Pierre Auvray, kapitan, 23. Pułk Dragonów
LouisBegos, kapitan, starszy adiutant w 2. Szwajcarskim Pułku Piechoty Lekkiej
Vincent Bertrand, sierżant karabinierów w 7. Pułku Piechoty Lekkiej, dywizja Gérarda, I Korpus
Honoré Beulay, podporucznik, 36. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Partonneaux, IX Korpus
Hubert Biot, kapitan, adiutant generała Pajola
Guillaume Bonnet, kapitan w 18. Pułku Piechoty Liniowej, III Korpus
Jean-François Boulart, major artylerii Gwardii
A.-J.-B.-F. Bourgogne, sierżant Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej (Średniej) Gwardii
Paul de Bourgoing, porucznik w 5. Pułku Tyralierów, tłumacz generała Delaborde'a, Młoda Gwardia
Henryk Brandt, kapitan w 2. Pułku Legii Nadwiślańskiej
Jean-Marc Bussy, woltyżer, 3. Pułk Szwajcarski, II Korpus
Jean Calosso, starszy sierżant pułku, 24. Pułk Szaserów, brygada Castexa, II Korpus V.E.B. Castellane, kapitan, oficer do zleceń w CKG
Armand de Caulaincourt, generał, Wielki Koniuszy, odpowiedzialny za cały transport Cesarskiej Kwatery Głównej i służbę kurierską
Dezydery Chłapowski, pułkownik 1. Polskiego Pułku Szwoleżerów Gwardii, Brygada Lansjerów Gwardii Colberta
Jean-Nicholas Curély, starszy sierżant pułku, 20. Pułk Szaserów, brygada Corbineau, II Korpus
Dedem van der Gelder, generał brygady, były dyplomata, przydzielony do CKG
François Dumonceau, kapitan dowodzący kompanią 2. Pułku Lansjerów Gwardii ("Czerwoni Lansjerzy") w Brygadzie Lansjerów Gwardii colberta
Victor Dupuy, pułkownik w 7. Pułku Huzarów, dywizja Bruy?re'a, 1. Korpus Kawalerii
B.T. Duverger, kapitan płatnik w I Korpusie Davouta
Henri-Pierre Everts, major, 33. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Dufoura, I Korpus
G. de Faber du Faur, major dowodzący artylerią rezerwową III Korpusu Neya
Baron A.-J.-F. Fain, drugi sekretarz Napoleona
Raymond Faure, chirurg, 3. Korpus Kawalerii Grouchy'ego (jeniec)
Fezensac, diuk, pułkownik, 4. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Razouta, III Korpus
Charles François, "dromader z Egiptu", kapitan dowodzący kompanią grenadierską 30. Pułku Piechoty Liniowej, dywizja Moranda, I Korpus
Louise Fusil, aktorka podróżująca z CKG
Gaspard Gourgaud, baron, pułkownik, pierwszy officier d'ordonnance, CKG
Lubin Griois, pułkownik artylerii konnej, 3. Korpus Kawalerii
J.L. Henckens, podoficer, p.o. starszego adiutanta w 6. pułku Szaserów, dywizja Chastela, 3. Korpus Kawalerii
Dirk van Hogendorp, baron, generał, adiutant Napoleona, gubernator województwa wileńskiego
Porphyre Jacquemot, porucznik, 5. kompania 5. Pułku Artylerii, w wilnie
Henri de Jomini, baron, generał, teoretyk wojskowości, gubernator miasta Smoleńska, a także miasta Wilna
von Kalckreuth, porucznik, 2. Pułk Huzarów Pruskich, brygada Niewiewskiego &&&
Bellot de Kergorre, oficer administracyjny odpowiedzialny za wóz Skarbu, maszerujący z CKG
Kapitan Eug?ne Labaume, ze sztabu IV Korpusu księcia Eugeniusza, autor pierwszej opublikowanej relacji z tej kampanii (1814)
D.-J. Larrey, baron, Naczelny Chirurg, CKG
Cesare de Laugier, starszy adiutant Guardia d'Onore Królestwa Włoch, IV Korpus
Thomas Legler, porucznik, 1. Pułk Szwajcarski, dywizja Merle'go, II Korpus
L.-F. Lejeune, baron, generał, do czasu bitwy pod Borodino jeden z adiutantów Berthiera, później szef sztabu przy Davoucie
C. F. M. Le Roy, podpułkownik, 85. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Dessaixa, I Korpus
M.-H. de Ligni?res, hrabia, kapitan w 1. Pułku Szaserów Pieszych Gwardii
G. L. de Lorencez, generał, szef sztabu przy marszałku Oudinocie, II Korpus
J.-E.-J.-A. Macdonald, marszałek, diuk Tarentu, dowódca X Korpusu
A.-A.-A. deMailly-Nesle, hrabia, podporucznik w 2. Pułku Karabinierów, jadący z CKG
Marcelline Marbot, pułkownik 23. Pułku Szaserów, brygada Castexa, II Korpus
Albrecht von Muraldt, porucznik, 4. Pułk Szwoleżerów Bawarskich, brygada lekkiej kawalerii Ornana przydzielona do IV Korpusu
Amédée de Pastoret, markiz, komisarz wojskowy (oficer zaopatrzenia) w Witebsku
Pierre Pelleport, wicehrabia, pułkownik, 18. Pułk Piechoty Liniowej, dywizja Razouta, III Korpus
François Pils, "grenadier", artysta, ordynans marszałka Oudinota, II Korpus
A.-A. Pion des Loches, major w artylerii pieszej Gwardii
Planat de la Faye, porucznik, sekretarz generała Lariboisi?re'a, sztab artylerii
F.-R. Pouget, baron, generał, gubernator Witebska
D.-G.-F. Dufour de Pradt, biskup, ambasador w Warszawie Jean Rapp, generał, adiutant Napoleona
Roch-Godart, baron, generał, gubernator miasta Wilna
L.-V.-L. Rochechouart, emigrant, hrabia, służący pod generałem Langeronem w armii Cziczagowa
Franz Roeder, kapitan, Heska Gwardia Piesza
François Roguet, baron, generał, dowódca 2. Dywizji Gwardii Heinrich von Roos, chirurg w 3. Pułku Szaserów Wirtemberskich Abraham Rosselet, kapitan, 3. Pułk Szwajcarski, dywizja Merle'a, II Korpus
M.-J.-T. Rosetti, pułkownik, adiutant Murata N. T. Sauvage, porucznik w taborach, VIII Korpus
Philippe de Ségur, hrabia, generał, zastępca prefekta pałacu, odpowiedzialny za muły CKG
T.-J.-J. Séruzier, baron, pułkownik artylerii konnej, 2. Korpus Kawalerii
Roman Sołtyk, hrabia, kapitan, przydzielony do Wydziału Topograficznego CKG
Karl von Suckow, kapitan, kawaleria Wirtemberska, III Korpus Maurice Tascher, porucznik szaserów
F.-A. Teste, baron, generał, gubernator Wiaźmy
Auguste Thirion, starszy sierżant pułku w 2. Pułku Kirasjerów, dywizja Saint-Germaina, 1. Korpus Kawalerii
L.-J. Vionnet, major, Pułk Fizylierów-Grenadierów, Młoda (Średnia) Gwardia
H. A. Vossler, porucznik, Pułk Huzarów Księcia Ludwika Pruskiego
Jakob Walter, szeregowiec w Pułku Piechoty Wirtemberskiej
R. Warchot, &&& kapitan, 8. Pułk Polskich Lansjerów
C.-A.-W. Wedel, hrabia, generał, VI Korpus
Sir Robert Wilson, generał, brytyjski oficer łącznikowy w kwaterze głównej Kutuzowa
J.-H. Załuski, kapitan w 1. Pułku Szwoleżerów Gwardii (polskim)
Po szczegóły bibliograficzne tych i innych źródeł odsyłam czytelnika do obszernych bibliografii w 1812 - Marsz na Moskwę i 1812 - Napoleon w Moskwie. Dodatkowe źródła są podane w Przypisach.
Pierwsze wymienienie naocznego świadka, którego relacja składa się na niniejszy "film dokumentalny" o odwrocie Napoleona z Rosji, jest zaznaczone przez wyróżnienie jego nazwiska kursywą.
1"SŁOWO NIEZNANE W ARMII FRANCUSKIEJ"
"Nagle wszyscy wyglądali na obojętnych" - "odwrót rannego lwa" - Kozacy - łupy z Moskwy - zawartość pewnego wozu - los rannych i jeńców - Maily-Nesle ciągle śpiewa - korpus Neya w Borowsku - Dumonceau poświęca swój wózek - kogut trafia do garnka Le Roy'a - protest Davouta - Napoleon widziany oczami Dedema - narastające braki żywności - cesarski wybuch - los rannych z Możajska
Po drugiej nocy spędzonej w chatce tkacza Napoleon ponownie wyjeżdża w kierunku Małojarosławca. Spogląda na jego dymiące ruiny, a poprzez mgłę i dymy - na położoną za miastem równinę. Czy Kutuzow naprawdę się wycofał? Raporty są potwierdzone. I to właśnie, jak zauważa drugi sekretarz Cesarza, A.-J.-F. Fain, usuwa jego ostatnie obiekcje wobec odwrotu głównym traktem - przez Możajsk i Smoleńsk. Cofnięcie się Kutuzowa daje przynajmniej armii szansę oderwania się od nieprzyjaciela. Tak więc, o dziewiątej rano 26 października, "przy ognisku rozpalonym obok drogi, [Cesarz] wydaje rozkaz wszystkim, którzy pozostali w Gorodni, aby wycofywać się na Borowsk", oddalony o jakieś dwanaście mil do tyłu, a o jedenastej przed południem sam odwraca się plecami do nieprzyjaciela, który tak długo i skutecznie mu się wymykał.
Jak dotąd tylko jeden jedyny raz zmuszony był do odwrotu. Jest to więc operacja, w której nie ma, lub ma bardzo niewiele doświadczenia. Wszyscy instynktownie rozumieją co to znaczy i głęboko ich to przygnębia. Czyż Cesarz nie przysięgał, że nigdy nie będzie się wycofywał drogą, którą przybył - przez "pustynię, jaką sami stworzyliśmy"?
Samozwańczy malarz batalistyczny Albrecht Adam, który miał już tej kampanii po dziurki w nosie i ruszył do domu, wie też dobrze, że pomiędzy Moskwą a Smoleńskiem
"wszystko jest zdewastowane na przestrzeni ponad trzystu mil. Wioski leżały w ruinie. Miasta były wygłodzonymi szpitalami. Tych kilka stodół czy chat, jakie nadal stały, były wypełnione trupami ludzi i zwierząt domowych, czasem na wpół zgniłymi. Wystarczyło iść za trupim smrodem, aby być pewnym, że jest się na właściwej trasie".
Tych kilku ludzi, na jakich były cukiernik i jego towarzysze podróży natknęli się po drodze, "maruderów ciągnących za armią i pozbawionych jakiegokolwiek pożywienia, z największym trudem błąkało się tu i tam" po kraju "przepełnionym Kozakami i chłopstwem". Kilka razy "tylko cudem jakimś udało się im ocaleć".1
Morale jest kiepskie. Wszyscy wiedzą o tym, jak Cesarz "siedział przez całą godzinę" w owej chatce w Gorodni, "rozważając swoją dramatyczną decyzję" i jak wczorajszego ranka wpakował się w ćmę Kozaków,2 przez co o mało nie dostał się do niewoli. A choć CKG1 starała się jak mogła, aby wyciszyć ów szokujący epizod, to "do następnego wieczora wiedziała już o nim cała armia i cała aż trzęsła się ze zgrozy na samo jego wspomnienie". A także na pogłoski, jakoby najwyższego hetmana Kozaków, Płatowa,
"po tym jak jego syn zginął w potyczce pomiędzy Kozakami a polskimi ułanami pod Wierieją, ogarnęła tak gwałtowna nienawiść do Francuzów, że rozkazał, aby przyprowadzać do niego każdego niskiego i tęgiego Francuza, aby mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Obiecał ponoć nawet, że odda rękę własnej córki każdemu - choćby i prostemu Kozakowi - kto przyprowadzi mu Napoleona - żywego lub martwego".
Holenderski eksdyplomata i generał brygady, Dedem van der Gelder, który ściągnął na siebie niechęć Berthiera za sposób, w jaki wstawiał się za cudzoziemcami i nawet usłyszał na Kremlu, że "jeśli nie jesteś pan zadowolony - możesz wracać do domu", uważa, iż plotka ta z pewnością "zaniepokoiła Napoleona". Nic jednak nie wspomina, jak się o tym dowiedział. Wszystkie wydarzenia wskazują na to, iż słowo "odwrót", o którym ten zjadliwy krytyk wojskowości usłyszał w lipcu w Witebsku, że "nie istnieje w armii francuskiej", staje się ponurą rzeczywistością.
Zaledwie jednostki wykonały w tył zwrot i pomaszerowały, jedna za drugą, traktem na Borowsk, a już majorowi A. A. Pionowi des Lochesowi wydaje się, że "wszystkich ogarnęło jakieś otępienie". Ów nowo awansowany major jest także chronicznym dysydentem i powszechnie znanym wszystkowiedzącym. Takie "otępienie" - według niego - wydaje się już teraz "zamieniać nasz odwrót w pogrom". Będąc odpowiedzialnym za 1. kompanię 2. Pułku Artylerii Pieszej Młodej Gwardii oraz za część taborów, jest on zszokowany, gdy szef sztabu artylerii Gwardii, generał Lallemand, podjeżdża do niego konno i rozkazuje mu, aby
"według własnego uznania - ponieważ potraciłem konie - porzucił wozy amunicyjne, niszcząc wiezioną na nich amunicję.
Na próżno przedkładałem mu, że zatrzymywanie dział bez odpowiedniego zaopatrzenia jest całkiem bezużyteczne. 'Cesarz', powiedział generał władczo, 'nie chce, aby pozostawić choćby jedno działo!'. Cóż za mądrość! Czyżby ten człowiek myślał, że tylko działa wpadające w ręce nieprzyjaciela będą świadkami jego odwrotu? Ale jego rozkazy zostały wykonane".3
Sprawy stoją więc tak, że żołnierze już teraz "porzucają wozy amunicyjne, i to bez żadnych formalnych instrukcji. Każdy z nas postępował według własnego widzimisię". Pionowi des Lochesowi nie przychodzi na myśl, że przecież Napoleon będzie mógł uzupełnić amunicję w Smoleńsku, gdzie znajdują się ogromne magazyny wszelkiego zaopatrzenia, podczas gdy działa to już całkiem inna sprawa. Rozkaz Lallemanda będzie chyba ostatnim, jaki major otrzyma w Rosji.
Naturalnie, nie wszyscy podupadają na duchu. Pułkownik Lubin Griois przepełniony jest podziwem dla "rzadkiej odwagi i przytomności umysłu" swojego dowódcy korpusu, generała Grouchy'ego, którego 3. Korpus Kawalerii osłania tylną straż armii utworzoną przez I Korpus Davouta. Artyleria konna Griois miała jako ostatnia przekroczyć most nad przełomem Łuży:
"Obecny wszędzie, w spokojnym, niemal pogodnym, nastroju, [Grouchy] wlewał tyle pewności siebie, tyle ufności w te konne oddziały, jakie jeszcze mu pozostawały, że nieprzyjaciel, mimo wciąż ponawianych wysiłków, nie potrafił mu przeszkodzić, ani nawet zniechęcić. Był to zaiste odwrót rannego lwa".
A przecież ledwo co doszedł do siebie po ranie, jaką otrzymał pod Borodino, a po jego kawalerii także "zostało stanowczo zbyt mało" po całomiesięcznym głodowaniu w obozie pod Winkowem.4 Jest wspaniały, słoneczny dzień. Konni artylerzyści Griois staczają nieustanne potyczki z ciągle rosnącą liczbą Kozaków:
"Nadciągali i kręcili się wokół nas, czasami zaledwie na odległość strzału z pistoletu. Gdy tylko ataki ich stawały się nazbyt ożywione, zatrzymywaliśmy się, aby odpędzić ich paroma salwami lub szarżą kilku plutonów. Oznaczało to jednak spowolnienie naszego marszu i czynienie Kozakom zbyt wielkich honorów. Ograniczyliśmy się więc do zmuszania ich do okazania nam szacunku, posyłając im kilka kartaczy lub strzałów karabinowych i kontynuując marsz".
Łatwi do rozpoznania nawet z daleka - "przez nieporządek panujący w ich kupach, niewyraźną barwę strojów jeźdźców i mieszaninę używanych przez nich koników", Kozacy także jednak dysponują artylerią.
"Wieńczyli oni niemal każde wzgórze w okolicy, pojawiali się na wszystkich drogach, nacierali w każdym kierunku. Wypatrywaliśmy więc ich ze wszystkich stron. Nasze działa odpowiadały ich armatom. A we wszystkich możliwych miejscach dochodziło do małej wojenki pomiędzy nimi, a naszą lekką kawalerią".
Owi "barbarzyńcy", o których nasze oddziały zwykły mawiać "hurasjerzy" [niby "kirasjerzy", od ich gromkich okrzyków "hurra"5], bynajmniej nikogo z naszych nie potrafią zastraszyć swoim potrząsaniem pikami.
"Niektóre z naszych plutonów raz po raz szarżowały przez owe chmury jeźdźców, którzy rozstępowali się przed nimi tylko po to, aby po chwili galopem powrócić i zebrać się w jakimś innym miejscu i od nowa rozpocząć swoje wrzaski i prowokacje".
Zdarza się, że dochodzi nawet do indywidualnych pojedynków:6
"prawdziwego potykania się 'na kopie'. Każdy z walczących starał się wykazać w oczach kolegów swoją wspaniałą odwagą i wyjątkowymi umiejętnościami. Nad wszystkimi górowali w tym nasi Polacy... ich sposób walki i ich okrzyki, w znacznej mierze przypominające ich przeciwników, potrafiły w szczególny sposób ożywić i ubarwić ogólny łoskot dział i eksplodujących pocisków. Będąc na przemian ścigającymi i ściganymi, w zależności od tego czy jacyś koledzy przybyli im z odsieczą, czy też musieli stawić czoła nowym napastnikom, krążyli w małych oddziałkach między obiema armiami",
co tworzyło zaiste wspaniałe widowisko, uważa Griois, a co przypomina mu jego lektury na temat dawnych wojen. Niektórzy jednak spośród jego ludzi zostają ranni. I tych właśnie, pierwszych padłych w boju, pułkownik pakuje na swoje wozy amunicyjne:
"jednak co ciężej rannych, którzy nie byli w stanie dotrzymać nam kroku nawet z pomocą swoich towarzyszy, musieliśmy porzucać na pastwę Kozaków. ich błagania, ich krzyki, raniły mi serce. Nie mogliśmy jednak dla nich niczego zrobić, chyba że ponieślibyśmy ich na własnych ramionach".
Kozacy są doprawdy wszędzie. Dedem van der Gelder, od Moskwy zdjęty z dowództwa i przydzielony do Cesarskiej Kwatery Głównej, wspomina jak "przyczepili się oni do jego dwóch huzarów - ordynansów" podczas jego szalonego galopu tą właśnie drogą, kiedy to "wiózł rozkazy cesarskie dla wicekróla" podczas akcji pod Małojarosławcem, i "jedynie szybkości swojego konia zawdzięczał, że nie podzielił losu ordynansów". Teraz generał słyszy, że Kozakom udało się zaskoczyć nawet dywizję Dufoura (dawniej Frianta), której "zabrali kilka dział".
Jesienne dni w Rosji nie trwają wiecznie. Od czasu do czasu niebo zaciąga się chmurami, przynosząc przygnębiającą mżawkę. Przez nasiąkniętą wodą krainę, mocno zalesioną dębami, jesionami i srebrnymi brzozami - już niemal ogołoconymi z liści - odznaczającymi się na spokojnym tle głębokiej zieleni lasów iglastych swoją szarością lub brunatnością - armia jedzie, kroczy, czy też toczy się traktem na Borowsk, którym tak niedawno nacierała. Czołowe jednostki wkrótce wpadają na nadmiernie rozrośnięte tabory,
"pełną nieładu karawanę wszelkiego rodzaju pojazdów wojskowych, niewielkich powozów, cal?ches, kibitek i dorożek, z których większość zaprzężona jest w niewielkie rosyjskie koniki... a także najbogatszych i najbardziej eleganckich pojazdów, wozów markietanów, ciężkich furgonów, bryczek, dyliżansów, wszelkiego rodzaju karet, wśród których zdarzały się nawet dworskie",
a które jeszcze wczoraj tworzyły tyły armii, dzisiaj zaś zmuszone zostały zawrócić konie i stać się jej awangardą. Do tej pory, w drodze na nieosiągalną Ukrainę, już jakieś 20 tysięcy tych wehikułów rozleciało się, połamało sobie wzajemnie szprychy w zderzeniach, potraciło konie, czy też - stanąwszy na drodze armatom - zostało podpalonych. A wtedy, wiezione na nich
"cenne przedmioty, obrazy, kandelabry, całe biblioteki, złote i srebrne krucyfiksy, cyboria i kielichy, piękne dywany, gobeliny, makaty, sztuki jedwabiu we wszystkich kolorach, a także wspaniałe haftowane złotem i srebrem ubiory - tak kobiece jak i męskie - i to z tych, co się je widuje tylko na książęcych dworach... drogocenne kamienie, szkatułki wypełnione brylantami lub rulonami dukatów",
słowem - cały fantastyczny łup moskiewski - były wrzucane do rowów.7 Nadal jednak pozostają ogromne masy pojazdów, które korkują drogę.
Jeśli istnieje człowiek dogłębnie wściekły na Kutuzowa za przegapienie "tak wspaniałej, wręcz złotej okazji", jaka mu się trafiała pod Małojarosławcem, a także za ogólną indolencję i fainéantise2 jednookiego feldmarszałka, to jest nim na pewno specjalny wysłannik rządu brytyjskiego i oficer łącznikowy w jego kwaterze głównej - generał Sir Robert Wilson. Armia rosyjska, jak notuje on w swoim Dzienniku, bynajmniej nie jest osłabiona, a w rzeczywistości nawet "została wzmocniona licznymi oddziałami milicji, które wszystkie walczyły z determinacją". No, a tutaj masz - jej niedołężny, a może nawet zdradziecki dowódca pozwala Bonapartemu - temu wrogowi ludzkości - wymknąć się z matni!
To wystarczy, aby przywieść do szaleństwa każdego zdrowo myślącego człowieka.
Dla wycofującej się armii ważniejsze od łupów są zapasy żywności, także wiezione w taborach. Wielu przewidujących oficerów zadbało już o to, aby ich dobrze zaopatrzone wozy toczyły się drogami z resztą wozów pułkowych. W drodze do Moskwy, Rion des Loches, będąc zaledwie kapitanem, musiał się dzielić swym wozem, "w połowie zapełnionym dobytkiem i rezerwowymi butami mojej kompanii", ze swoim porucznikiem. Teraz, po awansie na majora, jest on już uprawniony do własnego pojazdu, "mniejszego co prawda, lecz wystarczająco dużego, aby pomieścić moje wiktuały na trzy, cztery miesiące odwrotu". Wśród innych rzeczy wiezie też na nim szczególnie piękny serwis obiadowy z chińskiej porcelany, który przypadł mu do gustu, oraz
"na ewentualność (co uważałem za nieuniknione) udania się na leża zimowe na lewym brzegu Niemna, skrzynkę z całkiem niezłym wydaniem Woltera i Rousseau, Historią Rosji Clerca i Levesque'a, sztukami Moli?re'a, utworami Rirona, L'Esprit des Lois Monteskiusza i kilkoma innymi dziełami, takimi jak Historia filozoficzna Raynala, oprawiona w białą skórkę cielęcą i złocona na grzbiecie".
Na jego nie mniej obfitą spiżarnię składa się
"Sto okrągłych, liczących sobie stopę średnicy sucharów, worek zawierający kwintal mąki, ponad trzysta butelek wina, dwadzieścia do trzydziestu butelek rumu i koniaku, ponad dziesięć funtów herbaty i tyleż samo kawy, jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt funtów cukru, trzy-cztery funty czekolady, kilka funtów świec".
Za osiemdziesiąt franków major kupił sobie także "jedno z najpiękniejszych futer, jakie zostały wzięte z Moskwy". Tego chłodnego dnia jego przezorność zdaje się zostać wynagrodzona. "Prowadziłem dom otwarty. Do obiadu rzadko było nas mniej niż siedmiu czy ośmiu". Jeden z podlegających mu oficerów ma nawet namiot,8 do którego major ma dostęp - w zamian za podzielenie się swoimi zapasami:
"Przed wyjazdem zjedliśmy dużo gorącej zupy. Do kieszeni włożyłem sobie nieco chleba i cukru. Miałem też przy sobie butelkę rumu. Na południowym postoju wypijałem kilka kieliszków wina, a w ciągu dnia spożywałem kilka kawałków czekolady lub sucharów, aby nie opaść z sił".
Sierżant Louis-Vincent Lagneau z Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii także ma namiot i uważa (mylnie), że "jest bardzo prawdopodobne, iż jest to jedyny namiot w całej armii". Zrobił go sobie w Moskwie z pociętego na pasy brezentu i kazał swoim ludziom sporządzić do niego kołki i maszty:
"Mój wóz ambulansowy był duży i ciężki. Załadowaliśmy go winem i ryżem, sucharami, cukrem i innymi zapasami, albo w małych baryłkach - tego rodzaju jakich używały nasze cantini?res - albo w dużych workach. Miał to być nasz wiatyk na ten odwrót".
Kapitan płatnik P. T. Duverger z I Korpusu także nie zapomina zadbać o najważniejsze:
"Posiadałem fortunę w futrach i obrazach. Miałem też pewną ilość skrzyń z figami, kawą, likierami, makaronem, soloną rybą i mięsem. Nie miałem jednak w ogóle białego chleba, świeżego mięsa, czy też vin ordinaire".3
Także i jego stać na wydanie obiadu dla szesnastu swoich towarzyszy, wśród nich jednego generała. "Uroczyście wznosiliśmy toasty za sukces nadchodzącej kampanii i nasze wkroczenie do St. Petersburga".
Wszystko to pozostaje w ponurym kontraście z losem zwykłego szeregowca... jeśli nie należy on do przedsiębiorczych duchów, którzy "wynajmują sobie świtę innych, aby dbali o nich i o ich konie, a także doglądali czasem aż czterech wozów ciągnących w taborze", to wszystko co posiada jest tym, co potrafi unieść na własnym grzbiecie.9 A Smoleńsk, ze swoimi ogromnymi magazynami wypełnionymi zapasami ściągniętymi z głębokich tyłów, jest odległy o co najmniej dziesięć dni, a może i dwa tygodnie marszu. Mimo wszystko nawet los szeregowca zdaje się godnym zazdrości, porównawszy go z losem chorych i rannych. Czujący się zazwyczaj zdrowo adiutant generała Pajola - kapitan Hubert-François Biot - po swoim wczorajszym ocaleniu podczas nalotu Kozaków, kiedy to sam Napoleon mógł zostać przez nich pochwycony, poczuł się nagle słabo i osunął do rowu. Miał szczęście, że odnalazł go tam Pajol i kazał go wpakować na "wóz powożony przez żonę jednego ze swych ordynansów, trębacza z 11. Pułku Szaserów". Teraz więc Biot podskakuje na stosie worków z mąką.
Jednak los Biotas i tak jest lepszy od losu jakichś dwóch tysięcy Włochów, Hiszpanów, Chorwatów i Francuzów, którzy zostali ranni pod Małojarosławcem. Generałowi Armandowi de Caulaincourtowi, Wielkiemu Koniuszemu, wygląda na to, że w armii nie istnieje już żadna służba medyczna - być może za wyjątkiem Gwardii - a nawet i tam jedynie szczątkowo. Dr Réné Bourgeois, także z 3. Korpusu Kawalerii, widział jak rannych
"pośpiesznie ładowano na wozy ambulansowe, a ich rzeczy przekazywano wiwandierkom. Pozbawieni wszelkiej pomocy czy pożywienia, w bólach ciągnęli oni za armią".
Jeszcze gorszy jest los kilkuset jeńców rosyjskich, którzy pędzeni są niczym stado. Chyba jednak nie są traktowani tak brutalnie jak ma to miejsce w przypadku dziesiątków tysięcy Francuzów i ich sojuszników, którzy jako jeńcy gnani są na wschód. To znaczy, dotyczy to przynajmniej tych, którzy nie zostali sprzedani "po dwa franki od głowy" rozwścieczonym chłopom na tortury i śmierć. Spośród tysiąca czterystu chorych i rannych, jakich marszałek Mortier musiał pozostawić w trzech moskiewskich szpitalach jako "zbyt słabych i nie nadających się do transportu razem ze swoimi towarzyszami", niektórzy zostali
"wrzuceni na wozy, które miały odwieźć ich do Tweru. Wszyscy zginęli z zimna i mizerii, lub zostali pozabijani przez wieśniaków, którym nakazano ich tam dowieźć, a którzy zamiast tego po prostu popodrzynali im gardła, aby zabrać sobie ich płaszcze. Reszta pozostała w szpitalach, wraz z francuskimi chirurdzy, którzy zostali tam, aby ich doglądać, nie otrzymawszy jednak żadnej żywności ani lekarstw".10
Jest jednak przynajmniej jeden Francuz całkiem zadowolony z faktu, że dostał się w ręce Brytyjczyków. Powody ma do tego mieszane, po części rodzinne, po części polityczne. Jest nim Clarke - bratanek ministra wojny Napoleona. Wilson oferował się doprowadzić do jego wymiany za jeńców rosyjskich. Młodzieniec jednak, wiedząc jaki los by go czekał, nie skorzystał z propozycji
"woląc poczekać aż Francuzi wydostaną się ze swoich obecnych tarapatów, ponieważ 'miał już dość smaku koniny i kozackich szabel'. Odesłałem go więc, zaopatrzywszy w bardzo mocny list polecający do wszystkich Rosjan, dobrą kapotę i dwieście rubli".
Niewielu jeńców ma takie szczęście. Powiedzenie Fezensaca o tym, że "różnica pomiędzy sposobem traktowania oficerów i szeregowych może oznaczać różnicę między życiem i śmiercią", wydaje się tutaj szczególnie trafne. Kilka mil na południowy wschód, chirurg M. R. Faure z 1. Korpusu Kawalerii, pochwycony w desperackiej bijatyce i zamieszaniu pod Winkowem,11 zauważa jak bardzo pewni są jego strażnicy, że - z zimą mogącą się rozpocząć lada dzień - francuskie sobaki skazane są na klęskę. Z początku jednak, przynajmniej oficerowie nie są traktowani zbyt surowo:
"Przybył wzięty do niewoli szef sztabu i przyniósł każdemu oficerowi ze swojego korpusu [2. Korpusu Kawalerii] po sześć dukatów od księcia Kutuzowa, który okazywał jeńcom całą szczodrość i wielkoduszność, jakiej można było się spodziewać po człowieku wielkiej cnoty. Widzieliśmy, że wśród rosyjskich oficerów panował rodzaj braterstwa, świadczący o dobrym duchu w armii, co powinno sprzyjać pięknym akcjom podczas tej kampanii".
Grupa Faury'ego opuściła pobojowisko pod Winkowem "zadowolona z postępowania Rosjan. Rod dowództwem oficera nie mieliśmy powodów do narzekań". W drodze na południe, w kierunku Kaługi, natrafili oni na drogi zakorkowane pojazdami transportującymi zaopatrzenie dla armii rosyjskiej:
"Trzeciego lub czwartego dnia słyszeliśmy całodzienną kanonadę, trwającą do dziesiątej, może i dwunastej w nocy. Była to bitwa pod Małojarosławcem, odległym od nas o trzy lub cztery ligi [9-12 mil]".12
Jeńcy widzą także masy chłopów zmuszonych do opuszczenia swoich wiosek. Docierając do Kaługi, 35 mil za Małojarosławcem, Faure widzi, że wszyscy jej co zamożniejsi mieszkańcy uciekli, tak samo jak to miało miejsce w Moskwie:
"Ci z kupców, którzy jeszcze nie wyjechali, byli na to przygotowani. Gubernator poczynił wszelkie przygotowania do tego, aby w razie zagrożenia ze strony naszej armii, podłożyć ogień pod miasto. Przybył, żeby nasycić swoje oczy widokiem ofiar, jakie do niego przyprowadzono. Głośno się skarżył, że wydajemy mu się być w zbyt dobrym zdrowiu. Powiedziano mu, że w armii francuskiej brakuje żywności i, żeby go zadowolić, musielibyśmy być tak wychudli jak on sam".
Gubernator "znieważa" jakiegoś Polaka, któremu pod Winkowem pocisk urwał nogę na wysokości uda, co powoduje, że prosty lud zaczyna podobnie postępować z innymi jeńcami. Faure jednak wybacza im, potępiając jedynie gubernatora. To, co najbardziej szokuje w Kałudze, to brutalność okazywana niektórym rannym żołnierzom, którym przytrafiło się "wpaść w szczególnie niedobre ręce", a którzy zostają spędzeni do jakiegoś brudnego budynku:
"pobici i posiniaczeni, nie mający nawet sił krzyczeć po tym jak zostali zrzuceni z wozów. Paskudny typ, jakiś oficerek niższej rangi, którego uczyniono odpowiedzialnym za ich prowadzenie, kazał po drodze rozstrzelać dwóch lub trzech, ponieważ wydawało mu się, że mają zamiar uciekać".
Dopiero gdy jakiś wyższy rangą oficer przymyka oko i pozwala kamratom Faurego udać się na zakupy, natychmiast zapominają o swoim poniżeniu. Nawet jednak i wtedy, dwóch lub trzech z nich jest obrażanych przez "jakiegoś Rosjanina noszącego broń boczną". Wszystko to jednak jest dopiero początkiem ich cierpień.
Jak zawsze, przywileje i koneksje mogą mieć wielki wpływ na czyjąś sytuację. Niemal najlepszymi możliwymi wygodami (wyjąwszy ranę w ramieniu) cieszy się pewien arystokratyczny podporucznik z prestiżowego 2. Pułku Karabinierów - młody hrabia A.-A.-A. Mailly-Nesle. Jeśli on i jego towarzysz, książę Charles de Beveau, syn jednego z szambelanów Napoleona, ciągną gdzieś przed bagażami cesarskimi i to w jednym z osobistych powozów Cesarza (choć wydaje mu się, że niezbyt dobrze chronionym przed Kozakami), to tylko dlatego, że jest on krewnym sławnego niegdyś marszałka Mailly.13 Jak wielu innych "białych", Mailly-Nesle stanął, przynajmniej tymczasowo,14 po stronie nowego reżimu. "Nienawidzi on jednak despotyzmu i tyranii uciskających Francję", a sam siebie "postrzega jako skazanego na prowadzenie takiego żołnierskiego życia":
"Jestem więc tutaj, w doskonałym powozie, z jednym z moich przyjaciół, ze służącym oczekującym moich rozkazów, a ponadto z trzema doktorami mającymi dbać o nas i bandażować nasze rany. Mamy sześć koni, które nas ciągną, i dwóch woźniców. Wygląda na to, że wybrnę jakoś z tych kłopotów".
Od czasu, gdy został ranny pod Winkowem, nonszalancki Mailly-Nesle zdążył kupić sobie "pelisę z lisów, która okazała się wielce przydatna". Ma również
"rodzaj deski, która za dnia służyła nam jako biurko albo stół jadalny, zaś wieczorami jako kandelabr, zaś po położeniu jej w poprzek dwóch siedzeń - także jako łóżko".
Od "niejakiego pana Lameau, przydzielonego do gabinetu Cesarza jako geograf", hrabia pożyczył sobie Historię Karola XII Woltera - dokładnie ten sam "śliczny tomik, oprawiony w złoconą marokańską skórkę", który Napoleon czytał podczas lipcowych upałów w Witebsku i trzymał na swoim nocnym stoliku na Kremlu. Mailly-Nesle może sobie w nim przeczytać wszystko o tym, jak cała armia szwedzkiego króla-bohatera została w 1709 roku starta na proch pod nieodległą stąd Połtawą. Pomiędzy rozdziałami hrabicz podśpiewuje rozpustne piosenki dla dodania odwagi sobie i swojemu przyjacielowi Beveau. Ale któż to teraz podchodzi do nich - w przeciwnym do marszu kierunku - jak nie
"L - promieniejący i elegancki jakby przed chwilą opuścił Tuileries. Zapytałem go, dlaczego nie pozostał w swoich dobrach, aby polować na zające. Odpowiedział mi, że musiał spełnić swój obowiązek".
Kursywa ma oznaczać ironię! Maily-Nesle może czuć się dobrze urządzony w swoim wygodnym, choć zatłoczonym powozie - jedyną niedogodnością, jaka daje się we znaki jemu samemu i pozostałym współpasażerom, jest robactwo zmuszające ich do drapania się w swędzące miejsca. Ale "wielu z nas było nieodpowiednio ubranych - ciągle nosiliśmy letnie spodnie. Brakowało rękawiczek i innych elementów stroju".
Po spędzeniu trzech dni w Czirikowie, przy skrzyżowaniu traktów na Podolsk i Fominskoje, III Korpus Neya opuścił wieś o północy z 25 na 26 października, aby podciągnąć to, co nadal uważano za tylną straż armii. Także nowo awansowany do stopnia majora Guillaume Bonnet przedziera się przez błotniste, wydające się nie mieć dna drogi. W przeddzień wyruszenia z Moskwy powaliła go gorączka i tego samego ranka, gdy III Korpus ruszał w drogę, "opuszczał miasto sam, dorożką, jadąc ulicami, na których nie widać było ani jednego Francuza", lecz szczęśliwie dołączył do swojego pułku jakieś piętnaście mil za miastem na drodze kałuskiej. Teraz major odnotowuje w swoim dzienniku, jak Kozacy, którzy ciągle ich naciskają, jakby chcąc sprawdzić jak na to zareagują, trzymają się jednak na dystans ze swoimi "dwiema kiepskimi armatkami, które jak dotąd wystrzeliły ze dwadzieścia kul, nie trafiając jednak nikogo". Być może zawdzięczamy to "lekkiej kawalerii Guardina i Beurmanna, która otrzymała rozkazy podpalania wszystkich napotkanych wiosek". Gdy żołnierze Neya docierają wieczorem do Borowska, także i to miasteczko zastają w płomieniach.
Przez kilka ostatnich dni łącznikiem pomiędzy III Korpusem, a główną częścią armii jest Brygada Lansjerów Gwardii Colberta, składająca się z dwóch pułków: 1. (polskiego) i 2. (holenderskiego). otrzymawszy również rozkazy przesunięcia się jakieś sześć mil w kierunku na Borowsk, Colbert wysłał naprzód swojego młodego belgijskiego kapitana François Dumonceau, dowodzącego 6. kompanią 2. szwadronu 2. Pułku Lansjerów, aby poinformował Neya o jego starciu z Kozakami, zakończonym niemal porażką, do czego doszło pod Uwarowskoje.15 Za Borowskiem Dumonceau napotyka
"spokojnie biwakujące czoło kolumny marszałka. Dowodzący nim generał nie okazał się zbytnio poruszony moją opowieścią i mimo nacisków z mej strony zwlekał z postawieniem swoich ludzi pod bronią".
Zawsze skutecznie działający Colbert wysłał 26 października, o ósmej rano, rozpoznanie na południe - w kierunku Małojarosławca. Nie napotkano tam Kozaków. Zamiast nich, ku wielkiemu rozczarowaniu, natknięto się na "rozciągnięty konwój rannych, zmierzający w naszym kierunku". Z tego co opowiedzieli nam jego przewodnicy wynikało, że ich śladem ciągnie cała armia:
"Wszyscy byliśmy tym bardzo dotknięci. Po przedwczorajszym sukcesie nie byliśmy w stanie pojąć, że mogłoby dojść do wycofania się".
Dopiero teraz, wieczorem, żołnierze Neya dowiadują się, iż armia jest w odwrocie. Wiadomości te wstrząsają Bonnetem i wirtemberskim majorem G. Faberem du Faurem, odpowiedzialnym za dwunastofuntówki z odwodu artyleryjskiego Neya. Do III Korpusu docierają rozkazy, aby wyruszał w kierunku Wiereji, następnego miasta na trakcie możajskim. W chwili, gdy jednostki właśnie szykują się do wymarszu - atakują Kozacy. Żołnierze Neya muszą więc wykonać zwrot i "na równinie, w zupełnie nieosłoniętym terenie, pozbawieni [wszystkiego]" stawać w linii do bitwy. Nie znaczy to, że Kozacy mogą stanowić jakieś poważne zagrożenie dla całego korpusu armii. "Krótkotrwały ogień artyleryjski i szarża kawalerii Królewskiej Gwardii [Wirtemberskiej] wystarczają aby ich odeprzeć". Ileż to żywych scen zawdzięczamy rycinom Fabera du Faura! Według jego wrażenia, "zdawało się, że pod Borowskiem opuściło nas szczęście; po południu 26 października rozpoczęliśmy odwrót".16
Dziennik Bonneta zawsze jest zwięzły. Tegoż wieczora czyni w nim jeden ze swoich pośpiesznych zapisków. Choć pod sztandarem 18. Pułku Liniowego pozostało ze stanu początkowego jedynie tysiąc stu żołnierzy, to ciągle liczy on sobie dwa pełne bataliony. Dopiero o 7 rano, gdy pułki Neya porzucają ogniska swoich obozowisk, Bonnet zaczyna sobie tworzyć realistyczny obraz sytuacji:
"Musimy porzucić [pomysł] marszu na południe. Bez wątpienia - albo zostaliśmy odparci, albo Cesarz manewruje - sam nie wiem".
W tym momencie przybywają ludzie Colberta, wjeżdżają na równinę nieopodal płonącego miasta i rozbijają biwak pośrodku "kilku jednostek piechoty i rozmaitych parków" gromadzących się wokół tysięcy ognisk. Gdzieś tam w ciemnościach, u stóp wzgórza, nadal krążą Kozacy. Nikt się jednak tym nie przejmuje - przynajmniej Dumonceau wydaje się, że tylko jego Holendrzy trochę trzęsą się ze strachu, co jest raczej naturalne po ich prywatnym starciu z Kozakami 25 października: "Wszyscy byliśmy w mniejszym lub większym stopniu zdemoralizowani naszą porażką". Dopiero gdy CKG i jednostki Gwardii wkraczają do Borowska, przybywa oficer sztabowy i mówi Colbertowi, żeby szykował się do natychmiastowego wyruszenia do Smoleńska. "Nowina ta całkowicie spełniała nasze pragnienia. Rychło zatarło się wrażenie odwrotu". Może też spora liczba Holendrów Dumonceau miała już po uszy tej kampanii - przynajmniej w Rosji?
Po potyczce pod Uwarowskoje, lansjerzy mieli do zabrania ze sobą mnóstwo rannych. Choć dwudziestosześcioletni Dumonceau jest bystrym obserwatorem i rejestratorem wydarzeń, to nie okazuje szczególnych emocji czy miękkiego serca. Mimo tego dzieli pakunki z żywnością pomiędzy swoją ulubioną klacz Liesje,17 swojego luzaka oraz obdarzonego szorstką sierścią konika (rosyjskiego kuca) swego służącego Jeana i udostępnia rannym swój nieduży wóz wraz z jego zawartością. Następnego ranka, gdy Brygada Lansjerów rusza zająć swoją normalną pozycję na czele kolumny Gwardii, jego wóz z trzema rannymi lansjerami rusza w drogę pod eskortą kaprala.
Świeżo awansowany do stopnia podpułkownika C.F.M. Le Roy18 podróżuje ze swoim 85. Pułkiem Liniowym i I Korpusem jedynie ze względów bezpieczeństwa. Awansowany przez Davouta za okazaną skuteczność, jedzie on z powrotem do Francji, do bazy pułku. Na razie ma ze sobą swojego najlepszego przyjaciela, porucznika Jacqueta - jedynego zaufanego, jakiego kiedykolwiek miał - oraz szpetnego, lecz oddanego służącego Guillame'a. Ich cenny żelazny kociołek, który przebył z nimi całą drogę aż z Głogowa w Prusach, zamienia to trio w kwartet. Ciągłą troską tęgawego Le Roy'a jest bowiem zapewnienie sobie codziennie właściwego obiadu.
Sos dobry do gęsi nada się także do gąsiora. Od czasu walk pod Smoleńskiem Rosjanie palili swoje wioski i miasta, a w końcu uczynili to także ze swoją świętą stolicą. Dla opóźnienie pościgu Kutuzowa, Napoleon nakazuje więc teraz palić za sobą każdą wieś, każdy dom, każdy dworek, każdą napotkaną na drodze marszu stodołę. Nie wolno było pozostawić niczego, co mogłoby stanowić schronienie dla jego żołnierzy, gdyby feldmarszałek zdecydował się pociągnąć za Francuzami tą samą, już i tak zniszczoną trasą. Ściśle mówiąc, wypełnienie tych rozkazów przypadło I Korpusowi, stanowiącemu straż tylną, lecz rozkazów tych spodziewała się też prowadząca kolumnę Gwardia Cesarska. Tej nocy łysiejący i noszący okulary "Żelazny Marszałek" i jego sztab śpią
"w dużym drewnianym, umeblowanym i ozdobionym licznymi zwierciadłami château, które zdawało się oferować swojemu właścicielowi wszelkie pożądane wygody".
Wieczorem Le Roy dołącza do swoich żołnierzy, wyruszających na polowanie na dzikie ptactwo. Nie musiał się właściwie trudzić. Pod słomą, na której śpi, znajduje bowiem dla siebie obiad w postaci "dużego koguta". Choć "zaczyna on czynić tumult godny samego diabła", to jego protesty na nic się nie zdają. Trafia prosto do żelaznego kociołka. Co się zaś tyczy château, to gdy Le Roy i jego żołnierze budzą się rano, "nie ma już po nim śladu. Podobnie jak cała wioska, zostało spalone. Była to kwestia kilku zaledwie minut".
Niektórzy uważają, że Davout w swoim postępowaniu jest stanowczo zbyt metodyczny. Powinien ruszać się szybciej. Po całodziennym odpoczynku, 85. Pułk dopiero wieczorem
"otrzymuje rozkazy przesunięcia się na skraj lasu, gdzie rozpalamy wielkie ogniska, mające zmylić Rosjan. Tuż przed północą wycofujemy się i ponownie przekraczamy rzekę w tym samym miejscu, z którego skorzystaliśmy wczoraj. Nasz marsz byłby całkiem skryty, gdyby nie nieostrożność zwiadowców, którzy, wycofując się, podpalili dwie duże wsie i w ten sposób ujawnili wszystkie nasze ruchy nieprzyjacielowi. Kozacy, ścigając nas, podeszli tak blisko, że mogliśmy oddać do nich kilka strzałów".
Schronienie jest ważną sprawą. Zbudziwszy się owego ranka w Borowsku, Dumonceau stwierdza, że pada śnieg. Na razie tylko lekki. Mimo to okazuje się, że spał
"pod grubą warstwą śniegu. Był to początek zimy, która nadeszła, już na dobre. Nasz marsz, który podjęliśmy tym razem na samym czele całej Gwardii Cesarskiej, kontynuowaliśmy pod smętnym i zamglonym niebem, wśród zaśnieżonych, pełnych mułu bagnisk".
Teraz, w Borowsku, gdzie "kilka mostów przez Protwę zostało wykończonych zbyt szybko", Davout musi sobie poradzić z wielkim zatorem na drodze. Będący cztery mile przed Cesarzem Dedem otrzymuje wezwanie do stawienia się w kwaterze Napoleona. Zastaje go "grzejącego sobie splecione na plecach ręce przy ognisku, jakie dla niego rozpalono obok drogi na Wiereję". Jest z nim marszałek Berthier, szef sztabu Napoleona i całej armii. Napoleon rozkazuje Dedemowi, aby udał się na tyły i skierował I i IV Korpus na drogę równoległą, biegnącą na lewo od trasy głównej kolumny:
"[Cesarz] osobiście wyłożył mi swoje zamiary. Gdy książę Neuchâtel objaśniał mi bliżej intencje Jego Cesarskiej Mości, miałem okazję przyjrzeć się z bliska twarzy tego nadzwyczajnego człowieka. W pewnym momencie, zwróciwszy się nagle ku księciu Neuchâtel, Cesarz powiedział 'Ale przecież go złapią'.
A wszystko to tonem wręcz uderzająco obojętnym, bowiem nie była to dla niego kwestia mojego losu, ale ogólnych ruchów całej armii. Mina Napoleona przypominała gracza w szachy, który widząc, że gra jest przegrana, uczciwie prowadzi ją do końca i mówi do siebie, 'No, to pora na nową partię'".
Dedem nie lubi Napoleona,
"ponieważ zrujnował mój kraj. Pod Borodino byłem świadkiem jego obojętności i przerażającego stoicyzmu. Widziałem go wściekłego i zaskoczonego podczas wkraczania do Moskwy. Teraz był spokojny, nie okazywał złości ani przygnębienia. Pomyślałem sobie, że byłby wielki w nieszczęściu i myśl ta pogodziła mnie z nim. Tutaj jednak dojrzałem w nim człowieka, który widzi nieszczęście i jest świadomy, w jak trudnym znajduje się położeniu, lecz którego duch nie ugina się ani trochę i który powiada sobie: 'To porażka, z jakiej musimy się jakoś wykaraskać. Jeszcze się jednak spotkamy'".
Dedem najwyraźniej wykonuje swoją misję, ponieważ po dwóch lub trzech godzinach jazdy przed siebie, zaskoczony Dumonceau widzi jak na lewo od niego, "za strumykiem", pojawia się czoło jakiejś kolumny. Colbert wysyła więc adiutanta, aby sprawdził, co to za jedni. Jest to jednak tylko IV Korpus, ciągnący drogą na przełaj, niewątpliwie tą, którą wskazał im Napoleon. Powróciwszy, adiutant mówi Dumonceau, jak zasmucona była Armia Włoch, widząc zabitych lansjerów z 2. Pułku, leżących na polu pod Uwarowskoje, "lecz pocieszyła się zauważywszy, jak wielu było między nimi Kozaków". W tym czasie samo Uwarowskoje, jak wszystkie inne wsie, stało już w płomieniach. Kapitan Eug?ne Labaume ze sztabu wicekróla doznał szoku, gdy w jego ruinach zobaczył
"zwłoki kilku żołnierzy lub chłopów, a także dzieci z poderżniętymi gardłami oraz kilka dziewcząt zmasakrowanych na miejscu, gdzie wcześniej zostały zgwałcone".
Co się tyczy wspaniałego château w Uwarowskoje, które, "choć zbudowane z drewna, lecz pełne luksusowych mebli i wyjątkowych kandelabrów mogło pod względem wielkości i wspaniałości równać się z najpiękniejszymi pałacami Italii,", to zadbali już o nie kanonierzy Eugeniusza, umieszczając na parterze kilka wozów z prochem i wysadzając je w powietrze. Potem, maszerując na Borowsk, IV Korpus pozostawił po swojej lewej całość I Korpusu i dywizję kawalerii Chastela, do której należy artyleria Griois, które to jednostki miały osłaniać odwrót armii w odległości jednego dnia marszu. Część artylerii IV Korpusu, utknąwszy na brodzie w Borowsku, musiała maszerować razem ze swoimi wozami z prochem przez płonące miasto, jak reszta korpusu. Ale, powiada starszy adiutant Cesare de Laugier z włoskiej Guardia d'Onore,
"przedostaliśmy się przez nie bez żadnych incydentów. Wszędzie widzieliśmy porzucone z braku koni pociągowych wozy amunicyjne. Takie straty na samym początku naszego odwrotu dały nam wyobrażenie o tym, co miało nas spotkać w niedalekiej przyszłości, i to w najbardziej ponurych barwach. A ci, którzy ciągnęli ze sobą łupy z Moskwy, drżeli o swoje skarby".
Po opóźnieniu wywołanym natknięciem się na ogromne tabory z bagażami, należąca do III Korpusu dywizja Razouta dotarła do Wiereji - odległej od Możajska o 6 godzin marszu - około południa 27 października... zaraz za CKG ciągnie 25 wozów Skarbu, napchanych cesarskimi trofeami z Kremla oraz milionami złotych "napoleonów" (monet dwudziestofrankowych). Wóz oddany pieczy dwudziestoośmioletniego komisarza wojskowego A. Bellota de Kergorre'a jest wyjątkowo przeładowany. W wąwozie tuż przed Wiereją musi on założyć hamulce na wszystkie cztery koła. Nie zapobiega to jednak jego rozpędzaniu się i staczaniu w dół blokowanego przez artylerię zbocza, a podobnie mają się sprawy ze wszystkimi innymi pojazdami,. "Inne powozy, a nawet wozy amunicyjne, wzięły z nas przykład". Sama Wiereja okazuje się być
"ślicznym, otoczonym palisadą miasteczkiem, które mimo walk pomiędzy Polakami a Rosjanami [stacjonujący tam polski garnizon został przez Rosjan wzięty przez zaskoczenie i zmasakrowany], niewiele dotąd ucierpiało. Pech Wiereji był tym większy, że leżąc trochę w bok od głównej drogi, jej mieszkańcy już wyobrażali sobie, iż miasteczko całkiem uniknie okropności wojny".
Otaczające ją pola zostały wyczyszczone do cna. "Dobrze utrzymane ogrody, obfitujące we wszelkie możliwe warzywa, zostały w jednej chwili ogołocone przez naszych żołnierzy". Ludzie Bonneta natychmiast nadali jej miano Kapuścianego Miasta.19 Kergorre jest jednak wzburzony, gdy widzi
"żołnierzy kradnących deski ze stodół, w których śpią generałowie, tak że ci ostatni budzą się pod gołym niebem".
Choć aura jest zdecydowanie chłodna, Napoleon oznajmia: "Zima nie zwali się na nas jeszcze przez osiem dni". Jak jednak w tym terminie dotrzeć do bezpiecznego schronienia na leżach zimowych w Smoleńsku?
Tego wieczora grzeje sobie ręce przy ognisku jeden z arystokratycznych oficerów sztabowych Napoleona, dowódca szwadronu hrabia V.-E. B. Castellane, adiutant hrabiego Louisa de Narbonne'a, który z kolei jest adiutantem Cesarza. Dzień po wymarszu armii z Moskwy, Castellane został wysłany z misją do 1. i 2. batalionu hiszpańskiego Regimentu Józefa-Napoleona, stacjonującego w Małej Wiaźmie,20 przy głównym trakcie Moskwa - Możajsk. Castellane miał skontaktować się z nimi we wspaniałym domu wiejskim księcia Golicyna. Ich zadaniem miała być osłona wycofujących się na zachód konwojów z rannymi przed napadami Kozaków. Po przejechaniu "czterdziestu mil wiejskimi drogami" Castellane natknął się na
"pułkownika Bourmonta, bardzo przyjaznego człowieka, który niegdyś służył u Szuanów. Ostatnie dwa lata spędził jednak w armii Cesarza i ciągle jeszcze nie dostał krzyża Legii, choć już go przedstawiano do tego odznaczenia. Pod swoimi rozkazami miał dwa bataliony hiszpańskiego Regimentu Józefa-Napoleona i dwa szwoleżerów bawarskich".
22 października siły te opuściły Małą Wiaźmę i pomaszerowały do wsi Kubinskoje.
"Wkrótce po tym, jak tam dotarliśmy, pojawili się Kozacy i z okrzykiem "hurra" zaatakowali konwój z rannymi. Odcięci żołnierze eskorty sprawiali się kiepsko. Pułkownik de Bourmont wezwał swoich ludzi pod broń, ja zaś sam powiozłem rozkaz do bawarskiego pułkownika, aby wykonał szarżę swoją brygadą. Odpowiedział, że jego konie są zbyt wyczerpane, żeby iść galopem. Podczas całej tej ekspedycji całym pożytkiem, jaki z niego mieliśmy, to pięćdziesięciu piechurów których codziennie od nas wycyganiał dla ochrony swoich wypraw po paszę. Przy tym, ku oburzeniu naszych Hiszpanów, jego ludzie zżerali owce ze stadka, jakie Hiszpanie zgromadzili. Poprosiłem Pułk Józefa-Napoleona, aby wystawił mi pięćdziesięciu ochotników, z którymi udałbym się kilka mil naprzód, gdzie moglibyśmy ocalić więcej [rannych]. Tych pięćdziesięciu grenadierów pomaszerowało pośpiesznie w kierunku nieprzyjaciela. Okazało się, że ocaliliśmy setkę dobrze uzbrojonych ludzi, którzy schronili się w lasach nie oddawszy przedtem ani jednego strzału".
Minęło już pięć dni od tych wydarzeń. Po wysłuchaniu opowieści o wyczynach IV Korpusu pod Małojarosławcem, Castellane i major Hiszpanów Doreille rozmawiają teraz o swoich własnych doświadczeniach. Mają z tym pewne trudności. Doreille mianowicie, pochodzi z Tarascon i "nie mówi po francusku", a tylko po prowansalsku. Trzydziestodziewięcioletni Doreille opowiada przystojnemu młodemu arystokracie ze sztabu Napoleona o tym, jak
"od początku wojen rewolucyjnych stracił już sześciu braci i pozostał jedyną podporą swojej starej i zubożałej matki".
Tego śnieżnego poranka, 27 października, nawet eskorta z Intendance - Générale4 strzegąca konwoju Skarbu, zostaje zmuszona do pośpiesznego wyruszenia w drogę. "Kozackie armaty zbliżyły się już na odległość pół strzału". Jednak Belot de Kergorre, nie mogąc znieść myśli o utracie swojego gulaszu, zwłaszcza że jego służący znaleźli gdzieś kurczaka i trochę cebuli, zwleka z odjazdem do ostatniej chwili. Zaiste, choć od opuszczenia przez armię Moskwy minął zaledwie tydzień, już zaczyna brakować żywności. Na razie, jak zauważa pułkownik Monstequiou de Fezensac z 4 Pułku Liniowego (III Korpus), istnieją pod tym względem znaczne różnice między poszczególnymi jednostkami:
"Jeden z pułków trzymał kilka wołów, lecz nie miał chleba. Inny znów miał mąkę, lecz brakowało mu mięsa. Czasem w jednym i tym samym pułku niektóre kompanie przymierały głodem, podczas gdy inne opływały w dostatki. A choć przełożeni w kółko nakazywali im dzielić się z innymi, to egoizm żołnierzy przeważał i wynajdywali wszelkie sposoby, aby przechytrzyć oficerów i nie podporządkować się ich władzy".
Płatnik Duverger z niepokojem widzi, że konie I Korpusu,
"znajdujące się bez przerwy w marszu, nie mają co jeść i padają ze zmęczenia i zaniedbania. Gdy koń padał, oznaczało to, że szczęście nas nie opuszcza. Biedne zwierzę było natychmiast rąbane na kawałki. Konina jest całkiem zdrowa. Jest jednak twarda i włóknista. Niektórzy preferowali końską wątrobę. Noce stawały się coraz dłuższe i zimniejsze. Sypialiśmy na mokrej, przemarzniętej ziemi. Za biwak idealny uważaliśmy taki, gdzie mogliśmy się wyciągnąć miękko na garstce słomy wokół ogniska z suchego drewna, pod osłoną sosnowego lasu. Jeśli jeszcze znalazło się trochę gulaszu z koniny, pszennego chleba i flaszka gorzałki, którą puszczało się w obieg, było to prawdziwe święto".
"Od drugiego dnia odwrotu", opowiada ostrożny szef sztabu Davouta, przyszły malarz batalista baron Louis-François Lejeune,
"zaczęła padać drobna, zimna mżawka, jakby na dokładkę do naszych cierpień psychicznych, napotykanych na trasie trudności i już i tak paskudnej pogody. Zimne i wilgotne noce na biwakach, niedostateczne odżywianie się przaśnym przydziałowym chlebem lub niedogotowaną zupą, wszystko to powodowało pojawianie się w oddziałach pierwszych objawów dezynterii.2 Chorzy nie mieli już sił, aby nadążać za swoimi jednostkami i coraz częściej pozostawali w tyle".
Nawet nowy dowódca 7. Pułku Huzarów, pułkownik Victor Dupuy, musi wytrzymać cały dzień na jednaj filiżance kawy wypitej na śniadanie. Jego pułk był w samej szpicy straży przedniej przez całą drogę od Niemna do Moskwy. Potem - głodował w obozie pod Winkowem. Nie dostały mu się choćby okruchy kulinarnych bogactw Moskwy. A teraz brygada Roussela d'Hurbala z dywizji lekkiej kawalerii Bruy?resa, wchodzącej w skład 1. Korpusu Kawalerii Nansouty'ego, tworzy straż tylną IV Korpusu. Przybywszy na pułkowy biwak, Dupuy przechadza się tam i z powrotem obok drogi,
"czekając aż miną go jacyś polscy maruderzy. Kupiłem trochę rzadkich i wręcz podejrzanych zapasów. Kawałek upieczonej na węglach wieprzowiny, czy też kilka garści mąki zmieszanej ze stopionym śniegiem pomogły mi i moim towarzyszom uwierzyć, że nie jesteśmy już głodni".
Niestety, taka feta powoduje jedynie zaburzenia żołądkowe. Potem jednak Dupuyowi trafia się prawdziwa gratka:
"Zauważyłem mojego dawnego kowala z kompanii wyborczej 11. Pułku Szaserów, nazwiskiem Bouton, obecnie starszego sierżanta w Pułku Szaserów Gwardii Cesarskiej. Szedł z eskortą jakiegoś wozu. Zaoferował mi trochę cukru i kawy. Wyrzuciłem ze swojej walizy wszystką brudną bieliznę i zastąpiłem ją owymi zapasami, które później bardzo mi się przydały. Przełknąwszy rano solidną dawkę kawy nie odczuwałem już głodu przez cały dzień".
Wszyscy czują się coraz bardziej podle. Zwłaszcza podporucznik Pierre Auvray z 23. Pułku Dragonów, całymi godzinami eskortujący tabory,
"i to bez żadnej przerwy od 2 nad ranem do 11 wieczorem, był nieustannie atakowany przez poprzebieranych za Kozaków chłopów, którzy szarżowali na kolumnę, aby dostać się do wspaniałych pojazdów, w jakie wielu oficerów zaopatrzyło się w Moskwie. Powozy te, obładowane złotem, srebrem i żywnością, przyciągały szczególną uwagę chłopów, których pożary pozbawiły dachu nad głową. Każdego dnia porywali kilka z nich, razem z woźnicami, których obdzierali i odsyłali nam z powrotem".
Mailly-Nesle słyszy nowe słowo języka francuskiego 'se démoraliser'. Tłumaczy je sobie jako "rodzaj nostalgii". Innym oficerem, który zauważa podobne objawy już od drugiego dnia odwrotu, jest porucznik N.L. Planat de la Faye, człowiek do wszystkiego, a także "główny pisarz" generała Lariboisi?re'a, naczelnego dowódcy artylerii armii. CKG i sztab artylerii dotarły właśnie do Wiereji, gdy
"po obiedzie wszedł tam jakiś oficer, który od rana nie miał niczego w ustach. Choć z natury jestem człowiekiem skłonnym do współczucia i pozytywnie nastawionym do wszystkiego, co zwykle określa się mianem ofiarności i oddania, to nie stanowiłem wyjątku w całym tym barbarzyństwie i brutalnym egoizmie",
jakie zaczynały brać górę wszędzie wokół mnie. "Nie mieliśmy niczego, aby mu zaoferować, poza odrobiną chleba, czy sucharów oraz kieliszkiem kiepskiej wódki". Poirytowany oficer złożył formalną skargę. Ponieważ odpowiedzialnym za rozdział racji żywnościowych jest towarzysz i przyjaciel Planata - Honoré de Lariboisi?re - jedyny żyjący z dwóch synów generała - udaje się on do ojca, aby wyjaśnić sytuację. Jednak od czasu śmierci drugiego syna - Frédérica - po bitwie pod Borodino22 - stary Lariboisi?re jest pogrążony w głębokiej depresji. Wszystko więc, co Honoré zyskuje, to wściekła połajanka. Jeszcze tego samego dnia Planat zdąży stracić na zawsze innego przyjaciela, tym razem z powodu "małego kawałka mięsa, nie dość równo podzielonego".
Kwatera Główna IV Korpusu spędziła noc w jakiejś szopie w nędznym przysiółku Alferiewo. Jedynie księciu Eugeniuszowi i jego generałom dywizji udało się znaleźć jakieś lepsze schronienie. Sztabskapitan Labaume także uważa, że właśnie tego dnia morale armii zaczęło się rozpadać. Każda armia - jak to trafnie zauważył niegdyś Napoleon, lecz chyba zdążył już o tym zapomnieć - maszeruje na swoim brzuchu. Porucznik Albrecht von Muraldt z 4. Pułku Szwoleżerów Bawarskich IV Korpusu jest przerażony, widząc jak szybko szerzący się brak żywności wpływa na obniżenie posłuszeństwa i dyscypliny wojskowej:
"Żołnierze zaczynali opuszczać szeregi bez zezwolenia, a jeśli ktoś nie był obecny razem z innymi na biwaku, to już go nawet nie wywoływano podczas porannego apelu przed wyruszeniem w dalszą drogę. A był to dopiero początek!".
Dwa dni później, także porucznik Louis-Joseph Vionnet, należący do tak dobrze zdyscyplinowanego dotąd Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii, zauważy, że
"żołnierzom złodziejstwo zaczyna wchodzić w nawyk. Odtąd już nic nie miało być bezpieczne oprócz tego, co człowiek miał na sobie. Żołnierze potrafili zabierać juki z koni i garnki z ognisk",
co tworzyło nieustanne zagrożenie dla wspaniałego, wielkiego żelaznego kociołka, należącego do Le Roy'a i jego służącego Jacqueta. Żołnierze zaczynali już chować się w lesie, aby zjeść tych kilka kęsów chleba, jakie im jeszcze pozostały. Tu i ówdzie niektóre jednostki wydawały się jeszcze - cudem jakimś - nietknięte. Mailly-Nesle podziwia ze swojego powozu portugalski pułk lekkiej jazdy, nadciągający kłusem przez pola. "Ich doskonały stan, żołnierze w kasztanowobrązowych mundurach, wyglądający na wypoczętych; ich dziarskie, poważne, ciemne twarze wzbudziły nasz podziw". Jedynie skromny Pion des Loches zdaje się czuć wygodnie:
"Wieczorami rozbijaliśmy nasz namiot. Rozbierałem się i kładłem na niedźwiedziej skórze, gdzie w moim śpiworze, okryty futrem, spałem tak zdrowo jak zwykle na biwakach. Mój służący Louvrier, silny i wytrzymały mężczyzna, doglądał koni.
Dzięki takim środkom ostrożności, o jakie zadbałem jeszcze w Moskwie, miałem ucierpieć mniej niż ktokolwiek inny".
Tuż za Wiereją wycofująca się armia wpada na dwie dywizje Młodej Gwardii marszałka Mortiera. Opuściły one Moskwę, w czterech piątych leżącą w popiołach, o 7 rano 22 października, po wysadzeniu w powietrze Kremla, z rozkazami marszu na Borowsk przez Wiereję. Ostatnia jednostka opuściła jednak miasto dopiero o 11 wieczorem. Gdy Mortier czynił jeszcze przygotowania do tego wszystkiego, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Oto rosyjski generał Winzingerode, dowódca sił zgrupowanych na północ od miasta, ogarnięty ciekawością, co też się tam dzieje, wbił sobie do głowy, żeby je odwiedzić. Okrył się w tym celu cywilnym płaszczem. Gdy próbował pogawędzić z posterunkiem 5. Pułku Tyralierów,24 dowodzący nim porucznik nie stracił głowy i zaaresztował generała mimo jego "próżnych prób ocalenia - twierdzenia, że przyszedł tylko pogadać i machania białą chusteczką", po czym odesłał go do Mortiera. Adiutant Winzingerodego, niejaki kapitan Naryszkin, obawiając się o los swojego szefa nalegał, aby jego także wziąć do niewoli.
Siły Mortiera składały się z dywizji Młodej Gwardii generała Delaborde'a wraz z jej artylerią, pewnej liczby saperów, brygady pięciuset kawalerzystów, którzy nadal mieli konie oraz pośpiesznie zebranej brygady Carri?re'a, liczącej jakieś cztery tysiące żołnierzy, którzy już koni nie mieli. Gdy dołączali oni do kolumny, dr Heinrich von Roos z 3. Pułku Szaserów Wirtemberskich zauważył, że owe prowizoryczne jednostki są
"uzbrojone jak piechota, w karabiny zabrane z arsenału moskiewskiego. Uzbrojenie to wcale im się nie podobało, i to do tego stopnia, że gdy zobaczyli panujący wśród nas nieporządek, zaczęli wyrzucać swoje karabiny i amunicję. Każdy odchodził sobie gdzieś na bok z jukami zarzuconymi na plecy, z wyciorem w ręce niczym z laską, a żaden oficer nie potrafił się temu przeciwstawić".
Napoleon właśnie zsiadał z konia, gdy przyprowadzono do niego Winzingerodego i Naryszkina. W jednej chwili Cesarz znów staje się tym spokojnym i opanowanym człowiekiem, takim, jakim zawsze pamiętał go Dedem. Ma dobrą pamięć.
"I któż pan jesteś?", wrzeszczy na Winzingerodego, dając upust wszystkiej swojej złości z powodu obrotu, jaki przybrała kampania:
"Człowiekiem bez ojczyzny! Zawsze byłeś pan moim osobistym wrogiem. Walczyłeś przeciwko mnie u boku Austriaków, potem oferowałeś swoje służby Rosjanom. Byłeś pan jednym z głównych sprawców tej wojny.25 Ale przecież urodziłeś się pan w królestwie Wirtembergii, w krajach należących do Konfederacji Reńskiej! Jesteś moim poddanym! Nie jesteś pan zwyczajnym wrogiem, jesteś pan buntownikiem i mam prawo postawić pana przed sądem. Widzi pan ten opuszczony kraj, Monsieur, te płonące wsie? Kto powinien odpowiedzieć za te wszystkie nieszczęścia, któż jest im winien? ot, tych pięćdziesięciu awanturników, takich jak pan, namówionych do zdrady przez Anglię, która potem rzuciła ich na kontynent. Zostałeś pan ujęty z bronią w ręku. Mam prawo kazać pana rozstrzelać!".
Winzingerode próbuje wyjaśniać, że ponieważ Francuzi i tak są o krok od opuszczenia Moskwy, kontynuacja działań wojennych nie ma sensu. Próba rozmów, jaką podjął, miała na celu uniknięcie bezsensownego rozlewu krwi i przeciwdziałanie dalszym zniszczeniom miasta. Zaprzecza, jakoby był poddanym Napoleona, ponieważ nie był w ojczyźnie od dzieciństwa. Jeśli służy carowi Aleksandrowi, to tylko z powodu osobistego przywiązania.
"im bardziej pan de Winzingerode próbował się usprawiedliwiać, w tym większą złość wpadał Cesarz, który podniósł głos do tego stopnia, że słyszały go nawet odległe pikiety".
Przy tej burzliwej rozmowie obecny jest Caulaincourt, który spędził cztery lata jako ambasador w St. Petersburgu i od początku zdecydowanie sprzeciwiał się tej wojnie. Jest także Berthier, który, będąc w średnim wieku, zaczyna już mieć dość wszelkich wojen. Nieco dalej, z szacunkiem stoją inni oficerowie sztabu.26
"Z początku oficerowie sztabu cesarskiego nieco się cofnęli. Wszyscy stali jak na szpilkach. Spoglądając na siebie nawzajem, mogliśmy dostrzec w oczach towarzyszy niesmak wywołany tak przykrą sceną".
Berthier, stojący najbliżej swojego władcy, odczuwa największy ze wszystkich zgromadzonych niepokój, co inni mogą
"odczytać z jego wyrazu twarzy. Uwagi, jakie poczynił, gdy pod jakimś pretekstem do nas się przyłączył, tylko to potwierdzały. Cesarz wezwał żandarmów, aby zabrali pana de Winzingerode. Gdy nikt nie przekazał tego rozkazu dalej, Cesarz powtórzył go tak głośno, że z asystującej pikiety natychmiast wystąpiło aż dwóch żołnierzy. Wtedy Napoleon powtórzył więźniowi niektóre z oskarżeń, dodając, że zasługuje na to, aby traktować go jako zdrajcę".
Winzingerode, jakby ukąszony tym słowem,
"choć stał dotąd z oczami wbitymi w ziemię, nagle zebrał się w sobie, uniósł głowę i, spoglądając prosto na Cesarza i stojących bezpośrednio obok niego, głośno powiedział:
'Jak się tylko panu podoba, Sire, lecz nie jako zdrajcę!'
Po czym odszedł z własnej woli, poprzedzając strażników, którzy trzymali się nieco z tyłu"
W tej chwili na scenie pojawia się Murat i próbuje nieco uspokoić swojego rozwścieczonego szwagra, który
"szybkimi krokami spaceruje tam i z powrotem, wzywając na przemian jednego, czy drugiego spośród nas, aby dać upust swojej złości. Spotyka się jednak wyłącznie z milczeniem".
Caulaincourt, który był już świadkiem wielu takich ataków cesarskiej wściekłości, "nigdy nie widział go tak rozeźlonego". Życie Winzingerodego jest wyraźnie zagrożone. Generał Jean Rapp, ulubiony adiutant Cesarza, "jest pewien, że popadłby w desperację, gdyby ten rozkaz, najwyraźniej podyktowany szaleńczą wściekłością, miał zostać wykonany". Dołącza więc do innych w próbach ubłagania władcy, aby odroczył jego wykonanie. To z kolei doprowadza jedynie dp tego, że z ust Napoleona padają jeszcze cięższe oskarżenia pod adresem szlachty rosyjskiej, "która wciągnęła Aleksandra do tej wojny:
'ciężar tej wojny spadnie na tych, co ją sprowokowali. Na wiosnę ruszę do St. Petersburga i wrzucę to miasto do Newy'".
Berthier, "całkiem nieswój", wysyła adiutanta do żandarmerii wyborczej przy kwaterze głównej z rozkazem, aby jeńców traktowano w sposób właściwy. Ségur powiada,27 że "wszyscy spieszyli się, żeby odwiedzić wziętego do niewoli generała, pocieszyć go i wyrazić swoje współczucie". Ani Berthier, ani Caulaincourt
"nie widzieli dotąd, by Cesarz do tego stopnia stracił panowanie nad sobą. Nieopodal mogliśmy dojrzeć duży, ładny budynek. Napoleon wysłał dwa szwadrony, aby zdobyły go i spaliły, dodając: 'Jeśli ci barbarzyńcy tak lubią palić własne miasta, to musimy im w tym trochę pomóc'".
Takie postępowanie Cesarza zdaje się Caulaincourtowi szczególnie szokujące:
"Był to jeden jedyny raz, gdy słyszałem, aby Cesarz wydał taki rozkaz. Z zasady próbował zapobiec takim zniszczeniom, jako że szkodziły one interesom prywatnym i rujnowały indywidualnych obywateli. Cesarz wrócił do Wiereji przed zapadnięciem nocy. We wiosce nie pozostał ani jeden mieszkaniec".
Także i major Baudus, adiutant Bessi?resa, uważał oglądaną scenę za "jeszcze jeden dowód, iż Cesarz doskonale uzmysławiał sobie głębię przepaści, na której krawędź dał się doprowadzić". Rannemu Rappowi, jak i całemu sztabowi żal jest "zdrajcy" i radzi by uczynić dla niego wszystko co możliwe. Podobne uczucia żywią wobec jego lojalnego i pełnego poświęcenia adiutanta. Naryszkinowi, powiada Dedem, "okazano szczególne względy".
Napoleon zazwyczaj nie zwraca najmniejszej uwagi na poglądy Berthiera - jego robota to po prostu wcielanie w życie rozkazów swojego naczelnego dowódcy. Teraz jednak nawet Berthier odważa się zauważyć, że Winzingerode w istocie nie jest poddanym Cesarza. Wspólnie z Caulaincourtem namawia Murata, aby ten zamienił jeszcze słówko ze swoim szwagrem. Caulaincourt zdążył już właściwie nieco ochłonąć i stał się spokojniejszy o ostateczny rezultat całej afery, który zapewne będzie "proporcjonalny do zakłopotania Cesarza. Książęta, podobnie jak inni ludzie, mają w końcu sumienie, które każe im naprawiać wyrządzone zło". Wreszcie koniuszy zostaje wezwany.
"Czy kurier już przybył?", pyta Napoleon.
Takie pytanie to dobry omen. Cesarz wie przecież bardzo dobrze, że jest jeszcze na to za wcześnie,28 wygląda zresztą na "znacznie spokojniejszego". Nadal jednak musi dać upust swojej złości. Caulaincourt pospiesznie się zgadza, że zachowanie Winzingerodego było istotnie "wielce nietypowe", ale Jego Cesarska Mość "potraktował jeńca tak ostro, że dodatkowa kara jest już zbędna?". Czyż większa surowość nie będzie wyglądać jedynie jak akt osobistej urazy wobec cara, którego adiutantem jest Winzingerode? Caulaincourt pozwala sobie na uwagę, że władcy
"'nie potrzebują przecież osobiście brać się za bary, gdy wystrzelono już tyle pocisków'.
Cesarz zaczął się śmiać i delikatnie uszczypnął mnie w ucho, co miał w zwyczaju czynić, gdy próbował zyskać czyjąś przychylność.
'Masz rację. Ale ten Winzingerode to ciemny typek, intrygant, tajny agent rządu londyńskiego. Aleksander źle zrobił, czyniąc go swoim adiutantem'".
Jednak on, Napoleon, nie popełni podobnego błędu i nie potraktuje jeńca źle.
"'Już wolałbym, aby schwytali jakiegoś Rosjanina. Ci cudzoziemcy służący temu, kto zaoferuje im najwięcej, to kiepski nabytek. To ze względu na Aleksandra tak się nim interesujesz? No, dobrze, już dobrze, nie zrobimy mu krzywdy'.
Cesarz klepnął mnie delikatnie w policzek, co było u niego typową oznaką sympatii... od samego początku widziałem, że szuka tylko pretekstu, aby wycofać się z wypowiedzianych słów".
I rzeczywiście, Napoleon powiada Caulaincourtowi, aby "spróbował namówić Naryszkina na spożycie z nami obiadu". Co się zaś tyczy Winzingerodego to, powiada,
"'Odeślę go do Francji, i to pod dobrą eskortą, aby nie zaczął znów intrygować po całej Europie z dwoma lub trzema innymi zapaleńcami jego pokroju'".
Przy obiedzie Napoleon zwraca się do Naryszkina:
"'Jak się pan nazywasz?'
'Naryszkin', odparł młody oficer.
'Naryszkin! Szkoda, że z takim nazwiskiem jesteś pan adiutantem zdrajcy'".
"Takie grubiaństwo wielce nas wzburzyło", powiada Rapp, "i staraliśmy się ze wszystkich sił, aby gość puścił to mimo uszu". Napoleon, ciągle zwracając się do Naryszkina, mówi mu jak doskonały jest teraz moment do zawarcia honorowego pokoju, gdy "armia francuska jakby się wycofuje". Najwyraźniej zamierza wysłać Naryszkina do Aleksandra.
Czy ten spokój jest tylko udawany, a napad wściekłości był prawdziwym wybuchem furii i rozczarowania? Czy może odwrotnie? "Kłopot z Napoleonem", pisze Caulaincourt, "polegał na tym, że ani na chwilę nie przestawał odgrywać wielkiego cesarza". Wreszcie Cesarz zmienia zdanie odnośnie tego, co zrobić z Naryszkinem. Następnego dnia obaj jeńcy zostają odesłani na czoło kolumny, aby ruszyć do Francji w towarzystwie oficera i żandarma z jednostek wyborczych. Caulaincourt, który zdążył już dać Naryszkinowi trochę pieniędzy, wysyła za nim swego służącego z jednym ze swoich płaszczów, aby zabezpieczyć go przed coraz bardziej dającym się we znaki zimnem.
Dywizja Delaborde'a jest w dobrej kondycji, co mocno kontrastuje z brakiem dyscypliny, panującym wśród 4000 spieszonych kawalerzystów. Tylko wielce wykształcony tłumacz generała, porucznik Paul de Bourgoing, nosi jakieś dziwaczne nakrycie głowy. Straciwszy, jakimś nieznanym sposobem, swój kapelusz w przeddzień opuszczenia Moskwy, musiał zastąpić go czepkiem lekarskim. Razem z nim ciągle przebywa jego wierny i przedsiębiorczy służący Victor, zuchowaty, trzynastoletni ulicznik paryski, który gorąco pragnął zaciągnąć się jako dobosz, lecz został skreślony z powodu swojej zbyt drobnej postury, a którego Bourgoing zabrał ze sobą z czystej uprzejmości, jako swojego "filistra". Sam generał Delaborde także obdarzony jest szczodrą i gościnną naturą. Jego małe "gospodarstwo" rozrosło się ostatnio, gdy zabrał ze sobą z Moskwy czterech francuskich cywilów oraz dwie aktorki z tamtejszego Teatru Francuskiego. A jeszcze doszedł do tego pewien malarz nazwiskiem Lavanpierre, oraz guwerner ("uczony gramatyk") nazwiskiem Lardillon. Madame Anthony, jedna z aktorek, jest pewna, że już nie ujrzy Francji i często z tego powodu zalewa się łzami.29 "W dniu, gdy opuszczaliśmy Wiereję", ciągnie Planat de la Faye,
"zaczęły się nasze kłopoty spowodowane ogromną ilością bezużytecznych powozów, jakie obciążały armię. W ciaśninach, żandarmeria wojskowa oraz oficerowie artylerii wywrócili i porozbijali kilka takich powozów na poboczach drogi. Szczególnie bezlitośni byli wobec wozów markietańskich, które nie należały do żadnego pułku. Gdy wywrócili jeden z nich, wypadła z niego wspaniała harfa oraz oprawne w skórkę marokańską i złocone na grzbietach książki, co wywołało wielki wybuch śmiechu u wszystkich przy tym obecnych".
Koniecznością staje się także porzucanie coraz większej liczby armat i wozów amunicyjnych. Ciągnące je konie mają do jedzenia jedynie zapleśniałe strzechy z drewnianych parterowych chat. Pion des Loches jest zszokowany, widząc jak
"dowodzący oficerowie parkowali porzucane wozy amunicyjne na poboczu i palili je. Żołnierze porzucali swoją broń i tornistry, aby lżej im się maszerowało".
Pomyślał sobie, że wkrótce armia nie będzie nawet w stanie się obronić.
Do strasznych wydarzeń doszło wieczorem 28 października, gdy do Wiereji dotarł korpus Davouta. Kulturalny i ludzki Griois bardzo się nimi wzburzył:
"Przy wejściu do miasta, na lewo od drogi zatrzymało się kilka batalionów piechoty. Przed ich frontem ujrzałem generała dywizji Friederichsa, jak nakazywał swoim ludziom, aby trzech rosyjskich chłopów, których właśnie schwytali, odprowadzili gdzieś na bok i zabili. Zadrżałem, gdy usłyszałem, jak na cały głos wykrzykiwał te rozkazy. Chłopi myśleli, że są odprowadzani na jakiś posterunek, gdzie pozostaną pod strażą. Ciągle jeszcze ich widzę - w tych długich szarych płaszczach i czapkach z sukna, na których naszyte mieli greckie krzyże - jak beznamiętnie szli na śmierć, nie wiedząc jaki los jest im pisany".
Czy to właśnie owe krzyże na czapkach rekrutów opołczenija powodowały, że w razie schwytania groziła im śmierć? Najwyraźniej Frederichs tak uważa. Musieli ujść tylko ze czterdzieści kroków
"od generała, który odprowadzał ich wzrokiem. Słyszałem ich krzyki. Cała trójka otrzymała po ciosie bagnetem w słabiznę tuż przed wejściem do jakiegoś małego, słomianego szałasu. Leżeli tam wszyscy trzej, aż wreszcie podłożony pod szałas ogień zdusił ich jęki. Tego generała Frederichsa znałem tylko z widzenia. Z pewnością był on jednym z najprzystojniejszych mężczyzn w armii. Owo odrażające wydarzenie spowodowało jednak, że odtąd zawsze wspominałem go ze zgrozą".30
Choć Gwardia maszeruje na samym czele, to nawet i ona wypełnia rozkazy nakazujące palić wszystko po drodze, pozostawiając III, IV i V Korpusowi "spalenie tych kilku domków, jakie pozostawia za sobą". Takie postępowanie powoduje, że idący w tylnej straży I Korpus nie znajduje dla siebie żadnego schronienia. Tegoż wieczora Davout pisze z Wiereji list do Berthiera i prosi Najjaśniejszego Pana
"o wydanie wszelkich potrzebnych rozkazów, aby oddziały maszerujące przed strażą tylną nie paliły wiosek i nie niszczyły w ten sposób tak bardzo potrzebnych jej zasobów".
Marszałek pozwala sobie nawet zaznaczyć, że "za spalenie wiosek powinna odpowiadać straż tylna, i czynić to wtedy, kiedy je opuszcza". I dodaje: "Armia Cesarza wielce na tym skorzysta". Rozkaz palenia wiosek, powiada Grios, został więc uchylony. Ale praktyka była nadal kontynuowana.
Wygląda na to, że jednak nie zawsze. Oto właśnie ocalała jakaś spora wieś i teraz 85. Pułkowi przychodzi ją spalić: "Choć oferowała nam przyzwoite schronienie, to jednak puściliśmy ją z dymem. Ponieważ wieś położona była w dolince, zatrzymaliśmy się na jej zboczu, gdy płonęła. Na przeciwległym stoku stał już nieprzyjaciel, z obojętnością obserwując dzieło zniszczenia".
Tego samego dnia "podpalono i wysadzono w powietrze kilka wozów amunicyjnych. Z pewnej odległości, wybuchające jeden po drugim kartacze, przypominały odgłosy bitwy".
Co się tyczy samej Wiereji, tego otoczonego palisadą miasteczka, którego rozkoszy kulinarnych Le Roy popróbował, gdy ze sporym oddziałkiem odwiedził je w bardziej sprzyjających okolicznościach, tuż przed dotarciem do Moskwy,31 to "choć jego ogrody dostarczyły nam jeszcze trochę warzyw, samo miasteczko już nie istniało".
I Korpus jest właśnie w drodze z poczerniałych ruin Wiereji w kierunku Możajska, gdzie, jak wszyscy wiedzą, wkroczy na główny trakt Moskwa - Smoleńsk, gdy nagle 85 Pułk zostaje
"niemal okrążony przez jazdę nieprzyjaciela. Wyglądało na to, że zamierzają się od nas odczepić. Wtedy to właśnie zdecydowaliśmy się po raz pierwszy zrobić użytek z naszych pułkowych czterofuntówek, które trzymały nieprzyjaciela na budzący respekt dystans".
Po Wiereji nadchodzi kolej na Możajsk. "51 dni temu przechodziliśmy przez to miasto jako zwycięzcy. Od tego czasu pozostawało okupowane przez smętne resztki westfalskiego VIII Korpusu. Jego dowódca, generał Junot, jako ten co przegrał Napoleonowi kampanię pod Walutyną Górą,32 otrzymał zakaz pojawiania się na Kremlu. Nonszalanckie i samolubne nastawienie sztabu Junota spowodowało, że w Możajsku zagłodziło się na śmierć wielu rannych spod Borodino,33 i to pomimo heroicznej postawy komisarza Kergorre'a, który nie słuchał rozkazów i czynił wszelkie wysiłki, aby ich nakarmić, i pomimo obfitych zbiorów. Teraz jednak trzeba znaleźć miejsce na środkach transportowych armii dla tych dwóch tysięcy rannych, którzy przetrwali i zapełniają pozostające jeszcze w Możajsku budynki. Co się stało z tymi dwustu wozami, jakie zostały sprowadzone z Moskwy specjalnie do tego celu?
"Opuszczając Moskwę już zapełnione uchodzącymi kobietami i dziećmi, pojazdy musiały jeszcze zabrać żołnierzy rannych pod Winkowem i Małojarosławcem. A teraz jeszcze ci w Możajsku!".
Pośpiesznie zostają wynoszeni i układani na wozy i wózki.
"Wleczeni przez ludzi ze szpitali, umieszczani byli gdzie się tylko dało: na górnych ławkach, na przodkach, na umieszczonych z tyłu powozów kufrach, na siedzeniach, w wozach z paszą. Byli nawet pakowani na dachy wozów, jeśli pod nimi nie było już miejsca. Można sobie wyobrazić widok, jaki przedstawiały nasze konwoje. Ci z rannych, którzy byli najsłabiej zabezpieczeni, spadali z wozów przy najmniejszym wstrząsie. Woźnice nie zwracali na nich uwagi. Zaś powożący kolejnym wozem, jeśli nawet nie zagapił się, nie był pijany, czy też nie oddalił się od koni, to z samej obawy przed zatrzymaniem się i utraceniem miejsca w kolejce, przejeżdżał bez litości po ciele nieszczęśnika".
Pogoda jest ładna, choć wieje chłodem. "Na szczęście ostry mróz ochronił nas przed zarazą, jaka w przeciwnym razie niewątpliwie musiałaby wybuchnąć z powodu wielkiej liczby martwych ludzi i koni". Mimo to, CKG ze względów bezpieczeństwa omija miasto z daleka i prawdopodobnie ani Planat, ani Honoré Lariboisi?re nie odwiedzają tego "miejsca w zrujnowanym murze miejskim", gdzie złożyli doczesne szczątki młodego Ferdynanda.34 Czy chociaż rzucają okiem w tamtym kierunku? Planat powiada, że nigdy nie zapomni lokalizacji tego grobu.
Gdy nazajutrz pułki Davouta także "obchodzą Możajsk, aby uniknąć pożarów ostatnich, właśnie podpalonych domów", widzą w końcu jedynie wieżę cerkiewną - "białą wśród kłębów czarnego dymu" - jak stoi samotnie, a "jej zegar ciągle wybija godziny dla nieistniejącego już miasta".
2PONOWNE ODWIEDZINY BORODINO
Przy łóżku Napoleona - ponure pola Borodino - "przeklinając wojnę przewidywał, że kiedyś Napoleon także zostanie porzucony" - bezlitosne wiwandierki wyrzucają rannych do rowów - kto zastrzelił jeńców rosyjskich? - Lejeune ocalił własną siostrę - straż tylna Davouta w Monastyrze Kołockim - niespodziewana gratka w Gżacku - bohaterski karabinier - Griois broni swojego wózka - zdewastowane wsie - banda rabusiów pułkownika Chopina - usłużny Rosjanin
Spędziwszy środowy wieczór 28 października (w tę samą środę, którą Davout spędza w Wiereji) w zrujnowanym chateâu w Uspienskoje, tuż za Możajskiem, o drugiej nad ranem Napoleon posyła po Caulaincourta. "Cesarz był w łóżku". Nakazawszy Wielkiemu Koniuszemu, aby upewnił się, że drzwi są dobrze zamknięte, Napoleon powiada mu, żeby usiadł przy łóżku. "Coś takiego nie leżało w jego zwyczaju".
Dochodzi do dłuższej konwersacji. Cesarz prosi Caulaincourta, aby szczerze mówił, co myśli na temat powstałej sytuacji. Doświadczony - po czterech zimach spędzonych na stanowisku ambasadora w St. Petersburgu - Caulaincourt przewiduje skutki ciężkich mrozów i przypomina mu o "odpowiedzi, jakiej podobno miał udzielić Aleksander po otrzymaniu propozycji pokojowych [przekazanych mu] z Moskwy: 'Moja kampania dopiero się zaczyna'".1 Aluzja ta irytuje Napoleona, jak zresztą każda wzmianka na temat osobistej znajomości i przyjaźni Caulaincourta z carem:
"'Twój prorok Aleksander mylił się więcej niż jeden raz', odparł Cesarz. Odpowiedź ta nie przyszła mu jednak lekko. Uważał też, że wyższa inteligencja jego żołnierzy pozwoli im jakoś ochronić się przed zimnem - potrafią oni przedsięwziąć takie same środki zaradcze jak Rosjanie, a nawet je ulepszyć".
A poza tym są przecież jeszcze "polscy Kozacy", których ambasador Pradt2 z pewnością zwołuje w Warszawie. Cesarz spodziewa się, że lada dzień natknie się na pierwsze ich oddziały - jakieś 1500 do 2000 żołnierzy. To całkowicie zmieni sytuację. Osłaniając armię na skrzydłach, pozwolą jej wypocząć i znaleźć pożywienie. Caulaincourt odnotowuje nieuleczalny - jak się wydaje - optymizm Napoleona. Po godzinie spędzonej na gadaniu o tym i owym, Cesarz nagle porusza najważniejszą kwestię. Jest "możliwe, nawet prawdopodobne", że gdy "znajdzie dla armii jakąś konkretną, solidną pozycję", to opuści ją i wróci do Paryża. Co Caulaincourt sądzi o tym pomyśle? Jaki wpływ będzie to miało na morale? Caulaincourt, który przecież nie jest bynajmniej typem potakiwacza, zgadza się, że jest to doskonały pomysł, najlepszy sposób na reorganizację armii i dalsze utrzymanie Europy w garści. Cesarz mógłby datować rozkazy dzienne z Tuileries, podobnie jak dekrety, powinien jednak starannie wybrać właściwy moment wyjazdu. "Gdy Cesarz mnie zwolnił, była godzina 5:30".
Gdyby tak opuścili Moskwę czternaście dni wcześniej, zamiast tkwić w niej bezczynnie i czekać na pokojowe propozycje cara! Oto co myśli wielu żołnierzy, gdy powoli docierają do głównego traktu smoleńskiego. Byliby już teraz bezpiecznie ukryci za średniowiecznymi murami Smoleńska - na których nawet dwunastofuntówki Wielkiej Armii nie uczyniły większego wrażenia - żyjąc sobie dostatnio z zasobów tamtejszych, dobrze zaopatrzonych magazynów, chronieni przez IX Korpus marszałka Victora! Co prawda, zamarznięty Dniepr nie stanowiłby już solidnej linii obrony. Nikt jednak nie wątpi, że armia zdołałaby bronić się tam do wiosny dzięki obsadzeniu lekką piechotą otaczających miasto wzgórz. Nawet jeśli przyszło by czekać pięć lub sześć miesięcy! Do tego czasu nadciągnąłby już XI (rezerwowy) Korpus marszałka Augereau, Austriacy Szwarcenberga, co razem z wieloma tysiącami "polskich Kozaków" całkowicie zmieniłoby położenie armii. A gdyby car nie zdążył zawrzeć pokoju, to - czemu nie - pomaszerowalibyśmy na Petersburg. Też przecież można go spalić!
Ale z Możajska do Smoleńska jest osiemdziesiąt lig,3 dobrze ponad dwieście mil.
Gdzie się przez ten czas podziewał Kutuzow? Ze wszystkich rodzajów broni najszybciej topnieje kawaleria. Na przykład 2. Pułk Huzarów Pruskich, w którym służy porucznik von Kalckreuth - a który tak wspaniale spisał się w lipcu pod Ostrownem4 - liczy sobie teraz zaledwie dwudziestu żołnierzy i oficerów. A bez rozpoznania kawaleryjskiego armia staje się ślepa i głucha. Nie może więc nic wiedzieć o ruchach Kutuzowa. W istocie jego główne siły oddalone są od Francuzów o jakieś 30 do 40 mil na południe, kierując się drogą na Medyń (gdzie 30 października Wilson z radością odnotuje w swoim dzienniku: "Kozacy pokonali straż przednią księcia Poniatowskiego"). Na razie jednak, "angielski generał", jak nieodmiennie pisze o sobie Wilson, wręcz wychodzi z siebie z wściekłości na Kutuzowa, jego bezczynność i obojętność wobec stającej przed nim szansy na zniszczenie raz na zawsze osławionego Buonapartego. Złości się także na "fałszywe posunięcia, spowodowane raczej osobistą obawą [feldmarszałka] aniżeli błędną oceną sytuacji", który, nadkładając osiemdziesiąt wiorst [50 mil] drogi", utracił z oczu Francuzów.
"W jego obecności z trudnością przychodziło mi nawet przyzwoite zachowanie. Jego słabość obrażała mnie do tego stopnia, że zadeklarowałem, iż jeśli pozostanie naczelnym dowódcą, to będę zmuszony wystąpić z jego armii".
Prawdopodobnie nic nie sprawiłoby Kutuzowowi większej przyjemności. Czuje się on prześladowany przez wszystkich wokół siebie; otoczony jest też rojem intryg. Zaś jego armia także jest niemal pozbawiona zapasów żywności, gdy z uporem przebija się traktem medyńskim.
Trakt smoleński jest przynajmniej w lepszym stanie. "Opuściwszy orne pola, które kosztowały nas utratę co najmniej 10 000 pojazdów", armia zaczyna ruszać się szybciej. Najpierw wyruszają żałosne szczątki westfalskiego VIlI Korpusu Junota. Za nimi - Gwardia Cesarska. Potem III Korpus. Potem IV Korpus Eugeniusza. Na końcu - o jeden dzień marszu z tyłu - tak niegdyś potężny I Korpus Davouta. Każda jednostka po kolei przekracza poprzecinany wąwozami teren pod Możajskiem - owe wąwozy, gdzie 8 września impulsywność Murata doprowadziła do śmierci tak wielu jego żołnierzy - i znika w położonych dalej lasach... za nimi, o czym wszyscy dobrze wiedzą, rozciąga się pole tamtej strasznej bitwy.
Pamiętają też dobrze, że na innych pobojowiskach Napoleon zarządzał upamiętniające bitwy defilady - na przykład pod Austerlitz. Nikt jednak nie myśli, aby coś takiego odbyło się tutaj.
Pierwsze, co widzą, wychodząc z lasu, to - po prawej - "szczątki chat, gdzie obozował Kutuzow" i gdzie podjął rozstrzygającą decyzję o odwrocie i - w razie potrzeby - nawet oddaniu nieprzyjacielowi Moskwy. Większa część żałobnej sceny rozciąga się jednak po lewej stronie. Porucznik von Muraldt z należącego do IV Korpusu 4. Pułku Szwoleżerów Bawarskich na zawsze miał zapamiętać, że "dzień był zimny, a wściekle wirujący śnieg, miotany na nas lodowatym wiatrem, nie rozpraszał bynajmniej naszych ponurych myśli".
Dumonceau, jak zwykle jadący na czele resztek Gwardii, "przekraczając most w Borodino, gdzie padło tak wielu",5 z trudnością rozpoznaje
"pokryte śniegiem dawne reduty. Białe na tle ciemnego horyzontu wyglądały już tylko na bezkształtne pagórki. Cała równina, wtedy tak ożywiona i pełna zgiełku, była teraz jedynie ogromnym pustkowiem".
Jedynym znakiem życia, jaki dostrzega Dumonceau jest "samotny jeździec, niewątpliwie wypatrujący jakiejś pamiątki lub wspominający przeszłość". A także "ogromne stada czarnych wron, jakie od kilku dni ciągnęły za nami - jakby za pewnym łupem - niczym żałobny orszak, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić,". Przez całą drogę widzimy ślady ich diabolicznej działalności, widoczne po obu stronach drogi w postaci "krwawych plam, bezładnie porozrzucanych po śniegu, z którego wystają ohydne szczątki na wpół zjedzonych trupów".6 Mailly-Nesle i jego uprzywilejowani towarzysze, wyglądając z okien powozu, zauważają, że martwi
"niemal nie ulegli jeszcze rozkładowi i zachowali coś, co można by nazwać wyrazem twarzy. Niemal wszyscy mieli szeroko otwarte oczy. Brody urosły im ponad wszelką dopuszczalną w owej epoce miarę... ich policzki, pokryte ceglastymi lub ciemnoniebieskimi żyłkami, przydawały im obrzydliwego i niechlujnego wyglądu".
Jadący bezpośrednio za CKG inny arystokratyczny oficer, kwatermistrz Anatole de Montesquiou, jest przerażony, widząc
"jakiegoś rannego w tamtej bitwie Francuza, którego pozostawiono bez żadnej pomocy. Usiadł sobie, plecami wsparty o pień stojącego na poboczu drogi drzewa i czekał na przejazd Cesarza. Gdy tylko go ujrzał, podczołgał się do niego na czworakach i oskarżył go o wszystkie cierpienia, jakich doznał, będąc tak okrutnie porzuconym. Potem przeklinał wojnę i prorokował, że sam Cesarz też kiedyś zostanie porzucony i zapomniany. Cesarz nie okazał nic prócz współczucia... zwróciwszy się do jadących za nim oficerów, powiedział, 'Każcie położyć tego biedaka w jakimś powozie i otoczcie go wszelką możliwą opieką'".
Kapitan K.F.E. Von Suckow, który w swoim czasie musiał pozostawić swoich martwych Wirtemberczyków bez pogrzebu, stwierdza,
że "sławne pole bitwy jest dokładnie w takim samym stanie, w jakim pozostawiliśmy je 8, czy 9 września. Ponad 20 000 ludzkich i końskich trupów leżało w miejscu, gdzie padło, w stanie mniejszego lub większego rozkładu".
Jedyną różnicą, jaką dostrzega starszy chirurg von Roos z 3 Pułku Szaserów Wirtemberskich, jest to, "że od owego krwawego dnia trawa zdążyła znacznie urosnąć". Nieopodal Wielkiej Reduty, najkrwawszego miejsca całej bitwy, von Suckow dostrzega jakiś wystający z ziemi obiekt. Zaciekawiony podjeżdża bliżej, aby się mu przyjrzeć. Jest to
"prosty pal sosnowy, wbity w ziemię, do którego przymocowana jest tabliczka. Widnieje na niej Wykonany atramentem i na wpół rozmyty przez deszcze napis: 'Tutaj leży generał Montbrun. Przechodniu, z jakiegokolwiek jesteś narodu, uczcij te prochy! Należą one do najdzielniejszego żołnierza na ś wiecie. Ten skromny pomnik na jego cześć wzniesiony został z rozkazu jego wiernego przyjaciela, marszałka Neya'".7
Nieco dalej Włosi widzą słynną Wielką Redutę,8 "wznoszącą się ponad terenem niczym piramida na pustyni". Pozostawiwszy sztab Eugeniusza, także i Labaume wjeżdża na nią i wspina się na coś, co może być tylko stosem trupów. Ze szczytu reduty, o którą toczono tak gorące walki, widzi samotnego żołnierza, "którego nieruchoma postać wyglądała z tej odległości jak pomnik". Słyszy jednak także głosy jakichś wzywających pomocy nieszczęśników:
"Jednym z nich był żołnierz francuski, który stracił obie nogi i przez dwa miesiące żywił się tylko wodą ze strumienia, ziołami, korzonkami i tymi kilkoma kawałkami chleba, jakie znalazł przy zwłokach, nocami sypiając w pozbawionych wnętrzności brzuchach trupów końskich. Generał zlitował się nad nim i wziął go do swojego powozu".
Osiągnąwszy strumień Kołocza, IV Korpus przekracza go co najmniej tak ostrożnie, jak czynił to, poruszając się w przeciwnym kierunku, aby szturmować Wielką Redutę "Rajewskiego", najpierw bezskutecznie, potem z sukcesem:
"Zbocze prowadzące ku rzeczce było tak strome, a ziemia tak śliska, że ludzie i konie bezustannie przewracali się na siebie.
Ze wszystkich stron otaczały nas szkielety końskie i na wpół zakopane trupy, poplamione krwią płaszcze, kości obgryzione przez psy i drapieżne ptaki oraz szczątki uzbrojenia, bębny, hełmy i pancerze. Znaleźliśmy tam także strzępy sztandarów.
Z widocznych na nich emblematów mogliśmy ocenić, jak bardzo moskiewski orzeł ucierpiał owego krwawego dnia. Przechodząc przez rejon swoich dawnych wyczynów, nasi żołnierze z dumą pokazywali sobie miejsca, gdzie walczyły ich pułki".
Von Muraldta, smętnie kontemplującego scenę bitwy, nachodzi refleksja, że
"jednak masa przelanej na tej ziemi krwi i przewaga zdobyta w tak konwulsyjnych wysiłkach nie doprowadziły do niczego poza odwrotem, wśród bezprecedensowych trudności i cierpień".
Martwi przynajmniej mają spokój. Kilka mil dalej, już za sceną tych strasznych wydarzeń, pokazuje się inne, na swój sposób jeszcze bardziej makabryczne miejsce. Ogromny, otoczony murami i basztami budynek Monastyru Kołockiego, który starszy adiutant włoskiej Guardia d'Onore, Cesare de Laugier, wziął (5 września, gdy ujrzał go w oddali po raz pierwszy), za całe miasto. Podczas bitwy i bezpośrednio po niej monastyr służył za szpital armii, a Naczelny Chirurg, baron Dominique-Jean Larrey przeprowadził tu mnóstwo amputacji. Teraz pułkownikowi Fezensacowi miejsce to przypomina "jedynie ogromny cmentarz". Wszyscy zamieszkujący go niegdyś mnisi uciekli. Przeżyło jedynie 2000 ze zgromadzonych tam 20 000 rannych. Choć Larrey odnajduje punkty opatrunkowe, jakie niegdyś tam zainstalował, to stwierdza, że
"nikt nie zadał sobie trudu, aby korzystając z pięknej pogody ewakuować rannych. Tłoczyli się oni w cuchnącej, pełnej zarazy, ze wszystkich stron otoczonej trupami stodole, nie otrzymując prawie żadnej żywności, zmuszeni jeść głąby kapuściane gotowane z koniną, aby oddalić widmo głodu... z powodu wielkiego braku płótna ich rany rzadko kiedy były opatrzone. Chirurdzy sami musieli prać bandaże i kompresy".
Belgijski chirurg, D. De Kerkhove, jest tak przerażony, że "pióro odmawia mu posłuszeństwa, gdy pragnie opisać cierpienia, jakie znosić musieli chorzy i ranni". Cóż się stało z zapasami lekarstw, żywności, jakie zostały wysłane z Moskwy? Lekarz jest przekonany, że najszczęśliwsi są ci, co już zmarli. Gdy za Gwardią Cesarską przybywa III Korpus, Napoleon natychmiast rozkazuje brygadzie złożonej z 200 szaserów i lekkiej piechoty wirtemberskiej przenieść wszystkich rannych na wozy markietanów. Chirurg Roos widzi jak jego Wirtemberczycy wynoszą rannych na zewnątrz, a oficerowie wskazują im, gdzie mają ich umieszczać. Choć żołnierze uskarżali się na narzucony im dodatkowy wysiłek, to
"rozkaz został wykonany w najstaranniejszy sposób, a całą robotę ukończono w półtorej godziny. Każdy powóz, choćby należący do marszałka, czy pułkownika, każdy wóz, każdy wózek kantynierki, każda dorożka muszą zabrać jednego lub dwóch rannych".
Nawet kapryśny Mailly-Nesle i jego wesoła kompania muszą się trochę posunąć: "Do opieki nad rannymi, co z oddaniem czynił, przydzielony został jeden z forysiów cesarskich, nazwiskiem Mouet". Dumonceau, dość długo stojący przed główną bramą, widzi jak nieopodal sam Larrey "kieruje odprawianiem rannych, podnosząc ich na duchu rzucanymi uwagami". Choć niektórzy z rannych muszą "wlec się na piechotę, nawet o kulach", to belgijskiego kapitana uderza fakt, iż wszyscy "cieszą się i dziarsko wyruszają w drogę". Może instynktownie uprzytamniają sobie, że mają więcej szczęścia, przynajmniej na razie, od tych, co leżą na wozach.
Dla tych ostatnich podróż okaże się krótką. "Mimo że zamiary Cesarza były dobre", oznajmia skromny i pobożny, choć przerażony chirurg Roos,
"los biednych rannych wiele się nie polepszył. Trafili w ręce prostackich woźniców, pogardzających nimi kamerdynerów, brutalnych markietanów, nowobogackich i aroganckich kobiet, pozbawionych litości towarzyszy broni i całego kłębiącego się w taborach motłochu. Wszyscy ci ludzie jedno tylko mają na myśli - jak się pozbyć powierzonych ich opiece rannych".
Neapolitański adiutant Murata, pułkownik M.-J.-T. Rossetti, słyszy od niedołężnego generała kawalerii Lahoussaye'a, który podróżuje sobie wygodnie w swoim powozie zamiast pomóc swemu przełożonemu, Grouchy'emu, idącemu w straży tylnej, że "wiwandierki, których wózki obładowane były łupami z Moskwy i które nie przyjęły rannych bez szemrania na to dodatkowe obciążenie" rozmyślnie pozostają z tyłu i pozwalają kolumnie się wyprzedzić. "Wtedy, doczekawszy się chwili, gdy są wreszcie same, wrzucają wszystkich powierzonych ich opiece nieszczęśników do przydrożnych rowów. Jeden tylko okazał się na tyle wytrzymały, aby przeżyć i zostać zabranym przez pierwszy przejeżdżający obok powóz". Wielki Koniuszy nigdy dotąd nie widział, ani nigdy już w przyszłości nie miał ujrzeć
"widoku tak potwornego, jak marsz naszej armii 48 godzin po opuszczeniu Możajska. Wszystkie serca zamknęły się na uczucie litości, czy to z obawy przed głodem, przed utratą przeładowanych pojazdów, czy przed ujrzeniem, jak padają głodujące i wyczerpane konie. Ciągle się wzdragam, gdy opowiadam wam, jak widziałem ludzi rozmyślnie rozpędzających swoje konie na wyboistym terenie, aby pozrzucać obciążających ich powozy nieszczęśników. Choć wiedzieli, że pokaleczą ich konie lub zmiażdżą koła, śmiali się zgoła triumfalnie, gdy kolejny wstrząs uwalniał ich od jednego z tych biedaków. Każdy myślał tylko i wyłącznie o sobie".
Jeszcze raz powraca sprawa Możajska. Gdy Larrey słyszy o zrzucanych do rowów rannych - skarży się Napoleonowi. Ów zaś każe rozstrzelać kilku najbardziej winnych.
Przez cały ten "długi i bolesny dzień" Rosetti i inni obecni w CKG "co chwila słyszą detonacje. Są to wozy amunicyjne wysadzane w powietrze z powodu braku koni pociągowych".
Gdzieś na czele kolumny spędzonych zostaje około 3000 jeńców rosyjskich, choć nikt nie ma dla nich ani odrobiny żywności:
"Stłoczonym jak bydło, nie wolno im było oddalić się choćby o jard z tego miejsca. Porozkładani na lodzie [sic], wszyscy z nich, którzy nie chcieli zginąć, jedli ciała swoich towarzyszy, którzy przed chwilą zmarli z nędzy".
Teraz zaś, "trzy mile przed Gżackiem", trafia się kolejny okropny widok, diabolicznego zgoła pochodzenia:
"Na lewo od drogi leżało około 200 świeżo zabitych Rosjan. Zauważyliśmy, że wszyscy oni mieli głowy roztrzaskane w identyczny sposób, a krew i mózg rozlewały się pod nimi".
Zostali oni właśnie zastrzeleni przez eskortujących ich Hiszpanów i Portugalczyków. "My wszyscy, zależnie od charakteru, albo aprobowaliśmy takie postępowanie, albo pozostawaliśmy obojętni. Cesarz milczał ze smutkiem." Inaczej zachował się kapitan Józef Załuski, który widział ich już wcześniej, gdy przejeżdżał obok na czele polskich Szwoleżerów Gwardii razem z dowódcą pułku, generałem Krasińskim:
"Byliśmy przerażeni. Wstrząśnięty Krasiński pogalopował naprzód, do jakiegoś portugalskiego pułkownika, będącego oficerem odpowiedzialnym za czoło kolumny. Zaczął czynić mu wyrzuty za tak barbarzyńskie, niczym nie dające się usprawiedliwić okrucieństwo. Portugalczyk przyjął te spostrzeżenia bardzo obojętnie i odpowiedział w wielce niewłaściwy sposób. Nie było to miejsce ani czas na dyskusję. Krasiński pośpiesznie ruszył do sztabu Cesarza i opowiedział, jak potraktowani zostali jeńcy. Cesarz natychmiast wysłał Gourgauda, swojego officier d'ordonnance, aby uzyskał wyjaśnienia odnośnie tego incydentu".
Polski hrabia i oficer artylerii Roman Sołtyk, maszerujący z oddziałem topograficznym CKG, słyszał nawet strzały:
"Ku mojemu przerażeniu dowiedziałem się, że wlokący się nieopodal jeńcy zostali zastrzeleni przez ich hiszpańską eskortę. Żołnierze hiszpańscy na próżno popędzali ich ciosami kolb, wszyscy jeńcy padli w końcu z wycieńczenia. Wtedy owi barbarzyńcy strzelili po prostu każdemu w ucho i w ten sposób wykończyli wszystkich".
Roos naliczył "osiem takich ciał", a po przybyciu do Gżacka dowiedział się, że owa, z zimną krwią dokonana, masakra była dziełem "jakichś badeńskich grenadierów", którzy otrzymali okrutny rozkaz zabicia "wszystkich jeńców, jacy okażą się zbyt wyczerpani i niezdolni do marszu". Także i Fezensac słyszy, że jeńcy zostali zastrzeleni przez oddziały pochodzące z Konfederacji Reńskiej:
"Muszę oddać sprawiedliwość żołnierzom mojego pułku i powiedzieć, że byli wstrząśnięci. Uprzytomnili sobie także, iż nieprzyjaciel na widok takiego barbarzyństwa może zapłonąć pragnieniem, aby równie okrutnie zemścić się na nich samych, gdyby wpadli w jego ręce".
Sołtyk, gorący wielbiciel Napoleona, najwyraźniej nie jest w stanie uwierzyć, aby jego bohater mógł popierać takie morderstwa: "Gdy tylko dowiedział się o tych potwornych egzekucjach, okazał skrajne niezadowolenie i natychmiast położył im kres". Zarówno Rosetti jak i Roos zgodnie zauważają też, iż "mordy te ustały następnego dnia, gdy między Gżackiem a Wiaźmą zaczęli nękać nas Kozacy".
Wszyscy czują, że odwrót odbywa się zbyt wolno, a nawet ciągnie się w iście ślimaczym tempie. Odium za to spadło na nielubianego Davouta, choć niektórzy - powiada Labaume - bronili sposobu w jaki postępował:
"Zbyt pośpieszny odwrót zdwoiłby odwagę nieprzyjaciela. Gdyby straż tylna nie stawała do walki, lekka kawaleria wroga mogłaby posiekać ją na kawałki".
Tego ranka I Korpus właśnie opuścił Możajsk, a za nim ciągnęły coraz liczniejsze roje Kozaków, którzy próbowali go odciąć, a przynajmniej opóźnić jego marsz. Zaraz po opuszczeniu tego, co pozostało z Możajska, szef sztabu korpusu - Lejeune, widzi jak nieprzyjaciel
"bezskutecznie usiłuje przebić się tuż przed nami. Musieli ograniczyć się do pościgu i krótkotrwałego ostrzeliwania jednego z naszych dużych konwojów, który, będąc znacznie opóźnionym, musiał po wyjściu z miasta przejść przed ich frontem. Ich kule czyniły straszne spustoszenie w konwoju złożonym z kilkuset kiepsko zaprzężonych pojazdów, wiozących wielu rannych, a także żony i dzieci francuskich przedsiębiorców mieszkających w Moskwie, którzy zostali obrabowani i musieli uciekać przed Rosjanami. Był tam nawet personel moskiewskiego Teatru Francuskiego".
Lejeune wie, że w tym właśnie konwoju znajduje się także jego na wpół ociemniała siostra. Powóz, w którym wyprawił ją w swoim czasie z Moskwy należy do niego.
"Zadbał także, aby zaopatrzyć go w żywność i futra, oraz zaprząc do niego trzy dobre konie, z dobrymi koniuszymi, i wyprawić w drogę pod ochroną kilku naszych rannych generałów, a przede wszystkim pod opieką Opatrzności".
Teraz baron ma szczęście i udaje mu się wyrwać pojazd wraz z siostrą z ogarniętego paniką konwoju:
"Jej stangret zapewnił mnie, że cała trójka koni jest nadal w dobrym stanie i pełna wigoru. Zapytałem więc siostrę: 'Czy potrafisz stawić czoła armatom?' Drżąc odpowiedziała: 'Uczynię, co tylko zechcesz'. Natychmiast też powiedziałem stangretowi: 'Przejedź galopem przez tę równinę; kule armatnie przelecą ci nad głową. W ten sposób osiągniesz czoło kolumny, gdzie już będziesz mógł ruszać dalej bez przeszkód i zatrzymywania się'. Moja rada okazała się dobra - udało mu się".
Usłyszawszy po raz pierwszy podczas odwrotu armaty kozackie, maszerujący z 85. Pułkiem Liniowym Le Roy wie już co o tym sądzić:
"Mieliśmy odtąd być nieustannie ścigani przez armię nieprzyjacielską i przez całą ludność tej dzikiej krainy. Żeby wyrwać się z rąk tych barbarzyńców mogliśmy liczyć tylko na własną odwagę i męstwo".
Docierając do Kołoczy, idący na samym końcu straży tylnej Griois stwierdza, że
"chwiejny mostek, jaki niegdyś przez nią przerzuciliśmy, jest zerwany.10 Sami z łatwością przekroczyliśmy rzeczkę w bród.
Z działami jednak nie poszło tak łatwo. Mieli całą masę kłopotów, aby wyrwać je z mulistego dna i wyciągnąć na stromy brzeg. Kilka pojazdów pozostało w rzece. Dopiero gdy wydostaliśmy się z tej pułapki, zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy na polu bitwy, które opuściliśmy siedem tygodni temu. Teraz nie mieliśmy już złudzeń!".
Gdy rzuca okiem na "wąwozy ciągle zaścielone porzuconą bronią", pułkownika także ogarniają
"smętne refleksje. Przyszłość jawiła się w ciemnych barwach. Rozpoznawałem kolejne pozycje jakie zajmowałem podczas bitwy. Królowała tam teraz cisza i pustka. Zajęły miejsce zgiełku tysięcy dział i niezliczonych mas ludzkich, które starły się tutaj dwa miesiące temu".
Czekając, aż jego artyleria przejdzie potok w bród ("ponieważ zmęczenie i złe wyżywienie koni pociągowych nie pozwoliło nam zrobić tego zbyt szybko") pułkownik słyszy, jak gdzieś z tyłu strzelają tym razem całkiem realne, a nie istniejące jedynie w wyobraźni, działa. To straż tylna (najwyraźniej Griois został z niej wycofany) "twardo stawiająca opór, aby zatrzymać nieco wroga, który zbyt mocno już nas przycisnął, i aby dać artylerii i bagażom zatykającym bród trochę czasu na wydostanie się stamtąd". Nieopodal Griois widzi samego Davouta, jak na piechotę popędza "jakieś izolowane jednostki poprzedzające jego straż tylną". Davout powiada mu, żeby ruszał. Łatwiej da się to jednak powiedzieć niż wykonać. Stopniowo jednak sam Griois, jak i jego przyjaciel - bystry, choć może niezbyt sympatyczny pułkownik Jumilhac - wydostają się i udają na biwak w wąwozie w pobliżu monastyru, który chroni ich przed kąsającym wiatrem. "Niedaleko, pod swoim namiotem urządził się generał Grouchy. Był to ostatni raz gdy widziałem go podczas odwrotu. Ziemia była kompletnie przemarznięta". Griois widzi także opuszczonych rannych - "z których część została ewakuowana z Moskwy, zaś inni byli przyniesieni tutaj zaraz po bitwie".
Le Roy, Jacquet i Guillaume biwakują na samym polu walki. "Na lewo od nas znajdowały się słynne reduty. Z samego Borodino ostała się tylko cerkiew". Podobnie czyni Dromader z Egiptu. Przejście 20. Pułku przez Kołoczę jest szczególnie paskudne. "Po osiemnastu milach powolnego, męczącego marszu po pokrywającym grunt śniegu", kapitan François i jego ludzie nie mają
"nawet źdźbła słomy, aby się położyć. Nie mogliśmy też rozpalić ogniska, wiatr bowiem dął tak gwałtownie, że gasił je natychmiast, po każdej podejmowanej przez nas próbie. Moje konie wiozły jeszcze trochę jedzenia dla mnie samego, lecz nie było już niczego, aby nakarmić biedne szkapy oprócz odrobiny nadgniłych liści, jakie wywąchały sobie pod śniegiem. Francuzi przeklinali swój smutny los i niecierpliwie oczekiwali na wschód słońca, aby znów podjąć marsz, bez choćby odrobiny pożywienia, jakie pozwoliłoby im odzyskać siły".
Następnego ranka ostatnia jednostka Davouta, 7. Pułk Piechoty Lekkiej, przechodzi przez pobojowisko, a sierżant-karabinier Vincent Bernard widzi
"pod stopami tysięczne kawałki broni i sprzętu należące do obu armii. Tu i ówdzie widać też szczątki naszych kamratów poległych na polu chwały. Reduty, choć porozrywane, nadal stały, więc powspominaliśmy sobie zmienne koleje tej bitwy gigantów. Tę tutaj wzięliśmy na bagnety, tamta zaś odparła nasz atak. Chwalebne, choć bolesne wspomnienia!".
Gdy godzinę później także i on dociera wreszcie do opactwa, 7. Pułk Lekki zajmuje tam pozycje. "Nieprzyjaciel naciera na nas całą siłą". Istotnie, dochodzi wtedy do ostrej potyczki. Całe siły Płatowa, razem z artylerią, rzucają się na 30. Pułk Liniowy. Żołnierze kapitana François
"nie mogą posunąć się nawet o tysiąc kroków bez konieczności zatrzymania się i wykonania w tył zwrot, choć bez strzelania - sam nasz ruch wystarcza, aby fanatycy uciekali. Zbliżali się na odległość stu kroków od nas i ogłuszali swoimi 'Hurra!'. Czasem oddawaliśmy do nich kilka salw z naszych dział. Gdy zbliżyliśmy się do wsi Kołockoje,11 połączyli się w jedną wielką grupę i zaatakowali cały nasz korpus. odparliśmy ich po tym jak zabili nam kilku żołnierzy i przechwycili pięć wozów z amunicją".
Walka ta kosztowała 7. Pułk Lekkiej Piechoty
"kilku zabitych i rannych. Ci ostatni nie zjawili się już pod sztandarami. Kilku pozostających jeszcze w opactwie rannych, [choć] prawie wyleczonych, także zostało porzuconych".
(A może ofiary były większe? Czy też "przyjemne wieści", jakie dotarły do kwatery Kutuzowa, o tym że ludzie Płatowa zdobyli "20 armat i dwa sztandary oraz zniszczyli dwa bataliony w klasztorze Kolodi [sic] w pobliżu Borodina" były przesadzone, jak zresztą wiele twierdzeń Kozaków o ich własnych sukcesach?)
Tak, czy inaczej, oznacza to już koniec 2. Pułku Huzarów Pruskich. Pod ścianą monastyru jego oficerowie otrzymują wiadomość, że ich pułk został rozwiązany. Oni sami są skreśleni z listy kombatantów i mogą postąpić, jak im się podoba. Każdemu z nich wolno zabrać swojego ordynansa lub przyłączyć się do jakiegoś wybranego generała. Przed opuszczeniem pozycji Lejeune pragnie
"sprawdzić, ilu nieprzyjaciół pojawiło się na równinie. Ruszam więc i wychodzę na taras monastyru, skąd stwierdzam, że stoję przed jakąś setką Kozaków, którzy zbliżają się w celu rekonesansu. Widząc mnie, wzięli nogi za pas, lecz gdy dostrzegli, że jestem sam, wkrótce wrócili, i z kolei ja sam ledwie miałem czas, aby dołączyć do własnych żołnierzy, którzy zdążyli już wyruszyć i znacznie się oddalić".
"Z Borowska do głównego traktu na Smoleńsk nie ma właściwie żadnej prawdziwej drogi. Musieliśmy ją sobie znaleźć, idąc przez lasy, pola i bagna". Trakt moskiewski [na Smoleńsk] jest jednak szeroki i przyzwoicie wybrukowany. Gdy wreszcie do niego dotarli, kapitan kirasjerów Bréaut des Marlots jest zaniepokojony widząc, jak każdy zaczyna "w większym lub mniejszym stopniu maszerować na własną rękę". Duverger, płatnik w I Korpusie, widzi jak "płoną wszystkie wsie w naszym polu widzenia. Ruszaliśmy w kierunku Smoleńska jakby pomiędzy żywopłotami z płomieni. Powiadano, że były to środki konieczne dla spowolnienia pościgu nieprzyjaciela". Porzucenie tak wielu rannych także nie sprzyja utrzymaniu morale. "Każda jednostka", potwierdza Ségur, "wydawała się maszerować na własną rękę. Nie było sztabu, nie było rozkazów, żadnego węzła łączącego poszczególne jednostki". "Nie ma chyba żołnierza, który nie byłby przerażony na myśl o tym, co go jeszcze czeka", duma sobie kapitan Charles François, kuśtykając z tyłu razem z 30. Pułkiem Liniowym:
"No i jesteśmy teraz zaledwie 120 mil od Moskwy, w samym środku zrujnowanego kraju, gdzie walczymy tylko przy świetle płonących budynków. Dzisiaj już szeregowiec, który dotąd zwykł był dzielić się swoim kęsem chleba z towarzyszem, jeśli w ogóle ma coś do zjedzenia, to starannie chowa tę odrobinę, jaką zatrzymał dla siebie".
Adiutant Murata Rosetti na pewno nie jest jedynym, który poczuje jak powietrze szczypie go w policzki. Nadchodzi zima:
"Wystarczy, aby wiatr powiał kilka minut, a już da się odczuć, ostry i kąśliwy. W jednej chwili wszystko się zmienia - droga, twarze, odwaga żołnierzy. Wojsko zaczyna robić się smutne, marsz nużący, w szeregi wkrada się konsternacja".
Lejeune rozkazuje, aby konie, które na zatłoczonej pojazdami drodze chwilowo tylko opadają z sił, lecz dadzą się z powrotem postawić na nogi,
"natychmiast zaprzęgać do wozów z rannymi. Zazwyczaj jednak, nieszczęsne szkapy zdychały po kilku zaledwie krokach. Nasi ranni pozostawali więc tam - porzuceni. Gdy odchodziliśmy, opuszczając ich, słysząc ich krzyki, odwracając spojrzenia, musieliśmy zaprawdę mieć serca z kamienia. Dzień ten [30 października] był długi i smętny. Musieliśmy maszerować całą noc, w zimnie, które coraz bardziej dawało się we znaki. Trzeba było dotrzeć do Gżacka przed nieprzyjacielem, który forsownym marszem przez pola starał się dostać tam pierwszy".
CKG była w Gżacku już od wieczora poprzedniego dnia. Po mieście, które zaledwie dwa miesiące temu było "jednym z najprężniej rozwijających się ośrodków handlowych w Rosji - gdzie wyrabiano skóry, płótna, smołę i liny dla marynarki" - nie zostało prawie nic. Wszystkie drewniane domy, tak bezmyślnie spalone w przeddzień bitwy, "znikły niemal bez śladu. Obserwatorom mogło się wydawać, że znajdują się w wypalonym lesie". Gżack był jednym wielkim pogorzeliskiem. Stały jeszcze tylko kamienice przy głównej ulicy. Jest zimno, ale za to jaskrawo świeci słońce. Caulaincourt, który od samej Wiereji maszeruje na piechotę "i uważa, że mu to służy, ponieważ nie cierpi tak bardzo z zimna", zauważa, jak bardzo obniżyła się temperatura:
"W Borowsku zaczęliśmy odczuwać zimno. Na razie jednak grunt zamarzał tylko przy powierzchni. Pogoda była ładna i nocą dało się wytrzymać na otwartym powietrzu, jeśli rozpaliło się ognisko. Tutaj, w Gżacku, zima dawała się już wyraźnie we znaki".
Tutaj też trafia się - choć tylko CKG - nieoczekiwana gratka. Część konwoju, do pewnego już stopnia obrabowana przez Kozaków, pozostająca "pod opieką dwóch forysiów, okazuje się szczątkami zapasów wysłanych z Francji dla domu cesarskiego". Ponieważ konie zaczynają zawodzić, a nie ma innych środków, aby to wszystko zabrać ze sobą, zdecydowano o rozdzieleniu zapasów "i w kwaterze głównej panuje teraz obfitość wszystkiego. Najmarniejszymi winami są Clos-Vouillet i Chambertin" - szczęśliwie dla Napoleona, który niczego innego nie pija:
"Zbieraliśmy siły i rozkoszowaliśmy się dobrobytem, aby zachować dobre samopoczucie na czekające nas dni prawdziwej nędzy. Wszyscy mieli jeszcze trochę zapasów. Wydano niewielkie racje sucharów. Mimo zimnych nocy i kilku spłachetków gruntu, gdzie roztopy utrudniały pochód, ludzie nadal byli w stanie podjąć długi marsz".
Odmiennie ma się sprawa z końmi. Najważniejszym obowiązkiem Caulaincourta jest zachować je w dobrej formie:
"Były wymęczone koniecznością oddalania się o sześć mil od drogi, aby znaleźć nieco paszy, która na dodatek była kiepskiej jakości. Potem, kosztem wielkiego niebezpieczeństwa i zmęczenia, sprowadzano je z powrotem. Wszystkie, poza najsilniejszymi, były niemal umierające. Zaprzęgano zatem konie rezerwowe, ale ponieważ nie mieliśmy ich w dostatecznej liczbie, zaczynaliśmy już porzucać niektóre pojazdy".
Jedna ze stojących jeszcze w Gżacku kamienic została wykorzystana na szpital. Gdy do miasta dociera III Korpus, dowódcy pułków otrzymują rozkaz udania się tam i zidentyfikowania wszystkich rannych ze swoich regimentów. Fezensac "jest wstrząśnięty, widząc, że chorzy zostali pozostawieni bez lekarstw, bez jedzenia, bez jakiejkolwiek pomocy. Wśród uchodźców wszelkiej proweniencji, barykadujących schody, korytarze i hole", pułkownik ledwo przeciska się do środka, lecz jest "zachwycony, gdy widzi, że może ocalić kilku żołnierzy" z 4. Pułku Liniowego. Jakież to jednak szczęście! Wkrótce potem, Dr Réné Bourgeois też jest przerażony, widząc, że nikt tak naprawdę nie przejmuje się tymi chorymi. Jedyną rzeczą, do jakiej zdrowi są jeszcze zdolni, to samemu utrzymać się przy życiu, a wiwandierki i oficerscy służący, powożący wozami i wózkami
"rychło się ich pozbywają, wyrzucając gdzieś przy drodze lub celowo zapominając o nich na biwakach. Żaden z nich nie dotrze do Smoleńska".
Ranni generałowie to oczywiście całkiem inna sprawa. Rapp nigdy dotąd nie widział jeszcze tak wielu rannych generałów:
"Generał Friant, którego rany dotąd się nie zagoiły, generał Durosnel, cały niemal czas cierpiący na białą gorączkę; generał Belliard [szef sztabu Murata], który został trafiony kulą karabinową pod Borodino...".
a właściwie w jednym z wąwozów pod Możajskiem. Do swojej listy Rapp mógłby dodać także Dedema, którego posiniaczona jeszcze w sierpniu pod Smoleńskiem pierś, ciągle się właściwie nie zagoiła i sprawia mu coraz większy ból.
Wydarza się też coś szokującego, co źle wróży na przyszłość. Von Suckow, zaproszony przez kilku grenadierów ze Starej Gwardii, aby skorzystał z miejsca przy ich ognisku palącym się obok na wpół rozwalonej ściany, jest świadkiem czegoś, co nie tylko zadziwia go, lecz także napełnia głęboką obawą:
"Zaledwie się tam usadowiłem, gdy do moich grenadierów podszedł jeden ze sztabowych oficerów, tych co to noszą takie eleganckie mundury - niebieskie z czerwoną kamizelką i srebrnymi sznurami naramiennymi w stylu huzarskim - i poprosił ich, aby zwolnili swoje miłe i ciepłe miejsce na rzecz generała NN i oficerów jego sztabu. Jakżeż byłem zdumiony - ja, niemiecki oficer przywykły do najsurowszej dyscypliny - gdy usłyszałem, jak jeden z grenadierów wstał i powiedział głośno:
'Mon officier, nie ma już żadnych generałów. Są tylko nieszczęśnicy. My w każdym razie tutaj zostajemy.'
Tamten wycofał się bez słowa".12
Tego samego wieczora chirurg Roos jest zdziwiony, gdy natyka się na jakiegoś oficera, który - całkiem dobrowolnie - zebrał grupę swoich szaserów i, pragnąc zobaczyć Moskwę, przyprowadził ich tutaj aż znad Niemna:
"Przybył jednak za późno. Ciągle byliśmy zgromadzeni wokół ogniska, gdy usłyszeliśmy, że ze Stuttgartu przyjechał nasz król, przywożąc pieniądze dla szeregowców, a także odznaczenia i honorowe szable, złote medale oraz, oczywiście, nagrody pieniężne dla oficerów i żołnierzy, którzy się wyróżnili".
Wszystko to może być satysfakcjonujące, ale w obecnych okolicznościach nie przynosi najmniejszego pożytku. Dla kontrastu - Roos widzi, że wielu żołnierzy dopiero teraz próbuje podkuć swoje konie na ostro na okres zimy. Ale przecież w sześcio, czy siedmiomilowym pasie zniszczonych wiosek po obu stronach drogi nie ma "ani źdźbła siana", aby je nakarmić. Choć major Bonnet, po przybyciu do Gżacka, zostaje wysłany z 300 żołnierzami 18. Pułku Liniowego na wyprawę po furaż, nie znajduje ani ziarenka w żadnej z wiosek. "Wynieśli się stamtąd wszyscy mieszkańcy i ich czworonogi. Wróciliśmy absolutnie bez niczego". 85. Pułk Liniowy, przybywając tam - razem z I Korpusem - w dniu następnym, trafia
"na kiepsko odbudowany most i ma mnóstwo kłopotów z przedostaniem się na drugi brzeg, blokują go grupy ludzi i pojazdów. Korek nad rzeką i brak jakichkolwiek rozkazów powodują, że wkrótce oba nieszczęsne, kiepsko odbudowane mosty zapadają się. Bagnisty grunt na przyczółkach nie mógł utrzymać ciężaru pojazdów. Wiele z nich utkwiło tam na dobre".
Ku swojemu rozczarowaniu Le Roy widzi wśród nich "wóz należący do mojego dawnego batalionu, w którym nadal znajduje się mój kufer". Zdolny Guillaume potrafił jednak uratować wiele z jego zawartości.
Dywizja piechoty wirtemberskiego III Korpusu zdążyła do tej pory zmaleć do dwóch zaledwie plutonów. Następnego ranka opuszcza ona to, co niegdyś było "ślicznym miasteczkiem o nazwie Gżack" i do późnego wieczora udaje się jej odpierać Kozaków, dopóki nie przejdzie cały, panikujący już, tłum maruderów. Jedna ze stóp von Suckowa zaczyna wyglądać na odmrożoną. Odzianemu w "podbity króliczymi skórkami szlafrok z czerwonego aksamitu", udaje mu się zatrzymać żółty powóz prowadzony przez bosonogą dziewczynę - Rosjankę, a powożony przez jakiegoś francuskiego przedsiębiorcę ze staromodnym garłaczem na kolanach, i namówić ich, żeby go podwieźli. W środku znajdują się dwie młode francuskie damy.
Ruiny Gżacka zostają wreszcie za nimi.
Jadąc przodem ze sztabem księcia Eugeniusza, Labaume widzi wokół siebie
"kraj deptany tysiącami kopyt końskich; ziemię, która wygląda, jakby nigdy nie była uprawiana. Im dalej się posuwamy, tym bardziej ziemia wydaje się pogrążać w żałobie".
Maszerujące pułki są całkiem przemieszane z konwojami wszelkiego autoramentu. Konwój pruskiego porucznika Heinricha Augusta Vosslera, ze stu Wirtemberczykami rannymi pod Borodino ("w tym około 50 zdolnych do służby") dotarł niemal do samej Moskwy, gdy musiał zawrócić i został wchłonięty przez chaos odwrotu:
"Z każdym dniem kolumna rozrastała się, ponieważ dołączał do niej każdy podróżujący tą trasą, choćby ze względu na własne bezpieczeństwo, co proporcjonalnie zwiększało naszą siłę obronną. W ciągu paru dni znaleźliśmy się w towarzystwie generałów i oficerów wszystkich stopni, a były wśród nich reprezentowane wszystkie rodzaje broni. Tylko niewielu posiadało pełne wyposażenie. Niektórzy nieśli ze sobą uzbrojenie dziwacznych typów. Większość była nieuzbrojona. Wszyscy jednak, bez wyjątku, byli obciążeni wielką kolekcją łupów, od bezwartościowych szmat po najpiękniejsze szale, od postrzępionych baranic po kosztowne futra, od rozklekotanych wózków po pozłacane karety. Poza tym - nadal istniały różnice. Piechur ciągle szedł na piechotę, zaś kawalerzysta albo dosiadał jakiegoś konika, albo też dzielił jakiś pojazd z kilkoma towarzyszami, a przynajmniej już szedł - dopóki mógł poruszać nogami - przed swoją obładowaną bronią i przerażoną szkapą. Poza Francuzami byli tam Hiszpanie, Portugalczycy, Niemcy. Polacy, Dalmatyńczycy, Ilirowie, itp.".
Sierżant Bertrand uprzytamnia sobie teraz, że nie wszyscy ranni, którzy pozostają w tyle, zjawiają się ponownie, "coś, co od tej chwili ma się stać nieodmienną zasadą". Kapitan François dodaje, że
"położenie armii jest straszne! Co się mnie tyczy, to od chwili opuszczenia Moskwy, mimo dwóch dziur po kulach w lewej nodze oraz kilku innych ran, które ciągle jeszcze nie pokryły się nawet strupami, maszerowałem cały czas z prawą stopą w bucie ze złamanym obcasem. Podobnie jednak jak wszyscy moi towarzysze broni, potrafię przewidywać takie kłopoty i nawet nie marzę o zajmowaniu się moimi ranami. Już ich nie opatruję, za to moja zdrowa noga rusza się jak maszyna".
Zawsze też
"następowały nam na pięty działa, a także Kozacy z nieregularnych oddziałów, którzy łączyli się z chłopami w zamiarze uczynienia nam tylu szkód, ile się dało. Ci ostatni, ujeżdżając jakieś żałosne szkapy, uzbrojeni byli w długie kije, na końcach których przymocowywali grot lancy lub długi gwóźdź. Od tej chwili musieliśmy stawać do walki jeden przeciw dziesięciu. Pewien karabinier z mojego pułku, poważnie ranny w głowę podczas naszej obrony Opactwa Kołockiego, maszerował sam na lewo od kolumny utworzonej przez naszą dywizję [Gérarda]. Napadnięty przez trzech Kozaków otrzymuje kilka uderzeń pikami i pada. Tamte dzikusy próbują go zabrać ze sobą... on jednak, sięgnąwszy do szabli, wstaje i zajmuje pozycję obronną z zamiarem stawiania oporu aż do śmierci. Rozpoczyna się nierówna walka. Na szczęście wrzaski Kozaków docierają do uszu towarzyszy nieszczęsnego karabiniera, którzy flankują kolumnę. Jakiś kapral zawraca, aby pomóc rannemu. Próbuje strzelać. Jego karabin nie wypala. Atakuje więc bagnetem i z pomocą karabiniera wkrótce eliminuje z walki trzech Kozaków, a dwóch pozostałych bierze do niewoli".13
W pewnym momencie także Griois zmuszony jest bronić się prawie w pojedynkę. Wszystkie jego graty, zwłaszcza "te ostatki żywności, jakie nam jeszcze pozostały, nasze sprzęty kuchenne, garnek do gulaszu, menażka i czajnik obozowy" znajdują się "w małym rosyjskim wózku ręcznym, jaki znalazłem po drodze". Pułkownik nosi niedźwiedzie futro - drugą rzecz jaką nabył po drodze. Pierwsze bowiem zostało mu skradzione, a ciągle można jeszcze kupić coś takiego za 30 do 40 franków. Wyprzedziwszy swoje działa, jedzie sobie razem ze "starszym adiutantem, dwoma kanonierami - ordynansami, bawarskim służącym oraz żołnierzem z taborów, który prowadzi wózek, jakieś 500 lub 600 kroków przed nimi, gdy na równinie zauważają kilku jeźdźców, których "nietypowy sposób jazdy oraz piki" wskazują, że są Kozakami:
"Gdy tylko taboryta zauważył nieprzyjaciela, natychmiast próbuje zawrócić. Jednak albo wózek nie skręca tak łatwo, albo żołnierz był zbyt gwałtowny, w każdym razie sworzeń mocujący przednie koła złamał się i nasze bagaże potoczyły się środkiem drogi. Choć łup pewnie niezbyt Kozaków interesował, to jednak zaatakowali. Ale przecież gra szła tutaj o nasze ostatnie zasoby! Mój adiutant i ja wyciągnęliśmy szable i chwyciliśmy za pistolety. Zajęliśmy pozycję przed naszym wózkiem, całkowicie zdecydowani go obronić, a mojemu służącemu i taborycie rozkazałem ocalić przynajmniej to, co było tam najcenniejszego, czyli żywność. Uczynili to z zapałem, nie dając się zastraszyć obecnością i okrzykami nieprzyjaciela. Niestety, odwrotnie było z ordynansami, na których nawet bardziej liczyłem. Jeden oddalił się pod pretekstem szukania pomocy, drugi zaś uciekł".
Choć pozostało ich teraz tylko dwóch, w dodatku kiepsko uzbrojonych, to Griois i jego starszy adiutant wyglądają na bardzo pewnych siebie. Razem z "kilkoma plutonami piechoty, które właśnie pokazały się w oddali", czyni to na Kozakach takie wrażenie, że "pokręciwszy się trochę przed nami i pogroziwszy nam pikami i krzykiem", zabrali się i znikli. Po chwili, przenosząc tymczasowo najważniejsze rzeczy z rozbitego wózka na konie, Griois i starszy adiutant odnajdują jakiś porzucony pusty wóz amunicyjny, który może go z powodzeniem zastąpić.
"Tego wieczora wróciło do mnie moich dwóch kanonierów, bardzo wstydząc się swojego postępowania, a ja potraktowałem ich tak, jak na to zasługiwali. Zatrzymałem ich jednak przy sobie, ponieważ jeden potrafił gotować, drugi zaś służył mi za sekretarza".14
Inni nie są w stanie się obronić. Porucznik Auvray, na przykład, cierpi
"na dezynterię spowodowaną paskudztwem, jakie zmuszeni byliśmy jeść, aby nie umrzeć z głodu. Nie potrafiliśmy przejść obok strumienia, stawu czy rowu i nie napić się wody. Na dobitkę, na prawym podudziu miałem wrzód wielkości jajka, który od ośmiu dni sprawiał mi ogromny ból. Nie będąc w stanie ani iść, ani dosiąść konia, musiałem leżeć w poprzek siodła".
Dedem, "ciągle żywiący się zapasami, jakie zabrał ze sobą z Moskwy", zauważa jak kłoptliwy może się stać każdy, nawet niewielki strumień:
"Ponieważ z początku nie było mowy o powrocie traktem smoleńskim, nikt nie pomyślał o odbudowaniu mostków, jakie Rosjanie poniszczyli, wycofując się na Moskwę, a które my sami omijaliśmy z łatwością, dzięki panującej wtedy suszy i letnim upałom".
Teraz jednak owe mostki są ciągłym powodem opóźnień, na jakie nie za bardzo możemy sobie pozwolić:
"Teraz, gdy ponownie zaczęło padać, mostki te stały się niezbędne dla artylerii i powozów, a konieczność ich odbudowy cały czas wstrzymywała nasz marsz. Z przerażeniem patrzyliśmy, jak wiele pojazdów parkowało przed nimi en masse, skąd dopiero wyruszały na mostki pojedynczo i bardzo powoli. Biada tym powozom, które utknęły w mule! Były natychmiast przewracane, zaś ich właściciele, posiadający w nich wszystkie swoje zasoby, byli nagle narażeni na braki w zakresie podstawowych potrzeb!".
Są też przedsiębiorczy i niewykazujący skrupułów oficerowie, którzy byli zdecydowani nie dopuścić do takiego zagrożenia. Na przykład pułkownik Chopin, dowódca artylerii w 1. Korpusie Kawalerii, którego Griois trochę znał i na którego biwaku - razem ze swoim przyjacielem Jumilhakiem oraz starszym adiutantem - zawsze mógł liczyć na przyjemność posilenia się odrobiną dobrej zupy, czy
"kawałkiem mięsa. Na dokładkę można było wypić trochę dobrej kawy - rzadkość, a nawet skosztować czegoś jeszcze rzadszego - miodu pitnego z flaszki - napitku [robionego z miodu], który choć nie może się równać z winem, to jednak da się wypić. Pułkownik Chopin, iście szatański typek, przekonany, że istotną sprawą jest przeżyć i że przede wszystkim trzeba myśleć o sobie, od samego początku odwrotu zdążył zgromadzić wokół siebie jakiś tuzin swoich najczujniejszych kanonierów, cechujących się największą przedsiębiorczością. Zawsze jechał za nim duży, zaprzężony w dobre konie wóz, który każdego wieczora był miejscem zbiórki, gdzie każdy z jego kanonierów znosił to wszystko, co udało mu się zdobyć, czy to w wioskach, czy też kosztem pojedynczych żołnierzy, których siłą lub perswazją zmuszano do pozbycia się części swoich zapasów. W ten sposób bandzie rabusiów pana pułkownika (tak bowiem tylko można ją nazwać) nie brakowało niczego. Wóz był solidnie zapełniony, a już na pewno - jak wynikało z rozmów jego zaopatrzeniowców - nigdy nie pył pusty. Szczegóły te podał mi sam pułkownik Chopin. Nie starczyło mi odwagi, aby potępić sposób, w jaki wszedł w posiadanie obiadu, który właśnie spożywaliśmy, ale też nie potrafiłem się sam zdecydować na posunięcie się do stosowania podobnych metod".
Nawet najlepiej zaopatrzony wóz może się jednak załamać - a właściwie, to im bardziej go obciążyć, tym bardziej jest to prawdopodobne. Tak właśnie zdarza się z wozem chirurga Lagneau. Grupka jego ludzi, przed ostatecznym porzuceniem wraka, ładuje zapasy na konie ambulansowe, umieszczając je "w workach zwisających z obu stron". Nawet jego słynny namiot zostaje
"załadowany, razem z kołkami, linkami, itp., na kozackiego konika, który wspaniale potrafił wyżywić się korą sosnową lub brzozową i chodzić po zboczach wąwozów jak psiak. Jego niepodkute kopyta rozrosły się w dół, tak że doskonale czepiały się lodu".
Docierając do miejsca codziennego wieczornego postoju, grupka rozbijała ów namiot. Aby szybciej schronić się przed lodowatym północnym wiatrem, każdy przykładał do tego ręki - generał, adiutant, kwatermistrz, płatnik, wreszcie i sam Lagneau. "Zrobiwszy to, wyładowywaliśmy zapasy i gromadziliśmy je w namiocie". Niektórzy z będących pod ich komendą saperów są doskonałymi kucharzami-amatorami i otrzymują za to swoją część zupy. Gdy ta się gotowała, "chroniliśmy się w naszym namiocie i było nam tak wygodnie, jak na jakiejś kwaterze w Niemczech".
Mało komu jest tak dobrze. Kapitan w 18. Pułku Liniowym, wicehrabia Pierre de Pelleport, widząc jak wozy i pojazdy wszelkiego rodzaju są porzucane na drodze, ponieważ ich zgłodniałe konie nie są w stanie uczynić choćby kroku na oblodzonej drodze, rozkazuje otworzyć wozy batalionowe swojego pułku:
"Oficerowie mogli zrobić ze swoją własnością, co im się podobało. Kazałem przeliczyć zawartość naszego wojskowego kufra. Zawierał on 120 000 franków w złocie. Podzieliłem je na kilka części. Każdy z oficerów, podoficerów i żołnierzy otrzymał małą sumkę, obiecując nie porzucać tego depozytu, jaki powierzyłem ich honorowi, oraz przekazać go towarzyszowi, gdyby przyszło umierać".15
Gdy dywizja Młodej Gwardii generała Delaborde'a opuściła Moskwę, pogoda była z początku tak przyjemna, że młody służący Paula de Bourgoinga, Victor, przełożył swój płaszcz przez grzbiet konia, którego przywiązał do jednego z wozów Delaborde'a. Nagle okazało się, że i koń, i płaszcz zostały ukradzione. "Wszystko co, Wiktor miał teraz na zimę, to kamizelka z szarej sajety".5 Jednak Madame Anthony, jadąca zaraz za nim w dorożce, pożałowała młodego rodaka. W swoim bagażu teatralnym znalazła Victorowi wielki płaszcz z wykładanym kołnierzem, prawdopodobnie coś ze strojów, jakie prefekt pałacu de Bausset dostarczył w Moskwie, aby przedstawienia francuskiej trupy mogły dojść do skutku. Sam Paul de Bourgoing także trzęsie się przy obozowym ognisku. Jakżeż zimne stają się te noce! Jakimż był głupcem, że zamiast takiej "wspaniałej skóry z czarnego niedźwiedzia, albo szarego, czy białego wilka", które po pożarze Moskwy dostępne były w wielkim wyborze dla każdego, kto mógł za nie zapłacić, kupił sobie elegancką - lecz żałośnie nieskuteczną - podbitą futerkiem pelerynę z kapturem,
"naprawdę śliczną, w polskim stylu, z ciemnoniebieskiej tkaniny, bogato zdobioną jedwabnymi lamówkami i podbitą czarnymi barankami astrachańskimi, szczyt elegancji pod względem kroju i barwy".
W jego grupie znajduje się także pewien Rosjanin, który pozostał w Moskwie, gdy inni z niej uciekali i został gościem Delaborde'a, ale teraz ucieka przed - jak sobie to wyobraża - zemstą rodaków. Bourgoing przeklina właśnie siebie za młodzieńczą próżność i głupotę, gdy podchodzi do niego ów Rosjanin i oferuje mu zamianę eleganckiego polonaise na swoją czerwoną lisiurę:
"Wierz mi", powiada, "nie dasz rady wytrzymać naszych 25 stopni mrozu".
Wdzięczny Bourgoing zgadza się na wymianę z wahaniem. "Jakaż jednak olbrzymia różnica!" Następnego ranka Rosjanin zresztą znika. Czyżby był szpiegiem? Tak, czy siak, przyjaźnili się przecież, a poza tym Bourgoing będzie mu zawdzięczał życie. Co się tyczy kobiet, to rzadko wychodzą ze swego powozu, chyba że wieczorami, gdy dołączają do kręgu zgromadzonych wokół ogniska Delaborde'a.
"Słyszeliśmy ich głosy, często drżące z niepokoju, gdy wołały do nas z oddali. W każdym razie podczas marszu towarzyszył im jeden gość z naszej grupki, w którym się zakochały".
Kolumna zaczyna już wyglądać raczej jak parada karnawałowa niż jak armia w odwrocie. Płatnik Duverger owija się "w damskie futro z podszewką z żółtej tafty. Rękawy były na mnie za długie. Nadmiar służył mi za chustkę do nosa". Istnieje teraz wielki popyt na wszystko, co przypomina futro i można coś takiego uzyskać niemal każdą cenę. Wszyscy Wirtemberczycy zazdroszczą von Suckowowi jego podbitego królikami szlafroka:
"Pewien znaczny westfalski generał, tymczasowo zmuszony iść na piechotę jak prosty porucznik, kilkukrotnie mnie nachodził, oferując za niego bajońskie wręcz sumy. W tym czasie jednak pieniądze nie miały już żadnej wartości, widzieliśmy bowiem, że nic się nie da za nie kupić".