Serce Świata Utraconego - Tad Williams

Reflow text when sidebars are open.
POCZĄTKOWO SĄDZIŁ, ŻE ŻOŁNIERZ kuśtykający w lodowatym błocku traktu Frostmarch jest ranny i ma skrwawiony kark i ramiona. Podjechawszy bliżej, przekonał się, że czerwone plamy układają się w regularny kształt i wzór, jak fale. Porto zrównał się z nim, ściągnął wodze i jechał stępa obok nieznajomego.
- Skądżeś wytrzasnął ten szal? - spytał.
Żołnierz, chudy jak szczapa i młodszy odeń o kilka lat, tylko spojrzał na niego spode łba i pokręcił głową.
- Zadałem ci pytanie. Skąd go masz?
- Matka mi zrobiła na drutach. Odpieprz się.
Porto wyprostował się w siodle. Buńczuczna odpowiedź go rozbawiła.
- Naprawdę jesteś Portowiakiem, czy może szanowna mamusia lekko niedowidzi?
Młody wojak popatrzył na niego ze zmieszaniem i zarazem irytacją. Wyczuwał obraźliwą intencję, ale pewności nie miał.
- A co ty możesz wiedzieć o Portowiakach? - burknął.
- Więcej niż ty, bo tak się składa, że jestem ze Skał i lejemy was w piłkę od zawsze.
- Jesteś z Shoro? Gejzerakiem?
- A ty Psiorybcem, tępym jak wy wszyscy. Jak się nazywasz?
Młody piechur przyjrzał mu się uważnie. Dwie nadbrzeżne dzielnice - setrosy, jak się je zowie w Ansis Pelippe, największym mieście na Perdruin - były odwiecznymi rywalkami i nawet tutaj, setki mil na północ od tej wyspy, widać było, że w pierwszym impulsie chłopak spiął się jak przed ciosem.
- Ty pierwszy - zażądał.
Jeździec parsknął śmiechem.
- Jestem Porto znad zatoki Shoro. Właściciel konia i prawie całej zbroi. A ty?
- Endri. Syn piekarza.
Dopiero teraz, jakby dotąd się wstrzymywał, młodziak się uśmiechnął. Wciąż miał większość uzębienia, przez co wyglądał jeszcze młodziej, jak jeden z urwisów, którzy z krzykiem biegli za koniem Porta, gdy miesiące temu przejeżdżał przez Nabban.
- Na miłość Usiresa, ale z ciebie drągal! - Endri mierzył go wzrokiem od stóp do głów. - I cóż robisz tak daleko od domu, wasza cześć?
- Żadna tam cześć, ot, szczęściarz, bo mam konia. A ty marzniesz na kość, bo nie możesz iść dość szybko. Co z twoją stopą?
- Koń mi na nią nadepnął. - Żołnierz wzruszył ramionami. - Ale nie twój. Chyba.
- Na pewno nie mój. Pamiętałbym cię, z tym portowiackim szalem.
- Żałuję, ale nie mam innego. Nosiłbym nawet wasz przeklęty niebieski. Umieram tu z tego cholernego zimna. Jesteśmy już w Rimmersgardzie?
- Przekroczyłem granicę dwa dni temu. Ale oni tu wszyscy żyją jak górskie trolle. Domy ze śniegu, nic do żarcia poza igłami sosnowymi. Wskakuj.
- Co?
- Wskakuj. Pierwszy raz pomagam Psiorybcowi, ale w ten sposób nie doczłapiesz nawet do strażnicy granicznej. Daj rękę, wciągnę cię na siodło. - Gdy już Endri usadowił się za jego plecami, Porto dał mu łyknąć z rogu. - To było straszne, muszę przyznać.
- Co było straszne?
- Lanie, jakie wam spuściliśmy w tym roku w dzień Świętego Tunatha. Płakaliście na ulicach jak baby.
- Łżesz jak pies. Nikt nie płakał.
- Tylko dlatego, że zbyt żarliwie błagaliście o litość.
- Wiesz, co zwykł mawiać mój ojciec? Sprawiedliwości szukaj w pałacu, miłosierdzia w kościele, a kłamców i złodziei nad Shoro.
- Mądry z niego gość, jak na płaczliwego Portowiaka. - Porto się roześmiał.
Oto historia prawdziwa, jeśli w słowach może być prawda. Jeśli nie, to są tylko słowa.
Dawno, dawno temu, podczas rządów Szesnastego Najwyższego Celebransa królowej, w epoce Wojen Powrotu, lud nasz, Dzieci Chmury, poniósł klęskę w bitwie o Asu'a z koalicją śmiertelników i Zida'ya, naszych zdradzieckich pobratymców. Król Burz Ineluki wrócił w śmierć, a jego plany obróciły się wniwecz. Nasza wielka królowa Utuk'ku przeżyła, lecz zapadła w keta-yi'indra, uzdrawiający sen głęboki niemal jak śmierć. Niektórym z nas się wydawało, że nastąpił kres wszelkiej historii, że sama Wielka Pieśń wybrzmiewa do końca, aby wszechświat mógł odetchnąć przez kolejny eon.
Bardzo wielu naszych, którzy bili się za królową w przegranej sprawie, odeszło z ziem południowych z jedną tylko myślą: zdążyć do domu na Północy, zanim dotrze tam zemsta śmiertelnych; ci bowiem nie zadowolą się zwycięstwem, lecz dążyć będą do zniszczenia naszej górskiej ojczyzny i wybicia ostatnich Dzieci Chmury.
Była to chwila niemal zupełnej zagłady Ludu, zarazem jednak łaski nadzwyczajnej, odwagi przewyższającej najgórniejsze z wymagań, jakie sami sobie stawiamy. I, jak zawsze w pieśni Ludu, teraz także nawet chwile największego piękna przepajały zniszczenie i strata.
Taki los spotkał wielu wojowników Zakonu Poświęcenia, gdy padł Król Burz, jako i tych z innych zakonów, którzy wyprawili się z nimi na ziemie nieprzyjaciela. Wojna się skończyła. Do domu daleko i śmiertelni deptali naszym po piętach, bydło z najbrudniejszych ulic ich miast, najemnicy, szaleńcy, którzy zabijali nie jak my, z żalem, lecz dla czystej, dzikiej radości zabijania.
lady Miga seyt-Jinnata z Zakonu Kronikarzy
- MIAŁEM NADZIEJĘ, ŻE PRZESADZASZ - rzekł książę Isgrimnur. - Jest jednak gorzej, niż przypuszczałem.
- Cała wieś - powtórzył Sludig. - Nie ma w tym żadnego sensu.
Skrzywił się i uczynił znak Świętego Drzewa. Jak sam książę, młody rycerz widział na wojnie niejedną okropność; rzeczy, których żaden z nich nigdy nie zapomni. Teraz kolejne trupy całym tuzinem leżały rozciągnięte przed składem dziesięciny w błocie i krwawym śniegu, w większości starców i paru kobiet, wraz z porżniętymi truchłami kilku owiec.
- Kobiety, dzieci! - lamentował Sludig. - Nawet zwierząt nie oszczędzili.
U stóp Isgrimnura leżały przysypane białym puchem zwłoki dziecka. Sine paluszki zastygły po coś wyciągnięte niczym zdeptany kwiat. Jakie to musiało być straszne dla tych wieśniaków, obudzić się w środku nocy i znaleźć oko w oko z upiornie bladymi twarzami i bezdusznymi oczami Nornów, stworów ze starych, okropnych podań. Książę tylko pokręcił głową, dłonie mu jednak drżały. Ujrzeć krwawe pobojowisko, usiane poległymi i dogorywającymi wojami to inna rzecz; jego ludzie przynajmniej mieli miecze i topory, mogli się bronić. Ale to... Od samego widoku poczuł ból w trzewiach.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej