Rozdział 2 - Wyprawa donikąd
Przeanalizowaliśmy szczegóły trasy. Droga do naszego celu wiedzie pośród pól i łąk. Drzewa w tej okolicy to rzadkość, ciężko zatem będzie o kawałek cienia, jeśli dzień będzie słoneczny.
Przed południem zorganizowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy. W markecie rozpoczęliśmy od półek ze sprzętem turystycznym. Wybraliśmy czteroosobowy namiot w kolorze granatowym, by w nocy zlewał się z ciemnością i pozostał niezauważony przez niektóre stworzenia (nie mam tu na myśli komarów). Następnie śpiwory, plastikowe bidony, otwieracz do puszek, lina, noże harcerskie i latarki (zakup najważniejszy).
Następnie przeszliśmy do działu z żywnością. Do kosza z zakupami wrzucaliśmy głównie przetwory konserwowe w puszkach z uwagi na ich dłuższą trwałość, łatwość transportu i wytrzymałość. Dalej zapasy wody mineralnej, kiełbaski, ketchup, pieczywo i trochę słodyczy.
Wspólnie ustaliliśmy, że wyruszymy jutro z samego rana, spod budynku poczty.
*
Stado wampirów otoczyło mnie z każdej strony i nie mam już drogi ucieczki. Za chwilę zginę lub stanę się wampirem. Z opresji ktoś mnie ratuje, ale nie widzę kto, bo właśnie budzik postanowił zadzwonić. W pierwszym momencie przebudzenia nie wiem jeszcze, co się dzieje, gdzie jestem i czy jestem bezpieczna. A potem, jak już nawiążę kontakt z rzeczywistością, rozpoczyna codzienny rytuał porannej toalety. Mycie zębów, twarzy. Rozczesywanie włosów, które sterczą we wszystkie strony. Dziś pozostało mi wypocząć i zebrać siły na jutrzejszy dzień. Plecak spakowałam wczoraj. Jeszcze przez jakiś czas studiowałam trasę naszej wyprawy.
*
- Czy wszyscy wzięli potrzebne rzeczy?
- Jasne. Spakowałem nawet aparat fotograficzny. Wszystko zostanie udokumentowane.
- Ciekawe czy odwaga nie opuści cię krytycznym momencie. - Na te słowa Andrzej zmarszczył czoło, ale po chwili wróciło ono do normalnego stanu.
- Zatem ruszajmy, przed nami długa droga i musimy rozbić namiot przed zmierzchem. - Podążyliśmy za Markiem. Miał coś w sobie z przewodnika, posiadał bardzo dobrą orientację w terenie.
Z nieba lał się żar słoneczny. Od promieni chroniły nas jedynie czapki na głowach. Teren naszej trasy był zróżnicowany. Pokonaliśmy po drodze niewielką górkę, płytki i wąski strumień, przy którym trochę się ochłodziliśmy. Przeszliśmy parę metrów starym kanałem, przez który ciągnęły się nieużywane od wielu lat tory. W kanale było pełno nieczystości. Puste butelki po napojach walały się nam pod nogami. Pełno petów po papierosach, papierków po batonikach. Jednym słowem czułam się, jakbym brodziła w pojemniku na śmieci.
Po wyjściu z niego znaleźliśmy się na niewielkim pagórku, z którego w dali dostrzegliśmy polanę i średniej wielkości jeziorko. Słońce powoli chowało się za horyzont, więc przyspieszyliśmy kroku, by zdążyć przed zmrokiem.
- Nareszcie dotarliśmy. Zróbmy tak: ja z Andrzejem pójdę po chrust, a wy rozbijecie namiot.
- Jeśli natkniecie się na dzika, to zwiewajcie na drzewo i nie liczcie, że poczekamy na was z kolacją. - Monika rzuciła chłopakom na odchodne.
- Jak spotkamy dzika, to on będzie na kolację. - Marek naprężył klatkę piersiową, jakby przyjął postawę bojową i miał już upatrzoną zwierzynę, a w głowie układał plan schwytania ofiary.
Na granicy z polaną rozpościerał się las mieszany, który w ciemności sprawiał jeszcze straszniejsze wrażenie. Dobrze, że chłopaków nie trzeba było specjalnie namawiać do tego zadania. Chyba nie miałabym odwagi wejść o tej porze między te straszne drzewa, które sprawiały wrażenie, że za chwilę wstaną ze swoich miejsc i zaczną nas gonić.
Złożenie namiotu nie było jednak takie proste. Tu powinien być ten pręt, tamten się dołoży w tym miejscu. To wszystko pasuje do siebie, skrzyżować jeszcze wszystko trzeba. Tak. To tak działa. Udało się. Jeszcze tropik przymocować śledziami i można się wprowadzać.
Wrzuciłyśmy wszystkie bagaże do środka i zabrałyśmy się za przygotowanie kolacji. Dziś same specjały - kiełbaski z ogniska, tylko nie ma jeszcze ogniska.
- Gdzie ci nasi chłopcy? Bez chrustu nie będzie ogniska. - Monika nie ukrywała zdenerwowania. A nasi koledzy rzeczywiście długo nie wracali.
- Może natknęli się na dzika i siedzą na drzewie?!
- Nawet jeśli masz rację, to ja nie zamierzam tego sprawdzać.
- A jeśli coś im się stanie? Nie mają nawet jak nas o tym powiadomić. - Wcisnęłam w jej dłoń latarkę.
- Nie ma mowy. Ja z tobą nie idę. - Dziewczyna zastygła ze strachu i nie miała zamiaru zrobić ani kroku do przodu. Sama też nie zamierzam tam wchodzić.
Nagle zza drzew wyskoczył zdyszany Andrzej. Monika chyba nie poczuła powagi sytuacji:
- Co się tak grzebaliście? I gdzie zostawiłeś Marka?
- Zamknij się i podaj mi nóż! Coś na nas czatowało i chyba go dopadło, a teraz goni mnie. Właźcie do namiotu!
- Zaraz, co się dzieje? Co ty mówisz? Co go dopadło?
- Nie gadaj tyle, tylko wskakuj do namiotu! - Andrzej wepchnął mnie do środka, upadłam boleśnie na tyłek. - I zgaście te latarki. Może powęszy trochę i sobie pójdzie.
- Ale co to takiego? Niedźwiedź? Wilk?
- Nie, to coś innego. Cicho, słyszycie? Coś szeleści w krzakach. Zbliża się!
Miałam już serce w gardle. Zimny pot spływał mi po czole. A jeśli to nie jest zwierzę... Co nam grozi?! To coś dopadło już Marka. I zaraz dopadnie nas. Uciekać czy ukryć się w namiocie i poczekać, aż sobie pójdzie? Może nas nie zauważy? Co z Markiem? Co teraz będzie?
Chwila ciszy. Nasz namiot się poruszył. Ktoś odpinał zamek. Ścisnęliśmy się pod tylną ścianą i czekaliśmy na to, co za chwilę nastąpi. Coś wsunęło do środka ohydną, obślizgłą łapę oblepioną wodorostami. Bestia wydała z siebie dziki ryk. Zamek rozpiął się już do końca i potwór wtargnął do środka, w pierwszej kolejności rzucając się na Andrzeja. Ten wydał z siebie rozdzierający wrzask i zaczął się szarpać z oprawcą. W odruchu złapałam leżącą za mną konserwę i rzuciłam nią z całej siły w głowę potwora. I to poskutkowało, by go ogłuszyć. 'Zwierzę' padło na ziemię. W tym momencie usłyszałam gromki śmiech. Andrzej walał się po podłodze, trzymając się za brzuch i nie mogąc przestać ryczeć ze śmiechu. A potwór trzymał się za głowę i wył z bólu. Zerkałyśmy to na siebie, to na potwora, to na Andrzeja. Nie wiedziałyśmy, co się dzieje. Andrzej nieco się opanował i zbliżył się do leżącego. Położył dłoń na jego twarzy i zsunął wodorosty.
- To Marek... Ale z was głupki! - Nie mogłam opanować rozdrażnienia. - Przecież mogłam zrobić mu coś gorszego. Pomyśl co by było, gdybym chwyciła za nóż, a nie kawał blachy! - Wtedy nie byłoby ci do śmiechu! Rozpal wreszcie ognisko, a my go opatrzymy. Czysta głupota i nieostrożność. Lepiej zachowajcie siły na właściwy moment.
- Oj już nie strasz. Jakoś nie wierzę w tę całą opowiastkę. Ale i tak było wesoło. - Andrzej odwrócił się i wyszedł z namiotu.
Podałam Monice kawałek materiału. - Namocz to w wodzie. Zrobimy mu zimny okład. Ale guz i tak będzie.
- Może to go czegoś nauczy.
- I będzie miał o czym opowiadać w szkole.
- Tak, jak jego koleżanki wzięły go za wodorostowe monstrum i za to dostał po głowie.
- Wiesz, nawet jest trochę podobny do kreatury. - Nie mogłam przestać się śmiać.
- Widzę, że jestem teraz w centrum uwagi.
- Pan Kreatura wrócił do rzeczywistości. I jak główka, boli?
- Tak, nie musiałaś mnie aż tak mocno walić po głowie.
- No cóż, następnym razem wezmę drewnianą kłodę.
- Nie będzie następnego razu.
- Dajcie już temu spokój. Chodźcie zrobić coś do jedzenia, bo przymieram głodem. Ogień już jest.
Monika wyjęła z plecaka konserwy, chleb i wyszła na zewnątrz. Pomogłam wstać Markowi i podążyliśmy za nią.
- Kto ostatni w wodzie ten oferma! - Marek ruszył z kopyta w kierunku wody.
Chlapaliśmy się nawzajem i przewracaliśmy w toń wodną. Zrobiło mi się przyjemnie chłodno, słońce dało nam dziś do wiwatu.
Najgorsze było dopiero przed nami. Teraz jednak w pełni nieświadomi mieliśmy czas, żeby się zrelaksować i nabrać sił do jutrzejszych działań. A byliśmy już bardzo blisko.
Zmęczenie dawało wyraźnie o sobie znać. Mimo to długo nie mogłam zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, snując wyobrażenia o tajemniczym mieście.