Line cofnęła się o dwa kroki,
wierzchem dłoni odgarnęła z czoła grzywkę i zlustrowała sufit
w salonie. Świeżo pokryta farbą powierzchnia lśniła. Pomalowany
na biało pokój od razu wydaje się większy, pomyślała, przenosząc
wzrok na żółtobrązowe panele w korytarzu. Będą musiały poczekać
do jutra. Teraz należała jej się przerwa.
Wyczyściła pędzle, spakowała
sprzęt do malowania i zdjęła biały kombinezon.
Ojciec obiecał, że pomaluje
sufit po południu, i pewnie się wścieknie, widząc, że zrobiła
to sama. No, może się nie wścieknie, ale na pewno nie będzie
zadowolony. Mruknie coś o tym, że nie powinna tego robić w jej
stanie. Ale ona bardzo chciała już skończyć, poza tym farba nie
zawierała żadnych szkodliwych rozpuszczalników ani gazów.
Jej dłoń automatycznie
powędrowała w dół, układając się na pokaźnym brzuchu. To już
prawie dziewiąty miesiąc. Dziecko jeszcze nie przyszło na świat,
a już zmieniło jej życie. Straciła zamiłowanie do wielkomiejskiego
gwaru i wróciła do domu, w znajome, bezpieczne miejsca. Zostawiła
ekscytującą karierę dziennikarki, stwierdziwszy, że szybkie tempo
pracy i wysokie wymagania nie dadzą się pogodzić z rolą świeżo
upieczonej matki. Może byłoby inaczej, gdyby miała z kim dzielić
tę odpowiedzialność. Ale nie było jej to dane.
Podeszła do lodówki i wyjęła
z niej butelkę, do której wcześniej nalała wody z kranu. Piła,
stojąc w drzwiach salonu. Właściwie powinna jeszcze raz pomalować
listwy okienne, ale ta część pracy będzie musiała poczekać.
Niewiele teraz przypominało
o tym, jak wyglądał ten salon w chwili, gdy kupiła dom, ale mimo
to ciężko jej było uwolnić się od myśli o człowieku, którego
znaleziono tu w fotelu martwego. Była to już druga tragedia, do której
doszło w tym domu - inny mężczyzna powiesił się w piwnicy pod
koniec lat sześćdziesiątych, tuż po zakończeniu budowy.
Line wzdrygnęła się na
samą myśl o tym i położyła dłoń na brzuchu. Wciąż czuła
się trochę dziwnie z powodu jego wielkości, ale tak czy inaczej,
miała szczęście. Urósł jej tylko brzuch. Niespecjalnie przytyła
i czuła się znakomicie. W tej akurat chwili dokuczały jej trochę
plecy, ale to głównie przez malowanie. Poza tym od dawna nie miała
tak dużo energii.
Wstawiła wodę z powrotem
do lodówki i poszła do łazienki. Nie żałowała, że jeszcze
przed przeprowadzką najęła ekipę do remontu tego właśnie
pomieszczenia. Pieniędzy jej nie brakowało, zrobiła dobry interes. Dom
kupiła za kwotę znacznie niższą od jego faktycznej wartości, a po
sprzedaniu mieszkania w Oslo został jej całkiem spory budżet.
Rozebrała się i obejrzała
swój brzuch pod różnymi kątami. Nigdy jeszcze nie był tak napięty
jak teraz; czuła każdy ruch dziecka. Line zaśmiała się i położyła
dłoń na niewielkim, twardym wybrzuszeniu, które pojawiło się nagle
na jej skórze. Czy to rączka dziecka? A może stópka?
Nie miała ochoty myśleć
o porodzie. Zostały jej jeszcze cztery tygodnie i szczerze mówiąc,
zaczynała się już bać. Czytała trochę na ten temat, ale nie była
pewna, czy to jej w czymkolwiek pomoże. Będę musiała po prostu
jakoś sobie poradzić, pomyślała, przenosząc wzrok na odbicie
swojej twarzy w lustrze. Miała dwie białe plamy na prawym policzku
i jedną na szyi. Starła je, zmyła też farbę z dłoni i weszła
pod prysznic.
Pół godziny później siedziała
w samochodzie, jadąc do centrum. Niełatwo jej było znaleźć ubrania,
które pasowałyby do wciąż powiększającego się brzucha. Zazwyczaj
wkładała po prostu spodnie od dresu albo tunikę, ale teraz miała
na sobie jasną, wygodną sukienkę z luźnym dołem, odciętą tuż
pod biustem.
Na drodze do centrum robiły się
korki, latem większość wąskich uliczek była zamykana i przerabiana
na deptaki. Zazwyczaj udawało jej się znaleźć miejsce postojowe
w jednym z mniej uczęszczanych bocznych zaułków, ale dziś musiała
zostawić auto na płatnym parkingu, wybudowanym na starym korcie
tenisowym.
Miała nadzieję na wolny
stolik przed "Świętym Spokojem" albo w innej kawiarni z letnim
ogródkiem. Ale najpierw chciała zajrzeć do sklepiku z wyposażeniem
wnętrz, usytuowanym na rogu ulic Skippergata i Verftsgata. Uwielbiała
atmosferę tego miejsca. Za każdym razem gdy tam zaglądała, do głowy
przychodziło jej mnóstwo nowych pomysłów na urządzenie domu. Oprócz
wyposażenia wnętrz sprzedawano tam także biżuterię i ubrania.
Na ulicach jak zawsze roiło
się od przechodniów. Line zatrzymała się przed jednym z kramów
i obejrzała ręcznie robione ozdoby, po czym ruszyła dalej, zanim
sprzedawca zdążył nawiązać z nią kontakt.
Weszła do sklepu i zdjęła
okulary przeciwsłoneczne. Tutaj również było sporo ludzi, ale
powietrze wydawało się chłodniejsze. Na każdej półce czekały na
nią ciekawe przedmioty: pachnące świece, lusterka, ramki na zdjęcia,
zegary, pudełeczka, dzbanuszki, obrazy, poduszki, koce, filiżanki,
półmiski, lampy, tablice, kołki, tabliczki, świeczniki, drewniane
skrzynki, doniczki, wiaderka i drobne meble.
Line była zmęczona modą
na nostalgię, zgodnie z którą wszystkie meble powinny sprawiać
wrażenie starych i zniszczonych. Szukała czegoś prostszego
i bardziej nowoczesnego, ale z drugiej strony chciała, by jej dom miał
charakter. Na ścianach planowała powiesić własnoręcznie zrobione
zdjęcia. Doskonale radziła sobie z aparatem i czuła się w takim
samym stopniu fotografem i dziennikarzem. Najbardziej cieszyła się na
przygotowanie w piwnicy pokoju do pracy. Chciała, by został urządzony
w nieco szorstkim i nonszalanckim stylu, z zardzewiałymi lampami,
starymi szafami kartotekowymi i artykułami z pierwszych stron, które
napisała w ciągu całej swojej kariery, wiszącymi w ramach na szarym
betonie ścian.
Przystanęła przed gustownym
zegarem z rzymskimi cyframi. Spojrzała na metkę z ceną, gdy nagle
poczuła, że ktoś na nią wpada.
- Przepraszam!
Kobieta w jej wieku, z dzieckiem
na rękach i okularami przeciwsłonecznymi nasuniętymi na włosy
położyła ostrożnie dłoń na jej brzuchu.
- Wszystko w porządku?
Line uśmiechnęła się
i skinęła głową. Znów wyciągnęła rękę po zegar, ale jej wzrok
powędrował z powrotem ku kobiecie z dzieckiem. W jej twarzy było
coś znajomego.
- Line? - zapytała
kobieta. - Line Wisting?
Line znów posłała jej uśmiech
i skinęła głową, po czym przekrzywiła ją i zmarszczyła brwi,
próbując sobie przypomnieć, skąd mogą się znać.
- To ja, Sofie - pomogła
jej młoda matka. - Chodziłyśmy razem do podstawówki. Nic dziwnego,
że mnie nie pamiętasz, ale ja o tobie czytałam w gazecie. To znaczy
czytałam to, co napisałaś.
Line natychmiast skojarzyła
imię i twarz.
- Sofie Mandt
- powiedziała. - Wyprowadziłaś się, jak byłyśmy chyba
w siódmej klasie.
- W piątej - poprawiła
ją kobieta. - Teraz nazywam się Lund. A to Maja - połaskotała
córeczkę pod brodą. Mała zagulgotała rozbawiona, prezentując urocze
dołeczki w policzkach.
- Wyszłaś za
mąż? - spytała Line, gładząc dziecko po włoskach.
- Nie, Lund to panieńskie
nazwisko mojej babci - wyjaśniła Sofie. - Jestem sama
z Mają.
Line miała ochotę powiedzieć,
że też jest sama, ale ugryzła się w język.
- Przyjechałaś tu na
urlop? - zapytała zamiast tego.
Sofie Lund potrząsnęła
głową.
- Właśnie przeprowadziłam
się z powrotem - wyjaśniła.
- Ja też! - wykrzyknęła
Line. - Mieszkałam pięć lat w Oslo i już wystarczy
- położyła dłoń na brzuchu. - Kupiłam dom
w Varden - ciągnęła. - Na tej samej ulicy, na której
dorastałam. Właśnie go remontuję.
Sofie wskazała na jej
brzuch.
- Kiedy rodzisz?
- Pod koniec sierpnia - Line
przeniosła wzrok na dziecko. - Ile miesięcy ma mała?
- W maju skończyła rok
- wyjaśniła Sofie, stawiając córeczkę na podłodze. Dziewczynka
wykonała kilka niepewnych kroków, po czym chwyciła się nogi matki
i mocno do niej przywarła.
- Gdzie
mieszkacie? - spytała Line.
- W centrum - odrzekła
Sofie, wskazując kierunek skinieniem głowy.
Line ukucnęła i zaczęła
mówić do Mai. Po przeprowadzce do Oslo straciła kontakt ze
starymi przyjaciółmi, zbliżyła się bardziej do kolegów
z pracy. Podejrzewała, że nawiązywanie nowych znajomości zajmie
jej sporo czasu, ale może wcale nie będzie tak trudno.
- Pójdziemy gdzieś na
kawę? - spytała, prostując plecy.
Sofie Lund nie odpowiedziała od
razu. Przyglądała się przez chwilę tabliczce z napisem głoszącym,
że życie jest jak jazda na rowerze. Żeby zachować równowagę,
trzeba pedałować do przodu.
- Chętnie - odrzekła
wreszcie, kładąc tabliczkę na półce.
Line posłała jej uśmiech
i sprawdziła przed wyjściem cenę zegara. Prawie tysiąc dwieście
koron. Jeśli nie sprzedadzą go do końca lata, pewnie będzie go mogła
kupić o połowę taniej.
Dwoje młodych ludzi wstało
właśnie od stolika przed "Świętym Spokojem", robiąc dla
nich miejsce. Siedzący przy sąsiednim stoliku mężczyzna w czapce
z daszkiem skinął głową i odsunął się odrobinę, by mogły
postawić obok siebie wózek z Mają.
Line weszła do kawiarni
i złożyła zamówienie. Suzanne stała za ladą, ale zamówienie
przyjęła jedna z jej młodych pracownic. Po chwili Line wróciła
do koleżanki, niosąc dwa kawałki ciasta i dwie wysokie szklanki
z caff? latte.
Gawędziły o błahych sprawach,
o pogodzie i upałach, tłumach ludzi, turystach, o koleżankach
i kolegach z klasy.
- Czemu
wróciłaś? - spytała Line.
Sofie na chwilę zamarła
ze szklanką w dłoni. Zdążyła już wypić połowę jej
zawartości.
- Odziedziczyłam dom
- odparła. - Po moim dziadku. Poza tym przeprowadzka była mi
bardzo na rękę. Widzisz, chciałam zacząć wszystko od nowa.
- Jak się nazywał twój
dziadek? - spytała Line. Zauważyła, że Sofie skrzywiła się na
to pytanie.
- Frank Mandt
- odrzekła. - Nie miałam z nim szczególnie dobrego
kontaktu. Zmarł tej zimy.
Line doskonale wiedziała,
kim był ten człowiek. Kojarzyli go wszyscy mieszkańcy Stavern.
- A ty? - spytała Sofie,
najwidoczniej chcąc skierować rozmowę na inne tory. - Dlaczego
tu wróciłaś?
- Bo zaszłam w ciążę
- odparła Line. - Moje życie w Oslo kręciło się wokół
pracy w "VG" i wokół kolegów, których tam miałam. Praca
była jedyną rzeczą, która mnie tam trzymała, poza tym chciałam,
żeby mała wychowywała się tutaj.
Sofie zerknęła na jej
brzuch.
- To dziewczynka?
Line skinęła głową
i pomyślała o maleńkim ciałku, które w niej rosło. Jeśli
prawdą było to, co wyczytała w poradnikach, jej córeczka mierzyła
już ponad 40 centymetrów i ważyła 2,5 kilo.
- Co z jej ojcem? - chciała
wiedzieć Sofie.
- To długa historia
- uśmiechnęła się Line. - Zniknął z mojego życia, jeszcze
zanim się dowiedziałam o ciąży.
- Może to i lepiej
- stwierdziła Sofie. - Mój facet został, ale zaczął sobie
znajdować inne kobiety, z którymi się zabawiał. Lepiej mi bez
niego.
- W moim przypadku było
trochę inaczej - Line posłała jej uśmiech. - Poznałam go
w związku z pracą. To policjant z Ameryki, badał tu przed świętami
pewną sprawę.
Sofie wybuchnęła śmiechem
i wycelowała palec w jej brzuch:
- A więc to skutek
jednorazowej przygody?
Line zawtórowała jej
i poczuła, jak wspaniale jest móc znów się pośmiać.
- To nie był tylko jeden raz
- zaprotestowała. - On tu spędził parę tygodni.
- I zdecydowałaś się
urodzić?
- Mam 29 lat - Line skinęła
głową. - Mała nie była niechciana.
- Masz z nim kontakt? Z tym
facetem z Ameryki? Wie o dziecku?
- Tak, piszemy do siebie na
czacie. Zaproponował nawet, że się tu przeniesie, by być bliżej
dziecka, ale to nie byłoby dobre rozwiązanie. Ma tam przecież pracę,
która jest dla niego bardzo ważna.
Dostrzegły
samochód, jadący powoli deptakiem. Spacerowicze niechętnie schodzili mu
z drogi. Line odstawiła dopitą do połowy kawę i patrzyła, jak auto
parkuje przy krawężniku po drugiej stronie ulicy. Kierowca wysiadł,
przystanął na chwilę i spojrzał w ich kierunku. Rozpoznała
swojego ojca.