Wisting
wybrał dziesięciocyfrowy numer telefonu, którego nauczył się
na pamięć. Różnica czasu między Norwegią a Zambią wynosiła
dwie godziny, ale liczył na to, że złapie jeszcze Ingrid w małej
szkole na przedmieściach Lusaki, gdzie nauczanie odbywało się pod
patronatem NORAD[1].
Telefon odebrał jakiś
mężczyzna. Przedstawił się, ale Wisting jak zwykle nic nie zrozumiał,
chociaż na linii nie było najmniejszych zakłóceń.
- I would like to
speak to Mrs. Ingrid Wisting - powiedział wyuczony zwrot, nie podając
swojego nazwiska.
- One moment - odparł
tamten, ale Wisting był przygotowany na to, że będzie musiał poczekać
dłużej niż chwilę.
Zazwyczaj czuł wyrzuty
sumienia, dzwoniąc do Ingrid z telefonu służbowego. Wiedział, że
w księgowości siedzą ludzie, którzy żółtym markerem zaznaczają
słowo "Zambia" na billingach telefonicznych, ale tym razem miał
w zanadrzu dobre wytłumaczenie, gdyby komuś przyszło do głowy
spytać go o te połączenia. Wprawdzie nie słyszał nigdy, żeby
Ingrid wspominała przy nim o Dagu Stubbenesie, ale musiała znać
go z liceum.
- Halo? - odezwał
się głos w słuchawce.
- To ja -
odparł. Opowiedział Ingrid, co u niego słychać, zanim przeszedł
do rzeczy. - Znasz Daga Stubbenesa? Uczy w liceum.
- Daga? Dlaczego
pytasz? Został aresztowany?
- Nie. Skąd to
pytanie?
- Skoro o niego
pytasz. Zrobił coś złego?
- Tego jeszcze nie wiem
- odpowiedział i streścił jej, co się wydarzyło.
- Pracuje w liceum,
odkąd sięgam pamięcią - zaczęła. - Prawdę mówiąc, dziwny
z niego facet. Trudno go rozgryźć.
- To znaczy? -
zaciekawił się.
- To bardzo cichy
i skryty człowiek. Niewiele mówi o sobie. Ale trudno mi uwierzyć,
że mógłby mieć coś wspólnego z pożarem i zabójstwem.
Skręcił na parking za
Liceum Ogólnokształcącym imienia Thora Heyerdahla. Znalazł wolne
miejsce i uśmiechnął się do siebie. Ingrid miała dobre zdanie
o wszystkich.
- Uczniowie go szanują
- ciągnęła. - Zawsze czuli przed nim respekt, ale to może mieć
związek z jego temperamentem.
- Z temperamentem?
- Tak. Dag potrafi się
porządnie rozzłościć, kiedy sprawy nie idą po jego myśli albo nie
dostaje tego, czego chce. Ale zawsze szybko mu przechodzi.
Wisting wypytywał żonę
o mężczyznę, który był właścicielem domku letniskowego na
Kaupang. Z jej słów powoli wyłaniał się obraz człowieka dość
ponurego i zgorzkniałego, ale o dobrym sercu.
- Cieszę się,
że niedługo cię zobaczę - powiedział, chcąc zakończyć
rozmowę.
- Jeszcze dwa tygodnie
i spotkamy się na Gardermoen.
- Zadzwonię wieczorem
- obiecał. Miał nadzieję, że uda mu się dotrzymać słowa.
Nagle tuż przed sobą
zobaczył mężczyznę, którego rozpoznał i którego mógł poprosić
o pomoc. Ponad dwadzieścia pięć lat temu Knut Pedersen
był znaczącą postacią w regionalnych strukturach AKP[2]. Teraz
zdarzało się, że Wisting spotykał starego nauczyciela na rynku,
gdy ten sprzedawał "Klassekampen". Od czasu do czasu kupował od
niego gazetę.
Wisting zdążył pozdrowić
starego komunistę skinieniem głowy i spytać go o kolegę po fachu,
zanim rosły mężczyzna przed sześćdziesiątką o bujnej siwej brodzie
i rozczochranych włosach wyłonił się zza rogu budynku. Był ubrany
w sprane dżinsy i koszulę w czerwoną kratę. Pedersen wskazał go
jako osobę, o którą pytał Wisting, i powlókł się dalej.
Wisting zawołał go
po nazwisku w chwili, gdy Dag Stubbenes zbliżył się do starego
forda.
- Tak? - odparł
zdziwiony, obracając w palcach kluczyki.
- William Wisting. Jestem
z policji. Chodzi o pożar pańskiego domku letniskowego.
Brodaty mężczyzna
przełożył teczkę do drugiej ręki i podał dłoń komisarzowi. Jego
uścisk był mocny, ale mężczyzna wydawał się nadal niepewny.
- Tak? - powtórzył
i otworzył drzwi samochodu.
- Wszczęliśmy
dochodzenie... - zaczął Wisting.
- Po co? - przerwał
mu mężczyzna.
- Choćby po to, by
ustalić przyczynę pożaru.
- Tak, oczywiście. Ale
ja nic o tym nie wiem.
Odwrócił się plecami
do komisarza.
- I tak mam kilka
pytań - powiedział Wisting i przytrzymał drzwi, żeby się upewnić,
że mężczyzna nie zatrzaśnie mu ich przed nosem.
- Jakie pytania?
- Na przykład kto
dysponował domkiem letniskowym.
- Nie pamiętam
nazwiska. Musiałbym pojechać do domu i zajrzeć do dokumentów.
Wisting puścił
drzwi.
- Świetnie - powiedział
z uśmiechem. - Pojedzie pan przodem.
Stubbenes przez chwilę
wpatrywał się w komisarza z zakłopotaniem, po czym wymamrotał
coś pod nosem i usiadł za kierownicą.
Stary nauczyciel
mieszkał w Tenvik, tuż nad brzegiem morza, w małym domku
jednorodzinnym, nadgryzionym już zębem czasu. Wisting zaparkował za
jego autem na żwirowym podjeździe. Nie rozumiał, po co mężczyźnie
domek letniskowy. Tym bardziej, że dom w Tenvik leżał znacznie
bliżej wody niż ten na Kaupangholmen.
- Niech pan wejdzie
do środka - wymamrotał Stubbenes i ruszył zgarbiony w stronę
drzwi wejściowych.
Wisting wytarł buty
i poszedł za mężczyzną w głąb domu.
W małej kuchni stała
przy garnkach niska kobieta o azjatyckiej urodzie.
- Policja - wyjaśnił
Stubbenes, mijając ją, i skinął głową na komisarza.
Kobieta, która musiała
być żoną nauczyciela, chociaż o wiele od niego młodszą,
uśmiechnęła się przyjaźnie i lekko ukłoniła, jakby zdążyła
przywyknąć do tego, że małżonek nie tłumaczy jej się ze swoich
poczynań.
Weszli do małego
gabinetu. Stubbenes położył brązową aktówkę na starej szafce
na dokumenty.
- Powinna być gdzieś
tutaj - powiedział i wyciągnął szufladę.
Wisting rozejrzał się
dookoła. Pokój był zawalony książkami, czasopismami, segregatorami
i luźnymi kartkami, które leżały ułożone w stosy, pozornie bez
żadnego planu. Naga jarzeniówka rzucała sztuczne światło
na cały pokój. Grube szare zasłony zakrywały częściowo okno,
otoczone ze wszystkich stron półkami na książki.
- Nic z tego nie
rozumiem - wymamrotał, przeglądając papiery. - Zwykle mam
porządek w dokumentach.
Komisarz bez słowa
przełożył stos starych gazet z krzesła na podłogę, by móc na
czymś usiąść.
Stubbenes gmerał
w szufladzie jeszcze przez kilka minut, po czym zamknął ją i opadł
na fotel.
- Przepraszam -
powiedział i przeczesał palcami gęste włosy. - Ale właściwie
nie rozumiem, dlaczego ta umowa najmu jest tak ważna.
Wisting
odchrząknął.
- W zgliszczach
znaleźliśmy ludzkie zwłoki.
Mężczyzna zamrugał
kilka razy i zdjął okulary.
- Zwłoki?
Komisarz
przytaknął.
- Czyje? - spytał,
wkładając z powrotem okulary.
- Nie wiemy. I dlatego
chcemy skontaktować się ze wszystkimi osobami, które korzystały
z domku letniskowego.
Stary nauczyciel
wyprostował się w fotelu i spojrzał w stronę korytarza.
- Marie!
Chwilę później Azjatka
stanęła w drzwiach.
- Szukamy umowy najmu
domku na Kaupang - wyjaśnił. - Widziałaś ją gdzieś?
Potrząsnęła przecząco
głową.
- Nie ma jej w szafce
na akta?
- Nie. Gdyby była,
chyba bym ciebie nie pytał, prawda?
Kobieta rozejrzała się
po pokoju, który tonął w papierach, i przygryzła dolną wargę,
jakby chciała rzucić jakąś złośliwą uwagę i z trudem się
powstrzymywała.
- Nie pamięta pan,
jak on się nazywał? - spytał Wisting.
- Nie -
westchnął. - Oni mają takie dziwne imiona.
- Dziwne imiona?
- Tak. Gdy dwadzieścia
pięć lat temu Marie przyjechała ze mną do Norwegii, było czymś
zupełnie naturalnym, że przyjęła nowe norweskie imię. Najwyraźniej
teraz już się tego nie praktykuje.
- A więc to był
cudzoziemiec?
- Chyba należy uważać
go za Norwega - odparł Stubbenes i spojrzał surowo na Wistinga. -
Ale sądzę, że jego ojczyzną jest Iran lub Irak. Albo Syria.
- Może umowę skradziono
podczas włamania? - odezwała się nagle żona nauczyciela.
- Skąd! Nie bądź
głupia, Marie! Po co ktoś miałby kraść kartkę papieru?
Kobieta spuściła
głowę.
- Kończysz obiad? -
spytał.
Odpowiedziała lekkim
skinieniem głowy i zniknęła w głębi korytarza.
- Włamanie? -
zaciekawił się Wisting.
- Tak. To było
w listopadzie ubiegłego roku, tuż po tym, jak wynajęliśmy
domek. Marie i ja byliśmy za granicą, a gdy wróciliśmy, okazało
się, że ktoś otworzył wytrychem drzwi werandy i włamał się
do domu.
- Skradziono coś?
- I to jest właśnie
najdziwniejsze. Wywrócili wszystko do góry nogami, ale niczego
nie ukradli. Całkiem możliwe, że umowa zaginęła w tym całym
bałaganie. Szczerze mówiąc, wątpię, by ktoś ją ukradł.
- Cóż, może ma pan
przynajmniej numer konta, z którego dokonywano płatności? -
ciągnął Wisting. Jego wzrok padł na segregator z napisem
"Rachunki".
Stubbenes zaczął
się wiercić w fotelu, a na jego czole pojawiła się głęboka
zmarszczka. Może czuł niepokój na myśl o urzędzie podatkowym?,
zastanawiał się komisarz.
- Nie - odparł
w końcu mężczyzna i znowu zdjął okulary.
- Nie? - zdziwił
się Wisting. - W takim razie jak panu płacił?
- Gotówką -
odpowiedział nauczyciel i zajął się czyszczeniem okularów.
- To znaczy, że
spotykaliście się wiele razy?
- Tylko dwa.
Wisting milczał, czekając
na dalszy ciąg.
- Płacił z góry
- wyjaśnił w końcu Stubbenes. - Roczny czynsz.
Komisarz nadal się nie
odzywał. Ciszą chciał zmusić swojego rozmówcę do rozwinięcia
wypowiedzi.
- Sto pięćdziesiąt
tysięcy - powiedział cicho mężczyzna.
Wisting policzył szybko
w myślach, że miesięczna opłata wynosiła dwanaście i pół
tysiąca koron.
- Kwota obejmowała
korzystanie z łodzi, prąd i inne stałe opłaty - dodał szybko
Stubbenes. - Krótko po podpisaniu umowy polecieliśmy z Marie do
Chin. Nie byliśmy tam od piętnastu lat. I właśnie wtedy doszło
do włamania.
- Ma pan łódź? -
spytał, ponieważ przy pomoście obok domku nic nie cumowało.
- Pionier, czternaście
stóp, z silnikiem zaburtowym.
Wisting wrócił myślami
do miejsca zdarzenia.
- Czy w domku
letniskowym przechowuje pan benzynę?
- Tylko kanister
do łodzi. Dlaczego pan pyta? - Mężczyzna otworzył szeroko oczy
i włożył okulary. - Sugeruje pan, że doszło do podpalenia?
- Na razie jest
zbyt wcześnie, by wypowiadać się na temat przyczyny pożaru
- odpowiedział komisarz i zmienił temat. - Czy domek był
ubezpieczony?
- Oczywiście
- potwierdził Stubbenes, ale najwyraźniej zaintrygowała go
przyczyna pożaru, ponieważ zapytał: - Czy to mogło być celowe
działanie?
- Dopuszczamy taką
możliwość - odparł z wahaniem. - Podejrzewa pan kogoś?
- Nie chciałbym nikogo
bezpodstawnie oskarżać, ale ten pożar jest Sundquistowi wyjątkowo
na rękę.
Wisting nie skomentował
tych słów. Z doświadczenia wiedział, że milczenie jest często
najlepszym sposobem, by skłonić ludzi do mówienia.
Stubbenes poprawił się
w fotelu.
- Domek
letniskowy na Kaupang jest w naszej rodzinie od wielu pokoleń -
wyjaśnił. - Osiem lat temu Jonny Sundquist nabył prawa do całego
przylądka. Planuje wybudować miasteczko domków dla siebie i swoich
znajomych i dlatego chciał mnie wykupić, ale odmówiłem. Prawie nie
korzystamy z tego domku, ale nie widziałem powodu, by wpuszczać tam
kapitalistów. W odpowiedzi podniósł opłatę za dzierżawę gruntu
do maksymalnej wielkości dozwolonej nowymi przepisami. Umowa wygasa
za siedem lat, a wtedy zamierzam skorzystać z przysługującego mi
prawa i wykupić grunt, na którym stoi domek.
- Czy pożar coś
zmienia?
Stubbenes sięgnął
po segregator i wyjął z niego pożółkły dokument opatrzony
nagłówkiem "Umowa dzierżawy" i pieczęcią urzędu ksiąg
wieczystych.
- Jeden z punktów
kontraktu zabrania mi stawiania nowego budynku lub rozbudowy już
stojącego bez zgody właściciela gruntu - wyjaśnił i podał pismo
komisarzowi.
- Niemożliwe, żeby
ten przepis obejmował również odbudowę - stwierdził Wisting
i przejrzał pobieżnie dokument. Umowa została sporządzona ponad
pięćdziesiąt lat wcześniej i roiło się w niej od nieprecyzyjnych
sformułowań.
- Dużo zależy od
interpretacji tego punktu, ale Sundquist ma jasno sprecyzowane zdanie
na jego temat.
- Jak to?
- Dwa lata temu
przeciekał dach i woda wlewała się do przedsionka. Gdy zjawiła się
ekipa remontowa, chciałem skorzystać z okazji i wybudować zadaszenie
nad drzwiami wejściowymi, ale Sundquist się temu sprzeciwił,
powołując się na zapisy umowy. Nawet jeśli wiatr zerwie cały dach,
nie będę mógł położyć ani jednej dachówki bez jego zgody. Tak
powiedział.
- To znaczy, że
Sundquist wiedział o istnieniu tego zapisu?
- To chyba jasne! -
prychnął pogardliwie Stubbenes.
Atak jest najlepszą
obroną, pomyślał komisarz. Jonny Sundquist wydawał się szczery
i otwarty, ale przemilczał kilka faktów. Wisting nagle zrozumiał,
że mężczyzna pojawił się na pogorzelisku, by oddalić od siebie
podejrzenie, które mogłoby na niego paść.
Z kuchni
doleciał dźwięk talerzy stawianych na stole. Stubbenes podniósł
się z fotela.
- Cóż, naprawdę nie
wiem, jak mógłbym panu pomóc - powiedział i ruszył w stronę
drzwi.
Wisting poszedł za
nim.
- Nie zanotował pan
numeru telefonu tego człowieka?
Mężczyzna potrząsnął
głową, ale wydawał się bardziej zainteresowany zawartością garnków
niż myśleniem o najemcy domku.
- Jakim samochodem
przyjeżdżał?
- Nie zwróciłem
uwagi - odparł i pochylił się nad kuchenką, by wciągnąć zapach
potrawy. - Ty też nie, prawda, Marie?
- Co też nie?
- Nie zwróciłaś
uwagi na to, jakim samochodem porusza się człowiek, który wynajmuje
nasz domek letniskowy?
- Owszem - odparła
z twarzą zwróconą w stronę Wistinga. - To był stary biały
mercedes.
Stubbenes przyjrzał się
żonie.
- Ale tylko za pierwszym
razem - ciągnęła Marie. - Miał wypadek i za drugim razem
przyjechał czerwonym autem.
- Tak, chyba masz
rację - przytaknął jej mąż. - Zjawił się z zabandażowaną
ręką. Nawet podpisanie się pod umową sprawiło mu ból.
- Jakiej marki był
ten drugi samochód? - spytał komisarz.
Stubbenes rozłożył
ręce.
- Ja go nie widziałem,
a Marie nie zna się na samochodach.
- Był mały i czerwony
- dodała kobieta. - A z przodu niebieski.
- Jak to?
- Miał wymienioną
jakąś część - wyjaśniła. - I ta część była niebieska,
a nie czerwona.
- Chodzi jej o to,
że miał niebieski przedni błotnik - wyjaśnił Stubbenes. Oderwał
się od garnków i ruszył w stronę drzwi wejściowych. - Ma pan
jeszcze jakieś pytania?
Wisting potrząsnął
głową i podziękował za poświęcony mu czas.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
[1] Direktoratet for
utviklingssamarbeid - (pol.) Norweska Agencja ds. Współpracy
w Dziedzinie Rozwoju. (Wszystkie przypisy w książce pochodzą od
tłumaczki).
[2] AKP, Arbeidernes Kommunistparti
- norweska partia komunistyczna, założona w 1973 roku. W 2007
roku połączyła się z R?d Valgallianse, tworząc lewicową partię
polityczną o nazwie R?dt.