OD WYDAWCY POLSKIEGO
Kim jest Paul Britten Austin, człowiek, który "sfilmował" wyprawę Napoleona na Moskwę przy pomocy stu par oczu, spełniających rolę kamer?
Otóż na pewno należy on do wcale nie małej rodziny "wariatów" na punkcie epoki. Nie można bowiem ot tak sobie poświęcić 25 lat na napisanie książki o czymś, czego nie jest się pasjonatem. W swoim życiu imał się różnych zajęć. Podczas wojny - był radiotelegrafistą na statkach typu Liberty, pływających na trasie Ameryka-Europa. Po wojnie pozostał w Europie, mieszkając we Francji, Szwecji /małżeństwo z siostrą znanego reżysera Bergmana/ i Anglii. Prowadził firmę turystyczną, był tłumaczem prozy i poezji z języka angielskiego na szwedzki, pisał także własne utwory literackie. Ale tak naprawdę, w głębi ducha był wielbicielem epoki napoleońskiej, dlatego napisał tę nie mającą precedensu "filmową" książkę. "1812" jest na swój sposób rewolucyjny. Ukazanie bowiem krok po kroku zdarzeń, widzianych jednocześnie przez stu ich uczestników różnej narodowości, będących zarówno blisko jak i daleko Napoleona jest niewątpliwie pionierskie. Oczywiście można gdybać, dlaczego autor wybrał te a nie inne źródła pamiętnikarskie i czy są one reprezentatywne dla uczestników wyprawy? Otóż miał on prawo do dowolnego wyboru źródeł pamiętnikarskich. To jest bowiem jego "film", on jest tutaj reżyserem. Czasy, w których historia musiała być t... zw. obiektywna i jedyna słuszna minęły już mam nadzieję bezpowrotnie. Z wyboru, którego dokonał autor nie będą na pewno zadowoleni bezkrytyczni wielbiciele Cesarza. Ci zaś, którzy raczej porównują go z Hitlerem powinni czuć się usatysfakcjonowani. Z pamiętnika bardzo blisko związanej z nim osoby, Caulaincourta wynika, że to Napoleon właśnie wcielał w życie zasadę, że "cel uświęca środki", dla nas, Polaków tym bardziej przykrą, że tym środkiem zdają się być Polacy w charakterze "mięsa armatniego", a celem włączenie Rosji do blokady kontynentalnej Anglii. Oczywiście równie dobrze można by przytoczyć szereg wypowiedzi Cesarza, których sens byłby przeciwny do tego, co usłyszał z ust Cesarza Caulaincourt, a mianowicie,że to właśnie niepodległość Polski stanowiła podstawowy cel Napoleona, stąd nazywał kampanię w Rosji "wojną polską". Rozszyfrowywanie zamierzeń Cesarza, aczkolwiek szalenie interesujące, nie jest jednak najważniejszym celem tej książki.
Jej największą wartością jest przedstawienie marszu na Moskwę w realnych szczegółach piórem jej uczestników, przez co staje się ona niemal "namacalnie" nam bliska. Żadna chyba ze znanych mi opublikowanych w Polsce książek nie oddaje nam okrucieństwa tej wojny tak dosadnie, jak dzieło Austina. Bitwa pod Borodino całkiem trafnie została zatytułowana - "Rzeź". Wspomnienia uczestników tej bitwy uświadamiają nam jak tanią wartością było w niej życie ludzkie i jak tragiczny był los rannych, a więc nieprzydatnych już do walki ludzi.
Autor nie ustrzegł się niestety błędów faktograficznych, szczególnie dotyczących historii Polski. Zostały one wyszczególnione w przypisach redakcji. Nie mogą one jednak podważyć zasadniczej wartości książki. Zresztą najlepszą jej reklamą niech będzie zamieszczony poniżej tekst autorstwa D.Chandlera, niekwestionowanego autorytetu na Zachodzie w kwestiach napoleońskich.
Redakcja składa gorące podziękowania: Wojciechowi Chrzanowskiemu i Klementynie Chrzanowskiej, tłumaczom "Marszu na Moskwę" oraz p. Rafałowi Kleczewskiemu za konsultacje merytoryczne.
Dziękuje także wielu czytelnikom, którzy po ukazaniu się pierwszej książki z "serii napoleońskiej" odezwali się, z radością witając nową serię na rynku wydawniczym, sugerując następne pozycje, które redakcja powinna ich zdaniem wydać.
Część z tych propozycji na pewno weźmiemy pod uwagę w przyszłości Z głosami czytelników i dobrymi recenzjami książki Gallahera "Żelazny Marszałek" kłóci się pseudorecenzja tej książki,zamieszczona w "Mówią Wieki". Kulisy tej recenzji wyjaśniam w liście do redakcji tego czasopisma. Niestety, list ten p. red. nacz. nie ośmielił się wydrukować na łamach "Mówią Wieki", mimo, że w ramach prawa prasowego był do tego zobligowany. Dlatego zamieszczam go obecnie na końcu książki z dziką wręcz satysfakcją.
Drodzy czytelnicy! Nadal będę czekał na wasze uwagi na temat tego co już opublikowaliśmy i sugestie co do tego,co chcielibyście, aby jeszcze opublikować w ramach"serii napoleońskiej". Pamiętajcie, że macie niepowtarzalną szansę współredagować serię!
Andrzej Ryba
SŁOWO OD TŁUMACZY
Jako pierwsi czytelnicy niezwykłej książki Paula Brittena Austina pt. "1812. Marsz na Moskwę", pragniemy podzielić się z czytelnikami, którzy zapragną się z nią zapoznać, w pewnej mierze poprzez nasze oczy, kilkoma uwagami.
Książka jest zaiste niezwykła, gdyby taką nie była, nie byłoby i tego tłumaczenia. Wymagała ona od nas wiele wysiłku i determinacji do ukończenia podjętego zadania. Przede wszystkim, autor - scenariusza - jest jeden - sam P. B. Austin, lecz operatorów, jak powiada, miał aż stu. Oznacza to, że dosłownie co akapit, a nawet częściej, stykaliśmy się z innym rodzajem narracji, ekspresji ijęzyka. Czasami aż szkoda było, gdy za sugestią redakcji, zacierały się nieco indywidualne cechy poszczególnych autorów. Tutaj zauważyć należy, że właściwie, to niektóre fragmenty były tłumaczone kilkukrotnie, maksymalnie - wjednym przypadku - aż 6 (sześć!) razy, przez kilka kolejnych języków, co też nie ułatwiało zadania. Zwłaszcza dotyczyło to nazw własnych (miejscowości, nazwisk, obiektów terenowych), które już na etapie tłumaczenia były weryfikowane po raz pierwszy z kilkunastoma pozycjami literaturowymi, zanim jeszcze podjęli temat eksperci. Była to istna mozaika, czy też puzzle, składana tym mozolniej, że wydanie oryginalne nie miało, łagodnie mówiąc, starannej redakcji. W kilkunastu przypadkach zmuszeni byliśmy, podobnie zresztą i eksperci, do pozostawienia nazw oryginalnych (tzn. z wydania angielskiego, czasem zaiste "oryginalnych"). Uważaliśmy, że zadaniem tłumacza jest tłumaczyć, a nie poprawiać autora, lecz w przypadkach oczywistych i łatwo zauważalnych, sugerowaliśmy redakcji czynienie przypisów. Rzadko spotykane wjęzyku polskim łączenie cytatów z narracją własną autora - często kilkukrotnie w ramach jednego zdania - było już zagadnieniem prostszym, choć jak się je udało rozwiązać - ocenią już sami czytelnicy.
Traduttori e traditori
Wojciech Chrzanowski i Klementyna Chrzanowska
SŁOWO WSTĘPNE
David G. Chandler
Magister Oxfordu, Doktor literatury,
Członek Królewskiego Towarzystwa Historycznego,
Członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego,
Dziekan Wydziału Studiów Wojennych,
Królewska Akademia Wojskowa w Sandhurst
Ze wszystkich, tak licznych kampanii wojennych całej Historii, od świtu ery broni palnej aż do początku XX wieku, najazd Napoleona na carską Rosję w 1812 rokujest prawdopodobnie kampanią najlepiej znaną na całym świecie - i istnieją po temu uzasadnione przyczyny. Jeżeli chodzi o skalę, tak pod względem zaangażowanej siły żywej, jak i zasięgu geograficznego, jedynym stosownym tutaj słowem jest epopeja. W kampanii tej brało udział ponad pół miliona żołnierzy Napoleona, a w ostatecznym rozrachunku - niemal tyle samo wojowników Aleksandra I. Z Berlina do Moskwy jest tysiąc mil, a dla Francuzów i ich sojuszników, siedemset tych mil, od chwili przekroczenia Niemna, prowadziło przez wrogie, głównie jałowe obszary lasów i otwartych równin. Dla Napoleona
Niemen miał okazać się jego Rubikonem: zjego przekroczenia wyniknąć miały rzeczy decydujące i nieodwracalne - prowadzące do jego bliźniaczych upadków, pierwszego - w kwietniu 1814, a potem (po epizodzie z zesłaniem na Elbę) - ostatecznego kataklizmu pod Waterloo w 1815. Skala działań w roku 1812 jest niemal nie do wiary, a ich ofiary - wojskowe i cywilne, francuskich najeźdźców i rosyjskich obrońców - wstrząsają nawet dzisiaj, mimo o wiele większych strat w dwóch kolejnych wojnach światowych XX wieku. Trzeba jednak pamiętać, że liczba ludności obu krajów była mniejsza w 1812 niż w 1914, czy 1939 - proporcjonalnie więc różnica strat jest nawet mniejsza niż może się to wydawać na pierwszy rzut oka.
Słynny pruski żołnierz, filozof i historyk, Carl von Clausewitz, nazwał kiedyś wojnę "dramatem namiętności". Taką też z pewnością jest - ajedną z głównych cech tego nowego podejścia do starego tematu, jakie zastosował Paul Britten Austin, jest jego sposób użycia słów, wspomnień i, czasem niedoskonałej, ludzkiej pamięci - bowiem upływ czasu potrafi wyczyniać z nią najdziwniejsze rzeczy, czego aż nadto świadom jest każdy historyk, który kiedykolwiek rozmawiał ze starymi żołnierzami - przeszło stu spośród tych, co przeżyli - uczestników dramatycznych wydarzeń we Wschodniej Europie przed stu osiemdziesięciu jeden laty. Same wydarzenia historyczne były wielokrotnie przypominane - tylko w ostatnich pięciu latach ukazały się cztery poważne opracowania - lecz nigdy jeszcze nie pojawiło się coś właśnie takiego, przynajmniej na taką skalę.
Bowiem to właśnie historia 1812 roku widziana przez naocznych świadków - przede wszystkim Francuzów, Rosjan, Ukraińców, wszelkiej proweniencji Niemców, oraz Włochów - rozmaitej rangi, czy to wojskowej, czy cywilnej, stanowi punkt centralny, na którym koncentruje się owo nowe podejście; innymi słowy jest to ludzki sposób widzenia spraw. Wojna, gdy uwzględni się wszystko, co w tej materii powiedziano i robiono, dotyczy przede wszystkim istot ludzkich poddanych połączeniu stresu, zmiennej proporcji niewygód, głodu, tęsknoty za domem, nudy i niebezpieczeństwa, z okazyjnym dodatkiem krótkich chwil czystej euforii czy też absolutnej grozy, dorzuconych niczym szczypta "przypraw".
Można tu zapożyczyć tezę od Euklidesa, starożytnego matematyka-geometry z Aleksandrii, że "całość jest sumą wszystkich swoich części". Po obu stronach przeszło milion uzbrojonych ludzi - wśród nich nawet kobiety, walczące w nieregularnych grupach partyzanckich Dawidowa1 - i do tego może nawet trzy miliony cywilów, zostało w taki czy inny sposób uwikłanych w najazd Napoleona na Rosję oraz następujący po nim kataklizm, jaki dotknął jego armię. Do Rosji wkroczyło ponad 650 000 Francuzów i ich sojuszników (włączywszy rezerwy), z których jedynie około 110 000 dożyło przekroczenia Niemna w drodze powrotnej (wliczając w to siły na skrzydłach i wycofujące się przed główną grupą armii) a spośród ocalałych, prawdopodobnie aż 75% ucierpiało od głodu, odmrożeń, ran i chorób, z czego wkrótce mieli umrzeć lub pozostać kalekami na resztę życia. Armiom i mieszkańcom Świętej Rusi z pewnością działo się jeszcze gorzej, choć znajdowali pociechę w ostatecznym zwycięstwie nad obcym najeżdżcą, prowadzonym przez jednego z dwóch największych geniuszy wojskowych całej Historii. Niczego więcej nigdy już się nie dowiemy.
Spośród aktywnych i potrafiących pisać uczestników, Paul Britten Austin wybrał 100 ludzi, których historie splótł razem - 100 ludzi, czyli jedną dziesięciotysięczną część uczestników kampanii, zaledwie 0,1%, jedna dziesiąta, z jednej dziesiątej, z jednej dziesiątej2. Potrzebował wszystkiego 400 stron, aby przenieść nas znad brzegów przekraczanego 24 czerwca, niemal bez oporu, z nieprzyjacielem prawie niewidocznym, Niemna, do okupacji przez Francuzów opustoszałej Moskwy, zaledwie 82 dni później. Jego dzieło wypełniają po brzegi wielkie i małe wydarzenia wojenne - obejmujące wielkie, precyzyjnie zaplanowane i mistrzowsko przeprowadzone bitwy jak Borodino lub Smoleńsk, jak i małe potyczki,czy spotkania wysuniętych posterunków, które nigdy nie zostały nawet nazwane. Cóż jednak leży za Moskwą? Z pewnością znamy nagie fakty historyczne: całomiesięczne zwlekanie przez Napoleona w Moskwie; początek długiego odwrotu w okresie pięknej, jesiennej pogody; niepotrzebne fiasko pod Małojarosławcem; fatalnie zmieniona trasa odwrotu przez Borodino do Smoleńska przy zmianie pogody na najgorszą możliwą; bitwy wszelkiego rodzaju i skali z nękającymi i ścigającymi Francuzów Rosjanami pod dowództwem Kutuzowa w takich miejscach jak Krasne i Orsza; potężny dramat przekraczania Berezyny pod bezpośrednim ogniem nieprzyjaciela; los tysięcy maruderów; załamanie się zwartych formacji oraz indywidualnej dyscypliny żołnierzy, którzy - opuszczeni 5 grudnia przez Cesarza, który wyjechał do Paryża, aby uciszyć plotki o swojej śmierci, zmiażdżyć spiski, a przede wszystkim zacząć tworzenie nowej armii, mającej stawić czoła VI Koalicji - wlekli się z powrotem w coraz to gorszych warunkach pogodowych, z temperaturą spadającą przy paru okazjach poniżej minus 30 stopni, z liczbą ofiar żywiołów przekraczającą to, czym mógł im zaszkodzić wróg, a wreszcie, ostatni człowiek mający opuścić ziemię Świętej Matki Rosji - zmieniony nie do poznania marszałek Ney, nazwany już wcześniej przez swego władcę "najdzielniejszym z dzielnych" - na owiniętych w szmaty nogach, niemyty i niegolony, po dziesięciu dniach desperackich akcji jako dowódca straży tylnej, z karabinem szeregowego żołnierza pod lewą pachą: wszystko to jeszcze nadejdzie w oczekiwanych z niecierpliwością kolejnych tomach.
Mamy tutaj, w ramach jednej kampanii, dramat o wymiarze starożytnej tragedii greckiej. Wielkie aspiracje, fatalne błędy w ocenie, bohaterscy i nieustraszeni przeciwnicy, ogromne lecz ostatecznie zmarnowane osiągnięcia, pod koniec - "zmierzch bogów" - prowadzący nieuchronnie, niczym nemesis, do ostatecznej klęski, a wreszcie - co wcale nie jest najmniej ważne - podwaliny nowej legendy, mającej łudzić, fascynować i przerażać kolejne pokolenia ludzkości. Wszystko to z nawiązką przedstawia nową Erę Heroiczną.
Nic dziwnego, że wielki powieściopisarz Tołstoj uczynił tę historię treścią drugiej połowy największej powieści historycznej wszystkich czasów - Wojny i pokoju. Ani też temu, że książka ta fascynowała kilka pokoleń producentów filmów. Wielu zapamięta Audrey Hepburn i Henry' ego Fondę jako odtwórców głównych ról w wersji amerykańskiej wytwórni Paramount Films (1966), z Herbertem Lomem jako Napoleonem, po której nastapiło - a nawet z pewnością ją prześcignęło - bezwzględne arcydzieło, siedmio-i-półgodzinna Wojna i Mir Sergieja Bondarczuka, wyprodukowane w latach 1963-1967, z udziałem 20 000 radzieckich żołnierzy w scenach bitewnych. Potem przyszedł serial telewizji BBC, jej pierwsza, wielka, barwna epopeja w 20 odcinkach (1972) w reżyserii Davida Conroya i Johna Davisa, pracujących w oparciu o scenariusz Jacka Pulmana, w którego obsadzie wykorzystano sławnych aktorów brytyjskich, na czele z Morag Hood, Tonym (obecnie Sir Anthonym) Hopkinsem i Alanem Dobiem w rolach głównych, nie zapominając o usługach oddanych produkcji przez 2500 żołnierzy jugosłowiańskich wojsk terytorialnych w scenach wielkich bitew, kręconych w dwóch miejscach nad Dunajem w pobliżu miasta Nowy Sad (dawny Peterwarażdyn). A całkiem ostatnio, jednogodzinny film wideo wyprodukowany przez wytwórnię Cromwell Productions, The Road to Moscow (Droga do Moskwy) z 1992 roku, w serii Campaigns in History (Historyczne kampanie wojenne)3. Autor niniejszego wprowadzenia miał wielkie szczęście brać czynny udział w obu ostatnich przedsięwzięciach, jako doradca wojskowy.
Tyle o zainteresowaniu mediów. Znacznie ważniejsze jest to, że wielu znakomitych historyków wojskowości stworzyło znakomite i pamiętne dzieła naukowe dotyczące kampanii 1812 roku. Można pomyśleć tu o Seven Roads to Moscow (Siedem dróg do Moskwy) generała Jacksona (1958), antologii 1812; Eyewitness Accounts of Napoleon's Defeat in Russia (1812; Świadectwa naocznych świadków klęski Napoleona w Rosji) Antony'ego Bretta-Jamesa (1966), With Napoleon in Russia (ZNapo-leonem w Rosji) Alana Palmera (1967), With Napoleon in Russia (Z Napoleonem w Rosji) C. Vosslera (1969), Borodino: Napoleon against Russia (Borodino: Napoleon przeciw Rosji) Christophera Duffy'ego (1972), The War of the Two Emperors (Wojna dwóch cesarzy) Curtisa Cate'a (1985), Napoleon, 1812 Johna Nicholsona (1986),
Invasion of Russia (Najazd Napoleona na Rosję) George'a Nafzigera (1988), 1812: Napoleon's Russian Campaign (1812: Kampania rosyjska Napoleona) Richarda Riehna (1990), czy wreszcie i mój własny niewielki prezent dla oficerów Armii Brytyjskiej studiujących na Niższym Kursie Dowódczo-Sztabowym (Część Czwarta, Kurs Korespondencyjny) Napoleon's Campaign in Russia 1812 (Kampania Napoleona w Rosji - 1812) (1986, całkiem niespodziewanie dziełko to doprowadziło do rozpoczęcia serii wydawniczej Osprey Campaign Series) - aż dziewięć pozycji od 1958 roku. Nie brakowało więc ostatnio nowych podejść do tematu.
Pewnego dnia w roku 1973, w biurze wydawcy Lionela Leventhala, narodził się pomysł stworzenia całkiem odmiennego, bezpośredniego pokazania wydarzeń 1812 roku. Potem, w 1979, (oryginalne) wydawnictwo Arms and Armour Press wznowiło Memoirs of Sergeant Bourgogne (Pamiętniki sierżanta Bourgogne 'a), dotyczące przede wszystkim straszliwego odwrotu. Obecnie przedstawiany państwu tom wymagał 20 lat dojrzewania, a drugi jest już w drodze, co łacznie daje przedsięwzięcie zajmujące chyba ćwierć produktywnego życia jego autora. Stylem jest ono najbliższe propozycji Antony'ego Brett-Jamesa z 1966. Jeśli jednak Brett-James był zawodowym lingwistą i historykiem wojskowości ze "szkoły Sandhurst", to Paul Britten Austin jest przede wszystkim pisarzem zajmujacym się tematyką kulturalną i zawodowym tłumaczem, którego jak dotąd najświetniejszą pracą jest studium nadzwyczajnego, osiemnastowiecznego poety szwedzkiego Carla Michaela Bellmana, oraz jego kongenialne tłumaczenia, tak podziwiane przez W. H. Audena, nieśmiertelnych pieśni Bellmana. Między innymi książkami, jakie napisał, znajduje się także The Organ-Maker's Wife (Żona Organmistrza), dramatyczna powieść z czasów Reformacji, również będąca unikalną - choć fikcyjną - rekonstrukcją czasów minionych. Autor nazywa obecną swoją książkę "słownym filmem, nakręconym przez ponad 100 spośród ocalałych". Zaiste, tylko niewielu z nich zostało przetłumaczonych dotąd na angielski, zaś autor splata ich świadectwa aby stworzyć niezapomniany historyczny gobelin. Przypadkowo, zawsze powstrzymując się od komentarzy, czy ukrytych pomówień, autor stworzył także przenikliwe studium zagrożeń wszechmocności, czy też, w każdym razie, niemal absolutnej władzy Napoleona. Zaiste, wiele poziomów można odnaleźć w tej wspaniałej jeu d'esprit, będącej równocześnie tour de force4.
Paulowi Brittenowi Austinowi nie jest również obca historia wojskowości. Jest on przecież synem F. Brittena Austina, uznanego pisarza - autora nowel historycznych w latach 30-tych, który napisał także dwie fascynujace powieści historyczne, które WavellSir Archibald Percival Wavell, wicehrabia Cyrenajki, Erytrei i Winchester, (1883-1950) marszałek brytyjski, dowódca sił alianckich na śródziemnomorskim i azjatyckim teatrze działań wojennych w okresie II WŚ (przyp. red.). polecał, jako podstawową lekturę, wszystkim wojskowym z aspiracjami. Były to: The Road to Glory (Droga do chwały, 1936), mówiąca o Pierwszej Kampanii Włoskiej młodego Bonapartego, oraz Forty Centuries Look Down (Czterdzieści wieków na was spogląda), mówiąca o Napoleonie w Egipcie. Miały one stanowić dwa pierwsze tomy z serii poświęconej całej karierze Napoleona, niestety, śmierć autora spowodowała, że powstały tylko te dwa. W rzeczywistości, nawet i te dwie książki mogłyby nigdy nie ujrzeć światła dziennego, gdyby nie Paul, mający wtedy zaledwie 10 lat. Pewnego dnia, na spacerze z ojcem, aby odwiedzić Inwalidów5 ("jako chłopiec miałem fioła na punkcie Napoleona") zapytał wielkiego człowieka, dlaczego nie opisał w powieści życia Napoleona. Możemy więc być mu wdzięczni tak za tamte dwie powieści z lat 30-tych, jak również za te nowe i całkowicie odmienne dzieło, które ujrzało światło dzienne ponad 60 lat później.
Jest to doprawdy ogromne przedsięwzięcie - zostało jednak doprowadzone do końca we wspaniałym stylu. W podsumowaniu można zacytować, co francuski historyk Octave Aubrey napisał o samym Napoleonie, a co według mnie w równym stopniu można użyć do opisu tego naukowego, lecz równocześnie pulsującego życiem dzieła: "Jako historyk Hudson napisał o samym Napoleonie: 'To go właśnie wyróżnia, a także, w razie potrzeby, tłumaczy. Jeśli czyjeś osiągnięcia trwają tak długo i przynoszą takie owoce, stanowią one uzasadnienie dla samych siebie'".
1812: Marsz na Moskwę pozwala na doskonały wgląd w człowieka na wojnie. Książka jest niemal taką epopeją, jak sama ta kampania.
David G. Chandler
Hindford and RMA Sandhurst
PRZEDMOWA
Z jednej trzeciej miliona żołnierzy, zjakimi Napoleon, w dniu letniego przesilenia 1812 roku najechał na Rosję, niewielu tylko powróciło. Ponura historia odwrotu często już była opowiadana, historia natarcia zaś - znacznie rzadziej. Jest ona jednak nie mniej dramatyczna, a pod wieloma względami - nawet bardziej.
Książka ta jest słownym filmem, nakręconym przez ponad 100 spośród ocalonych. Moi "kamerzyści" pochodzili z prawie wszystkich krajów Europy - są wśród nich Francuzi, Holendrzy, Niemcy, Szwajcarzy, Włosi... Najrzetelniejsze są, oczywiście, dzienniki. Lejeune powiada, że jego był:
"mniejszy od dłoni, a nosiłem go na sercu. Cały był ponaddzierany, przemoczony przez burze, a także od mojego potu, powodowanego wyjątkowymi upałami, panującymi w Rosji..."
Zawsze krytyczny Labaume - którego świadectwo miało ukazać się w druku jako pierwsze, po dwóch zaledwie latach, gdy Napoleon był tymczasowo nieobecny po zesłaniu na Elbę - powiada, że także jego świadectwo oparte było na takim dzienniku:
"Ograniczając się, jak wszyscy moi towarzysze broni, do walki o najbardziej elementarne potrzeby, przeniknięty zimnem, nękany głodem, będąc ofiarą wszelkich możliwych cierpień, niepewien o każdym wschodzie słońca, czy dane mi będzie ujrzeć wieczorem jego ostatnie promienie, wieczorami zaś wątpiąc, czy doczekam nowego dnia, wszystkie uczucia skupiłem na tym jednym, jedynym pragnieniu: przeżycia, aby zachować wspomnienia o tym co dane mi było widzieć. Każdej nocy, siedząc przy mizernym ognisku przy temperaturze 20-25 stopni poniżej zera,1 otoczony martwymi i umierającymi, ponownie przebiegałem myślą przez wszystkie wydarzenia dnia. Wronie pióra ostrzyłem tym samym nożem, jakiego wcześniej używałem do krojenia końskiego mięsa. Odrobina prochu strzelniczego, zmieszana w garści ze stopionym śniegiem służyła mi za atrament, a działo za biurko! Przy świetle stojącej w płomieniach Moskwy opisywałem grabież tego miasta. Nad brzegami Berezyny sprawdzałem własne świadectwo o owym nieszczęsnym przekraczaniu rzeki..."
Szukający chwały Cezary de Laugier, także pisze swój dziennik "kawałkiem węgla drzewnego, przy świetle płonącego domu, czy wioski, w niektórych dniach przy ponad 28 stopniach mrozu". Nawet nieśmiertelna, klasyczna już książka sierżanta Bourgogne'a, napisana niemal dla wyegzorcyzmowania strasznych wspomnień, mogła być oparta na takim dzienniku. Na pewno także wspomnienia Caulaincourta, lojalnego, choć zawsze krytycznego Boswella6 Napoleona:
"Moje notatki robione były wszędzie, za biurkiem i w obozie, codziennie i o każdej porze dnia; są one dziełem dosłownie każdej chwili; nie upiększałem w nich niczego, ponieważ choć były w nich momenty, gdy pokazywał się w nich ten człowiek, to był to przecież ów półbóg, którego wszyscy rozpoznawali. Niejeden raz nachodziła mnie myśl, że dziennik ten, pisany niemal na oczach Cesarza, mógłby wpaść wjego ręce, lecz myśl ta nie była w stanie powstrzymać mego pióra. Niewatpliwie prawda studziła jego dobroduszność, lecz jego silny i wzniosły charakter pozwalał mu wznieść się ponad w dobrej wierze czynioną krytykę".
Ile setek, a może i tysięcy innych dzienników zaginęło razem z ich autorami? Przez całe następne pokolenie Europa rozbrzmiewała echami wspomnień starych żołnierzy, podejmujących swoje opowieści we wszystkich językach. Mały Coignet, najniższy grenadier Gwardii Cesarskiej, spisał swoje wspomnienia w wieku 70 lat, w przerwach pomiędzy niekoń-czacymi się partiami manilli i pikieta w kafejce w Auxerre; gdy zmarł - pozostawił 600 franków swoim pozostałym przy życiu przyjaciołom, aby wypili jego zdrowie po pogrzebie i zaśpiewali pieśń do melodii Starego sierżanta Bérangera. Rzecz zaskakująca, mamy jego fotografię, wykonaną, gdy był już w podeszłym wieku. A więc, wszystko to nie rozegrało się znów tak dawno!
To co zawsze fascynuje, to szczegóły! Zmontować nawet małą cząstkę tych tysięcy kilometrów "taśmy" tak, aby stworzyły spójny układ dramatyczny, nie było prostym zadaniem.
Z powodu ograniczonej objętości nie próbowałem:
(a) spojrzeć na wydarzenia z punktu widzenia strony rosyjskiej. Wojna, o ile nie zostało się jeńcem, jest zawsze doświadczeniem jednostronnym;
(b) wdawać się w zawiłości taktyczne - miłośnika gier wojennych odesłać należy do książki George'a F. Nafzigera Napoleon Invasion of Russia (NajazdNapoleona na Rosję; Presidio Press, Novato, CA, 1988), która zawiera także wszystkie podziwu godne szczegóły stosunków francuskorosyjskich w latach 1806-1812, jak również całą masę informacji statystycznych. Dla uzyskania ogólnego obrazu dramatu roku 1812, nie ma nic lepszego nad The War of the Two Emperors (Wojna dwóch cesarzy; Random House, NY, 1985) Curtisa Cate'a. To samo można powiedzieć o Swords Around a Throne (Miecze wokół tronu; The Free Press; Nowy Jork, 1988) Johna Eltinga, w odniesieniu do ogólnych informacji o armiach Napoleona. Dla uzyskania ogólnego obrazu sytuacji strategicznej sam korzystałem z klasycznej pozycji Davida Chandlera Campaigns of Napoleon (Kampanie Napoleona; Macmillan, Nowy Jork, 1966);
(c) nie śledziłem losów korpusów innych niż te, które tworzyły "Armię Moskwy". Trzeba było nawet pominąć działania II i VI Korpusu;
(d) przypisywać moim protagonistom myśli lub uczuć, ojakich sami wyraźnie nie napisali;
(e) oceniać, z rzadkim wyjątkiem przypisów, jakości pamięci moich naocznych świadków, czy też jak wiele w ich pismach jest spojrzenia post factum. Ogólnie rzecz biorąc, ktokolwiek przedarłby się przez wszystkie te wspomnienia, doszedłby do wniosku, że na ogół ich autorzy opowiadają to, czego doświadczyli, czy to w czasie teraźniejszym (dzienniki), czy w przeszłym (wspomnienia). Czasami, choć rzadko, przyłapują się nawzajem na kłamstwach lub przesadzaniu w opisach własnych wyczynów. Arcydzieło Ségura jest szczególnie nieścisłe, na co dawno już temu wskazał Gourgaud, więc też korzystałem z niego w bardzo niewielkim stopniu.
Jedno słowo o mojej technice przekładu. Choć sama w sobie bardzo żywa, dziewiętnastowieczna proza moich naocznych świadków jest wolniejsza, bardziej obciążona zdaniami podrzędnymi, zatem cięższa od naszej, oddawanie więc oryginalnych zdań w całej ich złożoności syntaktycznej często oznaczałoby utratę ich płynności i siły oddziaływania. Pozwalałem więc sobie na pewną dowolność w zakresie interpunkcji, składni, a nawet używania czasów. Nawet sam porządek fraz, zdań i akapitów może się nie zgadzać. Zawsze jednak zachowany jest sens. Czyniąc skróty i pomijając pewne fragmenty, często nawet pomijałem tradycyjny wielokropek. Do większości oryginałów dotrzeć można w każdym razie w Biblioth?que Nationale w Paryżu, czy gdzie indziej. Jednym słowem, próbowałem oddać prozę moich autorów tak, jak gdyby używali oni maszyn do pisania, czy nawet edytorów tekstu, a nie gęsich piór. Czy też, jak w przypadku Labaume'a - wronich.
Paul Britten Austin
Dawlish, Devon
1Uwertura do 1812
"Między domem wariatów a Panteonem!" - nowa wojna z Rosją? - pułkownik Ponthon pada na kolana - zły sen Napoleona - ekonomia - naiwność Wielkiego Koniuszego - polskie trzęsawiska - "bez transportu wszystko jest daremne" - sierżant Coignet przygotowuje ładunki - porucznik Bourgoing przetasowuje swoich rekrutów - siedem armii maszeruje na północ - "zjawił się jak Książę Ciemności"-fajerwerki w Dreźnie - bezowocna misja Narbonne'a - Turcja i Rosja zawierają pokój - "Aleksander Wielki wyruszył na Indie".
Pewnej nocy w początkach marca 1812, młody Villemain, sekretarz generała hrabiego Ludwika de Narbonne'a1, adiutanta cesarza Napoleona, siedział w powozie swojego szefa na dziedzińcu pałacu w St-Cloud, czytając świeżo opublikowaną Podróż do Jerozolimy7 Chateaubrianda, kiedy:
"nagle rozległ się jakiś hałas, wydawało się, że spowodowany przez służbę. Konie, znudzone bardziej ode mnie, nastawiły uszu. Powóz przesunął się o kilka kroków do przodu i generał, wskoczywszy do niego energicznie, rozkazał woźnicy jechać do Paryża, do domu ministra spraw zagranicznych Mareta."
Rzekomy nieślubny syn rozpustnego i bezwolnego Ludwika XV, pięćdziesięciosiedmioletni, przedwcześnie posiwiały Narbonne "podziwiał osobiście Napoleona, chociaż nie podobało mu się jego oparte na władzy absolutnej i sile wojskowej cesarstwo, i uważał, że jest skazane na zagładę o ile nie zmieni ono swojej polityki". Jednak według tego co miał powiedzieć swemu wybuchowemu pierwszemu oficerowi ordynansowemu, Gaspardowi Gourgaudowi, na Świętej Helenie, Napoleon za grosz nie dbał o to co inni myślą lub czują - interesowały go tylko ich słowa i czyny. Znajdował też dużą przyjemność w inteligentnej i wyszukanej konwersacji z Narbonnem i cieszył się, mając owego potomka ancien régime 'u8 w otoczeniu swej cesarskiej, choć dogłębnie burżuazyjnej osoby. Podczas gdy powóz szybko wytaczał się z dziedzińca - kontynuuje Villemain
- Narbonne:
"przyłożył rękę do łysego czoła, jak gdyby ponownie analizował wszystko to, co przed chwilą usłyszał. I powiedział cicho: 'Co za człowiek! Co za zdumiewające pomysły! Co za marzenia! Gdzie schronić się przed płomieniem takiego geniuszu? To nie do wiary! Jesteśmy między domem wariatów a Panteonem. Zamartwiam się za każdym razem kiedy się z nim spotykam. Jego pozornie słuszne przemyślenia, nadto optymistyczne sofizmaty, gigantyczne złudzenia, wszystko to wbił sobie do głowy, a podczas rozmowy w cztery oczy potrafi przedstawić je jako nienaruszalne aksjomaty.'."
Tematem owej dyskusji była nowa wojna z Rosją. W 1807 pokonany car Aleksander, postanowieniami Traktaku Tylżyckiego, zobowiązał się nie wpuszczać do rosyjskich portów towarów brytyjskich. System kontynentalny był jedyną rzeczą, mogącą umożliwić Napoleonowi zduszenie głównego wroga. Jedynie całkowita klęska Rosji mogła doprowadzić do takiego rezultatu, ponieważ kraj ten potrzebował brytyjskich produktów przemysłowych i kolonialnych w równym stopniu, jak rynek brytyjski potrzebował prętów stalowych produkowanych przez gwałtownie rozwijające się huty rosyjskie. Lecz ekonomia szybko wzięła górę nad polityką. W roku 1811 rubel, za którego w 1807 płacono 2,90 franka, spadł aż do 1,50 franka. Na próżno Napoleon najpierw protestował, a potem wręcz grzmiał przeciwko licencjom importowym, które Aleksander - idąc zresztą za jego przykładem - zaczął wydawać na produkty dostarczane na neutralnych, głównie amerykańskich, statkach. I już w 1810 oba cesarstwa zaczęły się szykować do nowej wojny.
Perspektywa taka napełniała przerażeniem przynajmniej jednego z oficerów Napoleona. Pułkownik saperów Ponthon został attaché wojskowym w Rosji po Tylży, a jego sprawozdania były tak szczegółowe i dobrze napisane, że Napoleon wprowadził go potem do swojego gabinetu wojennego. Jak się wydaje, Ponthon był również człowiekiem wielkiej odwagi moralnej. Pewnego dnia dosłownie padł na kolana i błagał Napoleona "w imię szczęścia Francji i pańskiej własnej chwały" o powstrzymanie się od najazdu na Rosję:
"Ludy pod pańskim jarzmem, Sire, nigdy nie będą prawdziwymi sprzymierzeńcami. Pańska armia nie znajdzie ani żywności ani furażu. Pierwsze deszcze spowodują, że teren będzie nie do przebycia. A jeśli kampania przeciągnie się do zimy, jak pańskie oddziały zniosą temperatury minus 20 czy 30 stopni?"
Utkwiwszy w Ponthonie swe surowe spojrzenie, Napoleon pozwolił mu się wygadać. Wydaje się, że jego słowa wywarły nawet jakiś skutek. Kilka dni później Wielki Koniuszy, generał Armand de Caulaincourt, zauważył, że Napoleon wyglądał na zafrasowanego - lecz przezwyciężył swoje wątpliwości, mówiąc wszystkim: "to będzie krótka wojna, skończy się w dwa miesiące. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w dwa tygodnie".
Jednak człowiekiem który najmocniej stara się oddalić wybuch tej nowej wojny jest sam Caulaincourt. Spędziwszy cztery lata narastającego między obu krajami napięcia na stanowisku ambasadora francuskiego w Petersburgu, również zdaje sobie sprawę z tego, co pociągnie za sobą najazd na Rosję. I tak, z początkiem 1811 roku uznał on swoją dalszą misję za niewykonalną, i poprosił o odwołanie, powołując się na "rujnujący jego zdrowie" miejscowy klimat.3 Caulaincourt został zastąpiony przez generała Lauristona, żołnierza zdecydowanie twardszego.
Przed jego wyjazdem car wręczył mu szczególny dowód swojej przyjaźni. Caulaincourt przez całe życie krył w głębi duszy żal do Napoleona, że w 1800 roku, ówczesny Pierwszy Konsul Republiki Francuskiej, wplątał go w aresztowanie - jeśli nie w samą egzekucję - młodego diuka d'Enghien. W oczach wszystkich zwolenników ancien régime'u, to morderstwo sądowe popełnione na członku rodziny Bourbonów, którym raz na zawsze Pierwszy Konsul zraził do siebie całą reakcję, było niewybaczalną zbrodnią. Tak się jednak złożyło, że również car Aleksander był podejrzany o współudział w innym morderstwie: swojego własnego ojca cara Pawła. Przed samym rozstaniem z Caulaincourtem podarował mu więc certyfikat zaświadczający, że nigdy nie sądził, iż jest on winny śmierci d'Enghiena, i dodał do tego prestiżowy Order Św. Andrzeja oraz miniaturę ze swoją podobizną, podpisaną z tyłu "prezent od przyjaciela". Chociaż Napoleon lubił widywać wokół siebie znajome twarze, tak przyjazne uczucia w przededniu nowej i, jak miał nadzieję, decydującej wojny niezbyt mu się podobały. Nad Wielkim Koniuszym zaczęły się więc gromadzić chmury. Teatrom kontrolowanym przez rząd pozwolono z niego kpić, przedstawiając jako sentymentalną gołębicę, bez końca wychwalającą zalety wiekuistego pokoju. Na dworze zaś, gdzie powrócił do swych normalnych obowiązków, Napoleon ciągle żartobliwie mu wytykał, że pozwolił się "uwieść chytremu Azjacie". Nie, żeby tak naprawdę miał coś przeciwko ich przyjaźni. Gdy już ta "czysto polityczna" wojna się skończy i Car Wszechrusi zostanie przywołany do porządku, przyjaźń ta może okazać się atutem, kiedy dojdzie do podpisywania nowego pokoju. I tak, krok po kroku, Caulaincourt wrócił do łask.
Tej wiosny, podczas kilku wspólnych, długich dyskusji, Caulaincourt, jak twierdzi, nigdy nie owijał spraw w bawełnę. Pewnego razu rozmowa zeszła na Polskę, podzieloną między Austrię, Prusy i Rosję w 1794, a w 1807 wskrzeszoną przez Napoleona jako Wielkie Księstwo, obejmujące też część terytorium Prus Wschodnich9. Chociaż tysiące polskichpatriotów służących w armiach francuskich pragną ujrzeć swe prastare królestwo przywrócone in toto10, Napoleon twierdzi, że wcale nie ma zamiaru tak postąpić. Caulaincourt ripostuje, że w takim wypadku nie rozumie, dlaczego Napoleon poświęca swój sojusz z Rosją.
"Napoleon uśmiechnął się i uszczypnął mnie w ucho: 'Czy naprawdę aż tak lubisz Aleksandra?' - 'Nie, Sire, lecz lubię pokój.'"
I tu właśnie się różnili. Na próżno Caulaincourt podkreśla niebezpieczeństwa kolejnej wojny na dalekiej Północy, kiedy już 220 000 żołnierzy jest związanych w Hiszpanii walką z Wellingtonem i partyzantami. Lecz Napoleon pozostaje głuchy na te argumenty. A kiedy Caulaincourt próbuje wyprowadzić go z błędnego mniemania, że rosyjscy arystokraci niczym się nie różnią od swych zachodnioeuropejskich odpowiedników i po "porządnej bitwie... drżąc o swoje pałace" zmuszą cara do zawarcia pokoju, Napoleon po prostu mu nie wierzy:
"Nie chcę wojny, i nie chcę Polski."
Polacy, jak powiedział Narbonne'owi, z którym również dyskutował na ten temat, byli "małostkowym narodem". Dlaczego bez przerwy kłócili się między sobą?
"Kocham Polaków na polu bitwy. Są oni waleczną rasą. Jeśli jednak chodzi o ich liberum veto, ich sejmy, odbywane konno i z szablą w ręku, nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Przemyślałem tę sprawę bardzo dokładnie. W Polsce chcę mieć obóz, a nie forum. Wojna, którą zamierzam stoczyć z Aleksandrem będzie szlachetną walką, z użyciem 2000 dział i 500 000 żołnierzy, ale bez żadnych insurekcji. Nie mam zamiaru przywracać siedliska republikanizmu w sercu Europy. Nie, mój drogi Narbonne, wszystko, czego chcę od Polski to zdyscyplinowanej siły ludzkiej, którą mógłbym się posłużyć na polu bitwy. Oto cały problem: jak wzbudzić w Polsce ducha narodowego wyzwolenia, nie uderzając w strunę liberalizmu? A gdzie miałbym znaleźć króla dla Polski? Nie mam żadnego we własnej rodzinie, a byłoby niebezpieczeństwem wziąć kogoś innego."11
Problem z tą nową wojną, ciągnął, był wyłącznie natury moralnej:
"Używając zasobów materialnych nagromadzonych od czasów Rewolucji, koniecznym jest nie rozpętywanie namiętności, lecz zmobilizowanie Polski bez jej wyzwalania, i zapewnienie niepodległości zachodniej Europy bez podsycania republikańskiego fermentu. Ot, i masz pan całe zagadnienie w jednym zdaniu."
To rząd rosyjski, systematycznie obchodząc warunki traktatu z Tylży, parł do wojny. A kiedy Caulaincourt zaprzecza, mówiąc: "to nie rosyjski rząd chce wojny, Sire, lecz pana własny, a nie traci też przy tym żadnej sposobności aby ją przyśpieszyć," Napoleon uśmiecha się tylko swym uwodzicielskim uśmiechem, któremu - jak zgadzają się wszyscy naoczni świadkowie - nie mógł się oprzeć ni przyjaciel ni wróg,4 szczypie Caulaincourta w ucho i mówi mu, że jest naiwny i "nie zna się na polityce". Wtedy Wielki Koniuszy wyjmuje swój notes, w którym przed wyjazdem z Petersburga na wszelki wypadek zapisał dokładne słowa cara: "Jeżeli cesarz Napoleon rozpocznie ze mną wojnę," powiedział Aleksander:
"jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że zostaniemy pokonani - to znaczy, zakładając, że będziemy się bić. Hiszpanie często przegrywają, lecz jak dotąd nie zostali pokonani. I nie są przecież tak daleko od Paryża! My nie będziemy ryzykować. Mamy duże pole manewru. Nie ja pierwszy wyciągnę miecz, lecz będę ostatnim który go schowa. Jeśli przebieg walk będzie dla mnie niekorzystny, to wycofam się na Kamczatkę [na Syberii]. Nasz klimat, nasza zima, będą po naszej stronie."
Napoleon, który słuchał z wielką uwagą, "nawet z niejakim zdziwieniem", przez jakiś czas nie odpowiada:
"Im bardziej starał się mnie przekonać, z tym większym uporem i przebiegłością usiłował postawić na swoim. Na podstawie stosowanych przez niego wykalkulowanych sztuczek i używanego języka, można było pomyśleć, że to ja jestem jednym z wielkich mocarstw których pozyskaniem był tak zainteresowany. Zachowywał się tak wobec każdego, kogo chciał przekonać - a on cały czas usiłował kogoś przekonać. 'Kiedy na kimś mi zależy,' powiedział, 'to nie przebieram w środkach. Mógłbym go nawet pocałować w dupę.'"
Ocena charakteru Napoleona, do jakiej doszedł Narbonne podczas rozmowy ze swoim młodym sekretarzem w drodze do Paryża, dokładnie pokrywa się z oceną Caulaincourta:
"Z natury lubi prawdę. Jego duma jest ogromna. A jednak jest cierpliwy i słucha uważnie. Chociaż jest znakomitym rozmówcą, trzeba umieć nie ustępować, kiedy już mu się zaprzecza. A to jest trudne, gdy się stoi twarzą w twarz z taką władzą i takim geniuszem! Dochodzi w końcu do tego, że człowiek pozwala się przekonać. Zakrywa oczy rękoma, zaczyna mieć wątpliwości, i zadaje sobie pytanie, czy aby logika tego człowieka nie jest prawdą, a jego ambicje - zwiastunem przyszłości?"
Jeśli Napoleon posiadał zdolność fascynowania wszystkich, kontynuuje Caulaincourt, to
"działo się tak dlatego, że zafascynowany był sam sobą. Dokładał wszelkich starań by osiągnąć swoje cele, zarówno w sprawach wielkich, jak i małych. Można by powiedzieć, że ich osiąganiu poświęcał się bez reszty. Zawsze wykorzystywał wszelkie możliwe środki, wszystkie swoje zdolności, całą swoją uwagę, i skupiał je na właśnie załatwianej sprawie. Nigdy nie było człowieka bardziej fascynującego niż on, gdy tylko chciał takim być! Biada temu, kto zgodził się na choćby jedną zmianę... prowadziło to od ustępstwa do ustępstwa, aż do celu który on widział przed sobą! Trzeba było trzymać się swojego punktu widzenia danej kwestii, a przede wszystkim nie wsłuchiwać się w dygresje cesarza; ponieważ jak tylko natrafiał na opór - natychmiast przenosił środek ciężkości sporu w inne miejsce."
Jeśli chodzi o powtarzające się zapewnienia Aleksandra, że będzie się bił do ostatniej kropli krwi, Napoleon ignoruje je jako puste słowa. Nadal więc obaj użerają się ze sobą całymi godzinami, przy czym Napoleon ciągle kluczy i szuka nowych argumentów. Kiedy Caulaincourt powiada, że celem jego mobilizacji przeciwko Rosji jest
"'albo realizacja celów politycznych, albo też zaspokojenie jego największej pasji', Napoleon śmiejąc się pyta: 'A cóż to za pasja?'
- 'Wojna, Sire'. Nieprzekonywująco protestując, że wcale tak nie jest, uszczypnął mnie w ucho i żartobliwym tonem rzekł: 'Na pewno nie owijasz w bawełnę. Czas iść na obiad.'"
Nie wszyscy jednak krytycy wyprowadzani są w pole z takim wdziękiem i wśród przyjaznego przekomarzania się. Wieloletni francuski konsul generalny w Petersburgu de Lesseps, człowiek "głęboko zaznajomiony z życiem i sprawami Rosji",
"interesował się dobrem francuskiej żeglugi handlowej bardziej niż swoim własnym. Ten uczciwy człowiek był tak samo źle widziany jak ja za to, że nie dostarczał wyssanych z palca argumentów za nową wojną. Pozostawał poza jakimikolwiek podejrzeniami o korupcję, lecz na nic mu się nie zdało trzydzieści lat służby, uczciwość i powszechnie znana wiarygodność. Napoleon własnoręcznie odrzucił jego doroczne sprawozdanie finansowe, pozbawiając go tym samym możliwości zarabiania na życie.
Większość zachodnich Europejczyków wciąż nic nie wie o życiu w Rosji. A ci, którzy coś jednak o nim wiedzą, są zbyt cenni, aby można się było bez nich obejść. Zanim minie rok, de Lesseps, pomimo swojej niechęci, znajdzie się na stanowisku gubernatora cywilnego zdobytej i spalonej Moskwy.
"Ci, którzy pomniejszają znaczenie tej wielkiej epoki", zapewnia nas Caulaincourt, "mogą sobie mówić, co im się podoba; nigdy żaden władca nie był otoczony bardziej uzdolnionymi ludźmi. Uczciwi, pełni zapału i przywiązania, pozostawaliśmy umiarkowanymi, a przede wszystkim dobrymi Francuzami. Nigdy tak głośno nie rąbano władcy prawdy prosto w oczy, choć niestety bezskutecznie".
Już podczas ostatniego, frustrującego spotkania z Aleksandrem, przed czterema laty w Erfurcie, tkwiąca gdzieś głęboko w Napoleonie intuicja ostrzegała go o prawdziwym stanie ich pozornie serdecznej przyjaźni. Na tratwie zacumowanej na środku Niemna w Tylży, każdy z nich próbował oczarować drugiego - niewątpliwie lepiej udało się to Napoleonowi. Jednak począwszy od 1810 roku, zachęcany po cichu sugestiami Talleyranda, że "ten kolos ma gliniane nogi", to właśnie car zaczyna nadawać ton. Aż pewnej nocy, pierwszy kamerdyner Napoleona Constant Wairy,5 jak zwykle śpiący w pokoju obok, został zbudzony "stłumionymi i płaczliwymi okrzykami, jakby kogoś duszono". Wyskakując z łóżka, "powziąwszy takie środki ostrożności, na jakie pozwalało moje zatrwożenie" otworzył drzwi:
"Podchodząc do łóżka, zobaczyłem Jego Cesarską Mość leżącego w poprzek, w pozycji skulonej. Pościel i kapa zrzucone z łóżka, zaś cała postać w stanie jakby straszliwego nerwowego skurczu. Z otwartych ust wydobywały mu się jakieś nieartykułowane i niewyraźne dźwięki, coś zdawało się uciskać jego pierś, a jedną pięść wciskał w dołek na brzuchu. Przerażony jego stanem, przemawiam do niego. Kiedy nie odpowiada, delikatnie nim potrząsam. Wtedy cesarz się budzi z głośnym okrzykiem i mówi: 'Co się dzieje? Co się dzieje?' [a potem, przerywając przeprosiny Constanta] 'Dobrze zrobiłeś, mój drogi Constant. Ach! Mój przyjacielu, co za okropny sen, jaka zmora! Niedźwiedź rozpłatał mi pierś i wydzierał serce'. Po czym cesarz wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju, podczas gdy ja poprawiałem pościel. Koszula, którą miał na sobie była tak przepocona, że zmuszony był ją zmienić. Wspomnienie tego snu prześladowało go bardzo długo. Często o nim mówił, za każdym razem próbując wyciągnąć z niego inne wnioski i dopasować je do konkretnych okoliczności."
Nie ma wątpliwości, że Napoleon przynajmniej częściowo przewidział, wyjątkowy stopień trudności nadchodzącej kampanii. Żadna inna nie wymagała tak skrupulatnego planowania. Ani też tak wielkiej mobilizacji ludzi i środków. "Bez transportu," pisał w 1811 do swojego pasierba Eugeniusza de Beauharnais, wicekróla Włoch, "wszystko jest daremne". Już w czerwcu tego roku jego "geometryczny umysł" zaczął borykać się z tym problemem.
Niesłychana ruchliwość była podstawą napoleońskiego blitzkriegu. Dlatego też armie francuskie zawsze żyły z bogactw podbitych ziem. Jednak daleka Północ była już inną kwestią, jak zapamiętał to sobie, aż nazbyt dokładnie, sierżant Jan-Roch Coignet, niskiego wzrostu instruktor musztry 2 Pułku Grenadierów Pieszych Gwardii. W piaszczystych trzęsawiskach Polski w 1806
"musieliśmy zawiązywać sobie buty sznurkiem pod podbiciem. Czasami, kiedy kawałki sznurka się przerwały i nasze buty zostały gdzieś z tyłu w błocie, musieliśmy złapać się za tylną nogę, wyciągnąć ją jak marchewkę, podnieść do przodu, i wtedy brać się za drugą. Ten manewr trzeba było bez przerwy powtarzać; i tak przez dwa dni z rzędu".
Także litewskie drogi - o ile w ogóle istniały - nie były takie jak w zachodniej Europie. "W tej części świata," jak odkryje niedługo pruski porucznik H.A. Vossler z Pułku Huzarów księcia Ludwika, "wszystkie ciężkie transporty zazwyczaj odbywają się zimą - na saniach. Drogi nie są tam tak ważne jak w krajach położonych bardziej na południe".
Chociaż armia francuska posiada sprawną służbę zaopatrzeniową, to składa się ona tylko z 3500 ludzi i 891 wozów, a to z pewnością nie wystarczy, by utrzymać siły inwazyjne liczące co najmniej jedną trzecią miliona ludzi. Bo taka ilość wchodzi w rachubę. Jednego dnia, wziąwszy na stronę swojego ministra wojny Clarke'a na tarasach St-Cloud, Napoleon zwierzył mu się: "Planuję wielką wyprawę. Ludzi znajdę dosyć łatwo. Cała trudność tkwi w przygotowaniu transportu."
Trzeba zgromadzić ogromne ilości ryżu, mąki i sucharów i zapłacić za nie. No, złota na to starczy z pewnością! Miliony w złocie wydarte Prusom jako odszkodowanie za atak na niego w 1806, oraz Austrii - za lata 1805 i 181012, leżą w piwnicach Tuileries, do których klucze mają tylko sam Napoleon i jego niesamowicie ciężko pracujący i ogromnie zdolny Generalny Intendent Piotr Daru. Do marca 1812 ma on nadzieję zgromadzić 270 000 kwintali pszenicy, 12 000 kwintali ryżu, 2 000 000 buszli13 owsa, równowartość 20 milionów racji chleba i ryżu - ilość wystarczającą dla 400 000 ludzi i 50 000 koni na 50 dni. A ponieważ armie muszą również pić, a spirytus jest także potrzebny do przeprowadzania amputacji, już 29 grudnia Cesarz rozkazał Ministrowi Administracji Wojennej zakupić w Bordeaux "28 milionów butelek wina, 2 miliony butelek alkoholu", czyli racje wina na 200 dni i alkoholu na 130 dla 300 000 ludzi.
Pozostaje do rozwiązania kwestia transportu. Czy w takim terenie 1500 istniejących wozów batalionowych o wielkich kołach, każdy ciągnięty przez osiem koni i zdolny wieźć 10 000 racji, wystarczy, aby wyżywić armię przez 25 dni, czyli czas potrzebny na szybką kampanię? Chociaż naprawdę są one zbyt ciężkie, z początku Napoleon zakładał, że wystarczą. Ale następnego dnia przemyślał sprawę jeszcze raz. Jeśli taki wóz jest
"naładowany sucharami, to muszą one być w beczkach, inaczej się kruszą, a ludzie narzekają. Nie nadaje się on też do przewozu zboża, mąki, owsa, bali siana, ani beczek wina czy wódki. Każdy więc batalion powinien zatrzymać sobie wóz na swoje normalne potrzeby. Pozostałe muszą zostać zastąpione dobrymi wozami taborowymi o dużych kołach, każdy ciągnięty przez osiem koni i powożony przez czterech ludzi, lub, jeśli będzie taka potrzeba, przez trzech,"
najlepiej cudzoziemców. 4 lipca 1811, pisząc do szefa swojego korpusu zaopatrzenia14, Napoleon doszedł do wniosku, że trzeba także wynaleźć całkowicie nowy, dużo lżejszy rodzaj wozu, "normalnie przeznaczony do przewożenia 4 000 racji, lub w razie potrzeby 6 000, i powożony przez dwóch ludzi, a ciągnięty przez cztery konie". Ponieważ nie można liczyć, że nawet te poradzą sobie z naprawdę paskudnym terenem, trzeba skonstruować jeszcze lżejszy rodzaj wozu, ciągnięty przez tylko jednego konia, przyzwyczajonego do chodzenia gęsiego, "tak żeby na kilka wozów wystarczał tylko jeden człowiek". Woły także będą użyteczne. Nawet poganiane przez nieprzywykłych do tego rekrutów, mogą przynajmniej żywić się trawą rosnącą przy drodze, zanim same zostaną zjedzone.
Jak długo uda się największej w historii wojen europejskich armii utrzymać się pośród iglastych lasów Litwy? Wystarczająco długo, wyliczył Napoleon, aby uzyskać przewagę i unicestwić wroga.
Wie on też, że dla obrony swego ogromnego kraju Rosjanie mają dwie armie, zaś trzecia jest aktualnie zajęta walką z Turkami w Mołdawii. Pierwsza Armia Zachodu jest dowodzona przez Barclay'a de Tolly, Litwina szkockiego pochodzenia15, który, co godne uwagi, kiedyś sam służył jako prosty żołnierz, a po katastrofie pod Friedlandem, jako minister wojny, zmodernizował armię rosyjską według wzorów francuskich. Jego armia jest skoncentrowana wokół Wilna. Druga Armia Zachodu, dowodzona przez ognistego i zapalczywego Gruzina, księcia Bagrationa, stacjonuje dalej na południe, wokół Grodna, 75 mil w górę Niemna. Atakiem z zaskoczenia, jaki stosował już przecież wielokrotnie, Napoleon, mając do dyspozycji swoją sławę niezwyciężonego, oraz co najmniej dziesięć korpusów armijnych i trzy korpusy kawalerii "rezerwowej"16, ma zamiar wbić klin między Barclay'a a Bagrationa, po czym pobić ich obu doszczętnie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, kampania rzeczywiście zakończy się po paru tygodniach.
Jak jednak, w określonym dniu lata 1812, skupić całą Wielką Armię, z jej 150 000 końmi i 1000 działami, wzdłuż brzegu Niemna - granicy między Polską a rosyjską Litwą? To właśnie jest ten ogromny problem logistyczny, który postawił przed sobą Cesarz. No i którego dnia? Nie może być za wcześnie - lato późno przychodzi na Północy, a zboże musi być już dojrzałe na paszę. Ani też za późno: z jesienią nadchodzącą w połowie sierpnia oznaczałoby to ryzyko kampanii zimowej, której tak obawia się pułkownik Ponthon. Na św. Jana powinno być w sam raz.
W całej Europie jednostki otrzymują uzupełnienia i posiłki. Pułki, zazwyczaj składające się z czterech batalionów, powiększane są do pięciu17. W swoich koszarach w Courbevoie pod Paryżem, pułki piechoty Gwardii Cesarskiej - cały świetny, pięćdziesięciotysięczny korpus uderzeniowy - zostają postawione w stan gotowości. Dwie kompanie weteranów, "uszczęśliwionych przypisaniem im tak przyjemnych obowiązków", zostają wyłączone z 2 Pułku Grenadierów Pieszych Gwardii i zastąpione "znakomitymi ludźmi przybywającymi codziennie" z pułków liniowych, dla których z kolei szkoli się właśnie podoficerów Gwardii, aby objęli stanowiska oficerskie. Wykładając oddziałowi kandydatów na oficerów ich nowe obowiązki jako dowódców, sierżant Coignet uczy się od nich swojego abecadła, podczas gdy starsi adiutanci szkolą ich w zakresie teorii. Taki już jest system, zaś:
"Napoleon osobiście sprawdzał rezultaty. Przez piętnaście dni setka ludzi, pod nadzorem oficerów sztabu, robiła naboje. Aby uniknąć jakiegokolwiek niebezpieczeństwa wybuchu, musieli nosić buty bez gwoździ, zdejmowane i sprawdzane co dwie godziny. Zrobiliśmy 100 000 ładunków. Kiedy to żniwo się skończyło odbyły się wielkie manewry na równinie St-Denis i przeglądy wojsk przed Tuileries, włącznie z parkami artyleryjskimi, wozami i ambulansami! Cesarz kazał je otworzyć i sam wspiął się na koło, aby upewnić się, że są pełne."
Pułki Młodej Gwardii równiez są pośpiesznie uzupełniane. Jej oficerowie, przeniesieni ze Starej Gwardii18, ciągle będą dostawali wyższe gaże; ale pod innymi względami jej pułki nie różnią się od pułków liniowych. Teraz ma się ona składać z trzynastu pułków tyralierów, trzynastu woltyżerów, jednego fizylierów-grenadierów, jednego fizylierów-szaserów, jednego flankierów, jednego szperaczy i jednego gwardzistów narodowych19 - "dziesięć różnych nazw dla jednostek piechoty uzbrojonych w dokładnie ten sam sposób i noszących ten sam model standardowo wydawanego karabinu". Paweł de Bourgoing, dobrze wykształcony młody porucznik 5 Pułku Tyralierów Gwardii, który powrócił właśnie z bojów w Hiszpanii, jest obecny kiedy zjawiają się nowi rekruci:
"tysiąc pięciuset młodych ludzi w koszulach, kamizelkach, strojach ludowych, czyli obywateli wszystkich prowincji ogromnego Cesarstwa Francuskiego, snujących się po obszernym placu przed koszarami, w takt wybijany przez szesnaście bębnów. Prawie wszyscy dobosze zostali wzięci z Pułku Uczniów Gwardii [pułk składający się całkowicie z synów żołnierzy] i prawie wszyscy byli Holendrami. Niektórzy, z Amsterdamu i Fryzji, mieli tylko po piętnaście lat. Bardzo się starano, aby w żadnej kompanii nie znalazło się zbyt wielu ludzi jednej narodowości: 'To nie przysłuży się dobrze ani dyscyplinie, ani wojnie,' powiedział mi mój major. 'Przetasuj ich wszystkich jak talię kart! Wybierz dwunastu ludzi którzy mają najgęstsze brody, albo widać, że im wyrosną. Przede wszystkim nie bierz żadnych blondynów ani rudych - tylko ludzi z czarnym zarostem, których wystawisz do przodu'".
Dostaną oni siekiery i będą nosić bermyce oraz białe skórzane fartuchy, słowem - zostaną saperami - maszerującymi na przedzie kolumny pułkowej:
"Zrobiłem więc przegląd tych 1500 dwuletnich bród tak szybko, jak się dało. Większość wciąż była bez zarostu. Ledwie 25 czy 30 spośród nich było pisane zobaczyć znów ogień w kominku u swojej matki".
W tym samym czasie, Armia Obserwacyjna Łaby20, która niedługo zostanie I Korpusem, jest musztrowana i ćwiczona do osiągnięcia stopnia sprawności "prawie równającego się Gwardii Cesarskiej", pod dowództwem budzącego postrach miłośnika dyscypliny, marszałka Davouta, księcia Eckmühl. Jeden z jej najmocniejszych pułków, 85 Pułk Piechoty Liniowej, spędził zimę w silnie ufortyfikowanym mieście Głogów, "jak w mieście oblężonym". Korpulentny drugi major jej pierwszego batalionu, C.F.M. Le Roy6 jest zagorzałym demokratą, który z pogardą spogląda na wszystkie osoby o błękitnej krwi, Napoleona uważa za "przedsiębiorczego geniusza", a Rosjan - za barbarzyńców. Po "zrozumieniu, że urodził się wśród narodu znienawidzonego przez wszystkie inne", rozpoczął swą karierę wojskową "przypadkiem", jako rekrut w 1795, lecz "kontynuował ją już z upodobania". W czasie zimy 1811/12 rozbawiło go, gdy zobaczył, jak chętnie żony miejscowej szlachty, "bez strachu o skalanie szlacheckiej części swojej krwi", uprawiały hazard i tańczyły z młodymi oficerami w Grand Casino. Za nie mniej zabawne uważał też, że "niejedna miała ochotę stanąć do szeregu - i bardzo im się to podobało".
Także w południowych Niemczech, poszczególne księstwa zdominowanego przez Francuzów Związku Reńskiego z bólem serca dostarczają świeżych kontyngentów VIII Korpusowi generała Vandamme'a. W tymsamym czasie Hieronim Bonaparte, król Westfalii, kłopotliwy najmłodszy braciszek Napoleona, chociaż pozbawiony doświadczenia wojskowego, z podobną niechęcią szykuje się do objęcia ogólnego dowództwa i nad VIII, i nad V (polskim) Korpusem księcia Poniatowskiego, oraz nad Sasami generała Reyniera (VII). Żadna z tych niemile widzianych ofiar nie jest w dodatku nowością. W 1806 roku, malutkie księstwo Sasko-Koburskie zostało wręcz zalane przez niebieskie mundury Francuzów; a zaledwie dziesięć miesięcy temu, dobrotliwa diuszesa Augusta7 z bólem przyglądała się jak:
"szczątki naszego biednego małego kontyngentu powracają z Hiszpanii - osiemnastu ludzi z 250! Większość strat została poniesiona nie w walce, lecz głównie z powodu chorób, niedostatku i zaniedbania, nakładających się na trudności spowodowane hiszpańskim klimatem. Pół miasta wyległo na ulice, aby powitać pozostałych przy życiu,"
zapisała w swoim pamiętniku. Teraz z przygnębieniem patrzy na wymarsz nowego kontyngentu,8 tym razem na Północ.9
Co jest miejscem ich przeznaczenia? Coignet, w Paryżu, może nie wiedzieć, ale te dziesiątki tysięcy niemieckich rekrutów wiedzą to z pewnością. Pisząc do domu, prosząc rodzinę o trochę pieniędzy na drobne wydatki związane z tą nową kampanią, jeden z kaprali Davouta słyszy, że mają to być Indie, kraj najwidoczniej zaludniony przez małpy ["aux Singes" = aux Indes21]. Którędy? Oczywiście przez Rosję, której cesarz po raz trzeci ma "dostać nauczkę".
Ta nowa Wielka Armia na pewno nie składa się tylko z chętnych żołnierzy. Wręcz przeciwnie. W całej Europie - nawet w dalekim Neapolu, gdzie olśniewający szwagier Napoleona Joachim Murat ubiera swoich lazzaroni22 i zwolnionych więźniów w wyjątkowo kolorowe mundury - wszyscy nieżonaci osiemnastolatkowie, których nie było stać aby opłacić zastępców, żeby poszli i zostali za nich zabici10, a którzy wyciągnęlinajkrótszą słomkę z ręki rekrutującego sierżanta - to znaczy wszyscy, którzy nie uciekli na wzgórza i nie zostali "bandytami" - odprowadzani są na skraj swego miasta czy wioski przez płaczące rodziny, które nawet nie oczekują, że ich jeszcze kiedyś zobaczą. Jak zwykle, dezercja po drodze do centrum szkoleniaPułkowe centra szkolenia nazywano wtedy "zakładami pułkowymi"23. jest masowa. Większość wieśniaków niechętnych jest zaciągowi. Świadkiem branki do 2 Pułku Piechoty Legii Nadwiślańskiej w Poznaniu jest porucznik Henryk Brandt11, który zauważa, że znaczna część rekrutów nigdy w życiu nie nosiła butów czy spała w łóżku, a "biały chleb i kawę znała tylko ze słyszenia". Ich przywiązanie do sztandaru musi opierać się więc na połączeniu dobrego jedzenia, zakwaterowania, i, dla dezerterów ("prawie wszyscy zostali schwytani") 50 do 60 uderzeń trzciną w siedzenie. Po przyprowadzeniu całego pułku marszowego dezerterów z Ile de Ré do Lubeki Józef Guitard12, wysoki kasztanowłosy kapitan z pułku Coigneta, musi wracać do Prus po następny. Z takich niedoszłych dezerterów składa się odpowiednik całej dywizji Wielkiej Armii.
Napoleon, rzecz jasna, wie doskonale o co mu chodzi i czyjemu dobru służy. Dobru narodu francuskiego, oczywiście. Kto jednak jest tym "narodem"? Naturalnie klasy średnie, w przeciwieństwie do le peuple24, o którym pewnego dnia Cesarz chełpi się przed Narbonnem, że go "spacyfikował - zbrojąc go". Dodając jako wniosek: "w moich rękach wojna stała się antidotum przeciwko anarchii." Jeśli chodzi o starych arystokratów, to ci z nich, którzy zaangażowali się po stronie nowego tronu, "wyniesionego", z czego Napoleon zdawał sobie sprawę, "na bagnetach Gwardii Cesarskiej - samych synów wolnych chłopów", w części tylko są naprawdę oddani jego sprawie, jeśli już nie, jak Caulaincourt i Narbonne, jego polityce. Pozostałych, może nawet większość, można z pewnością zaliczyć do niezdecydowanych: "Niebieski jest zawsze niebieski, biały jest zawsze biały,"25 powie kiedyś Cesarz ze smutkiem Gaspardowi Gourgaudowi na Świętej Helenie.
Między oficerami-arystokratami z całego serca oddanymi sprawie Napoleona jest generał hrabia Filip de Ségur13. Jednego dnia w okresie Konsulatu, ten syn wybitnego ojca, tak jak on wroga Rewolucji, wałęsał się przed bramami Tuileries w stanie tak głębokiej depresji, że zastanawiał się nad samobójstwem, kiedy nadbiegł truchtem oddział szaserów26 Gwardii Konsularnej. Na tym potomku pradawnej kasty francuskich wojskowych widok ich olśniewających zielono-czerwonych mundurów i pozostałego ekwipunku zrobił wrażenie porównywalne chyba tylko z wizją Sw. Pawła na drodze do Damaszku. Wiążąc swój los z losem nowego Cezara, młody Filip de Ségur po prostu poszedł i się przyłączył; i - podobnie jak inny szlachcic - Montesquiou Fézensac, oczywiście szybko awansował. Po różnych kolejach losu został teraz oficerem przy Cesarskiej Kwaterze Głównej, gdzie jego specjalnym zadaniem jako zastępcy Prefekta Pałacu jest nadzór nad mułami jucznymi, które w czasie kampanii używane są do transportu złotej cesarskiej zastawy obiadowej i innych sprzętów domowych. Jeśli połowa umysłu de Ségura jest głęboko pochłonięta sprawami wojskowymi, to druga połowa tkwi nie mniej głęboko w literaturze klasycznej; nie można wykluczyć, że już wtedy zastanawiał się nad wielkim dziełem historycznym. Nie znaczy to, żeby on sam, czy ktokolwiek inny, mógł już tej wiosny 1812 wyobrazić sobie, czym ono będzie. Wypełniony żarliwym, chociaż - przynajmniej w oczach Gourgauda - trochę jednak zbyt ambiwalentnym zachwytem dla swojego idola, de Ségur już teraz zdaje sobie sprawę, że ze wszystkich sojuszników wcielanych, aby służyć podczas tej gigantycznej ekspedycji "tylko Włosi i Polacy są naprawdę entuzjastycznie nastawieni do naszej sprawy".
W odniesieniu do żadnego z oficerów Wielkiej Armii nie jest to bardziej prawdziwe niż w przypadku oficera z Elby, o nazwisku Cezary de Laugier (czyli Loggia). Opuszczając Mediolan w lutym, wraz z resztą IV Korpusu księcia Eugeniusza, oficer sztabu Gwardii Honorowej Królestwa Włoch, której każda kompania pochodzi z innego miasta północnej Italii i ma innego koloru lamówki na swoich zielono-białych mundurach, przekroczył Alpy i stanął na kwaterach wojskowych w południowych Niemczech. Jest pewien, że tutejsi mieszkańcy ich "kochają". Wewnątrz jego nowego hełmu w stylu greckim, którego ogromny, ozdobiony pióramiczub wieńczy drapieżna, pozłacana głowa orła z agresywnym dziobem, głowa Cezarego de Laugier pełna jest wyobrażeń o wojennych czynach starożytnych bohaterów. Sam nie pozbawiony naiwności, przedstawia wzruszający obraz mentalności swoich krajanów:
"Nie znają innej świętości nad swojego władcę. Żadnych racji prócz siły. Żadnej pasji prócz chwały. Wszystko wygładza walec dyscypliny i biernego posłuszeństwa, głównych cnót żołnierza. Nieświadomi tego co ich czeka, są tak przekonani o słuszności swojej sprawy, że nigdy nawet nie próbują się dowiedzieć, do jakiego kraju są wysyłani. Słysząc na początku każdej wojny, że pisane jest im wymierzyć ostateczny cios chwiejnemu mocarstwu Anglików, w końcu mylą z Anglią wszystkie istniejące mocarstwa... oceniają dystans oddzielający ich od celu ilością dni, które od kilku już lat spędzają, maszerując zjednego krańca Europy na drugi. Nigdy jednak nie docierają do owego kraju, celu ich wszystkich wysiłków, który ciągle umyka im sprzed oczu."
Podczas przeglądu 14 maja na esplanadzie w Głogowie, już poza miejskimi fortyfikacjami, nasz oficer sztabu napisze w swoim pamiętniku:
"Cały IV Korpus jest pod bronią. Wicekról przybył tu wczoraj. Gwardia Królewska, zajmująca w tej chwili prawy skraj niezwykle długiego pierwszego szeregu, znalazła się na miejskim cmentarzu. Tylko groby przerywają nasze przepisowe ustawienie. Niektóre zabobonne umysły dopatrują się w tych okolicznościach jakiejś złowieszczej przepowiedni i narzekają, że tu właśnie nas postawiono. Rzymskie legiony z pewnością złożyłyby ofiary swym bogom, aby odpędzić tak złowrogie wróżby."
Jednak widocznie książę Eugeniusz, nieco flegmatyczny, lecz bardzo zdolny żołnierz, jest ponad takie obawy; w rozkazie dziennym wyraża swoją satysfakcję ze stanu IV Korpusu. Nic nie mogłoby bardziej ucieszyć oficera sztabowego Guardia d'Onore.
Jak zawsze, są też komplikacje polityczne. Niektórych z nich, w przeciwieństwie do tych wewnętrznych, nie da się wygładzić dekretem cesarskim. Już od jakiegoś czasu ambasady Francji i Brytanii w Konstantynopolu prześcigają się w sztuce przekupywania urzędników tureckich. Francuzi - aby utrzymać Turcję w stanie wojny z Rosją, Brytyjczycy - aby został zawarty pokój. A ponieważ Turkom ostatnio nieźle się dostaje, istnieje wyraźne niebezpieczeństwo, że brytyjskie złoto przeważy nad francuskim, zwalniając w ten sposób Armię Mołdawii generała Tormasowa, która będzie mogła pomaszerować na północ, aby zagrozić południowemu skrzydłu Wielkiej Armii. Napoleon ma nadzieję, że zabezpieczył się już przeciwko takiej ewentualności, zmuszając swojego nowego teścia, cesarza Franciszka, aby dostarczył mu 30 000 Austriaków pod dowództwem księcia Schwarzenberga. No, nie tak całkiem znów zmuszając, bowiem była za to odpowiednia cena: Napoleon miał udzielić swojemu koledze cesarzowi gwarancji spokojnego władania jego nieuczciwie nabytymi ziemiami w Galicji, wyrwanymi Polakom w 1794.27 W tym przypadku wystąpiła nierozwiązywalna sprzeczność żądań: Polaków - aby przywrócił Galicję ich wymarzonemu królestwu, Austriaków - aby tego nie robił.
Szwecja, pokonana z kretesem przez Rosję w 1809, stanowi kolejny problem. W czasie wielkiego kryzysu, kiedy to Finlandia, a nawet wyspy Alandzkie zostały przez nią utracone, jej parlament, ponaglany przez niezależnie myślącego, młodego oficera, który akurat przebywał w Paryżu, wybrał niegdysiejszego rywala Napoleona, marszałka Bernadotte'a, na następcę tronu. Jedną z pierwszych rzeczy, o jakich dowiedział się on po przybyciu do Sztokholmu było to, że niezmiernie ważny przemysł hutniczy jego przybranego kraju był uzależniony od rynku brytyjskiego w stopniu nie mniejszym niż rosyjski. Stosunki francusko-szwedzkie, już i tak napięte, jeszcze bardziej się pogorszyły. W końcu Bernadotte zadeklarował swoją neutralność w zmaganiach wielkich mocarstw i w maju 1810, hrabia Lagerbielke, ambasador Szwecji w Paryżu, został przyjęty na audiencji w Tuileries:
"Nigdy nie widziałem cesarza w tak szalonej furii, przerastała ona wszystko co można sobie pod tym względem wyobrazić.
Oznajmił ze złością, że z powodu sprawy Szwecji nie przespał tej nocy ani godziny. 'Moglibyście dać mi trochę odpocząć, potrzebne mi to! Brytyjscy jeńcy zostali zwróceni bez odszkodowania, czyż nie tak, Monsieur de Cadore?" (Minister, trzęsąc się, nie omieszkał odpowiedzieć na to pytanie, jak i na wszystkie inne, twierdząco.)
Przez godzinę i piętnaście minut Napoleon mówił i krzyczał, tak często się powtarzając i przerywając swój tok myśli, że Lagerbielke miał potem trudności z dokładnym przypomnieniem sobie wszystkiego co usłyszał. Oszczędził Szwecję po wojnie 1807, wykrzykiwał, lecz został "oszukany" przez Lagerbielkego:
"Neutralność już nie istnieje. Brytania jej nie uznaje więc ja też nie mogę. Jest wam ciężko? A nie pomyślicie, że mnie też jest ciężko, że Francji, Bordeaux, Holandii i Niemcom też jest ciężko? Dlatego trzeba z tym skończyć. Trzeba doprowadzić do pokoju na morzach, nieważne jakim kosztem". (Tutaj złość cesarza staje się wręcz przerażająca.) "A tylko Szwecja jest odpowiedzialna za kryzys w którym się znalazłem! Szwecja bardziej mi zaszkodziła niż pięć Koalicji razem wziętych. Wybierajcie więc: otwarta wojna albo rzetelna przyjaźń. To moje ostatnie słowo. Do widzenia. Mam nadzieję, że zobaczymy się znowu w szczęśliwszych okolicznościach".14
Z tymi słowami Tyran Korsykański wyszedł z pokoju,15 zostawiając Szweda, zdziwionego jeszcze bardziej, gdy odkrył przedpokój opuszczony "nawet przez służbowego oficera... czy to dla posłuszeństwa rozkazom, czy też przez dobrowolną grzeczność, bo cesarz kilkakrotnie podnosił głos do tego stopnia, że niemożliwym było nie słyszeć go w sąsiednim pomieszczeniu". Zaś na początku 1812 roku, gdy Narbonne i Napoleon odbywali swoje fascynujące rozmowy w St-Cloud, Davoutowi rozkazano zająć Pomorze Szwedzkie za pomocą ruse de guerre28, przejąć całą szwedzką flotę handlową w jej portach, a szwedzkie garnizony odesłać do Francji jako jeńców wojennych.
Dla Szwedów była to kropla, która przelała czarę. Bernadotte ogłosił Szwecję państwem neutralnym, zawarł pokój z Brytanią i rozpoczął tajne negocjacje z carem.
Prusy stanowiły następny problem, choć pozornie był on niezbyt poważny. Pozbawione prawie połowy swojego obszaru i wciąż kipiące złością z powodu ogromnych odszkodowań wojennych, wypłacanych nieprzerwanie od 1806, jako "sojusznik" Francji, dostały rozkaz dostarczenia Wielkiej Armii trzydziestotysięcznego kontyngentu dla ochrony lewego skrzydła w ten sam sposób w jaki Austriacy mieli chronić prawe skrzydło. To spowodowało, że dwór berliński wysłał do Wiednia tajne misje sondażowe - misje, które, po trzech kolejnych całkowitych porażkach, nic nie wskórały. W tej sytuacji, aby "uniknąć" nieporozumień, marszałek Oudinot ze swoim trzydziestotysięcznym II Korpusem otrzymuje rozkaz zajęcia Berlina, a wysłany tam równocześnie Narbonne ma uprawiać swoją staromodną dyplomację na przerażonym dworze pruskim.
Przez całą wiosnę i wczesne lato 1812 drogi Europy rozbrzmiewają tupotem maszerujących butów, nie mniej niż siedmiu maszerujących na północ armii. Każda dywizja wyrusza dwa dni po poprzedniej. Zachowując odległość 100 kroków (70m) między batalionami, jej pułki maszerują "w dwóch rzędach, dzieląc się drogą, której środek zostawiają wolny". Zatrzymują się na "pięć minut w każdej godzinie, a po trzech czwartych dziennego marszu na pół godziny" i z jednym dniem odpoczynku co pięć dni wędrują dalej na północ ze średnią szybkością 25 mil na dzień. Co drugi dzień odbierają racje, dostarczane wzdłuż trasy przez administrację hrabiego Daru16. "Krok podoficera maszerującego na czele pułku," wyjaśnia zabawny gawędziarz, kapitan Elzéar Blaze (który sam ma szczęście nie być wysłanym do Rosji):
"musi być krótki i regularny, bo jeżeli prawa strona idzie normalnym krokiem, to lewa będzie musiała galopować. Najmniejsza przeszkoda na drodze, nawet jeśli to tylko rynsztok do przeskoczenia, powoduje problemy. Jeżeli pierwszy człowiek, który się na nią natknie zatrzyma się choćby na pół sekundy, to ludzie z ostatniego batalionu będą potem musieli biec przez piętnaście minut, żeby nadgonić. Doświadczony oficer widzi takie rzeczy od razu; daje rozkaz chwilowego postoju i wszystko znowu toczy się normalnym trybem. Gdy już przemaszerowaliśmy godzinę, następuje pięciominutowy postój, podczas którego możemy zapalić fajki. To się nazywa la halte des pipes29. Nie można przecież odbierać żołnierzowi jego przyjemności. Wszyscy żywią się tym, co mają w tornistrach, i potem znów w drogę, każdą przemaszerowaną ligę1 przerywając pięciominutowym postojem."
Wyglądając ze swego okna w Dreźnie, stolicy królestwa Saksonii, dziewięciolatek Wilhelm von Kügelgen, patrzy jak przechodzą:
"Długie, ciemne kolumny Starej Gwardii, z ich dumnymi orłami, wysokimi bermycami, i marsowymi minami, unoszące się jak mroczne senne obrazy. Wojenny dźwięk bębnów i piszczałek, a potem upiorne postacie saperów z błyskającymi siekierami i długimi czarnymi brodami, za nimi zaś niekończące się kolumny transportowe. Dzień po dniu przechodzili pod naszymi oknami, człowiek za człowiekiem, brygada za brygadą. Widziałem prawie wszystkie oddziały Wielkiej Armii: wysokich karabinierów w kaskach z pióropuszami i złoconych kirysach, lekkich szaserów, huzarów, woltyżerów, wszystkie rodzaje piechoty i artylerię z porządnymi pojazdami ciągniętymi przez konie. Wreszcie, na końcu - długie kolumny z mostami pontonowymi i innym sprzętem wojskowym".
To właśnie do Drezna ów nowy Karol Wielki rozkazał stawić się królom i książętom podbitej Europy, aby złożyli mu hołd. Ponieważ tylko niewielu z nich, jeśli poza królem Saksonii w ogóle ktokolwiek, jest szczerze przywiązanych do jego sprawy, być może uroczysty pokaz potęgi politycznej i wojskowej wpoi wszystkim przekonanie o daremności knucia za jego plecami? Teść Napoleona - cesarz Austrii - ma być gościem honorowym, a jego młoda córka Maria-Luiza, cesarzowa Francuzów, pierwszą damą. Król i królowa Prus muszą błagać, aby ich wpuszczono, a nawet wówczas przyjmowani są z niechęcią.
Można się tylko zastanawiać, o czym myśli czterdziestosiedmioletni samozwańczy cesarz, kiedy z siędzącą ujego boku młodą jasnowłosą cesarzową, wraz ze swym orszakiem wyrusza o 5.30 rano 9 maja z Paryża. Czy o tym "najwyższym wysiłku, najtrudniejszym zadaniu" - by miażdżąc Rosję zmiażdżyć Brytanię i zapewnić sobie i Francji panowanie nad światem? Może nawet ma nadzieję, że impreza w Dreźnie sama w sobie wystarczy, by przywołać cara do porządku? Inaczej, jakie miałoby być znaczenie jego ponurych słów, szepniętych na boku prefektowi policji tuż przed wyjazdem:
"No, trzeba skończyć, co się zaczęło!"
Żadna z wcześniejszych kampanii, o ile wiemy, nie została poprzedzona taką uwagą.
Von Kügelgen kontynuuje:
"Pewnej burzowej nocy, kiedy pochodnie ledwo się tliły, Napoleon zjawił się niczym Książę Ciemności. Błyski piorunów rozświetlały niebo, a huk grzmotów mieszał się z wymuszonymi okrzykami radości pospólstwa oraz z upiornym biciem kościelnych dzwonów. Oj, było w tym czasie w Dreźnie co oglądać. Obecność tylu armii napełniała miasto wojskową pompą. Na powitanie książąt brzmiały dzwony i huczały armaty. Wspaniałe parady i manewry były przeznaczoną dla nich rozrywką. W nocy miasto świeciło magiczną łuną tysiąca lamp. Szeroka tęcza wesołych papierowych lampionów tworzyła łuk na niebie nad Łabą, w której odbijały się wszystkie barwy - najpiękniejszy efekt świetlny, jaki można sobie wyobrazić. Fajerwerki trzaskały w powietrzu. Każdy dom był po brzegi wypełniony żołnierzami, którzy rozmawiali, śmiali się i klęli we wszystkich niemal językach Europy."
Także romantyczny poeta Henryk Heine widzi go:
"Wysoko w siodle - nieśmiertelne oczy osadzone w marmurze cesarskiej twarzy - spokojny jak przeznaczenie, gdy tak spogląda na swoich, defilujących obok gwardzistów. Wysyłał ich do Rosji, a mimo to starzy grenadierzy zerkali na niego z takim gorliwym oddaniem, taką sympatią, takim przejęciem i zabójczą dumą: Ave Caesar, morituri te salutant!30
Wśród książąt, którzy niespokojnie oczekują, aby go sobie zjednać, dwóch synów diuszesy Augusty ma prawdziwe powody do niepokoju. Trzeci bowiem brat był na tyle nieroztropny, aby przyjąć nominację oficerską w armii rosyjskiej, powodując, że Napoleon, jak zagniewany pan feudalny, groził ich ojcu "wypędzeniem" z jego księstwa. Lecz podczas uroczystości największe wrażenie wywiera na nich:
"kontrast pomiędzy bardzo ludzkim cesarzem Franciszkiem, zjego przyjaznym i dwornym nastawieniem,17 a Napoleonem, zdecydowanie szorstkim i niegrzecznym, choć może nie umyślnie, po prostu zbyt uniesionym nadzwyczajnymi łaskami fortuny i swoją pomysłowością. Płaszczenie się i przyprawiające o mdłości pochlebstwa, zjakimi jest wszędzie przyjmowany, potęgują jeszcze owo, właściwe mu, pogardliwe i opryskliwe nastawienie".
Oceny tej z pewnością nie podziela Pierwszy Sekretarz Napoleona. Baron Klaudiusz-Franciszek Méneval18 ma:
"wiele okazji by przyglądać się tym dostojnym zgromadzeniom.
W przestronnych apartamentach pałacu drezdeńskiego przypatrywałem się procesji, na czele której kroczył Napoleon. Zdrowie cesarzowej Austrii było zbyt słabe, by mogła znieść zmęczenie, wywoływane przechodzeniem przez wszystkie te pokoje, Cesarz szedł więc przed nią, z kapeluszem w jednej ręce, drugą trzymając na drzwiach jej lektyki i wesoło z nią rozmawiając. Wszyscy, którzy byli świadkami tych spotkań towarzyskich, zgadzali się, że dzięki swojej uprzejmości, intelektowi i czarującym manierom wywierał nieodparty wpływ na swych szlachetnych gości. Jeśli tylko zechciał, potrafił być najbardziej sympatycznym i czarującym mężczyzną na świecie."
Napoleon może być niezwyciężony, przyznaje w swoim pamiętniku diuszesa, lecz jak wielkim dzieje się to kosztem ludzkiej krwi i cierpienia?
W tym samym czasie car wyjechał z Petersburga do Wilna, aby w ostatniej chwili spróbować pozyskać poparcie swych bardziej wpływowych litewskich poddanych. Lauriston podąża za nim i prosi go o audiencję, jednak car odmawia. Przebywający w Berlinie Narbonne dostaje zatem nowe polecenia. Ma on także udać się do Wilna, aby pod pretekstem prób ocalenia pokoju wybadać co się da o stosunkach rosyjsko-szwedzkich i rosyjsko-tureckich, a w razie gdyby armia rosyjska przekroczyła Niemen, wynegocjować zawieszenie broni, "żeby Jego Cesarska Mość miał czas dotrzeć na front".
Narbonne jest tu milej widziany niż Lauriston. Zaproszony na obiad, przekazuje osobiste posłanie od Napoleona:
"Jak wynika z ostatniej analizy sytuacji, istnieje tylko jedna, lecz bardzo ważna, kwestia sporna między nami i Rosją: kwestia krajów neutralnych i handlu angielskiego. W porównaniu z nią, Polska jest nieważna. Jego Cesarska Mość ma na sercu jedynie dobro Francji".
Na to Aleksander, który także potrafi być wszystkim dla wszystkich, odpowiada, że nie ma zamiaru być agresorem, ale też nie:
"podpisze traktatu dyktowanego na terytorium Rosji. Naród rosyjski nie cofa się przed niebezpieczeństwem. Bagnety całej Europy na mojej granicy nie zmuszą mnie do zmiany języka".
Pozostając pod głębokim wrażeniem tak zdecydowanego i pełnego godności stanowiska, Narbonne ledwo zdążył wrócić do swojej kwatery, gdy do jego drzwi zapukało trzech wysokich rangą urzędników rosyjskich. Oznajmiają mu, że jego powóz jest już zaprzężony i gotowy do odjazdu. Car był nawet tak uprzejmy, że kazał go zaopatrzyć na drogę ze swej własnej kuchni. Przyjeżdżając do Drezna 24 maja, w samym środku obchodów, Narbonne przynosi swemu panu cztery wiadomości. Jedna jest prawdziwa, pozostałe zaś nie. Rosjanie nie zerwą pokoju, mówi Napoleonowi, ani też nie przekroczą Niemna. Lecz jeśli on, Napoleon, to uczyni,
Narbonne "ma wrażenie, że od razu wydadzą bitwę. A Rosja natychmiast sprzymierzy się z Brytanią." Jeśli chodzi o Szwedów, to chociaż prawdą jest, że ich następca tronu wydaje się być po stronie Aleksandra, wciąż nie ma między nimi układu. Nie ma też żadnej perspektywy pokoju rosyjsko-tureckiego.
(W rzeczywistości, bez wiedzy Napoleona i jego posła, lecz mając lojalnie na względzie przede wszystkim dobro swojego adoptowanego kraju, Bernadotte zapewnił już cara, że Szwecja pozostanie neutralna aż do momentu, gdy będzie musiała odkryć swoje karty. Jednocześnie zachęcał Aleksandra, by ten trwał przy swoim. Jeśli chodzi o Turcję, to zaledwie dwa dni wcześniej, 22 maja, pewien jednooki generał nazwiskiem Kutuzow, któremu nie poszło najlepiej pod Austerlitz w 180531, spotkał się z Wielkim Wezyrem w Bukareszcie i podpisał traktat pokojowy między Rosją i Turcją. Te dwa wydarzenia, zadecydowały o tym - przyzna Napoleon na Świętej Helenie - że jego najazd na Rosję okazał się błędem.)
Nie zważając zbytnio na raport swojego wysłannika, Napoleon rozpoczyna kolejny popis retoryczny, z gatunku tych, które tak martwiły Narbonne'a w St-Cloud:
"'Doskonale! Niech dopełni się przeznaczenie i Rosja zostanie zmiażdżona przez moją nienawiść do Anglii! Na czele czterystu tysięcy ludzi, opłaconych i wyposażonych na niespotykaną dotąd skalę, z rezerwami na skrzydłach, z korpusem litewskim tej samej krwi co część ludności, przez której tereny będziemy przechodzić, nie obawiam się tej długiej drogi wśród pustkowii. W końcu, mój drogi', mówił dalej jak w natchnionym śnie, 'ta długa droga - to droga do Indii. Aleksander Wielki wyruszył, by dotrzeć do Gangesu, z odległości nie krótszej niż ta z Moskwy. Wyobraź sobie Moskwę zdobytą - Rosję startą na proch - cara pogodzonego ze swoim losem lub zabitego w jakimś spisku pałacowym i może jakiś nowy, zależny tron. I powiedz mi czy nie wystarczy, żeby nasza Wielka Armia Francuzów oraz oddziały posiłkowe z Tyflisu, dotknęły Gangesu francuskim mieczem? Wówczas zawali się cała konstrukcja handlowej potęgi Brytanii! Przyznaję, byłaby to gigantyczna ekspedycja, w dziewiętnastym wieku jest ona jednak możliwa. Jednym ciosem Francja osiągnęłaby niezależność Zachodu i wolność mórz.'"
Pięć dni później wyjedzie, aby dołączyć do armii.
W jednym z wozów bagażowych Davouta znajduje się mapa Indii. Tak na wszelki wypadek.19
2Gwałt na Polsce
Holenderski dyplomata zostaje żołnierzem - przeciążona armia - grabież i przemoc - "Napoleono magni Caesari" - nędzne wioski, wspaniałe pałace - Brandt odwiedza rodziców - kampania tylko dla mężczyzn - markietanki - "to dziecko powinno być u matki" - Napoleon dyktuje strasznym głosem - nie w ciemię bity ksiądz - "terror i spustoszenie szaleją po Polsce"
Jak pisze Dedem van der Gelder, 11 czerwca armia została puszczona w ruch. Dedem, wytworny mały człowieczek, bardziej nadający się do zawodu wybranego dla niego przez ojca niż do służby wojskowej, do której zawsze go tak ciągnęło, był niegdyś holenderskim dyplomatą. Jednak po wcieleniu jego kraju do Cesarstwa Francuskiego w 1810 roku, pojechał do Fontainebleau i zaoferował swoje usługi. Napoleon zaproponował mu stanowisko gubernatora wojskowego Holandii, lecz "nie chcąc zaczynać od strzelania do swoich rodaków" Dedem poprosił o stanowisko w służbie czynnej. Wtedy to Napoleon, któremu ciągle brakowało wykształconych oficerów, awansował go na général de brigade32 i wysłał do
Davouta w Hamburgu, gdzie Żelazny Marszałek - niespodziewanie, biorąc pod uwagę brak doświadczenia wojskowego Dedema - powierzył mu dowództwo 2 Brygady Piechoty w dywizji swojego szwagra Frianta. W tym też właśnie charakterze Dedem brał udział w zdradzieckim zajęciu Pomorza Szwedzkiego, którą to operację, będąc niegdyś ambasadorem holenderskim w Sztokholmie i wciąż mając tam wielu przyjaciół, uznał za bardzo niesmaczną.1
Cała armia jest maksymalnie obciążona. Każdy piechur, przynajmniej w I Korpusie, taszczy na plecach zapas chleba i mąki na 20 dni - Dedem twierdzi zaś, że jest to jeden worek zawierający dziesięć funtów33 mąki i drugi, z podobną ilością ryżu. Wychodzi prawie na to samo. Przez trzy dni pod rząd mały Jan Marek Bussy, woltyżer z 3 Pułku Piechoty Szwajcarskiej, nie widzi "ani jednej wioski, ani jednego domu". Poza swoim karabinem, niesie on w tornistrze:
2 koszule, 1 parę grubych płóciennych spodni, 1 parę grubych czarnych półnogawic (z tkaniny), 1 woreczek z artykułami higieny osobistej, 1 bandaż i trochę szarpii, oraz 2, lub może 3 pary butów [jednakowe na prawą i lewą stopę], razem z zapasowymi gwoździami i podeszwami.
Po obu stronach tornistra zaś:
4 "suchary" (wielkie kromki podwójnie wypiekanego chleba, każda ważąca szesnaście uncji).34
Pod jego tornistrem podwieszony jest płócienny worek, zawierający pięć funtów mąki. Do tego dochodzą jeszcze, w płóciennym worku przewieszonym przez ramię, dwa trzyfuntowe bochenki chleba, czyli zapas chleba na cztery dni, sucharów na dalsze cztery, i mąki na siedem. Całość ważyła 58 funtów (25,5 kg) i wystarczała do przeżycia piętnastu dni. Przejeżdżając przez Warszawę z VIII Korpusem, inny woltyżer, kapral Wilhelm Heinemann z Pułku Szaserów Brunszwickich - choć weteran kampanii,2 kilkakrotnie lecz bezskutecznie próbował uciekać jeszcze w Niemczech - wymienia dodatkowe pary butów na "czterdzieści jaj i kilka pęczków rzodkiewki". Przedsiębiorczość tego rodzaju może zdać egzamin w korpusie Vandamme'a, ale nie w poddanych ostrej dyscyplinie pułkach Davouta. Kiedy kilku młodych żołnierzy z brygady Dedema porzuciło swoje worki z mąką, pułkownik ze 127 Pułku Piechoty Liniowej, który przeprowadzał inspekcję, kazał napełnić puste worki piaskiem. Winowajcy mieli je nosić aż do odwołania. To poskutkowało, jak powiada Caulaincourt, "tym bardziej, że nigdy nie doszło do ich ponownego napełnienia mąką".
Nie tylko piechota jest tak obładowana. 2 ("Czerwony") Pułk Lansjerów Gwardii to nowy elitarny pułk. Chociaż umundurowaniem przypomina słynny 1 (Polski) Pułk Szwoleżerów Gwardii35, aczkolwiek z odwrotną kolorystyką - ich mundury są czerwone z ciemnoniebieskimi lamówkami i żółtymi obszyciami - oddział ten składa się głównie z Holendrów. Napoleon zamierzał pierwotnie stworzyć pułk kirasjerów dla Gwardii, lecz ostatecznie, z powodu braku dostatecznie silnych koni, wyposażył ich w lance, a także w wiele innych rzeczy. W Królewcu jego kowalom - w każdej kompanii był jeden - wydano duże siekiery "do wyrębu lasu albo do uboju bydła", a kapralowi każdego oddziału osiem małych toporków, do ostrzenia palików do przywiązywania koni oraz stawiania szałasów i biwaków. Wreszcie, poza lancą, karabinkiem, amunicją, i pozostałym regulaminowym ekwipunkiem, każdy żołnierz musi znaleźć miejsce na sierp, przymocowywany na walcowatej torbie podróżnej na zadzie konia, a potrzebny do ścinania zbóż i traw. Wszystkie te dodatki, razem z ciężką uprzężą lansjerów, to zbyt już wiele dla ich koni:
"Na dłuższą metę to wszystkie kompanie pułku miały jakieś ranne konie. Ponieważ większość tych ran pojawiała się na prawym boku, gdzie miały otarte kłęby, doszliśmy do wniosku, że było to spowodowane nadmierną wagą lancy i karabinka. Próbowaliśmy temu zaradzić w każdy możliwy sposób: przesuwając lancę z prawego boku na lewy, a potem nosząc karabinek na haczyku przy pasie naramiennym. Szybko jednak zauważyliśmy, iż wadą tej drugiej metody było to, że pod ciężarem karabinka żołnierz pochylał się do przodu, co powodowało świeże otarcia".
Jeśli tak przedstawia się sytuacja w pułku "lekkiej" kawalerii, to jak muszą się czuć masywnie obciążeni kirasjerzy i karabinierzy, noszący mosiężne grzywiaste kaski z pióropuszami i szesnastofuntowe36 stalowe kirysy?
Jednak, mimo iż ludzie w szeregach są obładowani do granic możliwości, to niektóre wozy zaopatrzeniowe nie są w pełni wykorzystane. Przybywając 21 czerwca do Gąbina37 na prusko-polskiej granicy, Napoleon dyktuje gniewny list do Berthiera:
"Wozy niektórych dowództw wyjechały stąd naładowane tylko do połowy. Natychmiast wyślij ekspresem kuriera z rozkazem przeniesienia całego ładunku na 20 wozów, i wysłania pozostałych 20 pustych do Wystrucia38 pod ponowny załadunek. Powiedz oficerowi zaopatrzeniowemu, iż nie jestem zadowolony, że wyruszył z pustymi wozami. Widywałem już administratorów nonszalanckich, lecz jeszcze nigdy - tak głupich".
Każdy oficer i żołnierz, kontynuuje Dedem:
"otrzymał krótki rozkaz uwolnienia swoich pruskich gospodarzy od zapasów na dziesięć dni. Wsie zostały ograbione z koni i pojazdów do przewozu furażu, a nawet ze słomy. W sumie aż 90 000 koni zostało oficjalnie zarekwirowanych Prusakom, którzy [chociaż nominalnie byli sojusznikami] traktowani byli co najmniej jak naród podbity. Innymi słowy, rozkaz o zapasach na 10 dni nie był niczym innym, jak przyzwoleniem na grabieże i przemoc".
Istotnie, grabież i przemoc są niemal rozkazem dziennym. Po przybyciu Napoleona do Gąbina, władze cywilne skarżą mu się, że miejscowy właściciel ziemski, którego pałac przejęła Gwardia, został znaleziony na dnie studni, i nikt nie wie, czy popełnił samobójstwo, czy też ktoś go tam wrzucił. I chociaż Napoleon natychmiast nakazuje przeprowadzić "bardzo poważne" dochodzenie, pod nadzorem władz cywilnych i dowódców Gwardii, to nic w tej sprawie nie zostaje zrobione.
W szystkie te kłopoty nie umniejszają splendoru oficjalnych manifestacji organizowanych przez zastraszoną administrację. 29 maja w Poznaniu porucznik Henryk Brandt z Legii Nadwiślańskiej3 widział Cesarza:
"przyjmowanego pod łukiem triumfalnym z napisem 'Heroi invincibili'2. Pięć wielkich okien ratusza miejskiego było pokrytych transparentami z herbem miasta, na przemian z inicjałami Napoleona, cesarzowej Marii-Luizy,4 orłem francuskim i tarczą herbową Wielkiego Księstwa. Na wieży kościelnej, którą Cesarz mógł zobaczyć ze swoich okien, iluminacje ukazywały ogromny wieniec wawrzynu otaczający takie oto motto: 'Napoleoni magno Caesari et victori'3. Potężny tłum z pobliskich wsi biwakował na wszystkich placach, szczególnie na Placu Napoleona, który jeszcze przed końcem roku miał powrócić do nazwy Placu Fryderyka Wilhelma! Tylko stare 'zrzędy' (bo byli i tacy wśród nas Polaków) trzymali się zdala od ogólnej wrzawy. Utrzymywali oni, że cały ten entuzjazm był w zacznej mierze sztuczny, podsycany przez władze chcące wywrzeć na Cesarzu korzystne wrażenie".
Choć Polacy, zarówno według Ségura jak i Brandta, są przecież naprawdę entuzjastycznie nastawieni do sprawy francuskiej, traktuje się ich nie mniej brutalnie niż tak niechętnych jej Prusaków. Wojsko, ze swej strony, jest przerażone skrajną i zatrważającą biedą polskich wsi. "Co za kontrast", wykrzykuje Le Roy, "pomiędzy pięknymi niemieckimi wsiami, które dawały nam wszystko czego potrzebowaliśmy, a tymi małymi polskimi mieścinami, gdzie znajdowaliśmy tylko nieszczęsnych Izraelitów, często pokrytych robactwem i strupami". Pułkownik Lubin Griois z Artylerii Konnej Gwardii - wielki miłośnik opery włoskiej, oraz, w nie mniejszym stopniu, włoskich kobiet (chociaż nie odczuwa bynajmniej nienawiści do Niemek, pomimo oporów stawianych przez nie przy próbach uwiedzenia przed ostateczną kapitulacją) - zgadza się z tymi opiniami całkowicie:
"Skąpo zaludnione wsie leżą daleko od siebie, a miasta są zamieszkane prawie wyłącznie przez Żydów. Są one zresztą tak żałosne jak i ich mieszkańcy. Wszyscy chłopi są tu własnością swoich panów, których wspaniałe pałace stanowią jaskrawe przeciwieństwo biedoty wieśniaczych chałup. Ich przepiękne ogrody i liczna służba oferują luksusy i przepych nieznany we Francji. Ta część krajobrazu, która nie była zalesiona jak okiem sięgnąć pokryta była polami żyta, obiecującymi urodzajne żniwa. Lecz pola te szybko zostały zdewastowane, aby nakarmić nasze konie, bo znalezienie dla nich suchej paszy okazało się wielką trudnością".
Pułkownik St-Chamans, jadący na czele swojego 7 Pułku Szaserów, czuje odrazę do wypełniania rozkazów aby:
"zabrać całe ziarno, alkohol i bydło, jakie znajdziemy między Wisłą a Niemnem. Muszę przyznać, że było to bardzo okrutne z naszej strony, gdy po spędzeniu kilku dni w domu pana jakiejś wioski, czy też rolnika, który dobrze nas przyjął, często lepiej niż goszczono nas we Francji, dziękowaliśmy mu zabierając jego wozy, zboże i bydło. Nieszczęśliwi ci ludzie błagali nas z płaczem, abyśmy złagodzili surowość rozkazu, który sprawiał, że z względnego dostatku popadali w nędzę. Wydaje mi się, że wszyscy oficerowie próbowali zmniejszyć ich niedolę. Lecz nawet przy pewnych ustępstwach wyrządzaliśmy im dużo szkód".
Wszystko to staje się jeszcze bardziej okrutne, gdy samemu jest się Polakiem. Przejeżdżając przez Strzelno, między Poznaniem a Toruniem, Brandt składa krótką wizytę swoim rodzicom:
"Ta właśnie część dawnej Polski ucierpiała najbardziej. Po nieszczęściach wojny 1807 roku nastąpiły, nie dające chwili wytchnienia, niedole Blokady Kontynentalnej, epidemii wśród ludzi i zwierząt, teraz zaś - nieustannego przemarszu wojsk. Moi rodzice, niegdyś zamożni właściciele ziemscy, mieli ten bardzo drogi zaszczyt goszczenia najpierw marszałka Ney'a, a potem księcia Wirtembergii. Cały ich furaż został zabrany przez kolumny artylerii, a podczas prowadzonych dzień i noc rekwizycji zabrano im też konie. Jednym słowem, wszystko działo się tak, jak na ziemiach wroga, poza asygnatami rządowymi, spłacanymi dopiero po bardzo długim czasie. Te czterdzieści osiem godzin spędzonych w domu ojca oznaczało dla mnie tyleż godzin udręki".
Żadnej kobiecie, jakikolwiek nie byłby jej status społeczny, nie wolno przekroczyć Niemna. Wśród maszerujących tysięcy mężczyzn może ich być zaledwie kilka, rzecz jasna, oprócz potężnej rasy Mutter Courage39, cantini?res, czyli markietanek. "To był dobry zawód, zawód markietanki", pisze Elzéar Blaze:
"Panie te zazwyczaj zaczynały swoją karierę, podążając za żołnierzem, który wywołał w nich uczucie czułości. Najpierw widziano je idące piechotą z beczułką alkoholu przewieszoną przez ramię. Osiem dni później siedziały już wygodnie na znalezionym koniu. Z prawej, z lewej, z przodu, z tyłu, beczułki i suche kiełbaski, przemyślnie rozwieszone, aby stanowiły dla siebie przeciwwagę. Miesiąc nie dobiegał końca bez dwukonnego wozu, wypełnionego różnego rodzaju zapasami, będącymi dowodem wciąż rosnącego powodzenia ich fachu. Oficer nie znał większej przyjemności nad pożyczanie im pieniędzy. Mniej bały się ataków kozackich i band maruderów, niż tego, że któryś z ich niewypłacalnych dłużników może zostać zabity. W obozie zaś - namiot markietanki był dla kompanii salonem, barem i kawiarnią".
Oczywiście wiele z nich ma dzieci, zazwyczaj z całym szeregiem ojców, z których wielu zabiło swoich poprzedników w pojedynku. Niektórzy z chłopców zostaną doboszami. Lecz jeden z chirurgów generała Frianta, nazwiskiem Déchy, który wyjechał z Paryża "przy świetle ogromnego ogona tegorocznej komety", zabrał ze sobą swojego trzynastoletniego syna. Pod Mecklemburgiem spotykają oni 2 Dywizję Piechoty, "stojącą obozem wokół miasta, w polu widzenia brytyjskich fregat, które mogliśmy zauważyć z brzegu". Stamtąd udają się przez Toruń do Wystrucia, gdzie został rozstawiony ogromny park artyleryjski:
"22 czerwca o dziewiątej rano po mieście rozniosła się pogłoska. Żołnierze, w wojennym nastroju jakiego jeszcze nie widziano, pokryci kurzem ustawiali się w szyku bojowym na rynku. Byli to Grenadierzy Piesi Gwardii. Cała ludność zgromadziła się wokół nich",
a razem z nią i młody Déchy. Oto raz jeszcze zbliża się Napoleon. Ponieważ chodzą słuchy, że jest on już o mniej niż dwie godziny drogi od miasta, chłopak biegnie, aby powiedzieć o tym ojcu, który bezzwłocznie zakłada swój ciemny mundur - niebieski z żółtymi obszyciami - a także swój dwurożny kapelusz, i wyjeżdża na skraj miasta, na spotkanie Cesarza. Na rozstajach, kilometr za miastem:
"zobaczyliśmy na równinie obłok kurzu. Był to powóz Cesarza. Ciągnięty przez sześć małych miejscowych koni i powożony przez trzech wieśniaków, z mamelukiem na koźle, a eskortowany tylko przez kilku strzelców konnych, poruszał się powoli po piaszczystej drodze. Z lewej strony Cesarza zauważyliśmy śpiącego człowieka, którego głowa uderzając w oparcie opadła na ramię Jego Cesarskiej Mości".
Ojciec Déchy'ego od razu rozpoznał w śpiącym marszałka Berthiera, księcia Neuchâtel, szefa sztabu Napoleona i Wielkiej Armii:
"Na zakręcie koła powozu ugrzęzły głęboko w piachu i pojazd stanął. Naturalnym ruchem Cesarz wystawił głowę przez okno, popatrzył na nas i dał znak mojemu ojcu, aby podszedł bliżej".
Widząc, że jest on lekarzem dowodzącym szpitalem w Wystruciu, Napoleon chce wiedzieć, czy zdrowie jego pacjentów jest zadowalające. Dr Déchy odpowiada z dumą, że ostatni artylerzysta otrzymał właśnie świadectwo zdrowia. "Cesarz bardzo się ucieszył tą wiadomością, po czym spytał ojca, kim jest trzymane za rękę dziecko". Gdy usłyszał, że to jego syn:
"twarz Cesarza przybrała surowy wygląd. Rzekł on: 'Monsieur, to dziecko powinno być w szkole albo u matki, a nie tutaj. Jeżeli wydaje się rozkazy zabraniające kobietom podążania za armią, to powinny one a fortiori40 obejmować również dzieci.' Aby się usprawiedliwić, ojciec mój zaryzykował taką odpowiedź: zabierając mnie ze sobą nie oczekiwał, że znajdzie się tak daleko od Francji. 'Monsieur, każdy kto przynależy do armii, w jakimkolwiek charakterze, musi być przygotowany na wszystko'".
To krótkie spotkanie miało stać się wydarzeniem decydującym w życiu chłopca.
Tego samego dnia o zachodzie słońca przyszła kolej na mieszkańców miasteczka Wyłkowyszki, położonego dzień marszu od Niemna, aby zobaczyć:
"chmurę kurzu zbliżającą się drogą i usłyszeć fanfary oznajmiające zbliżającego się Cesarza. Pojawił się on kilka chwil później, siedząc samotnie w swoim powozie. Poprzedzało go pięciu trębaczy, a jego eskorta składała się z oficerów i podoficerów. Udał się prosto do zamku, gdzie przygotowano mu nocleg"5.
Jego gabinet, kontynuuje miejscowy ksiądz nazwiskiem Butkevicius, został urządzony w:
"otoczonym topolami wiejskim pawilonie. Na jego biurku leżały rozłożone liczne mapy. Pomimo panującego gorąca, Napoleon nie zdjął ciemnego płaszcza, ani małego kapelusza, który zwykł nosić rozmawiając ze swoimi generałami i marszałkami, którzy słuchali go z odkrytymi głowami. Przez warstwę pyłu widać było na twarzy Cesarza zmęczenie, irytację i niezadowolenie spowodowane wiadomościami, jakie otrzymał po drodze. Jego kiepski humor zmienił się w gniew, kiedy powiedziano mu, że nie tylko armii, ale nawet Gwardii brakuje żywności. Przez cały czas swojego pobytu był z pewnością w bardzo złym nastroju, bo dyktował listy strasznym głosem. Tej nocy nie spał w ogóle, a wszędzie wokoło ludzie organizowali piece do wypieku chleba".
Niewątpliwie tym właśnie "strasznym głosem" Napoleon dyktuje teraz wypowiedzenie wojny. Datowane w Wyłkowyszkach, 22 czerwca 1812, ma ono formę proklamacji do armii:
"Żołnierze! Rozpoczęła się Druga Wojna Polska. Pierwsza zakończyła się pod Friedlandem i w Tylży. W Tylży Rosja przysięgała być wiecznym sojusznikiem Francji i walczyć z Brytanią. Dziś łamie ona te zobowiązania. Odmawia też wyjaśnienia swego osobliwego postępowania, tak, że francuskie orły nie mogą powrócić za Ren, bo byłoby to równoznaczne z pozostawieniem naszych sojuszników zdanych na jej łaskę i niełaskę. Rosję porywa jej los, jej przeznaczenie musi się wypełnić. Czy myśli, że ulegliśmy degeneracji? Czyż nie jesteśmy żołnierzami spod Austerlitz? Zmusza nas do wyboru pomiędzy hańbą a wojną. Nie może być wątpliwości co do naszego wyboru. Maszerujmy więc dalej, za Niemen, i przenieśmy tę wojnę na jej terytorium. Druga Wojna Polska będzie tak samo chwalebna jak pierwsza, lecz pokój, jaki zawrzemy, będzie miał swą własną gwarancję. Przyniesie koniec zgubnym wpływom, jakie Rosja wywierała na stosunki w Europie przez ostatnie pięćdziesiąt lat. - Napoleon".
Wielebny Butkevicius nie jest bynajmniej w ciemię bity. Następnego dnia zaprasza Brandta na obiad, pokazuje mu łóżko, spaniem w którym rzekomo właśnie zaszczycił go Napoleon, jak również i stół, na którym podpisał deklarację wojny. A w zamian za zostawienie mu "przynajmniej jednego byka" oferuje Brandtowi "dwie butelki cesarskich likierów i kieliszek sznapsa dla każdego oficera". Później okazuje się, że butelki zawierają... wodę, co skłania Brandta do refleksji nad faktem, że łagodność charakteru rzadko bywa wynagradzana, a już na pewno nie na wojnie. Przed opuszczeniem Wyłkowyszek musi on jeszcze zarekwirować:
"stado 50 krów, pilnowanych przez bardzo ładną dziewczynę. Amarylis owa, widząc jak zabieramy jej trzodę, płacze w rozpaczy, załamuje ręce, a w końcu pada u mych stóp, błagając abym zostawił chociaż dwie krowy dla jej rodziców. Zrobiłem to bez pobierania jakiegokolwiek okupu, chociaż sprawiała wrażenie zdolnej do wielkich poświęceń byle tylko zmiękczyć me serce".
Doganiając ich następnego dnia, pewien młodszy oficer, który został z tyłu jako strażnik pułkowych bagaży, opowiada Brandtowi o:
"nieładzie, zamęcie i braku dyscypliny, które zdążyły już ogarnąć tę ogromną armię. 'Wszyscy', mówił, 'robią co tylko chcą, biorą skąd się da. Francuzi, Włosi, Wirtemberczycy, Badeńczycy, Bawarzy, nawet Polacy, plądrują okolicę jak chcą. Jeśli potrwa to jeszcze trochę, będziemy zjadać się wzajemnie, jak wygłodzone szczury. Cesarz musi być ślepy, jeśli nie zauważa tych nadużyć'".
Cesarz nie jest jednak ślepy. Przecenia tylko, jak zwykle, siłę i zasięg swojej władzy. Z Torunia napisał Berthierowi, by powiedział Davoutowi, że:
"kiedy dawałeś mu rozkaz dostarczenia żywności na dwadzieścia dni, zakładałeś iż zostanie to dokonane w sposób regulaminowy, bez pustoszenia całej okolicy; że terror i spustoszenie szaleją po Polsce i że powinien bezzwłocznie podjąć działania, aby ochronić kraj przed zniszczeniem. W przeciwnym razie znajdziemy się w takiej samej sytuacji, jak zdarzyło nam się to już w Portugalii".
Niebawem się w niej znajdą a nawet w jeszcze gorszej. Mimo wszysto, przejeżdżając przez ogromny las w pobliżu Pilwiszek, "mający 25 mil szerokości i 37 mil długości", z szybkością 15 mil na godzinę, Caulaincourt widzi, że jego pan nie ma powodów do niezadowolenia z rezultatów działalności Davouta:
"Oddziały maszerujące drogą prezentowały się wspaniale i przyjmowały Cesarza z prawdziwym entuzjazmem. Żołnierze I Korpusu odznaczali się porządnymi mundurami i ogólnym szykiem. Mogliby rywalizować z samą Gwardią. Cała ta masa młodzieży tryskała zapałem i dobrym zdrowiem".
Trafiały się jednak wyjątki. W lesie inny naoczny świadek wyprzedza "grubego majora na koniu, pędzącego maruderów za pomocą długiej laski; odpowiadają mu oni głośnymi obelgami".
3Wigilia sw. Jana nad Niemnem
"Teraz musimy zwrócić, co do nas nie należy" -"miał wesołą, nawet figlarną minę" - ginie kociołek majora Le Roya - Dumonceau natyka się na I Korpus - w cieniu sosnowych gałęzi - zdumiewające widowisko - rajskie ptaki - stan liczebny wojska - Gwardia Cesarska - kawaleria - weterani - trzy kategorie oficerów - rekruci w Poznaniu - zbyt młoda armia - ogromne tabory - "Cóż za tłum protegowanych!" - Napoleon spada z konia - "zbrojny spacerek do Petersburga i Moskwy"
W wigilię Świętego Jana 1812 roku, polski patriota, hrabia Roman Sołtyk odpoczywa na biwaku niedaleko "leniwych żółtych fal" Niemna i zapewne opędza się od komarów, tak licznych na tych szerokościach geograficznych o tej porze roku, kiedy:
"powóz zaprzężony w sześć rączych koni przybył żwawym kłusem drogą z Królewca i zatrzymał się gwałtownie pośrodku naszego obozu. Eskortowany był tylko przez paru Szaserów Gwardii, których rumaki były tak wyczerpane, że wprost nie mogły złapać tchu".
Sołtyk jest oficerem artylerii. Jego przyjaciel, Józef Grabowski nazywa go "przystojnym mężczyzną, trochę samochwałem, który zawsze robił dobre wrażenie na Francuzach, mówiąc ich językiem z wszystkimi jego zawiłościami. Ponadto był wybitnym znawcą teorii i praktyki artylerii". Można sobie wyobrazić podniecenie Sołtyka kiedy:
"drzwi powozu się otworzyły i ujrzeliśmy Napoleona, żwawo wyskakującego ze środka. Miał na sobie swój mundur Szaserów Gwardii a towarzyszył mu Berthier. Nie pojawił się żaden z jego adiutantów. Zaraz potem, samotnie, przybył galopem generał Bruy?res. Cesarz, widocznie bardzo zmęczony podróżą, miał zatroskaną minę i zdawał się być czymś pochłonięty".
Sołtyk i inni oficerowie podbiegają do powozu:
"Zbliżywszy się na parę kroków do naszego majora, Napoleon zapytał o dowódcę pułku. Nie przejmując się nieobecnością pułkownika, który wciąż jeszcze odpoczywał, major Suchorzewski odpowiada, że go zastępuje i czeka na rozkazy Cesarza. Po takiej prezentacji Napoleon zaczął wypytywać, która droga prowadzi nad Niemen, gdzie znajdują się nasze wysunięte placówki, oraz podnosić kwestie dotyczące miejsca pobytu Rosjan. Tak to nas przesłuchując, powiedział, że chciałby się przebrać i poprosił o polski mundur.1 Ustalono bowiem, a nawet wydano rozkaz, że żaden francuski żołnierz nie może być zauważony przez Moskali. Napoleon zdjął więc swoją kurtkę mundurową, a książę Neuchâtel, Suchorzewski, ja sam i pułkownik Pągowski, który właśnie nadbiegł, uczyniliśmy podobnie. Tak samo uczynił też generał Bruy?res".
Teraz jest więc:
"nas pięciu czy sześciu, stojących wokół Cesarza w samych koszulach i trzymających mundury w rękach w samym środku naszego biwaku. Szczególny to widok! Ze wszystkich tych mundurów, kurtka i furażerka pułkownika Pągowskiego najlepiej pasowały na Cesarza41. Początkowo proponowaliśmy mu czapkę oficera lansjerów, lecz odmówił, uważając ją za zbyt ciężką. Wszystko to zabrało tylko kilka minut. Berthier także założył polski mundur. Szybko przyprowadzono dwa konie pułkownika. Jednego dosiadł Napoleon, zaś drugiego Berthier. Ponieważ tego dnia służbę na wysuniętych placówkach pełniła kompania porucznika Zrelskiego, on to właśnie został odkomenderowany, aby towarzyszyć Cesarzowi w charakterze przewodnika".
Wyprawa skierowała się do wioski Aleksiota, trzy mile w dół rzeki, "położonej naprzeciwko, a oddalonej jedynie o dystans strzału armatniego od małego, otoczonego murami miasta o nazwie Kowno". Trzy dni wcześniej Sołtyk, z tego samego miejsca narysował mapę wschodniego brzegu Niemna. Tutaj:
"Cesarz zsiadł z konia na dziedzińcu należącego do lekarza domu, którego okna wyglądały na Niemen i dawały mu dobry widok na okolicę. Nie pokazując się, z końmi dobrze ukrytymi na dziedzińcu, doskonale rozpoznawał teren. Po powrocie na nasz biwak, chce się dowiedzieć szczegółów o pozycji nieprzyjaciela. Pyta się mnie, gdzie są główne siły Moskali, czy na lewym, czy na prawym brzegu Wilii? Bez wątpienia chciał wiedzieć, czy droga do Wilna stoi otworem".
Jeden rzut oka na mapę ukazuje sens tego pytania Napoleona. To w Kaunas - znanym wtedy jako Kowno - wpada do Niemna wijąca się na zachód od Wilna rzeka Wilia. Napoleon, jak zwykle, przyłapał swojego wroga podczas manewrów.2 Oto Pierwsza Armia Zachodu Barclaya de Tolly jest oddalona o 75 mil i skoncentrowana wokół Wilna. Druga Armia Zachodu Bagrationa znajduje się 75 mil w górę Niemna, pod Grodnem. Czy jego wrogowie nigdy niczego się nie nauczą? Jego planem jest rozbić ich całkowicie, tak jak uczynił to podczas swej pierwszej kampanii w 1796 roku. I tym razem, ma on przytłaczające ilości wojsk, które pozwolą mu tego dokonać.
Chroniona na skrzydłach wzdłuż północno zachodniego brzegu Wilii przez II Korpus Oudinota, z ogromnym zgrupowaniem Murata (I, II, III i IV Korpusy Kawalerii Rezerwowej) na czele, główna siła uderzeniowa, składająca się z - w większości francuskiego - I Korpusu Davouta i Wirtemberczyków Ney'a (III Korpus), wspierana zaś przez Gwardię Cesarską, skieruje się prosto na Wilno. Podczas gdy Oudinot będzie spychał fiński korpus Wittgensteina na północ, w kierunku Petersburga, X Korpus (w większości pruski) Macdonalda, znajdujący się jeszcze dalej w dół Niemna, koło Tylży, podąży na północ i nad Bałtykiem rozpocznie oblężenie Rygi. W tym samym czasie, daleko w górę rzeki, pod Grodnem, trzy kolejne korpusy armii - Polacy Poniatowskiego (V), Sasi Reyniera (VII) i Westfalczycy Vandamme'a (VIII) - nadciągający od strony Warszawy, uderzą na Bagrationa. Jednocześnie nie pozwoli mu się na połączenie z Barclayem, dzięki atakowi na skrzydło przeprowadzonemu przez IV Korpus (w większości włoski) Eugeniusza. Wspierać go będą Bawarzy Saint-Cyra (VI), którzy mają przekroczyć Niemen w połowie drogi między Kownem a Grodnem, w Pilonie, chroniąc w ten sposób również prawe skrzydło głównej siły uderzeniowej, zmierzającej w kierunku Wilna. Barclay, a następnie Bagration, znajdą się w pułapce między przeważającymi siłami i wojna skończy się - zgodnie z przewidywaniami - w ciągu dwóch lub trzech tygodni. Tak oto przedstawia się perfekcyjnie opracowany plan Napoleona i nie ma żadnego powodu, dla którego miałby się on nie powieść.
Po uwzględnieniu wszelkich ewentualności, Polacy wracają na biwak. Wracając, Sołtyk zauważa:
"widoczną zmianę na twarzy Cesarza. Miał teraz wesołą, a nawet figlarną minę. Z pewnością rozkoszował się myślą o niespodziance, jaką szykował Moskalom na następny dzień, a której wynik z góry przewidział. Przynieśliśmy mu coś na ząb, posilił się stojąc jeszcze między nami na środku głównej drogi. Zmiana ubioru zdawała się sprawiać mu przyjemność i pytał nas aż dwa razy, czy jest mu do twarzy w polskim mundurze. Po śniadaniu powiedział ze śmiechem: 'Teraz musimy zwrócić, co do nas nie należy'. Zdejmując pożyczony strój powrócił do munduru Szaserów Gwardii, wspiął się do powozu i, w towarzystwie Berthiera, natychmiast odjechał".
Niedaleko od biwaku Sołtyka, choć z niego niewidoczny, "na rozległej równinie wśród wysokich zbóż", znajduje się jeszcze jeden biwak, którego ludzie, noszący mundury w polskim stylu, nie są jednak Polakami lecz Holendrami. To 2 ("Czerwony") Pułk Lansjerów Gwardii Cesarskiej. Belg, kapitan Franciszek Dumonceau jest w nim dowódcą 6 kompanii
2 szwadronu. W doskwierającym upale - temperatura przekracza już 30 stopni - z trudem toruje sobie drogę przez te ogromne masy ludzi podążające jedyną drogą przez las koło Pilwiszek. Jego pułk jest już postawiony w stan gotowości bojowej, z załadowanymi karabinkami. Chociaż nikomu nie wolno zsiadać z konia, ich sierpy wreszcie się przydały do zbioru na wpół dojrzałego zboża. Na całe szczęście, ich biwak znajduje się w pobliżu małego strumyka. Jeśli chodzi o wikt, to:
"mądra opatrzność właśnie wprowadziła na scenę trzy woły, by uzupełnić to co zostało z naszych, wydanych jeszcze przedwczoraj, zapasów. Brakowało nam niestety drewna do obozowych ognisk i musieliśmy chodzić daleko, aby zdobyć go choć trochę. Około siódmej wieczorem, kiedy właśnie rozkładaliśmy się na noc, przeszła nad nami gwałtowna burza, przez ponad pół godziny zalewając nas strugami deszczu".
W tej samej chwili pięć batalionów 85 Pułku Piechoty Liniowej wciąż jeszcze przedziera się przez las, a kiedy zrywa się ta straszliwa burza i zaczyna zacinać deszcz, major Le Roy, jego przyjaciel porucznik Jacquet i zawsze pomysłowy i zaradny "sowizdrzał" (służący) Wilhelm zostają w mgnieniu oka przemoczeni do suchej nitki. Wszędzie wokół nich burza z hukiem powala sosny i świerki, a ogromne błyskawice, uderzające w najwyższe sosny, wznieciły pożar lasu, o którym Dumonceau myśli, oglądając się przez ramię, że to zasłona dymna "rozpalona umyślnie, aby ukryć koncentrację armii".
Powiedzenie, że armie maszerują na swoich żołądkach, do żadnego z tysięcy oficerów, zbliżających się tego dnia do Niemna, nie odnosi się bardziej niż do Le Roya. Jest to naprawdę mocno korpulentny człowiek, zaśjego pamiętnik to głównie opis sposobów, wjakie zdobywał swój codzienny obiad, oraz dań które się na niego składały. Niestety, ledwo jego batalion wynurzył się z lasu zdającego się nie mieć końca i rozbił biwak na kolejnym mokrym polu, Wilhelm z przerażeniem odkrywa, że żelazny kociołek majora, jego największy skarb, gdzieś się zgubił - razem z ich racjami ryżu! "Musiało się to stać już po wyjściu z lasu", mówi zawsze optymistycznie nastawiony Wilhelm. "W rzeczy samej", Le Roy na to, "a ponieważ już i tak jesteś przemoknięty, możesz wrócić się tą samą drogą. Na pewno go znajdziesz. No, biegnij już i sprowadź z powrotem naszą karmicielkę".
Jak powiedziano, tak i zrobiono. Kociołek zostaje odnaleziony przy drodze, - co zdumiewające - wraz ze schowanym w środku ryżem. Niedaleko stacjonuje inny pułk I Korpusu, 57 Pułk Piechoty Liniowej. Ajeden z jego poruczników, dwudziestojednoletni Aubin Dutheillet, patrzy jak jego ludzie:
"szlachtują tyle krów i innych zwierząt, idących za każdym oddziałem, ile tylko nam potrzeba, robią zupę z mąki i pieką placki na żarzących się węglach ognisk".
Nie wszystkie oddziały są jednak tak dobrze zaopatrzone. Pomimo wszystkich starannych przygotowań - kompanii murarzy i piekarzy, którą Davout wysłał naprzód, by budowała piece chlebowe na brzegu rzeki, "ogromnych stad i trzód, oraz olbrzymich parków obładowanych żywnością wozów, jakie każdy pułk ciągnął za sobą nad Niemen", itd., - niektóre oddziały, należące do mniej zdyscyplinowanych korpusów, już teraz zaczynają odczuwać głód.
Będąc niezwykle spostrzegawczym człowiekiem, dwudziestodwuletni Dumonceau widzi ze swojego "samotnego stanowiska obserwacyjnego":
"kilku maruderów i pojedyncze, osamotnione wozy szukające swoich oddziałów na szerokiej równinie. Tylko po naszej lewej, w sąsiedztwie Naugardyszek, mogliśmy rozpoznać małą grupkę białych namiotów, jak nam się wydawało, cesarskich. Ogarnięty byłem pragnieniem ujrzenia na własne oczy forsowania Niemna, które, jak sądziliśmy, odbywało się właśnie w tym momencie",
Dumonceau prosi o pozwolenie żeby pójść i popatrzeć. Dostaje je. Wsiada na konia i odjeżdża. Jego koń to "wspaniała polska klacz półkrwi, ciemnogniada pięciolatka, dobrze zbudowana, pełna wigoru i żwawości" o imieniu Liesje. Kiedy ją kupował w Prusach Wschodnich, jej splątana grzywa zwisała do kolan, ajej poprzedni właśniciel błagał go "ze łzami w oczach, by jej nie rozplątywał, bo życie zwierzęcia od tego właśnie zależy". Lecz Liesje musiała poddać się grzebieniowi, nożycom i wędzidłu, i z trzech koni Dumonceau stała się jego ulubienicą:3
"Przedzierając się przez kurtynę lasów ograniczającą nasz horyzont, docieram do krańca wyżyny. Tam, poprzez przerwy w gęstym listowiu zarośli, dostrzegam rzekę. Jej żółtawe wody, płynące korytem szerokim na około 50 metrów, podmywały podnóże naszego wzniesienia, okrążając coś na kształt cypla na drugim brzegu i odsłaniając nieprzerwaną równinę, piaszczystą i opustoszałą, długą na około trzy mile, a szeroką na może trzy czwarte. Jedynym widocznym obiektem była tam mała szopa, oskrzydlona dwiema uschniętymi, podobnymi do parasoli sosnami".
Nigdzie jednak nie widać ani śladu wroga, ani nawet mieszkańców:
"Nie powstał jeszcze żaden most, nie dało się też jeszcze zauważyć jakichkolwiek oznak przygotowań do jego budowy. Wszędzie panowała jedynie głęboka cisza. Jednak daleko po mojej lewej, naprzeciwko cypla, wydawało mi się, że widzę jakieś oddziały. Jadąc w tamtą stronę, natykam się na kolumnę artylerii, sunącą w dół bardzo wąską, pustą drogą. Podążając jej śladem, docieram do kotliny, szerokiej na trzy czwarte mili, otoczonej wysoczyzną, a położonej naprzeciwko zakola rzeki. W samym środku tego zagłębienia wyrastał mały pagórek w kształcie ściętego stożka, wysoki na sześć czy siedem metrów. Po jego pochyłości wciągnięto od tyłu dwa działa. Siedząc tak, osłonięty krzakami, zobaczyłem, że zostały one wycelowane w przeciwległy brzeg. U podnóża pagórka znajdowało się duże gospodarstwo".
W tym momencie Dumonceau zauważa za gospodarstwem:
"imponującą masę piechoty ustawioną w szyku, w kilku bardzo długich szeregach. Za piechotą stało kilka podobnych szeregów artylerii i kawalerii, zaś z przodu - masa pontonów, załadowanych na dwukołowe wozy. Był to korpus marszałka Davouta, odpoczywający w ciszy, pod bronią. Chciałem ich ominąć i dostać się bliżej brzegu, ale zatrzymał mnie wartownik, stojący na podejściach do biwaku, mówiąc, że ujawnianie się zostało zabronione. Czekali oni tutaj na nadejście nocy i ostateczny rozkaz rozpoczęcia przeprawy".
Zwiad Napoleona w polskich mundurach, jak zanotował w swoim pamiętniku Caulaincourt, został przeprowadzony rankiem:
"Przybył on do Naugardyszek o 1 rano. Wsiadł na Gonzalona. Miał na sobie polski płaszcz i czarną jedwabną czapkę. Wyruszył z generałem Haxo, księciem Neuchâtel oraz Wielkim Koniuszym, w celu przeprowadzenia rozpoznania Niemna. Jechał wzdłuż lewego brzegu rzeki od miejsca poniżej Kowna do miejsca oddalonego od miasta o półtorej ligi42 w górę Niemna. Wrócił do Naugardyszek o 3 po południu i udał się do swojego namiotu".
Na innym pagórku, około 300 kroków od brzegu rzeki i kilka jardów od cesarskich namiotów w biało-niebieskie pasy, saperzy Gwardii zaimprowizowali baldachim z sosonowych gałęzi. Napoleon spędza pod nim rzecz jasna jakąś część dusznego popołudnia, oglądając dywizje wyłaniające się z lasu pod Pilkowiszkami i ustawiające się na pochyłej równinie. Wyjątkowy totumfacki marszałka Oudinota, "grenadier" Franciszek Pils4 znajduje wolną chwilę, by wyjąć swoje akwarele i naszkicować tę scenę. Poza samym Napoleonem, rozróżnić można jedynie jego armeńskiego mameluka Rustama Razę5, który stoi obok, trzymając wodze jednego z sześciu siwych arabskich koni Cesarza.
Kiedy około południa pojawiają się adiutanci Berthiera, jeden z nich, przyszły malarz tych niemalże baletowych scen bitewnych, baron Ludwik-Franciszek Lejeune,6 uważa widok roztaczający się z cesarskiego pagórka za:
"najbardziej zadziwiające, najbardziej pompatyczne i najbardziej podnoszące na duchu widowisko, jakie można sobie wyobrazić.
Ze wszystkich widoków, ten tak uwypuklający potęgę zdobywcy, - zarówno materialną jak i moralną - upajał go i odurzał. Przed naszymi oczyma, wokół najwyższego punktu, na którym się znajdowaliśmy, zgromadzono siedmiu panujących książąt, był tam również król Murat w swoim teatralnym kostiumie, na czele kawalerii oraz najprzystojniejsi mężczyźni całej Europy w mundurach galowych. Towarzyszyły im także z pewnością wszystkie ówczesne najlepsze konie. W oddali, równinę pokrywały zmasowane bataliony, ich błyszczące bagnety odbijały gorejące słońce, którego drgające blaski widoczne były w wodach rzeki ijezior zmarszczonych lekkim powiewem wiatru. Saluty tysięcy trąbek i bębnów oraz entuzjastyczne okrzyki witały Cesarza jak tylko się pojawiał: oddanie i dyscyplina, które wkrótce miały wprawić w ruch cały ten tłum, którego ogrom gubił się gdzieś na horyzoncie, ze swoim uzbrojeniem migoczącym niczym gwiazdozbiory - wszystko to wzmacniało naszą ufność w wodza, który nas prowadził".
Przez cały dzień dywizje, jedna za drugą, wynurzają się z lasu. Gdy na wyżynie pojawia się 2 Pułk Kirasjerów z I Korpusu Kawalerii Rezerwowej Nansouty'ego, starszy sierżant August Thirion7 widzi:
"teren tak zapchany ludźmi i końmi, że z trudnością znaleźliśmy miejsce na biwak. Żadne mrowisko nie jest chyba tak ruchliwe. Zaś różnorodność mundurów, poruszających się we wszystkich kierunkach, hałas jaki czyniły owe tłumy, i bezustanny zgiełk bębnów, trąbek i orkiestr czyniły chwilę uroczystą a całą scenę - niezwykłą".
Inną z niewyraźnych postaci na cesarskim pagórku jest Planat de la Faye8. Porucznik w taborach artylerii, ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu został mianowany adiutantem generała Lariboisi?re, niegdyś kompana od stołu porucznika Napoleona Bonapartego, a teraz głównodowodzącego całej artylerii Wielkiej Armii. Choć zaoferowanie takiego stanowiska zwykłemu porucznikowi jest wydarzeniem bez precedensu, Planat, mogąc wybierać pomiędzy sumą 1800 a 2500 franków rocznie i perspektywą dalszych korzystnych awansów w sztabie Lariboisi?re'a, naturalnie skorzystał z nadarzającej się okazji, która między innymi pozwoli mu wysyłać więcej pieniędzy do domu swoim dwóm uboższym braciom, zwłaszcza że "w czasie kampanii prawie nic się nie wydaje, a zwyczajne wojskowym rozrywki nie przypadły mi do gustu". Planat jest bliskim przyjacielem syna Lariboisi?re'a, Honoriusza, który także jest adiutantem:
"Nie było niczym nadzwyczajnym spotkać synów generalskich usytuowanych w ten sposób. Miało to zaszczepić w nich najlepsze cnoty wojskowe. Lecz najsroższy generał prawie zawsze jest najsłabszym i najpobłażliwszym z ojców".
Choć wzbogacony srebrnymi sznurami naramiennymi - odznakami oficera sztabowego - stalowoszary mundur Planata nie może się jednak równać z czymś tak spektakularnym jak ten zaprojektowany przez Lejeune'a dla siebie i swoich arystokratycznych kolegów ze sztabu Berthiera:
"Szkarłatne, przylegające do ciała spodnie, z dwoma złotymi lampasami po bokach nogawic, błękitny mentyk wykończony futrem białego lisa i, na piersi, złote brandenburskie szamerunki, przecięte na ukos szerokim szkarłatnym pasem naramiennym. Wysoki hełm huzarski nowego typu, z czarnym czubkiem, również szkarłatny, chlubił się odwróconym złotym szewronem z każdej strony, oraz otokiem - także ze złotego szamerunku. Zwisająca szkarłatna szabraka była również obszyta złotym szamerunkiem, a pośrodku miała złotego orła",
do którego to obrazu sekretarz Fain dorzuca jeszcze kilka uzupełniających szczegółów. Czako, według jego opowieści, było:
"ozdobione egretą z czaplich piór, a efekt wywierany przez ów mundur potęgowały jeszcze złocone sznury i cała masa złotych chwościków i guzików. Wspaniała jedwabna złota szarfa, mała ładownica, szabeltas43 i damasceńska szabla dopełniały obrazu.
Ich koniami paradnymi były siwe arabskie rumaki z rozwianymi długimi, jedwabistymi grzywami oraz huzarskimi wędzidłami ozdobionymi kutasami i złotymi kitkami".
Tak świetny i wspaniały jeździec, pełen dumy i wigoru, nie może oczywiście siedzieć na niczym innym jak na "ozdobnej złotem i szkarłatem skórze lamparciej", oblamowanej również złotem i ozdobionej szkarłatnymi chwostkami. Jeden z kolegów Lejeune'a posunął się nawet do przyszycia do swojego mentyka diamentowych guzików.9
Ilu ludzi zebranych zostało tego dnia nad Niemnem? Ile koni? Ile dział? Najbardziej autentyczny - choć niekoniecznie najbardziej dokładny - szacunek znajduje się na kawałku papieru, zachowanym później przez ambitnego, zazdrosnego i obdarzonego gorącym temperamentem pierwszego oficera ordynansowego Napoleona, dwudziestoośmioletniego Gasparda Gourgauda.10 "Cały zabazgrany pismem Cesarza", papier ten podaje 350 000 jako całkowitą liczbę walczących, w tym 155 000 Francuzów (w co wliczano Holendrów), 162 000 sprzymierzeńców a także 984 działa.
Cr?me de la cr?me to oczywiście Gwardia Cesarska. Stanowi ona sama w sobie korpus armijny, ze swoimi własnymi pułkami piechoty, saperów, kawalerii i artylerii. Zarówno jej oficerowie jak i szeregowi zostali starannie wybrani z pułków liniowych. Coignet widział, jak pojawiali się w koszarach w Courbevoie. Każdy z nich służył co najmniej od pięciu lat, biorąc udział przynajmniej w dwóch kampaniach, i miał teraz otrzymywać płacę odpowiadającą stopniowi wyższemu niż posiadany w pułku liniowym. Artyleria Gwardii była imponująca. Major Jan Franciszek Boulart, człowiek w wolnych chwilach lubiący grać na flecie, przeprowadził jedną z trzech kolumn artylerii Gwardii przez całą drogę z koszar w La F?re, koło Paryża. W swoich wysokich bermycach bez emblematów i w ciemnoniebieskich mundurach z czerwonymi wykończeniami, jego artylerzyści stanowili, jak mówi:
"wspaniały obiekt ogólnego podziwu. 5 czerwca Cesarz dokonał przeglądu mojej artylerii. Nie był to człowiek, który lubił prawić komplementy, lecz musiał przyznać, że bardzo mu się podobała. Był tak uprzejmy, że spędził dużo czasu w moim towarzystwie".
Gwardia rządzi się według własnych praw. Nie respektuje nikogo spoza swojej hierarchii. Określa się ją sarkastycznie mianem "nieśmiertelnych", ponieważ przynajmniej jej oddziały piechoty, praktycznie nigdy nie walczą. Jej podstawową funkcją jest zadanie nieprzyjacielowi ostatecznego ciosu w czasie bitwy, a w razie niewyobrażalnej ewentualności odwrotu ("słowo to nie jest znane w armii francuskiej") stworzenie czegoś w rodzaju maszerującego bastionu. Dostają się jej również wszystkie frukta. Nawet jeśli nie jest największa ze wszystkich korpusów (korpus Davouta składa się z 70 000 ludzi), to Gwardia ta, licząca 43 000 żołnierzy - plus 8300 Polaków z Legii Nadwiślańskiej Clapar?de'a i Heskiej Gwardii Królewskiej - jest z pewnością najpotężniejsza.
Wiele z pozostałych pułków kawalerii to szczególnie doborowe formacje. 23 Pułk Szaserów majora Marcelina Marbota11 z II Korpusu Oudinota, liczący sobie - zupełnie wyjątkowo - 2000 jeźdźców, był tak wspaniałym pułkiem, że ów beau sabreur44 powiada o nim, iż nigdy nic podobnego nie widział, ani już więcej nie zobaczy:
"Nie żeby składał się z samych niezwykłych osobników o niedoścignionych zaletach, lecz nie było w nim po prostu nikogo, kto nie wypełniałby swoich obowiązków. Wszyscy dotrzymywali kroku wszystkim, zarówno pod względem odwagi jak i zapału. Wszyscy oficerowie, inteligentni i odpowiednio wykształceni, żyli jak prawdziwi towarzysze broni. Tak samo było z podoficerami. A ponieważ szeregowcy brali z nich dobry przykład, także i oni żyli w doskonałej harmonii. Prawie wszyscy byli starymi weteranami spod Austerlitz, Jeny, Friedlandu i Wagram; większość chlubiła się potrójnym lub podwójnym paskiem45 Generał Bourcier, którego zadaniem było znalezienie wierzchowców dla tych wielkich mas kawalerii, wyznaczył 23 Pułkowi Szaserów najwyższe i najlepsze konie, jakie udało mu się zdobyć. Dlatego też pułk ten był znany jako karabinierzy lekkiej kawalerii".
Jan Michał Chevalier, służący od dawna jako porucznik Szaserów Gwardii Cesarskiej, jej najstarszego pułku kawalerii, uważa, że Kirasjerzy
Lejbgwardii Saskiej "nie są zbyt eleganccy, w żeliwnych kirysach ważących 30 lub więcej funtów46 i w kaskach w rzymskim stylu", natomiast niektóre pułki Gwardii Włoskiej, jak powszechnie uważano, są zaiste znakomite. Dla Gwardii Neapolitańskiej Murata, olśniewającej w swych błękitnych lub żółtych mundurach, "markiz Livorno stworzył jeden z najpiękniejszych pułków jaki można sobie wyobrazić. Zwołał starych francuskich i niemieckich wojskowych i dał im przykład inicjatywy i ścisłej dyscypliny". Guardia d'Onore Królestwa Włoch, adiutantem której jest również Cezary de Laugier:
"składa się z młodych ludzi z najlepszych włoskich rodzin. Każda z nich wspiera syna kwotą 1200 franków rocznie [gaża porucznika pułku liniowego]. Zwraca ona na siebie uwagę swymi pięknymi mundurami i dobrą dyscypliną".
Starszy sierżant kirasjerów Thirion rozczula się:
"Nie widziano dotąd piękniejszej kawalerii! Nigdy pułki nie osiągnęły tak wysokiej sprawności. Nigdy też kawaleria nie dysponowała tak dobrymi końmi. Tak liczebne były nasze pułki, iż uznano, że wystarczą trzy, aby utworzyć dywizję".
Jednocześnie krytycznie podchodzi do sposobu jej organizacji i dowództwa:
"Każdy pułk był sam w sobie brygadą, z generałem brygady jako dowódcą: błędna to jednak była organizacja, bo pułk nie jest dowództwem godnym generała, a niszczyło to również autorytet pułkownika".
Również wszystkie liniowe pułki piechoty mają jako "kręgosłup" weteranów - ludzi takich jak kapitan Karol François z 36 Pułku Piechoty Liniowej, zwany "Dromaderem z Egiptu", bo bił się pod piramidami i był kiedyś tureckim niewolnikiem. Ségur powiada, że takich starych wiarusów łatwo można było rozpoznać:
"po ich marsowych minach. Nic nie mogło ich poruszyć. Nie mieli innych wspomnień, ani też żadnej innej przyszłości, oprócz wojaczki. Nigdy o niczym innym nie rozmawiali. Oficerowie albo byli ich godni, albo się takimi stawali, bo aby egzekwować wyższość swojego stopnia wobec takich ludzi trzeba było móc pokazać im swoje rany i świecić własnym przykładem".
De Laugier - wciąż brnący przez Polskę wśród upałów w kierunku Pilony - zauważa, że jego włoscy wiarusi, ludzie którzy walczyli w Hiszpanii, biorąc między innymi udział w oblężeniach Saragossy i Gerony:
"zachęcają nowych przybyszów swoimi wojennymi opowieściami tak, że rekruci się ożywiają. Ciągły marsz polepsza ich żołnierską postawę. Przez tak częste podkreślanie swoich osiągnięć wojskowych, weterani zobowiązują się do udowodnienia swoim postępowaniem tego, co kazali o sobie sądzić innym".
Jeśli wielu z tych "starych" uczestników kampanii, ludzi około trzydziestki czy czterdziestki, nigdy nie otrzymało awansu, to działo się tak zazwyczaj dlatego, że nie umieli czytać ani pisać. Inny ze znakomitych adiutantów Berthiera, major Montesquiou de Fézensac, potomek jednej z najstarszych francuskich rodzin wojskowych, który zaciągnął się jako szeregowy w czasach Obozu w Boulogne4, dzieli ówczesnych oficerów armii na trzy kategorie:
"Pierwsza kategoria, składająca się z niedawnych absolwentów szkół wojskowych, zapalonych, wyszkolonych, ale też niedoświadczonych i mało rozwiniętych fizycznie, z początku nie była zdolna podołać nadmiernym trudom kampanii. Druga kategoria, wręcz przeciwnie, składała się z byłych podoficerów, których całkowity brak wykształcenia powinien był powstrzymać ich dalszy awans, otrzymali oni jednak nominacje oficerskie, aby podtrzymać ducha rywalizacji i uzupełnić ogromne straty, spowodowane tak morderczymi kampaniami; byli to znakomici żołnierze, odporni na zmęczenie, znający z długiej praktyki wszystko to, czego w niższych szeregach może nauczyć wojna. Trzecia kategoria, mieszcząca się gdzieś pośrodku między dwiema poprzednimi, składała się z wykształconych oficerów w sile wieku, ukształtowanych przez doświadczenie i pełnych szlachetnej ambicji wyróżnienia się i zasłużenia na dalszą karierę. Niestety tych było właśnie najmniej".
Do której z tych trzech kategorii zaliczyłby on sierżanta - mającego niedługo zostać podporucznikiem - Jana Rocha Coigneta? Z pewnością do drugiej. Gwardzista musiał mieć co najmniej 5 stóp 7 cali wzrostu47. A ten mały sierżant musztry 2 Pułku Grenadierów Pieszych Gwardii przeszmuglował się tylko dzięki wypchaniu butów talią kart. Jak już wiemy, dopiero niedawno nauczył się on abecadła, z pewnością mając na oku ten tak niezwykle pożądany patent oficerski, który "w czasie kampanii mógł oznaczać różnicę między życiem a śmiercią", zwłaszcza jeżeli ktoś miał pecha - jakiego mieli i Le Roy i Fézensac w 1807 - i dostawał się do niewoli. Na razie jednak, tego upalnego dnia nad Niemnem, Coignet jest odpowiedzialny za część Skarbu Cesarskiego.12
Jeśli pułki ustawione na brzegu rzeki tego gorącego popołudnia mają jakąś słabą stronę, to jest nią zbyt duża ilość młodych żołnierzy. Żaden pułk I Korpusu nie jest mocniejszy od 85 Pułku Liniowego. Kiedy jednak Le Roy dołączył do niego w Prusach Wschodnich, stwierdził, że jego batalion "składał się niemal całkowicie z młodych żołnierzy, potrzebujących dużo opieki, nie żeby", dodaje, "miało to ich uchronić od takich samych wymagań, jakie stawiamy naszym weteranom, albo od maszerowania tak samo długo". Już teraz, po trzydniowym marszu przez Polskę, zaledwie cztery piąte wojska dotarło nad Niemen. Średni wiek kolegów Bourgoinga, młodszych oficerów z 5 Pułku Tyralierów Gwardii, niewiele przekracza dwadzieścia lat.