Rozdział 2
- Jak ci minął dzień? - zapytała, wbijając widelczyk w deser.
- Jak zawsze. - Teatralnie wzruszył ramionami.
- Naprawdę? - Wyglądała na zdumioną.
- Naprawdę. Tęskniłem za tobą tak samo, jak wczoraj i jutro.
- Jutro? - Roześmiała się z ulgą. - Skąd możesz wiedzieć, co będzie jutro?
- Wiem - odparł poważnie. - Będę tęsknił. Za tobą.
Okrążył stół i wyciągnął rękę w stronę żony.
- Zatańcz ze mną - poprosił.
Z głośnika dobiegała ledwo słyszalna melodia, ale to nie miało znaczenia. Wtuleni kołysali się w rytm swoich serc. Byli szczęśliwi. Do pełni brakowało im dziecka, ale oboje nauczyli się ukrywać to pragnienie i nie okazywać żalu. Żadne z nich nie chciało zasmucać drugiej strony. Czasami tylko, tak jak dzisiaj, nieproszone łzy płynęły po policzkach. I czasami tylko, tak jak dziś, któreś z nich powiedziało coś, co przypominało o tym, że nigdy nie zostaną rodzicami.
Czerwiec. Konrad miał rację, to doskonały czas na wyjazd. Bez tłumów i dziecięcych krzyków. Czerwiec nad morzem będzie wspaniały.
Kołysząc się łagodnie w rytm muzyki, zanurzyli się we własnych myślach, z których nagle wyrwał ich dzwonek do drzwi. Spojrzeli na siebie zaskoczeni.
- Spodziewamy się kogoś? - zapytał i niechętnie wypuścił żonę z objęć.
- Nie.
Uchylił drzwi. Przed nim stała niewysoka, drobnej budowy kobieta. Twarz miała poszarzałą, policzki zapadnięte, a głowę przysłoniętą chustką, którą teraz poprawiła ręką.
- Cześć - przywitała się.
- Cześć - odparł niepewnie Konrad. - Przepraszam, ale... czy my się znamy?
- Nie pamiętasz mnie - odgadła przybyła i znowu poprawiła chustkę, która opadła jej na czoło. - Mam na imię Ania. Poznaliśmy się we Wrocławiu, kilka lat temu.
Wrocław.
Ania.
Konrad zbladł. W popłochu odwrócił się i natknął na pytające spojrzenie Jagody.
- Ania. No tak - wydukał.
Wbił wzrok w ziemię. Oczywiście, że pamiętał. To było jakieś dwa, trzy lata po ślubie. Firma wysłała go na delegację. Tam, po załatwieniu wszystkich spraw, zszedł wieczorem do baru. Zamówił drinka. Potem drugiego. A potem rozmawiał z piękną, zgrabną brunetką. Miała na imię Ania. Nie pamiętał, co działo się tamtego wieczoru, ale rankiem obudził się w obcym pokoju. A obok niego spała ona. Dziewczyna z baru. Wtedy wyglądała zupełnie inaczej. Piękna, uśmiechnięta. Długie, falowane włosy do ramion. Teraz stała przed nim spłoszona, zniszczona kobieta. Chustka na głowie mogła świadczyć o poważnej chorobie.
- Kochanie, co się dzieje? - Jagoda stanęła przy mężu i spojrzała pytająco na nieznajomą.
- Przepraszam. Ja chyba nie powinnam była przychodzić - powiedziała i spuściła wzrok.
- Konrad? O co chodzi? - zaniepokoiła się Jagoda.
- O nic - odparł. Był blady. Ręce mu drżały.
- Kim pani jest? - zwróciła się do kobiety, która nadal stała na wycieraczce.
- Jestem dawną znajomą Konrada.
- Doprawdy? - Jagoda zerknęła ukradkiem na męża. Był blady, wystraszony. Zaniepokoiło ją to.
- Możemy porozmawiać? - zapytała kobieta.
Teraz obydwie patrzyły wyczekująco na Konrada.
- Jasne. - Pokiwał głową i wpuścił Anię do środka.
Spojrzał przepraszająco na żonę. O czymkolwiek Ania chciała z nim porozmawiać, wolałby, aby Jagody przy tym nie było.
Jagoda jednak była. I nie miała zamiaru ułatwiać mu tej rozmowy.
- Czego się pani napije? - zapytała.
- Dziękuję, nie chcę robić kłopotu - odparła i weszła do salonu, w którym na stole zauważyła resztki obiadu i kwiaty. - Zdaje się, że wam w czymś przeszkodziłam.
- Mamy rocznicę ślubu - powiedział Konrad i wbił w Anię spojrzenie w nadziei, że kobieta nie przyszła po to, by zniszczyć jego małżeństwo.
- Wszystkiego najlepszego. - Uśmiechnęła się słabo do Jagody.
- Dziękujemy - rzucił Konrad. - Co cię do nas sprowadza? - zapytał oschle.
Westchnęła i wygładziła materiał chustki na głowie.
- Jak widzisz, trochę się u mnie zmieniło - zaczęła.
Powoli skinął głową. Postanowił jej nie mówić, że ledwo ją poznał. Zresztą... znał ją naprawdę krótko. Tamtej nocy nawet nie pamiętał. Drgnął, gdy na kolanie poczuł dłoń żony. Pogładził ją ręką.
Ania spojrzała na Jagodę i zawahała się. W końcu wyjęła z torebki zdjęcie i podała je Konradowi.
- To jest Piotruś. Twój syn - wyrzuciła z siebie.
- Co? - wybełkotał niezrozumiale.
Ręka wysunęła się spod jego dłoni. Jagoda patrzyła osłupiała to na męża, to na kobietę, o której istnieniu jeszcze przed chwilą nie miała pojęcia. "Twój syn" - ledwo usłyszała te słowa, ledwo dotarły do jej mózgu, a już wiedziała, że będą ją prześladować do końca życia.
- Co? - zapytała, z trudem łapiąc powietrze.
- Musiałam tutaj przyjść - odezwała się Ania.
- Naprawdę?! Musiałaś?! - wrzasnęła Jagoda.
- Nigdy bym do ciebie nie przyszła - zwróciła się do Konrada. - Nie zakłóciłabym waszego szczęścia. - Rzuciła okiem na przystrojony stół.
- Co ty w ogóle mówisz? - Konrad wreszcie odzyskał panowanie nad głosem. - Jaki syn?! - podniósł głos i rzucił zdjęcie na szklany stolik. - Ja nie mam syna - dodał z zaciśniętymi zębami.
- Ja... umieram - szepnęła Ania. Głos wiązł jej w gardle. Drżała.
Zapadła cisza.
Jagoda wzięła zdjęcie. Na fotografii zobaczyła uśmiechniętego chłopczyka. Miał jasne włosy, wyglądał na pięć, może sześć lat. Patrzyła przerażona, bo miała wrażenie, że dziecko spogląda wprost na nią.
- To niemożliwe! - Rzuciła zdjęcie na kolana Ani. - To dziecko ma raptem kilka lat! A my właśnie obchodzimy dziesiątą rocznicę ślubu!
Ania nie mogąc znieść spojrzenia Jagody, spuściła wzrok. Konrad schował twarz w dłoniach.
- Konrad! - Jagoda szturchnęła go. - Przecież to niemożliwe! Niemożliwe! - Nie zareagował, więc uderzyła go mocniej w ramię. - Słyszysz mnie?! To niemożliwe! Prawda?
Nikt jej nie odpowiedział. Utkwiła wzrok w kolorowej chustce na głowie Ani.
- Zdradziłeś mnie - wyrzuciła z siebie, cały czas patrząc na przybyłą kobietę.
- Nie! - zawołał, ale zaraz zamilkł.
- Nie? - prychnęła Jagoda. - A to? - Pokazała na fotografię, którą Ania ponownie położyła na stole.
Mężczyzna znowu schował głowę w dłoniach.
- Chciałam sama wychować Piotrusia. Robiłam, co mogłam - mówiła przez łzy Ania. - Nadal robię. Ale kiedy mnie zabraknie, on...
Nie dokończyła. Wyjęła z torebki długopis i na odwrocie fotografii coś zapisała.
- Tutaj jest mój numer telefonu. Wiem, że dla ciebie to szok. Dla was obojga - poprawiła się.
Jagoda stała, patrzyła to na męża, to na kobietę, z którą Konrad... "Nie, to przecież niemożliwe" - pomyślała i znowu poczuła w gardle gulę, która nie pozwalała jej złapać tchu. Chciałaby dać upust swoim emocjom. Chciałaby wykrzyczeć całemu światu, co czuje, a jedyne, co była w stanie uczynić, to stać w miejscu i patrzeć na schorowaną, pełną desperacji kobietę i swojego męża, który nie potrafił spojrzeć w oczy ani jej, ani tej obcej osobie.
Ania nasunęła chustkę głębiej na czoło i wstała. Zakręciło jej się w głowie i usiadła z powrotem na fotel. Wzięła kilka łyków wody i jeszcze raz się podniosła. Tym razem wolniej.
- Pójdę już - wyszeptała.
Konrad nawet nie podniósł wzroku, Jagoda zrobiła jej przejście. W głowie jej huczało. Tymczasem Ania minęła ją i ruszyła ku drzwiom. Odwróciła się jeszcze i powiedziała do Jagody:
- Przepraszam.
W oczach miała łzy. Drobna twarz była blada.
W końcu drzwi się zamknęły i nastała absolutna cisza. Jagoda słyszała bicie swojego serca, które w szaleńczym tempie pompowało krew. Wtem poczuła na ramionach dłonie Konrada.
- Kochanie - wyszeptał.
- Zostaw mnie. - Wyszarpnęła się.
- Porozmawiajmy - poprosił.
Przez ciało Jagody przebiegł dreszcz podobny do rażenia piorunem. Odwróciła się w stronę męża. Jej oczy kipiały złością. Mężczyzna znowu próbował ją objąć, ale nie pozwoliła na to.
Kątem oka dostrzegła na stole bukiet róż i nagle wpadła w szał. Coś, co w ostatnich minutach ją paraliżowało, teraz wybuchło. Uniosła rękę i niczym huragan przejechała nią po stole, przy którym wcześniej jedli obiad i przy którym on jej mówił, jak bardzo ją kocha.
Kwiaty, wino, kieliszki i reszta wykwintnej sałatki z hukiem runęły na podłogę.
- O czym chcesz rozmawiać?! - huknęła.
- Ja nie mam pewności, że to moje dziecko - powiedział Konrad.
- Nieważne, twoje czy nie twoje. Zdradziłeś mnie! To dziecko ma sześć lat! Zdradziłeś mnie zaledwie trzy lata po ślubie! - Usiadła na podłodze. Szkło z kieliszka wbiło się jej w dłoń, która zaczęła krwawić, ale ona nie zwracała na to uwagi. - Zdradziłeś...
- Przepraszam. - Konrad ukląkł przy niej i uniósł jej rękę. Jagoda nie broniła się, kiedy sprawdzał, czy w ranie nadal nie tkwi szkło. Wziął chusteczkę, owinął krwawiące miejsce i pocałował opuszki palców żony. - Przepraszam. Błagam, wybacz mi.
- Wybaczyć? Wiesz, o co mnie prosisz? - wyłkała przez łzy i zduszone gardło.
- Chciałbym ci to wytłumaczyć. Proszę, wysłuchaj mnie.
- Nie chcę.
- Do dzisiaj nawet nie byłem pewien, czy wtedy do czegoś doszło. Kochanie, ja nic nie pamiętam z tamtej nocy.
- Przestań! Mam uwierzyć, że cię uwiodła? Że byłeś tak pijany, że cię wykorzystała? Przestań! Nie chcę cię słuchać!
Wstała, szybkim krokiem poszła do sypialni i zatrzasnęła za sobą drzwi.