BROWAR
To nie była dobra noc. Charmaine starała się
powiedzieć coś pocieszającego. "Myślmy o tym, co mamy -
rzuciła w zawilgłą, śmierdzącą ciemność wozu. - Mamy
siebie". Sięgnęła z tylnego siedzenia na przednie, żeby dotknąć
Stana, dodać mu otuchy, ale zastanowiła się. Stan mógłby to
źle odebrać, jeszcze zechce przejść do tyłu, żeby się z nią
kochać, będzie tak niewygodnie, kiedy zaczną się obściskiwać,
głową utknie przy drzwiczkach, ześlizgnie się z siedzenia, a Stan
będzie ją obrabiał, jakby to było zadanie, z którym musi się jak
najszybciej uporać, i to bum, bum, bum głową... To nie wyglądało
zachęcająco.
No i nigdy nie mogła się skupić, bo co, jak ktoś
się podkradnie? Przyłapie Stana z gołym tyłkiem, Stan zacznie
się przeciskać na przednie siedzenie i uruchamiać silnik, a banda
oprychów będzie walić w szyby, starając się ją dorwać. Chociaż
może nie ją, nie najpierw i nie najbardziej. Naprawdę będą chcieli
tego, co wartościowe: samochodu. Ona pójdzie na dokładkę, jak już
załatwią Stana.
Wielu właścicieli aut wywleczono z samochodów
na żwir, właśnie w tej okolicy; zadźgani, rozwalone czaszki,
wykrwawili się na śmierć. Nikt już nie zawraca sobie głowy tymi
wypadkami, szukaniem sprawców, bo to wymagałoby czasu, tylko bogacze
mogą sobie pozwolić na wzywanie policji. Tylu rzeczy nie doceniamy,
dopóki nam ich nie zabraknie, jak mawiała babcia Win, pomyślała
Charmaine z żalem.
Babcia Win nie zgodziła się iść do szpitala,
kiedy naprawdę się rozchorowała. Powiedziała, że to będzie za
dużo kosztowało, i tak by było. Więc po prostu zmarła w domu,
a Charmaine zajmowała się nią do samego końca. "Sprzedaj dom,
cukiereczku - powiedziała babcia Win, kiedy jeszcze kojarzyła. -
Idź do college'u, dokonaj tego wszystkiego, na co cię stać. Potrafisz
to zrobić".
I Charmaine dokonała tego wszystkiego, na co było ją
stać. Zrobiła dyplom z gerontologii i terapii zabawowej, dlatego że
babcia Win powiedziała, iż dzięki temu będzie zabezpieczona z każdej
strony, bo ma empatię i dar pomagania ludziom. Uzyskała tytuł.
Tylko że teraz to bez różnicy.
Jeśli cokolwiek się wydarzy, jesteśmy zdani na
siebie, Stan powtarza jej to zbyt często. To nie jest pocieszające. Nic
dziwnego, że tak mu się śpieszy, kiedy już uda mu się na nią
wejść. Cały czas musi być czujny.
Więc zamiast dotknąć Stana wczoraj w nocy,
wyszeptała: "Śpij dobrze. Kocham cię".
Stan coś wymamrotał, może: "Też cię
kocham", choć przypominało to raczej pomruk przerwany
chrapnięciem. Prawdopodobnie biedaczek już zasypiał. Naprawdę
ją kocha, powiedział, że zawsze będzie ją kochał. Czuła
taką wdzięczność, kiedy go znalazła, a raczej kiedy to on
znalazł ją. Kiedy się odnaleźli. Był taki solidny i godny
zaufania. Też chciałaby być taka, solidna i godna zaufania,
ale wątpiła, czy kiedykolwiek jej się to uda, bo tak łatwo ją
przestraszyć. Ale musi być twardsza. Musi pokazać charakter. Nie chce
być obciążeniem.
Oboje budzą się wcześnie - lato, światło
wpada przez szyby samochodu, jest zbyt jasno. Charmaine myśli, że może
powinna zrobić jakieś zasłonki. Mogliby wtedy dłużej pospać i nie
byliby tacy naburmuszeni.
Jadą po wczorajsze pączki do najbliższego centrum
handlowego, z podwójną polewą czekoladową, i w aucie robią kawę
rozpuszczalną, używając samochodowego podgrzewacza, co wychodzi dużo
taniej niż kupowanie kawy tam, gdzie są pączki.
- To jak piknik - mówi pogodnie Charmaine,
chociaż to nie bardzo jak piknik: jeść nieświeże pączki
w samochodzie, kiedy lekko mży.
W telefonie na kartę Stan przegląda strony z ofertami
pracy, ale to go przygnębia, powtarza: "Nic, kurwa, nic, kurwa,
nic", więc Charmaine proponuje, żeby poszli pobiegać. Uprawiali
jogging, kiedy mieli dom: wstać wcześnie, pobiegać przed śniadaniem,
potem prysznic. To pozwalało czuć się przepełnionym taką energią,
tak czystym. Ale Stan patrzy na nią, jakby zwariowała, i sama widzi,
że to byłoby głupie, tak zostawić samochód bez opieki, ze wszystkim,
z ubraniami, w dodatku narażać się na ryzyko, bo kto wie, co może
kryć się w krzakach. Poza tym, dokąd by pobiegli? Wzdłuż zabitych
deskami domów? Parki są zbyt niebezpieczne, pełno tam ćpunów,
wszyscy wiedzą.
- Jogging, kurwa. - Stan mówi tylko tyle.
Jest nieogolony i opryskliwy, przydałby mu się
fryzjer. Może uda się jej przemycić go do baru, w którym pracuje,
jakoś później, wzięłaby ręcznik i maszynkę do golenia, umyłby
się i ogolił w łazience dla mężczyzn. Niezbyt luksusowe warunki,
ale przynajmniej z kranu wciąż leci woda. Rdzawa, ale leci.
Bar nazywa się Pikselowy Pył. Otworzyli go,
kiedy w okolicy nastąpił miniboom informatyczny, pojawiły się
interaktywne start-upy i zjechali twórcy aplikacji, miał przyciągać
dzieciaki-maniaki, lubiące zabawki i gry, takie jak piłkarzyki, bilard
i komputerowe wyścigi samochodowe. Wiszą tam wielkie płaskie ekrany,
na których lecą filmy bez dźwięku, wygląda to jak niezła tapeta,
choć jeden jest zepsuty, a pozostałe pokazują zwykłe programy
telewizyjne, na każdym ekranie inny. Są zakamarki i zaciszne kąciki,
pomyślane jako miejsca do mądrych rozmów, jedną część nazwano
"Miejsce do Myślenia". Wywieszki wciąż tam są, choć ktoś
przekreślił i napisał: "Miejsce do Pierdolenia", bo prawie stale
urzędują tam dwie tutejsze kurewki. Kiedy miniboom się skończył,
jakieś cwaniaczki zniszczyły część ledowego neonu ze słowem
"Pikselowy" i teraz pozostał tylko "Pył".
Z nazwy i natury rzeczy, myśli Charmaine, bo wszystko
stale pokrywa warstewka brudu. Powietrze cuchnie zjełczałym tłuszczem
z mieszczącej się obok smażalni skrzydełek kurczaka. Klienci
przynoszą je w papierowych torbach, częstują. Te skrzydełka
są dość odrażające, ale Charmaine nigdy nie odmawia, kiedy
proponują.
Lokal już dawno by zamknięto, gdyby nie to, że
jest - jak przypuszcza, a właściwie wie - punktem kontaktowym
lokalnych handlarzy narkotyków. Tu spotykają się z dostawcami
i z klientami. Nie muszą się bać, że zostaną przyłapani: nie
tutaj, już nie. Mają kilku stałych klientów plus dwie kurewki,
pogodne dziewczyny, mniej więcej dziewiętnastoletnie. Obie są bardzo
ładne: jedna jest blondynką, druga ma długie ciemne włosy. Sandi
i Veronica, wystrojone w koszulki z cekinami i naprawdę bardzo
króciutkie krótkie spodenki. Chodziły do college'u, zanim wszyscy
dookoła stracili pieniądze, tak same mówią.
Według Charmaine - nie przetrwają. Albo ktoś je
pobije i odejdą. Albo poddadzą się i zaczną zażywać narkotyki,
co jest innym sposobem odejścia. Albo zacznie je skubać alfons. Albo
pewnego dnia po prostu wypadną przez dziurę w kosmosie i nikt nie
będzie chciał ich wspominać, bo będą martwe. To cud, że jeszcze
nic podobnego nie nastąpiło. Charmaine chce im poradzić, żeby się
stąd wynosiły, ale dokąd by miały się wynieść, a poza tym to
nie jej sprawa.
Kiedy nie są zajęte w Miejscu do Pierdolenia, siedzą
przy ladzie, sączą dietetyczne napoje i gawędzą z Charmaine. Sandi
powiedziała jej, że puszczają się tylko tymczasowo, zanim znajdą
prawdziwą pracę, a Veronica dodała: "Urabiam sobie tyłek",
i obie wybuchnęły śmiechem. Sandi chciałaby zostać trenerem
osobistym, Veronica wybrałaby pielęgniarstwo. Mówią tak, jakby to
rzeczywiście mogło się kiedyś wydarzyć. Charmaine nie zaprzecza,
bo babcia Win powtarzała, że cuda się zdarzają, przecież Charmaine
z nią zamieszkała, to dopiero cud!
Więc, kto wie? Sandi i Veronica kilkakrotnie
były akurat w barze, kiedy Stan odbierał ją po pracy, i nie
miała wyjścia, musiała ich sobie przedstawić. Kiedy siedzieli
w samochodzie, Stan powiedział: "Nie powinnaś tak się spoufalać
z tymi kurewkami", a Charmaine odparła, że wcale się z nimi
tak nie spoufala, ale że naprawdę są bardzo miłe, a on dodał:
"Akurat, miłe jak cholera!", co jej zdaniem nie było uprzejme. Ale
nie powiedziała tego głośno.
Co jakiś czas wpadają przyjezdni, młodzi faceci,
przeważnie turyści z bogatszych krajów czy miast, szukający spelunek
i tanich rozrywek - wtedy musi być czujna. Stałych klientów zna,
zostawiają ją w spokoju - wiedzą, że nie jest taka jak Sandi
czy Veronica, że ma męża - i tylko ktoś nowy może pomyśleć,
że dałaby się poderwać.
Ma popołudniową zmianę, kiedy jest raczej
spokojnie. Wieczory są lepsze, jeśli chodzi o napiwki, ale
Stan mówi, że nie chce, żeby wtedy pracowała, bo kręci się
zbyt wielu pijanych zbereźników, choć może będzie musiał się
ugiąć, jeśli zaproponują jej taką zmianę, bo pieniądze szybko
topnieją. Popołudniami pracuje tylko ona i Deirdre, która została
po lepszych czasach Pikselowego Pyłu; kiedyś była programistką, ma
na ręku wytatuowaną wstęgę Möbiusa i ciągle wiąże ciemne włosy
w kucyki, niczym mała dziewczynka, i wygląda jak dziwaczna filmowa
Harriet szpieg. Jest jeszcze Brad, który kiedy trzeba, przywołuje do
porządku rozochoconych klientów.
Charmaine ogląda telewizję na płaskich ekranach,
stare, podnoszące na duchu filmy z Elvisem Presleyem z lat
sześćdziesiątych albo serial komediowy, chociaż wcale nie jest
taki śmieszny, a w ogóle komedie są tak zimne i bezlitosne,
wykpiwają ludzkie zmartwienia. Woli pełne dramatyzmu programy, gdzie
wszyscy są porywani, gwałceni, zamykani w ciemnościach i nikt nie
oczekuje, że widz będzie się z tego śmiał. Wszyscy oczekują,
że widz będzie tak zdenerwowany, jak by był, gdyby to zdarzyło
się właśnie jemu. Zdenerwowanie to cieplejsze, bliższe jej uczucie,
nie takie przejmująco dalekie jak wyśmiewanie ludzi.
Zwykle oglądała program, który nie był serialem
komediowym. To był reality show W obronie własnej
z Lucindą Quant. Lucinda była kiedyś słynną dziennikarką, ale
się zestarzała, więc W obronie pokazywano tylko
w lokalnych kablówkach. Lucinda chodziła po okolicy i robiła wywiady
z ludźmi, których usuwano z domów; trzeba było widzieć te stosy
rzeczy zgromadzonych na trawnikach, ich sofy, łóżka i telewizory,
co było naprawdę smutne, ale i interesujące, czego to nakupowali,
a Lucinda wypytywała, co się wydarzyło w ich życiu, a oni mówili,
jak ciężko pracowali, ale fabrykę zamknięto albo przeniesiono,
albo jeszcze coś innego. Widzowie mieli przysyłać pieniądze, żeby
im pomóc, i czasem przysyłali, co pokazywało, że w ludziach tkwi
dobro.
Charmaine uznała, że W obronie
dodaje jej otuchy, bo to, co stało się z nią i ze Stanem, może
przydarzyć się każdemu. Ale potem Lucinda Quant dostała raka,
wyłysiała i zaczęła wrzucać do sieci filmy o tym, jak choruje,
kręcone w szpitalnym pokoju, a to z kolei Charmaine uznała za
przygnębiające, więc przestała oglądać Lucindę. Jednak życzyła
jej dobrze i miała nadzieję, że dziennikarce się poprawi.
Czasem rozmawia z Deirdre. Opowiadają sobie o życiu,
Deirdre miała gorzej niż Charmaine, spotkała mniej miłych
dorosłych, takich jak babcia Win, za to przeżyła więcej zmartwień,
co obejmowało też aborcję, a Charmaine nigdy nie posunęłaby
się do tego. Teraz bierze pigułki, dostaje je tanio od Deirdre,
ale zawsze chciała mieć dziecko, choć nie wie, jak sobie poradzi,
jeśli przypadkiem zajdzie w ciążę teraz, kiedy mieszkają ze Stanem
w samochodzie, no nie ma pojęcia. Inne kobiety - kobiety z dawnych
czasów, twardsze kobiety - radziły sobie w ograniczonej przestrzeni,
na statku płynącym przez ocean czy w wozie osadników. Ale chyba nie
w samochodzie. Ciężko pozbyć się zapachów z tapicerki, więc trzeba
by bardziej uważać, jakby dziecku się ulewało i tak dalej.
Około jedenastej ona i Stan zjadają kolejnego
pączka. Potem robią pełen nadziei przystanek przy śmietniku za
jadłodajnią, ale nie mają szczęścia, wszystko już zabrane. Przed
południem Stan zawozi ją do pralkomatu w jednym z centrów
handlowych - korzystali z niego już wcześniej, dwa z automatów
nadal są sprawne - i pilnuje samochodu, kiedy ona ładuje
pralkę i płaci telefonem. Jakiś czas temu pozbyła się białych
rzeczy - nawet bawełnianych koszul nocnych - i zamieniła je
na ciemniejsze. Zbyt trudno utrzymać białe w czystości, a ona
nienawidzi niechlujnego wyglądu. Potem zjadają na lunch kilka
plasterków sera i resztki bajgla i wypijają jeszcze trochę kawy
rozpuszczalnej. Wieczorem zjedzą coś lepszego, bo Charmaine dostaje
wypłatę.
Potem Stan podrzuca ją do Pyłu i mówi, że podjedzie
o siódmej, żeby ją odebrać.
Brad oznajmia, że Deirdre nie przyjdzie, zadzwoniła,
że jest chora, ale to nie szkodzi, bo nic się nie dzieje. Tylko
kilku facetów siedzi przy barze, biorą browar czy dwa. Na tablicy
wypisanych jest kredą kilka fikuśnych drinków, ale nikt ich nigdy
nie zamawia.
Pogrąża się w znajomej popołudniowej
nudzie. Pracuje tu zaledwie kilka tygodni, ale czuje, jakby to było
dłużej. Czekanie, czekanie, czekanie, aż inni się zdecydują,
aż coś się wydarzy. Bardzo jej to przypomina sieć klinik i domów
opieki Rubinowe Trzewiki, ich motto brzmiało: "Nie ma jak w domu",
co było trochę chore, jak się dobrze zastanowić, bo ci wszyscy ludzie
znaleźli się tam właśnie dlatego, że nie mogli sobie poradzić we
własnych domach. Głównie podawała starszym ludziom jedzenie i picie,
z przerwami, zupełnie jak w Pyle, trzeba było być miłym, zupełnie
jak w Pyle, i dużo się uśmiechać, zupełnie jak w Pyle. Co jakiś
czas organizowała rozrywki, sprowadzała klaunów albo psy w ramach
terapii, albo magika, albo zespół muzyczny, który dawał charytatywny
koncert. Ale przeważnie nic się nie działo, jak na tych filmach
z kamer zainstalowanych w ptasich gniazdach, gdzie widać młode
orlęta, a potem nagle ożywienie, zamieszanie, kryzys i gwałtowna,
rozskrzeczana śmierć. Zupełnie jak w Pyle. Chociaż starają się
nie bić nikogo w środku, jeśli można.
- Browarek - rzuca facet przy barze. -
Jeszcze raz to samo.
Charmaine uśmiecha się bezosobowo i pochyla
się, by wyjąć piwo z lodówki. Kiedy się prostuje, dostrzega
w lustrze własne odbicie - nadal ma dobrą figurę, nie wygląda
na zbyt zmęczoną mimo ciężkich nocy - i chwyta spojrzenie
mężczyzny. Odwraca wzrok. Kusiła go, prowokowała, tak się
pochylając? Nie, tylko wykonywała swoją pracę. Niech się gapi.
W ubiegłym tygodniu Sandi i Veronica spytały,
czy ma ochotę na parę numerków. Mogłaby zarobić w ten sposób
więcej, niż stojąc za barem - o wiele więcej, jakby gdzieś
poszła z klientem. W okolicy mają kilka pokojów, z których można
korzystać, lepszych niż Miejsce do Pierdolenia, z łóżkami. Charmaine
wygląda świeżo, klienci lubią takie słodkie blondynki z dużymi
oczami i dziecinną buzią.
Och, nie, odpowiedziała Charmaine, och, nie,
nie mogłabym, choć przeszył ją dreszcz podniecenia, jakby
podglądała przez okno i zobaczyła w środku inną wersję
samej siebie, prowadzącą drugie życie, nieokiełznane, dające
większą satysfakcję. Przynajmniej dające większą satysfakcję
finansową, a przecież robiłaby to dla Stana, nieprawdaż? I to
usprawiedliwiałoby wszystko, cokolwiek by nastąpiło. Te rzeczy,
z obcymi mężczyznami, różne rzeczy. Jak by to było?
Jednak nie, nie mogłaby, to zbyt niebezpieczne. Nigdy
nie wiadomo, co tacy mężczyźni zrobią, jeśli ich poniesie. Mogą
zacząć wyrażać siebie. A jak Stan się dowie? Nigdy by nie
zaakceptował, niezależnie od tego, jak bardzo potrzebują forsy. Byłby
zdruzgotany. Poza tym, to niewłaściwe.
SKOŁOWANY
Stan szuka Conora pod ostatnim znanym mu adresem,
w zabitym deskami domu przy tylko częściowo zamieszkanej ulicy. Zza
szyb obserwują go jakieś twarze, albo i nie. Prawdopodobnie to
tylko refleksy światła. Kiedyś mógł tu być wspólny ogród,
widać parę uschniętych krzaków pnącego groszku. Kilka patyków
wystaje z kłującego, wysokiego do kolan zielska. Na popękanym
chodniku prowadzącym w stronę ganku ktoś czerwoną farbą wymalował
czaszkę, podobną do tej, którą przyozdobili składzik na narzędzia,
gdzie zrobili sobie klub, jak Stan miał dziesięć lat. O co im
chodziło? O piratów, bez wątpienia. Zadziwiające, jak symbole
potrafią przetrwać.
Conor pomieszkiwał w tym domu na dziko, kiedy Stan
widział się z nim po raz ostatni - dwa, a może już trzy lata
temu. Dostał od Cona wiadomość, wyglądało na coś pilnego, ale
kiedy tu przyjechał, było jak zwykle: Con potrzebował pożyczki.
Zastał go w podkoszulku i szortach, na ramieniu Con
miał wytatuowany rządek pająków. Rzucał nożem w ścianę -
a ściśle rzecz ujmując, rzucał w zarys kobiecej sylwetki,
nakreślony fioletowym markerem - a grupka jego bezmózgich
kolesiów popalała skręty i mu kibicowała. Stan wtedy jeszcze
miał pracę, był przekonany o swej nieomylności, więc zachował
się jak starszy brat i opieprzył Cona za gnuśność, a Con kazał
mu pierdolić się w dupę. Jeden z kolesiów zaproponował, że
zdejmie Stanowi głowę, ale Con tylko się roześmiał i powiedział,
że gdy będą jakieś głowy do zdjęcia, sam da sobie radę, po czym
dodał: "To mój brachu, zawsze wali tym sztywniackim gównem, zanim
sypnie kasą". Zmierzyli Stana spojrzeniami, poklepali po plecach,
a on pożyczył Conowi kilka setek, których później nie zobaczył na
oczy, ale które chętnie by ujrzał teraz. Potem Stan popełnił błąd
i spytał o ten szwajcarski scyzoryk sprzed lat, a Con go wyśmiał,
że przez głupi nóż wypada z roli, i skończyło się na tym, że
zaczęli obrzucać się wyzwiskami, jak wtedy, kiedy byli dziećmi.
Stan puka do drzwi, z których obłazi zielona
farba. Nikt nie odpowiada, więc popycha drzwi, są otwarte. Jakiś
podpalacz musiał podłożyć w środku ogień, bo wnętrze jest na
wpół zwęglone; gorące promienie słońca odbijają się w odłamkach
szkła rozrzuconych po podłodze. Nachodzi go głupia myśl, że Conor
może nadal znajdować się gdzieś w tym domu, pod postacią czarnego
szkieletu, ale w wypalonych, pozbawionych dachu pomieszczeniach nikogo
nie ma. Swąd spalenizny dobywa się z osmolonych, pogryzionych przez
myszy mebli.
Kiedy wychodzi na zewnątrz, jakiś facet krąży
wokół samochodu, zagląda do środka, bez wątpienia chodzi mu po
głowie kradzież. Gość wygląda mizernie i wydaje się nie mieć
broni, więc Stan sobie poradzi, jeśli zajdzie potrzeba. Mimo to lepiej
zachować dystans.
- Hej - rzuca w stronę niechlujnej zielonej
koszuli i łysiejącej czaszki.
Facet się odwraca.
- Tylko oglądam - mówi. - Fajny wóz. -
Przymilny uśmiech, ale Stan nie daje się nabrać: w zapadniętych
oczkach błyska coś chytrego.
Może ma nóż?
- Jestem bratem Conora - odzywa się. -
Kiedyś tu mieszkał.
Coś się zmienia: cokolwiek facet zamierzał, teraz
tego nie zrobi. To znaczy, że Con nadal żyje i zyskał reputację
jeszcze gorszą, niż miał dwa lata temu.
- Tu go nie ma - odpowiada typek.
- Taaa... widzę - rzuca Stan.
Zapada cisza. Albo facet wie, gdzie jest Conor, albo
nie. Stara się ocenić, ile to warte dla Stana. Potem albo skłamie
i spróbuje wyprowadzić go w pole, albo nie. Kilka lat temu Stan
uznałby tę sytuację za groźniejszą niż teraz.
W końcu mężczyzna mówi:
- Ale wiem, gdzie jest.
- Więc możesz mnie tam zaprowadzić - mówi
Stan.
- Trzy dolce. - Facet wyciąga dłoń.
- Dwa. I dopiero, jak go zobaczę - odpowiada
Stan, trzymając lewą rękę w kieszeni.
Nie zamierza płacić za wizytę w jakimś pustym
miejscu bez Conora. W ogóle nie zamierza płacić, bo nie ma przy
sobie dwóch dolców. Ale Con będzie miał dwa dolce. Con zapłaci. Albo
wbije facetowi do gardła zęby, a raczej to, co z nich zostało.
- Skąd mam wiedzieć, że on chce cię
widzieć? - pyta facet. - Może nie jesteś jego bratem.
- Twoje ryzyko - mówi Stan z uśmiechem. -
Jedziemy?
To może okazać się niebezpieczne: będzie musiał
wpuścić typa na przednie siedzenie, obok siebie, a ten może jednak
mieć broń. Ale musi zaryzykować.
Wsiadają, obaj czujni. W dół ulicą,
skręcić. Wzdłuż innej ulicy, na której obdarte dzieciaki kopią
sflaczałą piłkę. W końcu parking dla przyczep, a raczej kilka
zaparkowanych przyczep. Przed nimi dwóch facetów z oczami jak szparki,
jeden ciemny, drugi nie, obaj tarasują przejście. Więc to jakaś
twierdza.
Stan zatrzymuje wóz, opuszcza szybę.
- Przyjechałem zobaczyć się z Conorem -
oświadcza. - Jestem Stan, jego brat.
- Tak mi powiedział - odzywa się typek
siedzący obok, kryjąc sobie dupę.
Jeden ze strażników kopie w lewą przednią oponę,
bez specjalnego zapału. Drugi krótko rozmawia przez komórkę. Zagląda
przez okno, potem jeszcze coś mówi. Bez wątpienia opisuje
Stana. Wreszcie ruchem ręki każe mu wysiąść z auta.
- Nie martw się, popilnujemy - mówi ten
od telefonu, czytając w myślach Stana, który już widzi samochód
pozbawiony kół i wszystkiego, co da się wyjąć. - Ruszaj. Herb
cię zaprowadzi.
- Módl się o to, żeby okazał się tym
bratem - mówi facet do Herba. - Albo będziesz kopał dwa
groby.
Conor jest za najdalszą przyczepą,
na zarośniętym zielskiem obszarze, gdzie kiedyś mógł stać
dom. Wygląda na wyższego. Schudł; kiedyś trochę się zapuścił,
ale teraz wrócił do formy. Celuje do puszki po piwie ustawionej na
pieńku, nie, na stosie cegieł. Strzela ze starej wiatrówki, którą
Stan pamięta jeszcze z czasów, gdy byli chłopakami. Wiatrówka
należała do niego, ale Conor wygrał ją w zawodach na rękę. Con
miał jasne wyobrażenie zasad: siłują się, dopóki on nie wygra,
potem koniec. Wcale nie był większy od Stana, ale był za to bardziej
przebiegły. I o wiele bardziej porywczy. Kiedy Con był dzieckiem,
przycisk z napisem "wyłączony" nigdy dobrze nie działał.
Ping! - dzwoni śrut o puszkę. Przewodnik Stana
się nie odzywa, ale przechodzi trochę w bok, tak żeby Conor musiał
go zauważyć.
Kilka kolejnych śrutów: Conor każe na siebie
czekać. Wreszcie kończy, opiera broń o betonowy blok i się
odwraca. Kurwa, jest nawet ogolony! Co się z nim stało?
- Stan, mój pan! - mówi z uśmiechem. - Jak
leci? - Robi krok do przodu, szeroko otwiera ramiona i odstawiają
dziwaczną wersję powitania z obejmowaniem się i poklepywaniem po
plecach.
- To ja go przywiozłem - oznajmia wątły. -
Kazałeś mi obserwować dom.
- Dobra robota, Herb - odpowiada Conor. -
Pogadaj z Rikkim, coś ci odpali. - Facet znika. - Pierdolony
bezmózg. Napijmy się piwa - rzuca Conor i wchodzą do jednej
z przyczep.
To Airstream, wyższa półka.
W głównym pomieszczeniu jest zadziwiająco chłodno
i czysto. Connor go nie zagracił: nie ma tu ani godnych pogardy
śmieci, ani walących między oczy plakatów z gwiazdorami rocka
drapiącymi się po przyrodzeniu - jest zupełnie inaczej niż
w jego nastoletniej sypialni. Stan zwykle go bronił, wstawiał się
u rodziców, tłumaczył, że Con się poprawi. Choć może to nie tak
źle, że się nie poprawił. Przynajmniej wydaje się mieć źródło
dochodu, i to niezłe, sądząc po wynikach.
Jasnoszary wystrój, niewielkie aluminiowe sześciany
ze sprzętem, dyskretnie rozmieszczone tu i tam, firanki w oknach,
dobry gust; mieszka z jakąś kobietą, o to chodzi? Jakaś porządna,
żadna zdzira. A może po prostu zarabia kupę forsy?
- Miło tu - mówi smutno Stan, myśląc o swoim
ciasnym, śmierdzącym samochodzie.
Con podchodzi do lodówki, wyjmuje kilka piw.
- Jakoś daję radę - odpowiada. -
A ty?
- Nie za dobrze - mówi Stan.
Siadają przy wbudowanym stole, otwierają piwo.
- Straciłeś robotę - mówi Con po stosownej
chwili milczenia.
To nie jest pytanie.
- Skąd wiesz? - pyta Stan.
- A po co byś do mnie przychodził, gdyby było
inaczej? - rzuca Con obojętnie. Nie ma co zaprzeczać, więc Stan
nie zaprzecza.
- Zastanawiałem się, czy może... -
zaczyna.
- Taaa... Mam u ciebie dług. - Con wstaje,
odwraca się, szpera w kurtce wiszącej na drzwiach. - Kilka
setek teraz ci starczy? - pyta. Stan wydusza z siebie szorstkie
"dziękuję" i chowa banknoty do kieszeni. - Potrzebujesz
pracy?
- A co miałbym robić?
- No, wiesz - mówi Con. - To
i owo. Pilnowałbyś spraw. Na przykład pieniędzy. Odbierałbyś dla
nas forsę. Lokował tu i tam. Dbał, byśmy budzili szacunek.
- A w czym ty siedzisz? - pyta Stan.
- Spoko - odpowiada Con. - Nic
groźnego. Przerzut przez granicę. Na zlecenie.
Stan zastanawia się, czy Con kradnie dzieła sztuki. Ale
skąd miałby je brać?
- Dzięki - mówi. - Może później.
Tak naprawdę nie ma ochoty pracować dla młodszego
brata, nawet jeśli to bezpieczne. To by było jak na rodzinnej
jałmużnie. Teraz, jak ma trochę forsy i może odetchnąć, rozejrzy
się. Znajdzie coś uczciwego.
- Kiedy tylko zechcesz - mówi Con. -
Potrzebny ci telefon albo coś? Naładowany. Starczy nawet na miesiąc,
jak będziesz uważał.
Czemu nie mieć dwóch telefonów? Wtedy będą mogli
z Charmaine do siebie dzwonić. Dopóki starczy doładowania.
- Skąd go masz?
- Nie martw się, wyczyszczony - mówi Con. -
Nie do wyśledzenia.
Stan wsuwa aparat do kieszeni.
- Jak tam żona? - pyta Con. -
Charmaine?
- W porządku - odpowiada Stan.
- Założę się, że jest w porządku - mówi
Con. - Wierzę w twój gust. Ale co u niej?
- Wszystko dobrze - odpowiada Stan.
Zawsze go denerwowało, kiedy Con zaczynał się
interesować którąś z jego dziewczyn. Con uważał, że Stan powinien
się nimi dzielić, po dobroci albo nie. Kilka dziewczyn Stana było
takiego samego zdania. To nadal bolało.
Chce poprosić Cona o jakąś broń, żeby odstraszać
nocnych włóczęgów, ale jest na słabszej pozycji i już słyszy,
jak Con mówi: "Nawet z wiatrówką sobie nie radziłeś. Nogę byś
sobie odstrzelił". Albo gorzej: "A co dasz mi w zamian? Chwilę
w łóżku z żoneczką? Spodoba się jej. Hej! Żartowałem!". Albo:
"Jasne, jeśli zgodzisz się dla mnie pracować". Więc nawet nie
próbuje.
Dwaj ochroniarze odprowadzają Stana do
samochodu. Zachowują się znacznie bardziej przyjaźnie, nawet
wyciągają łapy na pożegnanie.
- Rikki.
- Jerold.
- Stan - mówi Stan.
Jakby nie wiedzieli.
Kiedy wsiada do wozu, inne auto wjeżdża na parking
dla przyczep: dziwna hybryda, czarna, opływowa, z przyciemnionymi
szybami. Wygląda na to, że Con ma wysoko postawionych kolegów.
- Przyjechały interesy - oznajmia Jerold.
Stan jest ciekaw, kto wysiądzie, ale nikt nie
wysiada. Czekają, aż on odjedzie.