Rozdział 1
Dziesięć lat później...
Śmierć zawsze przychodzi niespodziewanie
Mela siedziała na wysokim stołku w kuchni rodziców i szlochała. Twarda pani doktor, nieprzejednana, o stalowych nerwach, płakała jak dziecko po zdarciu kolana.
Nocą odebrali telefon z informacją, że jej ukochany dziadek zmarł. Całe życie leczył innych, bagatelizując własne zdrowie.
- Miał dopiero siedemdziesiąt pięć lat! - krzyczała przepełniona wyrzutami sumienia.
Przez dziesięć lat, odkąd wyjechała na studia, nie odwiedzała go. Rozmawiali czasem przez telefon, opowiadając sobie lekarskie anegdotki, ale mimo obietnic, nie znajdowała chwili, żeby spędzić z nim odrobinę czasu. Czasu, którego teraz już nie mają.
- Kochanie, jesteś lekarzem - zaczęła jej mama. - Dobrze wiesz, że nie każdemu jest dane żyć długo. Twój dziadek dostał zawału, a odkąd przeszedł na emeryturę, nie mają lekarza na stałe i nie zdążyli mu pomóc. Musisz się z tym pogodzić. - Poklepała ją po ramieniu. - A gdzie jest Mariusz? - zmieniła temat.
- Kończy dyżur. - Otarła ostatnie łzy. - Pojadę najpierw do domu, a później po niego i ruszymy do Bielawska.
- Nie spiesz się. Spędziłaś tu pół nocy. - Anna spojrzała na córkę z troską. - Powinnaś się przespać.
- Nie, pojadę. - Ruszyła do wyjścia. - Do zobaczenia na miejscu!
Plan był prosty. Mieli załatwić formalności związane z pogrzebem i zostać w domu dziadka aż do ceremonii, po czym zamierzali wrócić do Warszawy.
Wchodziła na trzecie piętro po schodach, bo winda znów była zepsuta. Już piąty raz w tym miesiącu. Po marmurowym korytarzu roznosiły się dziwne jęki. Jak się później okazało, dochodziły z jej mieszkania. Z ich mieszkania. Mela nie miała wątpliwości, co dzieje się za drzwiami.
- Witaj - powiedziała słodkim głosem. - A raczej: witajcie - poprawiła się.
- Mela? Co... co ty tu robisz? - Mariusz zaczął pospiesznie zakrywać nagie ciało stażystki, którą Melania miała okazję poznać na oddziale. - Miałaś być u matki!
- A ty miałeś zachować wierność aż do śmierci! - Rzuciła w niego torebką, z której wysypała się cała zawartość. - Wypierdalać z mojego domu! - Wpadła w furię.
Młoda dziewczyna o kuszących kształtach szybko pozbierała swoje rzeczy z podłogi i ubierając się w biegu, zniknęła bez słowa. Z kolei Mariusz owinął się kocem i stanął naprzeciw swojej świeżo poślubionej kobiety.
- To...
- Błagam cię! Daruj sobie gadkę w stylu "To nie tak, jak myślisz". - Przewróciła oczami. - Wynoś się!
- To twoja wina! - odgryzł się. - Nie widzisz niczego poza tym cholernym szpitalem. - Ubrał się i zaczął zbierać do wyjścia, próbując jeszcze coś dodać.
- Zejdź. Mi. Z. Oczu - wycedziła. - Spotkamy się w sądzie - dodała tak spokojnie, jakby mówiła o wyborze nowej bluzki, a nie o rozwodzie.
- Ale... Przecież...
- Nie. Mam dość. Myślisz, że nie wiem, że pieprzysz ją, odkąd tylko zjawiła się na oddziale? - zapytała obojętnie. - Każdą stażystkę musisz zaliczyć, a dodatkowo zniszczyłeś mi życie tym pierdolonym ślubem. - Otworzyła mu drzwi. - Precz!
Mariusz był szanowanym chirurgiem, pracującym w szpitalu, w którym Mela dwa lata temu odbywała praktykę. Każda stażystka ulegała jego urokowi, a ona w ich oczach miała być najszczęśliwsza na świecie, skoro to z nią chciał się ożenić. Jak widać, szczęście trwało równo dwa miesiące i cztery dni. Po tak krótkim czasie postanowił uwieść kolejną naiwną i pieprzyć się z nią na kanapie w domu Meli. W jej domu! Na jej kanapie! Dobrze, że to on zamieszkał u niej, a nie na odwrót. Gdzie by się podziała? Dwudziestoośmioletnia lekarka interny mieszkająca z rodzicami. To dopiero byłby powód do drwin. Uważała, że zdrada jej męża oraz rychły rozwód nie będą nikogo dziwić, więc i szepty szybko ucichną. Prawda była taka, że Mela nie była w nim szaleńczo zakochana, a zgodziła się wyjść za niego, bo to było zwyczajnie wygodne.
- Pfff! - parsknęła głośno, siadając w fotelu, naprzeciw którego dopiero co zastała Mariusza Tyczyńskiego, posuwającego swoją następną zdobycz. - Małżeństwo z rozsądku. - Zaczęła się głośno śmiać.
Dopiero po ślubie dostrzegła, jak głupią decyzję podjęła. Był po prostu lekarzem z dobrą opinią w ich środowisku, dodatkowo przystojny i inteligentny. Ale nie powinien to być powód do zawierania małżeństwa. To za mało. A zdolności w łóżku? Cóż, musiał dowartościowywać się kolejnymi romansami, bo plotki o tym, jakim jest ogierem, były zdecydowanie przesadzone. Przeciętniak.
Zaraz po histerycznym śmiechu przyszedł płacz.
Przypomniał jej się dziadek, który mówił zawsze, by wychodziła za mąż tylko z miłości. Nawet nie było go na jej ślubie, bo całe wydarzenie odbyło się w towarzystwie urzędnika i świadków. Ot, podpisanie kontraktu. Tym był ich związek - umową.
Zebrała rozrzuconą zawartość torebki, przetarła zmęczone oczy i pobiegła do auta. Czekało ją kolejne przykre doświadczenie. Pogrzeb dziadka i powrót do rodzinnego domu po dziesięciu latach.
- Dziadek zawsze dbał o porządek - stwierdziła Anna, otwierając drzwi od niewielkiego domu, mieszczącego się z tyłu przychodni.
- Mhm. - Melania nie słuchała, pochłonięta myślami.
- Wszystko gra? - Matka przyglądała się jej badawczo. - Gdzie twój mąż?
- Kto? - Jakby otrzeźwiała. - A, on. Pewnie się pakuje.
- Czyli dojedzie?
- Nie, mamo. Pakuje swoje rzeczy i się wyprowadza. Rozwodzimy się.
- Co? Jak to? Dlaczego? Co się stało? - zaczęła zasypywać Melę pytaniami.
- Zastałam go pieprzącego jakąś stażystkę w moim domu - odpowiedziała beznamiętnie.
Anna zbliżyła się do córki i pogładziła po policzku.
- Tak mi przykro, kochanie...
- To teraz nie jest ważne. - Uśmiechnęła się blado. - Gdzie tata?
- W zakładzie pogrzebowym. Musi wszystko załatwić, żeby pogrzeb mógł odbyć się jutro.
Melania już jej nie słuchała, rozglądała się po domu, w którym spędziła najlepsze lata. Pogładziła blat stołu, przy którym przesiadywali z dziadkiem, rozmawiając o przyszłości. Wspominała, jak snuł plany, że jego wnuczka będzie pomagać mu w przychodni i leczyć całą wioskę oraz ludzi z okolicznych miejscowości.
Oboje wiedzieli, że studia i specjalizację skończy, kiedy dziadek będzie już na emeryturze, i że to nie dojdzie do skutku, ale nie przeszkadzało im to w marzeniach. Był jej powiernikiem, towarzyszem każdego dnia, a ona przez dziesięć lat go ignorowała i się nie pojawiała. Wpadła w wir nauki, z czasem doszły do tego imprezy i nowe znajomości. Pozostawiła swój świat i zaczęła żyć w tamtym. Wyrzuty sumienia ją dusiły, a powstrzymywany szloch wyrwał się z jej piersi. Zostawiła jednego z najważniejszych ludzi w swoim życiu i on umarł. Nie ma go. Już nigdy nie chwyci jej za rękę i nie powie "Mela, miłość jest najcenniejszym darem w życiu".
Ania poklepała ją po drżącym ramieniu.
- Córeczko... Znalazł go Oskar.
- C-co? - Otworzyła szeroko oczy. - On... on tu?
- Odwiedzał dziadka codziennie, odkąd wyjechałaś. Może powinnaś... - mówiła ostrożnie, wiedząc, że to również delikatny temat, którego jej córka nigdy nie chciała poruszać.
- Nie ma mowy - ucięła.
- Nie rozmawiałaś z nim od dziesięciu lat! - wykrzyknęła w końcu Anna.
- I nie zamienię słowa przez kolejne dziesięć - wysyczała. - Zdradził mnie!
- Przecież nie byliście parą.
Nie rozumiała, w czym tkwi problem. Melania nigdy jej się nie zwierzała, a tuż po rozpoczęciu studiów całkowicie się zmieniła. Stała się zimna i zamknięta, a temat Oskara zawsze ucinała, zanim w ogóle dobrze się rozpoczął.
- Kochałam go! A on... On... - Zaczęła płakać na wspomnienie ciosu, jaki jej zadał.
- No niby co takiego zrobił? - Anna wzięła się pod boki, jakby oczekiwała jakiejś błahej wymówki.
Mela chwyciła swoją torebkę i usiadła w salonie, naprzeciw zimnego kominka. Wyciągnęła z niej telefon i zawołała mamę, żeby zajęła miejsce obok.
- Chodź. Pokażę ci. - Otworzyła galerię i podała mamie urządzenie.
- Trzymasz to w komórce od dziesięciu lat? - Anna była zaskoczona.
To wskazywałoby na to, że Meli naprawdę na nim zależy. Przynajmniej wtedy jej zależało.
- I będę trzymać do śmierci. - Spojrzała na nią smutno.
Nie było wątpliwości, że ma złamane serce. I bynajmniej powodem tego nie był zdradzający mąż.
Gdy wrócił ojciec, zaczęli rozglądać się po reszcie domu. Właściwie nic się nie zmieniło. Obszerna kuchnia z dużym stołem pośrodku i dębowe szafki, które wymagały już wymiany. Niewielka łazienka w głębi korytarza wydawała się nieużywana. W salonie ta sama zielona kanapa z weluru i fotele z wytartymi podłokietnikami. Jedyną zmianą był duży telewizor wiszący obok kamiennego kominka. Tata Meli postanowił go kupić ojcu, gdy ten przeszedł na emeryturę. Niestety, nie nacieszył się zbyt długo. Wszystko jednak wyglądało tak, jakby doktor Piotrowicz za moment miał stanąć w drzwiach salonu, do którego wchodziło się z małej drewnianej werandy.