Serce wie lepiej - Justyna Sołdaczuk

Kup ebooka

25.00 zł
17.65 zł (17,20 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2

Anastazja była młodą dziewczyną z małej miejscowości pod Radomiem. Lubiła swoją rodzinną wieś i bez skrępowania o tym mówiła. Nie była to jednak typowa wioska - znajdujące się tam domy jednorodzinne nie przynależały do gospodarstw ze stodołami, oborami czy kurami na podwórkach. Większość mieszkańców, tak jak ona, pracowała w Radomiu. Od trzech lat była zatrudniona w biurze podróży i lubiła swoją pracę; nawet kilkunastominutowy dojazd samochodem do miasta jej nie przeszkadzał.

Gdy wracała do domu, mijała znajome krajobrazy. Ten widok zazwyczaj działał jak balsam na jej skołatane nerwy, ale nie dziś. W głowie kłębiły jej się ponure myśli.

"Julka tak się cieszyła z roli świadkowej" - westchnęła. Postanowiła posłuchać rady szefowej i powiedzieć o wszystkim rodzicom i siostrze. Im bliżej była domu, tym bardziej się denerwowała. Wiedziała, że bliscy ją zrozumieją i wesprą, a jednak obawy brały górę. Nie chciała ich rozczarować. Mijała domy sąsiadów. Pani sołtys, jak zwykle o tej porze, przechadzała się chodnikiem ze swoim psem. Pomachała jej na powitanie, a ona, odwzajemniając gest, od razu posmutniała.

"Co oni wszyscy powiedzą? Mój ślub był ostatnio tematem numer jeden u wszystkich sąsiadek. Teraz będę na cenzurowanym jako ta biedna, pokrzywdzona" - mruczała pod nosem. "Ciekawe, kiedy o tym zapomną".

Z takimi myślami dotarła na miejsce. W niewielkim ogródku przed domem krzątała się mama, podlewając kwiaty. Anastazja wjechała do garażu, gdzie przywitał ją tata zajęty majsterkowaniem.

- Dzień dobry, córciu! Jak ci minął dzień?

- Dzień dobry, tato! Całkiem nieźle, było trochę pracy, ale z panią Anielą dałyśmy radę. - Mimo podłego nastroju ucieszyła się na jego widok.

- A upał nie dawał wam się we znaki? - dopytywał troskliwie.

- Nie, mamy w biurze klimatyzację.

- To dobrze. Powiedz mamie, że ja jeszcze trochę tu posiedzę.

- Nie ma sprawy. A kolacja? - zapytała na odchodne.

- Zawołajcie mnie, jak będzie gotowa. - Puścił do niej oko i wrócił do swoich śrubek.

Anastazja ruszyła w stronę domu. W drzwiach czekała na nią mama z konewką w ręku.

- Cześć, skarbie! Jak w pracy? - zapytała.

- Cześć, mamo! - Razem weszły do środka. - Dobrze, ogarnęłyśmy prawie wszystkie dokumenty kolonijne. Niby został jeszcze tydzień do pierwszego turnusu, ale chcemy mieć wszystko gotowe wcześniej.

- No tak. - Mama pokiwała głową. - Jesteście z Anielą perfekcjonistkami - pochwaliła. - Kolacja za dwadzieścia minut - dodała, kierując się do kuchni.

- Aaa... Tata kazał przekazać, że jeszcze posiedzi w garażu.

- Jak zwykle - westchnęła z niezadowoleniem.

- A gdzie Julka? - zapytała jeszcze Anastazja, nim mama zniknęła w kuchni.

- Opalała się na balkonie. Mówi, że "musi mieć super opaleniznę na urlop" - odparła, próbując naśladować ton młodszej córki.

- Aha - mruknęła w odpowiedzi dziewczyna i poszła na górę, prosto do swojego pokoju.

Rzuciła torebkę na łóżko i mimowolnie zerknęła na komodę. Nadal stały tam ich zdjęcia: z pierwszej randki, z zagranicznych wakacji, ze wspólnych świąt i oczywiście z oświadczyn. W jej oczach znów pojawiły się łzy. Jednym ruchem zmiotła wszystkie ramki do szuflady, ale czy tak samo szybko uda się jej wyrzucić Marka z serca?

"Pani Aniela miała rację, on nie był mnie wart" - pomyślała, starając się być dzielna. Nie chciała się załamać, choć kiepsko jej to wychodziło, bo łzy znów pociekły po policzkach. Zabrała czyste ubrania i postanowiła wejść pod zimny prysznic. Miała nadzieję, że to pozwoli jej wziąć się w garść przed rozmową z bliskimi.

Kilkadziesiąt minut później cała rodzina siedziała przy stole. Wszyscy ochoczo zabrali się do jedzenia, prócz Anastazji, która niemrawo grzebała widelcem w talerzu.

- Córcia, co tak mieszasz w tym jedzeniu? Nie smakuje ci? - zapytała zmartwiona mama.

- Nie, wszystko jest pyszne - mruknęła.

- Może źle się czujesz? - Mama nie dawała za wygraną.

Anastazja wzięła głęboki oddech. Wiedziała, że niczego nie ukryje przed jej czujnym wzrokiem.

- Dobrze się czuję. Tylko... muszę wam coś powiedzieć. - Nerwowo przebiegła wzrokiem po twarzach zebranych.

- Jesteś w ciąży! - wypaliła uradowana Julka.

- Nie! Co ty wymyśliłaś! - Anastazja aż podskoczyła na krześle.

- Skarbie, powiedz, co się dzieje. - Mama poklepała ją po dłoni, żeby dodać jej otuchy, choć miała złe przeczucia.

- Ślubu nie będzie - wykrztusiła wreszcie Anastazja łamiącym się głosem. - Marek mnie zostawił.

Spuściła głowę, a łzy kapały na jej splecione na kolanach dłonie. Przy stole zapadła cisza. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. Pierwsza z szoku ocknęła się mama. Wstała, usiadła obok córki i mocno ją przytuliła.

- Nie martw się, skarbie. Wszystko się ułoży. - Głaskała ją po rudych włosach.

Po drugiej stronie Julka również próbowała pocieszyć siostrę.

- Nie płacz. Najwyraźniej jest dupkiem i nie zasługuje na ciebie. - Klepała szlochającą w ramię matki dziewczynę. - Jeszcze znajdziesz swojego księcia na białym koniu - dodała łagodniej.

Tata tylko spochmurniał; na usta cisnęły mu się same niecenzuralne słowa, więc wolał milczeć.

- Przepraszam - odezwała się w końcu Anastazja. - Zepsułam wam kolację. - Otarła łzy i spojrzała na bliskich.

- Co ty opowiadasz, córeczko? To nasze wspólne zmartwienie. Dobrze, że nam powiedziałaś. - Mama wciąż ją obejmowała.

- Jesteśmy tu, żeby się wspierać - dodał w końcu tata.

- Nie jesteś sama. - Julka mocniej ścisnęła jej dłoń. - Możemy ci jakoś pomóc?

- Marek obiecał, że wszystko odwoła - powiedziała cicho, wdzięczna, że rodzina nie dopytuje, a jedynie dodaje jej otuchy.

- Chociaż tyle! - wyrwało się tacie, ale mama natychmiast zgromiła go wzrokiem.

- Skarbie, ja porozmawiam z najbliższą rodziną, żeby nikt nie zawracał ci głowy. Pójdę też do pani sołtys i odwołam strojenie kościoła - zaproponowała od razu mama, której serce krajało się na widok zapłakanej córki.

- A ja odwołam kosmetyczkę, fryzjerkę i wizytę w salonie sukien ślubnych - zadeklarowała Julka.

- Dziękuję wam bardzo. Sama nie dałabym z tym wszystkim rady - powiedziała szczerze. Wyraźnie jej ulżyło. - Pójdę już do siebie.

Gdy wyszła, reszta rodziny wróciła do przerwanej kolacji.

- Biedna Anastazja. Taki cios pół roku przed ślubem - westchnęła ciężko mama.

- Co za palant! Żeby tylko się nie załamała - martwiła się Julka.

- Nie pozwolimy na to. Będziemy przy niej. A jak spotkam tego Mareczka, to powiem mu parę słów do słuchu - postanowił ojciec.

- Sławek, daj spokój. - Mama machnęła ręką. - Nie warto strzępić języka na takiego typa.

Anastazja zasypiała w nieco lepszym nastroju. Nadal była przygnębiona, ale na sercu zrobiło jej się lżej. Nie musiała już przed nikim udawać. Bliscy okazali jej ogromne zrozumienie i wsparcie, a tego potrzebowała najbardziej.

Rozdział 1

Anastazja szła powoli, rozglądając się dookoła. Zawsze lubiła Park Kościuszki; ten wszechobecny odcień zieleni napawał ją spokojem i nadzieją na lepsze jutro. Jednak dziś nawet spacer po ulubionych alejkach nie pomagał. Z nietęgą miną ruszyła dalej ulicą Żeromskiego. Jak na czerwcowy poranek było już naprawdę gorąco. Dziewczyna poprawiła słomkowy kapelusz, który co chwilę zsuwał się jej z burzy rudych loków. Włożyła okulary przeciwsłoneczne na piegowaty nos i ruszyła przed siebie. Mijała otwarte kawiarnie, w których mieszkańcy Radomia bez pośpiechu raczyli się zimną lemoniadą, radośnie rozmawiając. Jej jednak nie było do śmiechu. Mimo wysokiej temperatury w jej sercu panował chłód, a w głowie kłębiły się deszczowe chmury.

"Tylko nie płacz na środku ulicy" - powtarzała w duchu. "Zaraz będziesz w biurze, tam schowasz się przed całym światem". W końcu dotarła na miejsce. Stanęła przed drzwiami, wzięła głęboki oddech, uśmiechnęła się niemrawo i weszła do środka.

- Dzień dobry! - powiedziała, siląc się na wesoły ton.

- Dzień dobry, skarbie! - usłyszała natychmiast głos pani Anieli. - Zrobić ci kawę? Właśnie stoję przy ekspresie. - Starsza pani z gracją podstawiła kolejną filiżankę.

- Nie, dziękuję. Zdążyłam wypić w domu. - Anastazja starała się zachowywać normalnie. - Siadam od razu do biurka, bo sama pani widzi, ile jest pracy przed koloniami. - Poklepała czerwone segregatory pełne dokumentów. Cieszyła się z nadmiaru obowiązków, bo praca pozwalała jej zapomnieć choć na chwilę o smutkach.

- Nie martw się, kochana, zaraz ci we wszystkim pomogę - zaoferowała z uśmiechem Aniela.

Niewysoka starsza pani zabrała swoją filiżankę i usiadła naprzeciwko Anastazji. Odruchowo poprawiła krótkie czarne włosy z nienaganną trwałą i spojrzała na podopieczną swoimi mądrymi, brązowymi oczami, które zawsze widziały więcej, niż się wszystkim wydawało.

- Dziękuję, pani Anielko, ale poradzę sobie. Niech pani spokojnie wypije kawę. - Posłała ciepłe spojrzenie emerytowanej nauczycielce.

- Oj, nie dziękuj mi, tylko dawaj te papierzyska. - Otworzyła pierwszy segregator. - Zaczniemy od naboru uczestników, potem podział na turnusy - wyliczała.

- No dobrze - westchnęła Anastazja, która dobrze wiedziała, że z Anielą nie ma co dyskutować. Pracowały razem nie od dziś.

Po dwóch godzinach intensywnej pracy część zgłoszeń była już zakwalifikowana.

- Przerwa! - zarządziła starsza pani, wstając od biurka i rozprostowując obolałe kolana. - Muszę powiedzieć Tomkowi, żeby dał ci podwyżkę. Sezon wakacyjny to masa roboty, a mój syn zamiast ci pomagać, gdzieś jeździ - gderała. - Wiem, że niby jest szefem, ale nie może wszystkiego zrzucać na ciebie.

- Pani Anielko, bez przesady. Z pani pomocą wszystko idzie sprawnie - próbowała załagodzić zbliżający się konflikt matki z synem. - Szef pojechał załatwić transport. Autokary muszą być gotowe na czas - podkreśliła. - Powinien niedługo wrócić.

- Już go tak nie broń. Zachciało mu się prowadzić biuro podróży, to teraz ma. Dobrze, że jestem na emeryturze i nad tym wszystkim czuwam. Chyba nie dałabym rady pogodzić pracy w szkole, przygotowywania sprawdzianów z matmy i pomagania przy organizacji zielonych szkół czy kolonii. - Pani Aniela jak zwykle nie umniejszała swojego wkładu w pracę biura. Anastazja tylko uśmiechnęła się pod nosem i poszła zaparzyć sobie herbatę.

Mimo upału na zewnątrz w biurze panował przyjemny chłód. Anastazja bardzo lubiła starszą panią. Pracowały razem od początku istnienia firmy. Aniela była wtedy świeżo upieczoną emerytką, a ona dopiero co skończyła studia pedagogiczne, choć niestety nie było jej dane pracować w zawodzie. Z chęcią słuchała byłej nauczycielki, która sypała szkolnymi anegdotami jak z rękawa. Młoda dziewczyna bardzo chciała pracować z dziećmi, ale na razie musiała jej wystarczyć praca biurowa. Po kilkunastu minutach obie znów siedziały przy biurkach, przeglądając kolejne dokumenty. Nagle usłyszały wesoły głos:

- Dzień dobry, moje panie! Co za piękny dzień!

W drzwiach stanął Tomek - wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna z czarnymi, starannie ułożonymi włosami i szerokim uśmiechem. "Cała mamusia" - powtarzali wszyscy znajomi rodziny.

- Dzień dobry, szefie!

- Jesteś w końcu! Zostawiłeś biednej dziewczynie tyle roboty i zniknąłeś - rzuciła gniewnie Aniela w stronę syna.

- Mamo... - jęknął jak małe dziecko. - Przecież wiesz, że na kolonie trzeba jakoś dojechać. Już jestem i biorę się do pracy.

- Dobrze, dobrze, nie tłumacz się - mruknęła Aniela. - Masz tu kolejny plik dokumentów, my dokończymy to, co zaczęłyśmy. - Wskazała otwarty segregator. Tomek pokiwał głową, wyciągnął ręce po skoroszyt i zniknął w swoim gabinecie.

Zbliżała się pora lunchu, kiedy pani Aniela z trzaskiem zamknęła segregator.

- Skończone! - oznajmiła z zadowoleniem. - A teraz, moja droga, zbieraj się, idziemy coś zjeść - dodała tonem nieznoszącym sprzeciwu.

- Ale pani Anielko... - jęknęła dziewczyna.

- Nie ma żadnego "ale". Należy nam się dwadzieścia minut przerwy, więc idziemy na obiad. - Starsza pani wstała z krzesła. - Powiem tylko synowi, że przez ten czas musi sobie radzić sam! - podkreśliła ostatnie słowa.

Dziewczyna skinęła głową; jej brzuch głośno domagał się jedzenia. Nauczycielka weszła do gabinetu Tomka, a Anastazja wzięła torebkę i kapelusz, po czym wyszła poczekać na zewnątrz. Słońce mocno przygrzewało, ale na szczęście wiał lekki wiatr, który przy takiej temperaturze był zbawienny. Wystawiła twarz do słońca - uwielbiała lato, nawet takie upały. Była, jak to mówią, "ciepłolubna". Aniela pojawiła się po chwili.

- To gdzie idziemy? - zapytała niemrawo Anastazja. "Kurczę, zachowuj się normalnie - zganiła się w duchu - bo pani Anielka wszystkiego się domyśli. Żeby tylko nie pytała o ślub...".

Aniela spojrzała na nią spod oka.

- Do tej małej włoskiej restauracji. Mam ochotę na makaron - westchnęła z lubością, w wyobraźni widząc już talerz parującego spaghetti.

- Dobry pomysł - odparła Anastazja, a jej głos zabrzmiał już pewniej.

Siedziały w przytulnym, klimatyzowanym wnętrzu, nad talerzami pełnymi aromatycznego makaronu. Zaczęły jeść, co jakiś czas zachwycając się smakiem potraw. I wtedy padło to nieszczęsne pytanie:

- Anastazjo, powiedz, jak tam przygotowania do ślubu? - Starsza pani patrzyła czujnie, a dziewczyna zastygła z widelcem w połowie drogi do ust. - Wszystko już załatwione? - dopytywała, gdy ta, zamiast odpowiedzieć, zrobiła tylko smutną minę.

"O nie!" - jęknęła w duchu Anastazja, a głośno powiedziała:

- Pani Anielko, co ja mam pani powiedzieć...

W jej zielonych oczach pojawiły się łzy, które powstrzymywała od rana.

- Najlepiej prawdę. - Nauczycielka poklepała ją po dłoni. - Kochana, przecież widzę, że coś cię dręczy.

- Pani to nic nie umknie.

- Jeżeli wyrzucisz to z siebie, na pewno ci ulży. Nie ma co dusić smutków w sobie. - Patrzyła ciepło na swoją towarzyszkę. - Możesz mi zaufać, przecież wiesz. Pomogę w każdej chwili.

- Wiem, wiem, pani Anielko, ale to nie chce mi przejść przez gardło - powiedziała żałośnie.

- Ślubu nie będzie - stwierdziła wprost Aniela.

Anastazja przytaknęła, a po jej policzkach spłynęły łzy.

- Zostawił mnie wczoraj. - Wzięła głęboki wdech. - Tak po prostu - chlipnęła cicho.

- A to drań! - wymsknęło się kobiecie, która w myślach dodała dosadniejsze przekleństwo. - Nie płacz, kochanie, nie był ciebie wart - próbowała ją pocieszać.

- Przyjechał do mnie jak gdyby nigdy nic i oznajmił, że się zakochał. A mnie... mnie tak jakby już nie kocha. - Mówienie o tym sprawiało jej ogromny ból, a łzy nie chciały przestać płynąć. Ocierała je wierzchem dłoni i opowiadała dalej: - Nawet mnie pocieszał, głaskał po głowie. Obiecywał, że ze mną zostanie, dopóki nie przestanę płakać. Taki wielkoduszny! - podniosła lekko głos. - Usłyszałam też, że mogę sobie zatrzymać pierścionek, bo jemu nie będzie już potrzebny - dodała, patrząc wzrokiem pełnym bólu na swoją towarzyszkę.

- Co za... palant! - wyrwało się Anieli. - Skarbie, wszystko się ułoży. Wiem, że to brzmi banalnie, ale musisz w to uwierzyć. - Mocno ścisnęła jej dłoń. - Nie zostawię cię z tym samej. Mogę ci jakoś pomóc?

- Dziękuję. Na razie jakoś sobie radzę - odparła przez łzy. - Pani Anielko, ja naprawdę go kochałam. Byliśmy razem pięć lat. Cudowne oświadczyny, wspólne przygotowania do ślubu... Byłam taka szczęśliwa. - Umilkła na chwilę, jakby wracała pamięcią do tamtych chwil. - Do ślubu zostało pół roku, a na dniach mieliśmy odebrać zaproszenia. - Głos jej się ponownie załamał. - Wszystko zamówione, ksiądz poinformowany, cała wieś szykowała się na wesele. A tu klops. Taki wstyd...

- Ty się nie masz czego wstydzić! - Zdenerwowana nauczycielka poruszyła się na krześle.

- Niby tak. - Anastazja wzruszyła ramionami. - Marek obiecał, że wszystko sam odwoła. - Głośno pociągnęła nosem.

- Chociaż tyle - mruknęła Aniela. - A co na to rodzice? - zapytała niepewnie.

- Jeszcze im nie powiedziałam - odparła cicho, grzebiąc widelcem w jedzeniu.

- Nawet Julce? - zdziwiła się nauczycielka.

- Siostra też o niczym nie wie. Wszyscy myślą, że się o coś posprzeczaliśmy. Jest pani pierwszą osobą, której o tym mówię - zakończyła smutno.

- Bardzo mi miło, chociaż powód nie jest radosny. Skarbie, tak jak ci mówiłam, nie duś tego w sobie. Twoi bliscy na pewno chcieliby cię wesprzeć. Pamiętaj, to nie ty powinnaś się wstydzić. To on zachował się nie w porządku. - Patrzyła na smutną dziewczynę i serce jej się krajało na ten widok. - Powiem ci szczerze, że Marek nigdy mi się nie podobał. Taki buc, co widzi tylko czubek własnego nosa. Może i dobrze, że tak się stało - palnęła bez zastanowienia. - To znaczy... chciałam powiedzieć, że będziesz jeszcze szczęśliwa z o wiele bardziej wartościowym mężczyzną. Czas leczy rany. Za kilka miesięcy spojrzysz na to inaczej i przyznasz mi rację - powiedziała pewnie. - Mam swoje lata, niejedno widziałam. Wiem, co mówię.

Anastazja tylko pokiwała głową. Bardzo chciała uwierzyć w jej słowa. "Czas leczy rany" - powtórzyła w myślach.