Prolog
PROLOG
Wszystko mogłoby potoczyć się na wiele różnych sposobów.
Wyobraź sobie, co by było, gdyby nie zapomniała książki. Nie musiałaby
pędzić z powrotem do domu, podczas gdy mama czekała w samochodzie z włączonym silnikiem, wypuszczającym obłok spalin w skwarze późnego
popołudnia.
Albo i jeszcze wcześniej: wyobraź sobie, co by było, gdyby nie zwlekała
z przymiarką sukienki, co pozwoliłoby jej zawczasu zauważyć, że
ramiączka są za długie, a mama nie musiałaby wyciągać starego
przybornika do szycia i zamieniać kuchennego blatu w stół operacyjny, by
ratować na ostatnią chwilę nieszczęsny i nijaki pas fioletowego
jedwabiu.
Albo później: co by było, gdyby nie zacięła się kartką papieru w trakcie
drukowania biletu, gdyby nie zgubiła ładowarki do komórki, gdyby na
ekspresowej drodze na lotnisko nie panował tłok. Gdyby nie przeoczyły z mamą zjazdu albo gdyby nie grzebała w torbie w poszukiwaniu
ćwierćdolarówek na opłatę za przejazd, monety wturlały się bowiem pod
siedzenie, podczas gdy kierowcy za nimi wściekle naciskali klaksony.
Gdyby kółko od walizki nie było zwichrowane.
Gdyby odrobinę szybciej biegła do wyjścia.
Choć może nie miałoby to znaczenia.
Może zbiór poślizgów i opóźnień owego dnia nie odgrywał tu żadnej roli i gdyby nie któraś z tych rzeczy, przyczyniłoby się do tego coś innego:
pogoda nad Atlantykiem, deszcz w Londynie, burzowe chmury, które wisiały
na niebie akurat o godzinę za długo, zanim udały się w swoją stronę.
Hadley nie bardzo wierzy w takie rzeczy jak przeznaczenie czy
opatrzność, ale też nigdy specjalnie nie wierzyła w punktualność
przewozów lotniczych.
Kto w ogóle słyszał o samolocie odlatującym o właściwej godzinie?
Nigdy w życiu nie spóźniła się na samolot. Ani razu.
Kiedy tego wieczoru dociera wreszcie do bramki, zastaje obsługę lotniska
zamykającą wyjścia i wyłączającą komputery. Zegar nad nimi wskazuje
18:48, a tuż za oknem stoi samolot niczym masywna forteca z metalu. Z min ludzi dookoła jasno wynika, że nikt więcej już do niego nie
wsiądzie.
Spóźniła się cztery minuty, co, jeśli się zastanowić, wcale nie wydaje
się dużo. To tyle, ile przerwa na reklamy, pauza między szkolnymi
zajęciami, ugotowanie posiłku w kuchence mikrofalowej. Cztery minuty to
tyle co nic. Codziennie na każdym lotnisku ludzie zdążają na swój
samolot w ostatniej chwili, dysząc ciężko podczas upychania bagaży w schowku, a następnie opadając na fotele z westchnieniem ulgi, gdy
samolot wzbija się w powietrze.
Jednak nie Hadley Sullivan, która pozwala plecakowi zsunąć się z ramienia i stoi przy oknie, patrząc, jak maszyna odrywa się od
harmonijkowego rękawa, jak obracają się skrzydła, gdy samolot kieruje
się na pas startowy bez niej na pokładzie. Za oceanem ojciec wznosi
ostatni toast, a obsługa hotelu w białych rękawiczkach poleruje srebra
na jutrzejszą wieczorną uroczystość. Za jej plecami chłopak z biletem na
miejsce 18C na następny lot do Londynu zajada obtoczonego w cukrze
pudrze pączka, nie zważając na biały pył sypiący się na niebieską
koszulę.
Hadley przymyka na chwilę oczy, a gdy otwiera je ponownie, samolotu już
nie ma.
Kto by pomyślał, że cztery minuty mogą wszystko odmienić?
Rozdział 1
ROZDZIAŁ 1
18:56 czasu wschodnioamerykańskiego
23:56 czasu Greenwich
Lotniska to izby tortur, gdy cierpi się na klaustrofobię.
Nie chodzi tylko o majaczącą groźbę rychłej podróży - upchanie w fotel na
wzór sardynek w puszce, a następnie wystrzelenie w powietrze w wąskiej
metalowej tubie - lecz także o same terminale, tłok, wir i rozedrganie,
pląsający, przyprawiający o zawrót głowy szum, ruch i gwar, gorączkę i zgiełk, a na domiar złego odgrodzenie całego tego zamieszania szybami
niczym jakiegoś monstrualnego mrowiska.
To tylko jedna z wielu rzeczy, o których Hadley stara się nie myśleć,
stojąc bezradnie przed stanowiskiem sprzedaży biletów. Światełko za
oknem już zniknęło i teraz jej samolot leci gdzieś nad Atlantykiem, a ona czuje, jak coś w niej puszcza niczym uchodzące z balonu powietrze.
Częściowo za sprawą zbliżającego się nieuchronnie lotu, częściowo z powodu samego faktu przebywania na lotnisku, lecz przede wszystkim -
przede wszystkim - wskutek uświadomienia sobie, że spóźni się na ślub,
na który z początku nie chciała nawet jechać. To niefortunne zrządzenie
losu sprawia, że chce jej się płakać.
Obsługa bramki lotniska zebrała się po przeciwnej stronie kontuaru i spogląda na nią z marsem na czole oraz wielkim zniecierpliwieniem.
Monitor za plecami pracowników wyświetla już informacje o następnym
locie z lotniska JFK na Heathrow, do którego pozostały jeszcze ponad
trzy godziny, i szybko staje się oczywiste, że jedyne, co przeszkadza
pracownikom zakończyć dyżur, to stercząca przed nimi Hadley.
- Przepraszam - mówi kobieta z obsługi, w jej głosie wyraźnie słychać
tłumione westchnienie. - Nie możemy zrobić nic poza próbą umieszczenia
cię w następnym samolocie.
Hadley ponuro kiwa głową. Przez ostatnich kilka tygodni marzyła w duchu,
by właśnie coś takiego się zdarzyło, choć trzeba przyznać, że kreowane
przez nią scenariusze były nieco bardziej dramatyczne: masowy strajk
linii lotniczych, potężna burza gradowa, zwalający z nóg atak grypy albo
nawet odry uniemożliwiające jej podróż. Same doskonałe powody, które
przeszkodziłyby jej w towarzyszeniu ojcu w drodze kościelną nawą do
ołtarza, gdzie miał poślubić kobietę, której wcześniej nawet nie
widziała na oczy.
Czterominutowe spóźnienie na samolot wydaje się jednak odrobinę zbyt
dogodne, może nawet ciut podejrzane, i Hadley wcale nie jest przekonana,
czy jej rodzice - obydwoje - zrozumieją, że to nie była jej wina.
Przypuszcza wręcz, że mogłoby znaleźć się na nader krótkiej liście
rzeczy, co do których byliby zgodni.
Opuszczenie próby przed weselem i wylot do Londynu rano w dniu ślubu
były jej własnymi pomysłami. Hadley nie widziała ojca od ponad roku i nie miała pewności, czy zdoła wysiedzieć w jednym pomieszczeniu z wszystkimi ważnymi w jego życiu ludźmi - przyjaciółmi, znajomymi z pracy, odnaleźć się w tym małym światku, który zbudował wokół siebie za
oceanem - podczas gdy oni będą wznosić toasty za jego zdrowie i szczęście, za początek nowej drogi. Gdyby to od niej zależało, wcale nie
pojechałaby na ślub, to jednak okazało się nie podlegać żadnym
dyskusjom.
- On nadal jest twoim tatą - przypominała jej nieustannie mama, tak
jakby Hadley mogła o tym zapomnieć. - Jeśli nie pojedziesz, będziesz
później żałowała. Wiem, że trudno to sobie wyobrazić, gdy ma się
siedemnaście lat, ale zaufaj mi. Pewnego dnia zrozumiesz.
Hadley bardzo wątpi.
Stewardesa stuka teraz w klawiaturę komputera z dziką zapalczywością,
wali w klawisze i strzela z gumy do żucia.
- Masz szczęście - mówi, podnosząc ręce w nieco teatralnym geście. -
Mogę wpisać cię na 22:24. Miejsce 18A. Przy oknie.
Hadley wręcz boi się zadać to pytanie, ale zbiera się na odwagę:
- O której przylatuje na miejsce?
- 9:54 - odpowiada stewardesa. - Jutro rano.
Hadley widzi oczami wyobraźni delikatną kaligrafię na grubym papierze
zaproszenia w kolorze kości słoniowej, które stało na jej toaletce od
kilku miesięcy. Ceremonia rozpoczyna się w południe, co oznacza, że
jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem - lot, a potem odprawa celna,
taksówka i brak korków na ulicach, wszystko idealnie zaaranżowane w czasie - wciąż ma szansę zdążyć. Ale ledwo, ledwo.
- Odprawa rozpocznie się przy tej bramce o 21:45 - informuje kobieta z obsługi, podając bilet starannie oprawiony w poręczną okładkę. - Życzę
udanego lotu.
Hadley przesuwa się w stronę okien i lustruje wzrokiem rzędy posępnych
szarych krzeseł, w większości zajętych, z pozostałych obić wyłazi na
szwach żółte wypełnienie, jak z ukochanych, często przytulanych
pluszowych misiów. Stawia plecak na podręcznej walizce i przekopuje
kieszenie w poszukiwaniu telefonu, następnie przewija na ekranie listę
kontaktów i szuka numeru taty. Wpisała go po prostu jako "Profesora", a obdarzyła go tym mianem mniej więcej półtora roku temu, wkrótce po
ogłoszeniu, że ojciec nie wraca do Connecticut i słowo "tato" stało się
nieprzyjemnym wspomnieniem przy każdym otwarciu telefonu.
Serce zaczyna jej bić szybciej, gdy czeka na połączenie. Choć ojciec
wciąż dzwoni do niej dość często, ona do tej pory wybierała jego numer
zaledwie kilka razy. Tam jest prawie północ i kiedy tato wreszcie się
zgłasza, jego głos brzmi ochryple, spowolniony sennością albo alkoholem,
albo jednym i drugim.
- Hadley?
- Nie zdążyłam na samolot - informuje, przybierając lakoniczny ton,
który ostatnio przychodzi jej w tak naturalny sposób podczas rozmów z ojcem i jest skutkiem ubocznym ogólnej dezaprobaty dla jego osoby.
- Co?
Wzdycha i powtarza:
- Nie zdążyłam na samolot.
W tle słyszy szept Charlotte i coś się w niej gotuje, następuje wybuch
gniewu. Pomimo przesłodzonych e-maili, jakie ta kobieta wysyła jej od
czasu oświadczyn taty - zawierających opisy ich planów weselnych oraz
zdjęcia z podróży do Paryża i prośby o zaangażowanie Hadley w ich
sprawy, podpisywanych nadgorliwym "uściski i całusy" (jak gdyby nie
wystarczyły same uściski albo same całusy) - dokładnie rok i dziewięćdziesiąt sześć dni temu Hadley stwierdziła, że jej nienawidzi i żeby zredukować tę niechęć, potrzeba będzie czegoś znacznie więcej niż
prośba, by została druhną na ich ślubie.
- No a załapałaś się na następny? - pyta tato.
- Tak, ale przylatuje dopiero przed dziesiątą.
- Jutro?
- Nie, dzisiaj. Lecę kometą.
Tato pomija tę złośliwość.
- To za późno. Za krótko przed ceremonią. Nie będę mógł cię odebrać -
mówi i słychać stłumiony głos, gdy zakrywa słuchawkę i szepcze coś do
Charlotte. - Chyba wyślemy po ciebie ciocię Marilyn.
- Kto to jest ciocia Marilyn?
- Ciotka Charlotte.
- Mam siedemnaście lat - przypomina Hadley. - Jestem absolutnie pewna,
że poradzę sobie ze złapaniem taksówki i dotarciem do kościoła.
- No nie wiem - powątpiewa tato. - To twoja pierwsza wizyta w Londynie...
- Milknie, po czym chrząka. - Myślisz, że twoja mama nie będzie się
denerwować?
- Mamy tu nie ma - odpowiada Hadley. - Przypuszczam, że była obecna na
pierwszym ślubie.
Po drugiej stronie słuchawki zapada cisza.
- Wszystko w porządku, tato. Spotkamy się jutro w kościele. Miejmy
nadzieję, że nie spóźnię się za bardzo.
- Dobrze - mówi cicho. - Nie mogę się ciebie doczekać.
- Aha - odpowiada, nie potrafiąc zdobyć się na odwdzięczenie tym samym.
- Do jutra.
Dopiero po rozłączeniu się zdaje sobie sprawę, że nawet nie zapytała,
jak wypadła próba przed ślubem. Nie jest pewna, czy chce to wiedzieć.
Przez dłuższą chwilę stoi jak słup soli, wciąż ściskając w ręku telefon,
starając się nie myśleć o tym wszystkim, co czeka ją po drugiej stronie
oceanu. Aromat masła z pobliskiego stoiska z preclami przyprawia ją o lekkie mdłości i Hadley ma przemożną ochotę usiąść, lecz poczekalnia
pęka w szwach od pasażerów, którzy napłynęli z innych części terminalu.
Jest świąteczny weekend 4 lipca, mapy pogody na ekranach telewizorów
pokazują kłębiące się układy chmur burzowych przysłaniające większą
część Środkowego Zachodu. Ludzie zajmują pozycje, wysuwając roszczenia
terytorialne, jak gdyby planowali zamieszkać tu na stałe. Na pustych
krzesłach przycupnęły walizki, rodziny koczują w kątach, zatłuszczone
torby z McDonalda poniewierają się na podłodze. Gdy Hadley przestępuje
nad śpiącym na plecaku mężczyzną, jasno zdaje sobie sprawę z bliskości
sufitu oraz naporu ścian, obecności wezbranego tłumu dookoła i musi
sobie przypominać o konieczności oddychania.
Kiedy dostrzega puste krzesło, śpieszy w jego stronę, manewrując walizką
w morzu butów i starając się nie myśleć, jak okropnie pogniecie się ta
idiotyczna fioletowa sukienka, nim Hadley dotrze jutro rano na miejsce.
Plan zakładał kilka wolnych godzin, by przyszykować się w hotelu przed
uroczystością, teraz jednak będzie musiała gnać na oślep prosto do
kościoła. Spośród wszystkich strapień akurat to nie plasowało się zbyt
wysoko na liście Hadley, mimo wszystko dość zabawnie było wyobrażać
sobie przerażenie przyjaciół Charlotte: w ich mniemaniu brak czasu na
ułożenie fryzury bez wątpienia zalicza się do straszliwych katastrof.
Hadley jest całkowicie przekonana, że "żal" to zbyt delikatne słowo na
opisanie uczuć związanych ze zgodą na zostanie druhną, ale w przeciwnym
razie wykończyłyby ją niezliczone e-maile Charlotte i nieustanne
błagania taty, nie mówiąc już o zaskakującym poparciu dla tego pomysłu
ze strony mamy.
- Wiem, że obecnie nie jest twoją ulubioną osobą na świecie -
powiedziała mama - i z pewnością również nie moją. Ale czy naprawdę masz
ochotę przeglądać pewnego dnia album ze ślubnymi zdjęciami, może już w towarzystwie własnych dzieci, i żałować, że w tym nie uczestniczyłaś?
Prawdę mówiąc, Hadley wcale nie uważa, by miało jej to kiedykolwiek
przeszkadzać, ale rozumie, o co wszystkim chodzi, i uszczęśliwienie ich
po prostu wydawało się łatwiejsze. Nawet jeśli oznaczało to konieczność
zdzierżenia lakieru do włosów, niewygodnych obcasów oraz sesji
zdjęciowej po ceremonii. Gdy pozostała część gości weselnych - zbiór
trzydziestokilkuletnich przyjaciół Charlotte - dowiedziała się o dołączeniu do nich amerykańskiej nastolatki, Hadley natychmiast została
powitana lawiną wykrzykników w krążącym wśród znajomych łańcuszku
e-maili. I choć nigdy nie poznała Charlotte osobiście, a przez ostatnie
półtora roku dokładała starań, by tak pozostało, znała teraz preferencje
tej kobiety w sprawie najdrobniejszych szczegółów wesela - w kwestiach
tak ważkich jak włożenie delikatnych sandałków czy może zakrytych
pantofli na obcasie, włączenie czy niewłączenie do bukietów gipsówki
oraz, co najgorsze i najbardziej przerażające, upodobania bieliźniane na
wieczór panieński. Liczba e-maili, jaką mógł wywołać fakt zaślubin, była
doprawdy oszałamiająca. Hadley wiedziała, że niektóre z tych kobiet są
współpracowniczkami Charlotte z uniwersyteckiej galerii sztuki w Oksfordzie, ale to cud, że którakolwiek z nich znajdowała czas na pracę
zawodową. Hadley miała spotkać się z nimi w hotelu nazajutrz rano, teraz
jednak zanosiło się na to, że będą musiały dopiąć sukienki, podkreślić
oczy i ułożyć włosy bez jej towarzystwa.
Okna lotniska zdążyły już całkowicie pociemnieć i poza świetlnymi
punkcikami obrysowującymi kontury samolotów w szybach odbijał się
jedynie zamazany obraz poczekalni. Hadley widzi też własne odbicie,
jasne włosy i wielkie oczy, wygląda na wymęczoną i pomiętą, jakby miała
już podróż za sobą. Wciska się na siedzenie między starszym mężczyzną
wymachującym gazetą tak energicznie, że odnosi się wrażenie, iż papier
zaraz wzbije się w powietrze i odfrunie, a kobietą w średnim wieku w golfie ozdobionym wyhaftowanym kotem, robiącą na drutach coś, co wciąż
może przybrać dowolną formę.
"Jeszcze trzy godziny", myśli Hadley, tuląc plecak, po czym uświadamia
sobie, że nie ma sensu odliczać minut do czegoś, czego człowiek się boi.
Znacznie lepiej byłoby powiedzieć sobie: jeszcze dwa dni. Jeszcze dwa
dni i znów znajdzie się w domu. Jeszcze dwa dni i będzie mogła udawać,
że to nigdy się nie zdarzyło. Jeszcze dwa dni i będzie po weekendzie,
którego boi się od tak dawna, że wydaje się, jakby upłynęły całe wieki.
Poprawia plecak na kolanach, o ułamek sekundy za późno zdając sobie
sprawę, że przez cały czas był niezapięty i teraz kilka rzeczy wysypuje
się na podłogę. Hadley podnosi najpierw błyszczyk do ust, potem
plotkarskie czasopisma, gdy jednak schyla się po ciężką czarną książkę,
którą dostała od ojca, chłopak siedzący po drugiej stronie sięga po nią
pierwszy.
Zerka w przelocie na okładkę, po czym podaje tom Hadley, która dostrzega
w jego oczach błysk uznania. Dziewczyna potrzebuje chwili, by zrozumieć,
że chłopak musiał zaliczyć ją do tych ludzi, którzy czytują na lotnisku
Dickensa, i o mały włos nie prostuje tego błędu. Prawdę mówiąc, ma tę
książkę od wieków i nigdy nawet do niej nie zajrzała. Zamiast tego
uśmiecha się z wdzięcznością i odwraca z premedytacją w stronę okien, na
wypadek gdyby przyszło mu do głowy zagaić rozmowę.
Hadley nie ma teraz najmniejszej ochoty na konwersację, nawet z kimś tak
uroczym jak ten chłopak. W gruncie rzeczy wcale nie ma ochoty tutaj być.
Dzień, który ją czeka, jest jak coś, co żyje i oddycha, co pędzi w jej
stronę z zastraszającą prędkością i wydaje się jedynie kwestią czasu,
kiedy powali ją na ziemię. Strach, jaki odczuwa na myśl o wejściu na
pokład samolotu - nie wspominając o wylądowaniu w Londynie - jest
doznaniem fizycznym. Sprawia, że dziewczyna wierci się na krześle,
podryguje nogą i trzęsą jej się ręce.
Mężczyzna obok głośno wyciera nos, po czym trzaska gazetą i powraca do
lektury, a Hadley ma nadzieję, że nie będzie siedziała obok niego w samolocie. Siedem godzin to szmat czasu, zbyt długi, by pozostawiać go
przypadkowi. Przecież nie oczekuje się od nikogo, że wybierze się w podróż samochodem z nieznajomym, a tymczasem ile razy ona sama leciała
do Chicago albo Denver czy na Florydę obok kompletnie obcej osoby,
łokieć przy łokciu, bok przy boku, przemierzając w jej towarzystwie cały
kraj? Tak to już jest z lataniem: można rozmawiać z kimś kilka godzin i nigdy nie poznać imienia rozmówcy, zwierzyć się z najgłębszych tajemnic
i nie zobaczyć tej osoby już nigdy w życiu.
Kiedy mężczyzna wyciąga szyję, by przeczytać jakiś artykuł, jego ramię
ociera się o rękę Hadley, a wtedy ona zrywa się gwałtownie z miejsca i zarzuca plecak na jedno ramię. Wokół niej wciąż kłębią się ludzie.
Dziewczyna spogląda tęsknie w stronę okna, marząc o znalezieniu się na
zewnątrz. Nie jest pewna, czy wysiedzi tu kolejne trzy godziny, lecz
myśl o wleczeniu walizki przez tłum całkiem ją zniechęca. Powoli
przysuwa bagaż bliżej pustego miejsca, by wyglądało na zajęte, a następnie zwraca się do kobiety w golfie z wyhaftowanym kotem.
- Czy zechciałaby pani popilnować przez minutkę mojej torby? - pyta, a kobieta zastyga z drutami w rękach i marszczy czoło.
- Nie wolno tego robić - mówi znacząco.
- Na chwilkę - wyjaśnia Hadley, ale kobieta tylko lekko kręci głową,
jakby za żadne skarby nie potrafiła znieść wplątania w scenariusz, jaki
mógłby się z tego rozwinąć.
- Ja popilnuję - deklaruje chłopak z przeciwka i Hadley patrzy na niego
- patrzy na serio - po raz pierwszy. Ma odrobinę za długie ciemne włosy,
okruszki na koszuli, ale jest w nim zarazem coś intrygującego. Może
akcent, z pewnością brytyjski, albo drżenie warg, gdy próbuje
powstrzymać uśmiech. Nieoczekiwanie zamiera jej serce, kiedy chłopak na
nią spogląda, a jego wzrok przeskakuje z Hadley na kobietę, której usta
zacisnęły się w wąską linię dezaprobaty.
- To wbrew przepisom - burczy kobieta pod nosem, przenosząc spojrzenie
na dwóch zwalistych strażników stojących przed barem przekąskowym.
Hadley zerka ponownie na chłopaka, który uśmiecha się do niej
współczująco.
- Mniejsza o to - mówi dziewczyna. - Wezmę ją ze sobą. W każdym razie
dziękuję.
Zaczyna zbierać rzeczy, wciska książkę pod pachę i przerzuca plecak na
drugie ramię. Kobieta tylko nieznacznie odsuwa nogi, gdy Hadley
manewruje obok walizką. Na końcu poczekalni szarobura wykładzina na
podłodze ustępuje miejsca linoleum, walizka traci równowagę na gumowej
listwie oddzielającej te dwie powierzchnie. Kolebie się na jednym kółku,
potem na drugim, a gdy Hadley usiłuje ją ustabilizować, spod pachy
wysuwa się jej książka. Pochyla się, by znów ją podnieść, a wtedy na
podłodze ląduje jeszcze bluza.
"To chyba jakieś żarty", myśli Hadley, zdmuchując z twarzy kosmyk
włosów. Ale zanim udaje się jej pozbierać wszystkie rzeczy i znów
wyciąga rękę po walizkę, bagaż dziwnym trafem znika. Odwraca się
błyskawicznie i zdumiona widzi stojącego obok chłopaka z torbą
przewieszoną przez ramię. Jej wzrok wędruje ku rączce walizki, którą on
ściska w dłoni.
- Co robisz? - pyta Hadley, mrugając powiekami.
- Wyglądałaś tak, jakbyś potrzebowała pomocy.
Hadley gapi się na niego w milczeniu.
- A w ten sposób wszystko jest absolutnie zgodne z prawem - dodaje,
szczerząc w uśmiechu zęby.
Dziewczyna unosi brwi, on lekko się prostuje i sprawia wrażenie nieco
mniej pewnego siebie. Przez głowę Hadley przemyka myśl, że może chłopak
zamierza zwędzić jej walizkę, ale jeśli tak, nie jest to dobrze
zaplanowany napad: w środku znajdują się tylko buty i sukienka. W dodatku byłaby naprawdę szczęśliwa, gdyby je ukradziono.
Stoi tak przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, jak tu zdobyć
bagażowego. Wokół przewalają się tłumy, plecak ciąży na ramionach, a w oczach chłopaka dostrzega chyba samotność, jak gdyby ostatnią rzeczą,
której by sobie w tej chwili życzył, było odprawienie go z kwitkiem. To
zaś Hadley potrafi zrozumieć, więc po chwili kiwa głową na znak zgody,
chłopak stawia walizkę na kółkach i ruszają korytarzem.
Rozdział 2
ROZDZIAŁ 2
19:12 czasu wschodnioamerykańskiego
00:12 czasu Greenwich
Przez głośnik ogłaszają, że w samolocie brakuje pasażera, a Hadley nie
może opędzić się od pomysłu, który cichaczem zaczął kiełkować w jej
głowie: a gdyby tak ona czmychnęła stąd tuż przed swoim lotem? Jednak
idący przed nią chłopak jakby czytał w jej myślach - ogląda się, by
sprawdzić, czy ona nadal tam jest. Hadley uzmysławia sobie, że akurat
dziś cieszy się z towarzystwa, choć jest ono zupełnie niespodziewane.
Mijają rząd okien z widokiem na asfaltową płytę, na której samoloty
stoją w szeregu niczym ruchome platformy na paradzie, i Hadley czuje,
jak serce zaczyna bić jej szybciej na myśl o rychłej konieczności
wejścia na pokład jednego z nich. Spośród wszystkich ciasnych miejsc na
świecie, nieskończonych zakamarków i kątów, żadne nie przyprawia jej o większe drżenie niż wnętrze samolotu.
Po raz pierwszy zdarzyło się to w zeszłym roku: ten otępiający niepokój,
ta obezwładniająca panika, kiedy żołądek podjeżdża do gardła, a serce
tłucze się jak oszalałe. To było w Aspen, za oknem gęsto sypał śnieg, a w sąsiednim pokoju tato rozmawiał przez telefon. W hotelowej łazience
ogarnęło ją nagle wrażenie, że ściany znajdują się zbyt blisko i cały
czas się do siebie przybliżają, pomału suną w jej stronę z niewzruszoną
stanowczością lodowca. Stała tam, próbując oddychać miarowo, serce
wybijało w uszach rytm tak głośno, że niemal zagłuszało przytłumiony
głos taty za ścianą.
- Tak - mówił - i do wieczora ma spaść kolejnych piętnaście centymetrów,
więc jutro warunki powinny być idealne.
Byli w Aspen całe dwa dni, starając się ze wszystkich sił udawać, że te
ferie wiosenne nie różnią się od poprzednich. Co rano wstawali wcześnie,
by wjechać na górę, zanim na stokach zrobi się zbyt tłoczno, potem,
wróciwszy do domku, siadali w milczeniu z kubkami gorącej czekolady, a wieczorami grali w gry planszowe przed kominkiem. Prawda była jednak
taka, że tak długo nie poruszali tematu nieobecności mamy, iż stał się
jedyną rzeczą, o której każde z nich potrafiło myśleć.
Poza tym Hadley nie była głupia. Człowiek nie pakuje się ot tak, nie
wyjeżdża na semestr do Oksfordu i nie naucza całymi dniami poezji, a potem ni z tego, ni z owego nie stwierdza, że chce rozwodu bez żadnej
istotnej przyczyny. I choć mama nie pisnęła o tym ani słowa - prawdę
mówiąc, niemal całkowicie przestała mówić o tacie - Hadley wiedziała, że
powodem musi być inna kobieta.
Planowała zapytać go o to wprost na wyjeździe narciarskim, wysiąść z samolotu, wymierzyć w niego oskarżycielski palec i zażądać wyjaśnień,
dlaczego nie wraca do domu. Kiedy jednak udała się do stanowiska odbioru
bagażu i zastała go czekającego, wyglądał zupełnie inaczej, miał ryżawą
brodę, która nie pasowała do ciemnych włosów, i uśmiech tak szeroki, że
widać było korony na zębach. Minęło zaledwie sześć miesięcy, lecz w tym
czasie stał się prawie zupełnie obcy i dopiero kiedy pochylił się, by ją
uściskać, pachnący papierosami i wodą kolońską, szepcząc jej do ucha
chropawym głosem, jak bardzo się za nią stęsknił, na powrót był sobą. I z jakiegoś powodu wydawało się to jeszcze gorsze. W końcu to nie zmiany
łamią człowiekowi serce, tylko to, co dobrze znane.
Jednak stchórzyła i spędziła dwa dni na obserwacji i wyczekiwaniu,
usiłując czytać z jego twarzy jak z mapy, szukając wskazówek
wyjaśniających, dlaczego ich rodzina tak znienacka się rozpadła. Kiedy
zeszłej jesieni wyjeżdżał do Anglii, wszystkich ogarnęła ekscytacja.
Wcześniej był profesorem niewielkiej przeciętnej uczelni w Connecticut,
zatem propozycja pracy w Oksfordzie - szczycącym się jednym z najlepszych wydziałów literatury na świecie - była nie do odrzucenia.
Ale Hadley miała właśnie zaczynać ostatnią klasę, mama nie mogła
porzucić sklepiku z tapetami na bite cztery miesiące, postanowiono więc,
że one zostaną w domu do Bożego Narodzenia, a na święta przyjadą do
Anglii na kilkutygodniowe zwiedzanie, po czym wszyscy razem wrócą do
Stanów.
Do tego oczywiście nigdy nie doszło.
Mama oznajmiła zwyczajnie, że nastąpiła zmiana planów i spędzą święta w domu dziadków w Maine. Hadley na wpół wierzyła, że kiedy dotrą na
miejsce, tato zrobi jej niespodziankę i jednak się zjawi, ale w Wigilię
Bożego Narodzenia zastała tam tylko babcię i dziadka oraz furę prezentów
tak wielką, że utwierdziła ją w przekonaniu, iż wszyscy starali się
zrekompensować w ten sposób brak czegoś innego.
Przez wiele dni poprzedzających święta podsłuchiwała pełne napięcia
rozmowy telefoniczne rodziców i przez przewody wentylacyjne ich starego
domu słyszała płacz mamy, lecz dopiero kiedy wracały samochodem z Maine,
mama oświadczyła wreszcie, że rozstają się z tatą i że on zostaje w Oksfordzie na kolejny semestr.
- Na początku będzie to tylko separacja - powiedziała, przenosząc wzrok
z drogi na miejsce, gdzie siedziała otępiała Hadley, przyswajając nowiny
jedna po drugiej - najpierw "Mama i tato się rozwodzą", a potem "Tato
nie wraca do domu".
- Dzieli was ocean - powiedziała cicho. - Czy można odseparować się
jeszcze bardziej?
- Prawna - odparła mama z westchnieniem. - Zamierzamy przeprowadzić
separację prawną.
- Nie powinniście się najpierw spotkać, zanim zdecydujecie się na coś
takiego?
- Och, kochanie - rzekła mama, odrywając rękę od kierownicy i delikatnie
klepiąc ją w kolano. - Myślę, że to już postanowione.
Tak więc ledwie dwa miesiące później Hadley stała w hotelowej łazience w Aspen ze szczoteczką do zębów w ręku, a głos taty niósł się z sąsiedniego pokoju. Chwilę wcześniej była pewna, że to mama dzwoni
kontrolnie, i ta myśl dodała jej otuchy. Potem jednak usłyszała, jak
tato wymawia inne imię - Charlotte - po czym znów zniża głos.
- Nie, w porządku - powiedział. - Jest teraz w klopie.
Hadley nagle zmroziło, zastanawiała się, kiedy to jej tato zamienił się
w mężczyznę, który nazywa łazienkę klopem, szepcze przez telefon do
kobiet z zagranicy, zabiera córkę na narty, jakby miało to coś oznaczać,
było jakąś obietnicą, a potem wraca do swego nowego życia, jak gdyby
nigdy nic.
Przysunęła się o krok do drzwi, podłoga ziębiła ją w bose stopy.
- Wiem - mówił teraz łagodnym głosem. - Ja też za tobą tęsknię,
kochanie.
"Oczywiście", pomyślała Hadley, zamykając oczy. "Oczywiście".
To, że miała rację, nie pomagało. Czy ten fakt kiedykolwiek zmienił coś
na lepsze? Czuła, jak kiełkuje w niej maleńkie ziarenko urazy. Było jak
pestka wiśni, małe, twarde i paskudne, zawierało gorycz, która, była
tego pewna, nigdy nie zniknie.
Cofnęła się, czując, że gardło się ściska, a pierś faluje. Obserwowała w lustrze, jak rumieniec oblewa jej policzki, wzrok zamglił się od duchoty
panującej w ciasnym pomieszczeniu. Zacisnęła palce na krawędzi umywalki,
patrząc, jak bieleją jej kostki, i zmuszając się do odczekania, aż
ojciec skończy rozmowę.
- Co się stało? - zapytał, gdy wyłoniła się wreszcie z łazienki, minęła
go bez słowa, a następnie runęła na łóżko. - Dobrze się czujesz?
- Dobrze - rzuciła szorstko.
Jednak następnego dnia sytuacja się powtórzyła.
Gdy rano zjeżdżali windą do hotelowego holu, zgrzani już pod warstwami
strojów narciarskich, kabiną mocno szarpnęło, a po chwili gwałtownie
stanęła. Byli w niej tylko we dwoje, wymienili skonsternowane
spojrzenia, po czym tato wzruszył ramionami i wcisnął przycisk alarmowy.
- Cholerny głupi dźwig.
Hadley popatrzyła na niego z rozdrażnieniem.
- Nie chodzi ci przypadkiem o cholerną głupią windę?
- Co?
- Nic - mruknęła i zaczęła dźgać na chybił trafił w guziki, zapalając
jeden po drugim, czuła w środku wzbierającą panikę.
- Nie sądzę, by to coś pomogło... - zaczął tato, gdy wtem najwyraźniej
zauważył, że coś jest nie w porządku. - Dobrze się czujesz?
Hadley szarpnęła kołnierz kurtki narciarskiej i rozpięła zamek.
- Nie - odparła przy wtórze szalonego łomotania serca. - Tak. Nie wiem.
Chcę stąd wyjść.
- Wkrótce tu będą - rzekł tato. - Nic nie wskóramy, póki...
- Nie, tato, teraz - powiedziała, wpadając w lekki popłoch. Po raz
pierwszy od przyjazdu do Aspen nazwała go tatą. Aż do tego momentu
starannie unikała zwracania się do niego w jakikolwiek osobowy sposób.
Omiótł wzrokiem ciasną windę.
- Masz napad paniki? - zapytał, sam sprawiając wrażenie lekko
spanikowanego. - Zdarzyło się to już kiedyś? Czy twoja mama...
Hadley pokręciła głową. Nie wiedziała, co się dzieje. Jedyne, czego była
pewna, to to, że musi się stamtąd natychmiast wydostać.
- Hej - rzekł tato, chwytając ją za ramiona i zmuszając do kontaktu
wzrokowego. - Będą tu za chwilę, okej? Popatrz na mnie. Nie myśl o tym,
gdzie się znajdujemy.
- Okej - wymamrotała, zaciskając zęby.
- Dobrze. Pomyśl o jakimś innym miejscu. O otwartej przestrzeni.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki