Serce pasowało. Opowieść o polskiej transplantologii - Anna Mateja

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

magda.jobko@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

info@d2d.pl

Wołowiec 2016

Wydanie I

Rozdział 1

"26 stycznia 1966 o godz. osiemnastej wykonano w Klinice 1-sze udane przeszczepienie nerki ze zwłok" - zanotował profesor Jan Nielubowicz, kierownik I Kliniki Chirurgicznej Akademii Medycznej w Warszawie. Była to pierwsza udana transplantacja w Polsce. Pacjentka, Danuta Milewska, dziewiętnastoletnia uczennica szkoły pielęgniarskiej, żyła z nową nerką sześć miesięcy (zmarła na skutek powikłań wywołanych przez leki, które miały zapobiec odrzuceniu przeszczepu).

Zeszyt formatu A5 w twardej oprawie jest jednym z wielu; w pierwszym znajdują się notatki z 1958 roku, kiedy profesor wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie jako stypendysta Fundacji Rockefellera przez dwanaście miesięcy poznawał zdobycze zachodniej medycyny. W swoich zeszytach rysował plany operacji, opisywał ciekawe choroby i zabiegi, zbierał raporty z badań naukowych, listy, zdjęcia i wycinki prasowe. Robił to przez całe życie. Miał co notować. Jan Nielubowicz wygłosił za granicą sto trzydzieści siedem wykładów i referatów (w jednym z czterech języków obcych, którymi biegle się posługiwał: po angielsku, francusku, niemiecku albo rosyjsku), opublikował pięćset siedemdziesiąt sześć prac, z czego dziewięćdziesiąt osiem w zagranicznych czasopismach fachowych, wypromował pięćdziesięciu doktorów medycyny, jego wychowankowie spędzili na nauce w najlepszych ośrodkach na świecie w sumie sześćset czterdzieści osiem miesięcy, czyli pięćdziesiąt cztery lata, a czternastu z nich zostało profesorami i kierownikami klinik.

"Nerkę przeszczepiono chorej Milewskiej Danusi od chorej W. D. Chora D. zmarła po urazie czaszki i po operowanym w Klinice 24 stycznia krwiaku podoponowym" - pisze dalej Nielubowicz, po czym wymienia nazwiska lekarzy, którzy brali udział w kilkugodzinnej operacji. Profesor Jan Nielubowicz, doktor Wojciech Rowiński, doktor Waldemar Olszewski, doktor Jerzy Szczerbań, doktor Mieczysław Szostek i doktor Jerzy Ładygin to chirurdzy. Doktor Bogdan Kamiński to anestezjolog. Inne źródła wymieniają jeszcze operatorów docenta Bolesława Marzinka i doktora Marka Skośkiewicza oraz ane­stezjologów ­doktora Janusza Kąckiego i doktora Jerzego Siedleckiego.

"Dr Czapliński z urologii (przyniósł cystoskop, był i patrzył)" - pisze dalej Nielubowicz i wymienia kolejne osoby: Małgorzatę Anusiak, córkę doktora Kazimierza Anusiaka, wybitnego warszawskiego ginekologa, która była w klinice przy Nowogrodzkiej na stażu, instrumentariuszki Płaską i Pielę, a także internistę i nefrologa profesora Tadeusza Orłowskiego, kierownika I Kliniki Chorób Wewnętrznych Akademii Medycznej w Warszawie, oraz należących do jego zespołu internistów: doktor Lilianę Gradowską, doktora Mieczysława Lao i doktor Halinę Rymkiewicz, którzy wraz z doktor Ewą Kłopotowską i doktor Danutą Stryjecką-Rowińską zajmowali się prowadzeniem pooperacyjnym pacjentki.

To właśnie profesor Orłowski wybrał Danutę Milewską do przeszczepienia nerki. Danuta leżała przy Nowogrodzkiej od wiosny 1965 roku. Niewłaściwie leczone odmiedniczkowe zapalenie nerek doprowadziło do ich niewydolności. W połowie grudnia 1965 roku wywiązało się zakażenie dróg moczowych i nerki trzeba było usunąć. Kilka tygodni później w klinice zmarła pacjentka ze zdrowymi nerkami, o tej samej grupie krwi co Danuta. Była to młoda kobieta, która pewnego styczniowego dnia 1966 roku uderzyła głową o kant stołu podczas sprzątania. Wskutek urazu powstał krwiak podoponowy, który powiększał się i uciskał mózgowie. Po śmierci pacjentki narząd z jej ciała miał wyjąć młody chirurg doktor Jerzy Szczerbań.

Danuta od blisko dziewięciu miesięcy żyła tylko dzięki tak zwanej sztucznej nerce - zanurzonemu w specjalnym roztworze dwumetrowemu bębnowi owiniętemu dwudziestoma metrami celofanowej rurki. Cztery-pięć razy w tygodniu przychodziła do pokoju obok pomieszczenia, w którym znajdował się dializator, i kładła się na specjalnym łóżku z wagą. Pielęgniarka ściągała plastry i odsłaniała dwa nacięcia na przedramieniu Danuty - na żyle i tętnicy - a następnie wkładała do naczyń cienkie teflonowe kaniule i podłączała je do urządzenia. Wypływająca z tętnicy krew była wtłaczana pompą pracującą w rytm bicia serca pacjentki do nawiniętej na bęben rurki, gdzie oczyszczała się z toksyn, by przez drugą teflonową kaniulę wpłynąć z powrotem do ciała.

Hemodializa trwała od sześciu do ośmiu godzin, zależnie od ilości zanieczyszczeń i zbędnych płynów w organizmie. Po zabiegu trzeba było przetoczyć pół litra świeżej krwi. Upłyną cztery dekady, nim potężny bęben osiągnie rozmiary większej szpuli z nicią. Ale chociaż dializowani właściwie mieszkali w szpitalu, nikt nie narzekał. Wszyscy wiedzieli, że kolejka do sztucznej nerki jest długa, a aparatów zaledwie kilka w całej Polsce.

Jak to wyglądało z bliska, pamięta między innymi profesor Bolesław Rutkowski, nefrolog z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego, transplantolog. W latach sześćdziesiątych XX wieku w północnej Polsce jeden dializator obsługiwał rejon zamieszkany przez pięć milionów ludzi: od Szczecina do Białegostoku. Do zabiegów kwalifikowano więc przede wszystkim chorych z ostrą niewydolnością nerek, tych z przewlekłą nie.

Młodemu Rutkowskiemu odcisnęły się w pamięci imiona, nazwiska i twarze tych, którzy musieli czekać. Miał wrażenie, że w jego głowie siedzi tłum ludzi, dla których nic nie może zrobić. Nie istniały skuteczne środki moczopędne ani leki na towarzyszące niedoczynności nerek niedokrwistość i nadciśnienie. Chorzy cierpieli na ciężką mocznicę, wyglądali, jakby topili się we własnych płynach. Ich ciała nie potrafiły przefiltrować krwi i utrzymać odpowiedniego stężenia elektrolitów. Mieli objawy jak z podręcznika: duszności, zszarzała skóra, zaburzenia równowagi kwasowo-zasadowej i krzepnięcia krwi. Wokół unosił się nieprzyjemny zapach moczu... Rutkowski wiedział, że większość jego pacjentów nie doczeka dializy. Niewydolność nerek prowadzi do zatrucia organizmu, które ostatecznie skutkuje zatrzymaniem akcji serca.

Jako młody lekarz przyrzekł sobie, że zrobi wszystko, by sy­tuacja się jak najprędzej zmieniła, ale dopiero od około 2000 roku, już jako profesor z dorobkiem, będzie mógł kierować na dializy wszystkich, którzy tego potrzebują.

*

- Danka była w miarę zdrowa - powie pół wieku po operacji profesor Rowiński.

Szczupła, wymęczona dializami i ścisłą dietą, ale zdrowa, jeśli nie liczyć nerek; silna, wytrzymała i cierpliwa. Wiedziała jednak, że na transplantację nie można czekać bez końca i nawet jeśli przeszczep się przyjmie, nikt nie zagwarantuje jej długiego życia. Orłowski musiał zaufać, że Danucie nie zabraknie odwagi również po zabiegu, kiedy będzie zmuszona brać sterydy, które zmienią jej wygląd, systematycznie widywać się z lekarzem prowadzącym i żyć ze świadomością, że ryzyko odrzucenia obcego narządu nie zniknie właściwie nigdy.

Ona także musiała zaufać. Może było jej łatwiej? Ale znajdowała się w jednej z najlepszych polskich klinik, pod opieką znakomitego nefrologa i internisty, miała być operowana przez równie dobrego chirurga. Jeżeli gdzieś w Polsce operacja przeszczepienia nerki miała się udać, klinika przy Nowogrodzkiej była jednym z niewielu takich miejsc.

Tadeusz Orłowski, ojciec polskiej dializoterapii, był synem profesora Witolda Orłowskiego - lekarza, który stworzył polską internę. Urodził się w 1917 roku w Kazaniu, dyplom lekarski uzyskał w 1943 roku na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Kiedy przyszłe sławy światowej transplantologii kończyły studia i podejmowały pierwsze próby przeszczepiania narządów, działał w kontrwywiadzie Delegatury Rządu Rzeczypospolitej Polskiej na Kraj i jako żołnierz batalionu "Baszta" walczył w powstaniu warszawskim. Życie w niechcianym ustroju zaczął od postawienia pytania o związek między niewydolnością krążenia a funkcjonowaniem nerek. Kiedy w 1948 roku ukazała się książka Homera Smitha The Kidney [Nerka], w ciągu miesiąca przeczytał ją i zapoznał się z pracami wymienionymi w bibliografii. Nefrologii jeszcze w Polsce nie było. Istniała jedynie komisja do spraw rozwoju nefrologii w Ministerstwie Zdrowia. Orłowski został jej sekretarzem.

W najgorszych stalinowskich latach Orłowski zorganizował Klinikę Zdrowego Człowieka w Naukowym Instytucie Kultury Fizycznej. W pewnym momencie wrócił do okupacyjnego zwyczaju nocowania poza domem, bo ze względu na AK-owską przeszłość i pracę dla kontrwywiadu interesowały się nim służby bezpieczeństwa. Kiedy w 1954 roku otrzymał propozycję objęcia stanowiska dyrektora merytorycznego szpitala PCK w objętej wojną Korei, w zasadzie poczuł ulgę. Warunki frontowe w obcym kraju wydawały mu się znośniejsze niż życie w ciągłej obawie przed aresztowaniem. Wrócił do Polski niedługo przed odwilżą październikową.

Pierwsze próby ratowania chorych z uszkodzonymi nerkami podejmował już w latach pięćdziesiątych. Oczyszczał krew pacjentów, wprowadzając do jamy brzusznej płyn dializacyjny i wykorzystując otrzewną jako filtr, by usunąć nadmiar wody, mocznik i inne produkty przemiany materii z krwi do płynu, który następnie odprowadzał z organizmu. Opracował dla chorych na nerki dietę niskobiałkową. Wraz z zespołem wyprodukował i opatentował sztuczną nerkę arkuszową i dializatory zwojowe. W 1959 roku uruchomił w Klinice Nefrologicznej w Warszawie ośrodek dializacyjny, w którym leczono nie tylko osoby z ostrą niewydolnością nerek, ale także - po raz pierwszy w Europie - pacjentów chorych przewlekle.

Podczas gdy profesor Orłowski eksperymentował z dializami, 23 grudnia 1954 roku w Peter Bent Brigham Hospital w Bostonie doktor Joseph Murray, który za swoje dokonania zostanie w 1990 roku uhonorowany Nagrodą Nobla, wykonał pierwsze udane trwałe przeszczepienie nerki.

Pierwsza udana transplantacja tymczasowa miała ­miejsce w 1945 roku. Trzech młodych rezydentów Peter Bent Brigham Hos­pital - Charles A. Hufnagel, David Hume i Ernest Land­steiner - wszczepiło nerkę młodej kobiecie, która wskutek zatrucia ciążowe­go zapadła w śpiączkę. Pobrany od zmarłego narząd wszyty w okolice stawu łokciowego pozwolił chorej przeżyć do momentu, gdy jej własne nerki podjęły pracę.

Murray najpierw wykonał eksperymentalną transplantację ze zwłok - z powodzeniem, pacjent przeżył operację, a nerka podjęła pracę. Następnie wraz z nefrologiem Johnem Putnamem Merrillem i urologiem Hartwellem Harrisonem przeszczepił dwudziestotrzyletniemu mężczyźnie cierpiącemu na niewydolność nerek narząd pobrany od jego jednojajowego bliźniaka. Pobranie odbyło się bez powikłań. Transplantacja przedłużyła życie biorcy o osiem lat.

Doktor Murray nie umieścił nerki w miejscu przewidzianym dla niej przez ewolucję, czyli na wysokości kręgów lędźwiowych, ani nie usunął nerek biorcy. Wszczepił narząd w dole brzucha, przy talerzu kości biodrowej (robi się tak do dzisiaj, ponieważ w tym miejscu jest łatwiejszy dostęp do naczyń biodrowych, a także dlatego, że usuwanie narządów biorcy, które zwykle nie jest potrzebne, wydłużałoby czas zabiegu, zwiększało ryzyko obumarcia oczekującego na wszczepienie narządu i dodatkowo obciążało organizm pacjenta).

Do powodzenia operacji przyczynił się fakt, że biorca i dawca jako bliźnięta jednojajowe mieli identyczne antygeny zgodności tkankowej. Medycyna nie znała jeszcze tego pojęcia, Murray zdawał sobie jednak sprawę, że na poziomie komórkowym istnieją między ludźmi różnice na tyle poważne, że nie da się przeprowadzić udanej transplantacji, kierując się przy doborze biorcy i dawcy wyłącznie grupą krwi.

Dopiero cztery lata później francuski hematolog Jean Dausset odkryje na białych krwinkach antygeny zgodności tkankowej (human leukocyte antigens; HLA) odpowiedzialne za reakcję immunologiczną organizmu. Od tej pory przed każdą transplantacją surowica biorcy będzie sprawdzana pod kątem obecności przeciwciał, które mogłyby zaatakować antygeny dawcy i doprowadzić w ten sposób do odrzucenia wszczepionego narządu. Pełna zgodność tkankowa występuje tylko między bliźniętami jednojajowymi.

Tadeusz Orłowski zdaje sobie sprawę, że wszyscy inni biorcy i dawcy, nawet najlepiej dobrani, na poziomie budowy białek są sobie obcy. Dochodzi do wniosku, że aby przeszczep się przyjął, należy oszukać system odpornościowy biorcy, i zwraca się o pomoc do immunologów. Ci jednak stukają się w głowę: to niemożliwe.

W latach sześćdziesiątych o przyjęcie przeszczepu walczono, naświetlając biorcę promieniami rentgenowskimi i podając sterydy. Cyklosporyna - lek immunosupresyjny, który odpowiednio dawkowany, obniża odporność organizmu na tyle, by ten przyjął obcy narząd, ale nie na tyle, by pacjent zmarł z powodu banalnej infekcji, takiej jak choćby przeziębienie - zostanie wynaleziona dopiero w 1970 roku, a w transplantologii zacznie być wykorzystywana trzynaście lat później.

Orłowski się nie poddaje. Góry nauczyły go, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wspina się od 1935 roku. Przeszedł ponad tysiąc tras w Tatrach Wysokich, w tym ponad sto bardzo trudnych. I tak jak przy zdobywaniu Galerii Gankowej czy Komina Świerza pociągały go nowe przejścia, tak w medycynie szukał nowych dróg.

W 1957 roku, czyli niemal od razu po rozszczelnieniu się żelaz­nej kurtyny, jedzie do Lund uczyć się dializoterapii w tamtejszej klinice. Odwilż umożliwia mu też skorzystanie ze stypendium Fundacji Rockefellera, dzięki któremu przez kilka miesięcy pracuje u profesora Neala Brickera w najlepszym na świecie ośrodku patofizjologii nerek w Saint Louis w USA. W tym samym czasie dzięki stypendiom Fundacji do najlepszych szpitali w Stanach Zjednoczonych wyjeżdżają przyjaciel Orłowskiego z warszawskiej kliniki Jan Nielubowicz oraz łódzki kardiochirurg Jan Moll, który w 1969 roku jako pierwszy w Polsce podejmie się przeprowadzenia transplantacji serca. Następnie Orłowski odbywa także staż w Klinice Chorób Wewnętrznych Charing Cross Hospital w Londynie i w Klinice Nefrologicznej Uniwersytetu w Pizie.

Wiosną 1963 roku zaprasza do Warszawy doktora Johna Putnama Merrilla, internistę i nefrologa, który wspólnie z doktorem Murrayem prowadzi program transplantacji nerek w Peter Bent Brigham Hospital w Bostonie, wówczas jedynym ośrodku na świecie, który miał w tej dziedzinie obiecujące wyniki. Orłowski prosi Merrilla, by przyjął jednego z jego lekarzy na roczne stypendium, podczas którego Polak mógłby się nauczyć, jak zajmować się chorymi przed przeszczepieniem i po nim. To bardzo ważne, bo nawet jeśli operację przeprowadzi się perfekcyjnie, wszystko może zostać zaprzepaszczone przez nieodpowiednie prowadzenie pacjenta.

Merrill się zgadza. Na stypendystę klinika wyznacza młodego doktora Wojciecha Rowińskiego.

*

- Niektórym kolegom się to nie uśmiechało - wspomina Rowiński. - Co bardziej złośliwi byli przekonani, że zawdzięczam to protekcji mojego ojca, profesora Ksawerego Rowińskiego, radiologa, który znał Orłowskiego choćby z Polskiej Akademii Nauk, do której obaj należeli. Nie dojdę, jak było, ale ojciec od lat miał już nową rodzinę i na pewno o to nie prosił. Wstawił się za mną wcześniej. Od razu po studiach zacząłem bezpłatny staż w Instytucie Hematologii. Zarabiałem na życie jako pomocnik redaktora w Państwowym Zakładzie Wydawnictw Lekarskich. W 1960 roku wyjechałem na roczny staż chirurgiczny w Wolverhampton w Anglii. Właściwie nie wychodziłem ze szpitala. Mnóstwo się tam nauczyłem! Ale kiedy wróciłem do Warszawy, nie bardzo miałem co z tą wiedzą zrobić. I wtedy usłyszałem od ojca: "Rozmawiałem z Nielubowiczem, czyby cię nie wziął do siebie... Możesz przyjść, dostaniesz etat w PAN". Wcisnął mnie tam, co tu dużo mówić. Nie mnie jednego tak rodzina wcisnęła. Koledzy mieli o to do nas żal.

Rowiński pracował codziennie po kilkanaście godzin. Rano jako wolontariusz na specjalizacji u Nielubowicza w klinice przy Nowogrodzkiej, po południu na etacie w znajdującym się po sąsiedzku Zakładzie Chirurgii Doświadczalnej PAN przy Chałubińskiego.

- To było jakoś oczywiste - mówi. - Chcesz coś zrobić w nauce, to czasu nie licz. Nie byłem zresztą jedyny. Większość osób bezpośrednio zaangażowanych w przygotowanie transplantacji pracowała właściwie na okrągło. Wracałem do domu o dwudziestej pierwszej, o siódmej byłem już w szpitalu. Straciłem chyba ze cztery zęby, bo nie było kiedy iść do dentysty. W soboty i niedziele miałem wolne, ale do zwierząt, na których eksperymentowałem, chodziłem także w weekendy.

Zanim wyjechał na staż do Bostonu, siedział przy królikach, kozach, szczurach, psach, świniach, koniach. Przeprowadzał na nich długie, męczące eksperymenty, by przygotować się do walki o życie innego ssaka - człowieka.

- To straszne, jak myśmy te zwierzęta męczyli - wspomina Rowiński. - Na początku pracy usłyszałem od Nielubowicza: "Każde doświadczenie ma być zasadne i ma znaleźć aplikację". Ale w praktyce...

Pierwsza praca zlecona Rowińskiemu przez Nielubowicza dotyczyła zacisków naczyniowych, które wykorzystuje się przy operacjach tętnic. Doświadczenia przeprowadzano na jednym z laboratoryjnych psów. Rowiński usypiał go, rozcinał tętnice, zakładał zaciski, pobierał próbki do badań histopatologicznych. Pies przechodził kilka zabiegów pod rząd.

"A jeśli uszkodzę mu tętnice?" - zapytał Rowiński Marka Żakiewicza, późniejszego profesora chirurgii weterynaryjnej, który wraz z doktorem Maciejem Borkowskim wykonywał eksperymentalne przeszczepienia nerek u psów. "Trudno, przecież nie będzie pisał wierszy..."

- Nie byliśmy potworami pozbawionymi uczuć - zapewnia Rowiński. - Ale innej drogi postępu w medycynie nie ma.

Profesor Janusz Wałaszewski, transplantolog, jeden z twórców Centrum Organizacyjno-Koordynacyjnego do spraw Transplantacji "Poltransplant" (czyli państwowej organizacji koordynującej zabiegi i gromadzącej informacje o dawcach oraz o chorych czekających na narządy i tkanki) i jeden z lekarzy zaangażowanych w przygotowanie pierwszego polskiego przeszczepienia, mówi:

- Transplantologia pojawiła się najpierw tam: w laboratorium, gdzie chirurdzy ćwiczyli na zwierzętach, a potem obserwowali albo powrót do zdrowia (to rzadziej), albo pogorszenie, które pojawiało się, gdy organizm odrzucał narząd lub gdy wskutek immunosupresji rozwijała się infekcja. Technicznie byliśmy przygotowani bez zarzutu, musieliśmy jednak nauczyć się przewidywać, kiedy przeszczep zostanie przyjęty, a kiedy odrzucony, i zrozumieć dlaczego tak się dzieje. Od tego zależało powodzenie wszystkich naszych starań. Nie ma co ukrywać, żeśmy się obawiali tego pierwszego razu, tym bardziej że niewielu z nas miało bezpośredni kontakt z zagranicznymi ośrodkami, gdzie takie zabiegi już wykonywano.

Wyjazd Rowińskiego do Bostonu przyspieszył przygotowania. (Choć według Wałaszewskiego konkurentów nie było, właściwie nikt się nie palił. Może dlatego, że stypendium przewidywało badania naukowe, a nie operowanie).

Podczas roku spędzonego w klinice Murraya Rowiński widział wszystko: od kwalifikowania chorych do przeszczepienia i przygotowywania ich do zabiegu, przez orzekanie śmierci dawców i pobieranie narządów, po transplantację i prowadzenie pacjentów po niej. Asystował przy kilku operacjach przeprowadzonych przez Murraya, ale przez większość czasu uczył się w pracowni doświadczalnej albo w klinice nefrologicznej, opiekując się chorymi po zabiegach.

To w Bostonie nauczył się, że o postawieniu właściwej diagnozy decyduje przede wszystkim wnikliwy wywiad. W Peter Bent Brigham Hospital policzono, że na dwieście historii choroby w stu czterdziestu przypadkach diagnozę można było postawić po rozmowie i badaniu fizykalnym. Wiele lat później Rowiński powie swoim studentom: "Wyjrzyjcie przez okno, zbierzcie informacje, a potem skondensujcie je w jakieś pojęcie, które ­opisze to, co widzicie. Żeby zobaczyć, należy patrzeć na chorego".

Przed powrotem do kraju w grudniu 1964 roku wysłał frachtem dwa kufry odbitek, bo w Polsce nie było wówczas żadnych fachowych publikacji na temat przeszczepień. Gdy przyszedł do warszawskiej kliniki, profesor Nielubowicz wziął go do sali sekcyjnej Zakładu Chirurgii Doświadczalnej i powiedział: "Zrób wszystko, co oni robią, aż do momentu, w którym wszczepiają nerkę". Rowiński robi to raz, potem drugi.

- W naturalny sposób zostałem asystentem Nielubowicza podczas operacji Danusi Milewskiej - mówi. - A że prowadziłem ją przed zabiegiem i opiekowałem się nią potem, także Orłowski traktował mnie po partnersku. Pamiętam parę jego telefonów, kiedy coś go zaniepokoiło w jej wynikach badań. "Jest tak i tak, co pan o tym sądzi, kolego?"

*

Kiedy w 1957 roku w klinice przy Nowogrodzkiej pojawił się przedstawiciel Fundacji Rockefellera, Nielubowicz pokazał mu najpierw swoją pracownię w Zakładzie Chirurgii Doświadczalnej. Szefował jej od 1956 roku. Przeprowadzał tam na zwierzętach zabiegi, o których czytał w Głównej Bibliotece Lekarskiej w jedynym przychodzącym do Polski egzemplarzu pisma "The Lancet". Starał się codziennie znaleźć godzinę lub dwie na lekturę tekstów o operacjach, z których żadnej nie mógł przeprowadzić u siebie w szpitalu, bo nie miał odpowiedniej sali ani odpowiednio wyszkolonych pielęgniarek i chirurgów. Nikt w Polsce nie wykonywał takich zabiegów. Gdy Nielubowicz proponował, żeby spróbować, słyszał: "Po co? I tak robimy, co możemy...".

Może jego koledzy nie wierzyli, że to ma sens? Wojna i jedenaście lat demokracji ludowej skutecznie oddzieliły polskich lekarzy od zachodnich klinik, gdzie zabiegi, o których ­Nielubowicz czytał w "The Lancet", były czymś powszechnie przyjętym.

Nielubowicz był przekonany, że doświadczenia laboratoryjne stanowią klucz do sukcesu w medycynie klinicznej, bo dają dostęp do wiedzy o funkcjonowaniu komórek, budowie tkanek, bakteriach, wirusach, działaniu leków. Mimo że klatkę piersiową człowieka otwarto po raz pierwszy w 1904 roku w klinice uniwersyteckiej w Breslau (dokonał tego profesor Jan Antoni Mikulicz-Radecki, chirurg o polsko-niemieckich korzeniach), w Polsce jeszcze w latach trzydziestych, kiedy Nielubowicz był studentem, rzadko wykonywano operacje tego typu. Ponieważ w jamie opłucnej panuje ciśnienie niższe od atmosferycznego, po jej otwarciu powstaje odma, która uciska płuco, wskutek czego pacjent zaczyna się dusić - płuca ulegają zapadnięciu, co nieuchronnie prowadzi do zgonu. Początkowo problem ten rozwiązywano, umieszczając pacjenta i chirurga w specjalnej komorze, w której sztucznie wytwarzano ujemne ciśnienie. Dopiero wprowadzenie intubacji i respiratorów umożliwiło jednak na tyle dogodny dostęp do narządów klatki piersiowej, że wykonalne stały się operacje serca, w tym - wiele lat później - transplantacja tego narządu. Wszystkie te mechanizmy poznano właśnie dzięki doświadczeniom.

W Polsce nowoczesna chirurgia rodziła się w trakcie eksperymentów na psach. Nielubowicz, nazywany w klinice - jak sam przypomni w wywiadzie z 1999 roku - "papistą, klerykałem i kabotynem", bo nie należał do PZPR i nie ukrywał, że jest wierzącym katolikiem, dostaje łatkę "psiego chirurga". "Bolało mnie to" - przyzna po latach. Tym bardziej że został tak nazwany publicznie, przez starszego wiekiem lekarza.

Wysłannik Fundacji Rockefellera był oszołomiony wiedzą i zamierzeniami Nielubowicza, który przecież od 1939 roku nie miał bezpośredniego kontaktu ze światową medycyną. Polak od razu dostał stypendium i 1 stycznia 1958 roku wylądował w Bostonie. W Warszawie zostawił ciężarną żonę. Helena Kistelska była neurologiem. Przez ponad dziesięć lat pracowała w Klinice Neurologicznej w Szpitalu Dzieciątka Jezus, w którym pracował także jej mąż. W 1959 roku została ordynatorem oddziału neurologicznego w szpitalu na warszawskim Grochowie, a czternaście lat później kierownikiem Kliniki Chorób Naczyniowych Układu Nerwowego w Instytucie Psychiatrii i Neurologii. Syna, Wojciecha, Nielubowicz miał zobaczyć dopiero pod koniec roku, w wigilię Bożego Narodzenia.

2 stycznia 1958 roku czterdziestotrzyletni polski chirurg stanął przy stole operacyjnym w Massachusetts General Hospital Uniwersytetu Harvarda w Bostonie i przez czternaście godzin asystował przy operacjach. Prawdopodobnie nie czuł zmęczenia ani głodu.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

W serii ukazały się ostatnio:

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Anjan Sundaran Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod red. Agnieszki Wójcińskiej (wyd. 2 zmienione)

Iza Klementowska Szkielet białego słonia

Lidia Pańków Bloki w słońcu. Mała historia Ursynowa Północnego

Piotr Nesterowicz Każdy został człowiekiem

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 2 zmienione)

W serii ukażą się m.in.:

Linda Polman Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej (wyd. 2)

Scott Carney Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości,

producentów krwi i porywaczy dzieci (wyd. 2)