Prolog
Styczeń 1894
Denver, Kolorado
Radosne brzęknięcie dzwonka poinformowało Grace Mallory o przybyciu gościa. Natychmiast odłożyła magazyn dla kobiet, który właśnie przeglądała, po czym podniosła się z wdziękiem i wygładziła przód sukni. Na jej twarzy pojawił się powitalny uśmiech. Klient Hotelu Oxford nie powinien czekać.
Już samo zdobycie tej pracy było niełatwe. Jej ojciec musiał poprosić o przysługę jednego z inwestorów, a od chwili, gdy Grace znalazła się w gronie pracowników, nie zamierzała dawać przełożonemu jakichkolwiek powodów do zwolnienia. Na szczęście, odkąd umiejętności młodej telegrafistki okazały się zadowalające, klienci najnowocześniejszego hotelu w Denver, którymi byli głównie mężczyźni, wydawali się zadowoleni z jej pracy.
Ten człowiek nie wyglądał jednak jak zwykły interesant. Miał na sobie zaśnieżony płaszcz, szalik i kapelusz, jakby wszedł prosto z ulicy, a nie z jednego z pokoi dla gości.
- Dzień dobry panu - odezwała się. Mężczyzna stał do niej tyłem. - W czym Western Union może panu dzisiaj pomóc?
Zamknął drzwi i przekręcił zamek.
Grace poczuła ściśnięcie w gardle i mocne bicie serca.
- Co pan ro...?
Jej słowa urwały się, a strach zniknął, kiedy klient się odwrócił. Znad niebieskiego szalika w paski, zasłaniającego połowę twarzy, wpatrywały się w nią znajome brązowe oczy.
- Tatuś?
Mężczyzna gwałtownym ruchem chwycił za szalik, jakby mu brakowało powietrza.
- Muszę nadać telegram. Natychmiast. Pogłoski okazały się prawdą. To wszystko prawda.
- Uspokój się, tato. - Grace podeszła do ojca szybkim krokiem, by pomóc mu odwinąć szalik i strzepać śnieg z ramion. - Jakie pogłoski?
- Majątek Havershamów. Jest jeszcze jeden spadkobierca - powiedział, odsuwając jej pomocne dłonie, po czym podszedł do lady. - Dziecko z pierwszej żony. Dziewczynka. - Zsunął z nosa zaparowane okulary i przetarł szkła brzegiem szalika. - To ona jest prawowitą właścicielką posiadłości. Nie syn.
Grace wzięła głośny oddech. Wkrótce po tym, jak Tremont Haversham zmarł trzy miesiące temu, pojawiły się pogłoski, że istnieje jeszcze jedna osoba dziedzicząca majątek. Jakieś plotki, insynuacje, ale żadnych dowodów. Grace sądziła, że brały się one z pobożnych życzeń rodzin górników.
Chaucer Haversham przejął prowadzenie kopalni srebra Silver Serpent w Willow Creek rok temu, kiedy pogorszył się stan zdrowia jego ojca. Kopalnia popadła w ruinę po tym, jak prezydent Cleveland uchylił Ustawę Shermana o zakupie srebra, w następstwie czego rynek tego kruszcu gwałtownie się zdestabilizował. Chaucer nie zgodził się na zamknięcie kopalni, być może ze względu na dumę, ślepą ambicję albo chęć zachowania przedsiębiorstwa ojca. Zamiast tego wymógł na swoich pracownikach dłuższe godziny pracy bez dodatkowego wynagrodzenia i zdecydował się na wydobywanie bardziej rozpowszechnionego ołowiu i cynku. Warunki pracy były żałosne, jednak przy tak wysokim poziomie bezrobocia wśród górników nikt nie ważył się narzekać, ponieważ z łatwością mógł zostać zastąpiony przez któregoś z sąsiadów.
- Wróć na ziemię, Gracie.
Kobieta szybko dostała się za ladę i wzięła do ręki pusty druk telegramu. Herschel Mallory miał naturę naukowca. Był cichy, uprzejmy, ale nieco rozkojarzony. Grace nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widziała go tak zdenerwowanego.
- Do kogo chcesz wysłać wiadomość? - spytała, trzymając w gotowości ołówek.
- Do Agencji Pinkertona1.
Kobieta zawahała się.
- Przecież Chaucer Haversham wynajmuje kilku agentów, by pilnowali porządku wśród górników i zapobiegali strajkom! Czy oni nie staną za nim, niezależnie od tego, jakie dowody odkryłeś?
- Chcę się skontaktować z biurem w Filadelfii. Z detektywem Whitmore'em.
Zanotowała nazwisko na blankiecie, nie potrzebując już więcej wyjaśnień. Tremont Haversham dorastał w Filadelfii i tam właśnie poślubił swoją pierwszą żonę, której jednak nie zaakceptowała jego zamożna rodzina. Taką wersję opowieści słyszała Grace. Pani Haversham zmarła przy porodzie. Dziecko również, a przynajmniej tak sądzono. Zdruzgotany Haversham wrócił do rodziny i w ciągu kolejnego roku ożenił się ponownie, tym razem z kobietą z majątkiem i odpowiednią pozycją społeczną. Taką, która wiedziała, jak pokierować męża, by zdobył władzę, przywództwo i sukces finansowy. I która dała mu syna.
- Odnalazłem pański raport dla Tremonta Havershama z dwunastego października tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego drugiego roku. - Gdy ojciec zaczął dyktować wiadomość, położył na drewnianym blacie torbę, która stuknęła, zdradzając, że wewnątrz znajdują się ciężkie książki. - Jeśli ta kobieta żyje, jest prawowitą dziedziczką majątku Havershamów. Mam dokumenty potwierdzające to prawo. Muszę je panu natychmiast wysłać. Proszę o informację. Herschel Mallory.
Grace skończyła notowanie, po czym spojrzała w rozbiegane oczy ojca.
- Co znalazłeś, tatusiu?
Mallory, naukowiec i profesor literatury na uniwersytecie w Denver, został zatrudniony przez Chaucera Havershama, by skatalogować jego potężną bibliotekę w rodzinnej posiadłości. W rezydencji, którą Chaucer odziedziczył, ale której nigdy nie odwiedził. Z tego, co słyszała Grace, unikał Denver i wolał majątek w Bostonie, gdzie przebywała jego matka.
Tremont i Caroline Havershamowie przez ostatnią dekadę mieszkali osobno. Caroline zajmowała się wychowaniem i edukacją syna, a Tremont kierował kopalnią. Najwidoczniej taka sytuacja odpowiadała im obojgu, choć Grace uważała, że to smutne. Sama nigdy nie poznała Chaucera Havershama, ale zawsze trochę współczuła młodzieńcowi, który w czasie dorastania był rozdzielony ze swoim ojcem. Ona bez ojca byłaby zupełnie zagubiona. Był dla niej niezwykle ważny i nigdy nie miała wątpliwości co do miłości i akceptacji z jego strony.
Matka Grace nauczyła ją już w dzieciństwie rozpoznawać kreski i kropki alfabetu Morse'a w swoim biurze telegraficznym, a potem dawała jej rady dotyczące tego, jak być kobietą, a także nauczyła ją wykonywania obowiązków domowych. Jednak kiedy zmarła dwa lata temu, wspólna żałoba sprawiła, że więzi pomiędzy córką a ojcem jeszcze bardziej się zacieśniły, tak jakby połamane połówki ich serc zostały stopione, a potem ponownie wykute w przeplatający się niezniszczalny kształt.
Ta właśnie bliskość wyostrzyła jej zmysły, kiedy ojciec bawił się paskiem od torby, zamiast udzielić jej odpowiedzi.
Sięgnęła ręką i położyła dłoń na jego ubranej w rękawiczkę dłoni.
- Powiedz, tatusiu. Co znalazłeś?
- Dowód, Gracie. - Popatrzył jej w oczy, a przerażenie i determinacja widoczne w jego spojrzeniu sprawiły, że ścisnął jej się żołądek. - Dowód na to, że pierwsze dziecko Havershama nie umarło razem z matką. Dowód, że on próbował je odnaleźć. Potwierdzenie, że dziwne sformułowania w jego testamencie świadczą o tym, że to córka ma być właścicielką majątku, a syn po prostu przedsiębiorcą.
- Znalazłeś te dowody w prywatnej bibliotece w rezydencji Havershamów?
Skinął głową.
- Ale jeśli dokumenty są własnością pana Havershama, co w ogóle możesz z tym zrobić?
Spuścił wzrok.
- Tatusiu?
Cofnął gwałtownie rękę i odsunął się od lady.
- Dokumenty należały do Tremonta Havershama, ale on nie żyje. Jeśli Chaucer nie jest prawowitym dziedzicem majątku w Denver ani rezydencji, te papiery nie należą tak naprawdę do niego, prawda?
Grace czuła ściskanie w brzuchu.
- Co zrobiłeś?
- Nic, czym powinnaś się martwić. Po prostu pożyczyłem kilka książek z jego zbiorów. Chaucer i tak zamierzał je sprzedać. Tak właśnie postąpił z dziełami sztuki. Tydzień po pogrzebie swojego ojca wezwał rzeczoznawcę, a potem do końca miesiąca wyprzedał na aukcji najlepsze przedmioty. Nie ma żadnego szacunku dla ojca poza ceną, jaką może uzyskać za jego rzeczy. - Herschel ponownie podszedł do blatu. - Książki, które wziąłem, to zwykłe wydania. Nic wartościowego. Nie będzie za nimi tęsknił.
Nagle wypełniona torba nabrała zupełnie nowego znaczenia.
- Nie możesz ich ot tak zabrać!
Twarz ojca spoważniała.
- Nie mogę biernie stać i przyglądać się, gdy dochodzi do niesprawiedliwości. Tremont Haversham był moim przyjacielem, Gracie. To był nawet ktoś więcej niż przyjaciel. Gdyby nie jego wsparcie, zostałbym zwolniony z uniwersytetu, kiedy mi było tak trudno po śmierci twojej matki.
Grace spuściła głowę. Pamiętała tamten okres. Obydwoje pogrążyli się wówczas w żałobie. Była młoda i nie miała żadnych stałych obowiązków, a ojciec nie zauważał lub nie przejmował się, jeśli dom był nieposprzątany, a obiad przypalony. Jednak melancholia doprowadziła Herschela Mallory'ego do sytuacji, gdy zagroziła mu utrata zatrudnienia. Prace studentów i egzaminy nie były oceniane tygodniami. Jego przyćmiony smutkiem umysł sprawił, że prowadzone przez niego wykłady zmieniły się w ciągi meandrujących, bezsensownych opowieści. Studenci przestali przychodzić na zajęcia, ich rodzice narzekali, władze uczelni zaczęły grozić. Jedynie Tremont Haversham stanął za jej ojcem. Następnie przeprowadził z nim rozmowę, w której przypomniał mu o obowiązkach i uświadomił, że niszczenie samego siebie przyniesie jedynie hańbę pamięci jego żony. Mallory musiał wziąć się w garść ze względu na córkę.
Grace rozejrzała się po swoim schludnym biurze z eleganckimi dębowymi meblami i dywanem na podłodze. Poczuła ściskanie w żołądku. Sama miała dług wobec Tremonta Havershama. To on był inwestorem, który ją zatrudnił. Kierownik hotelu nalegał, by przyjąć telegrafistę - mężczyznę, mimo że to ona okazała się bardziej wprawna od innych kandydatów. Dopiero pan Haversham przekonał go do zmiany zdania.
Ojciec Grace sięgnął przez ladę i chwycił ją za rękę.
- Tremont Haversham miał córkę, którą mu odebrano. Bardzo pragnął ją znaleźć przed swoją śmiercią. Myślę, że mocno ją kochał. - Spojrzenie mężczyzny złagodniało. - Wiem, jak to jest, mieć córkę. I jeśli cokolwiek by mnie z nią rozdzieliło, poruszyłbym niebo i ziemię, żeby ją odzyskać.
Oczy Grace zwilgotniały.
- Ona musi wiedzieć, że ojciec ją kochał, Gracie. Musi mieć coś, dzięki czemu będzie mogła go pamiętać. Tyle przynajmniej jestem mu winien... - Zamilkł, po czym wypuścił jej dłoń i poklepał skórzaną torbę. - Tam są również listy. Listy miłosne między Tremontem i jego pierwszą żoną. Gdyby Chaucer się o nich dowiedział, spaliłby je od razu. Nie mogę do tego dopuścić. Córka powinna mieć szansę, by poznać swoich rodziców.
Grace wpatrywała się w blankiet telegramu, czując konflikt między komplikacjami prawnymi a powinnością moralną.
- Wyślij telegram, Gracie - ponaglał cicho ojciec.
Popatrzyła na niego po raz ostatni. Miłość bijąca z jego spojrzenia roztopiła pozostałości lodu niezdecydowania. Skinęła głową, usiadła przy telegrafie i zaczęła stukać.
Dwa dni później czekali w wynajętym pokoju na piętrze nieoznakowanego pensjonatu. Po drugiej stronie ulicy znajdowała się kawiarnia, gdzie ojciec Grace był umówiony na spotkanie z agentem, którego wysłał po odbiór dokumentów detektyw Whitmore. Whitmore ostrzegł, by nie ufać nikomu w przekazywaniu dowodów, nawet poczcie. Kilka przesyłek nadanych do niego w ciągu ostatnich miesięcy miało ślady naruszenia, a on dopiero zamierzał odkryć, kto za tym stał. Lepiej było nie ryzykować, że tak ważne informacje miałyby się dostać w niepowołane ręce.
- Jesteś pewny, że nie możemy po prostu przekazać dokumentów komendantowi policji? - Grace przycisnęła do piersi marynarkę ojca, którą miała mu pomóc założyć.
Mężczyzna potrząsnął głową i spojrzał na nią przez ramię.
- Z perspektywy miejscowego prawa książki są własnością Chaucera. Policja nie ma obowiązku sprawdzać, co w nich jest. Po prostu zwróciliby mu je, a on by je zniszczył. Detektyw Whitmore ma rację. Nie możemy ufać nikomu. Nie przekażę książek nikomu innemu niż on sam albo człowiek, który będzie miał list polecający. - Próbował się uśmiechnąć, ale smutek wykrzywił mu usta. - Chodź, córeczko. Pomóż mi założyć marynarkę.
Grace posłuchała go, po czym nasunęła wełniane rękawy lekko podniszczonej luźnej marynarki na jego ręce, a następnie obeszła ojca, pociągnęła za klapy, by ubranie równo się układało na jego szczupłych ramionach, po czym przygładziła je z przodu.
- Wszystko będzie dobrze - stwierdziła. - Zobaczysz. Jedynymi ludźmi, którzy wiedzą o tym spotkaniu, są detektyw Whitmore i agent Pinkertona, którego przysłał.
"A także telegrafista, który otrzymał wiadomość, jak również wszyscy, którzy słyszeli ją na linii". Grace zachowała tę niepokojącą myśl dla siebie. Telegrafiści zobowiązywali się do poufności, zgadzając się ujawniać treść wiadomości jedynie osobom, do których były one adresowane. Jednak byli tylko ludźmi, podatnymi na przekupstwa czy groźby.
Podobnie jak agenci. Nie była zadowolona z faktu, że zaufali tej samej agencji, której przedstawiciele pracowali dla kopalni Silver Serpent. Chaucer Haversham był bogatym człowiekiem. Wystarczyłaby jedynie obietnica dodatkowych pieniędzy przekazana przez agentów, którzy już dla niego pracowali, by przekonać kogoś w biurze w Filadelfii do przesyłania wszelkich podejrzanych informacji.
Nic jednak nie można było na to poradzić. Jej ojciec był zbyt szlachetny, by porzucić rozpoczętą misję. Zamierzał dopilnować sprawy do końca, niezależnie od wszystkiego. A ona zamierzała go wspierać.
- Jesteś dobrym człowiekiem, tatusiu. - Spojrzała na niego, zapinając górny guzik jego kamizelki.
Zawsze miał w swoim wyglądzie jakąś niedoskonałość - czy to rozpięty guzik, zwisający łańcuszek od zegarka, czy wystające z kieszeni skrawki papieru.
Uśmiechnęła się z trudem, dodając:
- Uważaj na siebie.
Odwzajemnił uśmiech, po czym nachylił się i ucałował ją w czoło.
- Będę uważał, skarbie. - Mrugnął do niej, a następnie podszedł do komody stojącej w pobliżu drzwi, aby wziąć swój bagaż. Przełożył przez głowę skórzany pasek i poprawił torbę na boku, przyciskając ją nieco do brzucha. Potem wsadził na głowę ciemnoszary kapelusz i wyprostował się. - Wypatruj moich sygnałów.
Grace skinęła głową.
- Czoło: przyprowadzisz go tutaj; okulary: mam zabrać pudło i udać się do dorożki.
Uśmiechnął się.
- Dzielna dziewczyna. - Sięgnął do klamki i wyszedł na korytarz.
Grace podeszła, by zamknąć za nim drzwi, ale ojciec zdążył jeszcze wsunąć głowę.
- Cokolwiek się stanie, Gracie - powiedział - Bóg się o nas zatroszczy.
Poczuła ściśnięcie w gardle.
- Kocham cię, córeczko. - Na ułamek sekundy ich spojrzenia się spotkały, po czym ojciec się odwrócił i ruszył przez korytarz.
- Też cię kocham, tatusiu - szepnęła, zamykając drzwi z cichym stuknięciem.
Droga w dół po schodach, a następnie na ulicę miała potrwać kilka minut, jednak Grace szybko podeszła do okna i skierowała wzrok na okno kawiarni. Piesi przemierzali drewniane chodniki, kilka osób szybkim krokiem przechodziło na drugą stronę, manewrując między wozami i jeźdźcami. Gwar uliczny był taki sam jak w każdy wtorkowy poranek, ale puls Grace bił w nerwowym tempie.
"Panie, miej go w opiece".
Mimo że Herschel Mallory był zdeterminowany, by przekazać dokumenty agentom, podchodził do tego spotkania z dużą dozą ostrożności i nie wziął ze sobą właściwych książek. W torbie miał kilka egzemplarzy z własnej biblioteki. Książki Havershama spoczywały w biało-różowym pudle na kapelusze zabranym z szafy Grace. Obydwoje uznali, że większość ludzi nie zwróciłoby uwagi na taki sposób ich ukrycia.
Ojciec zarezerwował stolik przy witrynie kawiarni. Jeżeli agent udowodniłby, że naprawdę jest tym, kogo przysłał Whitmore, Mallory miał zdjąć kapelusz i wytrzeć czoło chusteczką, dając w ten sposób znać Grace, że wszystko jest w porządku. Jeśli agent wzbudziłby w nim jakieś podejrzenia, ojciec miał użyć chusteczki do przetarcia szkieł w okularach. Na taki sygnał Grace miała zabrać bagaże, łącznie z najważniejszym pudłem na kapelusze, i wyjść na boczną uliczkę, gdzie czekał opłacony wcześniej dorożkarz, a następnie kupić bilet na pociąg do Colorado Springs i czekać tam na ojca.
Kobieta zauważyła jakieś poruszenie pod oknem. Do ulicy zbliżał się mężczyzna w znajomo wyglądającym kapeluszu i szarej marynarce. Grace przyłożyła palce do chłodnego szkła. Chciała teraz być przy ojcu i trzymać go za rękę.
Zatrzymał się, poczekał, aż przejedzie wóz i ostrożnie ominął brudny topniejący śnieg na krawędzi drewnianego chodnika, po czym ruszył przez ulicę. Gdzieś pośrodku pojawił się jakiś niechlujny chłopak, który szedł prosto na niego. Ojciec zatrzymał się gwałtownie, by uniknąć zderzenia. Jego ręka instynktownie osłoniła torbę przed prawdopodobną kradzieżą, ale okazało się, że to nie torby powinien pilnować. W tej samej chwili padł strzał. Grace nie wiedziała skąd, ale stłumiony huk przeszył jej serce niczym ostrze.
- Tatusiu! - Zerwała się na równe nogi. Przyciskała dłonie do szyby. Stukała w szkło. - Tatusiu!
Kiedy upadał, odwrócił się w jej stronę i przez krótką chwilę popatrzył jej w oczy.
- Nie! - W pokoju zabrzmiał jej przeraźliwy krzyk.
Człowiek, którego kochała, leżał na ziemi, a na jego kamizelce powiększała się ciemna plama. Na ulicy zapanował chaos, ludzie krzyczeli i próbowali się ukryć, a młody mężczyzna ponownie pojawił się przy jej ojcu - nie, by mu pomóc, ale by zdjąć mu torbę. Co za okropność!
Grace odsunęła się od okna. Musiała dostać się do ojca, jednak zanim tam pobiegła, zauważyła, jak się poruszył. Sięgał po coś. Ponownie przycisnęła się do szyby, próbując zrozumieć, co chciał jej przekazać. Jego niezdarne ruchy sprawiły, że w jej oczach pojawiły się łzy. Ojcu w końcu udało się zdjąć okulary.
Grace się rozpłakała. Potrząsała głową w geście zaprzeczenia, mimo że zaczynała rozumieć. Herschel Mallory nie miał chusteczki, ale ostatkiem sił potarł szkło, zostawiając na nim czerwoną smugę. Sygnał był jasny: "Uciekaj!".