Trzy kartonowe pudła stały na
dnie szafy. Wisting wyciągnął największe z nich. W jednym rogu
było mocno rozdarte, więc musiał bardzo uważać, przenosząc je
do salonu.
Wieko było zamknięte na cztery
zapadki. Otworzył je i wyjął leżący na wierzchu segregator. Był
czarny, z wyblakłą etykietą na grzbiecie: "Katharina
Haugen". Odłożył go na bok i wyjął czerwony segregator z napisem
"Świadkowie I" i dwa inne w tym samym kolorze: "Świadkowie II"
i "Świadkowie III". W końcu znalazł to, czego szukał. Segregator
opatrzony etykietą "Kleiverveien".
Kartony zawierały wszystko, co napisano
i zrobiono w sprawie Kathariny. Ściśle rzecz biorąc, nie powinien
był trzymać akt w domu, ale jego zdaniem nie zasługiwały na to,
by leżeć zamknięte w archiwum. Stały na dnie szafy ubraniowej
i przypominały mu o sprawie za każdym razem, kiedy wyciągał ze
środka koszulę.
Odszukał okulary do czytania i usiadł
z segregatorem na kolanach. Ostatni raz przeglądał jego zawartość
rok temu.
Kleiverveien to była ulica, przy której
mieszkała Katharina. Prosty dom jednorodzinny został sfotografowany pod
wieloma różnymi kątami. Z każdej strony otaczał go las. Na jednym
ze zdjęć w tle błyszczało jezioro Kleivertjernet. Sam dom stał na
małym wzniesieniu w odległości około stu metrów od drogi. Brązowy
z białymi ramami okiennymi, zielonymi drzwiami i pustymi skrzynkami
na kwiaty pod oknami.
Przeglądanie dokumentacji zdjęciowej
przypominało poruszanie się po nawiedzonym domu. Katharina zniknęła,
ale na podłodze w przedsionku nadal stało kilka par jej butów. Szare
do biegania, brązowe kozaki i chodaki, obok dużych sandałów i butów
roboczych jej męża. Na wieszaku wisiały trzy kurtki. Na komodzie
w przedpokoju leżał długopis i lista zakupów, nieotwarty list,
dziennik i kilka niezaadresowanych gazetek reklamowych. Obok ozdoby
leżał bukiet na wpół zwiędłych róż. Kilka małych karteczek
samoprzylepnych wisiało na lustrze nad komodą: jedna z datą
i godziną, druga z nazwiskiem i numerem telefonu i trzecia
z inicjałami i kwotą: "AML 125 koron".
Jej walizka leżała na łóżku,
pełna ubrań, jakby Katharina planowała wyjechać na dłużej:
dziesięć par skarpet, dziesięć par majtek, pięć biustonoszy,
dziesięć T-shirtów, pięć par spodni, pięć swetrów, pięć
bluzek i dres. Zawartość walizki zawsze wydawała mu się dziwna,
coś mu się w niej nie zgadzało, chociaż nie potrafił powiedzieć
co. Wybór ubrań był sztywny i formalny, jakby dokonała go jakaś
inna osoba lub z myślą o kimś innym, nie o Katharinie.
Przełożył kartkę w segregatorze. Na
ławie leżało pięć książek wyjętych z regału. Kilka
z nich Wisting czytał: Mengele Zoo[1], Alchemik, Hvite
niggere[2]. Obok książek leżało zdjęcie
Kathariny i Martina zrobione w punkcie widokowym. Stali objęci
i uśmiechali się do kogoś, kto prawdopodobnie był przypadkowym
przechodniem, którego poprosili o zrobienie zdjęcia. Fotografia była
wyjęta z ramki i leżała obok niej.
Jednak największe zdziwienie budziły
zdjęcia kuchni. Na blacie stał talerz z posmarowanym chlebem
i szklanka mleka. Krzesło, na którym zwykła siadać, było lekko
wysunięte, a na stole leżał długopis i to, co później nazwali
kodem Kathariny.
Wisting zmrużył oczy i przyjrzał
się fotokopii. Zawierała serię liczb zapisanych w trzech pionowych
rzędach. Do tej pory nikomu nie udało się rozszyfrować ich
znaczenia.
Tajemniczemu kodowi przyglądali się
nie tylko policyjni eksperci, lecz także kryptolodzy z Departamentu
Bezpieczeństwa Norweskich Sił Zbrojnych, niestety nic to nie dało. Kod
został przesłany również zagranicznym ekspertom, ale także dla nich
przedstawiał bezsensowną kombinację liczb.
Wisting przekręcił kartkę, jakby to
miało coś zmienić, jakby dzięki temu miał odczytać kod.
Nagle podniósł wzrok. Zjawiła się
Line. Nie usłyszał, co powiedziała. Nawet nie zauważył, kiedy
weszła do pokoju.
- Hm? - spytał i zdjął okulary
do czytania, tak że zawisły na sznurku zawieszonym wokół szyi.
Line usiadła z córką na kolanach
i zaczęła zdejmować jej kurtkę i buty, spoglądając na karton,
który jej ojciec wyciągnął z szafy.
- Zapomniałam, że jutro jest 10
października - powtórzyła.
Wisting odłożył segregator,
wyciągnął ręce do wnuczki i podniósł ją do góry. Nie była
już niemowlęciem. Bezbronne maleństwo, które po raz pierwszy
trzymał w ramionach czternaście miesięcy temu, miało własną
osobowość. Cmoknął ją w pucołowaty policzek. Amalie zaniosła
się śmiechem i pulchnymi rączkami usiłowała chwycić jego
okulary. Zdjął je z szyi i odłożył na bok.
- Myślisz, że jest tam coś, czego
wcześniej nie znalazłeś? - spytała Line, wskazując głową
segregator leżący na stole.
Wydawała się rozdrażniona.
- Czy coś się stało? -
spytał.
Westchnęła, włożyła rękę do torebki
i gwałtownym ruchem wyciągnęła żółty plastikowy pasek. Razem
z nim wypadła pomadka, długopis, paczka gumy do żucia i kilka innych
drobiazgów.
- Dostałam mandat - wyjaśniła
i rzuciła go na stół, zanim zaczęła zbierać zawartość
torebki. - Siedemset koron.
Wisting rzucił na niego okiem.
- Parkowanie niezgodne ze znakiem
numer 372 - przeczytał. - Co to jest znak numer 372?
- Zakaz parkowania.
Uśmiechnął się, pochylił i potarł
nosem o policzek wnuczki.
- Mama dostała mandat - rzekł
z udawaną troską w głosie.
Line wstała.
- Nie rozumiem, dlaczego znowu
grzebiesz w tych papierach - powiedziała, idąc do kuchni. - Po
tylu latach.
- Będziesz się odwoływać? -
spytał. - Od mandatu?
- Nie mam podstaw do odwołania -
odparła. - Nie zauważyłam znaku. Szkoda mi tylko kasy.
Wróciła z łyżeczką do herbaty,
wyjęła jogurt z torby na pieluchy i posadziła sobie córkę na
kolanach.
- Znalazłaś jakichś innych krewnych
mamy? - spytał.
Zdjęła wieczko z opakowania.
- Kilkoro krewnych piątego i szóstego
stopnia z Bergen - odparła i posłała mu przelotny uśmiech.
- Jak się zostaje krewnym szóstego
stopnia? - zaciekawił się.
- Trzeba mieć wspólnych
praprapradziadków - wyjaśniła i zaczęła karmić Amalie.
- A o którym praprapradziadku
rozmawiamy?
- O Arthurze Thorsenie -
odpowiedziała. - Był pradziadkiem mamy.
- Nigdy o nim nie słyszałem -
przyznał.
- Urodził się w Ask?y w 1870 roku
- oznajmiła.
Potrząsnął głową i wziął do ręki
protokół, który właśnie czytał.
- I twoim zdaniem to ja grzebię
w starych papierach? - zażartował.
- Tylko że ty szukasz czegoś, czego
tam nie ma - zaoponowała. - Przeglądasz te szpargały od dwudziestu
pięciu lat, ale nie znajdziesz tam odpowiedzi, której szukasz.
- Od dwudziestu czterech - poprawił
ją i wstał. Zdawał sobie sprawę, że w żadnym z przechowywanych
w szafie pudeł nie ma odpowiedzi, której szukał, ale jednocześnie
był przekonany, że jedno z siedmiuset sześćdziesięciu trzech nazwisk
zapisanych w aktach sprawy należało do osoby, która wiedziała,
co wydarzyło się tamtego dnia w październiku blisko dwadzieścia
cztery lata temu.
Wyjął czerwony segregator i otworzył
go na pierwszym lepszym dokumencie. Protokół z przesłuchania
świadka. Papier, na którym go zapisano, był zniszczony, a druk
wyblakły. Przeczytał początek przypadkowego zdania ze środka
strony i już wiedział, jak się ono kończy. To było rutynowe
przesłuchanie. Nie zawierało żadnych znaczących informacji ani
interesujących szczegółów, a jednak za każdym razem, kiedy czytał
ten czy inny dokument, miał to samo głębokie przeświadczenie, że
właśnie teraz odkryje coś, co wcześniej przeoczył, albo jakąś
informację zinterpretuje w sposób, który rzuci nowe światło na
sprawę.
- Znowu tam jedziesz? - spytała,
wyrywając go z zamyślenia.
Zamknął segregator i zrozumiał,
że kolejny raz nie usłyszał, co Line do niego mówi.
- Znowu jedziesz z nim do domku
letniskowego?
- Z kim? - spytał, chociaż
wiedział, kogo miała na myśli.
- Z nim - odparła z rezygnacją
w głosie, wskazując głową stosy dokumentów.
- Nie sądzę - odparł.
- Ale masz zamiar zajrzeć do niego
jutro?
Przytaknął. Do tego doszło. Każdego
roku 10 października odwiedzał Martina Haugena w jego domu.
- Przepraszam - powiedział
i odłożył segregator.
Wiedział, że kiedy zbliżała się
rocznica zaginięcia Kathariny, stawał się nieobecny duchem. Jego
myśli zaprzątała stara sprawa, a wszystko inne schodziło na dalszy
plan.
- Co będziecie robić wieczorem? -
spytał, podchodząc do okna. Na dworze było ciemno. Na szybie lśniły
krople deszczu.
Line dała córce ostatnią łyżeczkę
jogurtu.
- Idę na trening - odparła
i postawiła dziecko na podłodze. - Miałam nadzieję, że zgodzisz
się jej popilnować. Nie przepada za kącikiem zabaw dla dzieci.
Amalie chwiała się na małych
nóżkach.
- Dziadek urządzi jej kącik zabaw
- uśmiechnął się i klasnął w dłonie, żeby zwrócić na siebie
uwagę wnuczki.
- Ostrożnie - ostrzegła go Line. -
Przed chwilą jadła.
Posadził Amalie na ziemi i poszedł
do sąsiedniego pokoju po pudełko z zabawkami. Wysypał całą jego
zawartość na podłogę i usiadł obok wnuczki.
Dziewczynka chwyciła czerwony klocek
i powiedziała coś niezrozumiałego.
- Bardzo ci dziękuję - rzekła Line,
wstając. - Wrócę za dwie godziny.
Pokiwała im na pożegnanie, ale
Amalie była zbyt zajęta, żeby zwrócić uwagę na to, że jej mama
wychodzi.
Przez dziesięć minut siedzieli razem
na podłodze, ale potem dziewczynka postanowiła bawić się sama.
Gdy wstał, strzyknęło mu
w kolanach. Podszedł do kartonu, wyjął notatnik i usiadł na
krześle. Przerzucił kartki, sięgnął po okulary i znowu je
włożył.
Wszystkie informacje w sprawach, nad
którymi pracował, trafiały między okładki grubego niebieskiego
notesu. Najpierw słowa klucze dotyczące gołych faktów, z czasem
coraz więcej szczegółów, zeznań świadków, dokumentacji i wyników
badań laboratoryjnych. Notes był kotwicą sprawy. Zawierał wszystkie
przesłuchania, które Wisting przeprowadził, i wszystkie zebrane
dowody, które tworzyły podstawę do oceny następnego ruchu.
Nie rozumiał, dlaczego Line była
tak negatywnie nastawiona do tego, że nadal przyglądał się starej
sprawie. Zwykle pociągały ją nierozwiązane zagadki i pytania bez
odpowiedzi. Ta sama żądza wiedzy, z powodu której został śledczym,
uczyniła z niej dziennikarkę. Jeśli droga, którą szła, rozwidlała
się i Line wybierała prawą ścieżkę, zawsze usiłowała się
dowiedzieć, dokąd doprowadziłaby ją lewa ścieżka. Po urodzeniu
Amalie zaczęła pracować nad ich drzewem genealogicznym. Prawdopodobnie
głównym powodem było to, że chciała dać córce dużą rodzinę,
skoro jej ojciec był mniej lub bardziej nieobecny. Ale za projektem
kryło się właśnie to głębokie pragnienie wiedzy. Rozumiał, że
ciągłe odkrywanie nowych członków rodziny i stopniowe dostrzeganie
coraz pełniejszego obrazu dawało jej satysfakcję. Podobnie było
z policyjnym śledztwem.
Szukanie odpowiedzi leżało u podstaw
wszystkiego, czego Line dokonała jako dziennikarka. Dla niej
liczyło się nie tylko przekazanie informacji. Chciała wiedzieć,
co się za nią kryło. Redakcja "VG" doceniała jej zaangażowanie
i dociekliwość. Chcieli ją zatrzymać i dlatego przedłużyli jej
urlop w nadziei, że wróci do nich na pełen etat.
Nie oczekiwał, że córka zaangażuje
się w sprawę Kathariny, ale nie mógł zrozumieć całkowitego braku
zainteresowania z jej strony. Może powodem było to, że ta sprawa
towarzyszyła jej niemal przez całe życie. Line miała sześć lat,
gdy zaginęła Katharina Haugen. Przywykła do tego, że w równych
odstępach czasu ojciec wyjmował stare dokumenty i zakopywał się
w nich. A może chodziło o to, że, podobnie jak wiele innych osób,
zaakceptowała wyjaśnienie, z którym pogodzili się niemal wszyscy:
że ciemnej październikowej nocy dwadzieścia cztery lata temu Katharina
Haugen postanowiła odebrać sobie życie.
Ale jeśli tak, to co stało się z jej
ciałem?
Alternatywna teoria zakładała, że
doszło do nieszczęśliwego wypadku. Że Katharina poszła na spacer,
upadła i już się nie podniosła. Ale ta teoria przynosiła więcej
pytań niż odpowiedzi.
Bez względu na to, jak doszło do
zaginięcia, Wistingowi nie dawały spokoju również inne okoliczności
sprawy i to przez nie każdego roku sięgał po stare akta. Należał
do nich tajemniczy kod leżący na kuchennym stole, sąsiad Haugenów,
którego komisarzowi nie udało się rozgryźć, i sprawa jej nieznanego
ojca. No i kwiaty. Czternaście czerwonych róż.
Amalie wstała z podłogi. Przebywała
we własnym świecie: trzymając się podłokietnika krzesła,
gryzła kolorową plastikową grzechotkę. Uśmiechnął się do
niej, po czym otworzył kolejny segregator i odszukał protokół
przesłuchania jednej z ostatnich osób, które widziały Katharinę
żywą. To była jej przyjaciółka, Mina Ruud. Ona i Katharina
śpiewały razem w chórze i znały się od pięciu lat. Kilka
tygodni przed zaginięciem Katharina przestała pojawiać się na
próbach. W rozmowie telefonicznej powiedziała przyjaciółce,
że nie jest w formie i nie ma siły. Dwa dni przed zniknięciem
Mina odwiedziła ją w domu. Katharina rzeczywiście była blada
i zmęczona. Najwyraźniej coś ją gryzło. Zapytana o to wprost,
zbagatelizowała problem i wyjaśniła, że właśnie zaczęła brać
jakieś witaminy i ma nadzieję, że to pomoże. Podczas przesłuchania
Mina stwierdziła, że w ciągu ostatniego roku zauważyła wyraźną
zmianę w zachowaniu przyjaciółki. Katharina była zawsze radosna,
pełna energii i optymizmu. Mina określiła ją jako "żywe
srebro". Jednak w życiu Kathariny musiało wydarzyć się coś, co
wpłynęło na zmianę jej zachowania. Przestała wychodzić z domu,
unikała spotkań z przyjaciółmi. Zamknęła się w sobie. Stała
się skryta i milcząca. Przygnębiona.
W zeznaniach Miny Ruud
był jeden fragment, który szczególnie utkwił Wistingowi
w pamięci. Policjantowi, który ją przesłuchiwał, powiedziała,
że Katharina sprawiała wrażenie, jakby skrywała jakąś mroczną
tajemnicę. Tajemnicę, której nie mogła nikomu wyjawić.
Wiele osób zauważyło, że przed
zaginięciem Katharina miała objawy depresji, zarówno jej przyjaciele,
jak i koledzy z pracy. Wszyscy skłaniali się ku tezie, że przyczyną
pogorszenia się jej nastroju była tęsknota za rodziną i znajomymi
w Austrii.
Wisting przeskoczył kilka dokumentów
i przeczytał inne fragmenty zeznań Miny Ruud. Nagle zatrzymał
się przy zdaniu, nad którym wcześniej się nie zastanawiał. Mina
próbowała umieścić w czasie rozmowę, którą przeprowadziła
z przyjaciółką. Rozmowę, podczas której Katharina zwierzyła jej
się, że dwa dni wcześniej spotkała w kawiarni Austriaka. To było
zupełnie przypadkowe spotkanie. Mężczyzna spytał, czy krzesło
przy jej stoliku jest wolne, i wtedy Katharina zwróciła uwagę na
jego akcent i spytała, czy pochodzi z Austrii. Ucieszyła się,
że spotkała w Norwegii swojego rodaka.
Śledczy poświęcili dużo czasu
i środków na to, by znaleźć Austriaka. Kluczowe znaczenie miało
ustalenie dokładnej daty spotkania w kawiarni. Jeśli Mina się nie
myliła, do spotkania doszło po południu w środku sierpnia.
W każdym razie Wisting tak to
odczytał, chociaż w papierach było napisane inaczej.
Ponownie odczytał zdanie: "Do spotkania
doszło południu w środku sierpnia".
Brakowało jednego słowa. Za każdym razem
czytał je tak, jakby było napisane "Do spotkania doszło po południu
w środku sierpnia", ale przyimek "po" został pominięty. To był
częsty błąd. Jemu także zdarzało się go popełniać. Nie wszystkie
słowa, które przychodziły mu do głowy, zapisywał. Kiedy czytał
akta sprawy, mózg płatał mu figla, sugerując, że jest tam słowo
"po", ponieważ ściśle rzecz biorąc, nie odczytujemy każdego
słowa, tylko pozwalamy, aby nasze oczy przebiegały po zdaniach.
Brak jednego słowa nic nie oznaczał
ani niczego nie zmieniał, ale podsunął mu myśl, że w tak obszernym
materiale dochodzeniowym w podobny sposób mógł przeoczyć również
inne rzeczy.
Odłożył protokół i z większym
entuzjazmem zabrał się do przeglądania kolejnego stosu
dokumentów. Kiedy ktoś znikał bez śladu, tak jak Katharina, istniały
cztery wytłumaczenia: samobójstwo, nieszczęśliwy wypadek, ucieczka
albo czyn przestępczy. Zbadali wszystkie cztery hipotezy. Wzięli
również pod uwagę możliwość, że Katharina opuściła kraj,
nie mówiąc o tym nikomu, żeby rozpocząć nowe życie, w swojej
ojczyźnie lub innym zakątku świata.
Wisting nigdy nie wierzył w to, że
Katharina zniknęła z własnej woli. Chociaż nie znaleźli jej ciała
ani miejsca zbrodni, zawsze traktował sprawę Kathariny jak sprawę
zabójstwa. To, że tak myślał, nie wynikało z jednej przesłanki,
lecz z sumy okoliczności takich, jak walizka na łóżku, książki
zdjęte z półki, zdjęcie wyjęte z ramki. Nie mówiąc o kartce
z kodem leżącej na kuchennym stole.
Po raz enty wyjął fotokopię i zaczął
się jej przyglądać. Trzy lekko zaokrąglone kreski dzieliły
kartkę, tworząc dwie kolumny z liczbami. Na samym dole znajdowała
się poprzeczna kreska. Liczba 362 była zapisana dwa razy i otoczona
kółkiem. Tak samo 334. Podobnie liczba 18 figurowała na liście dwa
razy, ale otaczał ją kwadrat. Poza tym na kartce rozrzuconych było
kilka innych liczb: 206, 613, 148, 701, 404, 49. Tym, co czyniło tę
zaszyfrowaną wiadomość jeszcze bardziej interesującą, był fakt,
że z boku kartki znajdował się krzyżyk, którego jedna kreska była
nieco dłuższa od drugiej, przez co znak przypominał krzyż. Raz za
razem czarny długopis był prowadzony tam i z powrotem, tak że kartka
była niemal przedziurawiona.
Wisting wpatrywał się intensywnie w krzyż
i liczby. Tym razem miał wrażenie, że jakaś nieśmiała myśl
próbuje wydobyć się z jego podświadomości. Że liczby zaczynają
nabierać sensu.
Zaczerpnął powietrza i wstrzymał
oddech. Właśnie na taką chwilę czekał, sięgając po akta starej
sprawy. Miał nadzieję, że w ciągu minionego roku sporo się
nauczył - usłyszał, zobaczył lub w jakikolwiek inny sposób
doświadczył czegoś, co poszerzyło jego wiedzę, dzięki czemu był
w stanie inaczej zinterpretować zawartość akt sprawy. Był blisko,
czuł to. O włos. Jakaś wypowiedź, zdjęcie, nieistotny szczegół,
które w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy wryły się w jego
podświadomość, zbliżały go do rozwiązania zagadki.
Przeczytał liczby na głos, usiłując
pomóc mózgowi w wydobyciu podpowiedzi na powierzchnię.
- 206, 613, 148...
Mała Amalie powtarzała za
nim. Usiłowała wymówić te same liczby i śmiała się z własnych
nieudanych prób.
Wisting rzucił na nią okiem. Skóra
wokół jej ust była cała niebieska. W dłoni trzymała
długopis. Wygryzła w nim dziurę i tusz spłynął jej po
ręce.
Gulgocząc i śmiejąc się, włożyła
długopis z powrotem do ust.
Wisting odrzucił papiery, doskoczył do
wnuczki i wyjął jej długopis z ręki.
Jej wargi, zęby, język i cała
dolna część twarzy były zabarwione na niebiesko. Chwycił
ją pod ramię i pobiegł z nią do łazienki. Odkręcił kran
i trzymając dziewczynkę nad zlewem, napełnił dłoń wodą i polał
nią jej twarz. Po chwili zrobił to jeszcze raz. Amalie zaczęła
krzyczeć. Polał ją większą ilością wody. Część wpadła prosto
do jej otwartych ust. Dziecko zacharczało i zakaszlało. Niebieskawa
woda spłynęła do zlewu. Mimo protestów opłukiwał jej twarz tak
długo, aż nabrał pewności, że w jej buzi nie ma już tuszu. Potem
usiadł na desce klozetowej z wnuczką na kolanach i próbował ją
uspokoić.
- Już dobrze - powiedział, starając
się, aby jego głos brzmiał wesoło.
Amalie przestała krzyczeć. Wyjął
z kieszeni telefon komórkowy i zadzwonił na pogotowie. W kilku
zdaniach opowiedział, co się wydarzyło.
Pielęgniarka spytała go o nazwisko
dziecka.
- Ingrid Amalie Wisting - odparł
i podał datę urodzenia wnuczki.
Słyszał, jak po drugiej stronie
słuchawki kobieta stuka w klawiaturę komputera.
- Jak dużo tuszu wypiła? -
spytała.
- Nie wiem - przyznał i zaniósł
Amalie do salonu. Długopis leżał na dywanie, na którym utworzyła
się niebieska plama.
- Zostało trochę więcej niż połowa
- powiedział. - Ale najwięcej tuszu ma na rękach i ubraniu.
- Niewielkie ilości tuszu są zwykle
zupełnie nieszkodliwe - uspokoiła go pielęgniarka. - Gorzej,
gdyby połknęła kawałki plastiku.
Wisting przyjrzał się
długopisowi. Końcówka była postrzępiona.
- Co mogłoby się wtedy stać? -
spytał.
- Mogłyby jej utkwić w gardle -
odparła. - Ale wydaje się, że do tego nie doszło. Może ją trochę
boleć brzuch, ale jelita wiedzą, jak się tego pozbyć.
Wisting podziękował i zabrał
wnuczkę z powrotem do łazienki. Zwilżył ścierkę i próbował
umyć jej twarz i paluszki, ale na niewiele się to zdało. Potem
sięgnął po swoją szczoteczkę do zębów, nałożył odrobinę
pasty i usiłował wyszczotkować jej małe, zabarwione na niebiesko
zęby. Amalie zaprotestowała, ponownie wybuchając płaczem. Wisting
dał za wygraną. Przeniósł się do salonu i usiadł na krześle
z wnuczką na kolanach. Strach, który czuł przed chwilą, powoli
przechodził w irytację. Był zły na siebie.
Amalie nie przestawała
płakać. Z pewnością była zmęczona, poza tym udzielał jej się
jego niepokój. Wstał, trzymając wnuczkę na biodrze, zebrał wszystko,
co miało związek ze sprawą Kathariny, i włożył to z powrotem
do pudła. Jeden z segregatorów nie był zamknięty i luźne kartki
rozsypały się na stół i podłogę. Zamiótł je jedną ręką
i wepchnął z powrotem do kartonu, nie martwiąc się tym, że
w ten sposób mogą się pognieść lub pomieszać. Chciał się ich
jak najszybciej pozbyć.
Przełożył Amalie na drugie biodro,
zamknął pudło i stopą przysunął je do ściany. Potem usiadł na
podłodze razem z wnuczką i uważnie jej się przyjrzał. Ubranie
było zniszczone. I tak szybko by z niego wyrosła, pomyślał, ale
mimo to zamierzał zaproponować Line, że odda jej pieniądze.
Płacz ucichł. Bawili się w najlepsze,
układając drewniane klocki jeden na drugim, gdy Line wróciła
z treningu.
Uśmiechnęła się, ale nagle zastygła,
widząc niebieskie plamy wokół ust i na ubraniu córki.
- Co się stało? - spytała
i wzięła Amalie na ręce.
- Bawiła się długopisem -
odparł.
- Nie pilnowałeś jej?
- Była szybsza.
- Ale przecież byłeś z nią przez
cały czas?
- Oczywiście. Po prostu nagle
siedziała z umazaną twarzą. Zdaje się, że to był twój
długopis. Musiał ci wypaść z torebki, kiedy pokazywałaś mi
mandat.
Line zwilżyła kciuk i zaczęła
pocierać brodę córki.
- Rozmawiałem z lekarzem
dyżurnym pogotowia - wyjaśnił. - W małych dawkach tusz nie
jest niebezpieczny. Plamy trudno usunąć, ale sam tusz nie zagraża
zdrowiu.
Line westchnęła.
- Zabiorę ją do domu
i wykąpię.
Usiadła na krześle i zaczęła ubierać
córkę.
Wisting zebrał zabawki.
- Mogę kupić jej nowe ubranie -
zaproponował. - Albo oddam ci za nie pieniądze.
Line pokręciła przecząco głową.
- Nie myśl o tym - powiedziała,
wstając. - Dziękuję, że się nią zająłeś.
- Przepraszam. Obawiam się, że jestem
beznadziejną niańką.
Posłała mu przelotny uśmiech.
- Nie jest tak źle - odparła
i rzuciła okiem na pudło z aktami sprawy. - Nie zapominaj, że
Thomas przylatuje w ten weekend.
Thomas był jej bratem
bliźniakiem. Pracował jako pilot śmigłowca wojskowego i bywał
w domu tylko kilka razy w roku.
- Zrobię pizzę - uśmiechnął
się Wisting.
To było coś, co zapoczątkował, gdy
Line i Thomas byli nastolatkami. Co piątek, kiedy wracał z pracy,
przygotowywał ciasto na pizzę. Dzieci pomagały mu przy farszu. Robili
to przez całe lata dziewięćdziesiąte aż do czasu, gdy Thomas
zaciągnął się do wojska.
- Przyjdziemy - powiedziała Line
i przytuliła córkę. - Powiesz dziadkowi pa, pa?
Wisting podszedł do nich, uścisnął
je na pożegnanie i odprowadził do drzwi. Stał i patrzył za nimi,
gdy szły w deszczu w stronę domu Line na końcu ulicy.
Skłamałem, stwierdził i pomyślał
o tym, jak łatwo przeszło mu przez gardło, że zajmował się
Amalie, zamiast przyznać, że był zajęty sprawą Kathariny. Zresztą
nie chodziło tylko o to, że skłamał, ale również o to, że
zrzucił część winy na Line. Zasugerował, że to ona ponosiła
odpowiedzialność za wypadek, ponieważ zostawiła długopis wśród
zabawek córki.
Zamknął drzwi, wrócił do
salonu i stanął na środku pokoju, wpatrując się w pudło,
które stało przy ścianie. Kłamstwo było elementem każdego
śledztwa. Wszyscy kłamali. Rzadko chodziło o jawne kłamstwa,
ale zdecydowana większość w ten czy inny sposób mijała
się z prawdą. Przesłuchiwani wyrażali się niejednoznacznie,
przemilczali fakty lub je wyolbrzymiali, koloryzowali, żeby wydać się
bardziej interesujący, albo zatajali szczegóły, które stawiały
ich w niekorzystnym świetle. Poza tym często pamiętali błędnie,
to znaczy dane zdarzenie zapamiętywali przez pryzmat własnego
doświadczenia, często niezgodnie z rzeczywistością. I zamiast
przyznać, że czegoś nie pamiętają, wypełniali puste miejsca
tym, co ich zdaniem powinno być prawdą lub co im się wydawało,
nierzadko sugerując się tym, co inni widzieli lub słyszeli. Aby
ujawnić kłamstwa przesłuchiwanych, policjanci musieli dysponować
innymi informacjami, które pozwoliłyby im zweryfikować prawdziwość
złożonych zeznań.
Pochylił się
i podniósł z podłogi długopis, który przegryzła Amalie. Logo
Związku Zawodowego Policjantów było ledwo widoczne pod śladami
zębów dziewczynki. To był jego długopis. Zastanawiał się, czy
powie o tym Line. Tak czy inaczej, długopis do niczego się już nie
nadawał. Zaniósł go do kuchni i wrzucił do kosza na śmieci. Potem
wrócił do salonu, otworzył pudło i wyjął akta starej sprawy.
[1] Powieść Gerta Hermoda
Nyg?rdshauga z 1989 roku. (Wszystkie przypisy pochodzą od
tłumaczki).
[2] Hvite
niggere (pol. Białe czarnuchy) - powieść Ingvara
Ambj?rnsena z 1986 roku.