O wpół do piątej Finn
Haber, stary wyga, był już na miejscu zdarzenia. Zbliżał się
do pięćdziesiątych siódmych urodzin i wieku emerytalnego
w policji. Jego praca, którą wykonywał nieprzerwanie od
trzydziestu pięciu lat, polegała głównie na szukaniu odcisków
palców i innych śladów kryminalistycznych. W ciągu tak długiej
służby Haber był świadkiem ogromnego postępu, jaki się dokonał
w kryminalistyce. Trzydzieści lat temu na podstawie włosów
znalezionych na miejscu przestępstwa można było wysunąć nieśmiałe
przypuszczenia, że sprawca był rudy, czy też był blondynem. Dzisiaj
włos długości milimetra albo kropla potu mogły doprowadzić do
schwytania sprawcy.
Haber szedł z duchem czasu. Zeszłego
lata przyczynił się do wyjaśnienia głośnej sprawy gwałtu na
Solplassen Camping. W zagajniku za polem kempingowym doszło do
próby gwałtu na mieszkance Oslo. Sprawca przekonał kolegów, żeby
dali mu alibi, ale fragmenty jego naskórka, które Haber znalazł pod
paznokciami dziewczyny, okazały się wystarczającym dowodem. Dzięki
analizie porównawczej DNA udało się skazać chłopaka.
Szczupły, siwy technik kryminalistyki
włożył biały jednorazowy kombinezon i taki sam czepek, na buty
naciągnął niebieskie plastikowe ochraniacze, a na dłonie gumowe
rękawiczki. Najpierw sfotografował drzwi wejściowe i sprawdził,
czy nie ma na nich odcisków palców. Gdy stwierdził brak śladów
włamania, otworzył drzwi wytrychem i wszedł do środka.
Wisting ubrał się tak jak Haber,
ale postanowił skorzystać z rady, jakiej w Wyższej Szkole Policji
udzielono im na zajęciach z oględzin miejsca zdarzenia: włożył
obie ręce głęboko do kieszeni.
Zanim przekroczył próg i udał
się za Haberem, rzucił okiem na swoje buty na szorstkich betonowych
schodach. Plastikowe ochraniacze przypomniały mu dzień, w którym
odwiedził Ingrid w szpitalu i po raz pierwszy zobaczył bliźnięta
- dzień przed niemal dwudziestoma laty, gdy na świat przyszły jego
dzieci. Wspomnienie przyćmiła szybko myśl, że ten, kto niedawno
pozbawił życia Prebena Pramma, stał dokładnie w tym samym miejscu
i teraz on, Wisting, kroczy po śladach zabójcy. Poczuł, że jeżą
mu się włosy na karku. Pełen podekscytowania uśmiech zakamuflował
suchym kaszlem.
Ściany przedsionka były pokryte ciemną
tapetą w zielone kwiaty. Przypomniało mu się, że podobna tapeta
wisiała w kuchni ich domu na Herman Wildeveys gate, który kupił
pod koniec lat siedemdziesiątych. Ingrid zatroszczyła się jednak
o to, żeby od tamtej pory ściany zmieniły kolor cztery lub pięć
razy.
Na podłodze w wąskim korytarzyku
leżały rzeczy, które wyglądały tak, jakby zostały zerwane
z wieszaka na ubranie. Kieszenie niebieskiej wiatrówki i brązowych
sztruksowych spodni były wywinięte na zewnątrz, tak że widać
było podszewkę. Wisting zerknął przez otwarte drzwi na lewo
i skonstatował, że w pomieszczeniu znajduje się pralka i zasobnik
ciepłej wody użytkowej. Na ścianach wisiały półki garażowe, ale
ich zawartość została zrzucona na podłogę - narzędzia, puszki,
stare czasopisma i ubrania leżały na jednym wielkim stosie. Drzwi
na prawo były uchylone, za nimi dostrzegł schody do piwnicy, skąd
napływało zimne, surowe powietrze, wprawiając w ruch kilka kłębków
kurzu, który zebrał się w rogu.
Poszli dalej prosto i nagle uderzyła
ich mdła woń martwego ciała. Wisting zasłonił nos i usta,
żeby filtrować powietrze. Oczywiście na nic się to zdało. Przez
chwilę stał nieruchomo, na próżno starając się przyzwyczaić do
odoru zwłok. Podłoga w korytarzu była pokryta odłamkami szkła
i kawałkami drewna pochodzącymi z dwóch oprawionych w ramy
obrazów. Na ścianie wisiały dwa inne, w czarnych ramach. Jeśli
Wisting się nie mylił, jeden przedstawiał orła, a drugi
kruka.
Na zamkniętych drzwiach widniał
napis "toaleta". Z kolei drzwi do sypialni były otwarte
na oścież. Zawartość szafy na ubrania leżała rozrzucona na
pojedynczym łóżku i podłodze. Materac wyglądał tak, jakby
został pocięty, a szuflada stolika nocnego leżała do góry dnem
na poduszce razem z kilkunastoma numerami "Lek", "Cocktail"
i "Aktuell Rapport"[4].
Haber trącił Wistinga w bok i wskazał
otwarte drzwi do kuchni po przeciwnej stronie. Drzwiczki lodówki
były lekko uchylone. Strużka światła padała na szarą posadzkę,
na której leżały rozrzucone przyrządy kuchenne, sztućce i różne
produkty spożywcze. Palec wskazujący Habera był skierowany na ślady
obuwia odciśnięte w mieszaninie mąki i mielonej kawy.
Przez szparę w drzwiach prowadzących
do salonu dolatywały ciche dźwięki tanga z trzeszczącego radia,
które nie było odpowiednio nastrojone. Intensywne brzęczenie much
i innych owadów niemal zagłuszało muzykę. Haber trzykrotnie
wciągnął głęboko powietrze, zanim pchnął drzwi.
Salon był urządzony w tym
samym stylu lat siedemdziesiątych, jak ta część domu, którą
Wisting zdążył już zobaczyć. Podłoga z winylu była brudna
i zakurzona. Muzyka płynęła z dwóch głośników, które zdjęto
ze ściany i położono przed starym stolikiem RTV. Jego szuflady były
wysunięte, a część zawartości leżała na podłodze razem ze stosem
płyt gramofonowych.
Wisting automatycznie skierował spojrzenie
na nagie ciało znajdujące się na środku pokoju, ale szybko powiódł
wzrokiem dalej, jakby chciał najlepsze zostawić sobie na koniec. Zawsze
tak robił bez względu na to, czy chodziło o szczegóły okrutnej
zbrodni, czy o zawartość bombonierki. To był stary zwyczaj jeszcze
z czasów dzieciństwa, gdy w sobotnie wieczory zawartość torebki
z łakociami była selekcjonowana w taki sposób, że to, co miało
słodki smak, zjadano na końcu. Rozpakowywanie prezentów w wigilijny
wieczór również podlegało podobnemu rytuałowi: od paczek miękkich
do twardych. Poczuł łaskotanie w żołądku, które kojarzyło mu się
z nieznośnym, wielogodzinnym oczekiwaniem na chwilę, gdy leżące
pod choinką prezenty można było nareszcie otworzyć. Wiedział
dobrze, że to dziecięce uczucie będzie przybierać na sile wraz
z kolejnymi drobnymi szczegółami i wrażeniami z miejsca zbrodni,
które zbierze i przyswoi i które - pojedynczo lub połączone ze
sobą - powiedzą mu coś na temat sprawcy i staną się kluczowymi
elementami układanki.
Pozwolił, by jego wzrok krążył
swobodnie po pokoju. W ten sposób chciał stworzyć całościowy obraz,
a jednocześnie zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Zatrzymał
się przed dubeltówką opartą o stołek na środku salonu. Potem jego
spojrzenie padło na setki czarno-białych fotografii rozrzuconych
na ławie. Domyślił się, że zdjęcia były przechowywane w dwóch
pudełkach po butach, które leżały na podłodze razem ze szklanymi
okruchami niebieskiego wazonu.
W pozostałej części pokoju panował
taki sam chaos. Drzwiczki w meblościance były pootwierane,
a zawartość wyrzucona na podłogę. Drzwi kominka i popielnika
były otwarte na oścież, stary popiół leżał rozsypany na ziemi
i wdeptany w plecione chodniki. Jedynym miejscem, w którym panował
znośny porządek, była półka nad kominkiem, na której stało
kilka wypchanych małych ptaków. Na szczycie kominka królowała sowa,
śledząca wszystko swoimi szklanymi oczami.
Ogólne wrażenie, jakie wzbudzał salon,
było przygnębiające. Chaos i ślady plądrowania nie były w stanie
ukryć tego, że ten, kto tu mieszkał, był samotnym człowiekiem, który
nie potrafił stworzyć przytulnego wnętrza. Tym bardziej wyróżniał
się regał z telewizorem o przekątnej minimum dwadzieścia dziewięć
cali i nowoczesnym odtwarzaczem wideo. Sprzęt elektroniczny wyglądał
na nowy i drogi i nie pasował do całości.
Komisarz zrobił kilka kroków
w głąb pokoju, zbliżając się do martwego ciała, choć nadal
unikał go wzrokiem. W poszukiwaniu kolejnych odczuć i detali
przyjrzał się ławie. Zauważył kilka gazet, kalendarz książkowy,
portfel, przewróconą filiżankę kawy i cztery oprawione zdjęcia
przedstawiające różne gatunki ptaków. Cztery jasne pola na ścianie
zdradzały miejsce, gdzie zwykły wisieć fotografie.
Wokół ławy stały dwa fotele
i trzyosobowa kanapa. Na jednym z foteli leżały brązowe spodnie,
biała koszula w niebieskie prążki i para starannie złożonych
szarych skarpet. Jednak rzucony na podłogę brązowy skórzany
pasek i jasnoniebieskie majtki rozerwane po bokach mówiły, że ich
właściciel nie rozebrał się do naga z własnej woli. Kanapa stała
zwrócona tyłem do drzwi wychodzących na taras i była ozdobiona
kilkoma haftowanymi poduszkami. Na oparciu kanapy leżał, jak można
było domniemywać, Preben Pramm.
Z zewnątrz Wisting zdołał dojrzeć,
że Pramm miał związane ręce. Teraz zobaczył, że również nogi
ofiary były skrępowane. Zwłoki leżały związane, tworząc coś
w rodzaju gwiazdy, z pośladkami uniesionymi w górę i stanowiącymi
najwyższy punkt nad oparciem kanapy. Wistingowi bezwiednie przyszedł
na myśl Hammer i to, w jaki sposób szukał narkotyków w naturalnych
otworach ciała.
Plecy i nogi denata były zbroczone
krwią. Wisting zauważył wiele otwartych ran i podłużnych
siniaków, które sugerowały, że Pramm mógł być chłostany własnym
paskiem. Na pośladkach miał kilkadziesiąt okrągłych śladów po
przypaleniach. Nietrudno było się domyślić, do czego służyły
walające się na kanapie niedopałki papierosów.
Wisting przyglądał się zwłokom
z pewnego rodzaju satysfakcją. Po chwili zorientował się, że jego
prawy kącik ust podniósł się, tworząc krzywy uśmiech, natomiast
w żołądku czuł ssanie, jakby z głodu. Wypełniała go radość,
ponieważ mógł obserwować z bliska zagadkę śmierci, wiedząc dobrze,
że to do niego należy jej wyjaśnienie.
Widok był makabryczny. Komisarz
widział wiele martwych ciał; zwłoki, które były opuchnięte,
z przebarwieniami skóry, rozkładające się i częściowo
zjedzone przez zwierzęta. Widział zwłoki z jelitami i innymi
narządami zwisającymi na zewnątrz. Z siekierami lub nożami wbitymi
głęboko w ciało, mózgi rozbryzgnięte na ścianach. Widział nawet
zwłoki, które zostały poćwiartowane i zapakowane do reklamówek
z Rimi. Jednak w tym ciele tutaj było coś, co uświadomiło
mu, że dalsze śledztwo będzie wymagało od niego maksimum
profesjonalizmu. Maksimum doświadczenia i umiejętności. Krzywy
uśmieszek zamienił się w szeroki uśmiech, gdy dotarło do niego,
jak trudne czeka go zadanie.
Z zamyślenia wyrwał go piskliwy kobiecy
głos, który przywitał słuchaczy popołudniowego programu Radia
Larvik. Spikerka poinformowała, że wkrótce rozpocznie się audycja
Dwa kwadranse z country. Finn Haber wyłączył
radio, tym samym pozbawiając konkurencji brzęczące owady przy zwłokach
Prebena Pramma.
Komisarz okrążył kanapę, żeby
przyjrzeć się ciału z bliska. Opuchnięta głowa denata niemal
dotykała zakrwawionej podłogi. Skóra łuszczyła się i sprawiała
wrażenie rozmiękłej. Na środku czoła widniał kolejny okrągły ślad
po przypaleniu. Twarz wykrzywiał grymas zaskoczenia lub strachu. Oczy
były zapadnięte i szeroko otwarte, ale obróciły się w oczodołach,
przez co gałki oczne, które wpatrywały się w Wistinga, były białe
i galaretowate. Krew i śluz ściekające wokół nosa i wzdłuż
jego grzbietu zdążyły dawno skrzepnąć. Usta ofiary były zaklejone
szerokim kawałkiem szarej taśmy klejącej.
Obok poduszki kanapowej i poplamionego
krwią sekatora leżało w kałuży krwi żółte wiadro. Dziesiątki
małych czarnych mrówek szły ścieżką od drzwi werandy do nogi
kanapy i dalej po nylonowym sznurze, który wżynał się w opuchnięte
ręce denata. Mrówki wędrowały po granatowoczarnej twarzy i znikały
w uchu.
Wisting odwrócił wzrok i już miał
odejść, gdy nagle coś kazało mu jeszcze raz spojrzeć na zwłoki. Nie
zauważył tego od razu, lecz odnotował w podświadomości, że
z dłońmi ofiary było coś nie tak. Na pierwszy rzut oka zdawało się,
że mężczyzna wisiał z zaciśniętymi pięściami, ale gdy komisarz
pochylił się, żeby przyjrzeć im się dokładnie, zrozumiał, co się
nie zgadzało. Brakowało wszystkich opuszków palców. Wyglądało to
tak, jakby paliczki dalsze obu rąk zostały odcięte.
Nie licząc brzęczenia owadów, w domu
panowała idealna cisza. Haberowi i Wistingowi udzielił się podniosły
nastrój. W końcu komisarz spytał półgłosem:
- Przyczyna zgonu?
- Trudno powiedzieć - odszepnął
Haber. - Chyba zostawię to patomorfologom. Wydaje mi się, że
mężczyzna został zaatakowany tępym narzędziem i to wielokrotnie,
ale nie umiem powiedzieć, czy to było przyczyną zgonu.
- Brak bezpośrednich śladów
walki.
- To też trudno stwierdzić. W każdym
razie ktoś narobił tu niezłego bałaganu. Pierwsze wrażenie jest
takie, że ktoś tu czegoś szukał.
- Portfel i kalendarz chciałbym mieć
na biurku tak szybko, jak to tylko możliwe - powiedział Wisting,
wskazując ławę.
Cichą rozmowę przerwał głośny
i natarczywy dźwięk telefonu komórkowego, dobiegający z kieszeni
komisarza. Wisting wyjął telefon, myśląc, że dzwoni Ingrid, żeby
dowiedzieć się, jak długo ma czekać z obiadem. Zdziwił się nieco,
gdy zobaczył numer zaczynający się od 22[5], i zanim rozpoczął rozmowę, wyszedł z pomieszczenia
wypełnionego stęchłym, mdlącym powietrzem.
- Cześć, Williamie! -
pozdrowił go ktoś w dźwięcznym bergeńskim dialekcie. -
Z tej strony Torbj?rn! Słyszałem, że przydałaby ci się
pomoc na Solkysten[6].
Gdy Wisting zrozumiał, że będą
potrzebowali pomocy z Kripos, pomyślał o swoim dawnym koledze
z Wyższej Szkoły Policji. W przeciwieństwie do wielu innych
funkcjonariuszy z Centrali Policji Kryminalnej Torbj?rn Angell był
spokojnym policjantem, który trzymał się nieco na uboczu i pozwalał
lokalnej policji prowadzić dochodzenie, a sam drobiazgowo analizował
materiał śledczy. Dokładność była tylko jedną z wielu cech
Angella, które Wisting wysoko cenił. Problem polegał na tym, że
czasami Angell tak bardzo zagłębiał się w szczegóły, że zanim
zdążył zaprezentować wyniki swoich analiz, sprawę udawało się
wyjaśnić innymi metodami.
- Owszem. Serdecznie zapraszamy! -
odpowiedział Wisting.
- Co tam macie?
- Sam jeszcze nie wiem. Starszy
mężczyzna, skrępowany i zamordowany we własnym salonie, i jeden
lub kilku napastników, którzy mają nad nami wiele dni przewagi.
- Zdaje się, że stoi przed wami
prawdziwe wyzwanie.
Wisting spojrzał na zegarek. Minęła
siedemnasta.
- O której możesz tu być?
- Poproszono mnie, żebym zjawił się
u was jutro o ósmej rano, ale przyjadę dziś wieczorem. Powiedzmy,
że będę o dziewiątej.
- Doskonale! Do tego czasu wpuszczę
na miejsce zdarzenia twoich techników. Spotkamy się w komendzie.
- Jesteśmy umówieni.
Wisting zakończył rozmowę na
schodach. Ruszył żwirową alejką w stronę furtki, gdzie dwaj młodzi
funkcjonariusze stali z rękami założonymi na plecy i z wyraźną
niechęcią odpowiadali wymijająco na pytania ciekawskich sąsiadów
i przechodniów. Zatrzymał się i spojrzał pustym wzrokiem na mniszka
pospolitego porastającego cały trawnik Prebena Pramma. Komisarz musiał
to wszystko przetrawić i przemyśleć. Wyrobić sobie własne zdanie na
temat możliwego przebiegu zdarzeń, stworzyć hipotetyczną historię
i w miarę trwania dochodzenia wzbogacić ją o nowe szczegóły lub
dokonać w niej zmian.
Jednak tym razem miejsce zbrodni zrobiło
na nim zbyt silne wrażenie, by był w stanie wymyślić jakieś
logiczne wytłumaczenie tego, co się stało. Nigdy nie widział
nic podobnego. Mimo to miał niejasne przeczucie, że czegoś tam
brakuje. Zrozumiał czego, gdy jego myśli zaczęły krążyć wokół
ojca, który mógł być rówieśnikiem Prebena Pramma. W salonie ojca
na ścianach wisiały zdjęcia dzieci i wnuków. Ozdoby znajdujące
się na stołach i blatach były prezentami, których nie potrzebował
i na które nie było miejsca, ale które bardzo cenił, ponieważ
został nimi obdarowany przez kochających go ludzi. Najwyraźniej Pramm
wiódł samotne życie. W jego domu Wisting nie dostrzegł niczego,
co świadczyłoby o tym, że Pramm był w jakimś związku lub że
ktoś był mu szczególnie bliski. To dziwne - w jaki sposób samotny
człowiek może doprowadzić do konfliktów, których konsekwencją jest
tak brutalne zdarzenie? Dlaczego Pramm stał się ofiarą zbrodni? Jakie
skrywał tajemnice?
Pytań było mnóstwo. Koniecznie trzeba
było znaleźć kogoś, kto potrafiłby na nie odpowiedzieć. Kogoś,
kto mógłby nakreślić obraz ofiary. Wisting postanowił zacząć
od mężczyzny, który znalazł Pramma, to znaczy od jego sąsiada,
Knuta Seljes?tera. Ledwie jednak dotarł do furtki, gdy Nils Hammer
przeszedł pod biało-czerwoną taśmą policyjną.
- A więc jesteś na urlopie
- powiedział, uśmiechając się szeroko i odsłaniając rząd
żółtobiałych zębów i kawałki snusu, które wystawały spod
górnej wargi.
- Nie słyszałeś o feriach
jesiennych? - zażartował Wisting.
Hammer jeszcze bardziej wyszczerzył
zęby i wybuchnął gromkim śmiechem.
- Idź do Habera - ciągnął
komisarz. - Przede wszystkim musimy zidentyfikować ofiarę. W pokoju
leży portfel. Zobacz, czy nie ma w nim prawa jazdy, żebyśmy mogli
porównać zdjęcie z mężczyzną zwisającym z kanapy.
Hammer skinął głową.
- Do wieczora musisz też sporządzić
listę członków jego najbliższej rodziny i dopilnować, żeby zostali
powiadomieni - wyliczał dalej Wisting. - Wieczorem musimy wydać
oświadczenie dla prasy, zanim sobotnie gazety pójdą do druku. Trzeba
dotrzeć do ludzi, którzy widzieli go w ciągu ostatnich dziesięciu
dni. Nie chciałbym, żeby ciotki i wujowie dowiedzieli się o jego
śmierci z pierwszych stron gazet.
Przytakując, Hammer wyjął notes
i zapisał w nim kilka słów.
- Potrzebujemy też jego zdjęcia do
gazet. Sprawdź w rejestrze paszportów albo spytaj Habera, czy w domu
są jakieś fotografie, których moglibyśmy użyć. Wszystko powinno
być gotowe przed dwudziestą pierwszą.
- Zrobi się - odparł Hammer. -
Coś jeszcze?
Komisarz przypomniał sobie, co zwykła
mówić Ingrid, gdy nie mógł ruszyć dalej ze sprawą. Była
nauczycielką historii i często podkreślała, jak ważna jest
przeszłość.
- Musimy dowiedzieć się jak najwięcej
o Prebenie Prammie. Przejrzyj wszystkie bazy danych i sprawdź,
czy kiedykolwiek miał jakiś kontakt z policją.
Hammer znowu
przytaknął, schował notes do kieszeni i pewnym krokiem ruszył
w stronę domu ofiary. W tej samej chwili zadzwonił telefon Wistinga,
a na wyświetlaczu ukazał się dobrze znany numer. Zatroskana kobieta
po drugiej stronie linii otrzymała krótką wiadomość, że nie ma
najmniejszego sensu, żeby czekała na niego z obiadem.
[4] Tytuły czasopism pornograficznych.
[5] Numer kierunkowy do
Oslo.
[6] Słoneczne Wybrzeże; norweski odpowiednik hiszpańskiego
Costa del Sol. Tu nazwa użyta żartobliwie.