Rozdział 1
Anastazja szła powoli, rozglądając się dookoła. Zawsze lubiła Park Kościuszki; ten wszechobecny odcień zieleni napawał ją spokojem i nadzieją na lepsze jutro. Jednak dziś nawet spacer po ulubionych alejkach nie pomagał. Z nietęgą miną ruszyła dalej ulicą Żeromskiego. Jak na czerwcowy poranek było już naprawdę gorąco. Dziewczyna poprawiła słomkowy kapelusz, który co chwilę zsuwał się jej z burzy rudych loków. Włożyła okulary przeciwsłoneczne na piegowaty nos i ruszyła przed siebie. Mijała otwarte kawiarnie, w których mieszkańcy Radomia bez pośpiechu raczyli się zimną lemoniadą, radośnie rozmawiając. Jej jednak nie było do śmiechu. Mimo wysokiej temperatury w jej sercu panował chłód, a w głowie kłębiły się deszczowe chmury.
"Tylko nie płacz na środku ulicy" - powtarzała w duchu. "Zaraz będziesz w biurze, tam schowasz się przed całym światem". W końcu dotarła na miejsce. Stanęła przed drzwiami, wzięła głęboki oddech, uśmiechnęła się niemrawo i weszła do środka.
- Dzień dobry! - powiedziała, siląc się na wesoły ton.
- Dzień dobry, skarbie! - usłyszała natychmiast głos pani Anieli. - Zrobić ci kawę? Właśnie stoję przy ekspresie. - Starsza pani z gracją podstawiła kolejną filiżankę.
- Nie, dziękuję. Zdążyłam wypić w domu. - Anastazja starała się zachowywać normalnie. - Siadam od razu do biurka, bo sama pani widzi, ile jest pracy przed koloniami. - Poklepała czerwone segregatory pełne dokumentów. Cieszyła się z nadmiaru obowiązków, bo praca pozwalała jej zapomnieć choć na chwilę o smutkach.
- Nie martw się, kochana, zaraz ci we wszystkim pomogę - zaoferowała z uśmiechem Aniela.
Niewysoka starsza pani zabrała swoją filiżankę i usiadła naprzeciwko Anastazji. Odruchowo poprawiła krótkie czarne włosy z nienaganną trwałą i spojrzała na podopieczną swoimi mądrymi, brązowymi oczami, które zawsze widziały więcej, niż się wszystkim wydawało.
- Dziękuję, pani Anielko, ale poradzę sobie. Niech pani spokojnie wypije kawę. - Posłała ciepłe spojrzenie emerytowanej nauczycielce.
- Oj, nie dziękuj mi, tylko dawaj te papierzyska. - Otworzyła pierwszy segregator. - Zaczniemy od naboru uczestników, potem podział na turnusy - wyliczała.
- No dobrze - westchnęła Anastazja, która dobrze wiedziała, że z Anielą nie ma co dyskutować. Pracowały razem nie od dziś.
Po dwóch godzinach intensywnej pracy część zgłoszeń była już zakwalifikowana.
- Przerwa! - zarządziła starsza pani, wstając od biurka i rozprostowując obolałe kolana. - Muszę powiedzieć Tomkowi, żeby dał ci podwyżkę. Sezon wakacyjny to masa roboty, a mój syn zamiast ci pomagać, gdzieś jeździ - gderała. - Wiem, że niby jest szefem, ale nie może wszystkiego zrzucać na ciebie.
- Pani Anielko, bez przesady. Z pani pomocą wszystko idzie sprawnie - próbowała załagodzić zbliżający się konflikt matki z synem. - Szef pojechał załatwić transport. Autokary muszą być gotowe na czas - podkreśliła. - Powinien niedługo wrócić.
- Już go tak nie broń. Zachciało mu się prowadzić biuro podróży, to teraz ma. Dobrze, że jestem na emeryturze i nad tym wszystkim czuwam. Chyba nie dałabym rady pogodzić pracy w szkole, przygotowywania sprawdzianów z matmy i pomagania przy organizacji zielonych szkół czy kolonii. - Pani Aniela jak zwykle nie umniejszała swojego wkładu w pracę biura. Anastazja tylko uśmiechnęła się pod nosem i poszła zaparzyć sobie herbatę.
Mimo upału na zewnątrz w biurze panował przyjemny chłód. Anastazja bardzo lubiła starszą panią. Pracowały razem od początku istnienia firmy. Aniela była wtedy świeżo upieczoną emerytką, a ona dopiero co skończyła studia pedagogiczne, choć niestety nie było jej dane pracować w zawodzie. Z chęcią słuchała byłej nauczycielki, która sypała szkolnymi anegdotami jak z rękawa. Młoda dziewczyna bardzo chciała pracować z dziećmi, ale na razie musiała jej wystarczyć praca biurowa. Po kilkunastu minutach obie znów siedziały przy biurkach, przeglądając kolejne dokumenty. Nagle usłyszały wesoły głos:
- Dzień dobry, moje panie! Co za piękny dzień!
W drzwiach stanął Tomek - wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z czarnymi, starannie ułożonymi włosami i szerokim uśmiechem. "Cała mamusia" - powtarzali wszyscy znajomi rodziny.
- Dzień dobry, szefie!
- Jesteś w końcu! Zostawiłeś biednej dziewczynie tyle roboty i zniknąłeś - rzuciła gniewnie Aniela w stronę syna.
- Mamo... - jęknął jak małe dziecko. - Przecież wiesz, że na kolonie trzeba jakoś dojechać. Już jestem i biorę się do pracy.
- Dobrze, dobrze, nie tłumacz się - mruknęła Aniela. - Masz tu kolejny plik dokumentów, my dokończymy to, co zaczęłyśmy. - Wskazała otwarty segregator. Tomek pokiwał głową, wyciągnął ręce po skoroszyt i zniknął w swoim gabinecie.
Zbliżała się pora lunchu, kiedy pani Aniela z trzaskiem zamknęła segregator.
- Skończone! - oznajmiła z zadowoleniem. - A teraz, moja droga, zbieraj się, idziemy coś zjeść - dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Ale pani Anielko... - jęknęła dziewczyna.
- Nie ma żadnego "ale". Należy nam się dwadzieścia minut przerwy, więc idziemy na obiad. - Starsza pani wstała z krzesła. - Powiem tylko synowi, że przez ten czas musi sobie radzić sam! - podkreśliła ostatnie słowa.
Dziewczyna skinęła głową; jej brzuch głośno domagał się jedzenia. Nauczycielka weszła do gabinetu Tomka, a Anastazja wzięła torebkę i kapelusz, po czym wyszła poczekać na zewnątrz. Słońce mocno przygrzewało, ale na szczęście wiał lekki wiatr, który przy takiej temperaturze był zbawienny. Wystawiła twarz do słońca - uwielbiała lato, nawet takie upały. Była, jak to mówią, "ciepłolubna". Aniela pojawiła się po chwili.
- To gdzie idziemy? - zapytała niemrawo Anastazja. "Kurczę, zachowuj się normalnie - zganiła się w duchu - bo pani Anielka wszystkiego się domyśli. Żeby tylko nie pytała o ślub...".
Aniela spojrzała na nią spod oka.
- Do tej małej włoskiej restauracji. Mam ochotę na makaron - westchnęła z lubością, w wyobraźni widząc już talerz parującego spaghetti.
- Dobry pomysł - odparła Anastazja, a jej głos zabrzmiał już pewniej.
Siedziały w przytulnym, klimatyzowanym wnętrzu, nad talerzami pełnymi aromatycznego makaronu. Zaczęły jeść, co jakiś czas zachwycając się smakiem potraw. I wtedy padło to nieszczęsne pytanie:
- Anastazjo, powiedz, jak tam przygotowania do ślubu? - Starsza pani patrzyła czujnie, a dziewczyna zastygła z widelcem w połowie drogi do ust. - Wszystko już załatwione? - dopytywała, gdy ta, zamiast odpowiedzieć, zrobiła tylko smutną minę.
"O nie!" - jęknęła w duchu Anastazja, a głośno powiedziała:
- Pani Anielko, co ja mam pani powiedzieć...
W jej zielonych oczach pojawiły się łzy, które powstrzymywała od rana.
- Najlepiej prawdę. - Nauczycielka poklepała ją po dłoni. - Kochana, przecież widzę, że coś cię dręczy.
- Pani to nic nie umknie.
- Jeżeli wyrzucisz to z siebie, na pewno ci ulży. Nie ma co dusić smutków w sobie. - Patrzyła ciepło na swoją towarzyszkę. - Możesz mi zaufać, przecież wiesz. Pomogę w każdej chwili.
- Wiem, wiem, pani Anielko, ale to nie chce mi przejść przez gardło - powiedziała żałośnie.
- Ślubu nie będzie - stwierdziła wprost Aniela.
Anastazja przytaknęła, a po jej policzkach spłynęły łzy.
- Zostawił mnie wczoraj. - Wzięła głęboki wdech. - Tak po prostu - chlipnęła cicho.
- A to drań! - wymsknęło się kobiecie, która w myślach dodała dosadniejsze przekleństwo. - Nie płacz, kochanie, nie był ciebie wart - próbowała ją pocieszać.
- Przyjechał do mnie jak gdyby nigdy nic i oznajmił, że się zakochał. A mnie... mnie tak jakby już nie kocha. - Mówienie o tym sprawiało jej ogromny ból, a łzy nie chciały przestać płynąć. Ocierała je wierzchem dłoni i opowiadała dalej: - Nawet mnie pocieszał, głaskał po głowie. Obiecywał, że ze mną zostanie, dopóki nie przestanę płakać. Taki wielkoduszny! - podniosła lekko głos. - Usłyszałam też, że mogę sobie zatrzymać pierścionek, bo jemu nie będzie już potrzebny - dodała, patrząc wzrokiem pełnym bólu na swoją towarzyszkę.
- Co za... palant! - wyrwało się Anieli. - Skarbie, wszystko się ułoży. Wiem, że to brzmi banalnie, ale musisz w to uwierzyć. - Mocno ścisnęła jej dłoń. - Nie zostawię cię z tym samej. Mogę ci jakoś pomóc?
- Dziękuję. Na razie jakoś sobie radzę - odparła przez łzy. - Pani Anielko, ja naprawdę go kochałam. Byliśmy razem pięć lat. Cudowne oświadczyny, wspólne przygotowania do ślubu... Byłam taka szczęśliwa. - Umilkła na chwilę, jakby wracała pamięcią do tamtych chwil. - Do ślubu zostało pół roku, a na dniach mieliśmy odebrać zaproszenia. - Głos jej się ponownie załamał. - Wszystko zamówione, ksiądz poinformowany, cała wieś szykowała się na wesele. A tu klops. Taki wstyd...
- Ty się nie masz czego wstydzić! - Zdenerwowana nauczycielka poruszyła się na krześle.
- Niby tak. - Anastazja wzruszyła ramionami. - Marek obiecał, że wszystko sam odwoła. - Głośno pociągnęła nosem.
- Chociaż tyle - mruknęła Aniela. - A co na to rodzice? - zapytała niepewnie.
- Jeszcze im nie powiedziałam - odparła cicho, grzebiąc widelcem w jedzeniu.
- Nawet Julce? - zdziwiła się nauczycielka.
- Siostra też o niczym nie wie. Wszyscy myślą, że się o coś posprzeczaliśmy. Jest pani pierwszą osobą, której o tym mówię - zakończyła smutno.
- Bardzo mi miło, chociaż powód nie jest radosny. Skarbie, tak jak ci mówiłam, nie duś tego w sobie. Twoi bliscy na pewno chcieliby cię wesprzeć. Pamiętaj, to nie ty powinnaś się wstydzić. To on zachował się nie w porządku. - Patrzyła na smutną dziewczynę i serce jej się krajało na ten widok. - Powiem ci szczerze, że Marek nigdy mi się nie podobał. Taki buc, co widzi tylko czubek własnego nosa. Może i dobrze, że tak się stało - palnęła bez zastanowienia. - To znaczy... chciałam powiedzieć, że będziesz jeszcze szczęśliwa z o wiele bardziej wartościowym mężczyzną. Czas leczy rany. Za kilka miesięcy spojrzysz na to inaczej i przyznasz mi rację - powiedziała pewnie. - Mam swoje lata, niejedno widziałam. Wiem, co mówię.
Anastazja tylko pokiwała głową. Bardzo chciała uwierzyć w jej słowa. "Czas leczy rany" - powtórzyła w myślach.