Serce na walizkach - K.A. Figaro

Reflow text when sidebars are open.
Zaspokojona odłożyłam wibrator na podłogę. Wciągnęłam powietrze i zanurzyłam się po sam czubek głowy. Byłam zmęczona udawaniem, ciągłą troską i staraniem się. Czy tak miało wyglądać moje życie? Nie to sobie obiecywaliśmy. Wynurzyłam się i przemyłam twarz wodą. Oparłam dłonie i głowę o brzegi kwadratowej wanny. Tęskniłam za chemią, spontanicznością i namiętnością, których kiedyś rzeczywiście doświadczałam z Michałem.
Przymknęłam powieki i mignęło mi przed oczami wspomnienie pierwszej wspólnej kąpieli w naszym świeżo kupionym apartamencie. Tamtego wieczoru cała łazienka mieniła się w płomykach zapachowych świeczek, które pobudzały pragnienia, gdy tylko trafiały do nozdrzy. Ich aromat łączył się z zapachem świeżo położonych fug. Podłogę posypaliśmy płatkami róż, a na półce tuż przy wannie, wykonanej z białych kafelków, postawiliśmy kieliszki i szampana. Wspólnie zadbaliśmy o ten klimat. Śmialiśmy się wtedy do rozpuku, bawiąc się w najlepsze. Potem każde z nas zanurzyło się w przyjemnie ciepłej wodzie na dwóch końcach wanny. Między nami przepływała piana. Moje stopy śmiało sunęły po nogach Michała, aż wreszcie natrafiłam na jego przyrodzenie i zaczęłam delikatnie o nie pocierać. Uśmiechnął się, mruknął i przymknął oczy, pozwalając mi na dalsze zaczepki. Nie szczędziłam ich, a on rósł i rósł.
Gdy tylko przestałam masować jego penisa, Michał otworzył oczy i kiwnął na mnie palcem, dając mi znać, żebym się do niego przysunęła. Zrobiłam to, delikatnie go pocałowałam, następnie odkręciłam się i plecami oparłam o jego tors. Wsunął dłoń między moją szyję a ramię i pewnie złapał moją pełną pierś.
- Uwielbiam cię - wyszeptał, przygryzając płatek mojego ucha.
Przez moje ciało przebiegły wtedy przyjemne dreszcze, o których teraz mogę jedynie pomarzyć.
- Kocham cię - odpowiedziałam i poczułam, jak się uśmiecha tuż przy mojej skroni.
- Wiem - mruknął i pocałował mnie w mokre włosy, a potem dodał: - Obiecajmy sobie, że zawsze tacy będziemy.
- To znaczy jacy? - zapytałam, lekko przygryzając jego przedramię.
Pieścił moją pierś i co chwila delikatnie skręcał sutek. Przyspieszał mi oddech, a pożądanie, które czułam, ściskało mnie w dolnych partiach ciała.
- Nienasyceni. Romantyczni. Otwarci. Kochajmy się. Bądźmy tacy jak teraz. Idealni.
Zgodziłam się bez wahania, bo też tego pragnęłam, a potem... potem odkręcił mnie do siebie, a ja usiadłam na jego udach. Objęłam go za szyję i zatopiliśmy się w namiętnym pocałunku, a ogień podniecenia, który zawładnął moim ciałem, znalazł ujście we wspólnym tańcu namiętności z Michałem. W tamtym momencie byłam szczęśliwa. Należałam do niego i czułam się jego. W silnych ramionach męża odnajdowałam bezpieczeństwo, wsparcie i zrozumienie, a teraz karmił mnie jedynie pustką, obojętnością i samotnością.
Klepnęłam dłonią o brzeg wanny i westchnęłam smutno, a później przemyłam twarz chłodną wodą, pozbywając się resztek makijażu, zmieszanych ze słonymi łzami, które pojawiły się pod wpływem wspomnień. Nie potrafiłam pokazać mojemu mężowi, jak bardzo byłam słaba i obolała przez całą tę pustkę i przez mur, który między nami postawił.
Wstałam. Z wieszaka tuż obok wanny zdjęłam puchaty pomarańczowy ręcznik. Wsunęłam na siebie szlafrok w kolorze brudnego różu i związałam go w talii. Przytuliłam się do niego, szukając nie wiadomo czego. Z podłogi podniosłam przyjaciela, umyłam go i włożyłam pod szlafrok, tak żeby Michał nie zauważył, że odreagowywałam. Niepotrzebnie, bo mojego męża wciąż nie było w sypialni. Ugryzłam się w wewnętrzną część policzka, kolejny raz tłumiąc poczucie osamotnienia.
Może powinnam zrobić mu awanturę. Zacząć wrzeszczeć, że jest skończonym chamem i że nie może mnie tak traktować. Ale nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam dowód dzisiejszej zbrodni i z czeluści szafki wyjęłam koronkową czarną koszulę nocną. Wsunęłam ją na siebie i położyłam się na olbrzymim łóżku. Znów poczułam się bardzo, ale to bardzo samotna. Skrzyżowałam ręce na piersiach i objęłam się nimi. Nie płakałam. Przyjęłam pozycję embrionalną i nakryłam się chłodną kołdrą, próbując chociaż przez chwilę poczuć się lepiej.
Podobno to normalne, że mężczyźni zapominają o ważnych datach, o urodzinach, imieninach czy rocznicy ślubu. Dlaczego narzekałam i wszystko analizowałam? To proste. Było mi najzwyczajniej w świecie przykro, że znów okazałam się dla niego mało ważna. Michał, którego pamiętałam, był czuły, delikatny, rozmowny i zawsze o mnie dbał. Pamiętał o moich urodzinach, imieninach i innych okazjach. Na naszą pierwszą rocznicę zabrał mnie na spacer nad Wisłę. Zachód słońca był piękny, mienił się kolorami: pomarańczowym, żółtym i czerwonym. Trzymaliśmy się za ręce, zakochani i pewni, że nasza miłość przezwycięży wszystkie kłopoty. Potem objął mnie mocno w talii i przyciągnął do siebie. Głowę oparłam o jego klatkę piersiową. Zabrał mnie na romantyczną kolację, a na koniec kupił mi olbrzymi bukiet czerwonych róż. Nocą kochaliśmy się. A dzisiaj każde z nas spędzało ten czas osobno. Prawda jest taka, że o związek trzeba dbać. Nieważne, jak długo jest się z daną osobą, czy miesiąc, czy pół roku, czy dziesięć lat, czy może osiemnaście. Związek traci swoją moc, gdy rozmowa schodzi na drugi plan, gdy obecność zastępuje się pracą lub telefonem albo gdy partner masturbuje się w łazience, kiedy druga osoba jest za ścianą. Udany związek polega na drobnych, czułych i praktycznych gestach, na rozmowach o pierdołach i ważnych sprawach, na pożądaniu i namiętności, wzajemnym zaufaniu i wsparciu. Miłość jest wtedy, gdy dwie osoby dobrze się ze sobą czują i angażują się w tę relację, a nie robią wszystko po łebkach, bo tak wypada czy należy. Zacisnęłam mocno szczękę, wtulając głowę w poduszkę.
Starłam samotną łzę, próbując nie rozpłakać się na dobre. Należałam do silnych kobiet, mocno stąpających po ziemi. Jednak teraz było to bez znaczenia, w środku toczyłam wewnętrzną walkę. I nie wiedziałam, czy mam jeszcze ochotę tkwić w tym małżeństwie.
* * *
Plaża. Mnóstwo słońca. Żar z nieba. Rozglądam się wokół. Nie znam tego miejsca. Gdzie jestem?
- Już niedługo... - usłyszałam nieznajomy baryton.
Odwróciłam się, ale nikogo nie zobaczyłam. Przełknęłam ślinę.
- Nie bój się - szeptał.
- Kim jesteś? - zapytałam niemal drżącym głosem, zupełnie innym niż ten, którego używam na co dzień.
- Nieważne. Odpoczywaj.
Ciarki przeszły po moim ciele i wtedy się przebudziłam. Michał właśnie położył się obok, nawet mnie nie dotykając. Gula w gardle urosła, a łza nie wiadomo kiedy spłynęła po policzku. Odpłynęłam, próbując zignorować pustkę.
* * *
Wstałam o szóstej rano. Michał spał. Szybko doprowadziłam się do porządku w toalecie, a następnie przeszłam do garderoby, gdzie odnalazłam czarne legginsy i podkoszulek, trochę przylegający do ciała. Musiałam pobiegać. Wyrzucić myśli, które całkowicie mnie rozstroiły. Włożyłam adidasy, a na nadgarstku zapięłam Suunto 7 i wyszłam z apartamentu, zabierając ze sobą jedynie zimną półlitrową wodę niegazowaną.
Zjechałam windą na parter i ruszyłam truchtem przed siebie. Słońce już wschodziło, ale przez budynki nie mogłam go dostrzec. Mijałam drzewa, uliczki, nieznajomych, sklepy i z każdą chwilą czułam się coraz bardziej pusta. Kompletnie nie pasowałam do swojego obecnego życia, chociaż tak bardzo chciałam się przystosować.
Otarłam nadgarstkiem spocone czoło, całkiem zapominając o złości. Schowałam ją głęboko. Próbowałam uciec przed złymi myślami, a one jak na złość wkradały się do mojej głowy i nie dawały mi spokoju.
Dwa poronienia. Pierwsze jakoś przeżyłam. To było zaraz po ślubie. Po drugim czułam się znacznie gorzej. Dopadło mnie załamanie nerwowe. Udawanie przed wszystkimi, że jest idealnie, aby nikt się nie dowiedział, przez co przechodzimy, też się do tego przyczyniło. Michał chciał, żebyśmy sami sobie poradzili z naszym problemem. Oszukiwałam siebie i jego, że jestem szczęśliwa i że staranie się o dziecko mnie nie wykańcza. Gówno prawda! Pragnęłam dać mu dziecko. Tylko jego brakowało nam do szczęścia. A także rozmów i bliskości... Ostatnio wszystkiego nam brakowało! Przed drugim poronieniem oboje chcieliśmy dziecka, więc zaczęliśmy się o nie starać zgodnie z kalendarzykiem. Seks stał się od tamtej pory nudny, nijaki i bezbarwny. Niestety służył do osiągnięcia celu, a nie przyjemności. Jedenaście miesięcy temu miałam łyżeczkowanie.
Wtedy lekarz oznajmił:
- Muszą państwo się wstrzymać przynajmniej pół roku przed ponownym zapłodnieniem. Seks mogą państwo uprawiać już po miesiącu.
Michał wziął sobie jego słowa do serca.
Dotykał mnie tylko na rodzinnych imprezach, podczas kolacji w lokalu, jazdy samochodem, spacerów, tak aby inni ludzie widzieli, jak cudownym jest mężem. Ograniczył kontakt fizyczny do minimum, a ja tak cholernie go potrzebowałam. Od pięciu miesięcy mogliśmy znowu próbować, ale nasz seks już nie był namiętny, raczej drętwy, nijaki i chyba nawet mogę stwierdzić, że beznadziejny. A może zawsze taki był, tylko nie chciałam tego wcześniej widzieć? Udawałam orgazmy, żeby nie robić przykrości Michałowi, ale tak naprawdę potrzebowałam porządnego pieprzenia. Natomiast dla niego seks chyba stał się torturą, bo gdy tylko zaczynaliśmy, od razu kończył, a potem znikał w swoim gabinecie, zostawiając mnie samą z koszmarnymi myślami. Czułam się wybrakowana, niekompletna, niechciana i... no właśnie, beznadziejna. Po prostu niczyja.
Zalała mnie gorycz, ale szybko ją zignorowałam, sięgając po smartwatch i spoglądając na niego. Dochodziła siódma trzydzieści. Dzisiaj miałam zaplanowane dwa spotkania z klientami. Postanowiłam zaraz po nich wrócić do tej naszej złotej klatki, którą sobie stworzyliśmy i w której nie było czułych gestów, miłych słów ani tym bardziej rozmów. Każde z nas podążało własną ścieżką, nie mogliśmy się spotkać. Przed pracą zaplanowałam jeszcze, że pójdę na chwilę pobiegać. Przygryzłam wargę, kiedy spojrzałam na olbrzymi budynek, w którym mieszkałam, i nagle zapragnęłam znaleźć się w naszej małej kawalerce, w której byłam szczęśliwa. Tam było wystarczająco dobrze.
Serce waliło mi jak szalone, wszystkie mięśnie miałam rozgrzane, a przy każdym ruchu czułam upragniony ból.
Weszłam do mieszkania i zobaczyłam Michała ubranego w spodnie od garnituru Jeremy Sc i koszulę z długim rękawem kupioną w Zarze. Mankiety podwinął do łokci. Biznesmen pełną gębą. Po ślubie zaczął pracować w rodzinnej firmie. Początkowo był zwykłym pracownikiem logistyki, a potem w ciągu czterech miesięcy stał się współwłaścicielem firmy transportowej i właśnie wtedy nasze relacje jeszcze bardziej się skomplikowały. Coraz częściej go nie było. Przestał być słowny, przynajmniej w stosunku do mnie. Uważał, że nie muszę pracować, bo on zarabia wystarczająco dużo, i możliwe, że miał rację, ale ja potrzebowałam przestrzeni dla siebie. Nie wyobrażałam sobie siedzenia w domu całymi dniami i wpatrywania się w telewizor, oglądania seriali czy programów o słoikach. Bagatelizował moją pracę, śmiejąc się, że zarabiam tylko na waciki, ale mnie te waciki uszczęśliwiały. Przymykałam na to oko, pamiętając, że kiedyś był zupełnie inny. Czy to możliwe, by ktoś z cudownego człowieka zmienił się nagle w kompletnego chama?
- Zaparzyłem dla ciebie czystek - powiedział na powitanie.
- Dzięki - bąknęłam, zdejmując buty i udając się w stronę salonu.
Zmierzałam do łazienki przy pokoju, ale kiedy mijałam Michała, ten spojrzał na mnie, a następnie lekko chwycił za łokieć, zmuszając mnie do tego, bym przystanęła i spojrzała w jego smutne, przemęczone oczy. Pachniał Cuir Améthyste. Machinalnie zaciągnęłam się tym zapachem, ale on chyba tego nie zauważył. Pocałował mnie w skroń, po czym odsunął się, pozostawiając między nami niewielką przestrzeń.
- Dałaś sobie porządnie w kość - wyszeptał.
- Musiałam - odparłam, gryząc się w język.
- Musiałaś? Chcesz o tym pogadać? - zapytał sucho, całkowicie odgradzając się ode mnie, jakby założył niewidzialną tarczę, a jego oczy stały się zimne.
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
Kiwnął głową.
- Dobrze. Przede wszystkim jest mi strasznie przykro, że mnie nie dotykasz i nie rozmawiasz ze mną. Ignorujesz moje starania. Ignorujesz mnie. Tak jak teraz! - syknęłam, kiedy odwrócił się do mnie plecami. - Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię - warknęłam. - Nie masz dla mnie czasu. Za grosz szacunku. Dlaczego poszłam pobiegać? Żeby nie myśleć, że mam pieprzone boczki.
Złapałam się za biodra, kąśliwie wypominając mu jego wczorajsze słowa, których zapewne wcale nie pamiętał.
- O co ci chodzi? - syknął.
Postawił biały kubek na stole, na którym nadal stało wczorajsze jedzenie, które zaczęło już cuchnąć. Nie uraczył mnie nawet jednym spojrzeniem. Poczułam się jak gówno.
- Nie pamiętasz? Serio?
Potrząsnął głową, ciągle unikając mojego wzroku.
- Wczoraj musiałeś mnie skrytykować zaraz po przyjściu do domu, prawda? - pisnęłam. - Nie mogłeś być miły?
- Gośka, ja nie pamiętam, co mówiłem wczoraj.
- No tak! - prychnęłam. - Słaba obrona. Ty nigdy nic nie pamiętasz. Nigdy nic nie wiesz. I nigdy nic cię nie interesuje! - warknęłam wściekła. - Tylko ta twoja praca się liczy! Nic poza tym!
Michał obszedł stół i chwycił marynarkę, która była mu zbędna.
- No i piękny poranek stał się gehenną - skwitował, ruszając do wyjścia. - Czy ty zawsze wszystko musisz zepsuć? Musisz się do wszystkiego przypieprzać? Ulżyło ci?!
Nie wytrzymałam i podbiegłam do niego, łapiąc go za łokieć.
- A wiesz, co jest najgorsze?!
Wzruszył ramionami.
- No jasne, że nie wiesz. Powiem ci! Rok temu o tej porze leżeliśmy w San Marino na plaży i grzaliśmy tyłki.
Odwrócił się i naprężył mięśnie, jakby właśnie do niego dotarło to, co powinno było dotrzeć już wczoraj. W ułamku sekundy zdałam sobie sprawę, że to ja zawsze dbałam o to, żebyśmy wspólnie spędzali rocznicę naszego ślubu, a on po prostu dostosowywał się do moich planów. Nie przeszkadzało mi to, aż do teraz.
- Wczoraj tak się cholernie napracowałam, żeby przygotować dla nas romantyczną kolację. Zrobiłam szparagi, których nie znoszę, ale ty je uwielbiasz. Ostrygi, które teraz cuchną niemiłosiernie, bo nawet trudno ci było je schować do lodówki! Oskarżysz mnie zaraz, bo ci nie powiedziałam? Ach, a czy nie mogłeś pomyśleć?! Poza tym obżerałeś się pieprzonym chińczykiem, oglądając TVN Turbo, kiedy ja cię potrzebowałam! - wykrzyczałam mu. - Michał, co się z nami stało? Z tobą i ze mną? Co, do jasnej cholery?! - zapytałam, powstrzymując łzy.
- Nie wiem - odparł, ruszając do wyjścia.
Wsunął pantofle i nie odwracając się, wyszedł z domu, zatrzaskując za sobą drzwi.
To mnie już całkiem załamało. Ze złości całe jedzenie wyrzuciłam do kosza. Pobiegłam do łazienki, żeby wskoczyć pod prysznic. Pomogło. Lodowata woda sprawiała mi przyjemność. Spłukałam smutek i złość. Żałowałam, że powiedziałam Michałowi te wszystkie niemiłe, ale prawdziwe słowa. Pomyślałam nawet, że powinnam się spakować i wyprowadzić, skoro zupełnie przestaliśmy się rozumieć. Po co to ciągnąć, po co okłamywać siebie i cały pieprzony świat? Po co? Dla kogo? Nic, do jasnej cholery, nie było doskonałe! Nic. Ale wiedziałam, że on nie da mi tak łatwo upragnionej wolności... Nasze życie musiało być idealne dla wszystkich oprócz nas samych. Trułam się, pogrążając się coraz bardziej w tym piekle, które sami sobie zgotowaliśmy.
Dwunasta trzydzieści. "Dobra moja" - pomyślałam, uśmiechając się pod nosem, kiedy wychodziłam z samochodu i dźwigałam przeogromne zakupy spożywcze, które zrobiłam na szóstą rocznicę ślubu, wypadającą właśnie dzisiaj. Wsiadłam do windy i wjechałam na drugie piętro. Weszłam do naszego stuczterdziestometrowego apartamentu, z trzaskiem zamykając za sobą drzwi przy użyciu jednej nogi.
Gdyby zobaczył to mój mąż, zapewne nie omieszkałby tego skomentować. Powiedziałby, że zbyt łatwo mi wszystko w życiu przychodzi i dlatego jestem niewdzięczna, a powinnam szanować to, co daje mi los. Ależ ja szanowałam, tyle że czasem musiałam sobie jakoś poradzić inaczej niż dłońmi.
Sapnęłam. Postawiłam zakupy w jasnym, przestronnym przedpokoju, a klucze powiesiłam w skrzynce, którą cztery lata temu, kiedy się tu wprowadziliśmy, zamontował nam na zlecenie mojego męża fachowiec. Michał miał hopla na punkcie detali, które dla mnie mogłyby nie istnieć. Wszystko musiało być "perfecto". Wszystko. Kiedyś to właśnie w nim kochałam. Bardzo mocno i bezapelacyjnie. A teraz? Potrząsnęłam głową, próbując pozbyć się głupich i natrętnych myśli, które ostatnio nachodziły mnie zupełnie bez powodu.
W przedpokoju ściągnęłam sandały w kolorze cappuccino, zapinane na cieniutki paseczek nad kostką. Okulary przeciwsłoneczne oraz torbę od Gucci, którą kupiłam, aby zrobić mężowi na złość, położyłam na niewielkiej białej komodzie. Najgorsze było to, że im bardziej chciałam go wkurzyć, tym mniej mi się udawało, bo on po prostu nie zwracał na to uwagi, podobnie jak na mnie. Byłam rozgoryczona. Która kobieta chce być ignorowana przez swojego męża? Żadna.
Przejrzałam się szybko w lustrze i poprawiłam moje blond włosy, które musiały wyjść spod koka, gdy byłam w sklepie. Szczupłe kości policzkowe uwydatniał róż. Chwyciłam torby z zakupami i weszłam do dużego salonu urządzonego w różnych odcieniach szarości. Jedynie dodatki, takie jak poduszki na narożniku czy obrus na stoliku kawowym, były w kolorze pomarańczowym, ożywiając nieco wnętrze. Salon był połączony z kuchnią, do której ruszyłam, aby zacząć przygotowywać romantyczną kolację dla nas dwojga.
Szafki kuchenne ustawione w literę U były jasne i matowe. Idealnie pasował do nich blat z marmuru, na którym położyłam dwie ciężkie siatki. Podeszłam do zlewu. Machnęłam ręką pod kranem, aby puścić wodę. Umyłam spocone dłonie, a jedną z nich dotknęłam czoła. Z lodówki wyciągnęłam zimną niegazowaną butelkę wody mineralnej i dotknęłam nią skroni, a potem nagrzanego karku, żeby chociaż przez chwilę poczuć ulgę. Usłyszałam, że w salonie włączyła się klimatyzacja. Michał dbał o wszystko. Nawet o temperaturę w mieszkaniu, gdy każde z nas było w pracy.
Wyjrzałam przez okno i uśmiechnęłam się. To była piękna końcówka upalnego czerwca. Słońce niemiłosiernie grzało, jakby był środek lata. Krakowskie ulice tonęły w jego promieniach, ale ja czułam dziwną pustkę, którą próbowałam ignorować. Jeszcze cztery lata temu zajmowaliśmy małą kawalerkę na obrzeżach Krakowa, a dzisiaj mieszkaliśmy na strzeżonym osiedlu przy ulicy Grzegórzki, jak bogacze. To wszystko przez naszą chęć posiadania czegoś więcej, ale przede wszystkim dzięki rodzicom Michała oraz jego awansowi w rodzinnej firmie. Od czasu studiów Michał zapewniał mnie, że osiągniemy wysoki status społeczny, że nie będziemy żyli skromnie i nigdy nic tego nie zmieni... Co zostało z jego obietnic? Hmm. Zacisnęłam zęby i znów otarłam dłonią czoło. Kiedy zdecydowaliśmy się na zakup tego apartamentu, wyobrażałam sobie, że w ciepłe wieczory będziemy siedzieć na ogromnym tarasie, który na życzenie mojego męża urządziła projektantka wnętrz, a nie żona. I tak było. Przez pierwsze trzy miesiące. Potem małżonek awansował u ojca w firmie i moje myśli o wspólnie spędzonych chwilach stały się nierealne... Nagle ogarnął mnie dziwny smutek. Omiotłam wzrokiem nasze olbrzymie mieszkanie i postanowiłam nie marnować czasu na rozmyślania, tylko wziąć się ostro do pracy. Chciałam zdążyć przed osiemnastą, bo przeważnie o tej porze Michał wracał do domu, jeśli nie zostawał po godzinach.
Zaczęłam od przystawek. Pierwszą z nich miały być ostrygi na surowo. Wzięłam odpowiedni nóż i zaczęłam je otwierać. Odlałam wodę znajdującą się w środku, a następnie położyłam ostrygi na talerzu i przystroiłam ćwiartkami cytryny. Schowałam je do lodówki. Drugą przekąską, którą chciałam zaserwować mężowi, były mule po marynarsku. Włożyłam małże do wody, porządnie umyłam i obskrobałam. Obrałam cebulę i pokroiłam czosnek. Wystarczyło tylko podsmażyć, potem dodać białego wina i poczekać, aż zacznie się gotować, a następnie wrzucić mule i przykryć garnek. Na szczęście robiło się je błyskawicznie.
Daniem głównym miała być pieczona ośmiornica z purée z pasternaku ze szparagami. Do garnka dałam trzy łyżki oliwy i dwa ząbki czosnku, potem dołożyłam ośmiornicę, która miała się gotować na wolnym ogniu około półtorej godziny.
Postanowiłam wykorzystać ten czas i w przestronnej garderobie odnalazłam piękny obrus, który dostaliśmy w dniu ślubu. "Idealny" - pomyślałam. Ustawiłam deskę do prasowania i włączyłam żelazko. Po chwili wyprasowane nakrycie położyłam na sporym okrągłym stole, który można było rozkładać. Postawiłam kilka małych świeczek na talerzyku, a tuż obok nich cienki wazon, do którego włożyłam jedną czerwoną różę. Rozstawiłam naczynia i sztućce, których używaliśmy od święta. Całość wyglądała doskonale. Uśmiechnęłam się do siebie. Poczułam skurcze w dole brzucha, a ostatnio zdarzało się to bardzo rzadko. Potrzebowałam przekonać się, że nadal jestem dla niego ważna, i nie ignorować już dłużej swoich pragnień ani nie zaspokajać swoich potrzeb samodzielnie.
Ośmiornica jeszcze się gotowała, dlatego poszłam do łazienki, żeby się wydepilować. Najwięcej uwagi poświęciłam mojej małej. Wygoliłam ją dokładnie, pozostawiając na górze tylko cienki pasek z czarnych kręconych włosków. Przy Michale rzadko czułam się ładna, a bardzo chciałam się taka czuć. Starałam się być zadbana, ale jemu zawsze czegoś brakowało i wszystko wkoło było ważniejsze niż ja.
Wysmarowałam ciało balsamem, wysuszyłam włosy, które związałam w luźny kok. Zamierzałam je rozpuścić tuż przed przyjściem Michała. Dzięki temu włosy lekko falowały. Zrobiłam delikatny makijaż i przeszłam do garderoby, gdzie na wieszaku czekała na mnie jedwabna czerwona suknia, która sięgała do kolan. Według mnie idealnie nadawała się na obchody szóstej rocznicy ślubu.
Na jednej ze ścian wisiało lustro od podłogi do sufitu. Zażyczyłam je sobie na samym początku. Stanęłam przed nim naga. Patrzyłam na trzydziestodwuletnią kobietę o zaokrąglonej sylwetce. Na oliwkową cerę i oczy, których kolor zmieniał się w zależności od nastroju. Niekiedy były szare, innym razem niebieskie, a najczęściej zielone. Patrzyłam na mały prosty nos i idealnie skrojone usta. Kiedyś dziadek powiedział mi, że będą moim atutem, gdy dorosnę. Miał rację. Lubiłam je najbardziej. Zjechałam wzrokiem niżej, napotykając obojczyki, a jeszcze niżej duże piersi z niewielkimi brodawkami. Delikatnie musnęłam palcami sutki. Zareagowały i stanęły na baczność, jakby spragnione czułości i dotyku. Niżej trochę wystający brzuch i niewielkie boczki, których nie lubiłam. Michał uwielbiał mi wytykać, że nie zawsze je miałam, że kiedyś byłam szczuplejsza. Próbowałam je zaakceptować, ale gdy mi się już to udawało, on ostro komentował moją figurę. Biodra miałam dość szerokie. Odwróciłam się bokiem, żeby spojrzeć na swoją pupę. Była wypukła, ale sprężysta. Klepnęłam się w nią lekko, zadowolona, że systematyczne ćwiczenia z trenerem personalnym przyniosły zamierzony efekt, choć przez ostatnie dwa miesiące miałam z nim kontakt jedynie przez Messengera. Złamał nogę i czekała go długa rehabilitacja. A ja bardzo przywiązuję się do ludzi, dlatego nie potrafiłam zdecydować się na kogoś innego.
Odkąd pamiętam, musiałam dużo ćwiczyć i zdrowo się odżywiać, bo gdy tylko trochę poluzowałam, natychmiast przybywało mi zbędnych kilogramów. Nogi miałam długie, jędrne i zgrabne, a tuż nad kostką prawej stopy zrobiłam sobie niewielki tatuaż. Można było dostrzec ptaka, który wyfruwał z klatki. Kosmyk włosów wysunął się z luźno związanego koka. Rozpuściłam je, a wtedy lekko opadły na ramiona. Byłam naprawdę ładna, ale jednocześnie czegoś mi jakby brakowało. Czegoś, za czym goniliśmy nieustannie od dwóch lat, nie mogąc tego złapać. Westchnęłam lekko i odwróciłam się od lustra, na nowo związując włosy.
W szufladzie leżały ładnie poukładane komplety z bielizną. Było ich ze trzydzieści. Postawiłam na tę od Tiffany'ego. Czerwone koronkowe stringi i taki sam stanik. Delikatna bielizna gdzieniegdzie zakryła moje ciało, a mimo to sutki ciągle sterczały złaknione dotyku. Tak bardzo pragnęłam czuć się kochana i ważna. Tak bardzo chciałam, żeby zauważył, że istnieję, a nie tylko pamiętał, jak mam na imię. Westchnęłam smutno.
W kuchni rozbrzmiały dźwięki zegara. Wyglądało na to, że ośmiornica już się ugotowała. W samej bieliźnie udałam się to sprawdzić.
Przez najbliższą godzinę zajmowałam się daniem głównym. W końcu wstawiłam je wreszcie do piekarnika. Wystarczyło tylko wszystko zagrzać. Szparagi także czekały w gotowości. Zrobiłam jeszcze pesto.
W torbie odnalazłam iPhone'a i wybrałam numer Michała, zbliżając się do tarasu. Oparłam czoło o futrynę i zaczęłam przyglądać się przechodzącym ulicą ludziom, którzy poruszali się jak cyborgi. W sumie byłam jednym z nich. Wiecznie goniłam za nieuchwytnym, czyli za szczęściem, miłością, zainteresowaniem, pieniędzmi, a nawet seksem, który uwielbiałam, ale mój mąż chyba niekoniecznie.
- Cześć - usłyszałam basowy głos po drugiej stronie.
- Hej - mruknęłam uwodzicielsko. - W domu będziesz o normalnej porze? - zapytałam z nadzieją.
- Tak. Zamierzam wyjść z pracy za pół godziny. A dlaczego pytasz?
- Pamiętasz, jaki dziś dzień? - spytałam z nutką niepewności w głosie.
- Oczywiście. Jak mógłbym zapomnieć?
Uśmiechnęłam się, ciesząc się, że i dla niego nasza szósta rocznica była ważna.
- Cudownie! - odparłam entuzjastycznie.
- To co, do zobaczenia w domu o osiemnastej?
- Będę czekać - zapewniłam i usłyszałam piknięcie w telefonie.
Rozłączył się bez pożegnania. Ugryzłam się w wewnętrzną stronę policzka, starając się opanować dziwne zdenerwowanie i niepokój, który wkradł się nagle do mojego wnętrza. Nie lubiłam, kiedy tak robił, a zdarzało się to coraz częściej.
Przygotowałam ośmiorniczkę i dokończyłam mule po marynarsku, a potem poszłam do garderoby, żeby włożyć suknię, która mimo moich boczków leżała naprawdę bardzo dobrze, pewnie dlatego, że była luźna. Szybko poprawiłam makijaż i spryskałam się perfumami od Armaniego. Na usta nałożyłam delikatną pomadkę i rozpuściłam włosy, które opadły na ramiona. Wyglądałam doskonale.
Osiemnasta. Na stole czekały dania. Włączyłam nastrojową muzykę, która jednocześnie koiła moje nerwy. Usiadłam przy stole i czekałam, co chwila spoglądając na zegarek.
Osiemnasta trzydzieści. Nadal go nie było. Chwyciłam telefon, gotowa zrobić żałosną scenę, ale odłożyłam go równie szybko, jak złapałam. Nie miałam kilkunastu lat, żeby robić cyrk o głupie trzydzieści minut.
"Gośka, nie wyolbrzymiaj - mówiłam do siebie. - Na pewno są korki. To godziny szczytu. Większość osób wraca teraz do domu".
Dziewiętnasta trzydzieści. A jego nie było. Poczułam pieczenie pod powiekami.
"Zignoruj! - krzyczałam w środku. - Na pewno skręcił po jakiś prezent dla ciebie". Łudziłam się i jednocześnie starałam się wytłumaczyć jego nieobecność.
Podeszłam do lodówki i wyciągnęłam wino Castellblanch Cristal Cava, które dziś kupiłam z myślą o naszej romantycznej kolacji. Otworzyłam je i nalałam do kieliszka jasnożółtawą ciecz, która wypełniła naczynie. Starłam błyszczyk. "Po cholerę tak się stroiłam? Po co?". Opierając się biodrem o marmurowy blat, zmoczyłam usta. Gdy wyglądałam przez okno, zastanawiałam się, gdzie jest człowiek, który kiedyś potrafił dotrzymywać obietnic? Westchnęłam, wycierając palcem wskazującym łzę, która spłynęła mi po policzku.
"Świnia" - cisnęło mi się na usta.
Nalałam drugą lampkę i usiadłam przy pięknie nakrytym stole. Tyle nadziei. Przymknęłam powieki, próbując przywołać przyjemne wspomnienia, ale jak na złość nie chciały się pokazać. Czułam poniżenie, bezsens, smutek i zażenowanie. Tak się starałam przez cały cholerny dzień! Zagryzłam usta. Nie dam sobie jeszcze bardziej zepsuć nastroju. Nie pozwolę na to. Już to zrobił w siedemdziesięciu procentach.
Dwudziesta pierwsza. Nadal go nie było. Wypiłam niemal całą butelkę wina. Należało mi się. Nie zadzwoniłam do niego. Po co? Nie chciałam słuchać jego tłumaczeń, które znałam na pamięć. Kochał swoją pracę. Ja swoją też, ale z umiarem. On poświęcał się dla niej całym sobą. Zabierała mi go. Pochłaniała, a ja coraz rzadziej potrafiłam do niego dotrzeć. Zawsze wtedy starałam się sobie wmawiać: "Pamiętaj, że w pełni go akceptujesz i kochasz, ale masz prawo być wściekła, zła i rozżalona".
Lekko pijana wstałam od stołu i ruszyłam do łazienki, żeby pozbyć się makijażu. W połowie drogi usłyszałam zgrzytanie klucza w zamku. Stanęłam.
- Jestem! - krzyknął, zatrzaskując za sobą drzwi.
Zdjął buty i ruszył w kierunku salonu. Podszedł do mnie i musnął delikatnie ustami moją skroń. Mój mąż był wysokim mężczyzną z szerokimi ramionami i nieziemsko niebieskimi oczami, o słomkowych włosach. Zawsze podziwiałam jego rzęsy, które były dużo dłuższe niż moje. Twarz miał kwadratową. Kiedyś malowały się na niej ciepło i zrozumienie, teraz patrzył na mnie tak, jakbym nie istniała lub była jedną z jego podwładnych. Westchnęłam, kiedy lekko przesunął dłonią po moich plecach. Lubiłam jego zapach. Z jednej strony chciałam się w niego wtulić, a z drugiej... To było tak cholernie bezsensowne!
- Cześć - burknęłam od niechcenia, kiedy zdjął ze mnie swoją masywną dłoń.
- Przepraszam, że nie przyszedłem na czas. Wiesz, jak jest. Gdy wychodziłem, ojciec mnie zawołał i się zagadaliśmy. Przepraszam. Czekałaś na mnie? Mam nadzieję, że nie.
"Dupek" - pomyślałam.
- Wstąpiłem po chińszczyznę. Patrz. Powąchaj. Jest cieplutka. - Pomachał mi przed nosem papierową torebką. - Wziąłem ci w pięciu smakach. Tak jak lubisz. Chociaż i tak jesz zawsze jak wróbelek.
On naprawdę miał problemy z pamięcią. Przecież zawsze, gdy siadałam do chińszczyzny albo jakiegoś innego dania typu fast food, komentował natychmiast, że lepiej by było, gdybym tego nie jadła, bo powinnam dbać o linię, więc tak naprawdę od dawna nie zjadłam żadnego fast foodu w takiej ilości, w jakiej pragnęłam. Musiałam się kontrolować, bo inaczej spotykała mnie kara w postaci krytyki bądź obrzydliwego spojrzenia.
- Dziś wtorek - stwierdził. - Tak jak ci mówiłem, pamiętałem. - Uśmiechnął się od ucha do ucha. Zapomniał o rocznicy, a ja myślałam, że mówimy o tym samym. Zagryzłam wargę. - Dlaczego jesteś taka wystrojona? Nawet nieźle wyglądasz. Mogłabyś tylko zgubić te boczki i związać włosy, bo w tych rozpuszczonych wyglądasz jak roztrzepana, a przecież wiesz, że lubię, kiedy wyglądasz perfecto - mówił jak nakręcony, nie zważając na to, że mnie rani.
Moja furia rosła. Siatkę z jedzeniem położył na czystym, idealnie wyprasowanym obrusie, tuż obok naczyń, które naszykowałam na nasze święto.
- Pomyśl - syknęłam kąśliwie.
- Daj spokój. Rozbierz się i siadajmy do jedzenia. Umieram z głodu. Zjesz ze mną? Miałaś gości?
"W końcu zauważył" - pomyślałam, przygryzając wargę.
- Dziękuję. Nie zjem. Nie jestem głodna. Gości nie było.
Podszedł do stołu i chwycił ostrygę, którą pokropił cytryną i przechylił.
Cała zawartość, którą wypiłam, podeszła mi do gardła. Ze złości!
- Mmm, ale pachnie! Czuję ośmiornicę, ale nie chce mi się czekać, aż ją odgrzejesz.
Zaczął wyjmować lekko pobrudzone, plastikowe opakowania, które położył na obrusie. Wciągnęłam powietrze, przymknęłam oczy i ruszyłam w kierunku garderoby, próbując zostawić za sobą wcześniejszy obraz. "Co za cham" - przeszło mi przez myśl. Zsunęłam piękną czerwoną suknię. Spojrzałam na siebie w lustrze i prychnęłam. Pieniądze szczęścia nie dają. Owszem, ułatwiły mi życie, ale odebrały to, co było dla mnie najważniejsze przez ostatnie dwanaście lat. Obecność i bliskość Michała. Westchnęłam cicho, zirytowana opuszczając garderobę. Moja ochota na erotyczne uniesienia z mężem całkowicie wyparowała, ale miałam cholerną potrzebę rozładowania negatywnych emocji, dlatego ruszyłam w stronę naszej sypialni, która mieściła się tuż obok salonu. Przeszłam korytarzem w samej bieliźnie przed nosem Michała, ale on nawet nie zwrócił na mnie uwagi.
Ubranie, w którym chodził cały dzień, powiesił na krześle, a sam usiadł w slipach i skarpetach na skórzanym narożniku, przed którym wisiał telewizor, oddalony o trzy metry od sofy. Jadł chińczyka. Michał był w swoim żywiole. On. Telewizor. Żarcie. Tego mu było trzeba. Nie mnie. Nie moich dłoni i mojej bliskości. Byłam niczyja, chociaż udawałam, że tego nie widzę, a ból, który się we mnie gromadził, skutecznie spychałam coraz głębiej, pomału tracąc świadomość, kim tak naprawdę jestem. Mocno się pogubiłam.
W sypialni klaśnięciem dłoni zapaliłam światło. Bajer, na który dałam się namówić Michałowi. Wtedy uważałam to za śmieszne, dzisiaj byłam innego zdania. To było wygodne. Minęłam nasze wielkie łoże i podeszłam do komody. Wyciągnęłam z drugiej szuflady wodoodpornego przyjaciela, z którym postanowiłam miło spędzić czas w zaciszu łazienki przylegającej do sypialni. Nie zamierzałam sobie zepsuć i tak już kiepskiego nastroju. Przez cały dzień marzyłam o kochaniu się z Michałem, o tym, że poczuję jego ciężar na sobie, że wejdzie we mnie i z czułością pocałuje, że będę jego. Szczególnie dzisiaj. Zrobiłam uroczystą kolację, żeby znów zaiskrzyło między nami. A on co? Przyniósł cholerną chińszczyznę! Jak to się stało, że staliśmy się dla siebie obcymi ludźmi, choć mieszkaliśmy pod jednym dachem i, co najlepsze, według wszystkich wokół tworzyliśmy idealną parę? Każdy tak mówił i ja też w to wierzyłam. Ale teraz, w obliczu cholernej prawdy, czułam, że jesteśmy kompletnie różni. Mimo to sądziłam, że chciałam tego idealnego świata, w który dałam się wrzucić.
Zdeterminowana ruszyłam do łazienki. Nalałam ciepłej wody do wanny. Dodałam płynu do kąpieli, żeby zanurzyć się w pianie po samą szyję. Zsunęłam z siebie bieliznę, chwyciłam przyjaciela i weszłam do wody. Od razu przeszłam do rzeczy. Skierowałam czubek gumowego wibratora w stronę swojej waginy. Przejechałam nim między wargami sromowymi. Włączyłam wibrację. Drugą dłonią zaczęłam ugniatać piersi. Skręcałam palcami sutki, łaknąc odrobiny przyjemności. Zanurzyłam w sobie wibrator, czując lekkie tarcie, ale to było chwilowe wrażenie. Pragnęłam. Byłam mokra. Podkręciłam wibrację. Dłonią, którą przed chwilą zajmowałam się piersiami, zjechałam w dół, wprost do wydepilowanego paska, który zrobiłam specjalnie dla męża. Wibrator pulsował we mnie, a moje palce sprawnie pieściły okrężnymi ruchami płatki. Przyspieszały i zwalniały. Nadawałam swój rytm, pewna, że dam upust cholernym pragnieniom. Chciałam zassać grubego i sztywnego członka. Przez moje ciało przechodziły fale podniecenia.
Wyobraziłam sobie, o dziwo, nieznanego mężczyznę, który zanurza się między moje uda i sunie językiem po mojej spragnionej kobiecości. Wsuwał i wysuwał swój ciepły język, mrucząc z satysfakcją. Widziałam i czułam długie palce, które zanurzały się we mnie. O tak. Tak mi dobrze. Wibrator i palce. Ciepło. Ślisko. I nieznajomy w mojej wyobraźni, którego teraz ujeżdżałam. Moje piersi falowały nad jego twarzą. On je masował i lekko skręcał, potem dociskał mnie do swoich bioder. Mocno wsunęłam wibrator w siebie, pieszcząc łechtaczkę. Bezwstydnie zatrzymałam się, jęknęłam, a palce u stóp się usztywniły. Doszłam. Dyszałam, a w mojej głowie zrobiło się przyjemnie pusto. Dudnił w niej spokój.