­nie tik ner­wowy, a nie ża­den ukryty znak wy­słany do niego. - Dra­mat ro­dzinny - kon­ty­nu­ował pro­ku­ra­tor - nic nie­zwy­kłego, da się to szybko do­pa­pie­rzyć i za­koń­czyć. I o to uprzej­mie pro­szę. - Zer­k­nął na ze­ga­rek, a po­tem po­dał rękę Gros­sowi i Rę­ba­czowi.

- Przy­dałby się ska­ner - mruk­nął Rę­bacz.

- Że co, prze­pra­szam? Ska­ner 3D? Czy do­brze sły­sza­łem? - Le­gner się skrzy­wił. - Za­nim przy­wie­zie go tu byd­go­ska ekipa, mi­nie kilka albo i kil­ka­na­ście go­dzin, a po­tem, przy do­brych wia­trach, bę­dziemy się pier­do­lić z tą za­bawką przez ko­lejną dobę, bo do­brze pan wie, co zna­czy ska­ner w tej kon­kret­nej sy­tu­acji. Nie wspo­mnę już o tym, że do­piero po ska­ne­rze wejdą tech­nicy i oni spę­dzą w tym domu jesz­cze ze dwa, kurwa, dni. Chce pan nam wszyst­kim fe­rie zi­mowe nad Ar­chi­dia­konką urzą­dzić? Ży­cie panu nie­miłe? - Le­gner za­re­cho­tał z wła­snego żartu.

- Są­dzę, że dok­tor Ra­szeja... - pró­bo­wał wejść mu w słowo Rę­bacz, ale pro­ku­ra­tor spo­waż­niał i uniósł rękę.

- Dok­tor Ra­szeja - po­wie­dział Le­gner - nie po­trze­buje ska­nera, żeby okre­ślić czas zgonu ofiar i do­ko­nać oglę­dzin zwłok. Nie prze­sa­dzajmy. Niech za­cznie od szopy. - Wska­zał brodą na dre­wut­nię. - Je­śli nie do­strzeże przy tym bre­loku zna­mion prze­stęp­stwa, to li­czę na to, że pan, pa­nie na­czel­niku, za­dzwoni do mnie i po­dzię­kuje mi uprzej­mie, że wy­bi­łem panu ten ska­ner z dupy, okej?

- Jed­nak by się przy­dał. - Rę­bacz cmok­nął z nie­za­do­wo­le­niem.

- Wolna wola, pro­szę bar­dzo. Ale skoro tak, to ja się pa­nom ni­sko kła­niam i spier­da­lam - od­parł Ar­tur Le­gner. - Jakby co, łap­cie mnie pod te­le­fo­nem, bo ogarnę so­bie po­żar w in­nym bur­delu, gdzie cze­kają na mnie od trzech go­dzin. Wszę­dzie się, kurwa, spóź­niam.

Gross od­pro­wa­dził śled­czego wzro­kiem do czar­nego vo­lvo, które stało za ogro­dze­niem. Wciąż mil­czał.

- Co my­ślisz? Ścią­gnąć ten ska­ner? - za­py­tał Rę­bacz.

- Po­cze­kajmy na Ra­szeję - od­parł chełm­żyń­ski po­li­cjant.

Olaf Rę­bacz prze­je­chał ję­zy­kiem po gór­nych zę­bach.

- No do­bra, po­cze­kamy i wtedy zde­cy­du­jemy - rzekł. - A tu, u cie­bie, co? - Nad­ko­mi­sarz wska­zał brodą w kie­runku szopy, w któ­rej Ja­rek Bloch i Ma­rian Chę­ciń­ski krę­cili się wo­kół wi­szą­cego ciała. Obaj na pewno sły­szeli ich roz­mowę.

Gross w mil­cze­niu kuc­nął przy wa­lizce kry­mi­na­li­stycz­nej i wy­jął z niej kom­bi­ne­zon ochronny oraz ochra­nia­cze na buty. Uznał, że czas wejść do wnę­trza, żeby przyj­rzeć się wi­siel­cowi.

- Ra­czej sa­mo­bój - od­po­wie­dział Rę­ba­czowi Ma­rian Chę­ciń­ski.

- No. I tak mi mów. - To­ruń­ski po­li­cjant po­tarł ener­gicz­nie dło­nie. - Do­bra, dzia­łaj­cie da­lej, ja wra­cam do mo­ich tru­pów. Zgramy się na ko­niec dnia albo ju­tro i pod­su­mu­jemy wszystko.

- A śledz­two? - Gross za­trzy­mał go w pół kroku.

- Co?

- Prze­słu­cha­nia świad­ków? - do­py­tał.

- Mamy tylko jed­nego. - Rę­bacz wzru­szył ra­mio­nami.

- Bo nikt wię­cej się do nas nie zgło­sił - stwier­dził Gross. - Dla­tego to na­sza ro­bota, żeby ich zna­leźć.

Fo­liowe ochra­nia­cze za­sze­le­ściły, gdy wsu­wał w nie buty.

- No to idź i ich szu­kaj!

Rę­bacz po­stał jesz­cze chwilę, po­tem ru­szył wolno w kie­runku domu Ar­ła­ków. Gdy ener­gicz­nie wsko­czył na schody i znik­nął we wnę­trzu po­se­sji, obaj tech­nicy, jakby na za­wo­ła­nie, wy­szli z szopy.

- Czas na chil­lout - mruk­nął Ja­rek Bloch, niż­szy eks­pert kry­mi­na­li­styki.

Zrzu­cił kap­tur, zdjął ma­seczkę i wy­grze­bał z tyl­nej kie­szeni ple­caka, sto­ją­cego na dru­giej wa­lizce, paczkę ca­meli. Zgrzyt­nął za­pal­niczką, a po­ma­rań­czowy ję­zyk ognia otu­lił koń­cówkę pa­pie­rosa. Chwilę póź­niej tech­nik wy­pu­ścił z ust gę­stą chmurę dymu. W tym cza­sie Ma­rian Chę­ciń­ski, nieco zgar­biony, wpa­try­wał się w spo­kojną ta­flę je­ziora i jęk­nął, roz­pro­sto­wu­jąc plecy.

- Uwa­żaj na Wąsa - zwró­cił się do ko­mi­sa­rza.

- To jego ksywa?

Chę­ciń­ski po­twier­dził.

- Dla­czego mam na niego uwa­żać? - Gross chciał już wejść do dre­wutni, ale za­trzy­mał się w progu.

- Po pro­stu bądź czujny, Ber­nar­dzie.

Ja­kiś czas póź­niej, gdy od ku­ca­nia przy wi­sielcu Grossa za­częły pa­lić mię­śnie ud, usły­szał głos Ma­riana Chę­ciń­skiego do­cho­dzący sprzed szopy.

- O, pani dok­tor, ca­łuję rączki. Stę­sk­ni­łem się za pa­nią.

Gross zer­k­nął w tamtą stronę przez otwarte drzwi dre­wutni.

- Ma­rian, nie za­czy­naj. Nie je­ste­śmy w Cie­cho­cinku. - Gross wi­dział, jak Ra­szeja żar­to­bli­wie po­gro­ziła tech­ni­kowi pal­cem, ale przy­naj­mniej się roz­ch­mu­rzyła. Chę­ciń­ski także się ro­ze­śmiał i Gross zdał so­bie sprawę, że dawno nie wi­dział uśmiech­nię­tego ko­legi.

Spo­ty­kali się w pracy i nie­wiele wie­dzieli o so­bie na­wza­jem, o swo­ich ra­do­ściach, tro­skach i zmar­twie­niach, ani o ży­ciu, które za­wo­dowo stale krę­ciło się wo­kół zmar­łych.

- Ale mo­gli­by­śmy się tam wy­brać - dwo­ro­wał so­bie tech­nik i za­czął po­ru­szać rę­koma jak w tańcu. - Co ty na to? Te­ra­pia par­kie­towa działa cuda!

- Obie­canki ca­canki, Ma­rianku. - Ra­szeja skoń­czyła pa­lić i rzu­ciła pa­pie­rosa pod nogi. Przy­dep­tała peta, a na­stęp­nie schy­liła się po niego i scho­wała go do pu­dełka za­pa­łek. - Na par­kiet mo­żesz mnie za­brać po ro­bo­cie. - Roz­tarła blade z zimna dło­nie i zer­k­nęła do szopy. - O, tu je­steś, Ber­nar­dzie.

Gross z ulgą roz­pro­sto­wał nogi. Po­czuł, jakby ty­siące mró­wek ma­sze­ro­wały w kie­runku jego stóp. Z tru­dem wy­szedł na ze­wnątrz, żeby się z nią przy­wi­tać. A kiedy to zro­bił, wy­soka i chuda le­karka me­dy­cyny są­do­wej z pa­ty­ko­wa­tymi koń­czy­nami ode­brała od Chę­ciń­skiego pa­kiet ze stro­jem ochron­nym i za­częła za­kła­dać kom­bi­ne­zon. Po­lie­strowy strój za­sze­le­ścił, gdy prze­kro­czyła próg dre­wutni. Za nią we­szli tam Chę­ciń­ski i Bloch.

Ko­mi­sarz zo­stał na ze­wnątrz. Nie chciał im prze­szka­dzać.

Te­ren ogrodu opa­dał ku je­zioru wy­peł­nia­ją­cemu po­dłużną, ukła­da­jącą się w łuk nieckę. Gross pod­szedł do ogro­dze­nia i lu­stru­jąc ta­flę wody, którą marsz­czył wiatr, się­gnął po ko­mórkę.

Ko­lejny raz tego po­ranka wy­brał nu­mer syna. Od­cze­kał kilka sy­gna­łów, a po­tem się roz­łą­czył. Wal­czył ze sobą, lecz uznał, że wy­śle ese­mesa. Wie­dział, że dużo czasu spę­dzi tu nad je­zio­rem i może nie mieć chwili na roz­mowę z Bart­kiem. Na­pi­sał wia­do­mość, ale ją ska­so­wał. Po­tem za­czął ukła­dać treść raz jesz­cze, jed­naki tym ra­zem słowa nie od­da­wały w pełni tego, co chciał sy­nowi prze­ka­zać. Skrzyw­dził go dawno temu, a te­raz, kiedy był tak bli­sko na­prawy tej re­la­cji, znowu za­wiódł.

Wes­tchnął, przy­glą­da­jąc się dru­giemu brze­gowi akwenu.

Chciał ode­rwać się od doj­mu­ją­cych my­śli, dla­tego za­dzwo­nił do Mal­winy Le­mań­skiej, bi­blio­te­karki, z którą spo­ty­kał się od po­nad roku i czuł, że zmie­nia jego ży­cie na lep­sze.

- Cześć - usły­szał jej pe­łen cie­pła, ser­deczny głos. - Je­steś już w Chełmży?

- Tak.

- Dzwo­ni­łeś do Bartka? - spy­tała z tro­ską w gło­sie.

To wła­śnie ona, po tym jak Gross opu­ścił po­kład sa­mo­lotu, na­ma­wiała go, żeby nie zwle­kał z po­in­for­mo­wa­niem syna o swo­jej de­cy­zji.

- Wciąż nie od­biera - uspra­wie­dli­wił się Gross.

- Hmm... A wy­sła­łeś mu wia­do­mość?

- Jesz­cze nie, ale to zro­bię.

- Do­brze. Pa­mię­taj o tym, pro­szę.

- Pa­mię­tam - za­pew­nił i do­dał: - Nie wiem, czy dziś przyjdę.

- Późno skoń­czysz?

- Na to wy­gląda.

- Co tam się stało? - spy­tała, nie tyle wie­dziona cie­ka­wo­ścią, ile, był o tym prze­ko­nany, tro­ską o losy ofiar.

- Wszystko wska­zuje na to, że męż­czy­zna za­bił swoją żonę i córkę, a po­tem ode­brał so­bie ży­cie - stwier­dził Gross, ogra­ni­cza­jąc się do su­chych fak­tów.

- Boże - wy­szep­tała. - To straszne.

Jego też prze­ra­żało to, jak wiele krzywdy mogą wy­rzą­dzić so­bie lu­dzie, któ­rych łą­czyła mi­łość. I nie cho­dziło mu o zwy­kłe kłót­nie. My­ślał ra­czej o za­nie­cha­niach, do­kład­nie ta­kich, któ­rych sam do­pu­ścił się wo­bec syna. Przede wszyst­kim wtedy, gdy Agnieszka, jego żona, nie­mal udu­szona w trak­cie bru­tal­nego na­padu, za­pa­dła w śpiączkę, a on nie umiał po­ra­dzić so­bie z traumą i nie za­dbał o wła­sne dziecko.

Przy­tła­czały go grze­chy, które no­sił w so­bie. Na­dal był prze­cież mę­żem cho­rej, nie­przy­tom­nej ko­biety, a mimo to zde­cy­do­wał się zwią­zać z Mal­winą. Kto mu dał do tego prawo? Za­wiódł nie tylko żonę i syna. Naj­gor­sze było to, że zdra­dził sie­bie i wszystko to, w co wie­rzył.

- Mu­szę koń­czyć - rzekł spo­koj­nie do bi­blio­te­karki.

- Uwa­żaj na sie­bie - po­pro­siła prze­jęta, jakby zło, które się tu wy­da­rzyło, wciąż peł­zało gdzieś po ką­tach.

- Ode­zwę się. - Gross z ża­lem się roz­łą­czył.

Wró­cił do dre­wutni.

But na­dal le­żał w tym sa­mym miej­scu, pod cia­łem wi­sielca.

Ra­szeja koń­czyła oglę­dziny zwłok, przy któ­rych po­ma­gali jej tech­nicy. Kiedy się wy­pro­sto­wała, wy­czuła obec­ność Grossa i od­wró­ciła się do niego.

- Skoń­czy­li­ście? - spy­tał.

- Tak. Mo­żemy go od­ci­nać - za­ko­men­de­ro­wała.

Nie­mal go­dzinę póź­niej le­karka ścią­gnęła z cha­rak­te­ry­stycz­nym trza­skiem la­tek­sowe rę­ka­wiczki, a Bloch po­dał jej czarny wo­rek i od­no­to­wał wrzu­coną do niego parę.

- I co o tym są­dzisz? - Ra­szeja zwró­ciła się do Grossa.

Stali nad le­żą­cymi na ziemi, na­gimi już zwło­kami męż­czy­zny. W bla­dym, ze­sztyw­nia­łym z zimna i z po­wodu stę­że­nia po­śmiert­nego ciele od­zna­czały się dło­nie i stopy. Wcze­śniej spły­wała do nich gra­wi­ta­cyj­nie krew, two­rząc fio­le­to­wo­sine plamy opa­dowe.

Ko­mi­sarz do­brze wie­dział, że na tym eta­pie oglę­dzin nie­winne py­ta­nie było ze strony spe­cja­listki za­pro­sze­niem do bacz­nego przyj­rze­nia się zwło­kom.

Na twa­rzy, pod po­wie­kami ani w ustach de­nata nie od­na­lazł ja­sno­czer­wo­nych wy­bro­czyn. Ciemna bruzda wi­siel­cza prze­bie­gała po­wy­żej chrząstki tar­czo­wa­tej, a więc ty­powo dla po­wie­sze­nia. Po­gru­bie­nie bruzdy, spo­wo­do­wane sa­mo­za­ci­ska­ją­cym się wę­złem prze­lo­to­wym, znaj­do­wało się z pra­wej strony, co su­ge­ro­wało, że męż­czy­zna był pra­wo­ręczny.

Gross zwró­cił jesz­cze uwagę na dwie ró­żowe, owalne plamki u na­sady nosa.

I to wszystko.

Obok nóg stały dwa równo usta­wione żółte tra­pery.

- Sa­mo­bój­stwo - po­wie­dział ci­cho.

- Nie można mieć co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści - utwier­dziła go w prze­ko­na­niu. - A co jesz­cze?

Gross ścią­gnął brwi w sku­pie­niu.

- Na twa­rzy czy­sto.

- Masz na my­śli brak śladu roz­pry­sków krwi ofiar? - spy­tała Ra­szeja. - Bo roz­maz nad pra­wym uchem i na karku, a także wo­kół szyi na pewno wi­dzia­łeś. Nie­wy­klu­czone, że po­wstały przy za­kła­da­niu pę­tli wi­siel­czej. Ale, co chyba naj­cie­kaw­sze, na szyi i de­kol­cie roz­pry­sków brak.

- Moż­liwe, że po wszyst­kim opłu­kał się nad umy­walką - za­su­ge­ro­wał Gross, przy­po­mi­na­jąc so­bie wy­gląd ła­zienki na par­te­rze domu Ar­ła­ków. - I nie­wy­klu­czone, że się prze­brał. Być może w chwili za­bój­stwa miał na so­bie golf albo wy­soko za­pi­naną kurtkę. Spraw­dzimy to - obie­cał. - Bar­dziej jed­nak za­sta­na­wiają mnie jego za­krwa­wione dło­nie. Je­śli za­ło­żymy, że się umył.

- Prze­su­wa­niem zwłok mógł za­jąć się póź­niej.

- By­łoby to dziwne - stwier­dził po­li­cjant.

- W ta­kich spra­wach zdzi­wień pew­nie bę­dzie wię­cej. Ale po­cze­kajmy do końca oglę­dzin ciał ko­biety i dziecka.

- Będę cze­kał - za­pew­nił ko­mi­sarz i przez chwilę oboje mil­czeli. A po­tem od­chrząk­nął i otwo­rzył usta. - Jest coś jesz­cze.

- Co ta­kiego?

- Na jego ciele nie ma żad­nych śla­dów walki. Nic, zero. Żad­nych za­dra­pań, ska­le­czeń ani siń­ców.

- Też mnie to za­sta­no­wiło - od­parła.

Gross tra­wił tę in­for­ma­cję.

- Ta ko­bieta... Jego żona. Nie bro­niła się? - spy­tał.

Ra­szeja wsu­nęła dło­nie w kie­sze­nie kurtki.

- O niej wy­po­wiem się póź­niej - obie­cała. - Ale na ra­zie jedno wy­daje się nie­mal pewne. Mu­siał ją za­sko­czyć.

Dwie go­dziny póź­niej ko­mi­sarz Ber­nard Gross czuł, że prze­marzł do szpiku ko­ści, i dla­tego po­sta­no­wił za­pu­kać do drzwi są­sied­niego pię­tro­wego domu w stylu wło­skim. Przy oka­zji chciał się tro­chę ogrzać.

Kiedy drzwi się uchy­liły, uj­rzał za nimi do­brze zbu­do­wa­nego, wy­so­kiego męż­czy­znę, tego sa­mego, który przed kil­koma go­dzi­nami od­na­lazł Mi­chała Ar­łaka w szo­pie i we­zwał po­li­cję.

Go­spo­darz za­pro­sił po­li­cjanta do domu i po­czę­sto­wał her­batą.

Usie­dli w sa­lo­nie na ta­pi­ce­ro­wa­nych krze­słach z wy­so­kimi opar­ciami. Po­środku ob­szer­nego bia­łego stołu w czar­nej kar­to­no­wej tu­bie z na­pi­sem "Naj­lep­sza Żona" stał pę­katy bu­kiet czer­wo­nych róż. Je­den pła­tek ode­rwał się i spo­czy­wał na lśnią­cym bla­cie.

Męż­czy­zna zo­stał prze­słu­chany krótko po przy­jeź­dzie pierw­szej grupy ope­ra­cyjno-pro­ce­so­wej i Gross zdą­żył już po­roz­ma­wiać z po­li­cjan­tem o naj­waż­niej­szych wąt­kach z tej roz­mowy. Kło­pot po­le­gał na tym, że męż­czyź­nie nie za­dano do­dat­ko­wych, waż­nych z punktu wi­dze­nia śledz­twa, py­tań.

Krzysz­tof Ko­nar­ski oparł ma­sywne łok­cie na stole i złą­czył dło­nie.

- Co chciałby pan jesz­cze wie­dzieć?

Gross upił kilka ły­ków her­baty i od­sta­wił ku­bek na kor­kową pod­kładkę.

- Pro­szę się sku­pić - za­chę­cił ko­mi­sarz. - Wiem, że to nie jest ła­twe, ale może się oka­zać bar­dzo po­mocne.

- Po­mocne w czym? - Za­in­te­re­so­wał się męż­czy­zna. - Do­szło do sa­mo­bój­stwa roz­sze­rzo­nego, więc pew­nie ma­cie od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia, prawda?

- Poza jed­nym. Tym naj­waż­niej­szym.

- Ja­kim? - Skrzy­wił się Ko­nar­ski.

- Nie znamy mo­ty­wa­cji sprawcy - od­po­wie­dział Gross.

- Ale to i tak już ni­czego nie zmieni. One nie żyją. - Go­spo­darz trą­cał zę­bami dolną wargę. - A jesz­cze nie­dawno moja Ew­cia ba­wiła się z ich Amel­cią. - Po­krę­cił głową i łzy wy­peł­niły mu oczy. - Co ja po­wiem mo­jej córce, jak bę­dzie chciała iść do ko­le­żanki? - Za­drżała mu broda.

Po­li­cjant czuł się w ta­kich chwi­lach bez­radny. Nie umiał po­cie­szać, a jed­no­cze­śnie do­brze ro­zu­miał lęki Ko­nar­skiego. W końcu sam dawno temu mu­siał po­dzie­lić się ze swoim sy­nem tra­giczną wie­ścią o tym, że jego matka za­pa­dła w śpiączkę, z któ­rej praw­do­po­dob­nie ni­gdy się nie wy­bu­dzi. Nikt go nie uczył prze­ka­zy­wa­nia ta­kich in­for­ma­cji dziecku.

Kiedy tylko scena z bez­bron­nym wo­bec dra­matu Bart­kiem wy­świe­tliła się w gło­wie Grossa, wą­ski szpi­ku­lec wbił się gładko w serce ko­mi­sa­rza. Skrzy­wił się nie­znacz­nie i na­brał tchu.

Wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

- O któ­rej za­uwa­żył pan w ogro­dzie Mi­chała Ar­łaka? - spy­tał.

- Krótko przed siódmą. Wy­szedł z domu i skie­ro­wał się do dre­wutni.

- Wyj­dziemy na chwilę na ze­wnątrz? Chciał­bym, żeby po­ka­zał mi pan to miej­sce, z któ­rego wi­dział pan są­siada.

- Ja­sne, pro­szę.

Męż­czy­zna wstał i Gross po­szedł za nim.

Zimny wiatr sma­gnął ich twa­rze, gdy sta­nęli na ko­stce bru­ko­wej przed do­mem. Od działki Ar­ła­ków od­dzie­lały ich ogro­dze­nie oraz grun­towa droga, na któ­rej par­ko­wały te­raz ra­dio­wozy i nie­ozna­ko­wane po­li­cyjne sa­mo­chody. Na­wet stąd sły­chać było strzępki roz­mów i krót­kich ko­mend.

Ko­nar­ski za­trzy­mał się w po­ło­wie drogi do wolno sto­ją­cego ga­rażu i się ro­zej­rzał.

- O, yari­skę usta­wi­łem tu­taj, przo­dem do bramy ogro­dze­nio­wej. - Po­ka­zał rę­koma miej­sce, gdzie za­par­ko­wał sa­mo­chód. - Sil­nika nie ga­si­łem, bo żona lubi jeź­dzić w cie­płym - do­dał. - I za­nim wy­sia­dłem, zer­k­ną­łem przez przed­nią szybę. Mi­chał po­ja­wił się na scho­dach i ru­szył na tył ogrodu.

- Za­uwa­żył pana lub sa­mo­chód?

- Nie.

- A przy­wi­tał się pan z nim?

- Tak, krzyk­ną­łem jego imię, ale nie za­re­ago­wał.

- Z po­wodu sil­nika?

- Słu­cham?

- Nie usły­szał pana ze względu na ter­kot to­yoty?

- Nie. Cho­dziło ra­czej o to, że Mi­chał był ja­kiś... nie­swój.

- To zna­czy?

- Te­raz jak o tym my­ślę, to mam wra­że­nie, że był tro­chę jakby nie­przy­tomny. Wie pan, co mam na my­śli.

- Nie do końca - od­parł po­li­cjant.

Ko­nar­ski się za­sę­pił, naj­wy­raź­niej pró­bo­wał ze­brać my­śli.

- Są­siad był ja­kiś taki nie­obecny - pod­jął po chwili. - Chyba nie znajdę lep­szego słowa.

- Nie­obecny?

- W sen­sie, wie pan, jakby my­ślami był gdzieś da­leko. Od­cięty od rze­czy­wi­sto­ści.

Gross od­no­to­wał to w pa­mięci.

- Po­wie­dział pan, że Ar­łak po­szedł na tył ogrodu - przy­po­mniał Gross.

- Kon­kret­nie to do dre­wutni.

- Wi­dział pan, jak tam wcho­dził?

- Tak.

- Jak mam to ro­zu­mieć? - za­in­te­re­so­wał się Gross. - Za­wo­łał go pan, a po­tem stał pan i cze­kał na to, co zrobi są­siad?

- Tak było - przy­znał Ko­nar­ski.

- To chyba dość nie­ty­powe.

- Nie­ty­powe?

- Stać i pa­trzeć na czło­wieka, który nie re­aguje na na­sze po­wi­ta­nie.

- Tak, pew­nie ma pan ra­cję. - Spu­ścił wzrok.

- Więc dla­czego go pan ob­ser­wo­wał?

- Bo zda­łem so­bie sprawę, że Mi­chał trzy­mał mło­tek.

- W któ­rej ręce?

- W pra­wej.

- Jest pra­wo­ręczny?

- Tak.

- Więc miał mło­tek - po­wtó­rzył Gross.

- Tak.

- I? - po­na­glił ko­mi­sarz. - Co zro­bił pana są­siad?

- Nic. - Ko­nar­ski roz­ło­żył ręce. - Wszedł do szopy.

Gross zer­k­nął na drew­niany bu­dy­nek, w któ­rego drzwiach mi­gnął mu je­den z tech­ni­ków w bia­łym stroju ochron­nym.

- W co był ubrany?

- W zie­lone bo­jówki i te, no... ta­kie żółte tra­pery.

- Były za­sznu­ro­wane?

Go­spo­darz zmarsz­czył czoło.

- Nie, chyba nie. Ale kto by tam buty sznu­ro­wał, idąc do dre­wutni.

- A kurtka? Miał na so­bie ja­kąś kurtkę?

- Nie. W ko­szuli był. Fla­ne­lo­wej, w ciemną kratę. Zresztą prze­cież pan wie.

- Nie zdzi­wiło to pana, że był tak lekko ubrany?

- Tro­chę. Ter­mo­metr w sa­mo­cho­dzie żony po­ka­zy­wał zero stopni. Po­ra­nek rze­czy­wi­ście był chłodny, ale wie pan, ja też cza­sami nie za­kła­dam kurtki, jak mam wy­pro­wa­dzić żo­nie sa­mo­chód z ga­rażu.

- A co pan wtedy zro­bił, gdy Mi­chał Ar­łak wszedł do szopy?

- Wró­ci­łem do sie­bie. Żona już za­kła­dała płaszcz i się­gała po to­rebkę, a po­tem po­szła do sa­mo­chodu. Kiedy brama się za nią za­mknęła, znowu po­pa­trzy­łem w stronę dre­wutni.

- Wy­szedł pan na ze­wnątrz czy pa­trzył przez okno?

- Wy­sze­dłem.

- Po co?

- Nie wiem. To wszystko było ja­kieś dziwne. W sen­sie, ten mło­tek, to za­cho­wa­nie Mi­chała. Po­my­śla­łem, że może wziął go z tej szopy i po­szedł odło­żyć, a to by ozna­czało, że za­raz z niej wyj­dzie.

- Ale nie wy­szedł.

- Wła­śnie. Więc pod­sze­dłem do furtki Ar­ła­ków. Wo­ła­łem go po imie­niu, ale nic to nie dało. Drzwi do dre­wutni były uchy­lone. Te od domu też.

- I po­sta­no­wił pan wejść na jego po­se­sję.

Męż­czy­zna za­wie­sił wzrok na scho­dach domu są­siada. Gross są­dził, że w gło­wie Ko­nar­skiego ta­śma pa­mięci za­częła się żwawo krę­cić. Ciało wi­sielca w po­ran­nym mroku w dre­wutni. Gruby sznur wo­kół belki. Zwie­szona bez­wład­nie głowa są­siada. Żółty tra­per le­żący na boku. I wresz­cie za­krwa­wiony mło­tek na po­rdze­wia­łej szafce.

- Dla­czego? - do­py­tał Gross.

- Słu­cham? - Męż­czy­zna się ock­nął, ale Gross był prze­ko­nany, że usły­szał jego py­ta­nie. - Wy­da­wało mi się - pod­jął po chwili Ko­nar­ski - że na scho­dach wi­dzia­łem krew.

- Wspo­mniał pan, że drzwi do domu były uchy­lone.

- To prawda.

- I mimo śla­dów krwi nie zaj­rzał pan tam, tylko po­szedł do dre­wutni, czy tak?

Ner­wowy tik prze­mknął po twa­rzy Ko­nar­skiego.

- Cho­lera, ta krew mnie chyba zmy­liła. Ubz­du­ra­łem so­bie, że Mi­cha­łowi coś się stało, że to on krwa­wił. Ro­zu­mie pan? I dla­tego po­sze­dłem do szopy. - Od­kaszl­nął lekko, a na­stęp­nie wska­zał na drzwi swo­jego domu. - Chodźmy do środka, bo mi nos od­pad­nie z zimna. A panu her­bata sty­gnie.

Wró­cili.

Gross usiadł przy stole i upił łyk wciąż jesz­cze cie­płego na­paru. Ko­nar­ski w tym cza­sie ner­wowo szar­pał skórkę przy pa­znok­ciu.

- Jedno mnie za­sta­na­wia - za­czął Gross.

- Tak?

- Dla­czego za­wo­łał pan Mi­chała Ar­łaka, gdy ten po­ja­wił się w ogro­dzie?

- Nie ro­zu­miem. - Ko­nar­ski ścią­gnął brwi i pod­cią­gnął rę­kawy bluzy.

Na obu przed­ra­mio­nach cią­gnęło się kilka dłu­gich, wą­skich stru­pów, jakby od za­dra­pań. Gross ce­lowo długo przy­glą­dał się tym ra­nom.

- To pies brata. Ba­wi­łem się z nim wczo­raj - wy­ja­śnił męż­czy­zna i opu­ścił rę­kawy.

Ko­mi­sarz uniósł brwi.

- Pies?

- Szcze­niak. Wil­czur. Lubi po­sza­leć. - Ko­nar­ski się uśmiech­nął.

Ber­nard Gross do­pił her­batę i znowu się ode­zwał:

- Był wcze­sny ra­nek, wy­pro­wa­dził pan żo­nie sa­mo­chód, ona za­pewne spie­szyła się do pracy... - Gross zro­bił pauzę, a po­tem uzu­peł­nił: - Krótko mó­wiąc, wy­daje mi się, że to nie był naj­lep­szy mo­ment na są­siedz­kie roz­mowy.

Ko­nar­ski drgnął, jakby na­gle coś so­bie przy­po­mniał.

- No wi­dzi pan, ale w tym rzecz... Bo był kon­kretny po­wód - uznał go­spo­darz. - Chcia­łem go za­py­tać, jak było w Draw­sku.

- Jak to w Draw­sku? - ko­mi­sarz za­in­te­re­so­wał się in­for­ma­cją, któ­rej nie było w pro­to­kole z prze­słu­cha­nia świadka.

Ko­nar­ski przyj­rzał się po­li­cjan­towi.

- Mi­chał był tam na prze­szko­le­niu. W woj­sku, zna­czy się.

- Kiedy?

- Przez ostat­nie dwa ty­go­dnie. I wła­śnie wczo­raj wró­cił.

Grossa go­niły cięż­kie i po­sępne chmury.

Nie zdą­żył się ogrzać w domu Ko­nar­skiego, szedł więc szyb­kim kro­kiem ulicą Li­pową, która bie­gła łu­kiem nad pół­nocną li­nią brze­gową Ar­chi­dia­konki. Mi­jał nowe domy po obu stro­nach drogi. Plan był pro­sty. Za­mie­rzał dojść do ogród­ków dział­ko­wych "Wod­nik", a po­tem wró­cić do domu Ar­ła­ków. Gdyby marsz nie po­mógł, ogrzałby się w au­cie. Miał na­dzieję, że w trak­cie spa­ceru nie zmo­czy go deszcz, a Ra­szeja upora się z oglę­dzi­nami zwłok ko­biety i dziecka.

Wy­jął te­le­fon z kie­szeni kurtki i po­my­ślał o synu, ale za­miast wy­słać do niego ese­mes, wy­brał nu­mer aspi­rantki szta­bo­wej Mo­niki Skal­skiej. Skałka, jak na­zy­wano ją na ko­mi­sa­ria­cie, była jego prawą ręką, nie­zwy­kle od­daną służ­bie po­li­cjantką. Gross ce­nił jej ana­li­tyczny umysł i zdol­no­ści de­duk­cyjne. Poza tym, co ważne, za­wsze mógł li­czyć na jej za­an­ga­żo­wa­nie. Był za­sko­czony tym, że nie za­stał jej na miej­scu zda­rze­nia. A prze­cież kiedy za­dzwo­nił do niej tuż po tym, jak wy­siadł z bo­einga i kie­ro­wał się na par­king przy lot­ni­sku, Skal­ska wciąż była jesz­cze nad Ar­chi­dia­konką.

Li­czył sy­gnały i oba­wiał się, że znał po­wód jej nie­obec­no­ści. Po szó­stym się pod­dał, ale za­miast scho­wać ko­mórkę, za­dzwo­nił do dru­giej pod­wład­nej, Ju­dyty Ju­dyc­kiej. Obie zaj­mo­wały ga­bi­net na pod­da­szu.

- Tak, sze­fie? - ode­zwała się ana­li­tyczka, drobna blon­dynka z pro­stymi wło­sami do ra­mion.

- Skałki szu­kam. Jest na miej­scu?

- Nie - od­parła Ju­dycka, a Gross wy­czuł, że chciała po­wie­dzieć coś wię­cej, dla­tego cze­kał. - Je­dynka we­zwała ją do sie­bie.

- Je­dynka? Dla­czego? - Ko­mi­sarz się zdzi­wił.

- Nie mam po­ję­cia.

- A kiedy ją we­zwała?

- Z sa­mego rana. Skałka za­dzwo­niła wtedy do mnie. Po­dobno na­wet nie zdą­żyła się tam do­brze ro­zej­rzeć nad tą Ar­chi­dia­konką. A co u cie­bie, sze­fie? Je­steś już na miej­scu?

- Tak. Daj mi, pro­szę, znać, gdyby Skałka wró­ciła. Pró­bo­wa­łem ją zła­pać, ale bez­sku­tecz­nie.

- Ja­sne. Coś jesz­cze?

- W za­sa­dzie tak. Chciał­bym wie­dzieć wszystko o tej ro­dzi­nie. O Mi­chale Ar­łaku, jego żo­nie Re­na­cie i ich sied­mio­let­niej córce. Nie pa­mię­tam jej imie­nia - przy­znał.

- Ame­lia - do­po­wie­działa Ju­dycka. - Za­ję­łam się tym z sa­mego rana. Skałka już mnie o to pro­siła. Dam znać, jak tylko się z tym upo­ram.

- Świet­nie. A przy oka­zji wrzuć na bę­ben są­siada sa­mo­bójcy, Krzysz­tofa Ko­nar­skiego. Ma dłu­gie za­dra­pa­nia na przed­ra­mio­nach. Twier­dzi, że od za­bawy z psem brata.

- Mam spraw­dzić czy jego brat ma psa?

- Przede wszyst­kim, czy fa­cet na­prawdę ma brata - do­dał Gross. - Mo­żesz to wziąć na sie­bie?

- Ja­sne, sze­fie, robi się. W kon­tak­cie - do­rzu­ciła.

- W kon­tak­cie, Ju­dyto - ko­mi­sarz za­koń­czył po­łą­cze­nie i le­d­wie zdą­żył scho­wać apa­rat do kie­szeni, gdy ten wpadł w wi­bra­cje; pierw­sze takty pro­stej me­lo­dii stłu­miło ocie­ple­nie kurtki.

Przy­wi­tał się ze Skal­ską. Szumy w gło­śniku zdra­dzały, że po­dob­nie jak on była w dro­dze.

- Co się dzieje? - spy­tał stra­piony, ma­jąc na my­śli jej nie­obec­ność na miej­scu zda­rze­nia.

- Nic, a co?

Nie wy­czuł w jej gło­sie na­pię­cia ani zło­ści.

- Je­stem nad Ar­chi­dia­konką - wy­ja­śnił. - Li­czy­łem, że się tu zo­ba­czymy.

- Sorry, nie zdą­ży­łam cię po­in­for­mo­wać. Joj­czy­kowa we­zwała mnie do sie­bie. Po­dobno sprawę prze­jął pan Wąs i on tam kró­luje. Ja­śnie pani ob­wie­ściła ci już swój de­kret?

- Nie. Ale chyba wy­czu­wam, co się święci.

- Więc nie wiem, po jaką cho­lerę ta idiotka wy­cią­gnęła cię z sa­mo­lotu - zde­ner­wo­wała się aspi­rantka.

- Vis ma­ior!

Gross do­tarł do ogród­ków dział­ko­wych. Wiatr gła­skał bez­listne drzewa owo­cowe i szu­miał, szar­piąc ko­nary sta­rych lip w alei.

- Szkoda two­jego urlopu, two­jego wy­jazdu, a Bartka szkoda mi naj­bar­dziej. Zresztą wszyst­kiego szkoda - burk­nęła i na mo­ment za­mil­kła. - Aha, mu­sisz wie­dzieć jedno: uwa­żaj na Rę­ba­cza.

- Je­steś ko­lejną osobą, która mnie przed nim ostrzega - po­wie­dział.

- To do­brze. Jedno ostrze­że­nie mógł­byś olać. Dwóch nie wy­pada.

Miała ra­cję, ale nie zdą­żył jej tego po­wie­dzieć, bo po­li­cjantka ode­zwała się po­now­nie.

- To twoja rada - przy­po­mniała, cho­ciaż Gross nie pa­mię­tał, by kie­dy­kol­wiek jej udzie­lał.

- Więc by­łoby głu­pio, gdy­bym z niej nie sko­rzy­stał - od­parł po­waż­nie, czym na chwilę roz­śmie­szył Skal­ską.

- Co tam u was? - spy­tała.

Opo­wie­dział jej o wy­niku oglę­dzin zwłok Ar­łaka.

- Czyli jed­nak sa­mo­bój­stwo po­agre­syjne - stwier­dziła.

- Na to wy­gląda - po­twier­dził wolno Gross.

- Cze­kaj, cze­kaj... Czyż­bym sły­szała po­wąt­pie­wa­nie?

- Nie, to nie tak. Ar­łak po­peł­nił sa­mo­bój­stwo. Nikt mu w tym nie po­mógł. Ko­niec kropka.

- Je­steś pe­wien?

- Tego tak - za­pew­nił.

- Ale?

- Po pro­stu jest kilka wąt­pli­wo­ści co do sa­mego prze­biegu zda­rze­nia - za­czął, a po­tem po­dzie­lił się nimi ze Skal­ską: cho­dziło o brak roz­pry­sków krwi ofiar na ciele Ar­łaka, a także za­dra­pań i siń­ców. - Mam na­dzieję, że ana­liza śla­dów krwa­wych przy­nie­sie jed­no­znaczne od­po­wie­dzi.

- Uuu, cie­kawe - od­parła Mo­nika. - Nie we­szłam do szopy i nie zdą­ży­łam mu się przyj­rzeć. Cze­ka­łam na Ra­szeję i tech­ni­ków - uspra­wie­dli­wiła się.

- I bar­dzo do­brze zro­bi­łaś. Ale te­raz czas się sku­pić na Ar­łaku. Są­siad, ten, który nas we­zwał, twier­dzi, że Ar­łak był w Draw­sku Po­mor­skim na szko­le­niu woj­sko­wym. Wczo­raj miał wró­cić sa­mo­cho­dem z ko­legą, który mieszka w Ko­wa­le­wie Po­mor­skim. Pech po­lega na tym, że są­siad nie zna na­zwi­ska tego kie­rowcy.

- O któ­rej wró­cili?

- Nie wia­domo. Moż­liwe, że wie­czo­rem lub w nocy.

- Mam się tym za­jąć? - zdzi­wiła się.

- Trzeba usta­lić w jed­no­stce, z kim wra­cał, ja­kim sa­mo­cho­dem i o któ­rej wy­je­chali z Draw­ska.

Skal­ska wes­tchnęła te­atral­nie.

- Joj­czy­kowa wle­piła mi dwa po­bi­cia i kilka wła­mów. Od te­raz na tym po­lega moja ro­bota.

- To ja­kaś bzdura - żach­nął się Gross, za­trzy­mu­jąc się na wy­so­ko­ści bramy ogród­ków dział­ko­wych. - Prze­cież je­steś w moim ze­spole.

Nieco da­lej szosą w kie­runku Li­sewa mknęła stara cię­ża­rówka. Sil­nik ry­czał gło­śno, czarny dym z rury wy­de­cho­wej opa­dał miękko na as­falt.

- A więc tego też nie wiesz - stwier­dziła Skal­ska, po czym do­dała: - Wy­gląda na to, że nie ma już żad­nego ze­społu, Ber­nar­dzie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki