1
Pierwszy kontakt
Czegoś takiego na Dzikim Zachodzie nigdy jeszcze nie widziano.
W pierwszym tygodniu września 1851 roku na porośniętych bujną trawą obrzeżach fortu Laramie (leżącego w południowo-wschodniej części dzisiejszego Wyomingu) doszło do największego w dotychczasowych dziejach zgromadzenia Indian. Przybyli ze wszystkich stron: Siuksowie, Arapahowie i Szejenowie z dolin rzek Platte Północnej i Platte Południowej, Arikarowie, Assiniboinowie, Mandanowie i Minnitaree (Hidatsa) z północnego wschodu, z odległych zakątków nad górną Missouri, Czarne Stopy i Szoszoni z głębi Gór Skalistych - ci drudzy dotarli na równiny pod białą flagą, trzymaną wysoko w górze przez trapera Jima Bridgera. Wreszcie dostojne Wrony, które swój ponadtysiąckilometrowy marsz zaczęły na poszarpanych zboczach doliny Yellowstone. Ponad dziesięć tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci z przeszło tuzina suwerennych plemion - sojuszników, wasali, śmiertelnych wrogów. Odziani w najbardziej zdobne ubrania z jeleniej skóry i koce, w trzepoczących na wietrze wstążkach i piórach, na swoich najlepszych wierzchowcach, przybyli, żeby usłyszeć, jak wysłannicy Wielkiego Ojca z Waszyngtonu przedstawiają argumenty na rzecz pokoju - pokoju nie tylko między czerwonoskórymi i wdzierającymi się na ich terytoria białymi, lecz także między samymi Indianami.
Tereny w pobliżu wysłużonej palisady na wschodnim zboczu Gór Skalistych stanowiły naturalną scenerię dla takiego powwow - narady, którą Stany Zjednoczone uznały za bardzo ważną dla ekspansji na Zachód. Fort Laramie, założony siedemnaście lat wcześniej jako samotny, wysunięty posterunek w dziczy, znajdował się w połowie drogi, którą z czasem nazwano Szlakiem Oregońskim. Po kilku latach fort zmienił się z odizolowanej faktorii w tętniący życiem rynek, który przyciągał handlarzy futer i whisky z Saint Louis, Indian z Równin, sprzedających bizonie skóry, oraz handlarzy końmi, takich jak legendarny Kit Carson, który pędził na aukcję stada nowomeksykańskich kuców znad rzeki Arkansas. Dwa lata wcześniej, w 1849 roku, armia wykupiła rozpadający się fort od Amerykańskiej Kompanii Futrzarskiej za cztery tysiące dolarów, przemianowała go i odnowiła, a za palisadą wzmocnioną suszoną cegłą osadziła niewielką załogę strzelców konnych, liczącą od dwudziestu do stu osób, w zależności od pory roku i uznania sztabu generalnego. Chciano w ten sposób okiełznać i zarazem ochronić coraz większy strumień górników, osadników i przedsiębiorców, płynący ze wschodu przez Kraj Rzeki Powder.
Szlaki odkryte w latach dwudziestych i trzydziestych XIX wieku początkowo przyciągnęły na dziewicze tereny w dalekich rejonach rzeki Missouri naukowców, misjonarzy, a nawet spragnionych rozrywki bogaczy. Po powrocie na Wschód ludzie ci opowiadali piękne, choć też mocno podkoloryzowane historie o nowym raju za rzeką. Opowieści te skwapliwie podchwytywała prasa. W 1846 roku groszowa gazeta z Nowego Jorku odnotowała przybycie na Manhattan dwóch brytyjskich arystokratów, którzy właśnie wrócili z "długiego polowania na bizony w Oregonie i na Dzikim Zachodzie", i w jednym tylko akapicie opisu dzikiej krainy użyła słów "cuda", "przyjemny", "świetny", "entuzjastyczny" i "wspaniały". Artykuł kończył się konkluzją: "Tamtejsze łowiska są ponoć najlepsze w kraju, a iść w zawody z nimi mogą jedynie nadzwyczajne warunki do uprawy roli"16. Ta nieumiarkowana propaganda siłą rzeczy mąciła w głowach tysiącom drobnych farmerów i mieszkańców miast, którzy zapragnęli zacząć wszystko od nowa w raju. Pozostawało tylko namówić rodzinę lub dalszych krewnych, by wysupłali czterysta dolarów - tyle akurat kosztował odpowiednio zaopatrzony wóz. Niejednemu to się udało. Główny Szlak Oregoński, stanowiący odgałęzienie starszego, tradycyjnego Szlaku Santa Fe w Kansas, został wyrysowany i opisany przez podróżnika Johna Frémonta w 1842 roku. Wyboisty trakt przebijał się przez Przełęcz Południową w Górach Skalistych na północny zachód i wkrótce miał odebrać Szlakowi Santa Fe rolę symbolu narodowej ekspansji.
Przepływ emigrantów był początkowo skromny. Przez większość lat czterdziestych XIX wieku plemiona z Wysokich Równin były zbyt pochłonięte wzajemnymi walkami, by zajmować się nękaniem niewielkich karawan "szkunerów prerii", sunących z prędkością trzydziestu kilometrów dziennie. Wozy te, znacznie mniejsze i lżejsze niż te znane z hollywoodzkich filmów, miały płócienne zadaszenie[5] osadzone na konstrukcji z łukowatych pałąków z hikory oraz ramy z twardego drewna. I znów inaczej niż w filmach - były ciągnięte nie przez konie, lecz przez silniejsze i pewniej kroczące woły oraz muły, czyli lepiej przystosowaną do drogi, ale bezpłodną krzyżówkę osła i końskiej klaczy. A jeśli już wozy naprawdę zwróciły uwagę Indian, mogły zazwyczaj przejechać bezpiecznie, o ile ich właściciele zapłacili niewielki okup w postaci kawy lub rafinowanego cukru, uchodzącego wśród Indian za szczególny przysmak.
W oczach Indian, szczególnie Siuksów, biali wędrowcy uchodzili w dalszym ciągu za dziwaków z innego świata, "oszołomionych i zdumionych, niczym grupa sztubaków zagubionych w lesie"17, jak pisał Francis Parkman, podróżnik, który w latach czterdziestych XIX wieku wyruszył z Nowej Anglii na Zachód, by żyć pośród tamtejszych plemion. Nie wszyscy byli tak naiwni jak uczestnicy fatalnej wyprawy Donner Party, którzy wpadli w śmiertelną pułapkę w zaspach Sierra Nevada zimą na przełomie 1846 i 1847 roku. Czerwona Chmura wspominał jednak pod koniec życia, jak w odurzeniu patrzył na nieszczęsnych pionierów, którzy - choć nie brakowało im pewności siebie - w ogóle nie byli przygotowani do podróży przez surową, pozbawioną drzew prerię, nie mieli też odpowiedniego sprzętu. Palili kosztowne kufry podróżne, szyfoniery, a czasem nawet fisharmonie, by móc ugotować jedzenie, a na zieloną trawę ciskali materace z gęsiego pierza, zegary i przenośne tartaki, poniewczasie odciążając osie zrobione z młodego, mokrego drewna, które często pękało pod ciężarem takich kuriozów.
Zanim kupiono fort Laramie, do utrzymania porządku na niezbadanych terytoriach zachodnich wystarczał niewielki konny oddział ochotników z Missouri, stacjonujących w forcie Kearny na Terytorium Nebraski, sześćset czterdzieści kilometrów na wschód od granicy z Wyomingiem. Jednak gdy w 1848 roku w Sutter's Mill w Kalifornii odkryto złoto, strumyk wędrowców zamienił się w rzekę. W samym tylko 1850 roku blisko pięćdziesiąt pięć tysięcy poszukiwaczy złota zmierzających do Kalifornii oraz mormonów szukających schronienia w Utah utworzyło niemal niekończący się łańcuch wozów przemierzających tereny zamieszkane przez Indian18. Przybysze zabijali bizony, zanieczyszczali nieliczne wodopoje, ogołacali pastwiska oraz, co najsmutniejsze, rozsiewali choroby, takie jak cholera, "plaga zabójczej żółci", na którą rdzenna ludność nie była odporna.
Ten zwiększony ruch sprowokował tyle indiańskich ataków, że w 1851 roku zmierzający na zachód jechali dosłownie wśród czaszek i kości swoich poprzedników. Pewna nastolatka opisała w dzienniczku, jak jej zamordowanego ojca pochowano w trumnie z pnia czerwonej brzozy na brzegu rzeki Green: "Jednakże rok później znaleziono jego bielejące kości, ponieważ Indianie wygrzebali ciało ojca z ziemi". Liczbę ofiar na szlaku w samym tylko 1850 roku szacowano, i to ostrożnie, na pięć tysięcy19, co oznaczało, że co jedenasty optymista, który wyruszył z Saint Louis, żeby zacząć nowe i lepsze życie, nigdy nie przebył Gór Skalistych. Liczby te zaniepokoiły rząd, który uznał, że trzeba jakoś zapewnić wędrowcom prawo przejścia. W tym celu zamierzał się porozumieć z plemionami zdominowanymi przez Siuksów, których wpływy na Równinach Północnych w połowie wieku gwałtownie wzrosły.
Z perspektywy czasu wydaje się oczywiste, że najgroźniejsze plemię na tym terytorium musiało rychło zetrzeć się z inną siłą rozkwitającą na kontynencie - ze Stanami Zjednoczonymi. Jednak Siuksowie Zachodni nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielu białych żyje na wschód od Missisipi, i sądzili, że dorównują im liczebnie. To błędne przekonanie dość szybko miało ulec weryfikacji, tymczasem wysłannik rządu Thomas Fitzpatrick przemierzał Równiny wzdłuż i wszerz, wędrując od Arkansas do Yellowstone i rozpuszczając wici o wielkim traktacie, który zostanie zawarty podczas narady w pobliżu fortu Laramie i przyniesie wiekuisty pokój.
Fitzpatrick nie miał łatwego zadania. Zachodnie plemiona spędziły dużą część pierwszej połowy XIX wieku na wzajemnych najazdach i walkach, a ich nieustające waśnie zmieniły mapę wpływów. Arikarowie nienawidzili Siuksów, Siuksowie nienawidzili Szoszonów, Szoszoni - Szejenów, a Szejenowie - Paunisów. Niemal wszyscy nienawidzili Wron. A tu nagle ktoś żądał od nich, by zapomnieli o wszystkim, usiedli razem, wypalili fajkę pokoju i uznali przebieg granic ustalony przez intruzów ze wschodu, przemawiających do nich jak do dzieci. Ale Fitzpatrick, były traper i człowiek gór, obeznany z plemiennymi prawami i obyczajami, cieszył się szacunkiem rodów. Wysoki i chudy jak tyka Irlandczyk w aureoli gęstych, przedwcześnie posiwiałych włosów stanowił na prerii widok dość osobliwy. Wychowany w irlandzkim hrabstwie Cavan jako żarliwy katolik, miał też temperament pisarski. Biali mogli podziwiać jego prozę, lecz Indianom imponowała jego waleczność. Prawie wszystkie plemiona znały go jako "Złamaną Rękę"20, który to przydomek zdobył w potyczce z Czarnymi Stopami - z wysokiego na dwanaście metrów urwiska rzucił się konno do rzeki Yellowstone, jego broń eksplodowała i roztrzaskała mu lewy nadgarstek, a mimo to zdołał zabić kilku ścigających.
Taki wojownik miał prawdziwy posłuch u Indian. Podobno ten, komu podał swoją zdrową, prawą rękę, miał wrażenie, że wsadził dłoń w imadło, wyłożone do tego papierem ściernym. Nic dziwnego, że w końcu udało mu się przekonać niemal każdego z wodzów, by przynajmniej wysłuchał rządowego planu. Jedynym dużym plemieniem, które nie wyraziło zgody, byli Paunisi, żywiący wówczas nieprzezwyciężoną obawę przed Siuksami. Fakt, że Fitzpatrick otrzymał od Kongresu sto tysięcy dolarów na podarki dla każdej grupy, która zdecydowała się wziąć udział w naradzie, z pewnością wzmacniał jego zdolność perswazji. Dodatkowym wabikiem była zapowiedź przybycia inspektora do spraw Indian, pułkownika Davida D. Mitchella, który jako traper i handlarz, podobnie jak Fitzpatrick, miał wieloletnie doświadczenie w kontaktach z plemionami żyjącymi na zachód od Missisipi. Stanowisko inspektora piastował od dekady, a Indianie znali go i do pewnego stopnia mu ufali.
Siuksowie przybyli pierwsi - wodzowie i wojownicy w pełnych pióropuszach, stosownych do ich pozycji i zamożności, z twarzami wymalowanymi cynobrem tworzyli jaskrawą, barwną plamę na pokrytych szarym pyłem równinach. Za nimi podążały kolumny młodszych wojowników, a następnie kobiety i dziewczęta, wystrojone w najładniejsze paciorki i kolczyki z muszli, w sukniach z jeleniej skóry ozdobionych misternymi plecionkami z kolców jeżozwierza. Kobiety prowadziły małe dzieci, a także konie juczne, ciągnące travois[6], wyładowane skórami i żerdziami do budowy tipi. Pośród Lakotów znalazł się pewien dwudziestoletni członek plemienia Hunkpapa znad rzeki Missouri, zwany Siedzącym Bykiem, krewki i mówiący bez ogródek przywódca elitarnej grupy wojowników, który - choć wciąż słabo znany we własnym plemieniu - już wtedy ostrzegał, by nie uzależniać się zanadto od podarunków białych, od świecidełek i paciorków21. Świadkowie nie są w tej kwestii zgodni, ale według niektórych obecny był też jedenastoletni syn szamana Siuksów Oglala, opisany później przez biografa jako "nieśmiały chłopak o dziewczęcym wyglądzie"22, tak blady, że często brano go za białego jeńca. Oficjalne imię chłopaka brzmiało Jego Koń Stoi Na Widoku23, ale często zwano go Pehin Yuhana, "Kręcone Włosy", bo po pięknej matce z plemienia Miniconjou odziedziczył fale loków. Pięć lat później miał stać się znany pod wojennym przydomkiem Szalonego Konia. Na wymalowanym mustangu przybył zaś najsłynniejszy wojownik Wysokich Równin - trzydziestoletni Czerwona Chmura.
Mający sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu Czerwona Chmura przewyższał nie tylko innych Siuksów, ale i zapewne większość ówczesnych mężczyzn. Na jego smukłej twarzy wyróżniały się haczykowaty nos i szerokie czoło. Przedwczesne zmarszczki niczym nawiasy otaczały jego znużone oczy. Lubił ozdabiać się wstążkami i orlimi piórami, nosił się dumnie i po królewsku, a na tak szczególne uroczystości jego długie, szorstkie włosy były niemal zawsze wysmarowane niedźwiedzim łojem i zaplecione wokół kości ze skrzydła orła, aby podkreślić elegancję i ogładę. Na łęku jego siodła spoczywał z reguły porządny, nowy karabin. Ogółem roztaczał aurę spokojnej godności, ale głębiej kryła się fizyczna groźba24.
Urodził się niedaleko stąd, tuż przy dzisiejszej granicy stanów Wyoming i Nebraska, i dobrze znał stoliwa, wąwozy i strumienie wokół fortu Laramie. Jego dzieciństwo zbiegło się z początkami czasowej migracji Siuksów Oglala na południe od Gór Czarnych, gdy odkryli oni wielkie stada bizonów przemierzające dolinę Republican River. Pomagał przepędzać konkurujące plemiona, które uważały tę ziemię za swoją od pokoleń, a w szczególności dotyczyło to znienawidzonych Kiowów. Czerwona Chmura należał do Złych Twarzy, owianej złą sławą i budzącej postrach grupy w ramach Oglalów, którą dowodził czcigodny Stary Dym. Z biegiem lat przywódca Złych Twarzy stawał się coraz bardziej łasy na pasmanterię oferowaną w faktoriach białych handlarzy i takie zbytki jak wstążki, grzebienie i lusterka, przenikające do indiańskiego stylu życia. "Kompetencja kulturowa" nastoletniego Czerwonej Chmury brała się zapewne z tych dorocznych spotkań z jasnoskórymi i dziwnie odzianymi przybyszami w miejscu zwanym wówczas fort John. Teraz przybył pod fort Laramie w zdecydowanie innej roli.
W tym momencie swojego życia Czerwona Chmura już od ponad dekady pełnił wśród Złych Twarzy funkcję zwaną blotahunka, przyznawaną czołowemu wojownikowi każdej grupy. Piastujący ją mężczyzna łączył obowiązki wodza bitewnego oraz komendanta policji i stał na czele grupy wyselekcjonowanych wojowników i "strażników", zwanej akicita. Biali ze Wschodu prawdopodobnie nie zdawali sobie sprawy z tego, że pośród nich znajduje się tak szanowany wojownik, lecz większość przybyłych Indian (jeśli nie wszyscy) znała go, poważała i się go obawiała. Za przesadzone można uznać stwierdzenie, że to sam Czerwona Chmura był odpowiedzialny za odrzucenie zaproszenia Fitzpatricka przez Paunisów, ale ta przesada niekoniecznie jest tak duża, zważywszy na to, ilu członków tego plemienia wysłał on do Krainy Wiecznych Łowów. Zarzynał też Wrony, patroszył Szoszonów i skalpował Arikarów, stanowiąc wraz ze swoimi Złymi Twarzami swego rodzaju wzór dla innych grup Lakotów, które jazdę (i najazdy) u jego boku poczytywały sobie za zaszczyt. W kulturze Siuksów raczej nie miało to precedensu. I choć walki z białymi miał dopiero toczyć, można śmiało przypuszczać, że jego wrodzona inteligencja, zdolności przywódcze i dalekowzroczność sprawiły, że nie przeraził go widok dwóch setek niebieskich kurtek paradujących w dziwnym szyku z nowoczesnymi karabinami Hawkena i górskimi haubicami. Raczej zajmowało go studiowanie walorów "cudownego środka", jakim była broń palna25. Po raz kolejny.
Sześć lat wcześniej Czerwona Chmura uczestniczył w innej, mniejszej naradzie w forcie Laramie, zwołanej przez armię amerykańską po wybuchu konfliktu między rywalizującymi grupami traperów sprzedającymi alkohol Indianom. "Ognista woda" białego człowieka (jak zwali ją Indianie) dosłownie zalała wtedy dolinę rzeki Powder, co spowodowało nie tylko lawinę napadów na wozy osadników, ale i zatrważającą liczbę burd wśród samych Lakotów. Armia nie przejmowała się specjalnie, jeśli Indianie zabijali się nawzajem, lecz napady na wozy białych nie mogły ujść płazem. Pułkownik Stephen W. Kearny usunął sprzedawców whisky i wszczął pertraktacje z Siuksami, a właściwie z jednym z ich plemion, nazywanym Brulé[7]. W tym czasie młody Czerwony Chmura i jego akicita mogli spokojnie przyglądać się ćwiczeniom, jakie oficerowie Kearny'ego ordynowali żołnierzom każdego poranka, żeby nastraszyć Indian. A teraz cieszył się, że znów ma okazję ich oglądać, tym razem wyposażonych w armatę. Z całą pewnością zwrócił uwagę na fakt, że choć jeden strzał z wielkiego działa robił dziurę w ziemi i rozrywał drzewa, to w czasie, jaki artylerzyści potrzebowali do wyczyszczenia lufy i przeładowania, mała grupa wojowników na szybkich koniach mogła zmieść ich z powierzchni ziemi26.
Razem z Siuksami do fortu Laramie przybyli Szejenowie i Arapahowie, a ponieważ były to trzy sojusznicze plemiona, ich członkowie stawiali swoje tipi obok siebie i się integrowali. Drugiego dnia narady do fortu dotarła wieść, że zbliżają się odwieczni wrogowie Siuksów, Szoszoni, co zaniepokoiło białych. Każda kłębiąca się na horyzoncie chmura pyłu była sygnałem dla trębacza wojskowego, by zagrać Boots and Saddles, a dragoni stawali w gotowości, by wychwycić każdą zniewagę, która mogła stać się iskrą zapalną. O dziwo, nie doszło do żadnych poważniejszych incydentów, choć atmosfera była gęsta z powodu wydarzenia, do którego doszło kilka dni wcześniej.
Stało się to, zanim traper Bridger spotkał się z główną grupą Szoszonów, którą miał eskortować do obozu. Mała grupa członków tego plemienia, znanego też jako Węże, została zaatakowana przez Szejenów, którzy zerwali dwa skalpy. Przywódcy Siuksów i Szejenów w forcie Laramie przyrzekli powstrzymać się od przemocy w trakcie negocjacji dotyczących traktatu, ale Bridger był nieufny. W tym wypadku nie potrafił zachować obiektywizmu, wżenił się bowiem w plemię Węży i żył z nimi z przerwami przez dobre dwie dekady. Po ataku dał ich wodzowi i części jego wojowników nowe strzelby i amunicję. Mimo uzbrojenia Szoszoni zbliżali się do fortu ostrożnie - Bridger wraz z wodzem nieco wyprzedzali poruszający się wolno oddział. W miarę jak byli coraz bliżej, w obozach innych Indian narastał szmer, a kobiety Siuksów i Szejenów, które straciły ojców, mężów lub synów w bitwach z górskimi Indianami, jęły zawodzić przenikliwe, niespokojne tremola swych pieśni żałobnych.
Ostrożność Szoszonów była uzasadniona. Gdy zawodzenia osiągnęły straszliwą kulminację, młody wojownik z plemienia Siuksów, uzbrojony w łuk i kołczan ze strzałami, wskoczył na kuca i nie szczędząc rzemienia, popędził wierzchowca do galopu. Ruszył w stronę wodza Szoszonów, który - jak się zdaje - jakiś czas wcześniej zabił jego ojca. Bridger ostrzegł zawczasu swoich tłumaczy, by mieli się na baczności przed takimi sytuacjami, toteż samotny Siuks nie ujechał zbyt daleko, ponieważ został przechwycony, strącony z siodła i rozbrojony przez zwiadowcę z Quebecu. Wieczorem, gdy Bridger swoim zwyczajem brylował w fortowym szynku, bardzo obrazowym językiem zasugerował żołnierzom po służbie, że Siuksowie mieli sporo szczęścia, unikając bitki27.
"Mój wódz by go szybko zaciukał - powiedział traper o sytuacji z wojownikiem. - A potem głupi Siuksowie by się wściekli i zabrakłoby miejsca dla martwych Siuksów. Wy, dragoni, dobrze zrobiliście, ale jakby zaczęła się walka, to mielibyście widowisko. I powiem wam jeszcze, że Siuksowie nie zrobią tego więcej. Widzą, jak Węże są uzbrojone. Dałem im strzelby, i to dobre strzelby. Wujek Sam kazał im tu przyjechać i powiedział, że będą bezpieczni. Ale oni coś nie do końca mu wierzą"28.
Bridger miał rację, nie było już więcej incydentów. Następnego dnia całe indiańskie zgromadzenie i różni biali urzędnicy oraz agenci udali się na miejsce przy zbiegu płytkiej rzeczki Horse Creek i Platte Północnej, oddalone o mniej więcej pięćdziesiąt pięć kilometrów na południowy wschód od fortu. Wodzowie jechali z godnością, "podczas gdy wojownicy i chłopcy ganiali w kółko, popisując się umiejętnościami jeździeckimi i pozbywając się nadmiaru energii"29, jak czytamy w relacji. Oddziały kawalerzystów przez cały czas oddzielały Siuksów od Szoszonów. Narada dotycząca traktatu miała się rozpocząć następnego ranka. To musiał być niesamowity widok. Inżynierowie wojskowi wznieśli pokryty płótnem drewniany amfiteatr na żyznym nabrzeżu, które skrzyło się różowym kwieciem wierzbówki i srebrzystymi listkami bylicy. O zmierzchu kolumna tysiąca zbrojnych Siuksów przejechała czwórkami na wojennych kucach, krzycząc i śpiewając. Pewni siebie Siuksowie zadziwili wszystkich, zaprosili bowiem Szoszonów na wielką ucztę z mięsa gotowanych psów. Po posiłku do dwóch plemion dołączyli Szejenowie i Arapahowie i wszyscy tańczyli i śpiewali do świtu. Alkohol był niedostępny, nikt nie zginął.
Następnego ranka starszyzna plemion, ostentacyjnie nieuzbrojona, odziana w najlepsze skóry muflonów i wapiti, zbliżyła się do wielkiego masztu, który żołnierze naprędce wznieśli z trzech związanych pni sosny wydmowej. Biali patrzyli, jak każdy członek starszyzny po kolei wykonuje świętą pieśń i taniec pod trzepoczącym amerykańskim sztandarem. Potem wodzowie zajęli wyznaczone im miejsca. Agentowi Fitzpatrickowi przypadł krępujący obowiązek poinformowania gości, że pociąg z transportem tytoniu, cukru, kawy, koców, noży rzeźnickich i bel materiału wyjechał z Saint Louis z opóźnieniem (nie wspomniał o tym, że armia zawieruszyła towary podczas rozładunku parowca na rzece Missouri).
Pomijając pewien pomruk niezadowolenia, Indianie dobrze przyjęli tę informację. Żadna grupa się nie odłączyła, a wielki kalumet z czerwonego katlinitu[8], z długim na prawie metr cybuchem, zaczął krążyć wśród zgromadzonych. Indianie zaciągali się mieszanką dzikiego tytoniu i ziół, zwaną kinnikinnick, wykonując rękoma skomplikowane gesty, aby w ten sposób oddać hołd Wielkiemu Duchowi i potwierdzić czystość swoich intencji.
Rozciągająca się za półkolem amfiteatru preria tętniła życiem. Indiańskie kobiety, z natury ciekawskie, składały uroczyste wizyty handlowe w obozach wrogich plemion; młodzi wojownicy urządzali szaleńcze wyścigi konne, czynili zakłady w strzelaniu z łuku i rzucaniu nożem i flirtowali z dziewczętami wystrojonymi w wielobarwne ubrania. Reporter "Missouri Republican" donosił w typowym dla dziennikarzy z epoki koturnowym stylu: "Debiutantki (podobnie bowiem do piękności cywilizowanych są i debiutantki indiańskie) rozkwitały w tym, co mogły wybrać najlepszego spośród odświętnych toalet. A to, jak się puszyły, chichotały, rozmawiały i starały się pokazać kawalerom z najlepszej strony, w pełni uzasadnia przyznanie im przez nas owego cywilizowanego tytułu"30.
Dalej, na bujnych trawiastych obszarach obok setek szałasów, które rozkwitły tu niczym gwiazdnica na prerii, jedenasto- i dwunastoletni chłopcy z każdego plemienia pilnowali ciągnących się po horyzont stad mustangów. Spoglądali na siebie nieufnie, z pewnością rozpoznając kuce skradzione w poprzednich latach. W tym czasie na Wielkich Równinach żyło swobodnie około dwóch milionów dzikich mustangów31, a większość plemion potrafiła je po mistrzowsku zaganiać i poskramiać. Mimo to Indianie zdradzali niezwykłą skłonność do kradzieży koni, toteż woleli powiększać swoje stada drogą najazdów. Uruchamiało to istny koński korowód - nie było niczym dziwnym, że grupa koni przechodziła od Siuksów do Wron, następnie do Czarnych Stóp, Nez Percé i z powrotem do Siuksów. Często zdarzało się, że Indianin zamykał ten krąg, kradnąc konia, którego zabrano mu wiele miesięcy albo nawet lat wcześniej.
Rankiem w poniedziałek 8 września przywódcy plemion zostali zaproszeni do środka kręgu, gdzie miały się odbyć oficjalne uroczystości związane z traktatem. To, co nastąpiło, było - zgodnie z opinią B. G. Browna, jednego z sekretarzy - "prawdziwie elektryzującym widokiem. Każdy lud zbliżył się z własną pieśnią na ustach i taką kombinacją barbarzyńskich, dzikich i niesamowitych zachowań i strojów, jakiej nigdy dotąd nie widziano. Niemożliwym jest, by nadarzyła się jeszcze kiedyś podobna okazja ujrzenia zgromadzonych naraz tylu plemion, prezentujących całe bogactwo twarzy, strojów, ekwipunku, koni i wszystkiego innego i wyrażających w ten sposób swoje prymitywne rozumienie elegancji i manier"32.
Po ceremonii powitalnej Fitzpatrick wkroczył do półkola i przedstawił licznych komisarzy rządowych, w tym pułkownika Mitchella, który obecnie żył w Saint Louis i część drogi przebył parowcem kursującym po rzece Missouri. Mitchell - stojący na tle gór Laramie, które zdawały się sięgać zachodniego nieba - krótko i zwięźle wyłożył swoje stanowisko. Owszem, przyznał, to prawda, że biali emigranci wędrujący przez indiańskie ziemie uszczuplają stada bizonów. Owszem, ich woły i inna rogacizna wyjadają trawę. Ale w zamian Wielki Ojciec w Waszyngtonie jest gotów przez pięć lat płacić Indianom coroczną rekompensatę w postaci artykułów żelaznych, żywności, zwierząt domowych i sprzętu rolniczego, wartą pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jak jednak podkreślił, obie strony będą musiały się ugiąć, więc w rewanżu plemiona nie mogą przeszkadzać przyszłym podróżującym w wędrówce, a także muszą pozwolić armii amerykańskiej na postawienie posterunków wzdłuż szlaków na zachód. Wreszcie, powiedział, rolą białego człowieka jest udzielenie pomocy Indianom w wyznaczeniu granic suwerennych terytoriów i nauczeniu się, jak je respektować. Czy Indianie tego chcą, czy nie, cywilizacja jest ponad nimi, więc nieustająca międzyplemienna rzeź musi ustać. Mitchell wskazał, że aby to osiągnąć, każdy lud powinien wybrać jednego wielkiego wodza, z którym Stany Zjednoczone mogłyby negocjować te postanowienia.
Nietrudno sobie wyobrazić, z jaką konsternacją przyjęli przetłumaczone im propozycje tacy wojownicy jak Czerwona Chmura, którym rozsądek podpowiadał, w co nie można wierzyć. Dlaczego ci zakłopotani biali nie rozkażą wiatrowi, żeby nie dął, a rzekom, żeby nie płynęły? Czerwona Chmura, Siuksowie i wszystkie zachodnie plemiona byli przyzwyczajeni do chodzenia tam, dokąd zechcą, i wtedy, kiedy zechcą, oraz do brania tego, co uda im się zdobyć dzięki odwadze i przebiegłości. Możliwe, że Czerwona Chmura i pozostali Indianie nie byli świadomi, jak wielu Amerykanów żyje daleko na wschodzie, ale zbyt dobrze pamiętali łamane wciąż obietnice białych przywódców z Waszyngtonu. Wystarczyło spojrzeć na południe, gdzie wywłaszczone ludy zza Missisipi zostały siłą przesiedlone na oficjalne Terytorium Indiańskie (obecna Oklahoma). Te opuszczone plemiona żyły w zaniedbanej "ojczyźnie wykorzenionych", z trudem się utrzymując i czekając na rządowe dary niczym żebracy. Co gorsza, dary te przychodziły rzadko. Czy taka właśnie przyszłość miała czekać dumnych Siuksów? Zaprawdę, ci naiwni biali zasługiwali na miano śmiesznych, a może nawet na jeszcze gorsze.
A już najlepsze ze wszystkiego było ich ostatnie żądanie. Siuksowie nie byli w stanie zrozumieć pomysłu, że każdy wódz, niezależnie od tego, jak jest postrzegany przez plemię, mógłby przemawiać w imieniu każdego wojownika. Od stuleci ich kulturę tworzyły płynne, chaotyczne grupy plemienne, które dzieliły się wedle przeplatających się więzów rodzinnych, rodowych i militarnych. Jedynie podczas polowania na bizony lub oficjalnych działań wojennych przywódcy mogli narzucić pozostałym jakąkolwiek dyscyplinę, a i to raczej wyjątkowo. Jakim cudem biali nie potrafili pojąć, że żaden pojedynczy "wódz" czy dwóch "wodzów", a nawet tuzin nie mogliby w żaden sposób rządzić tymi splątanymi relacjami? Może jeszcze należałoby wyznaczyć jakiegoś króla świata?
Nawet mężczyźni - a zawsze byli to mężczyźni - których postrzegano jako przywódców, nigdy nie dysponowali władzą absolutną, zwłaszcza w odniesieniu do klasy wojowników, zwanej akicita33. Polityczny etos Siuksów, cechujący się wyjątkowo silną lojalnością rodzinną, stanowił naturalną barierę przed narzuceniem plemieniu rządów autokratycznych. Osiemnaście stuleci wcześniej Plutarch opisał grecką koncepcję demokracji: rządzi jednostka odpowiadająca przed grupą, a grupa wypełnia zobowiązania wobec swoich fundamentalnych zasad. Dziewiętnastowiecznym Indianom wydałoby się to obłędem, podobnie jak szalony Taniec Słońca lub sztuka zdejmowania skalpów zostałyby odebrane w pałacu Buckingham lub Wersalu. Tak więc mimo determinacji białych, by uczynić z pewnej grupy wybitnych Indian "wodzów plemiennych", z którymi Stany Zjednoczone mogłyby negocjować traktaty, był to pomysł czysto akademicki. Poza tym dla większości żołnierzy i pionierów wystarczająco trudne było odróżnienie wrogo nastawionego Siuksa od, powiedzmy, przyjaznego członka Delawarów. Rozpoznanie subtelnych hierarchii w politycznych, religijnych i militarnych społecznościach indiańskich przekraczało ich kompetencje (zakładając, że jakoś szczególnie się do tego przykładali).
Kiedy jednak Mitchell wyznaczył uległego wodza, z którym swego czasu na wielką skalę i w przyjaznej atmosferze handlował, Indianie w większości wzruszyli ramionami i przystali na to, choć niechętnie, mając przede wszystkim na względzie podarki. Wcześniejsze doświadczenia sprawiały, że i tym razem nie spodziewali się po białych dotrzymania obietnic. Czekając na wozy z transportem z Saint Louis, organizowali własne narady i wymyślali rozrywki. Jedną z nich stanowiło przedstawienie, które dane było zobaczyć jedynie garstce białych.
Po południu czwartego dnia oddział około stu szejeńskich Żołnierzy Psów[9] uzbrojonych w broń palną, włócznie i łuki wjechał na teren negocjowania traktatu, żeby odegrać szarżę bitewną. Wojownicy byli ubrani jedynie w przepaski biodrowe i mokasyny z niewyprawionej skóry oraz wymalowani w najbardziej agresywne barwy wojenne. Grzywy i ogony ich koni obsypano pyłem i przyozdobiono wstążkami, a boki zwierząt pokryto symbolami nakreślonymi czerwoną ochrą, wyliczającymi poszczególne wyczyny wojowników: liczbę zabitych wrogów, zdjętych skalpów, porwanych koni. To, co początkowo białym obserwatorom wydawało się chaotycznym czy wręcz niezdarnym tabunem, nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniło się w zdyscyplinowany wojskowy szyk - szejeńscy jeźdźcy w sprawny i zsynchronizowany sposób zsiadali z koni i wsiadali na nie podczas kolejnych okrążeń i markowanego szturmu. Biali widzowie, zwłaszcza żołnierze, byli oszołomieni i zaniepokojeni. To tych wojowników pokonali Siuksowie? To była lekcja, o której następna generacja żołnierzy oddelegowanych do walki z Indianami zapomniała - na własną zgubę.
Tego typu rozrywki i nieustające uczty trwały ponad tydzień - w tym czasie Indianie oczekiwali na wakpamni, czyli wielkie rozdawnictwo łapówek34. Było też kilka niespodzianek. Podczas jednego wspólnego posiłku Szejenowie zadośćuczynili za zabicie dwóch Szoszonów - zwrócili skalpy braciom ofiar oraz przekazali im podarunki: noże, koce i barwione tkaniny. Po obozowiskach krążył znany belgijski ksiądz, jezuita Pierre-Jean De Smet. Nawracał, proponował odprawienie mszy oraz, jak twierdził, ochrzcił ośmiuset dziewięćdziesięciu czterech Indian i sześćdziesięciu jeden "mieszańców"35. Grupa Czerwonej Chmury była jedną z tych, dla których wygłosił kazanie. I choć ojcu De Smetowi nie udało się nawrócić czołowego wojownika Złych Twarzy, o Czerwonej Chmurze do końca jego życia mówiono, że "wygłaszał fragmenty doktryny chrześcijańskiej"36. To właśnie podczas tego zgromadzenia De Smet mógł w pełni zaobserwować upodobanie Indian do gotowanego psiego mięsa, które opisał potem w niezwykle kuriozalny sposób: "Żadna epoka w indiańskich annałach nie była czasem większej masakry psiego rodu"37.
Tymczasem dni mijały, tysiące indiańskich kuców wyjadały trawę w promieniu wielu kilometrów, a na brzegach Horse Creek i Platte Północnej rosły śmierdzące hałdy gnoju. Ludzkich odchodów było tak dużo, że wojsko przesunęło swoje obozowisko o trzy kilometry w górę rzeki, by uciec od smrodu, który jeden z żołnierzy określił jako "nieomal widoczny". Gdy posłańcy przynieśli w końcu wieść o tym, że wóz z darami jest o dzień drogi od zgromadzenia, Fitzpatrick i inspektor do spraw indiańskich Mitchell ponownie zgromadzili starszyznę plemienną i spytali, czy wybrano wodzów - reprezentantów. Indianie byli przebiegli. Przejechali setki kilometrów i przełożyli jesienne polowanie na bizony po to, by otrzymać dary. Nie zamierzali odjeżdżać z pustymi rękami, nawet jeśli oznaczałoby to uczestnictwo w farsie. Powiedzieli białym, że faktycznie wybrali emisariuszy, i z szeregu wystąpiło kilku mężczyzn z różnych plemion. Po ponownym odczytaniu i przetłumaczeniu pierwotnych warunków traktatu, w tym nieprawdopodobnego wymogu, by Siuksowie przekazali Wronom terytorium na obu brzegach rzeki Powder, płynącej na północ aż do Yellowstone, mądry wódz z plemienia Arapaho, imieniem Ucięty Nos, wypowiedział opinię podzielaną prawdopodobnie przez większość Indian: "Byłbym rad, gdyby biali wybrali sobie miejsce dla siebie i nie pojawiali się na naszych terenach. Lecz skoro muszą przekraczać naszą ziemię, powinni oddać nam część tego, co pędzą"38.
Delegaci rządowi brali te kalamburowe wypowiedzi za przyzwolenie na wszystkie żądania. Choć Fitzpatrick, człowiek sprytny i dobrze znający Równiny, na pewno rozumiał więcej, to jednak milczał, gdy wyznaczeni "wodzowie" zbliżyli się do stołu ustawionego w amfiteatrze. Jak większość Indian, Siuksowie nie umieli ani czytać, ani pisać, nie mogli zatem podpisać się własnymi imionami. Rząd uprzejmie opracował dla nich specjalną praktykę: gdy wódz akceptował traktat, podchodził do stolika, przy którym siedział skryba, otrzymywał symboliczny koc lub sznur szklanych paciorków i jednym palcem lub dwoma dotykał czubka podsuniętego mu pióra. Wówczas skryba umieszczał imię Indianina na dokumencie. Była to bezużyteczna ceremonia, ponieważ Indianie nie mieli pojęcia, na co się zgadzali, czy może raczej: co oddawali. W każdym razie rząd amerykański zwykle nie miał zamiaru czekać na wygaśnięcie umowy. Mimo to wodzowie stawiali teraz jeden za drugim znaczki przy swoich imionach. Żaden z dwóch "wodzów" Siuksów, którzy dotknęli pióra, nie należał do Oglalów, nie wspominając już o grupie Czerwonej Chmury, Złych Twarzach. Jeden pochodził z lakockiego plemienia Brulé - był to silny lud zwiadowców, lecz pod względem militarnym nie mógł się równać z Oglalami. Drugi reprezentował małą wspólnotę Siuksów znad rzeki Missouri. Choć nie możemy odgadnąć, co myślał Czerwona Chmura, gdy razem ze Starym Dymem stali i patrzyli na to wszystko, to obaj wiedzieli, że prawdziwa moc bierze się nie z kałamarza, ale z kołczanu ze skóry wydry albo, w jeszcze większym stopniu, z lufy karabinu.
Zatem ostatniego dnia zgromadzenia podpisano dokument, który przeszedł do historii jako traktat znad Horse Creek. Miał on zagwarantować na Równinach "trwały pokój po wsze czasy"39. Po uroczystym złożeniu podpisów wozy z transportem wjechały do obozu i utworzyły korral, a po rozdaniu darów nastąpiła finałowa wielka uczta. Poza standardowymi przydziałami kawy, cukru i tytoniu dawano też arkusze blachy mosiężnej. Jak zawsze próżni Siuksowie lubili wycinać z nich owale wielkości monety i ozdabiać nimi włosy. Wodzowie i szanowani wojownicy zostali również udekorowani okolicznościowymi medalami z podobizną Wielkiego Ojca, prezydenta Millarda Fillmore'a, a także generalskimi mundurami, galowymi szablami i czerwonymi szarfami. Wielu Indian miało na sobie te mundury następnego dnia (było to prawdopodobnie ich pierwsze zetknięcie się ze spodniami), kiedy plemiona się rozproszyły, każde w jedną z czterech stron terytorium.
Porozumienie znad Horse Creek z 1851 roku było najszerzej zakrojonym traktatem, jaki Siuksowie Zachodni kiedykolwiek zawarli z reprezentantami Stanów Zjednoczonych. Siłą rzeczy miał to być również pierwszy traktat, który został zerwany. Na szczęście dla historyków długo zapomniana autobiografia, którą Czerwona Chmura podyktował pod koniec życia, przedstawia rzadkie spojrzenie na tę epokę z perspektywy Siuksów. Nawet w tak późnym okresie życia, gdy era wielkich wojen indiańskich była już dalekim wspomnieniem, Czerwona Chmura nadal zdawał się bać jakiejś formy kary, a jego książka w niewielkim tylko stopniu porusza temat jego relacji z białymi; kiedy to czyni, owe fragmenty są tak niejasne, że trudno rozpoznać uczucia autora. Kiedy jednak Czerwona Chmura rozpatruje naradę znad Horse Creek, daje do zrozumienia, że część starszych (i słabszych) wodzów, którzy obozowali wówczas nad Platte Północną, była zaintrygowana wizją pokoju łączącego po wsze czasy białych i Indian. Ze wspomnień Czerwonej Chmury wynika za to wyraźnie, że nie zamierzał się stosować do traktatu. Lakotowie byli najsilniejszym i budzącym największy strach plemieniem na Wielkich Równinach. A wśród Lakotów o prymat walczyli Oglalowie Czerwonej Chmury.
Rozpatrując życie i czasy Czerwonej Chmury w kontekście traktatu znad Horse Creek, ktoś mógłby uznać, że blotahunka Złych Twarzy byłby w stanie żyć bez atakowania karawan z migrantami i bez prowokowania wojen ze Stanami Zjednoczonymi, przynajmniej przez jakiś czas (choć dalsze wypadki osłabiają tę argumentację). Można też dowodzić, że mimo niemal fanatycznie wyznawanej przez jego lud tradycji indywidualizmu mógł się przychylić do koncepcji jednego "wodza", dlatego że najprawdopodobniej sam by nim został.
Nikt jednak, a z pewnością nie Czerwona Chmura, nie mógł wyobrazić sobie, że byłby niczym robak zamknięty pod szkłem, przypisany do konkretnego terytorium, niezależnie od tego, jak rozległe i jak obfite by ono było. Myśl o tym, że Czerwonej Chmurze nie wolno byłoby przewodzić najazdom, kraść koni i zdobywać skalpów - a dokładnie z tego był już znany - kłóciła się z jego naturą. Takie wyczyny stanowiły sedno etosu Siuksów od niepamiętnych czasów. A Czerwona Chmura nie był niczym innym jak produktem mitów i legend stworzonych przez swoich przodków, połączonym z owymi duchami tym, co jego późniejszy wróg, przyszły prezydent, nazywał "mistycznymi strunami pamięci"[10].