Serce z lodu - L. Sherman

Kup ebooka

19.99 zł
14.99 zł (7,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

El­len

- Jen­sen Jo­nes - mruk­nę­łam pod no­sem. - Kto daje dziecku Jen­sen na imię?

Roz­glą­da­łam się po pu­stym ter­mi­nalu lot­ni­ska w fiń­skiej miej­sco­wo­ści Kit­tilӓ. Ter­mo­metr za szybą po­krytą mi­ster­nym wzo­rem krysz­tał­ków lodu po­ka­zy­wał mi­nus trzy­dzie­ści stopni. Do­cho­dziła dwu­dzie­sta i bur­czało mi w brzu­chu. Z mo­ich po­bież­nych ob­li­czeń wy­ni­kało, że nie ja­dłam od pra­wie dwu­na­stu go­dzin. Za­raz po spo­tka­niu z pro­du­cen­tem sa­mo­cho­dów w Göte­borgu po­je­cha­łam na lot­ni­sko. Prze­sia­da­łam się naj­pierw w Sztok­hol­mie, a po­tem w Hel­sin­kach, ale na żad­nym z lot­nisk nie mia­łam dość czasu, żeby coś prze­ką­sić, a w sa­mo­lo­tach prze­cież już nie po­dają po­sił­ków.

No gdzie on jest? Spo­glą­da­łam na oświe­tlony pas lą­do­wa­nia. To, że fa­cet był wielką gwiazdą For­muły 1, nie uspra­wie­dli­wiało jego spóź­nial­stwa. Po dru­giej stro­nie bu­dynku ter­mi­nala pa­no­wały nie­prze­brane ciem­no­ści. A w sa­mym ter­mi­nalu nie było ży­wej du­szy. Na po­stoju tak­só­wek także nie cze­kało żadne auto, któ­rym mo­gła­bym się do­stać do ho­telu, żeby nie mu­sieć na niego cze­kać.

Czarny weł­niany płaszcz po­ło­ży­łam na krze­śle, a sama za­ję­łam miej­sce przy sto­liku i otwo­rzy­łam lap­top. Do­sta­łam to zle­ce­nie od "Saga News" i mu­sia­łam je od­dać w pierw­szym ty­go­dniu grud­nia. Zwró­cili się do mnie, po­nie­waż mogę się po­chwa­lić spo­rym do­świad­cze­niem w branży spor­to­wej. W moim po­przed­nim ży­ciu hale spor­towe ca­łego świata były dla mnie sta­łym miej­scem pracy. Aż do­le­gli­wo­ści po ura­zie ko­lana stały się chro­niczne i re­ha­bi­li­ta­cja prze­stała przy­no­sić skutki. Już nie wró­ci­łam do formy, a w bad­min­to­nie ko­lana trzeba wy­krę­cać bez ustanku. Dla­tego te­raz pra­co­wa­łam jako dzien­ni­karka fre­elan­cerka, głów­nie dla ma­ga­zy­nów spor­to­wych i spor­to­wych re­dak­cji du­żych ga­zet.

"Jen­sen Jo­nes, 37 lat, eme­ry­to­wany kie­rowca For­muły 1, obec­nie kie­rowca te­stowy luk­su­so­wych sa­mo­cho­dów w trud­nych wa­run­kach po­go­do­wych", prze­czy­ta­łam na ekra­nie. Wy­star­czyło choć tro­chę in­te­re­so­wać się mo­to­ry­za­cją, żeby wie­dzieć, kim był Jen­sen. W spor­tach mo­to­ro­wych osią­gnął wszystko, wy­grał każdy z wiel­kich wy­ści­gów, aż z dnia na dzień wy­co­fał się ze star­tów. Ni­komu nie zdra­dził po­wo­dów swo­jej de­cy­zji i moją tajną mi­sją było tę in­for­ma­cję z niego wy­cią­gnąć. Przez ty­dzień mia­łam mu to­wa­rzy­szyć w jego co­dzien­nej pracy tu, w La­po­nii, wy­su­nię­tej naj­bar­dziej na pół­noc czę­ści Eu­ropy, i przy­glą­dać się, jak te­stuje po­jazdy a przy oka­zji po­zwo­lić mu za­re­kla­mo­wać jego nową markę odzieży out­do­oro­wej.

"El­len, mie­li­śmy fart, że zwró­cił się z tym wła­śnie do nas. I po­pro­sił kon­kret­nie o cie­bie, zna­cie się?" Szef re­dak­cji "Sagi" mocno się zdzi­wił, gdy od­par­łam, że ow­szem, sły­sza­łam o sław­nym na cały świat Jen­se­nie, ale oso­bi­ście ni­gdy go nie spo­tka­łam.

Wy­no­to­wa­łam so­bie naj­waż­niej­sze in­for­ma­cje, ja­kie zna­la­złam w sieci. Nie wszyst­kie po­cho­dziły ze źró­deł, które można uznać za wia­ry­godne, ale uła­twi­łam so­bie za­da­nie i po­sta­no­wi­łam na to nie zwa­żać. Do­świad­cze­nie mnie na­uczyło, że póź­niej bę­dzie oka­zja wszystko zwe­ry­fi­ko­wać. Jen­sen Jo­nes la­tem miesz­kał w Monte Carlo, a zimą w Du­baju, na­pi­sa­łam. I do­da­łam: raj po­dat­kowy? Play­boy, nie­żo­naty, bez­dzietny. Oj­ciec jest Ame­ry­ka­ni­nem, matka An­gielką. Nie ma ro­dzeń­stwa. Sa­motny wilk. We­ga­nin. Mi­ło­śnik spor­tów eks­tre­mal­nych. Prze­rwał ka­rierę w For­mule 1, ale na­dal star­tuje w wy­ści­gach sku­te­rów śnież­nych. "Skoro na­dal się ściga, to po­wo­dem odej­ścia z For­muły nie mo­gła być kon­tu­zja. W ta­kim ra­zie co?", za­sta­na­wia­łam się.

Sły­nął z nie­chęci do udzie­la­nia wy­wia­dów, więc skąd na­gle po­mysł na tak ob­szerny ma­te­riał? Jaki miał w tym cel? Pod­nio­słam wzrok znad ekranu. Na placu przed ter­mi­na­lem ko­ło­wał mały pry­watny od­rzu­to­wiec. Z pew­no­ścią Jo­nes był na jego po­kła­dzie. Na­gle stre­mo­wana, wy­gła­dzi­łam nie­ist­nie­jącą fałdę na czar­nym gol­fie, bar­dzo prak­tycz­nym i nie­mną­cym się. Ze zdjęć i fil­mów wie­dzia­łam, że fa­cet ma nie­by­wałą cha­ry­zmę, i już po­czu­łam się wrzu­cona na głę­boką wodę, cho­ciaż tu bar­dziej na miej­scu by­łaby me­ta­fora z cien­kim lo­dem. Jak­kol­wiek by na to spoj­rzeć, znaj­do­wa­li­śmy się w mroź­nej, za­śnie­żo­nej La­po­nii. Mimo to po­czu­łam, jak po­liczki mi płoną, cho­ciaż nie by­łam pewna, czy do­sta­tecz­nie cie­pło się ubra­łam na te wa­runki. Zdję­łam gumkę i roz­pu­ści­łam na plecy kasz­ta­nowe włosy. Po­tem spa­ko­wa­łam swoje rze­czy i za­ło­ży­łam płaszcz.

Jen­sen

Sa­mo­lot za­trzy­mał się przed ma­łym lot­ni­skiem w Kit­tilӓ w Fin­lan­dii. Mi­nął rok, od­kąd ostatni raz od­wie­dzi­łem to miej­sce. To bę­dzie pierw­sza jazda te­stowa od ze­szłej zimy i w ta­kich chwi­lach za­wsze czuję się tro­chę tak, jak­bym wra­cał do domu. Gdyby to nie był cho­lerny ko­niec świata, mógł­bym tu za­miesz­kać.

W su­mie wolę jeź­dzić sam, ale tym ra­zem Adam, mój me­ne­dżer, uparł się, żeby za­brać na prze­jażdżkę dzien­ni­karkę. Stwier­dził, że to bę­dzie świetna re­klama przed te­go­rocz­nymi X-Ga­mes w Aspen. Dzien­ni­karka sama upra­wiała kie­dyś sport za­wo­dowo, więc znała branżę na wy­lot. El­len Ip­sen, fre­elan­cerka, pra­cu­jąca głów­nie dla skan­dy­naw­skich re­dak­cji. Zgo­dzi­łem się, pod wa­run­kiem że to ona przy­go­tuje ma­te­riał. Bra­ko­wało mi cier­pli­wo­ści do dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy nie mieli po­ję­cia, o czym mó­wią, i za­da­wali w kółko te same idio­tyczne py­ta­nia.

- Wi­tamy w Fin­lan­dii, pa­nie Jo­nes. - Ste­war­desa otwo­rzyła drzwi i do środka wdarło się lo­do­wate po­wie­trze jak z otwar­tej za­mra­żarki.

- Cu­dow­nie znowu tu być. Dzię­kuję za wspólną po­dróż i do zo­ba­cze­nia za ty­dzień. - Sa­mo­lot miał wró­cić do bazy i przy­le­cieć po mnie, gdy skoń­czymy wy­wiad.

W bu­dynku ter­mi­nala prze­cha­dzała się tam i z po­wro­tem sa­motna po­stać. To mu­siała być ona. Za­rzu­ci­łem na ra­mię ple­cak i za­ło­ży­łem czapkę oraz rę­ka­wiczki. Kiedy pod­sze­dłem bli­żej, obej­rza­łem so­bie dzien­ni­karkę. Zwy­kła bu­dowa ciała, dłu­gie ciemne włosy, mało prak­tyczne płaszcz i obu­wie. Trzeba bę­dzie coś z tym zro­bić, chyba że w tej jesz­cze mniej prak­tycz­nej wa­lizce na kół­kach ma po­rządną zi­mową kurtkę, buty gór­skie, czapkę i rę­ka­wiczki. Li­czy­łem na to, że bę­dzie le­piej przy­go­to­wana, ale ubra­nie przy­naj­mniej da się wy­kom­bi­no­wać.

- El­len - po­wie­dzia­łem, gdy pod­sze­dłem dość bli­sko, żeby mnie usły­szała.

Od­wró­ciła się i na­sze spoj­rze­nia się spo­tkały. W jej wy­ra­zi­stych zie­lo­nych oczach do­strze­głem sta­now­czość.

- Spóź­ni­łeś się - oznaj­miła, za­miast się przy­wi­tać.

- Prze­pra­szam. W Hel­sin­kach dwu­krot­nie trzeba było od­mra­żać sa­mo­lot i stąd to opóź­nie­nie. - Po­sła­łem jej je­den ze swo­ich po­pi­so­wych uśmie­chów, li­cząc, że tym ją roz­broję.

- Umie­ram z głodu. Ster­czę w tym za­po­mnia­nym przez boga miej­scu od nie wiem ilu go­dzin. - Za­rzu­ciła na ra­mię de­si­gner­ską to­rebkę i po­cią­gnęła za sobą wa­lizkę.

Je­śli cały czas ma mieć taką minę, to za­po­wia­dał się długi ty­dzień. Mia­łem na­dzieję, że jako byli spor­towcy bę­dziemy mieli ze sobą tro­chę wię­cej wspól­nego i że ona bę­dzie po­dzie­lała moje za­mi­ło­wa­nie do ak­tyw­no­ści na świe­żym po­wie­trzu.

- Kie­rowca wła­śnie pi­sał, że bę­dzie za pięć mi­nut - za­pew­ni­łem ją i za­raz prze­sze­dłem do rze­czy: - Za­czy­namy ju­tro o pią­tej rano. Bądź go­towa i ubierz się sto­sow­nie do wa­run­ków. - Skoro już na­rzu­ciła na­szej ko­mu­ni­ka­cji ten chłodny ton, to nie mia­łem nic prze­ciwko temu, aby go utrzy­mać.

- Dla­czego tak wcze­śnie? Słonce wscho­dzi do­piero o je­de­na­stej - zdzi­wiła się.

- Dla­tego że mam te­sto­wać te sa­mo­chody w naj­róż­niej­szych wa­run­kach. Rów­nież po zmroku, Elso. - Tym ra­zem uśmiech, jaki jej po­sła­łem, nie do­tarł do mo­ich oczu.

- Mam na imię El­len. Nie Elsa. - Po chwili wes­tchnęła ciężko i z re­zy­gna­cją wzru­szyła ra­mio­nami. - Może za­czniemy raz jesz­cze? Bar­dzo cię prze­pra­szam za to ozię­błe po­wi­ta­nie, ale umie­ram z głodu, zmę­cze­nia i zimna. - Zro­biła krótką prze­rwę. - No to dzień do­bry, Jen­se­nie. Piękny mamy wie­czór. Ogrom­nie się cie­szę, że wresz­cie mogę cię po­znać. Na­zy­wam się El­len Ip­sen i nie mogę się do­cze­kać tego ty­go­dnia, w któ­rym nie będę cię od­stę­po­wać na krok.

Par­sk­ną­łem nie­po­ha­mo­wa­nym śmie­chem i wy­cią­gną­łem rękę.

- Ależ cała przy­jem­ność jest zde­cy­do­wa­nie po mo­jej stro­nie. Ja rów­nież je­stem ogrom­nie cie­kaw, co nam przy­nie­sie ten ty­dzień. - Uści­snę­li­śmy so­bie ręce. Ką­tem oka do­strze­głem, że przy­je­chał nasz sa­mo­chód. - Je­śli nie przy­wio­złaś in­nych ubrań, kiedy tylko do­trzemy do ho­telu, bę­dziemy mu­sieli coś z tym zro­bić, bo nie wy­trzy­masz ca­łego ty­go­dnia w tym płasz­czu i tych bu­tach.

Spoj­rzała w dół na swoją odzież wierzch­nią i lśniące skó­rzane ko­zaczki.

- Mam tylko to.

- Zaj­miemy się tym za­raz po ko­la­cji.

Roz­dział 2

El­len

W ciem­no­ści za oknem prze­su­wał się śnieżny kra­jo­braz. Gdzie­nie­gdzie mi­gały świa­tła w oknach do­mów, ale były roz­pro­szone. Jen­sen szar­mancko umie­ścił moją wa­lizkę w ba­gaż­niku, ale od chwili gdy wsie­dli­śmy do sa­mo­chodu, ani na mo­ment nie prze­stał roz­ma­wiać przez te­le­fon. A po­nie­waż sie­dzie­li­śmy obok sie­bie, nie mo­głam nie sły­szeć, co mówi. Wy­peł­niał spory frag­ment prze­strzeni sa­mo­chodu nie tylko fi­zycz­nie, ale i wer­bal­nie. Od­wró­ci­łam głowę w stronę okna i ciem­no­ści, żeby przy­naj­mniej uda­wać, że nie słu­cham jego roz­mowy.

- Wy­łącz­nie eko­lo­giczne ma­te­riały, na­wet w skar­pe­tach. Tu nie bę­dzie żad­nego kom­pro­misu. - Jego głos był sta­now­czy. Ten ktoś w słu­chawce nie mógł mieć wąt­pli­wo­ści, że Jen­sen mówi se­rio. - Nie chcę po­wtórki z sy­tu­acji na Wscho­dzie, gdzie na ze­wnątrz wszystko było eko­lo­giczne i przy­ja­zne pla­ne­cie, a gdy się wnik­nęło głę­biej, po­ka­zy­wało się coś zgoła in­nego. Zo­sta­li­śmy z dzie­się­cioma ty­sią­cami ko­szu­lek, które nie nada­wały się do sprze­daży.

Mu­siało cho­dzić o tę jego markę odzie­żową. Za­no­to­wa­łam so­bie w gło­wie, żeby go o to za­py­tać. Wy­go­oglo­wa­łam jego ko­lek­cję i sklep in­ter­ne­towy. Świetne ciu­chy spor­towe, bie­li­zna nar­ciar­ska - o, to by mi się te­raz przy­dało - torby i sprzęt tu­ry­styczny. Wszystko z eko­lo­gicz­nych ma­te­ria­łów po­cho­dzą­cych z re­cy­klingu i oczy­wi­ście cały zysk szedł na cele cha­ry­ta­tywne. Mr Jen­sen Jo­nes był dwu­me­tro­wym anio­łem. Za­wsze mnie cie­ka­wiło, jak on się wci­skał do bo­lidu For­muły 1. Do­da­łam w gło­wie ko­lejną no­tatkę. Sa­mo­chód pod­je­chał pod ho­tel zbu­do­wany z drewna. Ob­ra­zek jak ze świą­tecz­nej pocz­tówki. Przed wej­ściem stały sa­nie za­przę­żone w re­ni­fera. Dziew­czyn­kom się spodoba. Wy­ję­łam te­le­fon i zro­bi­łam zdję­cie.

- Siel­sko, prawda? - Jen­sen po­ki­wał głową. Za­raz, czyżby miał się na do­da­tek oka­zać nie­po­praw­nym ro­man­ty­kiem?

- Wy­gląda, jakby Mi­ko­łaj tu przy­sta­nął na ko­la­cję - po­twier­dzi­łam i otwo­rzy­łam drzwi sa­mo­chodu. Ale gdy tylko spró­bo­wa­łam zro­bić krok, z gło­śnym świ­stem od­je­chała mi stopa. Na ziemi była szklanka, moje po­de­szwy zu­peł­nie stra­ciły przy­czep­ność. - Au! - za­wy­łam lą­du­jąc na tyłku.

- Nic ci nie jest, Elso? - Jen­sen obiegł sa­mo­chód szyb­ciej niż bły­ska­wica i wy­glą­dał na szcze­rze zmar­twio­nego.

- El­len - wark­nę­łam, ale zła­pa­łam jego wy­cią­gniętą rękę i da­łam mu się po­sta­wić na nogi. - Nie, wszystko w po­rządku. Ale tu jest lo­do­wi­sko.

- Tak, i dla­tego to bę­dzie pro­blem. - Znów wska­zał na moje nie­prak­tyczne obu­wie. - Spró­bu­jemy ogar­nąć ci ja­kieś buty na ju­tro rano, ale na po­zo­stałe ubra­nia pew­nie bę­dziemy mu­sieli za­cze­kać, aż skoń­czymy te­sty na lo­dzie. Po­wiedz, jak wła­ści­wie so­bie wy­obra­ża­łaś to miej­sce. - Oparł ręce na bio­drach. - Od­śnie­żone chod­niki i ka­wiar­niane ogródki z lam­pami grzew­czymi?

- A ty mu­sisz być ta­kim dup­kiem? Tak się składa, że przy­je­cha­łam tu pro­sto ze spo­tka­nia w cy­wi­li­zo­wa­nym świe­cie. Oczy­wi­ście, gdyby twój me­ne­dżer przy­słał mi pro­gram, wie­dzia­ła­bym, czego się spo­dzie­wać, ale nie, nie­stety to oka­zało się nie­moż­liwe. - Za­rzu­ci­łam so­bie to­rebkę na ra­mię, zła­pa­łam uchwyt wa­lizki i za­czę­łam ją cią­gnąć, ale ani drgnęła.

- Śnieg - oznaj­mił upier­dli­wiec ty­go­dnia i mistrz prze­trwa­nia w dzi­czy. - Nie po­cią­gniesz jej w śniegu.

Pod­nio­słam więc ba­gaż i szyb­kim kro­kiem wy­mi­nę­łam Jen­sena. "Żeby się tylko nie prze­wró­cić, tylko się nie prze­wróć", za­kli­na­łam w my­ślach. A może w ogóle po­win­nam dać so­bie z tym spo­kój. Fa­cet ewi­dent­nie ma mnie za ama­torkę, która nie wie, co robi. Tylko dla­czego w ta­kim ra­zie pro­sił, że­bym to ja na­pi­sała ar­ty­kuł?

- Dla­czego mnie wy­bra­łeś? - wy­pa­li­łam w drzwiach ho­telu.

- Bo je­steś naj­lep­sza i sama za­wo­dowo upra­wia­łaś sport. - Non­sza­lancko wzru­szył ra­mio­nami. - Tylko...

- Tylko co? - nie mo­głam opa­no­wać cie­ka­wo­ści.

- W twoim CV nie było słowa o na­bur­mu­szo­nej El­sie w nie­od­po­wied­nich bu­tach. - Ro­ze­śmiał się z wła­snego czer­stwego żartu.

- Elsa z Kra­iny Lodu? - Wi­dzia­łam ten film mi­lion razy. Dziew­czynki go uwiel­biały. Miały na­wet ko­stiumy Elsy i Anny.

- Być może. - Jego twarz roz­ja­śnił ko­lejny znie­wa­la­jący uśmiech.

Mu­sia­łam od­wró­cić wzrok, żeby się nie uśmiech­nąć. Gdyby nie ten nie­for­tunny po­czą­tek zna­jo­mo­ści, zde­cy­do­wa­nie mo­gli­by­śmy ra­zem cał­kiem miło spę­dzić czas. Jen­sen był przy­stojny, po­cią­ga­jący i za­bawny. Za­bój­cza mie­szanka.

- Wi­tamy w Kit­tilӓ, ro­dzin­nym mie­ście Świę­tego Mi­ko­łaja. - Re­cep­cjo­ni­sta miał na gło­wie mi­ko­ła­jową czapkę, cho­ciaż był do­piero pierw­szy grud­nia.

- Prze­cież Mi­ko­łaj jest z Gren­lan­dii - od­burk­nę­łam, tłu­miąc uśmiech.

- Nie­prawda. Mi­ko­łaj mieszka tu, w La­po­nii. Za drzwiami stoi je­den z jego re­ni­fe­rów. - Wska­zał miej­sce, z któ­rego wła­śnie przy­szli­śmy.

Po­krę­ci­łam głową i spró­bo­wa­łam przy­brać sto­sowny wy­raz twa­rzy. Na ustach Jen­sena za to znów po­ja­wił się ten uśmie­szek. Bez prze­sady, to nie było aż ta­kie za­bawne.

- Chata już na pań­stwa czeka. Pro­szę się roz­go­ścić. Gdy będą pań­stwo go­towi za­mó­wić je­dze­nie, pro­szę za­dzwo­nić, a my je przy­nie­siemy. - Mi­ko­ła­jowa czapka spa­dła re­cep­cjo­ni­ście na oczy, kiedy po­da­wał każ­demu z nas klucz.

- Jak to: chata? - spy­ta­łam za­sko­czona.

- Za­wsze, gdy tu je­stem, za­trzy­muję się w ich cha­cie... Wię­cej pry­wat­no­ści - wy­ja­śnił Jen­sen, za­kła­da­jąc ple­cak. Na­stęp­nie zwró­cił się do re­cep­cjo­ni­sty: - Na ju­tro bę­dziemy po­trze­bo­wali cie­płych bu­tów, kurtki nar­ciar­skiej i spodni. Dasz radę to za­ła­twić?

- Nie­stety, o tej go­dzi­nie wszyst­kie sklepy są po­za­my­kane. - Męż­czy­zna wy­glą­dał na szcze­rze zmar­twio­nego.

- A buty? Może cho­ciaż buty bę­dziemy mo­gli od ko­goś po­ży­czyć? - Jen­sen się nie pod­da­wał. - Jaki no­sisz roz­miar? - spy­tał mnie.

- Trzy­dzie­ści osiem - od­par­łam i jed­nak zro­biło mi się głu­pio, że o tym nie po­my­śla­łam, kiedy się pa­ko­wa­łam na zimną pół­noc.

- Moż­liwe, że moja żona bę­dzie miała. Za­py­tam i przy­niosę je wam do chaty.

- Nie, pro­szę so­bie nie ro­bić kło­potu - pró­bo­wa­łam za­pro­te­sto­wać, ale re­cep­cjo­ni­sta tylko mach­nął ręką. Czu­łam cie­pło na po­licz­kach i ru­mie­niec, który się roz­le­wał od szyi na całą twarz. Po­pa­trzy­łam na Jen­sena, bo­le­śnie za­że­no­wana.

- Prze­pra­szam, jest mi na­prawdę głu­pio. Gdy­bym wie­działa...

- Daj spo­kój. Jest, jak jest, i za­raz temu za­ra­dzimy. Chodźmy już. Jest późno, a ju­tro czeka nas wcze­sna po­budka.

Bez py­ta­nia zła­pał moją wa­lizkę i ru­szył przo­dem.

- Bar­dzo, ale to bar­dzo dzię­kuję za po­moc. Oczy­wi­ście za wszystko za­płacę - za­pew­ni­łam re­cep­cjo­ni­stę, za­nim ru­szy­łam za Jen­se­nem.

- Nie ma za co. Dla Jen­sena wszystko. - Męż­czy­zna w mi­ko­ła­jo­wej czapce od­pro­wa­dził mo­jego współ­lo­ka­tora wzro­kiem peł­nym uwiel­bie­nia.

Mie­li­śmy w tej cha­cie miesz­kać tylko we dwoje. Trzy­ma­łam kciuki, żeby w niej były dwie sy­pial­nie i dwie ła­zienki. Dzie­le­nie domu było jak dla mnie odro­binę zbyt in­tymne. Li­czy­łam na wła­sny po­kój w ho­telu, do któ­rego będę mo­gła się wy­co­fać, kiedy ze­chcę. Tym­cza­sem wy­glą­dało na to, że bę­dziemy ra­zem przez dwa­dzie­ścia cztery go­dziny na dobę. Ale przede wszyst­kim na­prawdę nie­po­trzebne mi było to uroz­ma­ice­nie co­dzien­no­ści, któ­rym oka­zały się jego ciało, głos i cha­ry­zma. Ten jego ciem­no­włosy, dwu­me­trowy urok przy­pra­wiony ide­alną ilo­ścią za­ro­stu i mię­śni wi­docz­nych na­wet pod war­stwami zi­mo­wych ubrań. I w ogóle on cały.

Jen­sen

Otwo­rzy­łem drzwi chaty. Z ze­wnątrz przy­wi­tały nas dwa za­pa­lone lam­piony.

- Home, sweet home - oznaj­mi­łem i przy­trzy­ma­łem El­len drzwi.

W ko­minku trza­skał ogień i wnę­trze chaty było już przy­jem­nie na­grzane. W ko­szu na stole cze­kał po­wi­talny po­czę­stu­nek: owoce i orze­chy. Do­kład­nie tak, jak lu­bię. Chata była nie­wielka, jed­nak wy­star­cza­jąco duża dla dwóch osób. Mie­li­śmy dwie od­dzielne sy­pial­nie, ale wspólną ła­zienkę. Sa­lon i kuch­nia były po­łą­czone.

- Przy­tul­nie tu - przy­znała El­len, sta­jąc na środku sa­lonu.

- Do­kład­nie. To znacz­nie lep­sze niż po­kój w ho­telu. Chodź, po­każę ci, gdzie bę­dziesz miesz­kać. - Już wcze­śniej po­sta­no­wi­łem, że od­dam jej więk­szy po­kój, ten z biur­kiem. Po­winna to do­ce­nić. Wnio­słem jej wa­lizkę i oznaj­mi­łem: - To tu­taj. Ła­zienka jest wspólna, ale wcho­dzi się do niej bez­po­śred­nio z po­ko­jów, więc pa­mię­taj, żeby się za­mknąć, kiedy bę­dziesz z niej ko­rzy­stać. - Dla żartu unio­słem zna­cząco brew.

Usia­dła na łóżku, wy­so­kim od nie­zli­czo­nych po­du­szek, koł­der i na­rzut.

- Co chcesz na ko­la­cję? - Po­win­ni­śmy już za­dzwo­nić po room se­rvice. Była dwu­dzie­sta pierw­sza, a ja nie żar­to­wa­łem, mó­wiąc, że ju­tro za­czy­namy przed świ­tem. Co mi przy­po­mniało, żeby po­pro­sić też o ja­kieś je­dze­nie i cie­płe na­poje na drogę.

- Za­mów dla mnie to samo, co dla sie­bie. Nie je­stem wy­bredna. - Zdjęła buty i po­ru­szała pal­cami u stóp. Kiedy się schy­liła, żeby od­sta­wić buty na bok, ciemne włosy za­sło­niły jej twarz.

- Ja­sne. - Opar­łem się o fu­trynę i przyj­rza­łem swo­jej współ­lo­ka­torce. Je­śli zro­biła na mój te­mat ja­ki­kol­wiek wstępny re­se­arch, to po­winna wie­dzieć, że by­łem we­ga­ni­nem. A to by ozna­czało, że wresz­cie mamy ze sobą coś wspól­nego. Co za ulga!

Pod­nio­sła głowę, po­pa­trzyła na mnie i ręką od­su­nęła włosy do tyłu. Prze­śli­zgną­łem się wzro­kiem po jej ciele. Była w dżin­sach i gol­fie. Ale na­wet w ta­kim stroju bu­dziła we mnie co­raz sil­niej­sze pra­gnie­nie, żeby ją ro­ze­brać, spraw­dzić, co się kryje pod spodem, i ją ogrzać.

- Zdążę się wy­ką­pać? Palce u stóp zdrę­twiały mi z zimna. - Wy­rwała mnie z roz­my­ślań.

- Ja­sne. Naj­pierw mu­szę za­mó­wić, więc pew­nie trzeba bę­dzie chwilę za­cze­kać. - Na szczę­ście udało mi się w miarę ogar­nąć i od­po­wie­dzieć z sen­sem. "Nie wolno ci iść z dzien­ni­karką do łóżka. Nie wolno ci iść z dzien­ni­karką do łóżka!", po­wta­rza­łem so­bie. Moje ciało naj­wy­raź­niej było fa­nem chłod­nych bru­ne­tek, które nie po­tra­fią się ubrać sto­sow­nie do po­gody. Tak, ja­sne. Kogo ja pró­bo­wa­łem oszu­kać? El­len Ip­sen była nie­sa­mo­wi­cie po­cią­ga­jąca na swój wła­sny, zdy­stan­so­wany i iro­niczny spo­sób. A fa­nem jej po­nęt­nych kształ­tów by­łem ja sam. Ten ty­dzień za­po­wia­dał się cie­ka­wie.