Seria Napoleońska. 1812. Wielki Odwrót - Paul Britten Austin

Kup ebooka

62.00 zł
51.33 zł (51,63 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nie mam wła­ści­wie nic do do­da­nia do przed­mów ja­kie na­pi­sa­łem do dwóch pierw­szych to­mów tego dzie­ła: 1812. Marsz na Mo­skwę 1812. Na­po­le­on w Mo­skwie, poza tym, że ni­niej­szy wo­lu­men za­my­ka dra­mat, ja­kim była ka­ta­stro­fa w Ro­sji, dra­mat - ja­kie­go do­świad­czy­li sami na­jeźdź­cy - opo­wie­dzia­ny ich wła­sny­mi sło­wa­mi. Uwa­gi do­ty­czą­ce mo­jej tech­ni­ki tłu­ma­cze­nia oraz in­nych me­tod ja­kie sto­so­wa­łem, przed­sta­wia­jąc mój "słow­ny film", cier­pli­wy czy­tel­nik może zna­leźć w tam­tych przed­mo­wach.

Cała ta hi­sto­ria była już oczy­wi­ście opo­wia­da­na nie­zli­czo­ną ilość razy. Po­mi­ja­jąc nie­śmier­tel­ne dzie­ło sier­żan­ta Bo­ur­go­gne'a, po wszyst­kich wspo­mnie­niach i pa­mięt­ni­kach wi­dać jed­nak, że - praw­do­po­dob­nie z po­wo­du sa­mej ska­li wy­da­rzeń, któ­ra znu­ży­ła au­to­rów bądź ich wy­daw­ców - są one, ze zro­zu­mia­łych wzglę­dów, w więk­szym lub mniej­szym stop­niu stresz­cze­nia­mi. Jak czy­tel­nik zo­ba­czy, ist­nie­je wie­le re­la­cji na­ocz­nych świad­ków wy­da­rzeń. W rze­czy sa­mej ma­te­riał z któ­re­go czer­pa­łem cy­to­wa­ne tek­sty obej­mu­je świa­dec­twa oko­ło 160 uczest­ni­ków tej woj­ny i oka­zał się nie­mal­że zbyt wiel­ki, a trze­ba pa­mię­tać, że im mniej­sza licz­ba oca­la­łych, tym bar­dziej szcze­gó­ło­we sta­ją się ich opi­sy. Pierw­szym i je­dy­nym ce­lem mo­je­go pro­jek­tu było od­two­rze­nie - w mak­sy­mal­nym zbli­że­niu - frag­men­tu cza­sów mi­nio­nych. Jest to - oczy­wi­ście - ilu­zją. Naj­bar­dziej obiek­tyw­ny i szcze­gó­ło­wy opis i tak skła­da się je­dy­nie na mi­lio­no­wą część rze­czy­wi­sto­ści. Set­ki, może ty­sią­ce in­nych uczest­ni­ków tych wy­da­rzeń pi­sa­ło za­pew­ne dzien­ni­ki, któ­re ra­zem z ich au­to­ra­mi za­gi­nę­ły w śnie­gach. Mój umysł wzdra­ga się na myśl o za­da­niu, ja­kie by mnie cze­ka­ło, gdy­by oca­la­ły. To, co mnie fa­scy­no­wa­ło, to szcze­gó­ły za­cho­wa­nych ma­te­ria­łów. Je­śli są one cza­sa­mi zbyt dra­stycz­ne dla de­li­kat­ne­go czy­tel­ni­ka, to mogę je­dy­nie za­su­ge­ro­wać, aby je po­mi­nął. Nie moż­na już jed­nak po­mi­jać wy­pły­wa­ją­cych z nich wnio­sków, gdyż by­ło­by to in­te­lek­tu­al­nie nie­uczci­we. Bel­lum dul­ce in­e­xper­tis, po­wia­da Erazm z Rot­ter­da­mu - "Woj­na miła jest dla tych, któ­rzy jej nie do­świad­czy­li!".

Mimo tej cią­gle na­ra­sta­ją­cej masy na­ocz­nych re­la­cji (z in­nych nie ko­rzy­sta­łem, ale nowe wspo­mnie­nia cią­gle wy­pły­wa­ją na świa­tło dzien­ne), pró­bo­wa­łem, żeby ca­łość kom­po­no­wa­ła się sama w coś w ro­dza­ju - mam na­dzie­ję - ogrom­nej sym­fo­nii. Jej pierw­sze wspa­nia­łe tak­ty roz­brzmie­wa­ją dźwię­ka­mi trą­bek i bęb­nów Gwar­dii Ce­sar­skiej, przy któ­rych prze­kra­czał ona Nie­men owej nocy świę­to­jań­skiej 1812 roku, zaś ostat­nie - to tony roz­pa­czy i prze­ra­że­nia - ni­czym "za­mar­z­nię­te" dźwię­ki wio­lon­cze­li - gło­sy nie­licz­nych oca­lo­nych z epo­pei.

Na ko­niec po­zwa­lam so­bie na kil­ka­na­ście zdań w to­nie bar­dzo oso­bi­stym. Ukoń­cze­nie ca­łe­go dzie­ła za­ję­ło mi pra­wie 25 lat. Je­śli wy­trwa­łem do tego mo­men­tu - za­ry­zy­ku­ję na­wet stwier­dze­nie: je­śli star­czy­ło mi sił - to nie z po­wo­du ja­kiejś na­ra­sta­ją­cej fa­scy­na­cji hi­sto­rią woj­sko­wo­ści jako taką czy na­wet ob­se­sji na tym punk­cie, ale ze wzglę­du na tak licz­ne oka­zje do wej­rze­nia w ude­rza­ją­ce za­ka­mar­ki na­tu­ry ludz­kiej. Pod ko­niec - cza­sa­mi - cała hi­sto­ria owe­go roku 1812 wy­da­wa­ła mi się tra­gicz­nym pa­ra­dyg­ma­tem ludz­kiej eg­zy­sten­cji. Po­cząt­ko­wy wy­nio­sły, by nie rzec aro­ganc­ki, opty­mizm - chy­bio­ne kal­ku­la­cje - ich prze­ra­ża­ją­ce re­zul­ta­ty - nagi ego­izm prze­trwa­nia - upór jed­nych, a tchó­rzo­stwo i pod­da­nie się lo­so­wi in­nych - bo­ha­ter­stwo i praw­dzi­wa wiel­kość nie­licz­nych - przy­ja­cie­le po­rzu­ca­ni na po­bo­czach dróg... Homo ho­mi­ni lu­pus - lam­part nie zmie­nia swo­je­go DNA, co na­sze "nie­wy­ba­czal­ne stu­le­cie" aż nad­to ja­sno wy­ka­za­ło. Ża­den fi­lo­zof o naj­bar­dziej pe­sy­mi­stycz­nym na­sta­wie­niu nie po­trze­bo­wał­by lep­szych przy­kła­dów tego, co Dr John­son na­zwał "próż­no­ścią ludz­kich pra­gnień", a co zo­sta­ło tu­taj wy­ka­za­ne nie­omal geo­me­trycz­nie w es­te­ty­ce - po­wie­dział­bym - swo­jej wła­snej hi­sto­rycz­nej lo­gi­ki. Nie mu­sia­łem ni­cze­go upięk­szać.

Wy­ra­zy wdzięcz­no­ści kie­ru­ję do mo­je­go wy­daw­cy, Lio­ne­la Le­ven­tha­la, za jego od­da­nie pro­jek­to­wi, któ­ry w koń­cu roz­rósł się do nie­mal tylu słów, ilu żoł­nie­rzy było w Wiel­kiej Ar­mii. To w jego biu­rze, bar­dzo już daw­no temu, pro­jekt ten się na­ro­dził. Lio­nel oka­zał mu - i mnie - wiel­ką cier­pli­wość, kosz­tu­ją­cą go nie­mal po­ło­wę jego ka­rie­ry za­wo­do­wej. Obaj z ko­lei je­ste­śmy wdzięcz­ni trzem eks­per­tom, któ­rzy kry­tycz­nie spoj­rze­li na tekst ksią­żek. Są to: Phi­lip J. Hay­thorn­th­wa­ite, Dig­by Smith i John R. El­ting - wszy­scy bę­dą­cy wy­bit­ny­mi

Przed­mo­wa au­to­ra­mi dzieł na te­mat hi­sto­rii epo­ki na­po­le­oń­skiej. Ich by­stre oczy i do­głęb­na wie­dza po­zwo­li­ły na wy­eli­mi­no­wa­nie wie­lu więk­szych i mniej­szych błę­dów. Po­wi­nie­nem po­dzię­ko­wać tak­że w spo­sób szcze­gól­ny pro­fe­so­ro­wi Al­gir­da­so­wi Ja­kub­cio­ni­so­wi z Uni­wer­sy­te­tu Wi­leń­skie­go za jego po­moc w za­kre­sie do­bo­ru ilu­stra­cji i za ich do­star­cze­nie. Za po­moc w tym sa­mym za­kre­sie dzię­ku­ję też - ko­lej­ny już raz - Pe­te­ro­wi Har­ring­to­no­wi z Brown Uni­ver­si­ty w Pro­vi­den­ce, Rho­de Is­land, USA.

Paul Brit­ten Au­stin

Daw­lish, S. De­von, 1996

Pier­re Au­vray, ka­pi­tan, 23. Pułk Dra­go­nów

Lo­uis­Be­gos, ka­pi­tan, star­szy ad­iu­tant w 2. Szwaj­car­skim Puł­ku Pie­cho­ty Lek­kiej

Vin­cent Ber­trand, sier­żant ka­ra­bi­nie­rów w 7. Puł­ku Pie­cho­ty Lek­kiej, dy­wi­zja Gérar­da, I Kor­pus

Ho­no­ré Beu­lay, pod­po­rucz­nik, 36. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Par­ton­ne­aux, IX Kor­pus

Hu­bert Biot, ka­pi­tan, ad­iu­tant ge­ne­ra­ła Pa­jo­la

Gu­il­lau­me Bon­net, ka­pi­tan w 18. Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej, III Kor­pus

Jean-Fra­nço­is Bo­ulart, ma­jor ar­ty­le­rii Gwar­dii

A.-J.-B.-F. Bo­ur­go­gne, sier­żant Puł­ku Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów Mło­dej (Śred­niej) Gwar­dii

Paul de Bo­ur­go­ing, po­rucz­nik w 5. Puł­ku Ty­ra­lie­rów, tłu­macz ge­ne­ra­ła De­la­bor­de'a, Mło­da Gwar­dia

Hen­ryk Brandt, ka­pi­tan w 2. Puł­ku Le­gii Nad­wi­ślań­skiej

Jean-Marc Bus­sy, wol­ty­żer, 3. Pułk Szwaj­car­ski, II Kor­pus

Jean Ca­los­so, star­szy sier­żant puł­ku, 24. Pułk Sza­se­rów, bry­ga­da Ca­ste­xa, II Kor­pus V.E.B. Ca­stel­la­ne, ka­pi­tan, ofi­cer do zle­ceń w CKG

Ar­mand de Cau­la­in­co­urt, ge­ne­rał, Wiel­ki Ko­niu­szy, od­po­wie­dzial­ny za cały trans­port Ce­sar­skiej Kwa­te­ry Głów­nej i służ­bę ku­rier­ską

De­zy­de­ry Chła­pow­ski, puł­kow­nik 1. Pol­skie­go Puł­ku Szwo­le­że­rów Gwar­dii, Bry­ga­da Lan­sje­rów Gwar­dii Col­ber­ta

Jean-Ni­cho­las Cu­rély, star­szy sier­żant puł­ku, 20. Pułk Sza­se­rów, bry­ga­da Cor­bi­ne­au, II Kor­pus

De­dem van der Gel­der, ge­ne­rał bry­ga­dy, były dy­plo­ma­ta, przy­dzie­lo­ny do CKG

Fra­nço­is Du­mon­ce­au, ka­pi­tan do­wo­dzą­cy kom­pa­nią 2. Puł­ku Lan­sje­rów Gwar­dii ("Czer­wo­ni Lan­sje­rzy") w Bry­ga­dzie Lan­sje­rów Gwar­dii col­ber­ta

Vic­tor Du­puy, puł­kow­nik w 7. Puł­ku Hu­za­rów, dy­wi­zja Bruy­?re'a, 1. Kor­pus Ka­wa­le­rii

B.T. Du­ver­ger, ka­pi­tan płat­nik w I Kor­pu­sie Da­vo­uta

Hen­ri-Pier­re Everts, ma­jor, 33. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Du­fo­ura, I Kor­pus

G. de Fa­ber du Faur, ma­jor do­wo­dzą­cy ar­ty­le­rią re­zer­wo­wą III Kor­pu­su Neya

Ba­ron A.-J.-F. Fain, dru­gi se­kre­tarz Na­po­le­ona

Ray­mond Fau­re, chi­rurg, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii Gro­uchy'ego (je­niec)

Fe­zen­sac, diuk, puł­kow­nik, 4. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Ra­zo­uta, III Kor­pus

Char­les Fra­nço­is, "dro­ma­der z Egip­tu", ka­pi­tan do­wo­dzą­cy kom­pa­nią gre­na­dier­ską 30. Puł­ku Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Mo­ran­da, I Kor­pus

Lo­uise Fu­sil, ak­tor­ka po­dró­żu­ją­ca z CKG

Ga­spard Gou­r­gaud, ba­ron, puł­kow­nik, pierw­szy of­fi­cier d'or­don­nan­ce, CKG

Lu­bin Grio­is, puł­kow­nik ar­ty­le­rii kon­nej, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii

J.L. Henc­kens, pod­ofi­cer, p.o. star­sze­go ad­iu­tan­ta w 6. puł­ku Sza­se­rów, dy­wi­zja Cha­ste­la, 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii

Dirk van Ho­gen­dorp, ba­ron, ge­ne­rał, ad­iu­tant Na­po­le­ona, gu­ber­na­tor wo­je­wódz­twa wi­leń­skie­go

Po­rphy­re Ja­cqu­emot, po­rucz­nik, 5. kom­pa­nia 5. Puł­ku Ar­ty­le­rii, w wil­nie

Hen­ri de Jo­mi­ni, ba­ron, ge­ne­rał, teo­re­tyk woj­sko­wo­ści, gu­ber­na­tor mia­sta Smo­leń­ska, a tak­że mia­sta Wil­na

von Kalc­kreuth, po­rucz­nik, 2. Pułk Hu­za­rów Pru­skich, bry­ga­da Nie­wiew­skie­go &&&

Bel­lot de Ker­gor­re, ofi­cer ad­mi­ni­stra­cyj­ny od­po­wie­dzial­ny za wóz Skar­bu, ma­sze­ru­ją­cy z CKG

Ka­pi­tan Eu­g?ne La­bau­me, ze szta­bu IV Kor­pu­su księ­cia Eu­ge­niu­sza, au­tor pierw­szej opu­bli­ko­wa­nej re­la­cji z tej kam­pa­nii (1814)

D.-J. Lar­rey, ba­ron, Na­czel­ny Chi­rurg, CKG

Ce­sa­re de Lau­gier, star­szy ad­iu­tant Gu­ar­dia d'Ono­re Kró­le­stwa Włoch, IV Kor­pus

Tho­mas Le­gler, po­rucz­nik, 1. Pułk Szwaj­car­ski, dy­wi­zja Mer­le'go, II Kor­pus

L.-F. Le­jeu­ne, ba­ron, ge­ne­rał, do cza­su bi­twy pod Bo­ro­di­no je­den z ad­iu­tan­tów Ber­thie­ra, póź­niej szef szta­bu przy Da­vo­ucie

C. F. M. Le Roy, pod­puł­kow­nik, 85. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Des­sa­ixa, I Kor­pus

M.-H. de Li­gni­?res, hra­bia, ka­pi­tan w 1. Puł­ku Sza­se­rów Pie­szych Gwar­dii

G. L. de Lo­ren­cez, ge­ne­rał, szef szta­bu przy mar­szał­ku Oudi­no­cie, II Kor­pus

J.-E.-J.-A. Mac­do­nald, mar­sza­łek, diuk Ta­ren­tu, do­wód­ca X Kor­pu­su

A.-A.-A. de­Ma­il­ly-Ne­sle, hra­bia, pod­po­rucz­nik w 2. Puł­ku Ka­ra­bi­nie­rów, ja­dą­cy z CKG

Mar­cel­li­ne Mar­bot, puł­kow­nik 23. Puł­ku Sza­se­rów, bry­ga­da Ca­ste­xa, II Kor­pus

Al­brecht von Mu­raldt, po­rucz­nik, 4. Pułk Szwo­le­że­rów Ba­war­skich, bry­ga­da lek­kiej ka­wa­le­rii Or­na­na przy­dzie­lo­na do IV Kor­pu­su

Amédée de Pa­sto­ret, mar­kiz, ko­mi­sarz woj­sko­wy (ofi­cer za­opa­trze­nia) w Wi­teb­sku

Pier­re Pel­le­port, wi­ceh­ra­bia, puł­kow­nik, 18. Pułk Pie­cho­ty Li­nio­wej, dy­wi­zja Ra­zo­uta, III Kor­pus

Fra­nço­is Pils, "gre­na­dier", ar­ty­sta, or­dy­nans mar­szał­ka Oudi­no­ta, II Kor­pus

A.-A. Pion des Lo­ches, ma­jor w ar­ty­le­rii pie­szej Gwar­dii

Pla­nat de la Faye, po­rucz­nik, se­kre­tarz ge­ne­ra­ła La­ri­bo­isi­?re'a, sztab ar­ty­le­rii

F.-R. Po­uget, ba­ron, ge­ne­rał, gu­ber­na­tor Wi­teb­ska

D.-G.-F. Du­fo­ur de Pradt, bi­skup, am­ba­sa­dor w War­sza­wie Jean Rapp, ge­ne­rał, ad­iu­tant Na­po­le­ona

Roch-Go­dart, ba­ron, ge­ne­rał, gu­ber­na­tor mia­sta Wil­na

L.-V.-L. Ro­che­cho­uart, emi­grant, hra­bia, słu­żą­cy pod ge­ne­ra­łem Lan­ge­ro­nem w ar­mii Czi­cza­go­wa

Franz Ro­eder, ka­pi­tan, He­ska Gwar­dia Pie­sza

Fra­nço­is Ro­gu­et, ba­ron, ge­ne­rał, do­wód­ca 2. Dy­wi­zji Gwar­dii He­in­rich von Roos, chi­rurg w 3. Puł­ku Sza­se­rów Wir­tem­ber­skich Abra­ham Ros­se­let, ka­pi­tan, 3. Pułk Szwaj­car­ski, dy­wi­zja Mer­le'a, II Kor­pus

M.-J.-T. Ro­set­ti, puł­kow­nik, ad­iu­tant Mu­ra­ta N. T. Sau­va­ge, po­rucz­nik w ta­bo­rach, VIII Kor­pus

Phi­lip­pe de Ségur, hra­bia, ge­ne­rał, za­stęp­ca pre­fek­ta pa­ła­cu, od­po­wie­dzial­ny za muły CKG

T.-J.-J. Séru­zier, ba­ron, puł­kow­nik ar­ty­le­rii kon­nej, 2. Kor­pus Ka­wa­le­rii

Ro­man Soł­tyk, hra­bia, ka­pi­tan, przy­dzie­lo­ny do Wy­dzia­łu To­po­gra­ficz­ne­go CKG

Karl von Suc­kow, ka­pi­tan, ka­wa­le­ria Wir­tem­ber­ska, III Kor­pus Mau­ri­ce Ta­scher, po­rucz­nik sza­se­rów

F.-A. Te­ste, ba­ron, ge­ne­rał, gu­ber­na­tor Wiaź­my

Au­gu­ste Thi­rion, star­szy sier­żant puł­ku w 2. Puł­ku Ki­ra­sje­rów, dy­wi­zja Sa­int-Ger­ma­ina, 1. Kor­pus Ka­wa­le­rii

L.-J. Vion­net, ma­jor, Pułk Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów, Mło­da (Śred­nia) Gwar­dia

H. A. Vos­sler, po­rucz­nik, Pułk Hu­za­rów Księ­cia Lu­dwi­ka Pru­skie­go

Ja­kob Wal­ter, sze­re­go­wiec w Puł­ku Pie­cho­ty Wir­tem­ber­skiej

R. War­chot, &&& ka­pi­tan, 8. Pułk Pol­skich Lan­sje­rów

C.-A.-W. We­del, hra­bia, ge­ne­rał, VI Kor­pus

Sir Ro­bert Wil­son, ge­ne­rał, bry­tyj­ski ofi­cer łącz­ni­ko­wy w kwa­te­rze głów­nej Ku­tu­zo­wa

J.-H. Za­łu­ski, ka­pi­tan w 1. Puł­ku Szwo­le­że­rów Gwar­dii (pol­skim)

Po szcze­gó­ły bi­blio­gra­ficz­ne tych i in­nych źró­deł od­sy­łam czy­tel­ni­ka do ob­szer­nych bi­blio­gra­fii w 1812 - Marsz na Mo­skwę1812 - Na­po­le­on w Mo­skwie. Do­dat­ko­we źró­dła są po­da­ne w Przy­pi­sach.

Pierw­sze wy­mie­nie­nie na­ocz­ne­go świad­ka, któ­re­go re­la­cja skła­da się na ni­niej­szy "film do­ku­men­tal­ny" o od­wro­cie Na­po­le­ona z Ro­sji, jest za­zna­czo­ne przez wy­róż­nie­nie jego na­zwi­ska kur­sy­wą.

W dniu prze­si­le­nia let­nie­go 1812 roku Na­po­le­on prze­kro­czył Nie­men z dzie­wię­cio­ma kor­pu­sa­mi ar­mii - jed­ną trze­cią mi­lio­na żoł­nie­rzy - co sta­no­wi­ło naj­więk­szą i naj­po­tęż­niej­szą - nie wspo­mi­na­jąc już, że tak­że naj­bar­dziej mię­dzy­na­ro­do­wą ar­mię w hi­sto­rii Eu­ro­py. Ro­sja­nie - aby utrzy­mać po­łą­cze­nie po­mię­dzy swo­imi dwie­ma ar­mia­mi - wy­co­fy­wa­li się po­śpiesz­nie do wnę­trza kra­ju, od­ma­wia­jąc sto­cze­nia wal­nej bi­twy, ja­kiej szu­kał Na­po­le­on. Za­trzy­ma­li się i zde­cy­do­wa­li wal­czyć do­pie­ro 14 sierp­nia pod Smo­leń­skiem, któ­ry po­szedł z dy­mem. Było to pyr­ru­so­we zwy­cię­stwo Fran­cu­zów. Ich głów­na, "mo­skiew­ska" ar­mia stra­ci­ła po dro­dze tylu lu­dzi i koni, że to, co po­win­no stać się de­cy­du­ją­cą bi­twą (Bo­ro­di­no, 7 wrze­śnia), nie przy­nio­sło roz­strzy­gnię­cia. Mo­skwa, ewa­ku­owa­na przez Ku­tu­zo­wa i za­ję­ta przez Fran­cu­zów (14 wrze­śnia), zo­sta­ła pod­pa­lo­na przez gu­ber­na­to­ra Ro­stop­czy­na.

Przez pięć peł­nych złu­dzeń ty­go­dni Na­po­le­on cze­kał na Krem­lu, ma­jąc na­dzie­ję, że car za­wrze po­kój, pod­czas gdy jego awan­gar­da w obo­zie pod Win­ko­wem do­słow­nie gło­do­wa­ła. 18 paź­dzier­ni­ka Ro­sja­nie ją za­ata­ko­wa­li i je­dy­nie na­tych­mia­sto­wa ak­cja Mu­ra­ta oca­li­ła ją przed uni­ce­stwie­niem. Na­stęp­ne­go dnia Na­po­le­on wy­ma­sze­ro­wał z mia­sta na po­łu­dnie - w kie­run­ku Ka­łu­gi i nie­znisz­czo­nych te­re­nów Ukra­iny - z oko­ło 110 000 żoł­nie­rzy i ogrom­ny­mi ta­bo­ra­mi za­ła­do­wa­ny­mi po brze­gi łu­pa­mi z Mo­skwy. 24 paź­dzier­ni­ka 22 000 Wło­chów, Fran­cu­zów i Chor­wa­tów z IV Kor­pu­su księ­cia Eu­ge­niu­sza ("Ar­mia Włoch") na­tknę­ło się i po­ko­na­ło 70 000 Ro­sjan pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem. Raz jesz­cze Ku­tu­zow cof­nął się, zaś na­stęp­ne­go dnia, w po­ran­nej mgle, Na­po­le­on o włos unik­nął wzię­cia do nie­wo­li przez Ko­za­ków. Zde­cy­do­waw­szy nie­chęt­nie, że Wiel­ka Ar­mia "dość już uczy­ni­ła dla chwa­ły", Ce­sarz na­ka­zał od­wrót zde­wa­sto­wa­nym trak­tem przez Mo­żajsk i Wiaź­mę na Smo­leńsk, gdzie miał na­dzie­ję udać się na leża zi­mo­we przed roz­po­czę­ciem dru­giej kam­pa­nii wio­sną 1813 roku. "Przed pół­no­cą obie ar­mie od­wró­ci­ły się ple­ca­mi do sie­bie i po­ma­sze­ro­wa­ły w prze­ciw­nych kie­run­kach".

1"SŁOWO NIEZNANE W ARMII FRANCUSKIEJ"

"Na­gle wszy­scy wy­glą­da­li na obo­jęt­nych" - "od­wrót ran­ne­go lwa" - Ko­za­cy - łupy z Mo­skwy - za­war­tość pew­ne­go wozu - los ran­nych i jeń­ców - Ma­ily-Ne­sle cią­gle śpie­wa - kor­pus Neya w Bo­row­sku - Du­mon­ce­au po­świę­ca swój wó­zek - ko­gut tra­fia do garn­ka Le Roy'a - pro­test Da­vo­uta - Na­po­le­on wi­dzia­ny ocza­mi De­de­ma - na­ra­sta­ją­ce bra­ki żyw­no­ści - ce­sar­ski wy­buch - los ran­nych z Mo­żaj­ska

Po dru­giej nocy spę­dzo­nej w chat­ce tka­cza Na­po­le­on po­now­nie wy­jeż­dża w kie­run­ku Ma­ło­ja­ro­sław­ca. Spo­glą­da na jego dy­mią­ce ru­iny, a po­przez mgłę i dymy - na po­ło­żo­ną za mia­stem rów­ni­nę. Czy Ku­tu­zow na­praw­dę się wy­co­fał? Ra­por­ty są po­twier­dzo­ne. I to wła­śnie, jak za­uwa­ża dru­gi se­kre­tarz Ce­sa­rza, A.-J.-F. Fain, usu­wa jego ostat­nie obiek­cje wo­bec od­wro­tu głów­nym trak­tem - przez Mo­żajsk i Smo­leńsk. Cof­nię­cie się Ku­tu­zo­wa daje przy­najm­niej ar­mii szan­sę ode­rwa­nia się od nie­przy­ja­cie­la. Tak więc, o dzie­wią­tej rano 26 paź­dzier­ni­ka, "przy ogni­sku roz­pa­lo­nym obok dro­gi, [Ce­sarz] wy­da­je roz­kaz wszyst­kim, któ­rzy po­zo­sta­li w Go­rod­ni, aby wy­co­fy­wać się na Bo­rowsk", od­da­lo­ny o ja­kieś dwa­na­ście mil do tyłu, a o je­de­na­stej przed po­łu­dniem sam od­wra­ca się ple­ca­mi do nie­przy­ja­cie­la, któ­ry tak dłu­go i sku­tecz­nie mu się wy­my­kał.

Jak do­tąd tyl­ko je­den je­dy­ny raz zmu­szo­ny był do od­wro­tu. Jest to więc ope­ra­cja, w któ­rej nie ma, lub ma bar­dzo nie­wie­le do­świad­cze­nia. Wszy­scy in­stynk­tow­nie ro­zu­mie­ją co to zna­czy i głę­bo­ko ich to przy­gnę­bia. Czyż Ce­sarz nie przy­się­gał, że nig­dy nie bę­dzie się wy­co­fy­wał dro­gą, któ­rą przy­był - przez "pu­sty­nię, jaką sami stwo­rzy­li­śmy"?

Sa­mo­zwań­czy ma­larz ba­ta­li­stycz­ny Al­brecht Adam, któ­ry miał już tej kam­pa­nii po dziur­ki w no­sie i ru­szył do domu, wie też do­brze, że po­mię­dzy Mo­skwą a Smo­leń­skiem

"wszyst­ko jest zde­wa­sto­wa­ne na prze­strze­ni po­nad trzy­stu mil. Wio­ski le­ża­ły w ru­inie. Mia­sta były wy­gło­dzo­ny­mi szpi­ta­la­mi. Tych kil­ka sto­dół czy chat, ja­kie nadal sta­ły, były wy­peł­nio­ne tru­pa­mi lu­dzi i zwie­rząt do­mo­wych, cza­sem na wpół zgni­ły­mi. Wy­star­czy­ło iść za tru­pim smro­dem, aby być pew­nym, że jest się na wła­ści­wej tra­sie".

Tych kil­ku lu­dzi, na ja­kich były cu­kier­nik i jego to­wa­rzy­sze po­dró­ży na­tknę­li się po dro­dze, "ma­ru­de­rów cią­gną­cych za ar­mią i po­zba­wio­nych ja­kie­go­kol­wiek po­ży­wie­nia, z naj­więk­szym tru­dem błą­ka­ło się tu i tam" po kra­ju "prze­peł­nio­nym Ko­za­ka­mi i chłop­stwem". Kil­ka razy "tyl­ko cu­dem ja­kimś uda­ło się im oca­leć".1

Mo­ra­le jest kiep­skie. Wszy­scy wie­dzą o tym, jak Ce­sarz "sie­dział przez całą go­dzi­nę" w owej chat­ce w Go­rod­ni, "roz­wa­ża­jąc swo­ją dra­ma­tycz­ną de­cy­zję" i jak wczo­raj­sze­go ran­ka wpa­ko­wał się w ćmę Ko­za­ków,2 przez co o mało nie do­stał się do nie­wo­li. A choć CKG1 sta­ra­ła się jak mo­gła, aby wy­ci­szyć ów szo­ku­ją­cy epi­zod, to "do na­stęp­ne­go wie­czo­ra wie­dzia­ła już o nim cała ar­mia i cała aż trzę­sła się ze zgro­zy na samo jego wspo­mnie­nie". A tak­że na po­gło­ski, ja­ko­by naj­wyż­sze­go het­ma­na Ko­za­ków, Pła­to­wa,

"po tym jak jego syn zgi­nął w po­tycz­ce po­mię­dzy Ko­za­ka­mi a pol­ski­mi uła­na­mi pod Wie­rie­ją, ogar­nę­ła tak gwał­tow­na nie­na­wiść do Fran­cu­zów, że roz­ka­zał, aby przy­pro­wa­dzać do nie­go każ­de­go ni­skie­go i tę­gie­go Fran­cu­za, aby mógł mu się do­kład­nie przyj­rzeć. Obie­cał po­noć na­wet, że odda rękę wła­snej cór­ki każ­de­mu - choć­by i pro­ste­mu Ko­za­ko­wi - kto przy­pro­wa­dzi mu Na­po­le­ona - ży­we­go lub mar­twe­go".

Ho­len­der­ski eks­dy­plo­ma­ta i ge­ne­rał bry­ga­dy, De­dem van der Gel­der, któ­ry ścią­gnął na sie­bie nie­chęć Ber­thie­ra za spo­sób, w jaki wsta­wiał się za cu­dzo­ziem­ca­mi i na­wet usły­szał na Krem­lu, że "je­śli nie je­steś pan za­do­wo­lo­ny - mo­żesz wra­cać do domu", uwa­ża, iż plot­ka ta z pew­no­ścią "za­nie­po­ko­iła Na­po­le­ona". Nic jed­nak nie wspo­mi­na, jak się o tym do­wie­dział. Wszyst­kie wy­da­rze­nia wska­zu­ją na to, iż sło­wo "od­wrót", o któ­rym ten zja­dli­wy kry­tyk woj­sko­wo­ści usły­szał w lip­cu w Wi­teb­sku, że "nie ist­nie­je w ar­mii fran­cu­skiej", sta­je się po­nu­rą rze­czy­wi­sto­ścią.

Za­le­d­wie jed­nost­ki wy­ko­na­ły w tył zwrot i po­ma­sze­ro­wa­ły, jed­na za dru­gą, trak­tem na Bo­rowsk, a już ma­jo­ro­wi A. A. Pio­no­wi des Lo­che­so­wi wy­da­je się, że "wszyst­kich ogar­nę­ło ja­kieś otę­pie­nie". Ów nowo awan­so­wa­ny ma­jor jest tak­że chro­nicz­nym dy­sy­den­tem i po­wszech­nie zna­nym wszyst­ko­wie­dzą­cym. Ta­kie "otę­pie­nie" - we­dług nie­go - wy­da­je się już te­raz "za­mie­niać nasz od­wrót w po­grom". Bę­dąc od­po­wie­dzial­nym za 1. kom­pa­nię 2. Puł­ku Ar­ty­le­rii Pie­szej Mło­dej Gwar­dii oraz za część ta­bo­rów, jest on zszo­ko­wa­ny, gdy szef szta­bu ar­ty­le­rii Gwar­dii, ge­ne­rał Lal­le­mand, pod­jeż­dża do nie­go kon­no i roz­ka­zu­je mu, aby

"we­dług wła­sne­go uzna­nia - po­nie­waż po­tra­ci­łem ko­nie - po­rzu­cił wozy amu­ni­cyj­ne, nisz­cząc wie­zio­ną na nich amu­ni­cję.

Na próż­no przed­kła­da­łem mu, że za­trzy­my­wa­nie dział bez od­po­wied­nie­go za­opa­trze­nia jest cał­kiem bez­u­ży­tecz­ne. 'Ce­sarz', po­wie­dział ge­ne­rał wład­czo, 'nie chce, aby po­zo­sta­wić choć­by jed­no dzia­ło!'. Cóż za mą­drość! Czyż­by ten czło­wiek my­ślał, że tyl­ko dzia­ła wpa­da­ją­ce w ręce nie­przy­ja­cie­la będą świad­ka­mi jego od­wro­tu? Ale jego roz­ka­zy zo­sta­ły wy­ko­na­ne".3

Spra­wy sto­ją więc tak, że żoł­nie­rze już te­raz "po­rzu­ca­ją wozy amu­ni­cyj­ne, i to bez żad­nych for­mal­nych in­struk­cji. Każ­dy z nas po­stę­po­wał we­dług wła­sne­go wi­dzi­mi­się". Pio­no­wi des Lo­che­so­wi nie przy­cho­dzi na myśl, że prze­cież Na­po­le­on bę­dzie mógł uzu­peł­nić amu­ni­cję w Smo­leń­sku, gdzie znaj­du­ją się ogrom­ne ma­ga­zy­ny wszel­kie­go za­opa­trze­nia, pod­czas gdy dzia­ła to już cał­kiem inna spra­wa. Roz­kaz Lal­le­man­da bę­dzie chy­ba ostat­nim, jaki ma­jor otrzy­ma w Ro­sji.

Na­tu­ral­nie, nie wszy­scy pod­upa­da­ją na du­chu. Puł­kow­nik Lu­bin Grio­is prze­peł­nio­ny jest po­dzi­wem dla "rzad­kiej od­wa­gi i przy­tom­no­ści umy­słu" swo­je­go do­wód­cy kor­pu­su, ge­ne­ra­ła Gro­uchy'ego, któ­re­go 3. Kor­pus Ka­wa­le­rii osła­nia tyl­ną straż ar­mii utwo­rzo­ną przez I Kor­pus Da­vo­uta. Ar­ty­le­ria kon­na Grio­is mia­ła jako ostat­nia prze­kro­czyć most nad prze­ło­mem Łuży:

"Obec­ny wszę­dzie, w spo­koj­nym, nie­mal po­god­nym, na­stro­ju, [Gro­uchy] wle­wał tyle pew­no­ści sie­bie, tyle uf­no­ści w te kon­ne od­dzia­ły, ja­kie jesz­cze mu po­zo­sta­wa­ły, że nie­przy­ja­ciel, mimo wciąż po­na­wia­nych wy­sił­ków, nie po­tra­fił mu prze­szko­dzić, ani na­wet znie­chę­cić. Był to za­iste od­wrót ran­ne­go lwa".

A prze­cież le­d­wo co do­szedł do sie­bie po ra­nie, jaką otrzy­mał pod Bo­ro­di­no, a po jego ka­wa­le­rii tak­że "zo­sta­ło sta­now­czo zbyt mało" po ca­ło­mie­sięcz­nym gło­do­wa­niu w obo­zie pod Win­ko­wem.4 Jest wspa­nia­ły, sło­necz­ny dzień. Kon­ni ar­ty­le­rzy­ści Grio­is sta­cza­ją nie­ustan­ne po­tycz­ki z cią­gle ro­sną­cą licz­bą Ko­za­ków:

"Nad­cią­ga­li i krę­ci­li się wo­kół nas, cza­sa­mi za­le­d­wie na od­le­głość strza­łu z pi­sto­le­tu. Gdy tyl­ko ata­ki ich sta­wa­ły się na­zbyt oży­wio­ne, za­trzy­my­wa­li­śmy się, aby od­pę­dzić ich pa­ro­ma sal­wa­mi lub szar­żą kil­ku plu­to­nów. Ozna­cza­ło to jed­nak spo­wol­nie­nie na­sze­go mar­szu i czy­nie­nie Ko­za­kom zbyt wiel­kich ho­no­rów. Ogra­ni­czy­li­śmy się więc do zmu­sza­nia ich do oka­za­nia nam sza­cun­ku, po­sy­ła­jąc im kil­ka kar­ta­czy lub strza­łów ka­ra­bi­no­wych i kon­ty­nu­ując marsz".

Ła­twi do roz­po­zna­nia na­wet z da­le­ka - "przez nie­po­rzą­dek pa­nu­ją­cy w ich ku­pach, nie­wy­raź­ną bar­wę stro­jów jeźdź­ców i mie­sza­ni­nę uży­wa­nych przez nich ko­ni­ków", Ko­za­cy tak­że jed­nak dys­po­nu­ją ar­ty­le­rią.

"Wień­czy­li oni nie­mal każ­de wzgó­rze w oko­li­cy, po­ja­wia­li się na wszyst­kich dro­gach, na­cie­ra­li w każ­dym kie­run­ku. Wy­pa­try­wa­li­śmy więc ich ze wszyst­kich stron. Na­sze dzia­ła od­po­wia­da­ły ich ar­ma­tom. A we wszyst­kich moż­li­wych miej­scach do­cho­dzi­ło do ma­łej wo­jen­ki po­mię­dzy nimi, a na­szą lek­ką ka­wa­le­rią".

Owi "bar­ba­rzyń­cy", o któ­rych na­sze od­dzia­ły zwy­kły ma­wiać "hu­ra­sje­rzy" [niby "ki­ra­sje­rzy", od ich grom­kich okrzy­ków "hur­ra"5], by­najm­niej ni­ko­go z na­szych nie po­tra­fią za­stra­szyć swo­im po­trzą­sa­niem pi­ka­mi.

"Nie­któ­re z na­szych plu­to­nów raz po raz szar­żo­wa­ły przez owe chmu­ry jeźdź­ców, któ­rzy roz­stę­po­wa­li się przed nimi tyl­ko po to, aby po chwi­li ga­lo­pem po­wró­cić i ze­brać się w ja­kimś in­nym miej­scu i od nowa roz­po­cząć swo­je wrza­ski i pro­wo­ka­cje".

Zda­rza się, że do­cho­dzi na­wet do in­dy­wi­du­al­nych po­je­dyn­ków:6

"praw­dzi­we­go po­ty­ka­nia się 'na ko­pie'. Każ­dy z wal­czą­cych sta­rał się wy­ka­zać w oczach ko­le­gów swo­ją wspa­nia­łą od­wa­gą i wy­jąt­ko­wy­mi umie­jęt­no­ścia­mi. Nad wszyst­ki­mi gó­ro­wa­li w tym nasi Po­la­cy... ich spo­sób wal­ki i ich okrzy­ki, w znacz­nej mie­rze przy­po­mi­na­ją­ce ich prze­ciw­ni­ków, po­tra­fi­ły w szcze­gól­ny spo­sób oży­wić i ubar­wić ogól­ny ło­skot dział i eks­plo­du­ją­cych po­ci­sków. Bę­dąc na prze­mian ści­ga­ją­cy­mi i ści­ga­ny­mi, w za­leż­no­ści od tego czy ja­cyś ko­le­dzy przy­by­li im z od­sie­czą, czy też mu­sie­li sta­wić czo­ła no­wym na­past­ni­kom, krą­ży­li w ma­łych od­dział­kach mię­dzy obie­ma ar­mia­mi",

co two­rzy­ło za­iste wspa­nia­łe wi­do­wi­sko, uwa­ża Grio­is, a co przy­po­mi­na mu jego lek­tu­ry na te­mat daw­nych wo­jen. Nie­któ­rzy jed­nak spo­śród jego lu­dzi zo­sta­ją ran­ni. I tych wła­śnie, pierw­szych pa­dłych w boju, puł­kow­nik pa­ku­je na swo­je wozy amu­ni­cyj­ne:

"jed­nak co cię­żej ran­nych, któ­rzy nie byli w sta­nie do­trzy­mać nam kro­ku na­wet z po­mo­cą swo­ich to­wa­rzy­szy, mu­sie­li­śmy po­rzu­cać na pa­stwę Ko­za­ków. ich bła­ga­nia, ich krzy­ki, ra­ni­ły mi ser­ce. Nie mo­gli­śmy jed­nak dla nich ni­cze­go zro­bić, chy­ba że po­nie­śli­by­śmy ich na wła­snych ra­mio­nach".

Ko­za­cy są do­praw­dy wszę­dzie. De­dem van der Gel­der, od Mo­skwy zdję­ty z do­wódz­twa i przy­dzie­lo­ny do Ce­sar­skiej Kwa­te­ry Głów­nej, wspo­mi­na jak "przy­cze­pi­li się oni do jego dwóch hu­za­rów - or­dy­nan­sów" pod­czas jego sza­lo­ne­go ga­lo­pu tą wła­śnie dro­gą, kie­dy to "wiózł roz­ka­zy ce­sar­skie dla wi­ce­kró­la" pod­czas ak­cji pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, i "je­dy­nie szyb­ko­ści swo­je­go ko­nia za­wdzię­czał, że nie po­dzie­lił losu or­dy­nan­sów". Te­raz ge­ne­rał sły­szy, że Ko­za­kom uda­ło się za­sko­czyć na­wet dy­wi­zję Du­fo­ura (daw­niej Frian­ta), któ­rej "za­bra­li kil­ka dział".

Je­sien­ne dni w Ro­sji nie trwa­ją wiecz­nie. Od cza­su do cza­su nie­bo za­cią­ga się chmu­ra­mi, przy­no­sząc przy­gnę­bia­ją­cą mżaw­kę. Przez na­siąk­nię­tą wodą kra­inę, moc­no za­le­sio­ną dę­ba­mi, je­sio­na­mi i srebr­ny­mi brzo­za­mi - już nie­mal ogo­ło­co­ny­mi z li­ści - od­zna­cza­ją­cy­mi się na spo­koj­nym tle głę­bo­kiej zie­le­ni la­sów igla­stych swo­ją sza­ro­ścią lub bru­nat­no­ścią - ar­mia je­dzie, kro­czy, czy też to­czy się trak­tem na Bo­rowsk, któ­rym tak nie­daw­no na­cie­ra­ła. Czo­ło­we jed­nost­ki wkrót­ce wpa­da­ją na nad­mier­nie roz­ro­śnię­te ta­bo­ry,

"peł­ną nie­ła­du ka­ra­wa­nę wszel­kie­go ro­dza­ju po­jaz­dów woj­sko­wych, nie­wiel­kich po­wo­zów, ca­l?ches, ki­bi­tek i do­ro­żek, z któ­rych więk­szość za­przę­żo­na jest w nie­wiel­kie ro­syj­skie ko­ni­ki... a tak­że naj­bo­gat­szych i naj­bar­dziej ele­ganc­kich po­jaz­dów, wo­zów mar­kie­ta­nów, cięż­kich fur­go­nów, bry­czek, dy­li­żan­sów, wszel­kie­go ro­dza­ju ka­ret, wśród któ­rych zda­rza­ły się na­wet dwor­skie",

a któ­re jesz­cze wczo­raj two­rzy­ły tyły ar­mii, dzi­siaj zaś zmu­szo­ne zo­sta­ły za­wró­cić ko­nie i stać się jej awan­gar­dą. Do tej pory, w dro­dze na nie­osią­gal­ną Ukra­inę, już ja­kieś 20 ty­się­cy tych we­hi­ku­łów roz­le­cia­ło się, po­ła­ma­ło so­bie wza­jem­nie szpry­chy w zde­rze­niach, po­tra­ci­ło ko­nie, czy też - sta­nąw­szy na dro­dze ar­ma­tom - zo­sta­ło pod­pa­lo­nych. A wte­dy, wie­zio­ne na nich

"cen­ne przed­mio­ty, ob­ra­zy, kan­de­la­bry, całe bi­blio­te­ki, zło­te i srebr­ne kru­cy­fik­sy, cy­bo­ria i kie­li­chy, pięk­ne dy­wa­ny, go­be­li­ny, ma­ka­ty, sztu­ki je­dwa­biu we wszyst­kich ko­lo­rach, a tak­że wspa­nia­łe ha­fto­wa­ne zło­tem i sre­brem ubio­ry - tak ko­bie­ce jak i mę­skie - i to z tych, co się je wi­du­je tyl­ko na ksią­żę­cych dwo­rach... dro­go­cen­ne ka­mie­nie, szka­tuł­ki wy­peł­nio­ne bry­lan­ta­mi lub ru­lo­na­mi du­ka­tów",

sło­wem - cały fan­ta­stycz­ny łup mo­skiew­ski - były wrzu­ca­ne do ro­wów.7 Nadal jed­nak po­zo­sta­ją ogrom­ne masy po­jaz­dów, któ­re kor­ku­ją dro­gę.

Je­śli ist­nie­je czło­wiek do­głęb­nie wście­kły na Ku­tu­zo­wa za prze­ga­pie­nie "tak wspa­nia­łej, wręcz zło­tej oka­zji", jaka mu się tra­fia­ła pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, a tak­że za ogól­ną in­do­len­cję i fa­inéan­ti­se2 jed­no­okie­go feld­mar­szał­ka, to jest nim na pew­no spe­cjal­ny wy­słan­nik rzą­du bry­tyj­skie­go i ofi­cer łącz­ni­ko­wy w jego kwa­te­rze głów­nej - ge­ne­rał Sir Ro­bert Wil­son. Ar­mia ro­syj­ska, jak no­tu­je on w swo­im Dzien­ni­ku, by­najm­niej nie jest osła­bio­na, a w rze­czy­wi­sto­ści na­wet "zo­sta­ła wzmoc­nio­na licz­ny­mi od­dzia­ła­mi mi­li­cji, któ­re wszyst­kie wal­czy­ły z de­ter­mi­na­cją". No, a tu­taj masz - jej nie­do­łęż­ny, a może na­wet zdra­dziec­ki do­wód­ca po­zwa­la Bo­na­par­te­mu - temu wro­go­wi ludz­ko­ści - wy­mknąć się z mat­ni!

To wy­star­czy, aby przy­wieść do sza­leń­stwa każ­de­go zdro­wo my­ślą­ce­go czło­wie­ka.

Dla wy­co­fu­ją­cej się ar­mii waż­niej­sze od łu­pów są za­pa­sy żyw­no­ści, tak­że wie­zio­ne w ta­bo­rach. Wie­lu prze­wi­du­ją­cych ofi­ce­rów za­dba­ło już o to, aby ich do­brze za­opa­trzo­ne wozy to­czy­ły się dro­ga­mi z resz­tą wo­zów puł­ko­wych. W dro­dze do Mo­skwy, Rion des Lo­ches, bę­dąc za­le­d­wie ka­pi­ta­nem, mu­siał się dzie­lić swym wo­zem, "w po­ło­wie za­peł­nio­nym do­byt­kiem i re­zer­wo­wy­mi bu­ta­mi mo­jej kom­pa­nii", ze swo­im po­rucz­ni­kiem. Te­raz, po awan­sie na ma­jo­ra, jest on już upraw­nio­ny do wła­sne­go po­jaz­du, "mniej­sze­go co praw­da, lecz wy­star­cza­ją­co du­że­go, aby po­mie­ścić moje wik­tu­ały na trzy, czte­ry mie­sią­ce od­wro­tu". Wśród in­nych rze­czy wie­zie też na nim szcze­gól­nie pięk­ny ser­wis obia­do­wy z chiń­skiej por­ce­la­ny, któ­ry przy­padł mu do gu­stu, oraz

"na ewen­tu­al­ność (co uwa­ża­łem za nie­unik­nio­ne) uda­nia się na leża zi­mo­we na le­wym brze­gu Nie­mna, skrzyn­kę z cał­kiem nie­złym wy­da­niem Wol­te­ra i Ro­us­se­au, Hi­sto­rią Ro­sji Cler­ca i Le­ve­sque'a, sztu­ka­mi Mo­li­?re'a, utwo­ra­mi Ri­ro­na, L'Esprit des Lois Mon­te­skiu­sza i kil­ko­ma in­ny­mi dzie­ła­mi, ta­ki­mi jak Hi­sto­ria fi­lo­zo­ficz­na Ray­na­la, opra­wio­na w bia­łą skór­kę cie­lę­cą i zło­co­na na grzbie­cie".

Na jego nie mniej ob­fi­tą spi­żar­nię skła­da się

"Sto okrą­głych, li­czą­cych so­bie sto­pę śred­ni­cy su­cha­rów, wo­rek za­wie­ra­ją­cy kwin­tal mąki, po­nad trzy­sta bu­te­lek wina, dwa­dzie­ścia do trzy­dzie­stu bu­te­lek rumu i ko­nia­ku, po­nad dzie­sięć fun­tów her­ba­ty i ty­leż samo kawy, ja­kieś pięć­dzie­siąt czy sześć­dzie­siąt fun­tów cu­kru, trzy-czte­ry fun­ty cze­ko­la­dy, kil­ka fun­tów świec".

Za osiem­dzie­siąt fran­ków ma­jor ku­pił so­bie tak­że "jed­no z naj­pięk­niej­szych fu­ter, ja­kie zo­sta­ły wzię­te z Mo­skwy". Tego chłod­ne­go dnia jego prze­zor­ność zda­je się zo­stać wy­na­gro­dzo­na. "Pro­wa­dzi­łem dom otwar­ty. Do obia­du rzad­ko było nas mniej niż sied­miu czy ośmiu". Je­den z pod­le­ga­ją­cych mu ofi­ce­rów ma na­wet na­miot,8 do któ­re­go ma­jor ma do­stęp - w za­mian za po­dzie­le­nie się swo­imi za­pa­sa­mi:

"Przed wy­jaz­dem zje­dli­śmy dużo go­rą­cej zupy. Do kie­sze­ni wło­ży­łem so­bie nie­co chle­ba i cu­kru. Mia­łem też przy so­bie bu­tel­kę rumu. Na po­łu­dnio­wym po­sto­ju wy­pi­ja­łem kil­ka kie­lisz­ków wina, a w cią­gu dnia spo­ży­wa­łem kil­ka ka­wał­ków cze­ko­la­dy lub su­cha­rów, aby nie opaść z sił".

Sier­żant Lo­uis-Vin­cent La­gne­au z Puł­ku Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów Mło­dej Gwar­dii tak­że ma na­miot i uwa­ża (myl­nie), że "jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, iż jest to je­dy­ny na­miot w ca­łej ar­mii". Zro­bił go so­bie w Mo­skwie z po­cię­te­go na pasy bre­zen­tu i ka­zał swo­im lu­dziom spo­rzą­dzić do nie­go koł­ki i masz­ty:

"Mój wóz am­bu­lan­so­wy był duży i cięż­ki. Za­ła­do­wa­li­śmy go wi­nem i ry­żem, su­cha­ra­mi, cu­krem i in­ny­mi za­pa­sa­mi, albo w ma­łych ba­rył­kach - tego ro­dza­ju ja­kich uży­wa­ły na­sze can­ti­ni­?res - albo w du­żych wor­kach. Miał to być nasz wia­tyk na ten od­wrót".

Ka­pi­tan płat­nik P. T. Du­ver­ger z I Kor­pu­su tak­że nie za­po­mi­na za­dbać o naj­waż­niej­sze:

"Po­sia­da­łem for­tu­nę w fu­trach i ob­ra­zach. Mia­łem też pew­ną ilość skrzyń z fi­ga­mi, kawą, li­kie­ra­mi, ma­ka­ro­nem, so­lo­ną rybą i mię­sem. Nie mia­łem jed­nak w ogó­le bia­łe­go chle­ba, świe­że­go mię­sa, czy też vin or­di­na­ire".3

Tak­że i jego stać na wy­da­nie obia­du dla szes­na­stu swo­ich to­wa­rzy­szy, wśród nich jed­ne­go ge­ne­ra­ła. "Uro­czy­ście wzno­si­li­śmy to­a­sty za suk­ces nad­cho­dzą­cej kam­pa­nii i na­sze wkro­cze­nie do St. Pe­ters­bur­ga".

Wszyst­ko to po­zo­sta­je w po­nu­rym kon­tra­ście z lo­sem zwy­kłe­go sze­re­gow­ca... je­śli nie na­le­ży on do przed­się­bior­czych du­chów, któ­rzy "wy­naj­mu­ją so­bie świ­tę in­nych, aby dba­li o nich i o ich ko­nie, a tak­że do­glą­da­li cza­sem aż czte­rech wo­zów cią­gną­cych w ta­bo­rze", to wszyst­ko co po­sia­da jest tym, co po­tra­fi unieść na wła­snym grzbie­cie.9 A Smo­leńsk, ze swo­imi ogrom­ny­mi ma­ga­zy­na­mi wy­peł­nio­ny­mi za­pa­sa­mi ścią­gnię­ty­mi z głę­bo­kich ty­łów, jest od­le­gły o co naj­mniej dzie­sięć dni, a może i dwa ty­go­dnie mar­szu. Mimo wszyst­ko na­wet los sze­re­gow­ca zda­je się god­nym za­zdro­ści, po­rów­naw­szy go z lo­sem cho­rych i ran­nych. Czu­ją­cy się za­zwy­czaj zdro­wo ad­iu­tant ge­ne­ra­ła Pa­jo­la - ka­pi­tan Hu­bert-Fra­nço­is Biot - po swo­im wczo­raj­szym oca­le­niu pod­czas na­lo­tu Ko­za­ków, kie­dy to sam Na­po­le­on mógł zo­stać przez nich po­chwy­co­ny, po­czuł się na­gle sła­bo i osu­nął do rowu. Miał szczę­ście, że od­na­lazł go tam Pa­jol i ka­zał go wpa­ko­wać na "wóz po­wo­żo­ny przez żonę jed­ne­go ze swych or­dy­nan­sów, trę­ba­cza z 11. Puł­ku Sza­se­rów". Te­raz więc Biot pod­ska­ku­je na sto­sie wor­ków z mąką.

Jed­nak los Bio­tas i tak jest lep­szy od losu ja­kichś dwóch ty­się­cy Wło­chów, Hisz­pa­nów, Chor­wa­tów i Fran­cu­zów, któ­rzy zo­sta­li ran­ni pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem. Ge­ne­ra­ło­wi Ar­man­do­wi de Cau­la­in­co­ur­to­wi, Wiel­kie­mu Ko­niu­sze­mu, wy­glą­da na to, że w ar­mii nie ist­nie­je już żad­na służ­ba me­dycz­na - być może za wy­jąt­kiem Gwar­dii - a na­wet i tam je­dy­nie szcząt­ko­wo. Dr Réné Bo­ur­ge­ois, tak­że z 3. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii, wi­dział jak ran­nych

"po­śpiesz­nie ła­do­wa­no na wozy am­bu­lan­so­we, a ich rze­czy prze­ka­zy­wa­no wi­wan­dier­kom. Po­zba­wie­ni wszel­kiej po­mo­cy czy po­ży­wie­nia, w bó­lach cią­gnę­li oni za ar­mią".

Jesz­cze gor­szy jest los kil­ku­set jeń­ców ro­syj­skich, któ­rzy pę­dze­ni są ni­czym sta­do. Chy­ba jed­nak nie są trak­to­wa­ni tak bru­tal­nie jak ma to miej­sce w przy­pad­ku dzie­siąt­ków ty­się­cy Fran­cu­zów i ich so­jusz­ni­ków, któ­rzy jako jeń­cy gna­ni są na wschód. To zna­czy, do­ty­czy to przy­najm­niej tych, któ­rzy nie zo­sta­li sprze­da­ni "po dwa fran­ki od gło­wy" roz­wście­czo­nym chło­pom na tor­tu­ry i śmierć. Spo­śród ty­sią­ca czte­ry­stu cho­rych i ran­nych, ja­kich mar­sza­łek Mor­tier mu­siał po­zo­sta­wić w trzech mo­skiew­skich szpi­ta­lach jako "zbyt sła­bych i nie na­da­ją­cych się do trans­por­tu ra­zem ze swo­imi to­wa­rzy­sza­mi", nie­któ­rzy zo­sta­li

"wrzu­ce­ni na wozy, któ­re mia­ły od­wieźć ich do Twe­ru. Wszy­scy zgi­nę­li z zim­na i mi­ze­rii, lub zo­sta­li po­za­bi­ja­ni przez wie­śnia­ków, któ­rym na­ka­za­no ich tam do­wieźć, a któ­rzy za­miast tego po pro­stu po­po­drzy­na­li im gar­dła, aby za­brać so­bie ich płasz­cze. Resz­ta po­zo­sta­ła w szpi­ta­lach, wraz z fran­cu­ski­mi chi­rur­dzy, któ­rzy zo­sta­li tam, aby ich do­glą­dać, nie otrzy­maw­szy jed­nak żad­nej żyw­no­ści ani le­karstw".10

Jest jed­nak przy­najm­niej je­den Fran­cuz cał­kiem za­do­wo­lo­ny z fak­tu, że do­stał się w ręce Bry­tyj­czy­ków. Po­wo­dy ma do tego mie­sza­ne, po czę­ści ro­dzin­ne, po czę­ści po­li­tycz­ne. Jest nim Clar­ke - bra­ta­nek mi­ni­stra woj­ny Na­po­le­ona. Wil­son ofe­ro­wał się do­pro­wa­dzić do jego wy­mia­ny za jeń­ców ro­syj­skich. Mło­dzie­niec jed­nak, wie­dząc jaki los by go cze­kał, nie sko­rzy­stał z pro­po­zy­cji

"wo­ląc po­cze­kać aż Fran­cu­zi wy­do­sta­ną się ze swo­ich obec­nych ta­ra­pa­tów, po­nie­waż 'miał już dość sma­ku ko­ni­ny i ko­zac­kich sza­bel'. Ode­sła­łem go więc, za­opa­trzyw­szy w bar­dzo moc­ny list po­le­ca­ją­cy do wszyst­kich Ro­sjan, do­brą ka­po­tę i dwie­ście ru­bli".

Nie­wie­lu jeń­ców ma ta­kie szczę­ście. Po­wie­dze­nie Fe­zen­sa­ca o tym, że "róż­ni­ca po­mię­dzy spo­so­bem trak­to­wa­nia ofi­ce­rów i sze­re­go­wych może ozna­czać róż­ni­cę mię­dzy ży­ciem i śmier­cią", wy­da­je się tu­taj szcze­gól­nie traf­ne. Kil­ka mil na po­łu­dnio­wy wschód, chi­rurg M. R. Fau­re z 1. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii, po­chwy­co­ny w de­spe­rac­kiej bi­ja­ty­ce i za­mie­sza­niu pod Win­ko­wem,11 za­uwa­ża jak bar­dzo pew­ni są jego straż­ni­cy, że - z zimą mo­gą­cą się roz­po­cząć lada dzień - fran­cu­skie so­ba­ki ska­za­ne są na klę­skę. Z po­cząt­ku jed­nak, przy­najm­niej ofi­ce­ro­wie nie są trak­to­wa­ni zbyt su­ro­wo:

"Przy­był wzię­ty do nie­wo­li szef szta­bu i przy­niósł każ­de­mu ofi­ce­ro­wi ze swo­je­go kor­pu­su [2. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii] po sześć du­ka­tów od księ­cia Ku­tu­zo­wa, któ­ry oka­zy­wał jeń­com całą szczo­drość i wiel­ko­dusz­ność, ja­kiej moż­na było się spo­dzie­wać po czło­wie­ku wiel­kiej cno­ty. Wi­dzie­li­śmy, że wśród ro­syj­skich ofi­ce­rów pa­no­wał ro­dzaj bra­ter­stwa, świad­czą­cy o do­brym du­chu w ar­mii, co po­win­no sprzy­jać pięk­nym ak­cjom pod­czas tej kam­pa­nii".

Gru­pa Fau­ry'ego opu­ści­ła po­bo­jo­wi­sko pod Win­ko­wem "za­do­wo­lo­na z po­stę­po­wa­nia Ro­sjan. Rod do­wódz­twem ofi­ce­ra nie mie­li­śmy po­wo­dów do na­rze­kań". W dro­dze na po­łu­dnie, w kie­run­ku Ka­łu­gi, na­tra­fi­li oni na dro­gi za­kor­ko­wa­ne po­jaz­da­mi trans­por­tu­ją­cy­mi za­opa­trze­nie dla ar­mii ro­syj­skiej:

"Trze­cie­go lub czwar­te­go dnia sły­sze­li­śmy ca­ło­dzien­ną ka­no­na­dę, trwa­ją­cą do dzie­sią­tej, może i dwu­na­stej w nocy. Była to bi­twa pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, od­le­głym od nas o trzy lub czte­ry ligi [9-12 mil]".12

Jeń­cy wi­dzą tak­że masy chło­pów zmu­szo­nych do opusz­cze­nia swo­ich wio­sek. Do­cie­ra­jąc do Ka­łu­gi, 35 mil za Ma­ło­ja­ro­sław­cem, Fau­re wi­dzi, że wszy­scy jej co za­moż­niej­si miesz­kań­cy ucie­kli, tak samo jak to mia­ło miej­sce w Mo­skwie:

"Ci z kup­ców, któ­rzy jesz­cze nie wy­je­cha­li, byli na to przy­go­to­wa­ni. Gu­ber­na­tor po­czy­nił wszel­kie przy­go­to­wa­nia do tego, aby w ra­zie za­gro­że­nia ze stro­ny na­szej ar­mii, pod­ło­żyć ogień pod mia­sto. Przy­był, żeby na­sy­cić swo­je oczy wi­do­kiem ofiar, ja­kie do nie­go przy­pro­wa­dzo­no. Gło­śno się skar­żył, że wy­da­je­my mu się być w zbyt do­brym zdro­wiu. Po­wie­dzia­no mu, że w ar­mii fran­cu­skiej bra­ku­je żyw­no­ści i, żeby go za­do­wo­lić, mu­sie­li­by­śmy być tak wy­chu­dli jak on sam".

Gu­ber­na­tor "znie­wa­ża" ja­kie­goś Po­la­ka, któ­re­mu pod Win­ko­wem po­cisk urwał nogę na wy­so­ko­ści uda, co po­wo­du­je, że pro­sty lud za­czy­na po­dob­nie po­stę­po­wać z in­ny­mi jeń­ca­mi. Fau­re jed­nak wy­ba­cza im, po­tę­pia­jąc je­dy­nie gu­ber­na­to­ra. To, co naj­bar­dziej szo­ku­je w Ka­łu­dze, to bru­tal­ność oka­zy­wa­na nie­któ­rym ran­nym żoł­nie­rzom, któ­rym przy­tra­fi­ło się "wpaść w szcze­gól­nie nie­do­bre ręce", a któ­rzy zo­sta­ją spę­dze­ni do ja­kie­goś brud­ne­go bu­dyn­ku:

"po­bi­ci i po­si­nia­cze­ni, nie ma­ją­cy na­wet sił krzy­czeć po tym jak zo­sta­li zrzu­ce­ni z wo­zów. Pa­skud­ny typ, ja­kiś ofi­ce­rek niż­szej ran­gi, któ­re­go uczy­nio­no od­po­wie­dzial­nym za ich pro­wa­dze­nie, ka­zał po dro­dze roz­strze­lać dwóch lub trzech, po­nie­waż wy­da­wa­ło mu się, że mają za­miar ucie­kać".

Do­pie­ro gdy ja­kiś wyż­szy ran­gą ofi­cer przy­my­ka oko i po­zwa­la kam­ra­tom Fau­re­go udać się na za­ku­py, na­tych­miast za­po­mi­na­ją o swo­im po­ni­że­niu. Na­wet jed­nak i wte­dy, dwóch lub trzech z nich jest ob­ra­ża­nych przez "ja­kie­goś Ro­sja­ni­na no­szą­ce­go broń bocz­ną". Wszyst­ko to jed­nak jest do­pie­ro po­cząt­kiem ich cier­pień.

Jak za­wsze, przy­wi­le­je i ko­nek­sje mogą mieć wiel­ki wpływ na czy­jąś sy­tu­ację. Nie­mal naj­lep­szy­mi moż­li­wy­mi wy­go­da­mi (wy­jąw­szy ranę w ra­mie­niu) cie­szy się pe­wien ary­sto­kra­tycz­ny pod­po­rucz­nik z pre­sti­żo­we­go 2. Puł­ku Ka­ra­bi­nie­rów - mło­dy hra­bia A.-A.-A. Ma­il­ly-Ne­sle. Je­śli on i jego to­wa­rzysz, ksią­żę Char­les de Be­ve­au, syn jed­ne­go z szam­be­la­nów Na­po­le­ona, cią­gną gdzieś przed ba­ga­ża­mi ce­sar­ski­mi i to w jed­nym z oso­bi­stych po­wo­zów Ce­sa­rza (choć wy­da­je mu się, że nie­zbyt do­brze chro­nio­nym przed Ko­za­ka­mi), to tyl­ko dla­te­go, że jest on krew­nym sław­ne­go nie­gdyś mar­szał­ka Ma­il­ly.13 Jak wie­lu in­nych "bia­łych", Ma­il­ly-Ne­sle sta­nął, przy­najm­niej tym­cza­so­wo,14 po stro­nie no­we­go re­żi­mu. "Nie­na­wi­dzi on jed­nak de­spo­ty­zmu i ty­ra­nii uci­ska­ją­cych Fran­cję", a sam sie­bie "po­strze­ga jako ska­za­ne­go na pro­wa­dze­nie ta­kie­go żoł­nier­skie­go ży­cia":

"Je­stem więc tu­taj, w do­sko­na­łym po­wo­zie, z jed­nym z mo­ich przy­ja­ciół, ze słu­żą­cym ocze­ku­ją­cym mo­ich roz­ka­zów, a po­nad­to z trze­ma dok­to­ra­mi ma­ją­cy­mi dbać o nas i ban­da­żo­wać na­sze rany. Mamy sześć koni, któ­re nas cią­gną, i dwóch woź­ni­ców. Wy­glą­da na to, że wy­brnę ja­koś z tych kło­po­tów".

Od cza­su, gdy zo­stał ran­ny pod Win­ko­wem, non­sza­lanc­ki Ma­il­ly-Ne­sle zdą­żył ku­pić so­bie "pe­li­sę z li­sów, któ­ra oka­za­ła się wiel­ce przy­dat­na". Ma rów­nież

"ro­dzaj de­ski, któ­ra za dnia słu­ży­ła nam jako biur­ko albo stół ja­dal­ny, zaś wie­czo­ra­mi jako kan­de­labr, zaś po po­ło­że­niu jej w po­przek dwóch sie­dzeń - tak­że jako łóż­ko".

Od "nie­ja­kie­go pana La­me­au, przy­dzie­lo­ne­go do ga­bi­ne­tu Ce­sa­rza jako geo­graf", hra­bia po­ży­czył so­bie Hi­sto­rię Ka­ro­la XII Wol­te­ra - do­kład­nie ten sam "ślicz­ny to­mik, opra­wio­ny w zło­co­ną ma­ro­kań­ską skór­kę", któ­ry Na­po­le­on czy­tał pod­czas lip­co­wych upa­łów w Wi­teb­sku i trzy­mał na swo­im noc­nym sto­li­ku na Krem­lu. Ma­il­ly-Ne­sle może so­bie w nim prze­czy­tać wszyst­ko o tym, jak cała ar­mia szwedz­kie­go kró­la-bo­ha­te­ra zo­sta­ła w 1709 roku star­ta na proch pod nie­od­le­głą stąd Po­łta­wą. Po­mię­dzy roz­dzia­ła­mi hra­bicz pod­śpie­wu­je roz­pust­ne pio­sen­ki dla do­da­nia od­wa­gi so­bie i swo­je­mu przy­ja­cie­lo­wi Be­ve­au. Ale któż to te­raz pod­cho­dzi do nich - w prze­ciw­nym do mar­szu kie­run­ku - jak nie

"L - pro­mie­nie­ją­cy i ele­ganc­ki jak­by przed chwi­lą opu­ścił Tu­ile­ries. Za­py­ta­łem go, dla­cze­go nie po­zo­stał w swo­ich do­brach, aby po­lo­wać na za­ją­ce. Od­po­wie­dział mi, że mu­siał speł­nić swój obo­wią­zek".

Kur­sy­wa ma ozna­czać iro­nię! Ma­ily-Ne­sle może czuć się do­brze urzą­dzo­ny w swo­im wy­god­nym, choć za­tło­czo­nym po­wo­zie - je­dy­ną nie­do­god­no­ścią, jaka daje się we zna­ki jemu sa­me­mu i po­zo­sta­łym współ­pa­sa­że­rom, jest ro­bac­two zmu­sza­ją­ce ich do dra­pa­nia się w swę­dzą­ce miej­sca. Ale "wie­lu z nas było nie­od­po­wied­nio ubra­nych - cią­gle no­si­li­śmy let­nie spodnie. Bra­ko­wa­ło rę­ka­wi­czek i in­nych ele­men­tów stro­ju".

Po spę­dze­niu trzech dni w Czi­ri­ko­wie, przy skrzy­żo­wa­niu trak­tów na Po­dolsk i Fo­min­sko­je, III Kor­pus Neya opu­ścił wieś o pół­no­cy z 25 na 26 paź­dzier­ni­ka, aby pod­cią­gnąć to, co nadal uwa­ża­no za tyl­ną straż ar­mii. Tak­że nowo awan­so­wa­ny do stop­nia ma­jo­ra Gu­il­lau­me Bon­net prze­dzie­ra się przez błot­ni­ste, wy­da­ją­ce się nie mieć dna dro­gi. W przed­dzień wy­ru­sze­nia z Mo­skwy po­wa­li­ła go go­rącz­ka i tego sa­me­go ran­ka, gdy III Kor­pus ru­szał w dro­gę, "opusz­czał mia­sto sam, do­roż­ką, ja­dąc uli­ca­mi, na któ­rych nie wi­dać było ani jed­ne­go Fran­cu­za", lecz szczę­śli­wie do­łą­czył do swo­je­go puł­ku ja­kieś pięt­na­ście mil za mia­stem na dro­dze ka­łu­skiej. Te­raz ma­jor od­no­to­wu­je w swo­im dzien­ni­ku, jak Ko­za­cy, któ­rzy cią­gle ich na­ci­ska­ją, jak­by chcąc spraw­dzić jak na to za­re­agu­ją, trzy­ma­ją się jed­nak na dy­stans ze swo­imi "dwie­ma kiep­ski­mi ar­mat­ka­mi, któ­re jak do­tąd wy­strze­li­ły ze dwa­dzie­ścia kul, nie tra­fia­jąc jed­nak ni­ko­go". Być może za­wdzię­cza­my to "lek­kiej ka­wa­le­rii Gu­ar­di­na i Beur­man­na, któ­ra otrzy­ma­ła roz­ka­zy pod­pa­la­nia wszyst­kich na­po­tka­nych wio­sek". Gdy żoł­nie­rze Neya do­cie­ra­ją wie­czo­rem do Bo­row­ska, tak­że i to mia­stecz­ko za­sta­ją w pło­mie­niach.

Przez kil­ka ostat­nich dni łącz­ni­kiem po­mię­dzy III Kor­pu­sem, a głów­ną czę­ścią ar­mii jest Bry­ga­da Lan­sje­rów Gwar­dii Col­ber­ta, skła­da­ją­ca się z dwóch puł­ków: 1. (pol­skie­go) i 2. (ho­len­der­skie­go). otrzy­maw­szy rów­nież roz­ka­zy prze­su­nię­cia się ja­kieś sześć mil w kie­run­ku na Bo­rowsk, Col­bert wy­słał na­przód swo­je­go mło­de­go bel­gij­skie­go ka­pi­ta­na Fra­nço­is Du­mon­ce­au, do­wo­dzą­ce­go 6. kom­pa­nią 2. szwa­dro­nu 2. Puł­ku Lan­sje­rów, aby po­in­for­mo­wał Neya o jego star­ciu z Ko­za­ka­mi, za­koń­czo­nym nie­mal po­raż­ką, do cze­go do­szło pod Uwa­row­sko­je.15 Za Bo­row­skiem Du­mon­ce­au na­po­ty­ka

"spo­koj­nie bi­wa­ku­ją­ce czo­ło ko­lum­ny mar­szał­ka. Do­wo­dzą­cy nim ge­ne­rał nie oka­zał się zbyt­nio po­ru­szo­ny moją opo­wie­ścią i mimo na­ci­sków z mej stro­ny zwle­kał z po­sta­wie­niem swo­ich lu­dzi pod bro­nią".

Za­wsze sku­tecz­nie dzia­ła­ją­cy Col­bert wy­słał 26 paź­dzier­ni­ka, o ósmej rano, roz­po­zna­nie na po­łu­dnie - w kie­run­ku Ma­ło­ja­ro­sław­ca. Nie na­po­tka­no tam Ko­za­ków. Za­miast nich, ku wiel­kie­mu roz­cza­ro­wa­niu, na­tknię­to się na "roz­cią­gnię­ty kon­wój ran­nych, zmie­rza­ją­cy w na­szym kie­run­ku". Z tego co opo­wie­dzie­li nam jego prze­wod­ni­cy wy­ni­ka­ło, że ich śla­dem cią­gnie cała ar­mia:

"Wszy­scy by­li­śmy tym bar­dzo do­tknię­ci. Po przed­wczo­raj­szym suk­ce­sie nie by­li­śmy w sta­nie po­jąć, że mo­gło­by dojść do wy­co­fa­nia się".

Do­pie­ro te­raz, wie­czo­rem, żoł­nie­rze Neya do­wia­du­ją się, iż ar­mia jest w od­wro­cie. Wia­do­mo­ści te wstrzą­sa­ją Bon­ne­tem i wir­tem­ber­skim ma­jo­rem G. Fa­be­rem du Fau­rem, od­po­wie­dzial­nym za dwu­na­sto­fun­tów­ki z od­wo­du ar­ty­le­ryj­skie­go Neya. Do III Kor­pu­su do­cie­ra­ją roz­ka­zy, aby wy­ru­szał w kie­run­ku Wie­re­ji, na­stęp­ne­go mia­sta na trak­cie mo­żaj­skim. W chwi­li, gdy jed­nost­ki wła­śnie szy­ku­ją się do wy­mar­szu - ata­ku­ją Ko­za­cy. Żoł­nie­rze Neya mu­szą więc wy­ko­nać zwrot i "na rów­ni­nie, w zu­peł­nie nie­osło­nię­tym te­re­nie, po­zba­wie­ni [wszyst­kie­go]" sta­wać w li­nii do bi­twy. Nie zna­czy to, że Ko­za­cy mogą sta­no­wić ja­kieś po­waż­ne za­gro­że­nie dla ca­łe­go kor­pu­su ar­mii. "Krót­ko­trwa­ły ogień ar­ty­le­ryj­ski i szar­ża ka­wa­le­rii Kró­lew­skiej Gwar­dii [Wir­tem­ber­skiej] wy­star­cza­ją aby ich ode­przeć". Ileż to ży­wych scen za­wdzię­cza­my ry­ci­nom Fa­be­ra du Fau­ra! We­dług jego wra­że­nia, "zda­wa­ło się, że pod Bo­row­skiem opu­ści­ło nas szczę­ście; po po­łu­dniu 26 paź­dzier­ni­ka roz­po­czę­li­śmy od­wrót".16

Dzien­nik Bon­ne­ta za­wsze jest zwię­zły. Te­goż wie­czo­ra czy­ni w nim je­den ze swo­ich po­śpiesz­nych za­pi­sków. Choć pod sztan­da­rem 18. Puł­ku Li­nio­we­go po­zo­sta­ło ze sta­nu po­cząt­ko­we­go je­dy­nie ty­siąc stu żoł­nie­rzy, to cią­gle li­czy on so­bie dwa peł­ne ba­ta­lio­ny. Do­pie­ro o 7 rano, gdy puł­ki Neya po­rzu­ca­ją ogni­ska swo­ich obo­zo­wisk, Bon­net za­czy­na so­bie two­rzyć re­ali­stycz­ny ob­raz sy­tu­acji:

"Mu­si­my po­rzu­cić [po­mysł] mar­szu na po­łu­dnie. Bez wąt­pie­nia - albo zo­sta­li­śmy od­par­ci, albo Ce­sarz ma­new­ru­je - sam nie wiem".

W tym mo­men­cie przy­by­wa­ją lu­dzie Col­ber­ta, wjeż­dża­ją na rów­ni­nę nie­opo­dal pło­ną­ce­go mia­sta i roz­bi­ja­ją bi­wak po­środ­ku "kil­ku jed­no­stek pie­cho­ty i roz­ma­itych par­ków" gro­ma­dzą­cych się wo­kół ty­się­cy ognisk. Gdzieś tam w ciem­no­ściach, u stóp wzgó­rza, nadal krą­żą Ko­za­cy. Nikt się jed­nak tym nie przej­mu­je - przy­najm­niej Du­mon­ce­au wy­da­je się, że tyl­ko jego Ho­len­drzy tro­chę trzę­są się ze stra­chu, co jest ra­czej na­tu­ral­ne po ich pry­wat­nym star­ciu z Ko­za­ka­mi 25 paź­dzier­ni­ka: "Wszy­scy by­li­śmy w mniej­szym lub więk­szym stop­niu zde­mo­ra­li­zo­wa­ni na­szą po­raż­ką". Do­pie­ro gdy CKG i jed­nost­ki Gwar­dii wkra­cza­ją do Bo­row­ska, przy­by­wa ofi­cer szta­bo­wy i mówi Col­ber­to­wi, żeby szy­ko­wał się do na­tych­mia­sto­we­go wy­ru­sze­nia do Smo­leń­ska. "No­wi­na ta cał­ko­wi­cie speł­nia­ła na­sze pra­gnie­nia. Ry­chło za­tar­ło się wra­że­nie od­wro­tu". Może też spo­ra licz­ba Ho­len­drów Du­mon­ce­au mia­ła już po uszy tej kam­pa­nii - przy­najm­niej w Ro­sji?

Po po­tycz­ce pod Uwa­row­sko­je, lan­sje­rzy mie­li do za­bra­nia ze sobą mnó­stwo ran­nych. Choć dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­ni Du­mon­ce­au jest by­strym ob­ser­wa­to­rem i re­je­stra­to­rem wy­da­rzeń, to nie oka­zu­je szcze­gól­nych emo­cji czy mięk­kie­go ser­ca. Mimo tego dzie­li pa­kun­ki z żyw­no­ścią po­mię­dzy swo­ją ulu­bio­ną klacz Lie­sje,17 swo­je­go lu­za­ka oraz ob­da­rzo­ne­go szorst­ką sier­ścią ko­ni­ka (ro­syj­skie­go kuca) swe­go słu­żą­ce­go Je­ana i udo­stęp­nia ran­nym swój nie­du­ży wóz wraz z jego za­war­to­ścią. Na­stęp­ne­go ran­ka, gdy Bry­ga­da Lan­sje­rów ru­sza za­jąć swo­ją nor­mal­ną po­zy­cję na cze­le ko­lum­ny Gwar­dii, jego wóz z trze­ma ran­ny­mi lan­sje­ra­mi ru­sza w dro­gę pod eskor­tą ka­pra­la.

Świe­żo awan­so­wa­ny do stop­nia pod­puł­kow­ni­ka C.F.M. Le Roy18 po­dró­żu­je ze swo­im 85. Puł­kiem Li­nio­wym i I Kor­pu­sem je­dy­nie ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa. Awan­so­wa­ny przez Da­vo­uta za oka­za­ną sku­tecz­ność, je­dzie on z po­wro­tem do Fran­cji, do bazy puł­ku. Na ra­zie ma ze sobą swo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la, po­rucz­ni­ka Ja­cqu­eta - je­dy­ne­go za­ufa­ne­go, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek miał - oraz szpet­ne­go, lecz od­da­ne­go słu­żą­ce­go Gu­il­la­me'a. Ich cen­ny że­la­zny ko­cio­łek, któ­ry prze­był z nimi całą dro­gę aż z Gło­go­wa w Pru­sach, za­mie­nia to trio w kwar­tet. Cią­głą tro­ską tę­ga­we­go Le Roy'a jest bo­wiem za­pew­nie­nie so­bie co­dzien­nie wła­ści­we­go obia­du.

Sos do­bry do gęsi nada się tak­że do gą­sio­ra. Od cza­su walk pod Smo­leń­skiem Ro­sja­nie pa­li­li swo­je wio­ski i mia­sta, a w koń­cu uczy­ni­li to tak­że ze swo­ją świę­tą sto­li­cą. Dla opóź­nie­nie po­ści­gu Ku­tu­zo­wa, Na­po­le­on na­ka­zu­je więc te­raz pa­lić za sobą każ­dą wieś, każ­dy dom, każ­dy dwo­rek, każ­dą na­po­tka­ną na dro­dze mar­szu sto­do­łę. Nie wol­no było po­zo­sta­wić ni­cze­go, co mo­gło­by sta­no­wić schro­nie­nie dla jego żoł­nie­rzy, gdy­by feld­mar­sza­łek zde­cy­do­wał się po­cią­gnąć za Fran­cu­za­mi tą samą, już i tak znisz­czo­ną tra­są. Ści­śle mó­wiąc, wy­peł­nie­nie tych roz­ka­zów przy­pa­dło I Kor­pu­so­wi, sta­no­wią­ce­mu straż tyl­ną, lecz roz­ka­zów tych spo­dzie­wa­ła się też pro­wa­dzą­ca ko­lum­nę Gwar­dia Ce­sar­ska. Tej nocy ły­sie­ją­cy i no­szą­cy oku­la­ry "Że­la­zny Mar­sza­łek" i jego sztab śpią

"w du­żym drew­nia­nym, ume­blo­wa­nym i ozdo­bio­nym licz­ny­mi zwier­cia­dła­mi châte­au, któ­re zda­wa­ło się ofe­ro­wać swo­je­mu wła­ści­cie­lo­wi wszel­kie po­żą­da­ne wy­go­dy".

Wie­czo­rem Le Roy do­łą­cza do swo­ich żoł­nie­rzy, wy­ru­sza­ją­cych na po­lo­wa­nie na dzi­kie ptac­two. Nie mu­siał się wła­ści­wie tru­dzić. Pod sło­mą, na któ­rej śpi, znaj­du­je bo­wiem dla sie­bie obiad w po­sta­ci "du­że­go ko­gu­ta". Choć "za­czy­na on czy­nić tu­mult god­ny sa­me­go dia­bła", to jego pro­te­sty na nic się nie zda­ją. Tra­fia pro­sto do że­la­zne­go ko­cioł­ka. Co się zaś ty­czy châte­au, to gdy Le Roy i jego żoł­nie­rze bu­dzą się rano, "nie ma już po nim śla­du. Po­dob­nie jak cała wio­ska, zo­sta­ło spa­lo­ne. Była to kwe­stia kil­ku za­le­d­wie mi­nut".

Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że Da­vo­ut w swo­im po­stę­po­wa­niu jest sta­now­czo zbyt me­to­dycz­ny. Po­wi­nien ru­szać się szyb­ciej. Po ca­ło­dzien­nym od­po­czyn­ku, 85. Pułk do­pie­ro wie­czo­rem

"otrzy­mu­je roz­ka­zy prze­su­nię­cia się na skraj lasu, gdzie roz­pa­la­my wiel­kie ogni­ska, ma­ją­ce zmy­lić Ro­sjan. Tuż przed pół­no­cą wy­co­fu­je­my się i po­now­nie prze­kra­cza­my rze­kę w tym sa­mym miej­scu, z któ­re­go sko­rzy­sta­li­śmy wczo­raj. Nasz marsz był­by cał­kiem skry­ty, gdy­by nie nie­ostroż­ność zwia­dow­ców, któ­rzy, wy­co­fu­jąc się, pod­pa­li­li dwie duże wsie i w ten spo­sób ujaw­ni­li wszyst­kie na­sze ru­chy nie­przy­ja­cie­lo­wi. Ko­za­cy, ści­ga­jąc nas, po­de­szli tak bli­sko, że mo­gli­śmy od­dać do nich kil­ka strza­łów".

Schro­nie­nie jest waż­ną spra­wą. Zbu­dziw­szy się owe­go ran­ka w Bo­row­sku, Du­mon­ce­au stwier­dza, że pada śnieg. Na ra­zie tyl­ko lek­ki. Mimo to oka­zu­je się, że spał

"pod gru­bą war­stwą śnie­gu. Był to po­czą­tek zimy, któ­ra na­de­szła, już na do­bre. Nasz marsz, któ­ry pod­ję­li­śmy tym ra­zem na sa­mym cze­le ca­łej Gwar­dii Ce­sar­skiej, kon­ty­nu­owa­li­śmy pod smęt­nym i za­mglo­nym nie­bem, wśród za­śnie­żo­nych, peł­nych mułu ba­gnisk".

Te­raz, w Bo­row­sku, gdzie "kil­ka mo­stów przez Pro­twę zo­sta­ło wy­koń­czo­nych zbyt szyb­ko", Da­vo­ut musi so­bie po­ra­dzić z wiel­kim za­to­rem na dro­dze. Bę­dą­cy czte­ry mile przed Ce­sa­rzem De­dem otrzy­mu­je we­zwa­nie do sta­wie­nia się w kwa­te­rze Na­po­le­ona. Za­sta­je go "grze­ją­ce­go so­bie sple­cio­ne na ple­cach ręce przy ogni­sku, ja­kie dla nie­go roz­pa­lo­no obok dro­gi na Wie­re­ję". Jest z nim mar­sza­łek Ber­thier, szef szta­bu Na­po­le­ona i ca­łej ar­mii. Na­po­le­on roz­ka­zu­je De­de­mo­wi, aby udał się na tyły i skie­ro­wał I i IV Kor­pus na dro­gę rów­no­le­głą, bie­gną­cą na lewo od tra­sy głów­nej ko­lum­ny:

"[Ce­sarz] oso­bi­ście wy­ło­żył mi swo­je za­mia­ry. Gdy ksią­żę Neu­châtel ob­ja­śniał mi bli­żej in­ten­cje Jego Ce­sar­skiej Mo­ści, mia­łem oka­zję przyj­rzeć się z bli­ska twa­rzy tego nad­zwy­czaj­ne­go czło­wie­ka. W pew­nym mo­men­cie, zwró­ciw­szy się na­gle ku księ­ciu Neu­châtel, Ce­sarz po­wie­dział 'Ale prze­cież go zła­pią'.

A wszyst­ko to to­nem wręcz ude­rza­ją­co obo­jęt­nym, bo­wiem nie była to dla nie­go kwe­stia mo­je­go losu, ale ogól­nych ru­chów ca­łej ar­mii. Mina Na­po­le­ona przy­po­mi­na­ła gra­cza w sza­chy, któ­ry wi­dząc, że gra jest prze­gra­na, uczci­wie pro­wa­dzi ją do koń­ca i mówi do sie­bie, 'No, to pora na nową par­tię'".

De­dem nie lubi Na­po­le­ona,

"po­nie­waż zruj­no­wał mój kraj. Pod Bo­ro­di­no by­łem świad­kiem jego obo­jęt­no­ści i prze­ra­ża­ją­ce­go sto­icy­zmu. Wi­dzia­łem go wście­kłe­go i za­sko­czo­ne­go pod­czas wkra­cza­nia do Mo­skwy. Te­raz był spo­koj­ny, nie oka­zy­wał zło­ści ani przy­gnę­bie­nia. Po­my­śla­łem so­bie, że był­by wiel­ki w nie­szczę­ściu i myśl ta po­go­dzi­ła mnie z nim. Tu­taj jed­nak doj­rza­łem w nim czło­wie­ka, któ­ry wi­dzi nie­szczę­ście i jest świa­do­my, w jak trud­nym znaj­du­je się po­ło­że­niu, lecz któ­re­go duch nie ugi­na się ani tro­chę i któ­ry po­wia­da so­bie: 'To po­raż­ka, z ja­kiej mu­si­my się ja­koś wy­ka­ra­skać. Jesz­cze się jed­nak spo­tka­my'".

De­dem naj­wy­raź­niej wy­ko­nu­je swo­ją mi­sję, po­nie­waż po dwóch lub trzech go­dzi­nach jaz­dy przed sie­bie, za­sko­czo­ny Du­mon­ce­au wi­dzi jak na lewo od nie­go, "za stru­my­kiem", po­ja­wia się czo­ło ja­kiejś ko­lum­ny. Col­bert wy­sy­ła więc ad­iu­tan­ta, aby spraw­dził, co to za jed­ni. Jest to jed­nak tyl­ko IV Kor­pus, cią­gną­cy dro­gą na prze­łaj, nie­wąt­pli­wie tą, któ­rą wska­zał im Na­po­le­on. Po­wró­ciw­szy, ad­iu­tant mówi Du­mon­ce­au, jak za­smu­co­na była Ar­mia Włoch, wi­dząc za­bi­tych lan­sje­rów z 2. Puł­ku, le­żą­cych na polu pod Uwa­row­sko­je, "lecz po­cie­szy­ła się za­uwa­żyw­szy, jak wie­lu było mię­dzy nimi Ko­za­ków". W tym cza­sie samo Uwa­row­sko­je, jak wszyst­kie inne wsie, sta­ło już w pło­mie­niach. Ka­pi­tan Eu­g?ne La­bau­me ze szta­bu wi­ce­kró­la do­znał szo­ku, gdy w jego ru­inach zo­ba­czył

"zwło­ki kil­ku żoł­nie­rzy lub chło­pów, a tak­że dzie­ci z po­de­rżnię­ty­mi gar­dła­mi oraz kil­ka dziew­cząt zma­sa­kro­wa­nych na miej­scu, gdzie wcze­śniej zo­sta­ły zgwał­co­ne".

Co się ty­czy wspa­nia­łe­go châte­au w Uwa­row­sko­je, któ­re, "choć zbu­do­wa­ne z drew­na, lecz peł­ne luk­su­so­wych me­bli i wy­jąt­ko­wych kan­de­la­brów mo­gło pod wzglę­dem wiel­ko­ści i wspa­nia­ło­ści rów­nać się z naj­pięk­niej­szy­mi pa­ła­ca­mi Ita­lii,", to za­dba­li już o nie ka­no­nie­rzy Eu­ge­niu­sza, umiesz­cza­jąc na par­te­rze kil­ka wo­zów z pro­chem i wy­sa­dza­jąc je w po­wie­trze. Po­tem, ma­sze­ru­jąc na Bo­rowsk, IV Kor­pus po­zo­sta­wił po swo­jej le­wej ca­łość I Kor­pu­su i dy­wi­zję ka­wa­le­rii Cha­ste­la, do któ­rej na­le­ży ar­ty­le­ria Grio­is, któ­re to jed­nost­ki mia­ły osła­niać od­wrót ar­mii w od­le­gło­ści jed­ne­go dnia mar­szu. Część ar­ty­le­rii IV Kor­pu­su, utknąw­szy na bro­dzie w Bo­row­sku, mu­sia­ła ma­sze­ro­wać ra­zem ze swo­imi wo­za­mi z pro­chem przez pło­ną­ce mia­sto, jak resz­ta kor­pu­su. Ale, po­wia­da star­szy ad­iu­tant Ce­sa­re de Lau­gier z wło­skiej Gu­ar­dia d'Ono­re,

"prze­do­sta­li­śmy się przez nie bez żad­nych in­cy­den­tów. Wszę­dzie wi­dzie­li­śmy po­rzu­co­ne z bra­ku koni po­cią­go­wych wozy amu­ni­cyj­ne. Ta­kie stra­ty na sa­mym po­cząt­ku na­sze­go od­wro­tu dały nam wy­obra­że­nie o tym, co mia­ło nas spo­tkać w nie­da­le­kiej przy­szło­ści, i to w naj­bar­dziej po­nu­rych bar­wach. A ci, któ­rzy cią­gnę­li ze sobą łupy z Mo­skwy, drże­li o swo­je skar­by".

Po opóź­nie­niu wy­wo­ła­nym na­tknię­ciem się na ogrom­ne ta­bo­ry z ba­ga­ża­mi, na­le­żą­ca do III Kor­pu­su dy­wi­zja Ra­zo­uta do­tar­ła do Wie­re­ji - od­le­głej od Mo­żaj­ska o 6 go­dzin mar­szu - oko­ło po­łu­dnia 27 paź­dzier­ni­ka... za­raz za CKG cią­gnie 25 wo­zów Skar­bu, na­pcha­nych ce­sar­ski­mi tro­fe­ami z Krem­la oraz mi­lio­na­mi zło­tych "na­po­le­onów" (mo­net dwu­dzie­sto­fran­ko­wych). Wóz od­da­ny pie­czy dwu­dzie­sto­ośmio­let­nie­go ko­mi­sa­rza woj­sko­we­go A. Bel­lo­ta de Ker­gor­re'a jest wy­jąt­ko­wo prze­ła­do­wa­ny. W wą­wo­zie tuż przed Wie­re­ją musi on za­ło­żyć ha­mul­ce na wszyst­kie czte­ry koła. Nie za­po­bie­ga to jed­nak jego roz­pę­dza­niu się i sta­cza­niu w dół blo­ko­wa­ne­go przez ar­ty­le­rię zbo­cza, a po­dob­nie mają się spra­wy ze wszyst­ki­mi in­ny­mi po­jaz­da­mi,. "Inne po­wo­zy, a na­wet wozy amu­ni­cyj­ne, wzię­ły z nas przy­kład". Sama Wie­re­ja oka­zu­je się być

"ślicz­nym, oto­czo­nym pa­li­sa­dą mia­stecz­kiem, któ­re mimo walk po­mię­dzy Po­la­ka­mi a Ro­sja­na­mi [sta­cjo­nu­ją­cy tam pol­ski gar­ni­zon zo­stał przez Ro­sjan wzię­ty przez za­sko­cze­nie i zma­sa­kro­wa­ny], nie­wie­le do­tąd ucier­pia­ło. Pech Wie­re­ji był tym więk­szy, że le­żąc tro­chę w bok od głów­nej dro­gi, jej miesz­kań­cy już wy­obra­ża­li so­bie, iż mia­stecz­ko cał­kiem unik­nie okrop­no­ści woj­ny".

Ota­cza­ją­ce ją pola zo­sta­ły wy­czysz­czo­ne do cna. "Do­brze utrzy­ma­ne ogro­dy, ob­fi­tu­ją­ce we wszel­kie moż­li­we wa­rzy­wa, zo­sta­ły w jed­nej chwi­li ogo­ło­co­ne przez na­szych żoł­nie­rzy". Lu­dzie Bon­ne­ta na­tych­miast nada­li jej mia­no Ka­pu­ścia­ne­go Mia­sta.19 Ker­gor­re jest jed­nak wzbu­rzo­ny, gdy wi­dzi

"żoł­nie­rzy krad­ną­cych de­ski ze sto­dół, w któ­rych śpią ge­ne­ra­ło­wie, tak że ci ostat­ni bu­dzą się pod go­łym nie­bem".

Choć aura jest zde­cy­do­wa­nie chłod­na, Na­po­le­on oznaj­mia: "Zima nie zwa­li się na nas jesz­cze przez osiem dni". Jak jed­nak w tym ter­mi­nie do­trzeć do bez­piecz­ne­go schro­nie­nia na le­żach zi­mo­wych w Smo­leń­sku?

Tego wie­czo­ra grze­je so­bie ręce przy ogni­sku je­den z ary­sto­kra­tycz­nych ofi­ce­rów szta­bo­wych Na­po­le­ona, do­wód­ca szwa­dro­nu hra­bia V.-E. B. Ca­stel­la­ne, ad­iu­tant hra­bie­go Lo­uisa de Na­rbon­ne'a, któ­ry z ko­lei jest ad­iu­tan­tem Ce­sa­rza. Dzień po wy­mar­szu ar­mii z Mo­skwy, Ca­stel­la­ne zo­stał wy­sła­ny z mi­sją do 1. i 2. ba­ta­lio­nu hisz­pań­skie­go Re­gi­men­tu Jó­ze­fa-Na­po­le­ona, sta­cjo­nu­ją­ce­go w Ma­łej Wiaź­mie,20 przy głów­nym trak­cie Mo­skwa - Mo­żajsk. Ca­stel­la­ne miał skon­tak­to­wać się z nimi we wspa­nia­łym domu wiej­skim księ­cia Go­li­cy­na. Ich za­da­niem mia­ła być osło­na wy­co­fu­ją­cych się na za­chód kon­wo­jów z ran­ny­mi przed na­pa­da­mi Ko­za­ków. Po prze­je­cha­niu "czter­dzie­stu mil wiej­ski­mi dro­ga­mi" Ca­stel­la­ne na­tknął się na

"puł­kow­ni­ka Bo­ur­mon­ta, bar­dzo przy­ja­zne­go czło­wie­ka, któ­ry nie­gdyś słu­żył u Szu­anów. Ostat­nie dwa lata spę­dził jed­nak w ar­mii Ce­sa­rza i cią­gle jesz­cze nie do­stał krzy­ża Le­gii, choć już go przed­sta­wia­no do tego od­zna­cze­nia. Pod swo­imi roz­ka­za­mi miał dwa ba­ta­lio­ny hisz­pań­skie­go Re­gi­men­tu Jó­ze­fa-Na­po­le­ona i dwa szwo­le­że­rów ba­war­skich".

22 paź­dzier­ni­ka siły te opu­ści­ły Małą Wiaź­mę i po­ma­sze­ro­wa­ły do wsi Ku­bin­sko­je.

"Wkrót­ce po tym, jak tam do­tar­li­śmy, po­ja­wi­li się Ko­za­cy i z okrzy­kiem "hur­ra" za­ata­ko­wa­li kon­wój z ran­ny­mi. Od­cię­ci żoł­nie­rze eskor­ty spra­wia­li się kiep­sko. Puł­kow­nik de Bo­ur­mont we­zwał swo­ich lu­dzi pod broń, ja zaś sam po­wio­złem roz­kaz do ba­war­skie­go puł­kow­ni­ka, aby wy­ko­nał szar­żę swo­ją bry­ga­dą. Od­po­wie­dział, że jego ko­nie są zbyt wy­czer­pa­ne, żeby iść ga­lo­pem. Pod­czas ca­łej tej eks­pe­dy­cji ca­łym po­żyt­kiem, jaki z nie­go mie­li­śmy, to pięć­dzie­się­ciu pie­chu­rów któ­rych co­dzien­nie od nas wy­cy­ga­niał dla ochro­ny swo­ich wy­praw po pa­szę. Przy tym, ku obu­rze­niu na­szych Hisz­pa­nów, jego lu­dzie zże­ra­li owce ze stad­ka, ja­kie Hisz­pa­nie zgro­ma­dzi­li. Po­pro­si­łem Pułk Jó­ze­fa-Na­po­le­ona, aby wy­sta­wił mi pięć­dzie­się­ciu ochot­ni­ków, z któ­ry­mi udał­bym się kil­ka mil na­przód, gdzie mo­gli­by­śmy oca­lić wię­cej [ran­nych]. Tych pięć­dzie­się­ciu gre­na­die­rów po­ma­sze­ro­wa­ło po­śpiesz­nie w kie­run­ku nie­przy­ja­cie­la. Oka­za­ło się, że oca­li­li­śmy set­kę do­brze uzbro­jo­nych lu­dzi, któ­rzy schro­ni­li się w la­sach nie od­daw­szy przed­tem ani jed­ne­go strza­łu".

Mi­nę­ło już pięć dni od tych wy­da­rzeń. Po wy­słu­cha­niu opo­wie­ści o wy­czy­nach IV Kor­pu­su pod Ma­ło­ja­ro­sław­cem, Ca­stel­la­ne i ma­jor Hisz­pa­nów Do­re­il­le roz­ma­wia­ją te­raz o swo­ich wła­snych do­świad­cze­niach. Mają z tym pew­ne trud­no­ści. Do­re­il­le mia­no­wi­cie, po­cho­dzi z Ta­ra­scon i "nie mówi po fran­cu­sku", a tyl­ko po pro­wan­sal­sku. Trzy­dzie­sto­dzie­wię­cio­let­ni Do­re­il­le opo­wia­da przy­stoj­ne­mu mło­de­mu ary­sto­kra­cie ze szta­bu Na­po­le­ona o tym, jak

"od po­cząt­ku wo­jen re­wo­lu­cyj­nych stra­cił już sze­ściu bra­ci i po­zo­stał je­dy­ną pod­po­rą swo­jej sta­rej i zu­bo­ża­łej mat­ki".

Tego śnież­ne­go po­ran­ka, 27 paź­dzier­ni­ka, na­wet eskor­ta z In­ten­dan­ce - Généra­le4 strze­gą­ca kon­wo­ju Skar­bu, zo­sta­je zmu­szo­na do po­śpiesz­ne­go wy­ru­sze­nia w dro­gę. "Ko­zac­kie ar­ma­ty zbli­ży­ły się już na od­le­głość pół strza­łu". Jed­nak Be­lot de Ker­gor­re, nie mo­gąc znieść my­śli o utra­cie swo­je­go gu­la­szu, zwłasz­cza że jego słu­żą­cy zna­leź­li gdzieś kur­cza­ka i tro­chę ce­bu­li, zwle­ka z od­jaz­dem do ostat­niej chwi­li. Za­iste, choć od opusz­cze­nia przez ar­mię Mo­skwy mi­nął za­le­d­wie ty­dzień, już za­czy­na bra­ko­wać żyw­no­ści. Na ra­zie, jak za­uwa­ża puł­kow­nik Mon­ste­qu­iou de Fe­zen­sac z 4 Puł­ku Li­nio­we­go (III Kor­pus), ist­nie­ją pod tym wzglę­dem znacz­ne róż­ni­ce mię­dzy po­szcze­gól­ny­mi jed­nost­ka­mi:

"Je­den z puł­ków trzy­mał kil­ka wo­łów, lecz nie miał chle­ba. Inny znów miał mąkę, lecz bra­ko­wa­ło mu mię­sa. Cza­sem w jed­nym i tym sa­mym puł­ku nie­któ­re kom­pa­nie przy­mie­ra­ły gło­dem, pod­czas gdy inne opły­wa­ły w do­stat­ki. A choć prze­ło­że­ni w kół­ko na­ka­zy­wa­li im dzie­lić się z in­ny­mi, to ego­izm żoł­nie­rzy prze­wa­żał i wy­naj­dy­wa­li wszel­kie spo­so­by, aby prze­chy­trzyć ofi­ce­rów i nie pod­po­rząd­ko­wać się ich wła­dzy".

Płat­nik Du­ver­ger z nie­po­ko­jem wi­dzi, że ko­nie I Kor­pu­su,

"znaj­du­ją­ce się bez prze­rwy w mar­szu, nie mają co jeść i pa­da­ją ze zmę­cze­nia i za­nie­dba­nia. Gdy koń pa­dał, ozna­cza­ło to, że szczę­ście nas nie opusz­cza. Bied­ne zwie­rzę było na­tych­miast rą­ba­ne na ka­wał­ki. Ko­ni­na jest cał­kiem zdro­wa. Jest jed­nak twar­da i włók­ni­sta. Nie­któ­rzy pre­fe­ro­wa­li koń­ską wą­tro­bę. Noce sta­wa­ły się co­raz dłuż­sze i zim­niej­sze. Sy­pia­li­śmy na mo­krej, prze­mar­z­nię­tej zie­mi. Za bi­wak ide­al­ny uwa­ża­li­śmy taki, gdzie mo­gli­śmy się wy­cią­gnąć mięk­ko na gar­st­ce sło­my wo­kół ogni­ska z su­che­go drew­na, pod osło­ną so­sno­we­go lasu. Je­śli jesz­cze zna­la­zło się tro­chę gu­la­szu z ko­ni­ny, pszen­ne­go chle­ba i flasz­ka go­rzał­ki, któ­rą pusz­cza­ło się w obieg, było to praw­dzi­we świę­to".

"Od dru­gie­go dnia od­wro­tu", opo­wia­da ostroż­ny szef szta­bu Da­vo­uta, przy­szły ma­larz ba­ta­li­sta ba­ron Lo­uis-Fra­nço­is Le­jeu­ne,

"za­czę­ła pa­dać drob­na, zim­na mżaw­ka, jak­by na do­kład­kę do na­szych cier­pień psy­chicz­nych, na­po­ty­ka­nych na tra­sie trud­no­ści i już i tak pa­skud­nej po­go­dy. Zim­ne i wil­got­ne noce na bi­wa­kach, nie­do­sta­tecz­ne od­ży­wia­nie się prza­śnym przy­dzia­ło­wym chle­bem lub nie­do­go­to­wa­ną zupą, wszyst­ko to po­wo­do­wa­ło po­ja­wia­nie się w od­dzia­łach pierw­szych ob­ja­wów de­zyn­te­rii.2 Cho­rzy nie mie­li już sił, aby na­dą­żać za swo­imi jed­nost­ka­mi i co­raz czę­ściej po­zo­sta­wa­li w tyle".

Na­wet nowy do­wód­ca 7. Puł­ku Hu­za­rów, puł­kow­nik Vic­tor Du­puy, musi wy­trzy­mać cały dzień na jed­naj fi­li­żan­ce kawy wy­pi­tej na śnia­da­nie. Jego pułk był w sa­mej szpi­cy stra­ży przed­niej przez całą dro­gę od Nie­mna do Mo­skwy. Po­tem - gło­do­wał w obo­zie pod Win­ko­wem. Nie do­sta­ły mu się choć­by okru­chy ku­li­nar­nych bo­gactw Mo­skwy. A te­raz bry­ga­da Ro­us­se­la d'Hur­ba­la z dy­wi­zji lek­kiej ka­wa­le­rii Bruy­?re­sa, wcho­dzą­cej w skład 1. Kor­pu­su Ka­wa­le­rii Nan­so­uty'ego, two­rzy straż tyl­ną IV Kor­pu­su. Przy­byw­szy na puł­ko­wy bi­wak, Du­puy prze­cha­dza się tam i z po­wro­tem obok dro­gi,

"cze­ka­jąc aż miną go ja­cyś pol­scy ma­ru­de­rzy. Ku­pi­łem tro­chę rzad­kich i wręcz po­dej­rza­nych za­pa­sów. Ka­wa­łek upie­czo­nej na wę­glach wie­przo­wi­ny, czy też kil­ka gar­ści mąki zmie­sza­nej ze sto­pio­nym śnie­giem po­mo­gły mi i moim to­wa­rzy­szom uwie­rzyć, że nie je­ste­śmy już głod­ni".

Nie­ste­ty, taka feta po­wo­du­je je­dy­nie za­bu­rze­nia żo­łąd­ko­we. Po­tem jed­nak Du­puy­owi tra­fia się praw­dzi­wa grat­ka:

"Za­uwa­ży­łem mo­je­go daw­ne­go ko­wa­la z kom­pa­nii wy­bor­czej 11. Puł­ku Sza­se­rów, na­zwi­skiem Bo­uton, obec­nie star­sze­go sier­żan­ta w Puł­ku Sza­se­rów Gwar­dii Ce­sar­skiej. Szedł z eskor­tą ja­kie­goś wozu. Za­ofe­ro­wał mi tro­chę cu­kru i kawy. Wy­rzu­ci­łem ze swo­jej wa­li­zy wszyst­ką brud­ną bie­li­znę i za­stą­pi­łem ją owy­mi za­pa­sa­mi, któ­re póź­niej bar­dzo mi się przy­da­ły. Prze­łknąw­szy rano so­lid­ną daw­kę kawy nie od­czu­wa­łem już gło­du przez cały dzień".

Wszy­scy czu­ją się co­raz bar­dziej pod­le. Zwłasz­cza pod­po­rucz­nik Pier­re Au­vray z 23. Puł­ku Dra­go­nów, ca­ły­mi go­dzi­na­mi eskor­tu­ją­cy ta­bo­ry,

"i to bez żad­nej prze­rwy od 2 nad ra­nem do 11 wie­czo­rem, był nie­ustan­nie ata­ko­wa­ny przez po­prze­bie­ra­nych za Ko­za­ków chło­pów, któ­rzy szar­żo­wa­li na ko­lum­nę, aby do­stać się do wspa­nia­łych po­jaz­dów, w ja­kie wie­lu ofi­ce­rów za­opa­trzy­ło się w Mo­skwie. Po­wo­zy te, ob­ła­do­wa­ne zło­tem, sre­brem i żyw­no­ścią, przy­cią­ga­ły szcze­gól­ną uwa­gę chło­pów, któ­rych po­ża­ry po­zba­wi­ły da­chu nad gło­wą. Każ­de­go dnia po­ry­wa­li kil­ka z nich, ra­zem z woź­ni­ca­mi, któ­rych ob­dzie­ra­li i od­sy­ła­li nam z po­wro­tem".

Ma­il­ly-Ne­sle sły­szy nowe sło­wo ję­zy­ka fran­cu­skie­go 'se démo­ra­li­ser'. Tłu­ma­czy je so­bie jako "ro­dzaj no­stal­gii". In­nym ofi­ce­rem, któ­ry za­uwa­ża po­dob­ne ob­ja­wy już od dru­gie­go dnia od­wro­tu, jest po­rucz­nik N.L. Pla­nat de la Faye, czło­wiek do wszyst­kie­go, a tak­że "głów­ny pi­sarz" ge­ne­ra­ła La­ri­bo­isi­?re'a, na­czel­ne­go do­wód­cy ar­ty­le­rii ar­mii. CKG i sztab ar­ty­le­rii do­tar­ły wła­śnie do Wie­re­ji, gdy

"po obie­dzie wszedł tam ja­kiś ofi­cer, któ­ry od rana nie miał ni­cze­go w ustach. Choć z na­tu­ry je­stem czło­wie­kiem skłon­nym do współ­czu­cia i po­zy­tyw­nie na­sta­wio­nym do wszyst­kie­go, co zwy­kle okre­śla się mia­nem ofiar­no­ści i od­da­nia, to nie sta­no­wi­łem wy­jąt­ku w ca­łym tym bar­ba­rzyń­stwie i bru­tal­nym ego­izmie",

ja­kie za­czy­na­ły brać górę wszę­dzie wo­kół mnie. "Nie mie­li­śmy ni­cze­go, aby mu za­ofe­ro­wać, poza odro­bi­ną chle­ba, czy su­cha­rów oraz kie­lisz­kiem kiep­skiej wód­ki". Po­iry­to­wa­ny ofi­cer zło­żył for­mal­ną skar­gę. Po­nie­waż od­po­wie­dzial­nym za roz­dział ra­cji żyw­no­ścio­wych jest to­wa­rzysz i przy­ja­ciel Pla­na­ta - Ho­no­ré de La­ri­bo­isi­?re - je­dy­ny ży­ją­cy z dwóch sy­nów ge­ne­ra­ła - uda­je się on do ojca, aby wy­ja­śnić sy­tu­ację. Jed­nak od cza­su śmier­ci dru­gie­go syna - Frédéri­ca - po bi­twie pod Bo­ro­di­no22 - sta­ry La­ri­bo­isi­?re jest po­grą­żo­ny w głę­bo­kiej de­pre­sji. Wszyst­ko więc, co Ho­no­ré zy­sku­je, to wście­kła po­ła­jan­ka. Jesz­cze tego sa­me­go dnia Pla­nat zdą­ży stra­cić na za­wsze in­ne­go przy­ja­cie­la, tym ra­zem z po­wo­du "ma­łe­go ka­wał­ka mię­sa, nie dość rów­no po­dzie­lo­ne­go".

Kwa­te­ra Głów­na IV Kor­pu­su spę­dzi­ła noc w ja­kiejś szo­pie w nędz­nym przy­siół­ku Al­fe­rie­wo. Je­dy­nie księ­ciu Eu­ge­niu­szo­wi i jego ge­ne­ra­łom dy­wi­zji uda­ło się zna­leźć ja­kieś lep­sze schro­nie­nie. Sztab­ska­pi­tan La­bau­me tak­że uwa­ża, że wła­śnie tego dnia mo­ra­le ar­mii za­czę­ło się roz­pa­dać. Każ­da ar­mia - jak to traf­nie za­uwa­żył nie­gdyś Na­po­le­on, lecz chy­ba zdą­żył już o tym za­po­mnieć - ma­sze­ru­je na swo­im brzu­chu. Po­rucz­nik Al­brecht von Mu­raldt z 4. Puł­ku Szwo­le­że­rów Ba­war­skich IV Kor­pu­su jest prze­ra­żo­ny, wi­dząc jak szyb­ko sze­rzą­cy się brak żyw­no­ści wpły­wa na ob­ni­że­nie po­słu­szeń­stwa i dys­cy­pli­ny woj­sko­wej:

"Żoł­nie­rze za­czy­na­li opusz­czać sze­re­gi bez ze­zwo­le­nia, a je­śli ktoś nie był obec­ny ra­zem z in­ny­mi na bi­wa­ku, to już go na­wet nie wy­wo­ły­wa­no pod­czas po­ran­ne­go ape­lu przed wy­ru­sze­niem w dal­szą dro­gę. A był to do­pie­ro po­czą­tek!".

Dwa dni póź­niej, tak­że po­rucz­nik Lo­uis-Jo­seph Vion­net, na­le­żą­cy do tak do­brze zdy­scy­pli­no­wa­ne­go do­tąd Puł­ku Fi­zy­lie­rów-Gre­na­die­rów Mło­dej Gwar­dii, za­uwa­ży, że

"żoł­nie­rzom zło­dziej­stwo za­czy­na wcho­dzić w na­wyk. Od­tąd już nic nie mia­ło być bez­piecz­ne oprócz tego, co czło­wiek miał na so­bie. Żoł­nie­rze po­tra­fi­li za­bie­rać juki z koni i garn­ki z ognisk",

co two­rzy­ło nie­ustan­ne za­gro­że­nie dla wspa­nia­łe­go, wiel­kie­go że­la­zne­go ko­cioł­ka, na­le­żą­ce­go do Le Roy'a i jego słu­żą­ce­go Ja­cqu­eta. Żoł­nie­rze za­czy­na­li już cho­wać się w le­sie, aby zjeść tych kil­ka kę­sów chle­ba, ja­kie im jesz­cze po­zo­sta­ły. Tu i ów­dzie nie­któ­re jed­nost­ki wy­da­wa­ły się jesz­cze - cu­dem ja­kimś - nie­tknię­te. Ma­il­ly-Ne­sle po­dzi­wia ze swo­je­go po­wo­zu por­tu­gal­ski pułk lek­kiej jaz­dy, nad­cią­ga­ją­cy kłu­sem przez pola. "Ich do­sko­na­ły stan, żoł­nie­rze w kasz­ta­no­wo­brą­zo­wych mun­du­rach, wy­glą­da­ją­cy na wy­po­czę­tych; ich dziar­skie, po­waż­ne, ciem­ne twa­rze wzbu­dzi­ły nasz po­dziw". Je­dy­nie skrom­ny Pion des Lo­ches zda­je się czuć wy­god­nie:

"Wie­czo­ra­mi roz­bi­ja­li­śmy nasz na­miot. Roz­bie­ra­łem się i kła­dłem na niedź­wie­dziej skó­rze, gdzie w moim śpi­wo­rze, okry­ty fu­trem, spa­łem tak zdro­wo jak zwy­kle na bi­wa­kach. Mój słu­żą­cy Lo­uvrier, sil­ny i wy­trzy­ma­ły męż­czy­zna, do­glą­dał koni.

Dzię­ki ta­kim środ­kom ostroż­no­ści, o ja­kie za­dba­łem jesz­cze w Mo­skwie, mia­łem ucier­pieć mniej niż kto­kol­wiek inny".

Tuż za Wie­re­ją wy­co­fu­ją­ca się ar­mia wpa­da na dwie dy­wi­zje Mło­dej Gwar­dii mar­szał­ka Mor­tie­ra. Opu­ści­ły one Mo­skwę, w czte­rech pią­tych le­żą­cą w po­pio­łach, o 7 rano 22 paź­dzier­ni­ka, po wy­sa­dze­niu w po­wie­trze Krem­la, z roz­ka­za­mi mar­szu na Bo­rowsk przez Wie­re­ję. Ostat­nia jed­nost­ka opu­ści­ła jed­nak mia­sto do­pie­ro o 11 wie­czo­rem. Gdy Mor­tier czy­nił jesz­cze przy­go­to­wa­nia do tego wszyst­kie­go, zda­rzy­ło się coś nad­zwy­czaj­ne­go. Oto ro­syj­ski ge­ne­rał Win­zin­ge­ro­de, do­wód­ca sił zgru­po­wa­nych na pół­noc od mia­sta, ogar­nię­ty cie­ka­wo­ścią, co też się tam dzie­je, wbił so­bie do gło­wy, żeby je od­wie­dzić. Okrył się w tym celu cy­wil­nym płasz­czem. Gdy pró­bo­wał po­ga­wę­dzić z po­ste­run­kiem 5. Puł­ku Ty­ra­lie­rów,24 do­wo­dzą­cy nim po­rucz­nik nie stra­cił gło­wy i za­aresz­to­wał ge­ne­ra­ła mimo jego "próż­nych prób oca­le­nia - twier­dze­nia, że przy­szedł tyl­ko po­ga­dać i ma­cha­nia bia­łą chu­s­tecz­ką", po czym ode­słał go do Mor­tie­ra. Ad­iu­tant Win­zin­ge­ro­de­go, nie­ja­ki ka­pi­tan Na­rysz­kin, oba­wia­jąc się o los swo­je­go sze­fa na­le­gał, aby jego tak­że wziąć do nie­wo­li.

Siły Mor­tie­ra skła­da­ły się z dy­wi­zji Mło­dej Gwar­dii ge­ne­ra­ła De­la­bor­de'a wraz z jej ar­ty­le­rią, pew­nej licz­by sa­pe­rów, bry­ga­dy pię­ciu­set ka­wa­le­rzy­stów, któ­rzy nadal mie­li ko­nie oraz po­śpiesz­nie ze­bra­nej bry­ga­dy Car­ri­?re'a, li­czą­cej ja­kieś czte­ry ty­sią­ce żoł­nie­rzy, któ­rzy już koni nie mie­li. Gdy do­łą­cza­li oni do ko­lum­ny, dr He­in­rich von Roos z 3. Puł­ku Sza­se­rów Wir­tem­ber­skich za­uwa­żył, że owe pro­wi­zo­rycz­ne jed­nost­ki są

"uzbro­jo­ne jak pie­cho­ta, w ka­ra­bi­ny za­bra­ne z ar­se­na­łu mo­skiew­skie­go. Uzbro­je­nie to wca­le im się nie po­do­ba­ło, i to do tego stop­nia, że gdy zo­ba­czy­li pa­nu­ją­cy wśród nas nie­po­rzą­dek, za­czę­li wy­rzu­cać swo­je ka­ra­bi­ny i amu­ni­cję. Każ­dy od­cho­dził so­bie gdzieś na bok z ju­ka­mi za­rzu­co­ny­mi na ple­cy, z wy­cio­rem w ręce ni­czym z la­ską, a ża­den ofi­cer nie po­tra­fił się temu prze­ciw­sta­wić".

Na­po­le­on wła­śnie zsia­dał z ko­nia, gdy przy­pro­wa­dzo­no do nie­go Win­zin­ge­ro­de­go i Na­rysz­ki­na. W jed­nej chwi­li Ce­sarz znów sta­je się tym spo­koj­nym i opa­no­wa­nym czło­wie­kiem, ta­kim, ja­kim za­wsze pa­mię­tał go De­dem. Ma do­brą pa­mięć.

"I któż pan je­steś?", wrzesz­czy na Win­zin­ge­ro­de­go, da­jąc upust wszyst­kiej swo­jej zło­ści z po­wo­du ob­ro­tu, jaki przy­bra­ła kam­pa­nia:

"Czło­wie­kiem bez oj­czy­zny! Za­wsze by­łeś pan moim oso­bi­stym wro­giem. Wal­czy­łeś prze­ciw­ko mnie u boku Au­stria­ków, po­tem ofe­ro­wa­łeś swo­je służ­by Ro­sja­nom. By­łeś pan jed­nym z głów­nych spraw­ców tej woj­ny.25 Ale prze­cież uro­dzi­łeś się pan w kró­le­stwie Wir­tem­ber­gii, w kra­jach na­le­żą­cych do Kon­fe­de­ra­cji Reń­skiej! Je­steś moim pod­da­nym! Nie je­steś pan zwy­czaj­nym wro­giem, je­steś pan bun­tow­ni­kiem i mam pra­wo po­sta­wić pana przed są­dem. Wi­dzi pan ten opusz­czo­ny kraj, Mon­sieur, te pło­ną­ce wsie? Kto po­wi­nien od­po­wie­dzieć za te wszyst­kie nie­szczę­ścia, któż jest im wi­nien? ot, tych pięć­dzie­się­ciu awan­tur­ni­ków, ta­kich jak pan, na­mó­wio­nych do zdra­dy przez An­glię, któ­ra po­tem rzu­ci­ła ich na kon­ty­nent. Zo­sta­łeś pan uję­ty z bro­nią w ręku. Mam pra­wo ka­zać pana roz­strze­lać!".

Win­zin­ge­ro­de pró­bu­je wy­ja­śniać, że po­nie­waż Fran­cu­zi i tak są o krok od opusz­cze­nia Mo­skwy, kon­ty­nu­acja dzia­łań wo­jen­nych nie ma sen­su. Pró­ba roz­mów, jaką pod­jął, mia­ła na celu unik­nię­cie bez­sen­sow­ne­go roz­le­wu krwi i prze­ciw­dzia­ła­nie dal­szym znisz­cze­niom mia­sta. Za­prze­cza, ja­ko­by był pod­da­nym Na­po­le­ona, po­nie­waż nie był w oj­czyź­nie od dzie­ciń­stwa. Je­śli słu­ży ca­ro­wi Alek­san­dro­wi, to tyl­ko z po­wo­du oso­bi­ste­go przy­wią­za­nia.

"im bar­dziej pan de Win­zin­ge­ro­de pró­bo­wał się uspra­wie­dli­wiać, w tym więk­szą złość wpa­dał Ce­sarz, któ­ry pod­niósł głos do tego stop­nia, że sły­sza­ły go na­wet od­le­głe pi­kie­ty".

Przy tej burz­li­wej roz­mo­wie obec­ny jest Cau­la­in­co­urt, któ­ry spę­dził czte­ry lata jako am­ba­sa­dor w St. Pe­ters­bur­gu i od po­cząt­ku zde­cy­do­wa­nie sprze­ci­wiał się tej woj­nie. Jest tak­że Ber­thier, któ­ry, bę­dąc w śred­nim wie­ku, za­czy­na już mieć dość wszel­kich wo­jen. Nie­co da­lej, z sza­cun­kiem sto­ją inni ofi­ce­ro­wie szta­bu.26

"Z po­cząt­ku ofi­ce­ro­wie szta­bu ce­sar­skie­go nie­co się cof­nę­li. Wszy­scy sta­li jak na szpil­kach. Spo­glą­da­jąc na sie­bie na­wza­jem, mo­gli­śmy do­strzec w oczach to­wa­rzy­szy nie­smak wy­wo­ła­ny tak przy­krą sce­ną".

Ber­thier, sto­ją­cy naj­bli­żej swo­je­go wład­cy, od­czu­wa naj­więk­szy ze wszyst­kich zgro­ma­dzo­nych nie­po­kój, co inni mogą

"od­czy­tać z jego wy­ra­zu twa­rzy. Uwa­gi, ja­kie po­czy­nił, gdy pod ja­kimś pre­tek­stem do nas się przy­łą­czył, tyl­ko to po­twier­dza­ły. Ce­sarz we­zwał żan­dar­mów, aby za­bra­li pana de Win­zin­ge­ro­de. Gdy nikt nie prze­ka­zał tego roz­ka­zu da­lej, Ce­sarz po­wtó­rzył go tak gło­śno, że z asy­stu­ją­cej pi­kie­ty na­tych­miast wy­stą­pi­ło aż dwóch żoł­nie­rzy. Wte­dy Na­po­le­on po­wtó­rzył więź­nio­wi nie­któ­re z oskar­żeń, do­da­jąc, że za­słu­gu­je na to, aby trak­to­wać go jako zdraj­cę".

Win­zin­ge­ro­de, jak­by uką­szo­ny tym sło­wem,

"choć stał do­tąd z ocza­mi wbi­ty­mi w zie­mię, na­gle ze­brał się w so­bie, uniósł gło­wę i, spo­glą­da­jąc pro­sto na Ce­sa­rza i sto­ją­cych bez­po­śred­nio obok nie­go, gło­śno po­wie­dział:

'Jak się tyl­ko panu po­do­ba, Sire, lecz nie jako zdraj­cę!'

Po czym od­szedł z wła­snej woli, po­prze­dza­jąc straż­ni­ków, któ­rzy trzy­ma­li się nie­co z tyłu"

W tej chwi­li na sce­nie po­ja­wia się Mu­rat i pró­bu­je nie­co uspo­ko­ić swo­je­go roz­wście­czo­ne­go szwa­gra, któ­ry

"szyb­ki­mi kro­ka­mi spa­ce­ru­je tam i z po­wro­tem, wzy­wa­jąc na prze­mian jed­ne­go, czy dru­gie­go spo­śród nas, aby dać upust swo­jej zło­ści. Spo­ty­ka się jed­nak wy­łącz­nie z mil­cze­niem".

Cau­la­in­co­urt, któ­ry był już świad­kiem wie­lu ta­kich ata­ków ce­sar­skiej wście­kło­ści, "nig­dy nie wi­dział go tak ro­ze­źlo­ne­go". Ży­cie Win­zin­ge­ro­de­go jest wy­raź­nie za­gro­żo­ne. Ge­ne­rał Jean Rapp, ulu­bio­ny ad­iu­tant Ce­sa­rza, "jest pe­wien, że po­padł­by w de­spe­ra­cję, gdy­by ten roz­kaz, naj­wy­raź­niej po­dyk­to­wa­ny sza­leń­czą wście­kło­ścią, miał zo­stać wy­ko­na­ny". Do­łą­cza więc do in­nych w pró­bach ubła­ga­nia wład­cy, aby od­ro­czył jego wy­ko­na­nie. To z ko­lei do­pro­wa­dza je­dy­nie dp tego, że z ust Na­po­le­ona pa­da­ją jesz­cze cięż­sze oskar­że­nia pod ad­re­sem szlach­ty ro­syj­skiej, "któ­ra wcią­gnę­ła Alek­san­dra do tej woj­ny:

'cię­żar tej woj­ny spad­nie na tych, co ją spro­wo­ko­wa­li. Na wio­snę ru­szę do St. Pe­ters­bur­ga i wrzu­cę to mia­sto do Newy'".

Ber­thier, "cał­kiem nie­swój", wy­sy­ła ad­iu­tan­ta do żan­dar­me­rii wy­bor­czej przy kwa­te­rze głów­nej z roz­ka­zem, aby jeń­ców trak­to­wa­no w spo­sób wła­ści­wy. Ségur po­wia­da,27 że "wszy­scy spie­szy­li się, żeby od­wie­dzić wzię­te­go do nie­wo­li ge­ne­ra­ła, po­cie­szyć go i wy­ra­zić swo­je współ­czu­cie". Ani Ber­thier, ani Cau­la­in­co­urt

"nie wi­dzie­li do­tąd, by Ce­sarz do tego stop­nia stra­cił pa­no­wa­nie nad sobą. Nie­opo­dal mo­gli­śmy doj­rzeć duży, ład­ny bu­dy­nek. Na­po­le­on wy­słał dwa szwa­dro­ny, aby zdo­by­ły go i spa­li­ły, do­da­jąc: 'Je­śli ci bar­ba­rzyń­cy tak lu­bią pa­lić wła­sne mia­sta, to mu­si­my im w tym tro­chę po­móc'".

Ta­kie po­stę­po­wa­nie Ce­sa­rza zda­je się Cau­la­in­co­ur­to­wi szcze­gól­nie szo­ku­ją­ce:

"Był to je­den je­dy­ny raz, gdy sły­sza­łem, aby Ce­sarz wy­dał taki roz­kaz. Z za­sa­dy pró­bo­wał za­po­biec ta­kim znisz­cze­niom, jako że szko­dzi­ły one in­te­re­som pry­wat­nym i ruj­no­wa­ły in­dy­wi­du­al­nych oby­wa­te­li. Ce­sarz wró­cił do Wie­re­ji przed za­pad­nię­ciem nocy. We wio­sce nie po­zo­stał ani je­den miesz­ka­niec".

Tak­że i ma­jor Bau­dus, ad­iu­tant Bes­si­?re­sa, uwa­żał oglą­da­ną sce­nę za "jesz­cze je­den do­wód, iż Ce­sarz do­sko­na­le uzmy­sła­wiał so­bie głę­bię prze­pa­ści, na któ­rej kra­wędź dał się do­pro­wa­dzić". Ran­ne­mu Rap­po­wi, jak i ca­łe­mu szta­bo­wi żal jest "zdraj­cy" i ra­dzi by uczy­nić dla nie­go wszyst­ko co moż­li­we. Po­dob­ne uczu­cia ży­wią wo­bec jego lo­jal­ne­go i peł­ne­go po­świę­ce­nia ad­iu­tan­ta. Na­rysz­ki­no­wi, po­wia­da De­dem, "oka­za­no szcze­gól­ne wzglę­dy".

Na­po­le­on za­zwy­czaj nie zwra­ca naj­mniej­szej uwa­gi na po­glą­dy Ber­thie­ra - jego ro­bo­ta to po pro­stu wcie­la­nie w ży­cie roz­ka­zów swo­je­go na­czel­ne­go do­wód­cy. Te­raz jed­nak na­wet Ber­thier od­wa­ża się za­uwa­żyć, że Win­zin­ge­ro­de w isto­cie nie jest pod­da­nym Ce­sa­rza. Wspól­nie z Cau­la­in­co­ur­tem na­ma­wia Mu­ra­ta, aby ten za­mie­nił jesz­cze słów­ko ze swo­im szwa­grem. Cau­la­in­co­urt zdą­żył już wła­ści­wie nie­co ochło­nąć i stał się spo­koj­niej­szy o osta­tecz­ny re­zul­tat ca­łej afe­ry, któ­ry za­pew­ne bę­dzie "pro­por­cjo­nal­ny do za­kło­po­ta­nia Ce­sa­rza. Ksią­żę­ta, po­dob­nie jak inni lu­dzie, mają w koń­cu su­mie­nie, któ­re każe im na­pra­wiać wy­rzą­dzo­ne zło". Wresz­cie ko­niu­szy zo­sta­je we­zwa­ny.

"Czy ku­rier już przy­był?", pyta Na­po­le­on.

Ta­kie py­ta­nie to do­bry omen. Ce­sarz wie prze­cież bar­dzo do­brze, że jest jesz­cze na to za wcze­śnie,28 wy­glą­da zresz­tą na "znacz­nie spo­koj­niej­sze­go". Nadal jed­nak musi dać upust swo­jej zło­ści. Cau­la­in­co­urt po­spiesz­nie się zga­dza, że za­cho­wa­nie Win­zin­ge­ro­de­go było istot­nie "wiel­ce nie­ty­po­we", ale Jego Ce­sar­ska Mość "po­trak­to­wał jeń­ca tak ostro, że do­dat­ko­wa kara jest już zbęd­na?". Czyż więk­sza su­ro­wość nie bę­dzie wy­glą­dać je­dy­nie jak akt oso­bi­stej ura­zy wo­bec cara, któ­re­go ad­iu­tan­tem jest Win­zin­ge­ro­de? Cau­la­in­co­urt po­zwa­la so­bie na uwa­gę, że wład­cy

"'nie po­trze­bu­ją prze­cież oso­bi­ście brać się za bary, gdy wy­strze­lo­no już tyle po­ci­sków'.

Ce­sarz za­czął się śmiać i de­li­kat­nie uszczyp­nął mnie w ucho, co miał w zwy­cza­ju czy­nić, gdy pró­bo­wał zy­skać czy­jąś przy­chyl­ność.

'Masz ra­cję. Ale ten Win­zin­ge­ro­de to ciem­ny ty­pek, in­try­gant, taj­ny agent rzą­du lon­dyń­skie­go. Alek­san­der źle zro­bił, czy­niąc go swo­im ad­iu­tan­tem'".

Jed­nak on, Na­po­le­on, nie po­peł­ni po­dob­ne­go błę­du i nie po­trak­tu­je jeń­ca źle.

"'Już wo­lał­bym, aby schwy­ta­li ja­kie­goś Ro­sja­ni­na. Ci cu­dzo­ziem­cy słu­żą­cy temu, kto za­ofe­ru­je im naj­wię­cej, to kiep­ski na­by­tek. To ze wzglę­du na Alek­san­dra tak się nim in­te­re­su­jesz? No, do­brze, już do­brze, nie zro­bi­my mu krzyw­dy'.

Ce­sarz klep­nął mnie de­li­kat­nie w po­li­czek, co było u nie­go ty­po­wą ozna­ką sym­pa­tii... od sa­me­go po­cząt­ku wi­dzia­łem, że szu­ka tyl­ko pre­tek­stu, aby wy­co­fać się z wy­po­wie­dzia­nych słów".

I rze­czy­wi­ście, Na­po­le­on po­wia­da Cau­la­in­co­ur­to­wi, aby "spró­bo­wał na­mó­wić Na­rysz­ki­na na spo­ży­cie z nami obia­du". Co się zaś ty­czy Win­zin­ge­ro­de­go to, po­wia­da,

"'Ode­ślę go do Fran­cji, i to pod do­brą eskor­tą, aby nie za­czął znów in­try­go­wać po ca­łej Eu­ro­pie z dwo­ma lub trze­ma in­ny­mi za­pa­leń­ca­mi jego po­kro­ju'".

Przy obie­dzie Na­po­le­on zwra­ca się do Na­rysz­ki­na:

"'Jak się pan na­zy­wasz?'

'Na­rysz­kin', od­parł mło­dy ofi­cer.

'Na­rysz­kin! Szko­da, że z ta­kim na­zwi­skiem je­steś pan ad­iu­tan­tem zdraj­cy'".

"Ta­kie gru­biań­stwo wiel­ce nas wzbu­rzy­ło", po­wia­da Rapp, "i sta­ra­li­śmy się ze wszyst­kich sił, aby gość pu­ścił to mimo uszu". Na­po­le­on, cią­gle zwra­ca­jąc się do Na­rysz­ki­na, mówi mu jak do­sko­na­ły jest te­raz mo­ment do za­war­cia ho­no­ro­we­go po­ko­ju, gdy "ar­mia fran­cu­ska jak­by się wy­co­fu­je". Naj­wy­raź­niej za­mie­rza wy­słać Na­rysz­ki­na do Alek­san­dra.

Czy ten spo­kój jest tyl­ko uda­wa­ny, a na­pad wście­kło­ści był praw­dzi­wym wy­bu­chem fu­rii i roz­cza­ro­wa­nia? Czy może od­wrot­nie? "Kło­pot z Na­po­le­onem", pi­sze Cau­la­in­co­urt, "po­le­gał na tym, że ani na chwi­lę nie prze­sta­wał od­gry­wać wiel­kie­go ce­sa­rza". Wresz­cie Ce­sarz zmie­nia zda­nie od­no­śnie tego, co zro­bić z Na­rysz­ki­nem. Na­stęp­ne­go dnia obaj jeń­cy zo­sta­ją ode­sła­ni na czo­ło ko­lum­ny, aby ru­szyć do Fran­cji w to­wa­rzy­stwie ofi­ce­ra i żan­dar­ma z jed­no­stek wy­bor­czych. Cau­la­in­co­urt, któ­ry zdą­żył już dać Na­rysz­ki­no­wi tro­chę pie­nię­dzy, wy­sy­ła za nim swe­go słu­żą­ce­go z jed­nym ze swo­ich płasz­czów, aby za­bez­pie­czyć go przed co­raz bar­dziej da­ją­cym się we zna­ki zim­nem.

Dy­wi­zja De­la­bor­de'a jest w do­brej kon­dy­cji, co moc­no kon­tra­stu­je z bra­kiem dys­cy­pli­ny, pa­nu­ją­cym wśród 4000 spie­szo­nych ka­wa­le­rzy­stów. Tyl­ko wiel­ce wy­kształ­co­ny tłu­macz ge­ne­ra­ła, po­rucz­nik Paul de Bo­ur­go­ing, nosi ja­kieś dzi­wacz­ne na­kry­cie gło­wy. Stra­ciw­szy, ja­kimś nie­zna­nym spo­so­bem, swój ka­pe­lusz w przed­dzień opusz­cze­nia Mo­skwy, mu­siał za­stą­pić go czep­kiem le­kar­skim. Ra­zem z nim cią­gle prze­by­wa jego wier­ny i przed­się­bior­czy słu­żą­cy Vic­tor, zu­cho­wa­ty, trzy­na­sto­let­ni ulicz­nik pa­ry­ski, któ­ry go­rą­co pra­gnął za­cią­gnąć się jako do­bosz, lecz zo­stał skre­ślo­ny z po­wo­du swo­jej zbyt drob­nej po­stu­ry, a któ­re­go Bo­ur­go­ing za­brał ze sobą z czy­stej uprzej­mo­ści, jako swo­je­go "fi­li­stra". Sam ge­ne­rał De­la­bor­de tak­że ob­da­rzo­ny jest szczo­drą i go­ścin­ną na­tu­rą. Jego małe "go­spo­dar­stwo" roz­ro­sło się ostat­nio, gdy za­brał ze sobą z Mo­skwy czte­rech fran­cu­skich cy­wi­lów oraz dwie ak­tor­ki z tam­tej­sze­go Te­atru Fran­cu­skie­go. A jesz­cze do­szedł do tego pe­wien ma­larz na­zwi­skiem La­van­pier­re, oraz gu­wer­ner ("uczo­ny gra­ma­tyk") na­zwi­skiem Lar­dil­lon. Ma­da­me An­tho­ny, jed­na z ak­to­rek, jest pew­na, że już nie uj­rzy Fran­cji i czę­sto z tego po­wo­du za­le­wa się łza­mi.29 "W dniu, gdy opusz­cza­li­śmy Wie­re­ję", cią­gnie Pla­nat de la Faye,

"za­czę­ły się na­sze kło­po­ty spo­wo­do­wa­ne ogrom­ną ilo­ścią bez­u­ży­tecz­nych po­wo­zów, ja­kie ob­cią­ża­ły ar­mię. W cia­śni­nach, żan­dar­me­ria woj­sko­wa oraz ofi­ce­ro­wie ar­ty­le­rii wy­wró­ci­li i po­roz­bi­ja­li kil­ka ta­kich po­wo­zów na po­bo­czach dro­gi. Szcze­gól­nie bez­li­to­śni byli wo­bec wo­zów mar­kie­tań­skich, któ­re nie na­le­ża­ły do żad­ne­go puł­ku. Gdy wy­wró­ci­li je­den z nich, wy­pa­dła z nie­go wspa­nia­ła har­fa oraz opraw­ne w skór­kę ma­ro­kań­ską i zło­co­ne na grzbie­tach książ­ki, co wy­wo­ła­ło wiel­ki wy­buch śmie­chu u wszyst­kich przy tym obec­nych".

Ko­niecz­no­ścią sta­je się tak­że po­rzu­ca­nie co­raz więk­szej licz­by ar­mat i wo­zów amu­ni­cyj­nych. Cią­gną­ce je ko­nie mają do je­dze­nia je­dy­nie za­ple­śnia­łe strze­chy z drew­nia­nych par­te­ro­wych chat. Pion des Lo­ches jest zszo­ko­wa­ny, wi­dząc jak

"do­wo­dzą­cy ofi­ce­ro­wie par­ko­wa­li po­rzu­ca­ne wozy amu­ni­cyj­ne na po­bo­czu i pa­li­li je. Żoł­nie­rze po­rzu­ca­li swo­ją broń i tor­ni­stry, aby lżej im się ma­sze­ro­wa­ło".

Po­my­ślał so­bie, że wkrót­ce ar­mia nie bę­dzie na­wet w sta­nie się obro­nić.

Do strasz­nych wy­da­rzeń do­szło wie­czo­rem 28 paź­dzier­ni­ka, gdy do Wie­re­ji do­tarł kor­pus Da­vo­uta. Kul­tu­ral­ny i ludz­ki Grio­is bar­dzo się nimi wzbu­rzył:

"Przy wej­ściu do mia­sta, na lewo od dro­gi za­trzy­ma­ło się kil­ka ba­ta­lio­nów pie­cho­ty. Przed ich fron­tem uj­rza­łem ge­ne­ra­ła dy­wi­zji Frie­de­rich­sa, jak na­ka­zy­wał swo­im lu­dziom, aby trzech ro­syj­skich chło­pów, któ­rych wła­śnie schwy­ta­li, od­pro­wa­dzi­li gdzieś na bok i za­bi­li. Za­drża­łem, gdy usły­sza­łem, jak na cały głos wy­krzy­ki­wał te roz­ka­zy. Chło­pi my­śle­li, że są od­pro­wa­dza­ni na ja­kiś po­ste­ru­nek, gdzie po­zo­sta­ną pod stra­żą. Cią­gle jesz­cze ich wi­dzę - w tych dłu­gich sza­rych płasz­czach i czap­kach z suk­na, na któ­rych na­szy­te mie­li grec­kie krzy­że - jak bez­na­mięt­nie szli na śmierć, nie wie­dząc jaki los jest im pi­sa­ny".

Czy to wła­śnie owe krzy­że na czap­kach re­kru­tów opoł­cze­ni­ja po­wo­do­wa­ły, że w ra­zie schwy­ta­nia gro­zi­ła im śmierć? Naj­wy­raź­niej Fre­de­richs tak uwa­ża. Mu­sie­li ujść tyl­ko ze czter­dzie­ści kro­ków

"od ge­ne­ra­ła, któ­ry od­pro­wa­dzał ich wzro­kiem. Sły­sza­łem ich krzy­ki. Cała trój­ka otrzy­ma­ła po cio­sie ba­gne­tem w sła­bi­znę tuż przed wej­ściem do ja­kie­goś ma­łe­go, sło­mia­ne­go sza­ła­su. Le­że­li tam wszy­scy trzej, aż wresz­cie pod­ło­żo­ny pod sza­łas ogień zdu­sił ich jęki. Tego ge­ne­ra­ła Fre­de­rich­sa zna­łem tyl­ko z wi­dze­nia. Z pew­no­ścią był on jed­nym z naj­przy­stoj­niej­szych męż­czyzn w ar­mii. Owo od­ra­ża­ją­ce wy­da­rze­nie spo­wo­do­wa­ło jed­nak, że od­tąd za­wsze wspo­mi­na­łem go ze zgro­zą".30

Choć Gwar­dia ma­sze­ru­je na sa­mym cze­le, to na­wet i ona wy­peł­nia roz­ka­zy na­ka­zu­ją­ce pa­lić wszyst­ko po dro­dze, po­zo­sta­wia­jąc III, IV i V Kor­pu­so­wi "spa­le­nie tych kil­ku dom­ków, ja­kie po­zo­sta­wia za sobą". Ta­kie po­stę­po­wa­nie po­wo­du­je, że idą­cy w tyl­nej stra­ży I Kor­pus nie znaj­du­je dla sie­bie żad­ne­go schro­nie­nia. Te­goż wie­czo­ra Da­vo­ut pi­sze z Wie­re­ji list do Ber­thie­ra i pro­si Naj­ja­śniej­sze­go Pana

"o wy­da­nie wszel­kich po­trzeb­nych roz­ka­zów, aby od­dzia­ły ma­sze­ru­ją­ce przed stra­żą tyl­ną nie pa­li­ły wio­sek i nie nisz­czy­ły w ten spo­sób tak bar­dzo po­trzeb­nych jej za­so­bów".

Mar­sza­łek po­zwa­la so­bie na­wet za­zna­czyć, że "za spa­le­nie wio­sek po­win­na od­po­wia­dać straż tyl­na, i czy­nić to wte­dy, kie­dy je opusz­cza". I do­da­je: "Ar­mia Ce­sa­rza wiel­ce na tym sko­rzy­sta". Roz­kaz pa­le­nia wio­sek, po­wia­da Grios, zo­stał więc uchy­lo­ny. Ale prak­ty­ka była nadal kon­ty­nu­owa­na.

Wy­glą­da na to, że jed­nak nie za­wsze. Oto wła­śnie oca­la­ła ja­kaś spo­ra wieś i te­raz 85. Puł­ko­wi przy­cho­dzi ją spa­lić: "Choć ofe­ro­wa­ła nam przy­zwo­ite schro­nie­nie, to jed­nak pu­ści­li­śmy ją z dy­mem. Po­nie­waż wieś po­ło­żo­na była w do­lin­ce, za­trzy­ma­li­śmy się na jej zbo­czu, gdy pło­nę­ła. Na prze­ciw­le­głym sto­ku stał już nie­przy­ja­ciel, z obo­jęt­no­ścią ob­ser­wu­jąc dzie­ło znisz­cze­nia".

Tego sa­me­go dnia "pod­pa­lo­no i wy­sa­dzo­no w po­wie­trze kil­ka wo­zów amu­ni­cyj­nych. Z pew­nej od­le­gło­ści, wy­bu­cha­ją­ce je­den po dru­gim kar­ta­cze, przy­po­mi­na­ły od­gło­sy bi­twy".

Co się ty­czy sa­mej Wie­re­ji, tego oto­czo­ne­go pa­li­sa­dą mia­stecz­ka, któ­re­go roz­ko­szy ku­li­nar­nych Le Roy po­pró­bo­wał, gdy ze spo­rym od­dział­kiem od­wie­dził je w bar­dziej sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach, tuż przed do­tar­ciem do Mo­skwy,31 to "choć jego ogro­dy do­star­czy­ły nam jesz­cze tro­chę wa­rzyw, samo mia­stecz­ko już nie ist­nia­ło".

I Kor­pus jest wła­śnie w dro­dze z po­czer­nia­łych ruin Wie­re­ji w kie­run­ku Mo­żaj­ska, gdzie, jak wszy­scy wie­dzą, wkro­czy na głów­ny trakt Mo­skwa - Smo­leńsk, gdy na­gle 85 Pułk zo­sta­je

"nie­mal okrą­żo­ny przez jaz­dę nie­przy­ja­cie­la. Wy­glą­da­ło na to, że za­mie­rza­ją się od nas od­cze­pić. Wte­dy to wła­śnie zde­cy­do­wa­li­śmy się po raz pierw­szy zro­bić uży­tek z na­szych puł­ko­wych czte­ro­fun­tó­wek, któ­re trzy­ma­ły nie­przy­ja­cie­la na bu­dzą­cy re­spekt dy­stans".

Po Wie­re­ji nad­cho­dzi ko­lej na Mo­żajsk. "51 dni temu prze­cho­dzi­li­śmy przez to mia­sto jako zwy­cięz­cy. Od tego cza­su po­zo­sta­wa­ło oku­po­wa­ne przez smęt­ne reszt­ki west­fal­skie­go VIII Kor­pu­su. Jego do­wód­ca, ge­ne­rał Ju­not, jako ten co prze­grał Na­po­le­ono­wi kam­pa­nię pod Wa­lu­ty­ną Górą,32 otrzy­mał za­kaz po­ja­wia­nia się na Krem­lu. Non­sza­lanc­kie i sa­mo­lub­ne na­sta­wie­nie szta­bu Ju­no­ta spo­wo­do­wa­ło, że w Mo­żaj­sku za­gło­dzi­ło się na śmierć wie­lu ran­nych spod Bo­ro­di­no,33 i to po­mi­mo he­ro­icz­nej po­sta­wy ko­mi­sa­rza Ker­gor­re'a, któ­ry nie słu­chał roz­ka­zów i czy­nił wszel­kie wy­sił­ki, aby ich na­kar­mić, i po­mi­mo ob­fi­tych zbio­rów. Te­raz jed­nak trze­ba zna­leźć miej­sce na środ­kach trans­por­to­wych ar­mii dla tych dwóch ty­się­cy ran­nych, któ­rzy prze­trwa­li i za­peł­nia­ją po­zo­sta­ją­ce jesz­cze w Mo­żaj­sku bu­dyn­ki. Co się sta­ło z tymi dwu­stu wo­za­mi, ja­kie zo­sta­ły spro­wa­dzo­ne z Mo­skwy spe­cjal­nie do tego celu?

"Opusz­cza­jąc Mo­skwę już za­peł­nio­ne ucho­dzą­cy­mi ko­bie­ta­mi i dzieć­mi, po­jaz­dy mu­sia­ły jesz­cze za­brać żoł­nie­rzy ran­nych pod Win­ko­wem i Ma­ło­ja­ro­sław­cem. A te­raz jesz­cze ci w Mo­żaj­sku!".

Po­śpiesz­nie zo­sta­ją wy­no­sze­ni i ukła­da­ni na wozy i wóz­ki.

"Wle­cze­ni przez lu­dzi ze szpi­ta­li, umiesz­cza­ni byli gdzie się tyl­ko dało: na gór­nych ław­kach, na przod­kach, na umiesz­czo­nych z tyłu po­wo­zów ku­frach, na sie­dze­niach, w wo­zach z pa­szą. Byli na­wet pa­ko­wa­ni na da­chy wo­zów, je­śli pod nimi nie było już miej­sca. Moż­na so­bie wy­obra­zić wi­dok, jaki przed­sta­wia­ły na­sze kon­wo­je. Ci z ran­nych, któ­rzy byli naj­sła­biej za­bez­pie­cze­ni, spa­da­li z wo­zów przy naj­mniej­szym wstrzą­sie. Woź­ni­ce nie zwra­ca­li na nich uwa­gi. Zaś po­wo­żą­cy ko­lej­nym wo­zem, je­śli na­wet nie za­ga­pił się, nie był pi­ja­ny, czy też nie od­da­lił się od koni, to z sa­mej oba­wy przed za­trzy­ma­niem się i utra­ce­niem miej­sca w ko­lej­ce, prze­jeż­dżał bez li­to­ści po cie­le nie­szczę­śni­ka".

Po­go­da jest ład­na, choć wie­je chło­dem. "Na szczę­ście ostry mróz ochro­nił nas przed za­ra­zą, jaka w prze­ciw­nym ra­zie nie­wąt­pli­wie mu­sia­ła­by wy­buch­nąć z po­wo­du wiel­kiej licz­by mar­twych lu­dzi i koni". Mimo to, CKG ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa omi­ja mia­sto z da­le­ka i praw­do­po­dob­nie ani Pla­nat, ani Ho­no­ré La­ri­bo­isi­?re nie od­wie­dza­ją tego "miej­sca w zruj­no­wa­nym mu­rze miej­skim", gdzie zło­ży­li do­cze­sne szcząt­ki mło­de­go Fer­dy­nan­da.34 Czy cho­ciaż rzu­ca­ją okiem w tam­tym kie­run­ku? Pla­nat po­wia­da, że nig­dy nie za­po­mni lo­ka­li­za­cji tego gro­bu.

Gdy na­za­jutrz puł­ki Da­vo­uta tak­że "ob­cho­dzą Mo­żajsk, aby unik­nąć po­ża­rów ostat­nich, wła­śnie pod­pa­lo­nych do­mów", wi­dzą w koń­cu je­dy­nie wie­żę cer­kiew­ną - "bia­łą wśród kłę­bów czar­ne­go dymu" - jak stoi sa­mot­nie, a "jej ze­gar cią­gle wy­bi­ja go­dzi­ny dla nie­ist­nie­ją­ce­go już mia­sta".

2PONOWNE ODWIEDZINY BORODINO

Przy łóż­ku Na­po­le­ona - po­nu­re pola Bo­ro­di­no - "prze­kli­na­jąc woj­nę prze­wi­dy­wał, że kie­dyś Na­po­le­on tak­że zo­sta­nie po­rzu­co­ny" - bez­li­to­sne wi­wan­dier­ki wy­rzu­ca­ją ran­nych do ro­wów - kto za­strze­lił jeń­ców ro­syj­skich? - Le­jeu­ne oca­lił wła­sną sio­strę - straż tyl­na Da­vo­uta w Mo­na­sty­rze Ko­łoc­kim - nie­spo­dzie­wa­na grat­ka w Gżac­ku - bo­ha­ter­ski ka­ra­bi­nier - Grio­is bro­ni swo­je­go wóz­ka - zde­wa­sto­wa­ne wsie - ban­da ra­bu­siów puł­kow­ni­ka Cho­pi­na - usłuż­ny Ro­sja­nin

Spę­dziw­szy śro­do­wy wie­czór 28 paź­dzier­ni­ka (w tę samą śro­dę, któ­rą Da­vo­ut spę­dza w Wie­re­ji) w zruj­no­wa­nym cha­te­âu w Uspien­sko­je, tuż za Mo­żaj­skiem, o dru­giej nad ra­nem Na­po­le­on po­sy­ła po Cau­la­in­co­ur­ta. "Ce­sarz był w łóż­ku". Na­ka­zaw­szy Wiel­kie­mu Ko­niu­sze­mu, aby upew­nił się, że drzwi są do­brze za­mknię­te, Na­po­le­on po­wia­da mu, żeby usiadł przy łóż­ku. "Coś ta­kie­go nie le­ża­ło w jego zwy­cza­ju".

Do­cho­dzi do dłuż­szej kon­wer­sa­cji. Ce­sarz pro­si Cau­la­in­co­ur­ta, aby szcze­rze mó­wił, co my­śli na te­mat po­wsta­łej sy­tu­acji. Do­świad­czo­ny - po czte­rech zi­mach spę­dzo­nych na sta­no­wi­sku am­ba­sa­do­ra w St. Pe­ters­bur­gu - Cau­la­in­co­urt prze­wi­du­je skut­ki cięż­kich mro­zów i przy­po­mi­na mu o "od­po­wie­dzi, ja­kiej po­dob­no miał udzie­lić Alek­san­der po otrzy­ma­niu pro­po­zy­cji po­ko­jo­wych [prze­ka­za­nych mu] z Mo­skwy: 'Moja kam­pa­nia do­pie­ro się za­czy­na'".1 Alu­zja ta iry­tu­je Na­po­le­ona, jak zresz­tą każ­da wzmian­ka na te­mat oso­bi­stej zna­jo­mo­ści i przy­jaź­ni Cau­la­in­co­ur­ta z ca­rem:

"'Twój pro­rok Alek­san­der my­lił się wię­cej niż je­den raz', od­parł Ce­sarz. Od­po­wiedź ta nie przy­szła mu jed­nak lek­ko. Uwa­żał też, że wyż­sza in­te­li­gen­cja jego żoł­nie­rzy po­zwo­li im ja­koś ochro­nić się przed zim­nem - po­tra­fią oni przed­się­wziąć ta­kie same środ­ki za­rad­cze jak Ro­sja­nie, a na­wet je ulep­szyć".

A poza tym są prze­cież jesz­cze "pol­scy Ko­za­cy", któ­rych am­ba­sa­dor Pradt2 z pew­no­ścią zwo­łu­je w War­sza­wie. Ce­sarz spo­dzie­wa się, że lada dzień na­tknie się na pierw­sze ich od­dzia­ły - ja­kieś 1500 do 2000 żoł­nie­rzy. To cał­ko­wi­cie zmie­ni sy­tu­ację. Osła­nia­jąc ar­mię na skrzy­dłach, po­zwo­lą jej wy­po­cząć i zna­leźć po­ży­wie­nie. Cau­la­in­co­urt od­no­to­wu­je nie­ule­czal­ny - jak się wy­da­je - opty­mizm Na­po­le­ona. Po go­dzi­nie spę­dzo­nej na ga­da­niu o tym i owym, Ce­sarz na­gle po­ru­sza naj­waż­niej­szą kwe­stię. Jest "moż­li­we, na­wet praw­do­po­dob­ne", że gdy "znaj­dzie dla ar­mii ja­kąś kon­kret­ną, so­lid­ną po­zy­cję", to opu­ści ją i wró­ci do Pa­ry­ża. Co Cau­la­in­co­urt są­dzi o tym po­my­śle? Jaki wpływ bę­dzie to mia­ło na mo­ra­le? Cau­la­in­co­urt, któ­ry prze­cież nie jest by­najm­niej ty­pem po­ta­ki­wa­cza, zga­dza się, że jest to do­sko­na­ły po­mysł, naj­lep­szy spo­sób na re­or­ga­ni­za­cję ar­mii i dal­sze utrzy­ma­nie Eu­ro­py w gar­ści. Ce­sarz mógł­by da­to­wać roz­ka­zy dzien­ne z Tu­ile­ries, po­dob­nie jak de­kre­ty, po­wi­nien jed­nak sta­ran­nie wy­brać wła­ści­wy mo­ment wy­jaz­du. "Gdy Ce­sarz mnie zwol­nił, była go­dzi­na 5:30".

Gdy­by tak opu­ści­li Mo­skwę czter­na­ście dni wcze­śniej, za­miast tkwić w niej bez­czyn­nie i cze­kać na po­ko­jo­we pro­po­zy­cje cara! Oto co my­śli wie­lu żoł­nie­rzy, gdy po­wo­li do­cie­ra­ją do głów­ne­go trak­tu smo­leń­skie­go. By­li­by już te­raz bez­piecz­nie ukry­ci za śre­dnio­wiecz­ny­mi mu­ra­mi Smo­leń­ska - na któ­rych na­wet dwu­na­sto­fun­tów­ki Wiel­kiej Ar­mii nie uczy­ni­ły więk­sze­go wra­że­nia - ży­jąc so­bie do­stat­nio z za­so­bów tam­tej­szych, do­brze za­opa­trzo­nych ma­ga­zy­nów, chro­nie­ni przez IX Kor­pus mar­szał­ka Vic­to­ra! Co praw­da, za­mar­z­nię­ty Dniepr nie sta­no­wił­by już so­lid­nej li­nii obro­ny. Nikt jed­nak nie wąt­pi, że ar­mia zdo­ła­ła­by bro­nić się tam do wio­sny dzię­ki ob­sa­dze­niu lek­ką pie­cho­tą ota­cza­ją­cych mia­sto wzgórz. Na­wet je­śli przy­szło by cze­kać pięć lub sześć mie­się­cy! Do tego cza­su nad­cią­gnął­by już XI (re­zer­wo­wy) Kor­pus mar­szał­ka Au­ge­re­au, Au­stria­cy Szwar­cen­ber­ga, co ra­zem z wie­lo­ma ty­sią­ca­mi "pol­skich Ko­za­ków" cał­ko­wi­cie zmie­ni­ło­by po­ło­że­nie ar­mii. A gdy­by car nie zdą­żył za­wrzeć po­ko­ju, to - cze­mu nie - po­ma­sze­ro­wa­li­by­śmy na Pe­ters­burg. Też prze­cież moż­na go spa­lić!

Ale z Mo­żaj­ska do Smo­leń­ska jest osiem­dzie­siąt lig,3 do­brze po­nad dwie­ście mil.

Gdzie się przez ten czas po­dzie­wał Ku­tu­zow? Ze wszyst­kich ro­dza­jów bro­ni naj­szyb­ciej top­nie­je ka­wa­le­ria. Na przy­kład 2. Pułk Hu­za­rów Pru­skich, w któ­rym słu­ży po­rucz­nik von Kalc­kreuth - a któ­ry tak wspa­nia­le spi­sał się w lip­cu pod Ostrow­nem4 - li­czy so­bie te­raz za­le­d­wie dwu­dzie­stu żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów. A bez roz­po­zna­nia ka­wa­le­ryj­skie­go ar­mia sta­je się śle­pa i głu­cha. Nie może więc nic wie­dzieć o ru­chach Ku­tu­zo­wa. W isto­cie jego głów­ne siły od­da­lo­ne są od Fran­cu­zów o ja­kieś 30 do 40 mil na po­łu­dnie, kie­ru­jąc się dro­gą na Me­dyń (gdzie 30 paź­dzier­ni­ka Wil­son z ra­do­ścią od­no­tu­je w swo­im dzien­ni­ku: "Ko­za­cy po­ko­na­li straż przed­nią księ­cia Po­nia­tow­skie­go"). Na ra­zie jed­nak, "an­giel­ski ge­ne­rał", jak nie­odmien­nie pi­sze o so­bie Wil­son, wręcz wy­cho­dzi z sie­bie z wście­kło­ści na Ku­tu­zo­wa, jego bez­czyn­ność i obo­jęt­ność wo­bec sta­ją­cej przed nim szan­sy na znisz­cze­nie raz na za­wsze osła­wio­ne­go Bu­ona­par­te­go. Zło­ści się tak­że na "fał­szy­we po­su­nię­cia, spo­wo­do­wa­ne ra­czej oso­bi­stą oba­wą [feld­mar­szał­ka] ani­że­li błęd­ną oce­ną sy­tu­acji", któ­ry, nad­kła­da­jąc osiem­dzie­siąt wiorst [50 mil] dro­gi", utra­cił z oczu Fran­cu­zów.

"W jego obec­no­ści z trud­no­ścią przy­cho­dzi­ło mi na­wet przy­zwo­ite za­cho­wa­nie. Jego sła­bość ob­ra­ża­ła mnie do tego stop­nia, że za­de­kla­ro­wa­łem, iż je­śli po­zo­sta­nie na­czel­nym do­wód­cą, to będę zmu­szo­ny wy­stą­pić z jego ar­mii".

Praw­do­po­dob­nie nic nie spra­wi­ło­by Ku­tu­zo­wo­wi więk­szej przy­jem­no­ści. Czu­je się on prze­śla­do­wa­ny przez wszyst­kich wo­kół sie­bie; oto­czo­ny jest też ro­jem in­tryg. Zaś jego ar­mia tak­że jest nie­mal po­zba­wio­na za­pa­sów żyw­no­ści, gdy z upo­rem prze­bi­ja się trak­tem me­dyń­skim.

Trakt smo­leń­ski jest przy­najm­niej w lep­szym sta­nie. "Opu­ściw­szy orne pola, któ­re kosz­to­wa­ły nas utra­tę co naj­mniej 10 000 po­jaz­dów", ar­mia za­czy­na ru­szać się szyb­ciej. Naj­pierw wy­ru­sza­ją ża­ło­sne szcząt­ki west­fal­skie­go VIlI Kor­pu­su Ju­no­ta. Za nimi - Gwar­dia Ce­sar­ska. Po­tem III Kor­pus. Po­tem IV Kor­pus Eu­ge­niu­sza. Na koń­cu - o je­den dzień mar­szu z tyłu - tak nie­gdyś po­tęż­ny I Kor­pus Da­vo­uta. Każ­da jed­nost­ka po ko­lei prze­kra­cza po­prze­ci­na­ny wą­wo­za­mi te­ren pod Mo­żaj­skiem - owe wą­wo­zy, gdzie 8 wrze­śnia im­pul­syw­ność Mu­ra­ta do­pro­wa­dzi­ła do śmier­ci tak wie­lu jego żoł­nie­rzy - i zni­ka w po­ło­żo­nych da­lej la­sach... za nimi, o czym wszy­scy do­brze wie­dzą, roz­cią­ga się pole tam­tej strasz­nej bi­twy.

Pa­mię­ta­ją też do­brze, że na in­nych po­bo­jo­wi­skach Na­po­le­on za­rzą­dzał upa­mięt­nia­ją­ce bi­twy de­fi­la­dy - na przy­kład pod Au­ster­litz. Nikt jed­nak nie my­śli, aby coś ta­kie­go od­by­ło się tu­taj.

Pierw­sze, co wi­dzą, wy­cho­dząc z lasu, to - po pra­wej - "szcząt­ki chat, gdzie obo­zo­wał Ku­tu­zow" i gdzie pod­jął roz­strzy­ga­ją­cą de­cy­zję o od­wro­cie i  - w ra­zie po­trze­by - na­wet od­da­niu nie­przy­ja­cie­lo­wi Mo­skwy. Więk­sza część ża­łob­nej sce­ny roz­cią­ga się jed­nak po le­wej stro­nie. Po­rucz­nik von Mu­raldt z na­le­żą­ce­go do IV Kor­pu­su 4. Puł­ku Szwo­le­że­rów Ba­war­skich na za­wsze miał za­pa­mię­tać, że "dzień był zim­ny, a wście­kle wi­ru­ją­cy śnieg, mio­ta­ny na nas lo­do­wa­tym wia­trem, nie roz­pra­szał by­najm­niej na­szych po­nu­rych my­śli".

Du­mon­ce­au, jak zwy­kle ja­dą­cy na cze­le resz­tek Gwar­dii, "prze­kra­cza­jąc most w Bo­ro­di­no, gdzie pa­dło tak wie­lu",5 z trud­no­ścią roz­po­zna­je

"po­kry­te śnie­giem daw­ne re­du­ty. Bia­łe na tle ciem­ne­go ho­ry­zon­tu wy­glą­da­ły już tyl­ko na bez­kształt­ne pa­gór­ki. Cała rów­ni­na, wte­dy tak oży­wio­na i peł­na zgieł­ku, była te­raz je­dy­nie ogrom­nym pust­ko­wiem".

Je­dy­nym zna­kiem ży­cia, jaki do­strze­ga Du­mon­ce­au jest "sa­mot­ny jeź­dziec, nie­wąt­pli­wie wy­pa­tru­ją­cy ja­kiejś pa­miąt­ki lub wspo­mi­na­ją­cy prze­szłość". A tak­że "ogrom­ne sta­da czar­nych wron, ja­kie od kil­ku dni cią­gnę­ły za nami - jak­by za pew­nym łu­pem - ni­czym ża­łob­ny or­szak, do któ­re­go zdą­ży­li­śmy się już przy­zwy­cza­ić,". Przez całą dro­gę wi­dzi­my śla­dy ich dia­bo­licz­nej dzia­łal­no­ści, wi­docz­ne po obu stro­nach dro­gi w po­sta­ci "krwa­wych plam, bez­ład­nie po­roz­rzu­ca­nych po śnie­gu, z któ­re­go wy­sta­ją ohyd­ne szcząt­ki na wpół zje­dzo­nych tru­pów".6 Ma­il­ly-Ne­sle i jego uprzy­wi­le­jo­wa­ni to­wa­rzy­sze, wy­glą­da­jąc z okien po­wo­zu, za­uwa­ża­ją, że mar­twi

"nie­mal nie ule­gli jesz­cze roz­kła­do­wi i za­cho­wa­li coś, co moż­na by na­zwać wy­ra­zem twa­rzy. Nie­mal wszy­scy mie­li sze­ro­ko otwar­te oczy. Bro­dy uro­sły im po­nad wszel­ką do­pusz­czal­ną w owej epo­ce mia­rę... ich po­licz­ki, po­kry­te ce­gla­sty­mi lub ciem­no­nie­bie­ski­mi żył­ka­mi, przy­da­wa­ły im obrzy­dli­we­go i nie­chluj­ne­go wy­glą­du".

Ja­dą­cy bez­po­śred­nio za CKG inny ary­sto­kra­tycz­ny ofi­cer, kwa­ter­mistrz Ana­to­le de Mon­te­squ­iou, jest prze­ra­żo­ny, wi­dząc

"ja­kie­goś ran­ne­go w tam­tej bi­twie Fran­cu­za, któ­re­go po­zo­sta­wio­no bez żad­nej po­mo­cy. Usiadł so­bie, ple­ca­mi wspar­ty o pień sto­ją­ce­go na po­bo­czu dro­gi drze­wa i cze­kał na prze­jazd Ce­sa­rza. Gdy tyl­ko go uj­rzał, pod­czoł­gał się do nie­go na czwo­ra­kach i oskar­żył go o wszyst­kie cier­pie­nia, ja­kich do­znał, bę­dąc tak okrut­nie po­rzu­co­nym. Po­tem prze­kli­nał woj­nę i pro­ro­ko­wał, że sam Ce­sarz też kie­dyś zo­sta­nie po­rzu­co­ny i za­po­mnia­ny. Ce­sarz nie oka­zał nic prócz współ­czu­cia... zwró­ciw­szy się do ja­dą­cych za nim ofi­ce­rów, po­wie­dział, 'Każ­cie po­ło­żyć tego bie­da­ka w ja­kimś po­wo­zie i otocz­cie go wszel­ką moż­li­wą opie­ką'".

Ka­pi­tan K.F.E. Von Suc­kow, któ­ry w swo­im cza­sie mu­siał po­zo­sta­wić swo­ich mar­twych Wir­tem­ber­czy­ków bez po­grze­bu, stwier­dza,

że "sław­ne pole bi­twy jest do­kład­nie w ta­kim sa­mym sta­nie, w ja­kim po­zo­sta­wi­li­śmy je 8, czy 9 wrze­śnia. Po­nad 20 000 ludz­kich i koń­skich tru­pów le­ża­ło w miej­scu, gdzie pa­dło, w sta­nie mniej­sze­go lub więk­sze­go roz­kła­du".

Je­dy­ną róż­ni­cą, jaką do­strze­ga star­szy chi­rurg von Roos z 3 Puł­ku Sza­se­rów Wir­tem­ber­skich, jest to, "że od owe­go krwa­we­go dnia tra­wa zdą­ży­ła znacz­nie uro­snąć". Nie­opo­dal Wiel­kiej Re­du­ty, naj­krwaw­sze­go miej­sca ca­łej bi­twy, von Suc­kow do­strze­ga ja­kiś wy­sta­ją­cy z zie­mi obiekt. Za­cie­ka­wio­ny pod­jeż­dża bli­żej, aby się mu przyj­rzeć. Jest to

"pro­sty pal so­sno­wy, wbi­ty w zie­mię, do któ­re­go przy­mo­co­wa­na jest ta­blicz­ka. Wid­nie­je na niej Wy­ko­na­ny atra­men­tem i na wpół roz­my­ty przez desz­cze na­pis: 'Tu­taj leży ge­ne­rał Mont­brun. Prze­chod­niu, z ja­kie­go­kol­wiek je­steś na­ro­du, uczcij te pro­chy! Na­le­żą one do naj­dziel­niej­sze­go żoł­nie­rza na ś wie­cie. Ten skrom­ny po­mnik na jego cześć wznie­sio­ny zo­stał z roz­ka­zu jego wier­ne­go przy­ja­cie­la, mar­szał­ka Neya'".7

Nie­co da­lej Wło­si wi­dzą słyn­ną Wiel­ką Re­du­tę,8 "wzno­szą­cą się po­nad te­re­nem ni­czym pi­ra­mi­da na pu­sty­ni". Po­zo­sta­wiw­szy sztab Eu­ge­niu­sza, tak­że i La­bau­me wjeż­dża na nią i wspi­na się na coś, co może być tyl­ko sto­sem tru­pów. Ze szczy­tu re­du­ty, o któ­rą to­czo­no tak go­rą­ce wal­ki, wi­dzi sa­mot­ne­go żoł­nie­rza, "któ­re­go nie­ru­cho­ma po­stać wy­glą­da­ła z tej od­le­gło­ści jak po­mnik". Sły­szy jed­nak tak­że gło­sy ja­kichś wzy­wa­ją­cych po­mo­cy nie­szczę­śni­ków:

"Jed­nym z nich był żoł­nierz fran­cu­ski, któ­ry stra­cił obie nogi i przez dwa mie­sią­ce ży­wił się tyl­ko wodą ze stru­mie­nia, zio­ła­mi, ko­rzon­ka­mi i tymi kil­ko­ma ka­wał­ka­mi chle­ba, ja­kie zna­lazł przy zwło­kach, no­ca­mi sy­pia­jąc w po­zba­wio­nych wnętrz­no­ści brzu­chach tru­pów koń­skich. Ge­ne­rał zli­to­wał się nad nim i wziął go do swo­je­go po­wo­zu".

Osią­gnąw­szy stru­mień Ko­ło­cza, IV Kor­pus prze­kra­cza go co naj­mniej tak ostroż­nie, jak czy­nił to, po­ru­sza­jąc się w prze­ciw­nym kie­run­ku, aby sztur­mo­wać Wiel­ką Re­du­tę "Ra­jew­skie­go", naj­pierw bez­sku­tecz­nie, po­tem z suk­ce­sem:

"Zbo­cze pro­wa­dzą­ce ku rzecz­ce było tak stro­me, a zie­mia tak śli­ska, że lu­dzie i ko­nie bez­u­stan­nie prze­wra­ca­li się na sie­bie.

Ze wszyst­kich stron ota­cza­ły nas szkie­le­ty koń­skie i na wpół za­ko­pa­ne tru­py, po­pla­mio­ne krwią płasz­cze, ko­ści ob­gry­zio­ne przez psy i dra­pież­ne pta­ki oraz szcząt­ki uzbro­je­nia, bęb­ny, heł­my i pan­ce­rze. Zna­leź­li­śmy tam tak­że strzę­py sztan­da­rów.

Z wi­docz­nych na nich em­ble­ma­tów mo­gli­śmy oce­nić, jak bar­dzo mo­skiew­ski orzeł ucier­piał owe­go krwa­we­go dnia. Prze­cho­dząc przez re­jon swo­ich daw­nych wy­czy­nów, nasi żoł­nie­rze z dumą po­ka­zy­wa­li so­bie miej­sca, gdzie wal­czy­ły ich puł­ki".

Von Mu­rald­ta, smęt­nie kon­tem­plu­ją­ce­go sce­nę bi­twy, na­cho­dzi re­flek­sja, że

"jed­nak masa prze­la­nej na tej zie­mi krwi i prze­wa­ga zdo­by­ta w tak kon­wul­syj­nych wy­sił­kach nie do­pro­wa­dzi­ły do ni­cze­go poza od­wro­tem, wśród bez­pre­ce­den­so­wych trud­no­ści i cier­pień".

Mar­twi przy­najm­niej mają spo­kój. Kil­ka mil da­lej, już za sce­ną tych strasz­nych wy­da­rzeń, po­ka­zu­je się inne, na swój spo­sób jesz­cze bar­dziej ma­ka­brycz­ne miej­sce. Ogrom­ny, oto­czo­ny mu­ra­mi i basz­ta­mi bu­dy­nek Mo­na­sty­ru Ko­łoc­kie­go, któ­ry star­szy ad­iu­tant wło­skiej Gu­ar­dia d'Ono­re, Ce­sa­re de Lau­gier, wziął (5 wrze­śnia, gdy uj­rzał go w od­da­li po raz pierw­szy), za całe mia­sto. Pod­czas bi­twy i bez­po­śred­nio po niej mo­na­styr słu­żył za szpi­tal ar­mii, a Na­czel­ny Chi­rurg, ba­ron Do­mi­ni­que-Jean Lar­rey prze­pro­wa­dził tu mnó­stwo am­pu­ta­cji. Te­raz puł­kow­ni­ko­wi Fe­zen­sa­co­wi miej­sce to przy­po­mi­na "je­dy­nie ogrom­ny cmen­tarz". Wszy­scy za­miesz­ku­ją­cy go nie­gdyś mni­si ucie­kli. Prze­ży­ło je­dy­nie 2000 ze zgro­ma­dzo­nych tam 20 000 ran­nych. Choć Lar­rey od­naj­du­je punk­ty opa­trun­ko­we, ja­kie nie­gdyś tam za­in­sta­lo­wał, to stwier­dza, że

"nikt nie za­dał so­bie tru­du, aby ko­rzy­sta­jąc z pięk­nej po­go­dy ewa­ku­ować ran­nych. Tło­czy­li się oni w cuch­ną­cej, peł­nej za­ra­zy, ze wszyst­kich stron oto­czo­nej tru­pa­mi sto­do­le, nie otrzy­mu­jąc pra­wie żad­nej żyw­no­ści, zmu­sze­ni jeść głą­by ka­pu­ścia­ne go­to­wa­ne z ko­ni­ną, aby od­da­lić wid­mo gło­du... z po­wo­du wiel­kie­go bra­ku płót­na ich rany rzad­ko kie­dy były opa­trzo­ne. Chi­rur­dzy sami mu­sie­li prać ban­da­że i kom­pre­sy".

Bel­gij­ski chi­rurg, D. De Ker­kho­ve, jest tak prze­ra­żo­ny, że "pió­ro od­ma­wia mu po­słu­szeń­stwa, gdy pra­gnie opi­sać cier­pie­nia, ja­kie zno­sić mu­sie­li cho­rzy i ran­ni". Cóż się sta­ło z za­pa­sa­mi le­karstw, żyw­no­ści, ja­kie zo­sta­ły wy­sła­ne z Mo­skwy? Le­karz jest prze­ko­na­ny, że naj­szczę­śliw­si są ci, co już zmar­li. Gdy za Gwar­dią Ce­sar­ską przy­by­wa III Kor­pus, Na­po­le­on na­tych­miast roz­ka­zu­je bry­ga­dzie zło­żo­nej z 200 sza­se­rów i lek­kiej pie­cho­ty wir­tem­ber­skiej prze­nieść wszyst­kich ran­nych na wozy mar­kie­ta­nów. Chi­rurg Roos wi­dzi jak jego Wir­tem­ber­czy­cy wy­no­szą ran­nych na ze­wnątrz, a ofi­ce­ro­wie wska­zu­ją im, gdzie mają ich umiesz­czać. Choć żoł­nie­rze uskar­ża­li się na na­rzu­co­ny im do­dat­ko­wy wy­si­łek, to

"roz­kaz zo­stał wy­ko­na­ny w naj­sta­ran­niej­szy spo­sób, a całą ro­bo­tę ukoń­czo­no w pół­to­rej go­dzi­ny. Każ­dy po­wóz, choć­by na­le­żą­cy do mar­szał­ka, czy puł­kow­ni­ka, każ­dy wóz, każ­dy wó­zek kan­ty­nier­ki, każ­da do­roż­ka mu­szą za­brać jed­ne­go lub dwóch ran­nych".

Na­wet ka­pry­śny Ma­il­ly-Ne­sle i jego we­so­ła kom­pa­nia mu­szą się tro­chę po­su­nąć: "Do opie­ki nad ran­ny­mi, co z od­da­niem czy­nił, przy­dzie­lo­ny zo­stał je­den z fo­ry­siów ce­sar­skich, na­zwi­skiem Mo­uet". Du­mon­ce­au, dość dłu­go sto­ją­cy przed głów­ną bra­mą, wi­dzi jak nie­opo­dal sam Lar­rey "kie­ru­je od­pra­wia­niem ran­nych, pod­no­sząc ich na du­chu rzu­ca­ny­mi uwa­ga­mi". Choć nie­któ­rzy z ran­nych mu­szą "wlec się na pie­cho­tę, na­wet o ku­lach", to bel­gij­skie­go ka­pi­ta­na ude­rza fakt, iż wszy­scy "cie­szą się i dziar­sko wy­ru­sza­ją w dro­gę". Może in­stynk­tow­nie uprzy­tam­nia­ją so­bie, że mają wię­cej szczę­ścia, przy­najm­niej na ra­zie, od tych, co leżą na wo­zach.

Dla tych ostat­nich po­dróż oka­że się krót­ką. "Mimo że za­mia­ry Ce­sa­rza były do­bre", oznaj­mia skrom­ny i po­boż­ny, choć prze­ra­żo­ny chi­rurg Roos,

"los bied­nych ran­nych wie­le się nie po­lep­szył. Tra­fi­li w ręce pro­stac­kich woź­ni­ców, po­gar­dza­ją­cych nimi ka­mer­dy­ne­rów, bru­tal­nych mar­kie­ta­nów, no­wo­bo­gac­kich i aro­ganc­kich ko­biet, po­zba­wio­nych li­to­ści to­wa­rzy­szy bro­ni i ca­łe­go kłę­bią­ce­go się w ta­bo­rach mo­tło­chu. Wszy­scy ci lu­dzie jed­no tyl­ko mają na my­śli - jak się po­zbyć po­wie­rzo­nych ich opie­ce ran­nych".

Ne­apo­li­tań­ski ad­iu­tant Mu­ra­ta, puł­kow­nik M.-J.-T. Ros­set­ti, sły­szy od nie­do­łęż­ne­go ge­ne­ra­ła ka­wa­le­rii La­ho­us­saye'a, któ­ry po­dró­żu­je so­bie wy­god­nie w swo­im po­wo­zie za­miast po­móc swe­mu prze­ło­żo­ne­mu, Gro­uchy'emu, idą­ce­mu w stra­ży tyl­nej, że "wi­wan­dier­ki, któ­rych wóz­ki ob­ła­do­wa­ne były łu­pa­mi z Mo­skwy i któ­re nie przy­ję­ły ran­nych bez szem­ra­nia na to do­dat­ko­we ob­cią­że­nie" roz­myśl­nie po­zo­sta­ją z tyłu i po­zwa­la­ją ko­lum­nie się wy­prze­dzić. "Wte­dy, do­cze­kaw­szy się chwi­li, gdy są wresz­cie same, wrzu­ca­ją wszyst­kich po­wie­rzo­nych ich opie­ce nie­szczę­śni­ków do przy­droż­nych ro­wów. Je­den tyl­ko oka­zał się na tyle wy­trzy­ma­ły, aby prze­żyć i zo­stać za­bra­nym przez pierw­szy prze­jeż­dża­ją­cy obok po­wóz". Wiel­ki Ko­niu­szy nig­dy do­tąd nie wi­dział, ani nig­dy już w przy­szło­ści nie miał uj­rzeć

"wi­do­ku tak po­twor­ne­go, jak marsz na­szej ar­mii 48 go­dzin po opusz­cze­niu Mo­żaj­ska. Wszyst­kie ser­ca za­mknę­ły się na uczu­cie li­to­ści, czy to z oba­wy przed gło­dem, przed utra­tą prze­ła­do­wa­nych po­jaz­dów, czy przed uj­rze­niem, jak pa­da­ją gło­du­ją­ce i wy­czer­pa­ne ko­nie. Cią­gle się wzdra­gam, gdy opo­wia­dam wam, jak wi­dzia­łem lu­dzi roz­myśl­nie roz­pę­dza­ją­cych swo­je ko­nie na wy­bo­istym te­re­nie, aby po­zrzu­cać ob­cią­ża­ją­cych ich po­wo­zy nie­szczę­śni­ków. Choć wie­dzie­li, że po­ka­le­czą ich ko­nie lub zmiaż­dżą koła, śmia­li się zgo­ła trium­fal­nie, gdy ko­lej­ny wstrząs uwal­niał ich od jed­ne­go z tych bie­da­ków. Każ­dy my­ślał tyl­ko i wy­łącz­nie o so­bie".

Jesz­cze raz po­wra­ca spra­wa Mo­żaj­ska. Gdy Lar­rey sły­szy o zrzu­ca­nych do ro­wów ran­nych - skar­ży się Na­po­le­ono­wi. Ów zaś każe roz­strze­lać kil­ku naj­bar­dziej win­nych.

Przez cały ten "dłu­gi i bo­le­sny dzień" Ro­set­ti i inni obec­ni w CKG "co chwi­la sły­szą de­to­na­cje. Są to wozy amu­ni­cyj­ne wy­sa­dza­ne w po­wie­trze z po­wo­du bra­ku koni po­cią­go­wych".

Gdzieś na cze­le ko­lum­ny spę­dzo­nych zo­sta­je oko­ło 3000 jeń­ców ro­syj­skich, choć nikt nie ma dla nich ani odro­bi­ny żyw­no­ści:

"Stło­czo­nym jak by­dło, nie wol­no im było od­da­lić się choć­by o jard z tego miej­sca. Po­roz­kła­da­ni na lo­dzie [sic], wszy­scy z nich, któ­rzy nie chcie­li zgi­nąć, je­dli cia­ła swo­ich to­wa­rzy­szy, któ­rzy przed chwi­lą zmar­li z nę­dzy".

Te­raz zaś, "trzy mile przed Gżac­kiem", tra­fia się ko­lej­ny okrop­ny wi­dok, dia­bo­licz­ne­go zgo­ła po­cho­dze­nia:

"Na lewo od dro­gi le­ża­ło oko­ło 200 świe­żo za­bi­tych Ro­sjan. Za­uwa­ży­li­śmy, że wszy­scy oni mie­li gło­wy roz­trza­ska­ne w iden­tycz­ny spo­sób, a krew i mózg roz­le­wa­ły się pod nimi".

Zo­sta­li oni wła­śnie za­strze­le­ni przez eskor­tu­ją­cych ich Hisz­pa­nów i Por­tu­gal­czy­ków. "My wszy­scy, za­leż­nie od cha­rak­te­ru, albo apro­bo­wa­li­śmy ta­kie po­stę­po­wa­nie, albo po­zo­sta­wa­li­śmy obo­jęt­ni. Ce­sarz mil­czał ze smut­kiem." In­a­czej za­cho­wał się ka­pi­tan Jó­zef Za­łu­ski, któ­ry wi­dział ich już wcze­śniej, gdy prze­jeż­dżał obok na cze­le pol­skich Szwo­le­że­rów Gwar­dii ra­zem z do­wód­cą puł­ku, ge­ne­ra­łem Kra­siń­skim:

"By­li­śmy prze­ra­że­ni. Wstrzą­śnię­ty Kra­siń­ski po­ga­lo­po­wał na­przód, do ja­kie­goś por­tu­gal­skie­go puł­kow­ni­ka, bę­dą­ce­go ofi­ce­rem od­po­wie­dzial­nym za czo­ło ko­lum­ny. Za­czął czy­nić mu wy­rzu­ty za tak bar­ba­rzyń­skie, ni­czym nie da­ją­ce się uspra­wie­dli­wić okru­cień­stwo. Por­tu­gal­czyk przy­jął te spo­strze­że­nia bar­dzo obo­jęt­nie i od­po­wie­dział w wiel­ce nie­wła­ści­wy spo­sób. Nie było to miej­sce ani czas na dys­ku­sję. Kra­siń­ski po­śpiesz­nie ru­szył do szta­bu Ce­sa­rza i opo­wie­dział, jak po­trak­to­wa­ni zo­sta­li jeń­cy. Ce­sarz na­tych­miast wy­słał Gou­r­gau­da, swo­je­go of­fi­cier d'or­don­nan­ce, aby uzy­skał wy­ja­śnie­nia od­no­śnie tego in­cy­den­tu".

Pol­ski hra­bia i ofi­cer ar­ty­le­rii Ro­man Soł­tyk, ma­sze­ru­ją­cy z od­dzia­łem to­po­gra­ficz­nym CKG, sły­szał na­wet strza­ły:

"Ku mo­je­mu prze­ra­że­niu do­wie­dzia­łem się, że wlo­ką­cy się nie­opo­dal jeń­cy zo­sta­li za­strze­le­ni przez ich hisz­pań­ską eskor­tę. Żoł­nie­rze hisz­pań­scy na próż­no po­pę­dza­li ich cio­sa­mi kolb, wszy­scy jeń­cy pa­dli w koń­cu z wy­cień­cze­nia. Wte­dy owi bar­ba­rzyń­cy strze­li­li po pro­stu każ­de­mu w ucho i w ten spo­sób wy­koń­czy­li wszyst­kich".

Roos na­li­czył "osiem ta­kich ciał", a po przy­by­ciu do Gżac­ka do­wie­dział się, że owa, z zim­ną krwią do­ko­na­na, ma­sa­kra była dzie­łem "ja­kichś ba­deń­skich gre­na­die­rów", któ­rzy otrzy­ma­li okrut­ny roz­kaz za­bi­cia "wszyst­kich jeń­ców, jacy oka­żą się zbyt wy­czer­pa­ni i nie­zdol­ni do mar­szu". Tak­że i Fe­zen­sac sły­szy, że jeń­cy zo­sta­li za­strze­le­ni przez od­dzia­ły po­cho­dzą­ce z Kon­fe­de­ra­cji Reń­skiej:

"Mu­szę od­dać spra­wie­dli­wość żoł­nie­rzom mo­je­go puł­ku i po­wie­dzieć, że byli wstrzą­śnię­ci. Uprzy­tom­ni­li so­bie tak­że, iż nie­przy­ja­ciel na wi­dok ta­kie­go bar­ba­rzyń­stwa może za­pło­nąć pra­gnie­niem, aby rów­nie okrut­nie ze­mścić się na nich sa­mych, gdy­by wpa­dli w jego ręce".

Soł­tyk, go­rą­cy wiel­bi­ciel Na­po­le­ona, naj­wy­raź­niej nie jest w sta­nie uwie­rzyć, aby jego bo­ha­ter mógł po­pie­rać ta­kie mor­der­stwa: "Gdy tyl­ko do­wie­dział się o tych po­twor­nych eg­ze­ku­cjach, oka­zał skraj­ne nie­za­do­wo­le­nie i na­tych­miast po­ło­żył im kres". Za­rów­no Ro­set­ti jak i Roos zgod­nie za­uwa­ża­ją też, iż "mor­dy te usta­ły na­stęp­ne­go dnia, gdy mię­dzy Gżac­kiem a Wiaź­mą za­czę­li nę­kać nas Ko­za­cy".

Wszy­scy czu­ją, że od­wrót od­by­wa się zbyt wol­no, a na­wet cią­gnie się w iście śli­ma­czym tem­pie. Odium za to spa­dło na nie­lu­bia­ne­go Da­vo­uta, choć nie­któ­rzy - po­wia­da La­bau­me - bro­ni­li spo­so­bu w jaki po­stę­po­wał:

"Zbyt po­śpiesz­ny od­wrót zdwo­ił­by od­wa­gę nie­przy­ja­cie­la. Gdy­by straż tyl­na nie sta­wa­ła do wal­ki, lek­ka ka­wa­le­ria wro­ga mo­gła­by po­sie­kać ją na ka­wał­ki".

Tego ran­ka I Kor­pus wła­śnie opu­ścił Mo­żajsk, a za nim cią­gnę­ły co­raz licz­niej­sze roje Ko­za­ków, któ­rzy pró­bo­wa­li go od­ciąć, a przy­najm­niej opóź­nić jego marsz. Za­raz po opusz­cze­niu tego, co po­zo­sta­ło z Mo­żaj­ska, szef szta­bu kor­pu­su - Le­jeu­ne, wi­dzi jak nie­przy­ja­ciel

"bez­sku­tecz­nie usi­łu­je prze­bić się tuż przed nami. Mu­sie­li ogra­ni­czyć się do po­ści­gu i krót­ko­trwa­łe­go ostrze­li­wa­nia jed­ne­go z na­szych du­żych kon­wo­jów, któ­ry, bę­dąc znacz­nie opóź­nio­nym, mu­siał po wyj­ściu z mia­sta przejść przed ich fron­tem. Ich kule czy­ni­ły strasz­ne spu­sto­sze­nie w kon­wo­ju zło­żo­nym z kil­ku­set kiep­sko za­przę­żo­nych po­jaz­dów, wio­zą­cych wie­lu ran­nych, a tak­że żony i dzie­ci fran­cu­skich przed­się­bior­ców miesz­ka­ją­cych w Mo­skwie, któ­rzy zo­sta­li ob­ra­bo­wa­ni i mu­sie­li ucie­kać przed Ro­sja­na­mi. Był tam na­wet per­so­nel mo­skiew­skie­go Te­atru Fran­cu­skie­go".

Le­jeu­ne wie, że w tym wła­śnie kon­wo­ju znaj­du­je się tak­że jego na wpół ociem­nia­ła sio­stra. Po­wóz, w któ­rym wy­pra­wił ją w swo­im cza­sie z Mo­skwy na­le­ży do nie­go.

"Za­dbał tak­że, aby za­opa­trzyć go w żyw­ność i fu­tra, oraz za­prząc do nie­go trzy do­bre ko­nie, z do­bry­mi ko­niu­szy­mi, i wy­pra­wić w dro­gę pod ochro­ną kil­ku na­szych ran­nych ge­ne­ra­łów, a przede wszyst­kim pod opie­ką Opatrz­no­ści".

Te­raz ba­ron ma szczę­ście i uda­je mu się wy­rwać po­jazd wraz z sio­strą z ogar­nię­te­go pa­ni­ką kon­wo­ju:

"Jej stan­gret za­pew­nił mnie, że cała trój­ka koni jest nadal w do­brym sta­nie i peł­na wi­go­ru. Za­py­ta­łem więc sio­strę: 'Czy po­tra­fisz sta­wić czo­ła ar­ma­tom?' Drżąc od­po­wie­dzia­ła: 'Uczy­nię, co tyl­ko ze­chcesz'. Na­tych­miast też po­wie­dzia­łem stan­gre­to­wi: 'Prze­jedź ga­lo­pem przez tę rów­ni­nę; kule ar­mat­nie prze­le­cą ci nad gło­wą. W ten spo­sób osią­gniesz czo­ło ko­lum­ny, gdzie już bę­dziesz mógł ru­szać da­lej bez prze­szkód i za­trzy­my­wa­nia się'. Moja rada oka­za­ła się do­bra - uda­ło mu się".

Usły­szaw­szy po raz pierw­szy pod­czas od­wro­tu ar­ma­ty ko­zac­kie, ma­sze­ru­ją­cy z 85. Puł­kiem Li­nio­wym Le Roy wie już co o tym są­dzić:

"Mie­li­śmy od­tąd być nie­ustan­nie ści­ga­ni przez ar­mię nie­przy­ja­ciel­ską i przez całą lud­ność tej dzi­kiej kra­iny. Żeby wy­rwać się z rąk tych bar­ba­rzyń­ców mo­gli­śmy li­czyć tyl­ko na wła­sną od­wa­gę i mę­stwo".

Do­cie­ra­jąc do Ko­ło­czy, idą­cy na sa­mym koń­cu stra­ży tyl­nej Grio­is stwier­dza, że

"chwiej­ny mo­stek, jaki nie­gdyś przez nią prze­rzu­ci­li­śmy, jest ze­rwa­ny.10 Sami z ła­two­ścią prze­kro­czy­li­śmy rzecz­kę w bród.

Z dzia­ła­mi jed­nak nie po­szło tak ła­two. Mie­li całą masę kło­po­tów, aby wy­rwać je z mu­li­ste­go dna i wy­cią­gnąć na stro­my brzeg. Kil­ka po­jaz­dów po­zo­sta­ło w rze­ce. Do­pie­ro gdy wy­do­sta­li­śmy się z tej pu­łap­ki, zda­li­śmy so­bie spra­wę, że je­ste­śmy na polu bi­twy, któ­re opu­ści­li­śmy sie­dem ty­go­dni temu. Te­raz nie mie­li­śmy już złu­dzeń!".

Gdy rzu­ca okiem na "wą­wo­zy cią­gle za­ście­lo­ne po­rzu­co­ną bro­nią", puł­kow­ni­ka tak­że ogar­nia­ją

"smęt­ne re­flek­sje. Przy­szłość ja­wi­ła się w ciem­nych bar­wach. Roz­po­zna­wa­łem ko­lej­ne po­zy­cje ja­kie zaj­mo­wa­łem pod­czas bi­twy. Kró­lo­wa­ła tam te­raz ci­sza i pust­ka. Za­ję­ły miej­sce zgieł­ku ty­się­cy dział i nie­zli­czo­nych mas ludz­kich, któ­re star­ły się tu­taj dwa mie­sią­ce temu".

Cze­ka­jąc, aż jego ar­ty­le­ria przej­dzie po­tok w bród ("po­nie­waż zmę­cze­nie i złe wy­ży­wie­nie koni po­cią­go­wych nie po­zwo­li­ło nam zro­bić tego zbyt szyb­ko") puł­kow­nik sły­szy, jak gdzieś z tyłu strze­la­ją tym ra­zem cał­kiem re­al­ne, a nie ist­nie­ją­ce je­dy­nie w wy­obraź­ni, dzia­ła. To straż tyl­na (naj­wy­raź­niej Grio­is zo­stał z niej wy­co­fa­ny) "twar­do sta­wia­ją­ca opór, aby za­trzy­mać nie­co wro­ga, któ­ry zbyt moc­no już nas przy­ci­snął, i aby dać ar­ty­le­rii i ba­ga­żom za­ty­ka­ją­cym bród tro­chę cza­su na wy­do­sta­nie się stam­tąd". Nie­opo­dal Grio­is wi­dzi sa­me­go Da­vo­uta, jak na pie­cho­tę po­pę­dza "ja­kieś izo­lo­wa­ne jed­nost­ki po­prze­dza­ją­ce jego straż tyl­ną". Da­vo­ut po­wia­da mu, żeby ru­szał. Ła­twiej da się to jed­nak po­wie­dzieć niż wy­ko­nać. Stop­nio­wo jed­nak sam Grio­is, jak i jego przy­ja­ciel - by­stry, choć może nie­zbyt sym­pa­tycz­ny puł­kow­nik Ju­mil­hac - wy­do­sta­ją się i uda­ją na bi­wak w wą­wo­zie w po­bli­żu mo­na­sty­ru, któ­ry chro­ni ich przed ką­sa­ją­cym wia­trem. "Nie­da­le­ko, pod swo­im na­mio­tem urzą­dził się ge­ne­rał Gro­uchy. Był to ostat­ni raz gdy wi­dzia­łem go pod­czas od­wro­tu. Zie­mia była kom­plet­nie prze­mar­z­nię­ta". Grio­is wi­dzi tak­że opusz­czo­nych ran­nych - "z któ­rych część zo­sta­ła ewa­ku­owa­na z Mo­skwy, zaś inni byli przy­nie­sie­ni tu­taj za­raz po bi­twie".

Le Roy, Ja­cqu­et i Gu­il­lau­me bi­wa­ku­ją na sa­mym polu wal­ki. "Na lewo od nas znaj­do­wa­ły się słyn­ne re­du­ty. Z sa­me­go Bo­ro­di­no osta­ła się tyl­ko cer­kiew". Po­dob­nie czy­ni Dro­ma­der z Egip­tu. Przej­ście 20. Puł­ku przez Ko­ło­czę jest szcze­gól­nie pa­skud­ne. "Po osiem­na­stu mi­lach po­wol­ne­go, mę­czą­ce­go mar­szu po po­kry­wa­ją­cym grunt śnie­gu", ka­pi­tan Fra­nço­is i jego lu­dzie nie mają

"na­wet źdźbła sło­my, aby się po­ło­żyć. Nie mo­gli­śmy też roz­pa­lić ogni­ska, wiatr bo­wiem dął tak gwał­tow­nie, że ga­sił je na­tych­miast, po każ­dej po­dej­mo­wa­nej przez nas pró­bie. Moje ko­nie wio­zły jesz­cze tro­chę je­dze­nia dla mnie sa­me­go, lecz nie było już ni­cze­go, aby na­kar­mić bied­ne szka­py oprócz odro­bi­ny nad­gni­łych li­ści, ja­kie wy­wą­cha­ły so­bie pod śnie­giem. Fran­cu­zi prze­kli­na­li swój smut­ny los i nie­cier­pli­wie ocze­ki­wa­li na wschód słoń­ca, aby znów pod­jąć marsz, bez choć­by odro­bi­ny po­ży­wie­nia, ja­kie po­zwo­li­ło­by im od­zy­skać siły".

Na­stęp­ne­go ran­ka ostat­nia jed­nost­ka Da­vo­uta, 7. Pułk Pie­cho­ty Lek­kiej, prze­cho­dzi przez po­bo­jo­wi­sko, a sier­żant-ka­ra­bi­nier Vin­cent Ber­nard wi­dzi

"pod sto­pa­mi ty­sięcz­ne ka­wał­ki bro­ni i sprzę­tu na­le­żą­ce do obu ar­mii. Tu i ów­dzie wi­dać też szcząt­ki na­szych kam­ra­tów po­le­głych na polu chwa­ły. Re­du­ty, choć po­roz­ry­wa­ne, nadal sta­ły, więc po­wspo­mi­na­li­śmy so­bie zmien­ne ko­le­je tej bi­twy gi­gan­tów. Tę tu­taj wzię­li­śmy na ba­gne­ty, tam­ta zaś od­par­ła nasz atak. Chwa­leb­ne, choć bo­le­sne wspo­mnie­nia!".

Gdy go­dzi­nę póź­niej tak­że i on do­cie­ra wresz­cie do opac­twa, 7. Pułk Lek­ki zaj­mu­je tam po­zy­cje. "Nie­przy­ja­ciel na­cie­ra na nas całą siłą". Istot­nie, do­cho­dzi wte­dy do ostrej po­tycz­ki. Całe siły Pła­to­wa, ra­zem z ar­ty­le­rią, rzu­ca­ją się na 30. Pułk Li­nio­wy. Żoł­nie­rze ka­pi­ta­na Fra­nço­is

"nie mogą po­su­nąć się na­wet o ty­siąc kro­ków bez ko­niecz­no­ści za­trzy­ma­nia się i wy­ko­na­nia w tył zwrot, choć bez strze­la­nia - sam nasz ruch wy­star­cza, aby fa­na­ty­cy ucie­ka­li. Zbli­ża­li się na od­le­głość stu kro­ków od nas i ogłu­sza­li swo­imi 'Hur­ra!'. Cza­sem od­da­wa­li­śmy do nich kil­ka salw z na­szych dział. Gdy zbli­ży­li­śmy się do wsi Ko­łoc­ko­je,11 po­łą­czy­li się w jed­ną wiel­ką gru­pę i za­ata­ko­wa­li cały nasz kor­pus. od­par­li­śmy ich po tym jak za­bi­li nam kil­ku żoł­nie­rzy i prze­chwy­ci­li pięć wo­zów z amu­ni­cją".

Wal­ka ta kosz­to­wa­ła 7. Pułk Lek­kiej Pie­cho­ty

"kil­ku za­bi­tych i ran­nych. Ci ostat­ni nie zja­wi­li się już pod sztan­da­ra­mi. Kil­ku po­zo­sta­ją­cych jesz­cze w opac­twie ran­nych, [choć] pra­wie wy­le­czo­nych, tak­że zo­sta­ło po­rzu­co­nych".

(A może ofia­ry były więk­sze? Czy też "przy­jem­ne wie­ści", ja­kie do­tar­ły do kwa­te­ry Ku­tu­zo­wa, o tym że lu­dzie Pła­to­wa zdo­by­li "20 ar­mat i dwa sztan­da­ry oraz znisz­czy­li dwa ba­ta­lio­ny w klasz­to­rze Ko­lo­di [sic] w po­bli­żu Bo­ro­di­na" były prze­sa­dzo­ne, jak zresz­tą wie­le twier­dzeń Ko­za­ków o ich wła­snych suk­ce­sach?)

Tak, czy in­a­czej, ozna­cza to już ko­niec 2. Puł­ku Hu­za­rów Pru­skich. Pod ścia­ną mo­na­sty­ru jego ofi­ce­ro­wie otrzy­mu­ją wia­do­mość, że ich pułk zo­stał roz­wią­za­ny. Oni sami są skre­śle­ni z li­sty kom­ba­tan­tów i mogą po­stą­pić, jak im się po­do­ba. Każ­de­mu z nich wol­no za­brać swo­je­go or­dy­nan­sa lub przy­łą­czyć się do ja­kie­goś wy­bra­ne­go ge­ne­ra­ła. Przed opusz­cze­niem po­zy­cji Le­jeu­ne pra­gnie

"spraw­dzić, ilu nie­przy­ja­ciół po­ja­wi­ło się na rów­ni­nie. Ru­szam więc i wy­cho­dzę na ta­ras mo­na­sty­ru, skąd stwier­dzam, że sto­ję przed ja­kąś set­ką Ko­za­ków, któ­rzy zbli­ża­ją się w celu re­ko­ne­san­su. Wi­dząc mnie, wzię­li nogi za pas, lecz gdy do­strze­gli, że je­stem sam, wkrót­ce wró­ci­li, i z ko­lei ja sam le­d­wie mia­łem czas, aby do­łą­czyć do wła­snych żoł­nie­rzy, któ­rzy zdą­ży­li już wy­ru­szyć i znacz­nie się od­da­lić".

"Z Bo­row­ska do głów­ne­go trak­tu na Smo­leńsk nie ma wła­ści­wie żad­nej praw­dzi­wej dro­gi. Mu­sie­li­śmy ją so­bie zna­leźć, idąc przez lasy, pola i ba­gna". Trakt mo­skiew­ski [na Smo­leńsk] jest jed­nak sze­ro­ki i przy­zwo­icie wy­bru­ko­wa­ny. Gdy wresz­cie do nie­go do­tar­li, ka­pi­tan ki­ra­sje­rów Bréaut des Mar­lots jest za­nie­po­ko­jo­ny wi­dząc, jak każ­dy za­czy­na "w więk­szym lub mniej­szym stop­niu ma­sze­ro­wać na wła­sną rękę". Du­ver­ger, płat­nik w I Kor­pu­sie, wi­dzi jak "pło­ną wszyst­kie wsie w na­szym polu wi­dze­nia. Ru­sza­li­śmy w kie­run­ku Smo­leń­ska jak­by po­mię­dzy ży­wo­pło­ta­mi z pło­mie­ni. Po­wia­da­no, że były to środ­ki ko­niecz­ne dla spo­wol­nie­nia po­ści­gu nie­przy­ja­cie­la". Po­rzu­ce­nie tak wie­lu ran­nych tak­że nie sprzy­ja utrzy­ma­niu mo­ra­le. "Każ­da jed­nost­ka", po­twier­dza Ségur, "wy­da­wa­ła się ma­sze­ro­wać na wła­sną rękę. Nie było szta­bu, nie było roz­ka­zów, żad­ne­go wę­zła łą­czą­ce­go po­szcze­gól­ne jed­nost­ki". "Nie ma chy­ba żoł­nie­rza, któ­ry nie był­by prze­ra­żo­ny na myśl o tym, co go jesz­cze cze­ka", duma so­bie ka­pi­tan Char­les Fra­nço­is, kuś­ty­ka­jąc z tyłu ra­zem z 30. Puł­kiem Li­nio­wym:

"No i je­ste­śmy te­raz za­le­d­wie 120 mil od Mo­skwy, w sa­mym środ­ku zruj­no­wa­ne­go kra­ju, gdzie wal­czy­my tyl­ko przy świe­tle pło­ną­cych bu­dyn­ków. Dzi­siaj już sze­re­go­wiec, któ­ry do­tąd zwykł był dzie­lić się swo­im kę­sem chle­ba z to­wa­rzy­szem, je­śli w ogó­le ma coś do zje­dze­nia, to sta­ran­nie cho­wa tę odro­bi­nę, jaką za­trzy­mał dla sie­bie".

Ad­iu­tant Mu­ra­ta Ro­set­ti na pew­no nie jest je­dy­nym, któ­ry po­czu­je jak po­wie­trze szczy­pie go w po­licz­ki. Nad­cho­dzi zima:

"Wy­star­czy, aby wiatr po­wiał kil­ka mi­nut, a już da się od­czuć, ostry i ką­śli­wy. W jed­nej chwi­li wszyst­ko się zmie­nia - dro­ga, twa­rze, od­wa­ga żoł­nie­rzy. Woj­sko za­czy­na ro­bić się smut­ne, marsz nu­żą­cy, w sze­re­gi wkra­da się kon­ster­na­cja".

Le­jeu­ne roz­ka­zu­je, aby ko­nie, któ­re na za­tło­czo­nej po­jaz­da­mi dro­dze chwi­lo­wo tyl­ko opa­da­ją z sił, lecz da­dzą się z po­wro­tem po­sta­wić na nogi,

"na­tych­miast za­przę­gać do wo­zów z ran­ny­mi. Za­zwy­czaj jed­nak, nie­szczę­sne szka­py zdy­cha­ły po kil­ku za­le­d­wie kro­kach. Nasi ran­ni po­zo­sta­wa­li więc tam - po­rzu­ce­ni. Gdy od­cho­dzi­li­śmy, opusz­cza­jąc ich, sły­sząc ich krzy­ki, od­wra­ca­jąc spoj­rze­nia, mu­sie­li­śmy za­praw­dę mieć ser­ca z ka­mie­nia. Dzień ten [30 paź­dzier­ni­ka] był dłu­gi i smęt­ny. Mu­sie­li­śmy ma­sze­ro­wać całą noc, w zim­nie, któ­re co­raz bar­dziej da­wa­ło się we zna­ki. Trze­ba było do­trzeć do Gżac­ka przed nie­przy­ja­cie­lem, któ­ry for­sow­nym mar­szem przez pola sta­rał się do­stać tam pierw­szy".

CKG była w Gżac­ku już od wie­czo­ra po­przed­nie­go dnia. Po mie­ście, któ­re za­le­d­wie dwa mie­sią­ce temu było "jed­nym z naj­pręż­niej roz­wi­ja­ją­cych się ośrod­ków han­dlo­wych w Ro­sji - gdzie wy­ra­bia­no skó­ry, płót­na, smo­łę i liny dla ma­ry­nar­ki" - nie zo­sta­ło pra­wie nic. Wszyst­kie drew­nia­ne domy, tak bez­myśl­nie spa­lo­ne w przed­dzień bi­twy, "zni­kły nie­mal bez śla­du. Ob­ser­wa­to­rom mo­gło się wy­da­wać, że znaj­du­ją się w wy­pa­lo­nym le­sie". Gżack był jed­nym wiel­kim po­go­rze­li­skiem. Sta­ły jesz­cze tyl­ko ka­mie­ni­ce przy głów­nej uli­cy. Jest zim­no, ale za to ja­skra­wo świe­ci słoń­ce. Cau­la­in­co­urt, któ­ry od sa­mej Wie­re­ji ma­sze­ru­je na pie­cho­tę "i uwa­ża, że mu to słu­ży, po­nie­waż nie cier­pi tak bar­dzo z zim­na", za­uwa­ża, jak bar­dzo ob­ni­ży­ła się tem­pe­ra­tu­ra:

"W Bo­row­sku za­czę­li­śmy od­czu­wać zim­no. Na ra­zie jed­nak grunt za­ma­rzał tyl­ko przy po­wierzch­ni. Po­go­da była ład­na i nocą dało się wy­trzy­mać na otwar­tym po­wie­trzu, je­śli roz­pa­li­ło się ogni­sko. Tu­taj, w Gżac­ku, zima da­wa­ła się już wy­raź­nie we zna­ki".

Tu­taj też tra­fia się - choć tyl­ko CKG - nie­ocze­ki­wa­na grat­ka. Część kon­wo­ju, do pew­ne­go już stop­nia ob­ra­bo­wa­na przez Ko­za­ków, po­zo­sta­ją­ca "pod opie­ką dwóch fo­ry­siów, oka­zu­je się szcząt­ka­mi za­pa­sów wy­sła­nych z Fran­cji dla domu ce­sar­skie­go". Po­nie­waż ko­nie za­czy­na­ją za­wo­dzić, a nie ma in­nych środ­ków, aby to wszyst­ko za­brać ze sobą, zde­cy­do­wa­no o roz­dzie­le­niu za­pa­sów "i w kwa­te­rze głów­nej pa­nu­je te­raz ob­fi­tość wszyst­kie­go. Naj­mar­niej­szy­mi wi­na­mi są Clos-Vo­uil­let i Cham­ber­tin" - szczę­śli­wie dla Na­po­le­ona, któ­ry ni­cze­go in­ne­go nie pija:

"Zbie­ra­li­śmy siły i roz­ko­szo­wa­li­śmy się do­bro­by­tem, aby za­cho­wać do­bre sa­mo­po­czu­cie na cze­ka­ją­ce nas dni praw­dzi­wej nę­dzy. Wszy­scy mie­li jesz­cze tro­chę za­pa­sów. Wy­da­no nie­wiel­kie ra­cje su­cha­rów. Mimo zim­nych nocy i kil­ku spła­chet­ków grun­tu, gdzie roz­to­py utrud­nia­ły po­chód, lu­dzie nadal byli w sta­nie pod­jąć dłu­gi marsz".

Od­mien­nie ma się spra­wa z koń­mi. Naj­waż­niej­szym obo­wiąz­kiem Cau­la­in­co­ur­ta jest za­cho­wać je w do­brej for­mie:

"Były wy­mę­czo­ne ko­niecz­no­ścią od­da­la­nia się o sześć mil od dro­gi, aby zna­leźć nie­co pa­szy, któ­ra na do­da­tek była kiep­skiej ja­ko­ści. Po­tem, kosz­tem wiel­kie­go nie­bez­pie­czeń­stwa i zmę­cze­nia, spro­wa­dza­no je z po­wro­tem. Wszyst­kie, poza naj­sil­niej­szy­mi, były nie­mal umie­ra­ją­ce. Za­przę­ga­no za­tem ko­nie re­zer­wo­we, ale po­nie­waż nie mie­li­śmy ich w do­sta­tecz­nej licz­bie, za­czy­na­li­śmy już po­rzu­cać nie­któ­re po­jaz­dy".

Jed­na ze sto­ją­cych jesz­cze w Gżac­ku ka­mie­nic zo­sta­ła wy­ko­rzy­sta­na na szpi­tal. Gdy do mia­sta do­cie­ra III Kor­pus, do­wód­cy puł­ków otrzy­mu­ją roz­kaz uda­nia się tam i zi­den­ty­fi­ko­wa­nia wszyst­kich ran­nych ze swo­ich re­gi­men­tów. Fe­zen­sac "jest wstrzą­śnię­ty, wi­dząc, że cho­rzy zo­sta­li po­zo­sta­wie­ni bez le­karstw, bez je­dze­nia, bez ja­kiej­kol­wiek po­mo­cy. Wśród uchodź­ców wszel­kiej pro­we­nien­cji, ba­ry­ka­du­ją­cych scho­dy, ko­ry­ta­rze i hole", puł­kow­nik le­d­wo prze­ci­ska się do środ­ka, lecz jest "za­chwy­co­ny, gdy wi­dzi, że może oca­lić kil­ku żoł­nie­rzy" z 4. Puł­ku Li­nio­we­go. Ja­kież to jed­nak szczę­ście! Wkrót­ce po­tem, Dr Réné Bo­ur­ge­ois też jest prze­ra­żo­ny, wi­dząc, że nikt tak na­praw­dę nie przej­mu­je się tymi cho­ry­mi. Je­dy­ną rze­czą, do ja­kiej zdro­wi są jesz­cze zdol­ni, to sa­me­mu utrzy­mać się przy ży­ciu, a wi­wan­dier­ki i ofi­cer­scy słu­żą­cy, po­wo­żą­cy wo­za­mi i wóz­ka­mi

"ry­chło się ich po­zby­wa­ją, wy­rzu­ca­jąc gdzieś przy dro­dze lub ce­lo­wo za­po­mi­na­jąc o nich na bi­wa­kach. Ża­den z nich nie do­trze do Smo­leń­ska".

Ran­ni ge­ne­ra­ło­wie to oczy­wi­ście cał­kiem inna spra­wa. Rapp nig­dy do­tąd nie wi­dział jesz­cze tak wie­lu ran­nych ge­ne­ra­łów:

"Ge­ne­rał Friant, któ­re­go rany do­tąd się nie za­go­iły, ge­ne­rał Du­ro­snel, cały nie­mal czas cier­pią­cy na bia­łą go­rącz­kę; ge­ne­rał Bel­liard [szef szta­bu Mu­ra­ta], któ­ry zo­stał tra­fio­ny kulą ka­ra­bi­no­wą pod Bo­ro­di­no...".

a wła­ści­wie w jed­nym z wą­wo­zów pod Mo­żaj­skiem. Do swo­jej li­sty Rapp mógł­by do­dać tak­że De­de­ma, któ­re­go po­si­nia­czo­na jesz­cze w sierp­niu pod Smo­leń­skiem pierś, cią­gle się wła­ści­wie nie za­go­iła i spra­wia mu co­raz więk­szy ból.

Wy­da­rza się też coś szo­ku­ją­ce­go, co źle wró­ży na przy­szłość. Von Suc­kow, za­pro­szo­ny przez kil­ku gre­na­die­rów ze Sta­rej Gwar­dii, aby sko­rzy­stał z miej­sca przy ich ogni­sku pa­lą­cym się obok na wpół roz­wa­lo­nej ścia­ny, jest świad­kiem cze­goś, co nie tyl­ko za­dzi­wia go, lecz tak­że na­peł­nia głę­bo­ką oba­wą:

"Za­le­d­wie się tam usa­do­wi­łem, gdy do mo­ich gre­na­die­rów pod­szedł je­den ze szta­bo­wych ofi­ce­rów, tych co to no­szą ta­kie ele­ganc­kie mun­du­ry - nie­bie­skie z czer­wo­ną ka­mi­zel­ką i srebr­ny­mi sznu­ra­mi na­ra­mien­ny­mi w sty­lu hu­zar­skim - i po­pro­sił ich, aby zwol­ni­li swo­je miłe i cie­płe miej­sce na rzecz ge­ne­ra­ła NN i ofi­ce­rów jego szta­bu. Jak­żeż by­łem zdu­mio­ny - ja, nie­miec­ki ofi­cer przy­wy­kły do naj­su­row­szej dys­cy­pli­ny - gdy usły­sza­łem, jak je­den z gre­na­die­rów wstał i po­wie­dział gło­śno:

'Mon of­fi­cier, nie ma już żad­nych ge­ne­ra­łów. Są tyl­ko nie­szczę­śni­cy. My w każ­dym ra­zie tu­taj zo­sta­je­my.'

Tam­ten wy­co­fał się bez sło­wa".12

Tego sa­me­go wie­czo­ra chi­rurg Roos jest zdzi­wio­ny, gdy na­ty­ka się na ja­kie­goś ofi­ce­ra, któ­ry - cał­kiem do­bro­wol­nie - ze­brał gru­pę swo­ich sza­se­rów i, pra­gnąc zo­ba­czyć Mo­skwę, przy­pro­wa­dził ich tu­taj aż znad Nie­mna:

"Przy­był jed­nak za póź­no. Cią­gle by­li­śmy zgro­ma­dze­ni wo­kół ogni­ska, gdy usły­sze­li­śmy, że ze Stut­t­gar­tu przy­je­chał nasz król, przy­wo­żąc pie­nią­dze dla sze­re­gow­ców, a tak­że od­zna­cze­nia i ho­no­ro­we sza­ble, zło­te me­da­le oraz, oczy­wi­ście, na­gro­dy pie­nięż­ne dla ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, któ­rzy się wy­róż­ni­li".

Wszyst­ko to może być sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce, ale w obec­nych oko­licz­no­ściach nie przy­no­si naj­mniej­sze­go po­żyt­ku. Dla kon­tra­stu - Roos wi­dzi, że wie­lu żoł­nie­rzy do­pie­ro te­raz pró­bu­je pod­kuć swo­je ko­nie na ostro na okres zimy. Ale prze­cież w sze­ścio, czy sied­mio­mi­lo­wym pa­sie znisz­czo­nych wio­sek po obu stro­nach dro­gi nie ma "ani źdźbła sia­na", aby je na­kar­mić. Choć ma­jor Bon­net, po przy­by­ciu do Gżac­ka, zo­sta­je wy­sła­ny z 300 żoł­nie­rza­mi 18. Puł­ku Li­nio­we­go na wy­pra­wę po fu­raż, nie znaj­du­je ani zia­ren­ka w żad­nej z wio­sek. "Wy­nie­śli się stam­tąd wszy­scy miesz­kań­cy i ich czwo­ro­no­gi. Wró­ci­li­śmy ab­so­lut­nie bez ni­cze­go". 85. Pułk Li­nio­wy, przy­by­wa­jąc tam - ra­zem z I Kor­pu­sem - w dniu na­stęp­nym, tra­fia

"na kiep­sko od­bu­do­wa­ny most i ma mnó­stwo kło­po­tów z prze­do­sta­niem się na dru­gi brzeg, blo­ku­ją go gru­py lu­dzi i po­jaz­dów. Ko­rek nad rze­ką i brak ja­kich­kol­wiek roz­ka­zów po­wo­du­ją, że wkrót­ce oba nie­szczę­sne, kiep­sko od­bu­do­wa­ne mo­sty za­pa­da­ją się. Ba­gni­sty grunt na przy­czół­kach nie mógł utrzy­mać cię­ża­ru po­jaz­dów. Wie­le z nich utkwi­ło tam na do­bre".

Ku swo­je­mu roz­cza­ro­wa­niu Le Roy wi­dzi wśród nich "wóz na­le­żą­cy do mo­je­go daw­ne­go ba­ta­lio­nu, w któ­rym nadal znaj­du­je się mój ku­fer". Zdol­ny Gu­il­lau­me po­tra­fił jed­nak ura­to­wać wie­le z jego za­war­to­ści.

Dy­wi­zja pie­cho­ty wir­tem­ber­skie­go III Kor­pu­su zdą­ży­ła do tej pory zma­leć do dwóch za­le­d­wie plu­to­nów. Na­stęp­ne­go ran­ka opusz­cza ona to, co nie­gdyś było "ślicz­nym mia­stecz­kiem o na­zwie Gżack" i do póź­ne­go wie­czo­ra uda­je się jej od­pie­rać Ko­za­ków, do­pó­ki nie przej­dzie cały, pa­ni­ku­ją­cy już, tłum ma­ru­de­rów. Jed­na ze stóp von Suc­ko­wa za­czy­na wy­glą­dać na od­mro­żo­ną. Odzia­ne­mu w "pod­bi­ty kró­li­czy­mi skór­ka­mi szla­frok z czer­wo­ne­go ak­sa­mi­tu", uda­je mu się za­trzy­mać żół­ty po­wóz pro­wa­dzo­ny przez bo­so­no­gą dziew­czy­nę - Ro­sjan­kę, a po­wo­żo­ny przez ja­kie­goś fran­cu­skie­go przed­się­bior­cę ze sta­ro­mod­nym gar­ła­czem na ko­la­nach, i na­mó­wić ich, żeby go pod­wieź­li. W środ­ku znaj­du­ją się dwie mło­de fran­cu­skie damy.

Ru­iny Gżac­ka zo­sta­ją wresz­cie za nimi.

Ja­dąc przo­dem ze szta­bem księ­cia Eu­ge­niu­sza, La­bau­me wi­dzi wo­kół sie­bie

"kraj dep­ta­ny ty­sią­ca­mi ko­pyt koń­skich; zie­mię, któ­ra wy­glą­da, jak­by nig­dy nie była upra­wia­na. Im da­lej się po­su­wa­my, tym bar­dziej zie­mia wy­da­je się po­grą­żać w ża­ło­bie".

Ma­sze­ru­ją­ce puł­ki są cał­kiem prze­mie­sza­ne z kon­wo­ja­mi wszel­kie­go au­to­ra­men­tu. Kon­wój pru­skie­go po­rucz­ni­ka He­in­ri­cha Au­gu­sta Vos­sle­ra, ze stu Wir­tem­ber­czy­ka­mi ran­ny­mi pod Bo­ro­di­no ("w tym oko­ło 50 zdol­nych do służ­by") do­tarł nie­mal do sa­mej Mo­skwy, gdy mu­siał za­wró­cić i zo­stał wchło­nię­ty przez cha­os od­wro­tu:

"Z każ­dym dniem ko­lum­na roz­ra­sta­ła się, po­nie­waż do­łą­czał do niej każ­dy po­dró­żu­ją­cy tą tra­są, choć­by ze wzglę­du na wła­sne bez­pie­czeń­stwo, co pro­por­cjo­nal­nie zwięk­sza­ło na­szą siłę obron­ną. W cią­gu paru dni zna­leź­li­śmy się w to­wa­rzy­stwie ge­ne­ra­łów i ofi­ce­rów wszyst­kich stop­ni, a były wśród nich re­pre­zen­to­wa­ne wszyst­kie ro­dza­je bro­ni. Tyl­ko nie­wie­lu po­sia­da­ło peł­ne wy­po­sa­że­nie. Nie­któ­rzy nie­śli ze sobą uzbro­je­nie dzi­wacz­nych ty­pów. Więk­szość była nie­uzbro­jo­na. Wszy­scy jed­nak, bez wy­jąt­ku, byli ob­cią­że­ni wiel­ką ko­lek­cją łu­pów, od bez­war­to­ścio­wych szmat po naj­pięk­niej­sze sza­le, od po­strzę­pio­nych ba­ra­nic po kosz­tow­ne fu­tra, od roz­kle­ko­ta­nych wóz­ków po po­zła­ca­ne ka­re­ty. Poza tym - nadal ist­nia­ły róż­ni­ce. Pie­chur cią­gle szedł na pie­cho­tę, zaś ka­wa­le­rzy­sta albo do­sia­dał ja­kie­goś ko­ni­ka, albo też dzie­lił ja­kiś po­jazd z kil­ko­ma to­wa­rzy­sza­mi, a przy­najm­niej już szedł - do­pó­ki mógł po­ru­szać no­ga­mi - przed swo­ją ob­ła­do­wa­ną bro­nią i prze­ra­żo­ną szka­pą. Poza Fran­cu­za­mi byli tam Hisz­pa­nie, Por­tu­gal­czy­cy, Niem­cy. Po­la­cy, Dal­ma­tyń­czy­cy, Ili­ro­wie, itp.".

Sier­żant Ber­trand uprzy­tam­nia so­bie te­raz, że nie wszy­scy ran­ni, któ­rzy po­zo­sta­ją w tyle, zja­wia­ją się po­now­nie, "coś, co od tej chwi­li ma się stać nie­odmien­ną za­sa­dą". Ka­pi­tan Fra­nço­is do­da­je, że

"po­ło­że­nie ar­mii jest strasz­ne! Co się mnie ty­czy, to od chwi­li opusz­cze­nia Mo­skwy, mimo dwóch dziur po ku­lach w le­wej no­dze oraz kil­ku in­nych ran, któ­re cią­gle jesz­cze nie po­kry­ły się na­wet stru­pa­mi, ma­sze­ro­wa­łem cały czas z pra­wą sto­pą w bu­cie ze zła­ma­nym ob­ca­sem. Po­dob­nie jed­nak jak wszy­scy moi to­wa­rzy­sze bro­ni, po­tra­fię prze­wi­dy­wać ta­kie kło­po­ty i na­wet nie ma­rzę o zaj­mo­wa­niu się mo­imi ra­na­mi. Już ich nie opa­tru­ję, za to moja zdro­wa noga ru­sza się jak ma­szy­na".

Za­wsze też

"na­stę­po­wa­ły nam na pię­ty dzia­ła, a tak­że Ko­za­cy z nie­re­gu­lar­nych od­dzia­łów, któ­rzy łą­czy­li się z chło­pa­mi w za­mia­rze uczy­nie­nia nam tylu szkód, ile się dało. Ci ostat­ni, ujeż­dża­jąc ja­kieś ża­ło­sne szka­py, uzbro­je­ni byli w dłu­gie kije, na koń­cach któ­rych przy­mo­co­wy­wa­li grot lan­cy lub dłu­gi gwóźdź. Od tej chwi­li mu­sie­li­śmy sta­wać do wal­ki je­den prze­ciw dzie­się­ciu. Pe­wien ka­ra­bi­nier z mo­je­go puł­ku, po­waż­nie ran­ny w gło­wę pod­czas na­szej obro­ny Opac­twa Ko­łoc­kie­go, ma­sze­ro­wał sam na lewo od ko­lum­ny utwo­rzo­nej przez na­szą dy­wi­zję [Gérar­da]. Na­pad­nię­ty przez trzech Ko­za­ków otrzy­mu­je kil­ka ude­rzeń pi­ka­mi i pada. Tam­te dzi­ku­sy pró­bu­ją go za­brać ze sobą... on jed­nak, się­gnąw­szy do sza­bli, wsta­je i zaj­mu­je po­zy­cję obron­ną z za­mia­rem sta­wia­nia opo­ru aż do śmier­ci. Roz­po­czy­na się nie­rów­na wal­ka. Na szczę­ście wrza­ski Ko­za­ków do­cie­ra­ją do uszu to­wa­rzy­szy nie­szczę­sne­go ka­ra­bi­nie­ra, któ­rzy flan­ku­ją ko­lum­nę. Ja­kiś ka­pral za­wra­ca, aby po­móc ran­ne­mu. Pró­bu­je strze­lać. Jego ka­ra­bin nie wy­pa­la. Ata­ku­je więc ba­gne­tem i z po­mo­cą ka­ra­bi­nie­ra wkrót­ce eli­mi­nu­je z wal­ki trzech Ko­za­ków, a dwóch po­zo­sta­łych bie­rze do nie­wo­li".13

W pew­nym mo­men­cie tak­że Grio­is zmu­szo­ny jest bro­nić się pra­wie w po­je­dyn­kę. Wszyst­kie jego gra­ty, zwłasz­cza "te ostat­ki żyw­no­ści, ja­kie nam jesz­cze po­zo­sta­ły, na­sze sprzę­ty ku­chen­ne, gar­nek do gu­la­szu, me­naż­ka i czaj­nik obo­zo­wy" znaj­du­ją się "w ma­łym ro­syj­skim wóz­ku ręcz­nym, jaki zna­la­złem po dro­dze". Puł­kow­nik nosi niedź­wie­dzie fu­tro - dru­gą rzecz jaką na­był po dro­dze. Pierw­sze bo­wiem zo­sta­ło mu skra­dzio­ne, a cią­gle moż­na jesz­cze ku­pić coś ta­kie­go za 30 do 40 fran­ków. Wy­prze­dziw­szy swo­je dzia­ła, je­dzie so­bie ra­zem ze "star­szym ad­iu­tan­tem, dwo­ma ka­no­nie­ra­mi - or­dy­nan­sa­mi, ba­war­skim słu­żą­cym oraz żoł­nie­rzem z ta­bo­rów, któ­ry pro­wa­dzi wó­zek, ja­kieś 500 lub 600 kro­ków przed nimi, gdy na rów­ni­nie za­uwa­ża­ją kil­ku jeźdź­ców, któ­rych "nie­ty­po­wy spo­sób jaz­dy oraz piki" wska­zu­ją, że są Ko­za­ka­mi:

"Gdy tyl­ko ta­bo­ry­ta za­uwa­żył nie­przy­ja­cie­la, na­tych­miast pró­bu­je za­wró­cić. Jed­nak albo wó­zek nie skrę­ca tak ła­two, albo żoł­nierz był zbyt gwał­tow­ny, w każ­dym ra­zie swo­rzeń mo­cu­ją­cy przed­nie koła zła­mał się i na­sze ba­ga­że po­to­czy­ły się środ­kiem dro­gi. Choć łup pew­nie nie­zbyt Ko­za­ków in­te­re­so­wał, to jed­nak za­ata­ko­wa­li. Ale prze­cież gra szła tu­taj o na­sze ostat­nie za­so­by! Mój ad­iu­tant i ja wy­cią­gnę­li­śmy sza­ble i chwy­ci­li­śmy za pi­sto­le­ty. Za­ję­li­śmy po­zy­cję przed na­szym wóz­kiem, cał­ko­wi­cie zde­cy­do­wa­ni go obro­nić, a mo­je­mu słu­żą­ce­mu i ta­bo­ry­cie roz­ka­za­łem oca­lić przy­najm­niej to, co było tam naj­cen­niej­sze­go, czy­li żyw­ność. Uczy­ni­li to z za­pa­łem, nie da­jąc się za­stra­szyć obec­no­ścią i okrzy­ka­mi nie­przy­ja­cie­la. Nie­ste­ty, od­wrot­nie było z or­dy­nan­sa­mi, na któ­rych na­wet bar­dziej li­czy­łem. Je­den od­da­lił się pod pre­tek­stem szu­ka­nia po­mo­cy, dru­gi zaś uciekł".

Choć po­zo­sta­ło ich te­raz tyl­ko dwóch, w do­dat­ku kiep­sko uzbro­jo­nych, to Grio­is i jego star­szy ad­iu­tant wy­glą­da­ją na bar­dzo pew­nych sie­bie. Ra­zem z "kil­ko­ma plu­to­na­mi pie­cho­ty, któ­re wła­śnie po­ka­za­ły się w od­da­li", czy­ni to na Ko­za­kach ta­kie wra­że­nie, że "po­krę­ciw­szy się tro­chę przed nami i po­gro­ziw­szy nam pi­ka­mi i krzy­kiem", za­bra­li się i zni­kli. Po chwi­li, prze­no­sząc tym­cza­so­wo naj­waż­niej­sze rze­czy z roz­bi­te­go wóz­ka na ko­nie, Grio­is i star­szy ad­iu­tant od­naj­du­ją ja­kiś po­rzu­co­ny pu­sty wóz amu­ni­cyj­ny, któ­ry może go z po­wo­dze­niem za­stą­pić.

"Tego wie­czo­ra wró­ci­ło do mnie mo­ich dwóch ka­no­nie­rów, bar­dzo wsty­dząc się swo­je­go po­stę­po­wa­nia, a ja po­trak­to­wa­łem ich tak, jak na to za­słu­gi­wa­li. Za­trzy­ma­łem ich jed­nak przy so­bie, po­nie­waż je­den po­tra­fił go­to­wać, dru­gi zaś słu­żył mi za se­kre­ta­rza".14

Inni nie są w sta­nie się obro­nić. Po­rucz­nik Au­vray, na przy­kład, cier­pi

"na de­zyn­te­rię spo­wo­do­wa­ną pa­skudz­twem, ja­kie zmu­sze­ni by­li­śmy jeść, aby nie umrzeć z gło­du. Nie po­tra­fi­li­śmy przejść obok stru­mie­nia, sta­wu czy rowu i nie na­pić się wody. Na do­bit­kę, na pra­wym pod­udziu mia­łem wrzód wiel­ko­ści jaj­ka, któ­ry od ośmiu dni spra­wiał mi ogrom­ny ból. Nie bę­dąc w sta­nie ani iść, ani do­siąść ko­nia, mu­sia­łem le­żeć w po­przek sio­dła".

De­dem, "cią­gle ży­wią­cy się za­pa­sa­mi, ja­kie za­brał ze sobą z Mo­skwy", za­uwa­ża jak kłop­tli­wy może się stać każ­dy, na­wet nie­wiel­ki stru­mień:

"Po­nie­waż z po­cząt­ku nie było mowy o po­wro­cie trak­tem smo­leń­skim, nikt nie po­my­ślał o od­bu­do­wa­niu most­ków, ja­kie Ro­sja­nie po­nisz­czy­li, wy­co­fu­jąc się na Mo­skwę, a któ­re my sami omi­ja­li­śmy z ła­two­ścią, dzię­ki pa­nu­ją­cej wte­dy su­szy i let­nim upa­łom".

Te­raz jed­nak owe most­ki są cią­głym po­wo­dem opóź­nień, na ja­kie nie za bar­dzo mo­że­my so­bie po­zwo­lić:

"Te­raz, gdy po­now­nie za­czę­ło pa­dać, most­ki te sta­ły się nie­zbęd­ne dla ar­ty­le­rii i po­wo­zów, a ko­niecz­ność ich od­bu­do­wy cały czas wstrzy­my­wa­ła nasz marsz. Z prze­ra­że­niem pa­trzy­li­śmy, jak wie­le po­jaz­dów par­ko­wa­ło przed nimi en mas­se, skąd do­pie­ro wy­ru­sza­ły na most­ki po­je­dyn­czo i bar­dzo po­wo­li. Bia­da tym po­wo­zom, któ­re utknę­ły w mule! Były na­tych­miast prze­wra­ca­ne, zaś ich wła­ści­cie­le, po­sia­da­ją­cy w nich wszyst­kie swo­je za­so­by, byli na­gle na­ra­że­ni na bra­ki w za­kre­sie pod­sta­wo­wych po­trzeb!".

Są też przed­się­bior­czy i nie­wy­ka­zu­ją­cy skru­pu­łów ofi­ce­ro­wie, któ­rzy byli zde­cy­do­wa­ni nie do­pu­ścić do ta­kie­go za­gro­że­nia. Na przy­kład puł­kow­nik Cho­pin, do­wód­ca ar­ty­le­rii w 1. Kor­pu­sie Ka­wa­le­rii, któ­re­go Grio­is tro­chę znał i na któ­re­go bi­wa­ku - ra­zem ze swo­im przy­ja­cie­lem Ju­mil­ha­kiem oraz star­szym ad­iu­tan­tem - za­wsze mógł li­czyć na przy­jem­ność po­si­le­nia się odro­bi­ną do­brej zupy, czy

"ka­wał­kiem mię­sa. Na do­kład­kę moż­na było wy­pić tro­chę do­brej kawy - rzad­kość, a na­wet skosz­to­wać cze­goś jesz­cze rzad­sze­go - mio­du pit­ne­go z flasz­ki - na­pit­ku [ro­bio­ne­go z mio­du], któ­ry choć nie może się rów­nać z wi­nem, to jed­nak da się wy­pić. Puł­kow­nik Cho­pin, iście sza­tań­ski ty­pek, prze­ko­na­ny, że istot­ną spra­wą jest prze­żyć i że przede wszyst­kim trze­ba my­śleć o so­bie, od sa­me­go po­cząt­ku od­wro­tu zdą­żył zgro­ma­dzić wo­kół sie­bie ja­kiś tu­zin swo­ich naj­czuj­niej­szych ka­no­nie­rów, ce­chu­ją­cych się naj­więk­szą przed­się­bior­czo­ścią. Za­wsze je­chał za nim duży, za­przę­żo­ny w do­bre ko­nie wóz, któ­ry każ­de­go wie­czo­ra był miej­scem zbiór­ki, gdzie każ­dy z jego ka­no­nie­rów zno­sił to wszyst­ko, co uda­ło mu się zdo­być, czy to w wio­skach, czy też kosz­tem po­je­dyn­czych żoł­nie­rzy, któ­rych siłą lub per­swa­zją zmu­sza­no do po­zby­cia się czę­ści swo­ich za­pa­sów. W ten spo­sób ban­dzie ra­bu­siów pana puł­kow­ni­ka (tak bo­wiem tyl­ko moż­na ją na­zwać) nie bra­ko­wa­ło ni­cze­go. Wóz był so­lid­nie za­peł­nio­ny, a już na pew­no - jak wy­ni­ka­ło z roz­mów jego za­opa­trze­niow­ców - nig­dy nie pył pu­sty. Szcze­gó­ły te po­dał mi sam puł­kow­nik Cho­pin. Nie star­czy­ło mi od­wa­gi, aby po­tę­pić spo­sób, w jaki wszedł w po­sia­da­nie obia­du, któ­ry wła­śnie spo­ży­wa­li­śmy, ale też nie po­tra­fi­łem się sam zde­cy­do­wać na po­su­nię­cie się do sto­so­wa­nia po­dob­nych me­tod".

Na­wet naj­le­piej za­opa­trzo­ny wóz może się jed­nak za­ła­mać - a wła­ści­wie, to im bar­dziej go ob­cią­żyć, tym bar­dziej jest to praw­do­po­dob­ne. Tak wła­śnie zda­rza się z wo­zem chi­rur­ga La­gne­au. Grup­ka jego lu­dzi, przed osta­tecz­nym po­rzu­ce­niem wra­ka, ła­du­je za­pa­sy na ko­nie am­bu­lan­so­we, umiesz­cza­jąc je "w wor­kach zwi­sa­ją­cych z obu stron". Na­wet jego słyn­ny na­miot zo­sta­je

"za­ła­do­wa­ny, ra­zem z koł­ka­mi, lin­ka­mi, itp., na ko­zac­kie­go ko­ni­ka, któ­ry wspa­nia­le po­tra­fił wy­ży­wić się korą so­sno­wą lub brzo­zo­wą i cho­dzić po zbo­czach wą­wo­zów jak psiak. Jego nie­pod­ku­te ko­py­ta roz­ro­sły się w dół, tak że do­sko­na­le cze­pia­ły się lodu".

Do­cie­ra­jąc do miej­sca co­dzien­ne­go wie­czor­ne­go po­sto­ju, grup­ka roz­bi­ja­ła ów na­miot. Aby szyb­ciej schro­nić się przed lo­do­wa­tym pół­noc­nym wia­trem, każ­dy przy­kła­dał do tego ręki - ge­ne­rał, ad­iu­tant, kwa­ter­mistrz, płat­nik, wresz­cie i sam La­gne­au. "Zro­biw­szy to, wy­ła­do­wy­wa­li­śmy za­pa­sy i gro­ma­dzi­li­śmy je w na­mio­cie". Nie­któ­rzy z bę­dą­cych pod ich ko­men­dą sa­pe­rów są do­sko­na­ły­mi ku­cha­rza­mi-ama­to­ra­mi i otrzy­mu­ją za to swo­ją część zupy. Gdy ta się go­to­wa­ła, "chro­ni­li­śmy się w na­szym na­mio­cie i było nam tak wy­god­nie, jak na ja­kiejś kwa­te­rze w Niem­czech".

Mało komu jest tak do­brze. Ka­pi­tan w 18. Puł­ku Li­nio­wym, wi­ceh­ra­bia Pier­re de Pel­le­port, wi­dząc jak wozy i po­jaz­dy wszel­kie­go ro­dza­ju są po­rzu­ca­ne na dro­dze, po­nie­waż ich zgłod­nia­łe ko­nie nie są w sta­nie uczy­nić choć­by kro­ku na ob­lo­dzo­nej dro­dze, roz­ka­zu­je otwo­rzyć wozy ba­ta­lio­no­we swo­je­go puł­ku:

"Ofi­ce­ro­wie mo­gli zro­bić ze swo­ją wła­sno­ścią, co im się po­do­ba­ło. Ka­za­łem prze­li­czyć za­war­tość na­sze­go woj­sko­we­go ku­fra. Za­wie­rał on 120 000 fran­ków w zło­cie. Po­dzie­li­łem je na kil­ka czę­ści. Każ­dy z ofi­ce­rów, pod­ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy otrzy­mał małą sum­kę, obie­cu­jąc nie po­rzu­cać tego de­po­zy­tu, jaki po­wie­rzy­łem ich ho­no­ro­wi, oraz prze­ka­zać go to­wa­rzy­szo­wi, gdy­by przy­szło umie­rać".15

Gdy dy­wi­zja Mło­dej Gwar­dii ge­ne­ra­ła De­la­bor­de'a opu­ści­ła Mo­skwę, po­go­da była z po­cząt­ku tak przy­jem­na, że mło­dy słu­żą­cy Pau­la de Bo­ur­go­in­ga, Vic­tor, prze­ło­żył swój płaszcz przez grzbiet ko­nia, któ­re­go przy­wią­zał do jed­ne­go z wo­zów De­la­bor­de'a. Na­gle oka­za­ło się, że i koń, i płaszcz zo­sta­ły ukra­dzio­ne. "Wszyst­ko co, Wik­tor miał te­raz na zimę, to ka­mi­zel­ka z sza­rej sa­je­ty".5 Jed­nak Ma­da­me An­tho­ny, ja­dą­ca za­raz za nim w do­roż­ce, po­ża­ło­wa­ła mło­de­go ro­da­ka. W swo­im ba­ga­żu te­atral­nym zna­la­zła Vic­to­ro­wi wiel­ki płaszcz z wy­kła­da­nym koł­nie­rzem, praw­do­po­dob­nie coś ze stro­jów, ja­kie pre­fekt pa­ła­cu de Baus­set do­star­czył w Mo­skwie, aby przed­sta­wie­nia fran­cu­skiej tru­py mo­gły dojść do skut­ku. Sam Paul de Bo­ur­go­ing tak­że trzę­sie się przy obo­zo­wym ogni­sku. Jak­żeż zim­ne sta­ją się te noce! Ja­kimż był głup­cem, że za­miast ta­kiej "wspa­nia­łej skó­ry z czar­ne­go niedź­wie­dzia, albo sza­re­go, czy bia­łe­go wil­ka", któ­re po po­ża­rze Mo­skwy do­stęp­ne były w wiel­kim wy­bo­rze dla każ­de­go, kto mógł za nie za­pła­cić, ku­pił so­bie ele­ganc­ką - lecz ża­ło­śnie nie­sku­tecz­ną - pod­bi­tą fu­ter­kiem pe­le­ry­nę z kap­tu­rem,

"na­praw­dę ślicz­ną, w pol­skim sty­lu, z ciem­no­nie­bie­skiej tka­ni­ny, bo­ga­to zdo­bio­ną je­dwab­ny­mi la­mów­ka­mi i pod­bi­tą czar­ny­mi ba­ran­ka­mi astra­chań­ski­mi, szczyt ele­gan­cji pod wzglę­dem kro­ju i bar­wy".

W jego gru­pie znaj­du­je się tak­że pe­wien Ro­sja­nin, któ­ry po­zo­stał w Mo­skwie, gdy inni z niej ucie­ka­li i zo­stał go­ściem De­la­bor­de'a, ale te­raz ucie­ka przed - jak so­bie to wy­obra­ża - ze­mstą ro­da­ków. Bo­ur­go­ing prze­kli­na wła­śnie sie­bie za mło­dzień­czą próż­ność i głu­po­tę, gdy pod­cho­dzi do nie­go ów Ro­sja­nin i ofe­ru­je mu za­mia­nę ele­ganc­kie­go po­lo­na­ise na swo­ją czer­wo­ną li­siu­rę:

"Wierz mi", po­wia­da, "nie dasz rady wy­trzy­mać na­szych 25 stop­ni mro­zu".

Wdzięcz­ny Bo­ur­go­ing zga­dza się na wy­mia­nę z wa­ha­niem. "Ja­każ jed­nak ol­brzy­mia róż­ni­ca!" Na­stęp­ne­go ran­ka Ro­sja­nin zresz­tą zni­ka. Czyż­by był szpie­giem? Tak, czy siak, przy­jaź­ni­li się prze­cież, a poza tym Bo­ur­go­ing bę­dzie mu za­wdzię­czał ży­cie. Co się ty­czy ko­biet, to rzad­ko wy­cho­dzą ze swe­go po­wo­zu, chy­ba że wie­czo­ra­mi, gdy do­łą­cza­ją do krę­gu zgro­ma­dzo­nych wo­kół ogni­ska De­la­bor­de'a.

"Sły­sze­li­śmy ich gło­sy, czę­sto drżą­ce z nie­po­ko­ju, gdy wo­ła­ły do nas z od­da­li. W każ­dym ra­zie pod­czas mar­szu to­wa­rzy­szył im je­den gość z na­szej grup­ki, w któ­rym się za­ko­cha­ły".

Ko­lum­na za­czy­na już wy­glą­dać ra­czej jak pa­ra­da kar­na­wa­ło­wa niż jak ar­mia w od­wro­cie. Płat­nik Du­ver­ger owi­ja się "w dam­skie fu­tro z pod­szew­ką z żół­tej ta­fty. Rę­ka­wy były na mnie za dłu­gie. Nad­miar słu­żył mi za chust­kę do nosa". Ist­nie­je te­raz wiel­ki po­pyt na wszyst­ko, co przy­po­mi­na fu­tro i moż­na coś ta­kie­go uzy­skać nie­mal każ­dą cenę. Wszy­scy Wir­tem­ber­czy­cy za­zdrosz­czą von Suc­ko­wo­wi jego pod­bi­te­go kró­li­ka­mi szla­fro­ka:

"Pe­wien znacz­ny west­fal­ski ge­ne­rał, tym­cza­so­wo zmu­szo­ny iść na pie­cho­tę jak pro­sty po­rucz­nik, kil­ku­krot­nie mnie na­cho­dził, ofe­ru­jąc za nie­go ba­joń­skie wręcz sumy. W tym cza­sie jed­nak pie­nią­dze nie mia­ły już żad­nej war­to­ści, wi­dzie­li­śmy bo­wiem, że nic się nie da za nie ku­pić".