Deszcz zalał przednią szybę,
gdy wyjeżdżała z garażu. Woda ściekała strumieniami, zamazując
świat po drugiej stronie okien.
Jechała autostradą. Przez pierwsze
kilometry myślała tylko o ojcu i o niepewności, która musiała
go dręczyć. Czuła się bezradna, jakby go zawiodła.
Zerknęła na leżącą na siedzeniu
obok kartkę z notatkami szefa działu informacyjnego i poczuła,
jak inne myśli powoli nabierają kształtu w jej głowie. Nie była
w stanie wstrzymać druku artykułu o ojcu, ale mogła sprawić, żeby
nie ukazał się na pierwszej stronie. Wszystko zależało od tego, co uda
jej się zrobić ze sprawą, którą właśnie miała się zająć.
Pierwsze godziny po odkryciu zabójstwa
były równie ważne dla dziennikarzy, jak dla policji. Przycisnęła
pedał gazu, wyciągnęła telefon komórkowy i wybrała numer fotografa,
który był już na miejscu. Nazywał się Erik Fjeld. Krótko
ostrzyżony, rudy facet przy kości, w okularach z grubymi
szkłami. Pracowała z nim przy kilku wcześniejszych sprawach.
- Co wiesz? - spytała,
przechodząc od razu do rzeczy.
- Odgrodzili duży obszar -
wyjaśnił. - Ale gdy tu przyjechałem, na miejscu nie było prawie
nikogo.
- Wiemy, kogo zamordowano?
- Nie i wygląda na to, że policja
też nie wie.
Line spojrzała na zegarek. Numer
zamykali kwadrans po pierwszej. Miała ponad trzy godziny. Zdarzało jej
się dostarczyć materiał na pierwszą stronę w krótszym czasie,
ale zależało to bardziej od samej sprawy niż od niej. Zabójstwa
coraz rzadziej trafiały na pierwsze strony papierowych wydań
pisma. Zainteresowanie działu znacznie słabło, gdy gazety w wersji
online opisywały sprawę w tym samym czasie, w którym numer dopiero
trafiał do drukarni. Zatem sprawa musiała być naprawdę wyjątkowa
i przedstawiona z takiej perspektywy, z której nikt inny dotąd jej
nie prezentował.
- Ale wiemy, że to mężczyzna? -
spytała, wpatrując się przez pracujące wycieraczki w mokrą od
deszczu jezdnię, która błyszczała w świetle reflektorów.
- Tak, podobno około
pięćdziesiątki.
Line skrzywiła się. Nie brzmiało
to zbyt zachęcająco. Młode kobiety dawały większe nagłówki. Po
prostu. A prawdopodobieństwo, że chodzi o jakąś znaną osobę,
również nie było duże. Z marszu potrafiła wymienić tylko dwie
znane osoby pochodzące z Fredrikstad: Roald Amundsen i reżyser
filmowy Harald Zwart. Amundsen nie żył od bez mała stu lat, a Zwarta
na pewno nie było teraz w Norwegii.
- Masz jakiś adres albo numer
rejestracyjny samochodu? - spytała. Takie informacje pomogłyby im
w ustaleniu tożsamości ofiary.
- Sorry. Tam,
gdzie leży, nie ma ani samochodów, ani domów.
- Jest już dużo prasy? - nie
przestawała pytać.
- Tylko lokalni z "Demokraten"
i "Fredrikstad Blad", i fotograf, który pracuje głównie dla
Scanpix.
- Jakie masz zdjęcia?
- Byłem tu dość wcześnie -
wyjaśnił Fjeld. - Dostałem się blisko i mam serię naprawdę
dobrych zdjęć. Zwłoki przykryte kocem. Obok nich stoi pies i wyciąga
szyję. Fantastyczne oświetlenie, blask niebieskich świateł. Taśmy
policyjne i mundury w tle.
- Pies?
- Tak, musiał być na spacerze
z psem, gdy został napadnięty.
Line czuła, jak ta wiadomość
podniosła ją na duchu. Miłośników psów było całkiem
sporo.
- Co to za pies?
- Taki długowłosy, trochę podobny
do tego owczarka staroangielskiego z dobranocki, Labbetussa. Pamiętasz
go? Tylko nie taki duży.
Line uśmiechnęła się. Pamiętała
Labbetussa.
- Zachowaj zdjęcia z psem do mojego
przyjazdu - powiedziała. - Ale podeślij im coś innego. Potrzebują
do netu czegoś więcej niż fotografie czytelników.
- Na pewno będą chcieli zdjęcia
psa - sprzeciwił się fotograf. - Są naprawdę dobre.
- Wstrzymaj się z nimi -
powtórzyła Line. Potrzebowała ich do swojego materiału. Jeśli
najlepsze zdjęcia trafią do sieci, wartość jej artykułu gwałtownie
spadnie.
Zakończyła rozmowę z Fjeldem
bez dalszych protestów z jego strony. Potem spojrzała w lusterko
wsteczne i zobaczyła swoje niebieskie oczy. Była bez makijażu
i nie doprowadziła włosów do porządku po wizycie w redakcyjnej
siłowni. Miała wrażenie, że w ciągu ostatniej godziny cały świat
stanął na głowie. Właściwie nie miała innych planów na wieczór
poza leżeniem na kanapie i oglądaniem dobrego filmu. Tymczasem
przekraczając nieznacznie dozwoloną prędkość, jechała trasą E6
w kierunku ?stfold.
Gdy minęła zjazd do Vinterbro,
zmieniła pas ruchu i podniosła kartkę z numerem do mężczyzny,
który zadzwonił z wiadomością. Powinna umówić się z nim na
wywiad, ale nie było już na to czasu. Musiała porozmawiać z nim
przez telefon.
Długo trwało, zanim
odebrał. Mężczyzna najwyraźniej nie otrząsnął się jeszcze
z szoku, bo głos mu drżał.
Line pochyliła się, położyła
kartkę na kierownicy i kierując przedramieniem, notowała słowa
klucze. Jego relacja nie zawierała żadnych nowych szczegółów,
niczego, o czym Line by nie wiedziała. Wracał do domu, gdy nagle
natknął się na zwłoki mężczyzny.
- Krew mu jeszcze leciała -
wyjaśnił. - Ale nie mogłem nic zrobić. Miał roztrzaskaną
twarz.
Zemdliło ją, ale to zdanie o krwi
nadawało się do zacytowania w artykule i mogło zbliżyć ją do
upragnionej pierwszej strony. Poza tym sposób, w jaki ofiara została
zamordowana, zawsze interesował czytelników.
- Został pobity na śmierć?
- Tak, tak.
- Wie pan, czym go pobito?
- Nie.
- Nic nie leżało na ziemi? Jakaś
broń obuchowa czy coś w tym stylu?
- Nie... Zauważyłbym, gdyby
obok leżał kij bejsbolowy. Ale to równie dobrze mógł być zwykły
kamień.
- Musiał pan nadejść tuż po tym,
jak dokonano zabójstwa - stwierdziła Line, nawiązując do świeżej
krwi. - Widział pan jakichś innych ludzi?
Zapadła cisza, jakby mężczyzna
się namyślał.
- Nie, byłem tylko ja -
odparł. - Ja i ten martwy mężczyzna. I jego pies.
Runda pytań dodatkowych nie przyniosła
nic nowego, więc Line zakończyła rozmowę. Zauważyła, że miotają
nią sprzeczne uczucia. Czekała na krwawe szczegóły wyjątkowego
bestialstwa w nadziei, że dzięki temu materiał o jej ojcu zejdzie
z pierwszej strony jutrzejszego wydania gazety. Chcąc zaspokoić własne
potrzeby, życzyła sobie w duchu, żeby komuś innemu zadano możliwie
najdotkliwsze cierpienia. Źle się czuła z tymi myślami.
Jadąca przed nią ciężarówka
wzbijała w powietrze krople wody z jezdni. Line wyminęła ją,
po czym wybrała numer do informacji.
Zwykle gdy jechała na miejsce
zdarzenia, ci, którzy zostawali w redakcji, pełnili funkcję grupy
wsparcia. Zespół, który informował ją na bieżąco o tym, co
pisały gazety internetowe. Z własnej inicjatywy sprawdzał informacje
i badał wszystko, co mogłoby jej się przydać. Tym razem nie miała
ochoty rozmawiać z nikim z redakcji.
Jakaś kobieta spytała zaspanym
głosem, w czym może jej pomóc. Line poprosiła o numer telefonu
stacji benzynowej w rejonie Starego Miasta we Fredrikstad. W tak małych
miastach plotki szybko się rozchodziły. Doświadczenie podpowiadało
jej, że otwarte wieczorem stacje benzynowe były miejscami, w których
chętnie o wszystkim rozmawiano.
Została przełączona do Statoil
?stsiden. Dziewczyna, która odebrała telefon, miała młody głos. Line
przedstawiła się i położyła przed sobą kartkę z kluczowymi
hasłami zanotowanymi podczas rozmowy z szefem.
- Pracuję w "VG" i jadę na
Heibergs gate, żeby napisać o zabójstwie, do którego tam doszło
- wyjaśniła, zerkając na kartkę, żeby się upewnić, że dobrze
zapamiętała nazwę ulicy. - Słyszała pani o tym?
Dziewczyna żuła gumę.
- Tak, dużo ludzi o tym wspominało
- odpowiedziała po chwili.
- Czy ktoś powiedział, o kogo
chodzi?
- Nie.
- Podobno był to mężczyzna,
który właśnie wyprowadzał psa.
- Wiele osób spaceruje tam ze
swoimi psami, wzdłuż fosy.
- Podobno to był długowłosy
pies - próbowała dalej Line. - Jak Labbetuss z dobranocki. Może
widziała go pani na stacji?
- Labbetuss?
Dziewczyna była najwyraźniej zbyt
młoda, by go kojarzyć, a Line nie miała czasu na wyjaśnienia.
- Zamordowany mężczyzna miał od
czterdziestu pięciu do pięćdziesięciu lat - powiedziała.
- Chyba go nie widziałam -
odparła dziewczyna po chwili wahania. - W każdym razie nie dzisiaj,
ale mogę trochę popytać.
- Świetnie. Mogłaby pani zanotować
mój numer i oddzwonić, jeśli się pani czegoś dowie? Płacimy za
przydatne wskazówki.
Honorarium za informacje było czymś,
o czym zwykle nie wspominała w takich rozmowach, ale właśnie
ten czynnik mógł mieć decydujące znaczenie dla potencjalnych
informatorów.
- Fajnie - odparła dziewczyna. -
To ten numer, który mam na wyświetlaczu?
Na wszelki wypadek Line podała swój
numer telefonu i ponowiła prośbę o kontakt.
- Swoją drogą to dziwne, że komuś
chciało się wychodzić na spacer w taką pogodę - skomentowała
dziewczyna. - Przez cały wieczór leje.
Line przyznała jej rację, ale nie
zastanawiała się nad tym dłużej.
Po chwili zadzwoniła do centrali
taksówkarskiej. Mężczyzna, który z nią rozmawiał, mówił uroczym
dialektem, lekko nosowym, rozwlekłym, pełnym grubych "l". Nie
potrafił jej pomóc, ale przekierował rozmowę do kolegi stojącego
na Torsnesveien, niedaleko miejsca zbrodni.
- Słyszał pan, o kogo może
chodzić? - spytała, gdy już się przedstawiła.
Kierowca był chętny do pomocy,
ale niestety nic nie wiedział.
- Wieczorami włóczy się tam
sporo cudzoziemców - wyjaśnił. - Latem jeden z naszych kierowców
został napadnięty na Gudeberg. Grożono mu nawet nożem.
- Zdaje się, że o tym czytałam
- odparła Line, chociaż właściwie nie pamiętała tej sprawy.
Taksówkarz obiecał, że popyta
wśród kolegów i znajomych, jeszcze zanim Line podała mu swój numer
i obiecała honorarium za informacje, które redakcja będzie mogła
wykorzystać.
Zegar na desce
rozdzielczej pokazywał dwudziestą drugą dziewiętnaście. Chwilowo
nie miała żadnego tropu, a do zamknięcia numeru zostały niecałe
trzy godziny.