Line zjechała z autostrady
i skierowała się w stronę centrum miasta. Trzymając kierownicę
jedną ręką, drugą wyciągnęła z torby laptop. Na gumową
wycieraczkę przed fotelem pasażera upadły zdjęcia przedstawiające
ojca i niebieską walizkę, przypominając jej o spotkaniu, które
musiała przełożyć. Położyła laptop na sąsiednim siedzeniu
i sięgnęła po telefon komórkowy. Napisała krótko, że coś jej
nagle wypadło i że odezwie się pod koniec tygodnia. Otworzyła
listę kontaktów, odszukała Suzanne pisane przez Z i wysłała
wiadomość. Dziesięć sekund później otrzymała odpowiedź: OK.
Po kolejnych trzydziestu sekundach
uruchomił się laptop. Palce wolnej ręki śmigały po klawiaturze
i już po chwili Line spoglądała na internetowe wydanie
"VG".
Artykuł znajdował się na samej
górze.
ZWŁOKI NA RYNKU, brzmiał intrygujący
nagłówek. Poniżej zamieszczono odrobinę nieostre zdjęcie
zrobione telefonem komórkowym przez jednego z czytelników. Na
zdjęciu policjant, którego nie znała, odgradzał miejsce zdarzenia
biało-czerwoną taśmą. W tle stały dwa policyjne radiowozy
i samochód ratowniczo-gaśniczy.
Kliknęła na nagłówek i kierując
autem, przenosiła wzrok z monitora na drogę i z powrotem. Oprócz
zdjęcia od czytelnika redakcja zamieściła również mapę, na której
Larvik był zaznaczony czerwonym markerem. Jadąc, czytała artykuł. Szef
centrali operacyjnej potwierdził, że "policja wszczęła śledztwo
w sprawie zabójstwa po tym, jak dzisiaj w godzinach porannych
przypadkowy przechodzień znalazł ludzkie zwłoki na jednej z rabat
kwiatowych otaczających rynek". Policja "nie posiadała na razie
żadnych informacji dotyczących płci ani wieku ofiary".
Dziennikarzowi internetowego wydania
gazety najwidoczniej nie udało się zweryfikować wszystkich danych,
które przekazał telefonicznie informator: że nie chodzi o kompletne
zwłoki, lecz o odciętą głowę.
"Policja odgrodziła duży obszar
i zarządziła takie ustawienie wozów straży pożarnej, by zasłaniały
miejsce zdarzenia", czytała dalej Line. By zapełnić szpaltę, dodano,
że "powołując się na dobro śledztwa, policja nie udziela żadnych
informacji". Na samym dole znajdował się dopisek: "vg.no będzie
śledzić tę sprawę".
Line przełknęła ślinę. To do niej
należało informowanie ponad miliona czytelników gazety o postępach
w śledztwie.
Postanowiła przejrzeć wydania
internetowe innych dużych gazet. "Aftenposten" rozmawiała
z tym samym szefem centrali operacyjnej i zamieściła
niemal identyczny materiał. "Dagbladet" nic jeszcze nie
dała. Nettavisen.no cytowała "VG". Line weszła również na stronę
"?stlands-Posten". Lokalna gazeta miała niezwykłą zdolność
błyskawicznego aktualizowania swojej strony. Redakcja wybrała taki sam
nagłówek jak "VG": ZWŁOKI NA RYNKU. Materiał
ilustrowały zdjęcia z kamery internetowej, którą gazeta
zainstalowała na dachu jednego z domów położonych najbliżej
rynku. "Śledźcie pracę policji", zachęcał tekst. Zdjęcie
zostało zaktualizowane niecałą minutę wcześniej. Wykonane
z odpowiedniej odległości, przedstawiało grupkę gapiów zebranych
w najdalszym rogu rynku i dawało czytelnikom możliwość spojrzenia
z góry na odgrodzony teren. Szczegóły były jednak za mało wyraźne,
by można było stwierdzić, co robią policjanci.
Dzięki zdjęciu Line doszła do wniosku,
że najprościej będzie zaparkować na Lilletorget i udać się dalej
deptakiem. Zatrzasnęła wieko laptopa. Minęła kilka przecznic i po
chwili była na miejscu.
Zabrała torbę, otworzyła drzwi samochodu
i wysiadła. Przez krótką chwilę stała nieruchomo. Od jej ostatniego
pobytu w rodzinnym mieście minęły cztery miesiące. W tym czasie
kilka razy odwiedziła ojca, ale wówczas wybierała najkrótszą
drogę prowadzącą do domu w Stavern. Powiodła wzrokiem po smutnych,
zniszczonych fasadach budynków, wsłuchała się w szum bukowego lasu,
który tworzył coś w rodzaju dachu nad miastem. Jej miastem. Kilka
szarych murów wzbogaciło się o nowe graffiti, otwarto również nowy
salon fryzjerski. Poza tym wszystko wyglądało tak jak wcześniej.
Zamknęła za sobą drzwi auta i poszła
w stronę rynku. Ciemna chmura zasłoniła słońce, sprawiając,
że wszystko dookoła zbladło i poszarzało. A jednak coś się
zmieniło, pomyślała. Miała wrażenie, że miasto spowijał dziwny,
ponury niepokój.
Zbliżyła się do taśmy policyjnej. Jakaś
starsza pani przedarła się przez tłum gapiów zebranych na końcu
deptaku i ruszyła w jej kierunku. Miała dziwnie znajomą twarz
o poważnych rysach. Chwilę trwało, zanim Line skojarzyła,
że to matka jednego z chłopców, z którymi Line chodziła do
podstawówki. Kobieta pracowała w sklepie obuwniczym, w którym
ona i matka zwykle robiły zakupy. W normalnych okolicznościach
pozdrowiłyby się z uśmiechem i być może zatrzymały, by zamienić
kilka słów. Tym razem obie zadowoliły się szybkim skinieniem
głowy.
W grupie ciekawskich było całkiem
sporo ludzi, których Line znała z widzenia. Chłodny powiew wiatru
zmierzwił jej włosy. Na myśl o tym, że osoba leżąca za taśmami
policyjnymi również mogła być jej znana, przeszedł jej po plecach
zimny dreszcz.
Garm S?bakken z "?stlands-Posten"
także był na miejscu. Znała go z czasów, gdy pracowała w lokalnej
gazecie. Korzystając z tego, że jeszcze jej nie zauważył, odwróciła
wzrok. Nie zamierzała do niego podchodzić.
Na schodach kiosku Narvesen stał
inny mężczyzna, prawdopodobnie także dziennikarz. Rozmawiał
przez komórkę, a na ramieniu zawieszony miał duży aparat
fotograficzny. Nigdy wcześniej go nie widziała. Był w jej wieku,
szczupły, barczysty, o włosach koloru piasku. Miał grzywkę
postawioną niemal pionowo, która przypominała płetwę rekina.
Odwróciła się do niego plecami
i podeszła do biało-czerwonej taśmy. Po drugiej stronie stał
Frank Kvastmo. Wielki policjant pracował w komendzie równie
długo jak jej ojciec, ale nadal pełnił służbę w wydziale
patrolowo-interwencyjnym. Stał z rękami założonymi na plecy
i kołysał się na piętach. Po chwili rozejrzał się dookoła,
spuścił wzrok, zrobił kilka kroków i wrócił na swoje
miejsce.
Line z trudem ukryła uśmiech
zadowolenia. Uda się, pomyślała. Gdy była małą dziewczynką, Frank
Kvastmo zawsze przebierał się za świętego mikołaja na imprezach
świątecznych organizowanych w stołówce komendy policji. Zjawiał
się z workiem pełnym łakoci i śmiejąc się tubalnie i praktycznie
bez przerwy, tańczył z dziećmi wokół choinki. Co roku 17 maja
gotował kiełbaski, przygotowywał napoje i częstował nimi rodziny
pracowników komendy. Kvastmo nie miał własnych dzieci i dlatego
zawsze bardzo troszczył się o latorośle swoich kolegów.
Zawiesiła legitymację prasową na szyi,
dzięki czemu nie musiała się już przedstawiać jako dziennikarka
"VG", a jednocześnie w dyskretny sposób ostrzegła Kvastmo,
że jest tu służbowo. Notatnik i dyktafon zostawiła w torebce.
Podeszła do taśmy policyjnej,
nawiązała kontakt wzrokowy ze znajomym funkcjonariuszem i posłała
mu uśmiech. Frank Kvastmo uśmiechnął się od ucha do ucha i ruszył
w jej stronę.
- Line Wisting! - zawołał. Sprawiał
wrażenie, jakby chciał ją serdecznie wyściskać, ale powstrzymała go
przed tym rola policjanta i okoliczności spotkania. - Nie widziałem
cię całe wieki. Wyglądasz wspaniale!
- Dziękuję, nawzajem.
- Ciągle czytam o tobie w gazecie -
powiedział, prześlizgując się wzrokiem po legitymacji prasowej. -
To znaczy: czytam twoje artykuły. Uważam, że jesteś świetna. Twój
ojciec musi być z ciebie dumny.
Line znowu podziękowała i przeniosła
spojrzenie z barczystego policjanta na to, co znajdowało się za jego
plecami. Oprócz wielkich wozów straży pożarnej na placu postawiono
również coś w rodzaju żagla z plandeki, który zasłaniał
widok.
- Znaleźliście resztę jej
ciała? - spytała ściszonym głosem, tak aby nikt nie mógł ich
usłyszeć.
Frank Kvastmo potrząsnął przecząco
głową, odetchnął ciężko i zrobił poważną minę, zupełnie
nieświadomy tego, że właśnie potwierdził trzy fakty: że ofiara była
kobietą, że jej ciało zostało rozczłonkowane i że znaleziono
tylko jego część. Line natychmiast sformułowała w myślach
pierwsze zdanie: "Redakcji "VG" udało się ustalić, że znaleziono
fragment zwłok należących do młodej kobiety". Zdanie nie brzmiało
najlepiej. Musiała trochę nad nim popracować, sformułować je nieco
inaczej i wypróbować inne możliwe warianty. Poza tym wiek ofiary
nie został jeszcze potwierdzony, a określenie "młoda kobieta"
było mało precyzyjne.
- Wiecie, kim ona jest? - pytała
dalej.
- Nie mamy pojęcia.
- Ale przecież ktoś musiał zgłosić
jej zaginięcie? Rodzice? Dziadkowie?
- Na razie nikt nie zgłosił
zaginięcia dziewczynki w podobnym wieku - odparł Kvastmo. Jego
głos brzmiał smutno.
- Ile ona może mieć lat?
Policjant wzruszył ramionami.
- Dwanaście-trzynaście.
Line miała już gotowe kolejne pytanie,
ale zamilkła z otwartymi ustami. Nagle zaczęły do niej docierać
szczegóły makabrycznej zbrodni, o której rozmawiali. Zrobiło jej
się niedobrze na myśl, że fragmenty ciała dziecka mogą leżeć
rozrzucone zaledwie kilka metrów od niej, a sprawca mógł stać
dokładnie w tym samym miejscu, w którym teraz stała ona.
Odsunęła od siebie te myśli i skupiła
się na pracy.
- Ściągacie Kripos? -
spytała.
- Wątpię, żeby komendant zwrócił
się o pomoc - odparł Kvastmo. - Przecież mamy być niezależni
i samowystarczalni. - Znowu spojrzał na legitymację prasową. Na
jego opalonym czole pojawiła się głęboka zmarszczka. - Pogadaj
o tym z ojcem. Był tu przed chwilą.
Przytaknęła w odpowiedzi. Zrozumiała,
że wyczerpała limit pytań, które mogła zadać.
- Zamierzasz o tym napisać? -
spytał Kvastmo, kołysząc się na piętach.
- Na tym polega moja praca -
uśmiechnęła się rozbrajająco. - Ale najpierw muszę skonsultować
się z prawnikiem zajmującym się tą sprawą. Kto nim jest?
- Audun Vetti - odparł policjant. -
To z nim powinnaś porozmawiać.
- Zrobię to - zapewniła Line
i wyjęła z torby aparat fotograficzny. Gazeta miała własnych
fotografów i kilku z nich na pewno znajdowało się w pobliżu, ale
Line nigdy nie jechała na miejsce zdarzenia bez własnego sprzętu. -
Muszę zrobić kilka zdjęć - powiedziała przepraszającym
tonem.
Frank Kvastmo skinął głową, poprawił
czapkę i cofnął się o kilka kroków, tak żeby każde z nich mogło
wykonywać swoje obowiązki. To nie było jej najlepsze zdjęcie. Znowu
wyjrzało słońce i rzuciło cienie, które utworzyły zbyt ostre
kontrasty, chociaż z drugiej strony dodały ujęciu dramatyzmu
i głębi.
Cofnęła się za taśmę policyjną,
wyjęła z torebki notatnik i zapisała kilka słów kluczy z rozmowy
z Kvastmo. Wykorzystała go, ale nie była pewna, czy stary policjant
uświadomi to sobie, kiedy przeczyta jej artykuł. Zanim gazeta trafi
do jego rąk, te same informacje zostaną przekazane dziennikarzom
na konferencji prasowej i lotem błyskawicy dotrą do pozostałych
mediów. Ale ona opublikuje je pierwsza.
Wyciągnęła z kieszeni telefon
komórkowy, wybrała numer komendy policji i poprosiła o połączenie
z Audunem Vettim.
- Dzień dobry - powiedziała
najmilej, jak umiała, gdy odebrał telefon. - Tutaj Line
Wisting.
- Line - powtórzył. Słyszała,
że się spieszy, a mimo to znalazł dla niej czas, gdy skojarzył,
o kogo chodzi.
- Teraz pracuję w "VG" -
wyjaśniła. Znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że inspektor nie
będzie miał nic przeciwko temu, by jego nazwisko znalazło się na
pierwszej stronie najpoczytniejszego dziennika w kraju.
- Tak? - odpowiedział krótko.
Line postanowiła przejść do
ofensywy.
- Chodzi o głowę młodej dziewczyny
znalezioną na rynku - rzuciła prosto z mostu. - Policja nie wie,
kim ona jest ani gdzie znajduje się reszta jej ciała.
- Jesteśmy dopiero w początkowej
fazie śledztwa - odparował Vetti.
- Ale dziewczyna została
zgilotynowana? - upewniła się Line.
- O godzinie dwunastej odbędzie
się konferencja prasowa - chrząknął inspektor. - To wtedy
zwrócimy się do mediów z prośbą o pomoc w ustaleniu tożsamości
ofiary.
- Co już o niej wiadomo?
Słyszała, jak Vetti szeleści
papierami.
- Chwilowo bardzo niewiele.
- Przybliżony wiek i kolor skóry? -
zaryzykowała pytanie.
- Miała prawdopodobnie kilkanaście
lat i była obcego pochodzenia.
Line przycisnęła komórkę brodą
i zanotowała obie informacje. To, że ofiara była cudzoziemką,
mogło nadać sprawie nowy wydźwięk.
- O jakiej części zagranicy
mówimy?
- Na tym etapie trudno wskazać jakieś
konkretne państwo, ale najprawdopodobniej pochodziła z zachodniej
części Azji Środkowej.
Line zobaczyła przed oczami odpowiedni
fragment mapy: Afganistan, Pakistan, Iran i wiele byłych republik
radzieckich.
- Chodzi o kraj muzułmański?
- Nie możemy nic powiedzieć...
- Ale nikt nie zgłosił jej
zaginięcia?
- Nie, na razie nie.
- Czy to możliwe, że mamy do
czynienia z zabójstwem honorowym? - zastanawiała się na głos. -
Skoro rodzina nie zgłosiła jej zaginięcia. Może to oni stoją za
zabójstwem?
- Jak już mówiłem, śledztwo jest
w fazie początkowej...
- Ale rozważacie taką
hipotezę?
- Nie wiemy, kim jest ofiara ani jakie
relacje łączyły ją z rodziną - przypomniał jej inspektor. W jego
głosie słychać było zniechęcenie. - Chwilowo nie możemy wykluczyć
żadnej hipotezy.
Line zgodziła się z nim
w duchu. Artykuł powoli zaczynał nabierać kształtu. Brakowało jej
już tylko informacji o palu.
- Może pan powiedzieć kilka słów
o okolicznościach znalezienia zwłok? - poprosiła i dała mu małą
wskazówkę: - Podobno jej głowa została wbita na pal?
Po drugiej stronie zapadła krótka
cisza. Inspektor namyślał się.
- Omówimy to na konferencji prasowej
- odparł w końcu.
Line nie zamierzała się poddać:
- Zgadza się?
- Konferencja rozpocznie się
o godzinie dwunastej.
Zadała jeszcze kilka pytań, ale szybko
doszła do wniosku, że inspektor nie wiedział nic więcej na temat
sprawy albo chciał zostawić coś na później, żeby konferencja
prasowa nie zamieniła się w prezentację starych newsów.
Podziękowała za rozmowę i ruszyła
w kierunku wolnych stolików przed kawiarnią. O tej porze roku miejsca
na zewnątrz były zarezerwowane dla osób palących, ale jej to nie
przeszkadzało. Po pierwsze roztaczał się stamtąd widok na obszar
oddzielony taśmami policyjnymi, a po drugie dawało jej to poczucie,
że nadal jest na miejscu zdarzenia. Niespiesznie podeszła do lady
i kupiła caffé latte, po czym usiadła przy stoliku, wyjęła z torby
laptop i zaczęła pisać.
Dziesięć minut później miała
gotowych osiemdziesiąt linijek tekstu opatrzonych roboczym nagłówkiem
ZNALEZIONO SAMĄ GŁOWĘ. Lead był krótki i zawierał takie słowa
klucze, jak: "makabryczne odkrycie", "ścięta głowa",
"nastolatka" i "obcego pochodzenia". Zaproponowała również
cztery warianty podtytułu: "Podrzucona nocą", "Nieznana
ofiara", "Szukają reszty ciała" i "Skomplikowane
śledztwo".
Szybko przebiegła wzrokiem tekst,
przeredagowała dwa zdania i wysłała go do redakcji internetowego
wydania gazety, po czym odchyliła się do tyłu i wypiła pierwszy łyk
kawy z papierowego kubka. Liczyła się z tym, że szef wiadomości
będzie chciał przedstawić sprawę trochę ostrzej, dodać parę zdań
w rodzaju "policja błądzi po omacku" lub "policja nie ma żadnego
tropu", ale to i tak był jej materiał.
Nagle rozległ się sygnał przychodzącej
wiadomości. Fotograf i dziennikarz z lokalnego oddziału gazety
w Skien dotarli na miejsce. Polowanie na nowe nagłówki trwało
w najlepsze.
Pisanie sprawiło, że zmarzły jej
palce. Przez chwilę chuchała na nie i rozcierała je energicznie,
a potem weszła na stronę "Dagbladet", żeby zobaczyć, jaki
artykuł wypuściła konkurencyjna redakcja.
POLOWANIE NA KUBĘ ROZPRUWACZA,
brzmiał nagłówek. W miarę czytania zmarszczka na czole
Line wydłużała się. Autor powoływał się na wypowiedź
inspektora Auduna Vettiego i przedstawił te same fakty, które
Line przytoczyła w swoim tekście. Szczegóły, które, jak
jej się wydawało, znała tylko ona. Co więcej, kilka zdań
zostało sformułowanych o wiele dramatyczniej i celniej, niż jej
samej udało się to zrobić. Zaklęła. Zobaczyła, że artykuł
ukazał się na stronie gazety o godzinie 9:38 i już raz został
zaktualizowany. "Dagbladet" wyprzedziła ich o trzynaście
minut.
Spojrzała na początek artykułu. "Tekst
Erik Thue", było napisane pod nagłówkiem. Znała większość
reporterów "Dagbladet", ale nigdy wcześniej nie spotkała się
z tym nazwiskiem.
- Popieprzona sprawa - odezwał się
czyjś głos za jej plecami.
Odwróciła się i spojrzała w górę
na opaloną twarz. To był dziennikarz z grzywką w kształcie płetwy
rekina.
- Erik Thue - przedstawił się
i wyciągnął rękę. - Ty jesteś Line Wisting, prawda?
Usiadł, zanim zdążyła coś
powiedzieć. Uśmiechnął się wyczekująco, odsłaniając rząd
białych zębów, i utkwił w niej głębokie spojrzenie brązowych
oczu.
- "Dagbladet"?
- Dagbladet.no - poprawił ją
i skinął głową na jej przenośny komputer.
Line chciała go spytać, co tutaj
robił. Jakim cudem udało mu się ukończyć artykuł przed nią,
ale milczała. Zamiast tego spojrzała na zegarek, jakby chciała się
usprawiedliwić.
- Muszę już lecieć
- powiedziała i zamknęła laptop.
Ciąg dalszy w wersji pełnej