Serce z lodu - Justyna Chmiel

Kup ebooka

5.99 zł

-
Proszę czekać

Kyle ściągnął kask i szurając nogami, podszedł do ławek. Zatrzymał się przed wściekłym mężczyzną o wyglądzie zbliżonym bardziej do ekscentrycznego naukowca niż trenera.

- Tak, trenerze? - wysapał, ściskając kask pod pachą.

- Tobie się gry pomyliły? - Ten ze złością wyrzucił rękę ponad głową chłopaka. - Dlaczego ty, do cholery, go zaatakowałeś? Był bez piłki!

- Jeszcze chwilę wcześniej ją miał - odpowiedział zawodnik zgodnie z prawdą.

Trener spojrzał na niego w skupieniu, ale zaraz pochylił głowę i wydał polecenie:

- Na bok.

- Ogarnę się - zapewnił gorączkowo chłopak i spróbował ponownie nałożyć kask.

- Jasne - burknął trener, machając dłonią - na ławce. Popatrz sobie z boku, może jakimś cudem zrozumiesz zasady gry.

Kyle zacisnął usta. Prowadzili z mężczyzną bitwę na spojrzenia, lecz w końcu odpuścił.

Nie miał wyjścia, kiedyś mu się postawił i potem utkwił w kantorku, szorując podłogi śmierdzącą szmatą. Usiadł więc na wskazanym miejscu, poluzował taśmy przy rękawicach i spojrzał ze skruchą na Jeffa, którego przed momentem powalił na ziemię. Kolega siedział na trawie i masował łydki, a gdy uniósł wzrok, posłał Kyle'owi uśmiech, jakby chciał powiedzieć, że to przeżyje.

Chłopak niemrawo odwzajemnił grymas. Rzucił się na kogoś, kogo bardzo lubił.

W dodatku to nie był pierwszy raz, kiedy stracił nad sobą kontrolę. I to dosłownie. Uczucie było podobne do letargu, ale nie pamiętał, by zasypiał czy mdlał. Biegł przez boisko, chciał odebrać piłkę, a po chwili mrugał zdezorientowany, nie wiedząc, gdzie podziała się minuta z jego życia.

***

Przed atakiem na Jeffa wcześniejszego wieczoru ocknął się we własnym łóżku, chociaż ostatnie, co zapamiętał, to kuchnia i stojący na wyspie telewizor. Oglądał kanał Szósty, próbując wciągnąć się w pokręcony teleturniej. Sekundę później zaciskał palce na szarym kocu i wtulał twarz w poduszkę, chłonąc przyjemny zapach płynu do płukania. Błogość nie trwała długo. Otworzył szeroko oczy jak w obliczu zagrożenia. Nie powinien tu być, przed chwilą siedział na taborecie w kuchni, przeżuwał kanapkę i patrzył beznamiętnie w telewizor.

Kiedy i jak znalazł się na górze, w łóżku?

Uniósł się i włożył dłoń we włosy. Wyczuł na opuszkach kruszącą się substancję. Spojrzał na rękę i zmarszczył brwi, gdy zauważył pod paznokciami czerń.

Zaschnięta krew.

Obejrzał palce z każdej strony w poszukiwaniu ran, ale wszystko było w porządku. Zerwał więc z siebie koszulkę. Pobiegł do łazienki i niecierpliwymi ruchami pozbył się wszystkiego, by móc przyjrzeć się ciału w lustrze. Jedynymi kropkami na jego śniadej skórze były stałe pieprzyki. Wpatrywał się w kilka na przedramieniu. Może zdrapałem niechcący któreś z tych znamion?, zastanawiał się gorączkowo.

Usłyszał zbliżające się kroki i melodyjny głos nucący coś pod nosem. Drobna brunetka wpadła do pomieszczenia jak jakaś dobra, pocieszna wróżka.

Kyle sięgnął w pośpiechu po pierwszą lepszą koszulkę, ale nie zdążył wsunąć w nią nawet ręki.

- Ups, już wychodzę. - Kobieta zatrzymała się w progu łazienki, trzymała kosz ubrań. Posłała synowi uśmiech, stawiając pranie blisko prysznica, i już odwracała się do wyjścia, gdy chłopak odkręcił kran i zaczął czyścić paznokcie. - Coś się stało, Kyle? - Podeszła do niego powoli, wyciągając z uszu słuchawki. W dotychczasowej ciszy rozbrzmiały szmery Something Corporate - Punk Rock Princess.

Matka i syn wymienili się spojrzeniami, po czym ta pierwsza wyciągnęła z kieszeni bluzy mp3 i wcisnęła pauzę.

- Chyba rozdrapałem sobie jakiś pieprzyk.

- Co takiego? Gdzie? Pieprzyków nie wolno dotykać.

- Wiem o tym, powtarzasz to, odkąd pojawił się pierwszy. - Uśmiechnął się ciepło, ale matka nadal patrzyła na niego z ogromnym przejęciem. - Możesz sprawdzić mi głowę?

- Jasne - westchnęła, podpierając pięści na biodrach. - Usiądź, bo przecież nie dosięgnę.

Oparł się o krawędź zlewozmywaka i spuścił wzrok, gdy delikatne palce szarpały go za włosy.

- Nie wiem, nic nie widzę, czułeś coś?

- Po prostu sprawdź, czy nie mam jakiegoś zadrapania czy czegoś takiego...

- Ja nic nie widzę. Ciemne masz te włosy, ale raczej krew bym zauważyła.

Zacisnął powieki, a potem przyłożył dłonie do twarzy; czuł, jakby mama wyrywała mu kępki włosów ze skórą.

- Synu, brałeś prysznic po treningu? - Zastygła w bezruchu, a on poczuł dreszcz na plecach.

- Jak zawsze...

- Co ty masz tyle ziemi?

- Co?

- No masz we włosach ziemię, jakbyś się tarzał po tym boisku bez kasku... Może rękawic też nie włożyłeś? Albo któryś za mocno rzucił piłkę. To na pewno sport dla ciebie, Kyle? - Odsunęła się i wbiła w syna spojrzenie pełne pretensji.

- Ale... ja... lubię rugby - odpowiedział, odwracając się i zbliżając twarz do lustra.

- A ja modeling, ale jak widzisz, na wybiegach mnie nie znajdziesz. Nie wyglądasz jak ci twoi koledzy z drużyny, zawsze się boję, że cię połamią. Słyszałam, jak trener po tobie jedzie. - Uniosła palec i zamachała nim przed twarzą.

Chłopak nie potrafił nie uśmiechnąć się pod nosem. Uwielbiał, kiedy używała tych młodzieżowych słów.

- Jestem silny i szybki, to się liczy. I zawsze mogę przypakować - odparł, patrząc w jej odbicie.

- Wolałabym, byś się nie zmieniał. Ani wyglądem, ani charakterem... - Wzruszyła ramionami, a wychodząc z łazienki, dodała: - Umyj się. Tym razem dokładnie.