1
Na krawędzi szklanki z wodą przycupnęła mucha. Wisting odgonił ją i usiadł w cieniu parasola przeciwsłonecznego. Opróżnił szklankę do połowy i sprawdził w aplikacji na telefonie, ile zrobił dziś kroków. Prawie cztery tysiące, a nie było jeszcze nawet dwunastej. Większość kroków aplikacja naliczyła mu, kiedy chodził tam i z powrotem, kosząc trawnik. Jego celem było dziesięć tysięcy kroków każdego dnia urlopu, a tymczasem przeciętnie udawało mu się wychodzić mniej niż osiem tysięcy.
Kilka lat przed śmiercią Ingrid, na Boże Narodzenie, Thomas podarował każdemu z nich krokomierz. Mały elektroniczny gadżet, który trzeba było przyczepić do paska albo do ubrania tuż nad biodrem, ponieważ rejestrował ruch tej części ciała. Przez pierwsze tygodnie rywalizował z Ingrid o to, kto zrobi więcej kroków. Z czasem urządzenie wylądowało w szufladzie. Natomiast telefon nosił zawsze przy sobie.
Mrużąc oczy, spojrzał na wyświetlacz i otworzył przeglądarkę. Pisali o Agnete Roll. Kobieta zaginęła tego samego dnia, w którym Wisting poszedł na urlop, ale jej zaginięcie zgłoszono dopiero dwa dni później. Pierwsze artykuły dotyczyły akcji poszukiwawczej. Ale z każdą kolejną informacją sprawa coraz mniej przypominała dziesiątki podobnych zdarzeń. Zaczęła przypominać coś zgoła innego. Coś, co komisarz już kiedyś widział.
O obszarze, na którym prowadzono poszukiwania, nie opowiadał już oficer kierujący akcją, lecz Nils Hammer, jako że sprawa najwyraźniej weszła na wyższy poziom. W artykule trzy razy wymieniano Hammera jako pełniącego obowiązki szefa wydziału dochodzeniowo-śledczego.
Właściwie nie ustalono żadnych nowych faktów. Trzydziestodwuletnia Agnete Roll była w mieście ze swoim mężem. Posprzeczali się i kobieta wróciła do domu sama. Pół godziny później jej mąż powiedział kolegom, że on także wraca do domu. Zdaniem gazety zaginiona była widziana po raz ostatni cztery dni temu, gdy tuż przed północą opuszczała pub w centrum Stavern.
Za każdym razem, gdy Wisting brał do ręki tablet, spodziewał się, że stała się jedna z dwóch rzeczy: albo znaleziono ciało Agnete Roll, albo zatrzymano jej męża i postawiono mu zarzuty.
Odłożył iPada i wypił łyk wody. Wyciągnął nogi i odchylił głowę do tyłu. Tuż nad nim krążyła mewa.
Nadal uważał, że w papierowych wydaniach gazet było coś wyjątkowego, ale nie miał cierpliwości, by czekać na aktualizację danych do następnego dnia. Szczególnie gdy dotyczyły toczącego się śledztwa. Lubił mieć dostęp do najświeższych informacji. W dowolnym miejscu i czasie. Poza tym czuł satysfakcję z faktu, że zna się na nowych technologiach i sposobach zdobywania wiedzy.
Nie przywykł do przyglądania się potencjalnej sprawie zabójstwa z boku i nieuczestniczenia w śledztwie. Informacje, do których dotarły media, dały mu do myślenia. Nazwisko męża Agnete Roll nie zostało ujawnione, ale komisarz znalazł je w mediach społecznościowych. Mężczyzna był o rok starszy od swojej żony i pracował w lokalnej firmie komputerowej. Ze zgłoszeniem zaginięcia Agnete czekał prawie dwie doby. To potwierdzało podejrzenia Wistinga.
Sprawy zaginięć zawsze były trudne, ale doskonale wiedział, jak poprowadziłby śledztwo. Praca policji musiała przebiegać dwutorowo: wszerz i w głąb. Wszerz, by niczego nie pominąć, w głąb, by móc skupić się na czymś, co się nie zgadzało i mogło nadać śledztwu odpowiedni kierunek.
Wiedział, że Hammer i pozostali pracownicy wydziału już się tym zajęli. Dokładnie prześwietlili Erika Rolla.
Dzięki tabletowi mógł zalogować się do policyjnego systemu i zapoznać ze zgromadzonym materiałem, ale celowo tego nie zrobił. Niedługo będzie musiał przyzwyczaić się do roli widza. Wiek nieubłaganie przypominał, że wkrótce będzie musiał na zawsze pożegnać się z pracą w policji.
A jednak czuł, że zżera go ciekawość. Rozwiązanie zagadki zaginięcia prawie zawsze kryło się w słowach i działaniach, które zaginiona osoba wypowiedziała i podjęła w dniach bezpośrednio poprzedzających zdarzenie.
Nagły dźwięk sprawił, że Wisting otworzył oczy. To był trzask pokrywy skrzynki pocztowej po drugiej stronie domu.
Siedział, dopóki nie usłyszał, że listonosz pojechał dalej. Dopiero wtedy wstał, przeszedł przez dom i wyszedł na ulicę. W cieniu garażu leżał szary kot. Na widok Wistinga poderwał się, przebiegł przez jezdnię i zniknął na terenie sąsiedniej posesji.
Komisarz rzucił okiem na dom córki, której nie było już od pięciu dni. Obiecał, że będzie odbierał jej pocztę.
Podszedł do skrzynki i wyjął z niej plik ulotek reklamowych i jeden list. Biała koperta zaadresowana na jego nazwisko starannymi drukowanymi literami.
Odwrócił list, ale nie było na nim nadawcy.
Skrzynka pocztowa Line zawierała te same ulotki. Nic więcej. Wyrzucił je od razu do pojemnika na papier i wrócił do domu, ciekawy, co znajdzie w liście.
Rzadko dostawał listy, w każdym razie ręcznie zaadresowane. Papierowe rachunki też już prawie nie przychodziły. Przysyłano mu je w wersji elektronicznej.
Pismo na kopercie było wyjątkowe. Czarne litery wyglądały tak, jakby zostały wydrukowane. Pierwsza litera jego imienia i nazwiska - "W", była w obu miejscach niemal identyczna i nasunęła mu na myśl profilowaną reklamę, natomiast litery "i" lekko się od siebie różniły, wskazując na to, że naprawdę miał do czynienia z odręcznym pismem.
Wyjął z szuflady kuchennej ostry nóż, rozciął kopertę i wyciągnął z niej pojedynczą kartkę złożoną dwa razy. Wyglądała tak, jakby została zmięta, a później rozprostowana. Na środku znajdował się ciąg cyfr: 12-1569/99.
Numer był zapisany tak samo jak adres na kopercie. Schludnie i starannie. Prostymi i sztywnymi literami.
Stał z kartką w dłoni. Wiedział, na co patrzy, a mimo to nic nie rozumiał.
To był numer sprawy. W ten sposób zapisywano je, gdy zaczął pracę w policji. Teraz każdej nowej sprawie nadawano ośmiocyfrowy numer referencyjny, ale wcześniej akta opisywano tak, by z sygnatury można było coś wyczytać. Ostatni człon, za ukośnikiem, oznaczał rok. 1999. Pierwsze dwie cyfry odnosiły się do okręgu policji, w którym miało miejsce dane zdarzenie. Przed reformą liczba dwanaście oznaczała komisariat policji w Porsgrunn. Natomiast 1569 to był właściwy numer sprawy. Numer bieżący, nadawany nowym sprawom chronologicznie.
Ale to nie miało sensu.
Położył kartkę na kuchennym stole i wpatrywał się w nią przez dłuższą chwilę.
Okręg policji numer dwanaście obejmował również posterunek w Bamble. To był sąsiedni okręg, ale Wisting nigdy tam nie pracował. Wielkością odpowiadał jego okręgowi i liczył około pięćdziesięciu tysięcy mieszkańców. W ciągu roku prowadzili tam niemal tyle samo spraw karnych, czyli około trzech tysięcy. Numer 1569 wskazywał na sprawę z lata 1999 roku.
To było tak dawno temu, że sprawa najprawdopodobniej została usunięta z ewidencji elektronicznej. Wiedział, że nie znajdzie jej w żadnym systemie komputerowym, ale nadal powinna być przechowywana w archiwum.
Próbował przypomnieć sobie, czy latem 1999 roku nastąpiły jakieś szczególne zdarzenia, ale nic takiego nie przychodziło mu do głowy. W czerwcu tamtego roku Line i Thomas skończyli szesnaście lat i jesienią mieli rozpocząć naukę w liceum. Nie pamiętał, czy wyjechali gdzieś na wakacje. Line załatwiła sobie pierwszą wakacyjną pracę w lodziarni w Stavern. A może to było rok później? Thomas pracował w porcie jachtowym.
Zostawił list i wyszedł na taras. Usiadł z iPadem i wpisał w wyszukiwarkę "rok 1999". Największe gazety prowadziły już wtedy swoje internetowe wydania, ale trudno było wyszukać konkretne artykuły. Istniały natomiast strony internetowe z wykazem najważniejszych wydarzeń danego roku. 23 maja 1999 roku doszło do potrójnego zabójstwa w gospodarstwie Orderud. Poza tym odbyły się wybory samorządowe, a do Oslo przybył z oficjalną wizytą Bill Clinton. W trzęsieniu ziemi w Turcji zginęło ponad siedemnaście tysięcy osób. Borys Jelcyn zrzekł się funkcji prezydenta.
Wpisał w wyszukiwarkę "Porsgrunn 1999". Wyskoczyło mnóstwo trafień. Niektóre dotyczyły policji, ale nie było tam nic, co wiązało się z sygnaturą akt.
Sprawa 1569 nie musiała być relacjonowana w mediach, ale anonimowy nadawca musiał mieć powód, dla którego wysłał numer właśnie jemu. Najprawdopodobniej chodziło o sprawę, z którą Wisting w jakiś sposób był powiązany.
A może nie?
Jako śledczy od czasu do czasu otrzymywał anonimy. Zwykle długie, pełne teorii spiskowych i niespójnych twierdzeń. Niektóre były wymierzone bezpośrednio w niego i dotyczyły spraw, które prowadził, inne zaś trafiały do niego, ponieważ pracował w wydziale dochodzeniowo-śledczym.
Wrócił do kuchni i przyjrzał się literom. Nadawca użył czarnego pisaka. Kreski miały mniej więcej milimetr grubości. Do koperty był przyklejony znaczek ze stemplem pocztowym z wczorajszą datą, ale nie było tam informacji, gdzie list został nadany.
To było dziwne uczucie wyjąć ze skrzynki pocztowej taki list. List, który nie zawierał pogróżek, a mimo to był nieprzyjemny. Budził niepokój, jakby ostrzegał, że nastąpi ciąg dalszy.
Wyjął z szuflady rolkę plastikowych torebek do zamrażania żywności. Oderwał dwa woreczki i za pomocą widelca do jednego z nich wsunął kartkę, a do drugiego kopertę.
To wszystko zaczęło go irytować. Nie potrafił przestać o tym myśleć. Musiał się dowiedzieć, o którą sprawę chodziło.
W Porsgrunn nie było już komisariatu policji, ale przy odrobinie szczęścia mogło się okazać, że sprawa została przeniesiona do nowego gmachu policji w Skien. Gdyby tak było, odpowiedź uzyskałby jeszcze tego samego dnia. W najgorszym razie akta trafiły do głównego archiwum. Wówczas zdobycie informacji zajęłoby kilka dni.
Zadzwonił do Bj?rg Karin, która pracowała w sekretariacie wydziału spraw karnych i chociaż była cywilem, pełniła jedną z najważniejszych funkcji w wydziale. Miała dłuższy staż pracy od Wistinga, znała sekretariat jak własną kieszeń i to do niej zwracał się zawsze wtedy, gdy gubił się w systemie. Na pewno wiedziała, do kogo powinien zadzwonić i poprosić o poszukanie czegoś w archiwum sąsiedniego okręgu.
Zanim przeszedł do rzeczy, musiał jej opowiedzieć, jak mijają mu wakacje, jaką ma pogodę i jak planuje spędzić resztę lata.
Nie wspomniał o anonimie. Napomknął jedynie, że interesuje go stara sprawa z sąsiedniego okręgu.
- Możesz ściągnąć dla mnie jej akta?
Bj?rg Karin nie zadawała żadnych pytań.
- Zadzwonię do Eli - odparła. - Akta będą na ciebie czekały, kiedy wrócisz z urlopu.
Domyślił się, że Eli pracowała w komendzie policji w Skien na tym samym stanowisku co Bj?rg Karin.
- Wolałbym, żebyś przesłała mi je tak szybko, jak to możliwe - odrzekł.
- Rozumiem - przytaknęła, chociaż brzmiała tak, jakby nie rozumiała. - Jutro w południe dostaniemy pocztę wewnętrzną.
- Świetnie.
Już mieli kończyć rozmowę, gdy Wisting rzucił okiem na list.
- Jeszcze jedno - powiedział. - Możesz poprosić Eli, żeby sprawdziła, czego dotyczy sprawa, i dać mi znać?
Z tonu jej głosu wywnioskował, że zaskoczyła ją prośba o przesłanie akt nieznanej mu sprawy, ale nie skomentowała tego, tylko obiecała, że zrobi to, o co ją poprosił.
Wyszedł na taras, usiadł i zaczął przeglądać internetowe wydania gazet. Oddzwoniła pół godziny później.
- Rozmawiałam z Eli - zaczęła i zamilkła na chwilę. - Czy to możliwe, że chodzi o sprawę zabójstwa?
- Tak przypuszczam - odparł. - Mam tylko sygnaturę akt.
- Jutro prześle nam akta - mówiła dalej Bj?rg Karin.
- Doskonale.
Wstał i podszedł do balustrady. Spojrzał na leżące w dole miasto.
- Jak nazywała się ofiara? - spytał.
- Tone Vaterland.
Nazwisko nic mu nie mówiło. Powtórzył je w myślach, ale nie pojawiły się żadne skojarzenia.
- W takim razie do jutra? - upewniła się. - Wpadniesz do biura?
- Tak, do jutra - potwierdził.