Axela Ehnboma obudził zsuwający się z dachu śnieg. Odgłosu roztopionej mazi zjeżdżającej ze stromej powierzchni nie dało się pomylić z niczym innym. Brzmiał jak rozpaczliwe westchnienie i potrafił postawić na równe nogi nawet najspokojniejszego człowieka. Działo się tak za sprawą dachówek. Axel zamierzał któregoś dnia poprawić poszycie, ale nie śpieszyło mu się z tym. Miał o wiele poważniejsze problemy niż dach źle znoszący obciążenie ze śniegu. Niewiele o nich mówił, lecz to nie zmniejszało ich rozmiarów.
Sprawczość, myślał. Muszę okazać sprawczość i siłę do działania.
I tak też zrobił.
Zamrugał kilka razy, próbując odzyskać ostrość widzenia i trzeźwość umysłu.
Aż dziw, że udało mu się zasnąć.
To pewnie przez szok, stwierdził w myślach. Oszołomienie z powodu tego, co uczynił.
Była pierwsza w nocy i w domu panowała gęsta cisza. Podobnie jak w całym Hovenäset.
Axel nigdy nie sądził, że może być aż tak cicho.
Oby tylko nie poniósł porażki. W przeciwnym razie nie będzie mógł dalej żyć. Nie zrobiłby czegoś takiego drugi raz.
Usiadł na łóżku. Kiedy to jego ruchy stały się tak cholernie powolne? Nie świętował ani swoich osiemdziesiątych, ani osiemdziesiątych piątych urodzin. Bo niby z czego miał się cieszyć? Że odchodzi rok za rokiem, a on nie ma czym zapełnić upływającego czasu?
Nie, dziękuję.
Axel nie lubił być w centrum uwagi, to zajęcie dla innych.
Akurat tej nocy łamało go w kościach bardziej niż zwykle. Czuł sztywność w plecach i palenie w karku, tak dojmujące, jakby ktoś podpalił mu tył głowy.
Przesunął dłonią po bolącym miejscu.
Za trzy tygodnie skończy osiemdziesiąt sześć lat.
Tym razem również nie zamierzał świętować.
Śnieg zsunął się już z dachu i zapadła cisza, lecz Axela ogarnęło nagle nieprzyjemne uczucie, że zrobiło się ciemniej niż zwykle. Nigdy nie opuszczał rolety na noc, sypiał czujnie, jak stróżujący pies. Tak zawsze mówiła o nim Denise.
- Powinnam się cieszyć, że w ogóle się kładziesz - powtarzała. - Zawsze tak się boisz, że coś cię ominie.
Ona rozumowała inaczej. Uważała, że na wszystko ma czas, ale to ona zmarła pierwsza. I to o wiele wcześniej, niż którekolwiek z nich mogłoby przypuszczać.
- Niech to jasny szlag - zaklął Axel tamtego okropnego dnia, kiedy usłyszeli, że Denise zachorowała na stwardnienie zanikowe boczne, najgorszą ze wszystkich chorób.
Miała dopiero pięćdziesiąt pięć lat. Axel skończył siedemdziesiątkę. Rok później już jej nie było.
Jak przeżyć utratę miłości swojego życia?
Nie rozumiał tego wtedy i nie pojął aż do tego dnia.
Małżeństwo z Denise od początku było projektem wysokiego ryzyka. Axel przypłacił je utratą relacji ze swoimi rodzicami i rodzeństwem.
- Jak mogłem być tak głupi, że cię zachęcałem, kiedy zacząłeś mówić o przeprowadzce do Chicago? - grzmiał ojciec, kiedy usłyszał o ich związku. - Powinienem był się domyślić, że przerobisz coś wartościowego na najohydniejszą możliwą rzecz.
- Kocham ją - odpowiedział mu wtedy Axel.
I sam się zdziwił, jak spokojnie zabrzmiał jego głos.
- Jest taka młoda... - dorzuciła matka. - Czy na pewno wie, co chce zrobić ze swoim życiem?
- Nie jest już dzieckiem - stwierdził Axel. - I owszem. Wie, czego chce. Tak jak ja.
- Jeśli ożenisz się z kimś takim, nie pokazuj się więcej w domu - skwitował ojciec.
"Z kimś takim".
Z kobietą o ciemnej skórze.
- Ożenię się, z kim mi się podoba - oznajmił rodzicom i opuścił rodzinny dom.
Jak się miało okazać, na dobre.
Po jakimś czasie doszedł do wniosku, że był naiwny.
Nawet nie przyszło mu do głowy, jak to się skończy. Że tylu ludzi będzie mu robiło uwagi na temat jego wyboru towarzyszki życia.
Zresztą żadne z nich o tym nie pomyślało. Choć Denise, mimo że sporo młodsza od Axela, zdążyła się już do pewnych rzeczy przyzwyczaić. Jako czarnoskóra, przez całe dzieciństwo zbierała doświadczenia, jakich Axel nie potrafił sobie nawet wyobrazić.
On widział w niej zachwycająco piękną dziewczynę o umyśle ostrym jak brzytwa. Na sam jej widok uginały się pod nim kolana. Rozmawiali ze sobą godzinami. Czy mógł pragnąć więcej?
Zakaszlał sucho, potem wstał i powoli podszedł do okna. Że też wspomnienia potrafią zadawać taki ból po tylu latach.
Kolana trzeszczały przy każdym kroku. Uważał jednak, że powinien się cieszyć, iż jego ciało brzmiało jak orkiestra. W przeciwnym razie cisza w domu byłaby jeszcze bardziej przytłaczająca.
W żadnym z pobliskich zabudowań nie paliło się światło. Powoli, acz konsekwentnie, otaczające go budynki przeobrażały się w domy zamieszkałe jedynie latem. W najbliższej okolicy na stałe zostali już tylko on i Mary Thynell z domu po drugiej stronie ulicy.
Axel nie miał nic przeciwko ciszy, jaka zapanowała nad jego skrawkiem Hovenäset po tej przemianie. Wręcz przeciwnie. Nie przepadał za ludźmi, bo byli ciekawscy. Choć zdarzały się, rzecz jasna, wyjątki. Należał do nich ten nowy, August Strindberg, nazywany sztokholmczykiem. Pilnował swojego nosa i nie interesował się tym, co robią inni.
Denise by go polubiła. Axel myślał o tym już wiele razy.
Tylko to imię i nazwisko.
August Strindberg.
Co też strzeliło do głowy rodzicom tego człowieka?
Wpatrując się w cienie za oknem, Axel pochylił się nad parapetem. W ostatnich tygodniach udało mu się załatwić mnóstwo spraw. Zrobił porządki, na jakie nie mógł się zdobyć przez całe lata.
I wtedy na horyzoncie pojawił się ten Strindberg.
Otworzył sklep ze starociami i mógł być zainteresowany tym lub owym przedmiotem czy sprzętem, którego Axel nie chciał zatrzymać, lecz nie zamierzał też wywozić na wysypisko.
Wzruszył ramionami. One też go bolały. Nanosił się ciężkich gratów i zaszkodził swoim stawom. W ostatnim czasie czuł, jak z wolna ogarnia go zmęczenie i pogarsza się jego zdolność koncentracji. Im więcej sortował i pakował, tym więcej rzeczy odkładał na bok. Kartonowe pudła były lżejsze, niż oczekiwał. Za to było ich tyle, że nie sposób zliczyć. Większość z nich Axel zaniósł do piwnicy. Miały tam stać aż do jego śmierci.
Wobec dwóch miał jednak całkiem inne plany.
Jedno przeznaczył dla Strindberga, a drugie miało zniknąć. August zaproponował, że wpadnie po rzeczy przeznaczone do antykwariatu, lecz Axelowi ten pomysł nie przypadł do gustu. Co, jeśli sztokholmczyk zacznie wypytywać o te wielkie porządki? Nawet tak dyskretny człowiek jak on mógłby zainteresować się taką zmianą. Axel sam zaniósł mu ten karton, ale oczywiście nie zastał go w domu. Uznał, że zawożenie rzeczy aż do Kungshamn byłoby przesadą, więc ostatecznie zostawił pudło w kaplicy w Hovenäset i dał Augustowi znać, żeby je stamtąd odebrał.
Teraz musiał jeszcze zająć się drugim kartonem. Po dłuższym zastanowieniu wpadł wreszcie na pomysł, który z upływem czasu coraz bardziej mu się podobał. Naprawdę nie sądził, że kiedykolwiek w życiu będzie musiał zacierać jakieś ślady.
Powodem nagłego zamiłowania do czystości i porządku były bowiem stare tajemnice i poczucie winy. I choć przeczytał w swoim długim życiu wiele książek i sporo obszernych listów, nie znajdował słów mogących opisać to, przez co obecnie przechodził.
Przełknął ślinę.
Hovenäset było prawdziwą idyllą, lecz od czasu do czasu ten sielankowy obraz mąciło jakieś mało przyjemne zdarzenie. Właśnie nadciągało kolejne, choć na razie wiedział o nim tylko on.
Czekał i czekał. Kulminacja powinna nastąpić lada chwila. Axel zadbał o to, żeby nikt nie ucierpiał, ale bardzo pragnął, żeby było już po wszystkim.
Czuł suchość w ustach i sztywność w całym ciele, lecz jego wzrok pozostawał bystry.
Oddychał ciężko. Czekał na moment, w którym dopadną go jego własne tajemnice. Udało mu się przynajmniej załatwić to tak, żeby jak najmniej szamba gotowego do eksplozji obryzgało dobre imię Denise. W zaistniałych okolicznościach było to niewielkie, ale istotne pocieszenie.
Axel miał właśnie opuścić swoje stanowisko przy oknie, kiedy dostrzegł przemykającą w cieniu czarną postać. Zmarszczył czoło i przybliżył nos do szyby. Jakby dzięki temu mógł lepiej widzieć.
Postać szła powoli w stronę jego domu.
Powłóczyła nogami i była drobna. I z pewnością niska.
Nie chcesz, żeby ktoś cię zobaczył, pomyślał Axel. A ja tu stoję i cię widzę.
Podłoga w sypialni zaskrzypiała pod jego stopami. Zastygł w bezruchu i czekał. Wiedział, że musi się mieć na baczności.
Postać na ulicy też przystanęła. Axel wytężył zmysły jeszcze bardziej. Od zawsze uwielbiał widok z obu sypialni w tym domu. Z jednego okna można było patrzeć na dachy sąsiednich zabudowań, rząd domków rybackich, a nieco dalej na morze. To, od którego właśnie się cofnął, wychodziło na ulicę.
Nie był w stanie dostrzec, kim jest ciemna postać na chodniku.
Mógł to być ktoś o złych zamiarach, lecz równie dobrze amator nocnych przechadzek. Choć w to drugie Axel zbytnio nie wierzył. Widywał co prawda w swojej okolicy wielu spacerowiczów i biegaczy, jednak niezwykle rzadko nocą, a poza tym osoba, którą miał przed oczami, zachowywała się zupełnie inaczej niż oni.
Po chwili zniknęła w głębszym cieniu. I już się nie pojawiła.
Dziwne.
Nagle do uszu Axela doleciał jakiś dźwięk.
Ktoś był w ogrodzie.
Wtem rozległo się skrzypnięcie, przez które skoczył mu puls. Drzwi wejściowe. Ktoś je otworzył i zaraz zamknął.
Zapomniałem zamknąć je na klucz? - pomyślał Axel.
Zdarzało mu się to, choć rzadko. Dawno minęły czasy, kiedy on i Denise, nieniepokojeni ponurymi myślami, zostawiali je otwarte na noc.
Jeśli nie przekręcił klucza, wiatr mógł otworzyć drzwi i poruszać nimi to w jedną, to w drugą stronę.
Tyle że było całkiem bezwietrznie.
Axel sięgnął po telefon. Wyświetlacz nie chciał ożyć, komórka się rozładowała.
Niech to diabli, zaklął w duchu.
Te nowoczesne telefony... Nie pojmował, w czym miałyby być lepsze od starych. Działały tylko na baterie i trzeba je było co chwila ładować. Rzucił aparat na łóżko. Jak dobrze, że wciąż miał telefon stacjonarny. Większość ludzi dawno z niego zrezygnowała i zdecydowała się zaufać tym przenośnym, ale nie Axel. Każdy zdrowo myślący człowiek powinien wiedzieć, że nie robi się takich rzeczy.
Wsunął stopy w kapcie. Aparat stał w gabinecie, kilka metrów dalej.
Przechodząc z pokoju do pokoju, usłyszał kolejny podejrzany dźwięk i znów pożałował, że nie naładował komórki. Podłoga na parterze zaskrzypiała, jakby ktoś po niej szedł.
Axel nie był w domu sam.
Kurwa mać.
Mimo to nadal miał przewagę. Intruz nie wiedział, że obudził gospodarza.
Powinien zdążyć wejść do gabinetu i wezwać pomoc. Jednak nie dało się tego zrobić bezszelestnie. Nie miał na to szans. A kiedy już wejdzie do pokoju, nie będzie mógł się w nim zamknąć.
Kroki intruza się zbliżały. Ktokolwiek włamał się do jego domu, przemierzał hol na parterze.
Zaraz po tym wszedł na schody.
To pomogło Axelowi podjąć decyzję.
Nie myślał już o tym, co robi, pozwolił instynktowi przejąć inicjatywę. Pośpieszył do gabinetu. Szybko, jak najszybciej.
W połowie drogi się zatrzymał.
W domu na nowo zapanowała cisza. Kroki na schodach ucichły, ale nie wyglądało też na to, by zdemaskowany intruz rzucił się do ucieczki.
Axel stał jak skamieniały.
Czyżby był już tak stary, że miał majaki?
Zaczęło się, pomyślał. To początek końca. Popadłem w paranoję. Jakież to żałosne i smutne.
W końcu ruszył z miejsca. Podszedł do schodów i spojrzał w dół.