Seria o Dorze Wilk (Tom 4). Wszystko zostaje w rodzinie - Aneta Jadowska


Reflow text when sidebars are open.
COPYRIGHT ? BY Aneta Jadowska COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2014
WYDANIE I
ISBN 978-83-7574-956-4
Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta
PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba
GRAFIKA NA OKŁADCE ? Pindyurin Vasily / shutterstock.com
REDAKCJA Dorota Pacyńska
KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Agnieszka Pawlikowska
SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI "Grafficon" Konrad Kućmiński
SPRZEDAŻ INTERNETOWA
ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl
WYDAWNICTWOFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl
Łopata opornie wchodziła w ziemię, co chwilę natrafiałam na kamienie, o które nieprzyjemnie zgrzytała stalowa krawędź. Całkiem spory stosik otoczaków piętrzył się z boku.
Absurdalność sytuacji docierała do mnie, podobnie jak zdumione i rozbawione spojrzenia chłopaków, ale nie mogłam przestać. Zostałam doprowadzona do ostateczności, a tą - w moim przypadku - zwykle jest głupota.
Czy jadąc do Trójprzymierza, spodziewałam się, że skończę ze szpadlem w ręce, produkując podejrzanie wiele dołów tuż za Trumną, oficjalną siedzibą wampirzego gniazda? Jakbym kopała groby. Cóż, właściwie...
Popołudnie powoli stawało się wczesnym zmierzchem, niebo zasnuwała łososiowa poświata zachodzącego słońca. Niedługo dowiem się, czy mój plan był genialny, czy też narobiłam sobie odcisków na dłoniach całkiem na próżno.
Łopata znów zaprotestowała. Wyciągnęłam z dołu ważący ze trzy kilogramy otoczak i odrzuciłam na bok.
- Świetnie, kochanie, te kamienie doskonale nadają się na skalniak - rzucił Miron z wyraźną kpiną w głosie.
Obaj z Joshuą odmówili pomocy, twierdząc, że skoro uważam rycie w ziemi za dobry pomysł - w przeciwieństwie do nich - to mogę poradzić sobie sama. Skrzywiłam się tylko i posłałam mu ostre spojrzenie.
Nadal nie mogłam uwierzyć, że Gajusz mógł zachować się tak... jak Gajusz. Do cholery, bywał już bubkiem w przeszłości, stawiał się, doprowadzał do konfrontacji, ale myślałam, że mamy to za sobą. Do cholery, miał u mnie dług, naprawdę spory... A ja nie zażyczyłam sobie gwiazdki z nieba, tylko szczerej odpowiedzi na kilka pytań! Ale to widać przerosło tutejszego Księcia Wampirów. Czemu Eleonora akurat teraz musiała wyjechać? Według Joachima jest w Paryżu, w swoim rodzinnym gnieździe. Wróci nieprędko, a nikt tak jak ona nie potrafi przywoływać Gajusza do porządku.
Syknęłam, trzonek był chropowaty i w miękką poduszeczkę kciuka wbiła się drzazga. Wyciągnęłam ją, nim weszła głębiej, i wróciłam do kopania. Byłam w połowie pracy: trzy doły gotowe, trzy przede mną.
Oczywiście Gajusz nie zrobił nic, co by mogło mnie obrazić i skłonić do oficjalnych kroków. Och nie, na to był zbyt sprytny. Ale jest ostatnio taki zajęty, przykro mu, ale nie może poświęcić czasu na nasze miłe pogawędki. Nie, nie sądzi, by na jego terenie działo się coś niepokojącego. Nie ma powodu, bym sobie zawracała śliczną główkę. Oczywiście mogę zostać w jego włościach, spotkać się z synami, ale powinnam pamiętać, że to jego terytorium i to on decyduje o wszystkim.
Złość buzowała mi w żyłach. Miał w dupie to, co się stało, miał w dupie wszystko. Patrzył na mnie jak na głupiutką panienkę i spanikowaną matkę w jednym... Jakbym zareagowała przesadnie na histerię pięcioletniego dziecka, bełkoczącego, że widziało potwory wychodzące spod łóżka.
Pryzma ziemi sięgała już do połowy uda, dół miał nie mniej niż osiemdziesiąt centymetrów głębokości, prawie tyle, ile trzeba. Kopałam dalej, zaciskając zęby.
Problem polegał na tym, że nie byłam głupią panienką, a mojego syna trudno nazwać niestabilnym emocjonalnie pięciolatkiem, skoro jest ponadczterystuletnim wampirem. Tacy rzadko ulegają emocjom, mało co wpędza ich w histerię. Ufałam Joachimowi. To, co go przeraziło, nie było wyimaginowanym potworem spod łóżka. Choć tych ostatnich też bym nie lekceważyła. Doświadczenie mówiło mi, że w powtarzanych uporczywie bajkach, legendach i mitach jest podejrzanie wiele prawdy, choć ludzie oczywiście o tym nie wiedzą lub nie chcą przyjąć tego do wiadomości. Ale ja - skoro nie jestem człowiekiem, a może nawet nigdy tak naprawdę nim nie byłam - nie zaprzeczałam temu, co istnieje. Teoretycznie ja też nie powinnam istnieć - wiedźma sprzecznych magicznych linii, nieco przeanielona i związana w triumwirat z diabłem i aniołem... Takie rzeczy się nie zdarzają, a jednak. Teoretycznie nie powinnam mieć wampirzego syna starszego ode mnie o cztery wieki, a jednak. Mam nawet dwóch. Nie stworzyłam ich, więc nie jestem, że tak powiem, biologiczną wampirzą matką, ale adoptowałam i są moimi synami. Na dobre i na złe. Zwykle raczej na dobre. Ale niepokój Joachima i jego bezradna frustracja wciąż gniotły mnie z tyłu czaszki. Strach, niepokój, jakie odczuwa - nawet nie o siebie czy Wawrzyńca, ale o Teresę, swoją narzeczoną - smakował cierpko na moim języku, mieszając się z żelazistym posmakiem krwi, którą wypił na kolację. Cóż, są rzeczy w bliskiej więzi emocjonalnej z wampirem, do których trzeba przywyknąć, a odkąd nawiązaliśmy kilka miesięcy temu komunikację telepatyczną, sprawy nieco się skomplikowały. Miało to swoje plusy - dzięki temu uratował mnie przed ugryzieniem przyjaciela, ale czasem, gdy był wzburzony, nie bardzo mógł kontrolować to, jak wiele emocji przesyła mi naszym łączem.
Gotowe, kolejny dół czas zacząć. Omijałam spojrzeniem wiernych widzów, którzy dowcipkowali z mojego zasapania i odcisków. Humorki im dopisywały, mnie jakoś nie. Martwiłam się. Gajusz odmówił mi informacji i zabronił działać. Byłam na jego terytorium, jeśli nie spełnię tej "uprzejmej prośby", wypowiem nasz mały pakt o nieagresji. I nie byłoby problemu, wróciłabym do Thornu i zapomniała o Gajuszu, ograniczając się do użerania z Romanem, lokalnym Księciem Wampirów, ale... Ale wtedy musiałabym zabrać ze sobą moje dwa wampiry. A ich partnerzy życiowi byli z gniazda Gajusza. Rozbijanie związku, który trwa niemal dwieście lat, to naprawdę sukinsyństwo... a tyle Joachim i Teresa są razem. Wawrzyniec i Miłosz znacznie krócej, ale przecież to nie oznacza, że przyjęliby lekko moje polecenie: "Kochani, pomachajcie Gajuszowi, zamieszkacie z mamusią". Zresztą gdzie? W szafie? Nie miałam w mieszkaniu miejsca odpowiedniego dla dwóch wampirów...
Poprawiłam chwyt na łopacie, żałując, że nie zabrałam rękawiczek. Wnętrze dłoni stwardniało już, a na opuszkach i w zgięciach palców pojawiły się małe pęcherze. Zwłaszcza na lewym kciuku, tuż przy obsydianowej obrączce.
Łososiowa poświata na niebie przeszła w pomarańcz, gdy zabrałam się za ostatni dół.
Problemem był nie tylko brak lokalu, po prostu wiedziałam, że z Romanem łatwiej bym się dogadała niż z Gajuszem. Roman był praktyczny. Gajusz był dumny i utknął w średniowieczu - kobiety nie budziły jego zaufania. Nie poza sypialnią i kuchnią. Jego szowinizm bił po oczach mimo patynki manier i szarmanckich banialuk. Tylko czy z powodu braku rozsądku Gajusza i jego niedzisiejszego oglądu ról społecznych muszą ginąć wampiry? Sześć wampirów to spore straty w niespełna sześć tygodni. Gniazdo w Trójprzymierzu nie było wielkie. Ilu tutejszych zginie, nim zaczną umierać ci, których lubię? Na myśl, że Joachimowi mogłaby się stać krzywda, zadrżałam. Więź między matką a synem w wampirzych realiach oznacza, że mam silny przymus ochrony mojego potomstwa. Nieważne, że mam trzydzieści lat na karku, a on czterysta. Myśl, że miałby zginąć, mroziła mi krew w żyłach. Nie zapominajmy o Wawrzyńcu, pomyślałam ze wstydem. Jakoś nie mogłam przestać faworyzować Joachima. Może dlatego, że więź między nami wydaje się mocniejsza, jakby trwała nieskończenie dłużej...
Doły były gotowe. Wbiłam łopatę w ziemię i odwróciłam się do chłopaków.
- Pomożecie z ładunkiem czy będziecie patrzeć, jak łamię kręgosłup pod tym ciężarem?
- No nie wiem - powiedział Miron z przesadnym namysłem - nie będzie to podpadało pod współudział?
Warknęłam zirytowana.
- Gdybym wiedziała, że z was takie strachliwe dzieci, poprosiłabym Olafa o pomoc. Silny, pomocny, ufający w moje słowa, oto mężczyzna, jakiego mi trzeba - marudziłam, zsuwając pakunek z przyczepy. Był najmniejszy, więc była szansa, że poradzę sobie z nim sama. Ważył sporo, stęknęłam i opuściłam go na ziemię. Jutowa płachta i sznur ułatwiały trochę chwytanie. Pomagając sobie stopą, przepchnęłam "prezent" w kierunku pierwszego dołu. Balansowałam ciężarem, opuszczając go powoli. Szarpnęłam za sznur, by materiał opadł na dno, i zaczęłam zasypywać dziurę. Szło sporo szybciej niż z kopaniem, może dlatego, że niemal połowa dołu była teraz zapełniona.
- Zaraz się ściemni i przyjdzie Gajusz, chciałabym mieć już za sobą ten moment z poceniem się i stękaniem, to nie pasuje do mojego planu - rzuciłam chłopakom.
Joshua nie wytrzymał i wstał, by mi pomóc. Miron jęknął i podążył za nim.
- Jesteś miękki, aniele, psujesz całą zabawę.
- To nie ty musiałbyś leczyć jej naderwane ścięgna, Miron, więc nie krytykuj. Na trzy - powiedział Joshua, przymierzając się do największego pakunku. Chwycili go we dwóch i podnieśli z przyczepy. Asekurowałam ich, gdy wepchnęli tobół do dołu. Rozwiązałam sznurek, uśmiechając się.
Plan może był niestandardowy, ale niósł w sobie jasne przesłanie. Oby Gajusz był dość bystry i załapał. Joachim wiedział, że ma wyprowadzić wszystkich na zaplecze Trumny, gdy tylko się ściemni. Czułam, że powoli się wybudza, jego świadomość szukała mnie, wiedząc, że jestem blisko. Uspokoiłam go szybko i zapowiedziałam, że potrzebuję jeszcze góra pół godziny, skoro mam już pomocników.
Usypywałam otoczaki na świeżo skopanej ziemi w kręgi otaczające nasz prezent dla Gajusza. Może nawet zbyt wymowny prezent, ale skoro uparty jak osioł wampir nie chciał ze mną rozmawiać... Zapewnię mu świetne widoki. Na długo to zapamięta, zachichotałam.
- Co się tu, u diabła, dzieje? - Ostry ton Gajusza dobiegł mnie, gdy kończyłam układanie ostatniego, szóstego kręgu.
- Och, Gajusz, świetnie, że wpadłeś - posłałam mu przesadnie szczery uśmiech - mam dla ciebie prezencik, jak widzisz...
- Co ty wyrabiasz na moim terytorium?
Sięgnęłam po kurtkę, którą rzuciłam na trawnik, kiedy zaczynałam kopać, i założyłam ją na grzbiet. Pozwoliłam, by Gajusz przez chwilę w milczeniu przyglądał się mojemu dziełu, zanim wyjaśniłam.
- Od początku czułam, że muszę coś dla ciebie zrobić, wiesz, strata sześciorga dzieci to prawdziwa tragedia... Mogę sobie tylko wyobrazić, przez co przechodzisz. - Teatralnie przyłożyłam dłonie do piersi. - I ta świadomość, że z wampira właściwie tak niewiele zostaje po śmierci... Nawet nie sposób się z nim pożegnać, wyprawić pogrzebu, zapłakać nad ciałem, które rozwiewa się prochem na wietrze... Właśnie dlatego pomyślałam, że potrzebujesz czegoś, co ci o nich przypomni. Skoro odrzucasz moją pomoc, to albo sam panujesz nad sytuacją, albo całkiem straciłeś nad nią kontrolę, ale nie chcesz tego przyznać. Więc by ta szóstka nie odeszła w zapomnienie, oto mój prezent dla ciebie. - Wskazałam wsadzone właśnie brzozy, nie sadzonki, a całkiem dorodne drzewka, które kupiłam w szkółce zaprzyjaźnionego zielarza z Sopotu. - Na początku myślałam o symbolicznych grobach, ale to takie smutne... Miałbyś z okien swojej sypialni widok na cmentarz, a to jednak w złym stylu, prawda? Więc zamiast tego masz brzozy! Jeśli ta szóstka zamyka sprawę, masz oto zagajnik... Jeśli przez twoje milczenie będą ginąć kolejni, twoje gniazdo będzie w końcu świecić pustkami, ale pomyśl, jaki będziesz miał obłędnie piękny las za domem! - zakończyłam z przesadnym entuzjazmem i uśmiechałam się szeroko.
Jego mina na długo zostanie w mojej pamięci. Gdy szczęka opada w oszołomieniu, nic nie bawi tak, jak para ostrych kłów, wystających spod górnej wargi. Gapowata mina nie przystoi wampirom, wyglądają strasznie głupio z rozdziawionymi ustami. Kręcił głową, jakby w duchu powtarzał sobie, że to się nie dzieje. Nie wsadziłam właśnie sześciu drzew na jego podwórku. Nie mogłabym.
Otrzepałam ubrudzone ziemią dłonie.
- Czy ktoś chciałby zmówić modlitwę? Albo może urządzimy wieczorek wspomnień o zmarłych? Każdy z was musiał to głęboko przeżyć, wasze życie trwa tak długo, że śmierć zawsze jest szokiem - kontynuowałam tonem terapeuty, zwracając się do przyglądających się nam z boku wampirom. Chyba spodziewali się, że za chwilę Gajusz rzuci się na mnie, i nie rozumieli, jak mogę zachować spokój. - Ale nie jesteście z tym sami, panie i panowie, jako mistrzyni zaprzyjaźniona z waszym mistrzem, czuję się zobowiązana, by wam pomóc.
Gajusz nie wytrzymał. Wrzasnął w niebo, chwytając się za skronie.
- Nie potrzebują żadnej terapii! To wampiry, do cholery! - wrzasnął na mnie. - Dlaczego nie możesz po prostu pilnować swojego nosa i nie dasz mi spokoju?
- Kuszące, ale nie, Gajuszu - uśmiechnęłam się słodko - moim obowiązkiem jest pilnować, by nasza społeczność miała się świetnie. Po to powstała rada międzygatunkowa, prawda? Po to, na waszą zresztą prośbę, zostałam pośrednikiem, skoro jako jedyna mam więzi z każdym z gatunków. Dzielę moją lojalność między magicznych, wilki i wampiry. I nie podoba mi się, że z jakiegoś powodu giną te ostatnie. Nie po to ratowałam was przed wojną, szaloną Badb i stukniętym Lokim, byście teraz umierali mi pod nosem.
Dyskretnie przypomniałam mu swoje zasługi dla jego gniazda. Cholera, czemu nie może być jak Olaf? "Dora, honorowa Alfo, twoje życzenie jest dla mnie prawem. Co tylko chcesz, Cahan Rhiamon, potrzebujesz broni, lewych dokumentów, samochodu, miejsca do życia dla szczeniaka, z którym nie masz co zrobić?" Zadzwoń do swojego zaprzyjaźnionego Alfy. Wszystko załatwi bez zbędnych pytań i jeszcze zasugeruje, że pomaganie ci jest nie tylko jego obowiązkiem, ale i przyjemnością.
Ucz się, Gajuszu, jak okazywać wdzięczność!
Nie wyglądał teraz na szczególnie wdzięcznego. Może fantazjował o tym, jak miło byłoby mnie jednak wyssać, ale to nie wchodziło w grę. Pomijając fakt, że nie dałabym się wyssać bez walki, a tę raczej na pewno bym wygrała, samo podniesienie na mnie kła wpędziłoby go w polityczny koszmar. Miałam za wielu przyjaciół, za wiele więzi, by uszło mu to na sucho. I choć nie był tak praktyczny jak Roman, nieśpieszno mu było do kłopotów.
- Wejdźmy do środka - powiedział przez zaciśnięte zęby. - Porozmawiamy.
- Jesteś pewien? Z rozpędu mogłaby ci urządzić skalniaczek, kamienie już są. - Miron uniósł brew w ironicznym uśmieszku.
Bydlę, moje było na wierzchu, wygrałam zakład, ale musiał mi jeszcze podokuczać. Zignorowałam go, wiedząc, jak tego nie lubi.
- Wspaniale. - Wyszczerzyłam się i wytarłam dłonie o nogawki czarnych dżinsów. - Na dniach dostaniesz rachunek za drzewa, Gajuszu, wystawiony przez firmę Jawora, bądź uprzejmy zapłacić.
Sześć dorodnych brzóz to niemały wydatek, trochę za duży na moją kieszeń, ale nie na kieszeń Księcia Wampirów. Warknął, ale nie zaprotestował. W końcu drzewa rosną na jego działce, prawda?