Serce jeszcze bije - Susanne Fellbrink

Kup ebooka

29.90 zł
22.43 zł (11,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Je­śli jej się nie uda, to może być ostat­nia rzecz, jaką w ogóle robi. Trzęsą jej się ręce, kiedy wsy­puje mu do drinka po­kru­szone ta­bletki. Oby zdą­żyły roz­pu­ścić się na czas, za­nim wej­dzie do kuchni. Serce wali jej tak mocno, że gdy stara się szybko za­mie­szać w al­ko­holu wi­del­cem, sły­szy dud­nie­nie w uszach. Na­gle po­wie­trze prze­szywa krzyk:

- Ile ci, kurwa, zaj­muje zro­bie­nie pro­stego ginu z to­ni­kiem?

Jego głos nie­sie się echem z przed­po­koju, a ona od­dy­cha gwał­tow­nie, wle­wa­jąc to­nik. Ogar­nia ją pa­nika, bo wi­dzi, że pro­szek wy­pływa i unosi się na po­wierzchni. Lód. Mamy lód? Pot wy­stę­puje jej na czoło, kiedy grze­bie w za­mra­żal­niku. Pod­nosi opa­ko­wa­nie groszku. Ani śladu. Wy­ciąga na­stępną szu­fladę i tam, pod pa­lusz­kami ryb­nymi, leży wo­re­czek z lo­dem. Wstrzy­mu­jąc od­dech, po­spiesz­nie wraca do zlewu i wy­ci­ska z fo­lii cztery kostki.

- Co ty tam, kurwa, ro­bisz?

Czuje na szyi jego od­dech. Po­py­cha ją, a ona się od­wraca, se­kundę po tym, jak udaje jej się ukryć pro­szek pod lo­dem.

- Prze­pra­szam, nie mo­głam zna­leźć lodu.

- Lodu! Nie chcę, do dia­bła, roz­wad­niać drinka lo­dem!

- Prze­cież jest tak cie­pło... Po­my­śla­łam, że bę­dziesz chciał lód - bąka i w na­pię­ciu ocze­kuje na cios.

Bur­czy coś i wy­rywa jej szklankę z ręki drinka, który chla­pie na pod­łogę. Po­tem wraca do du­żego po­koju i siada na so­fie, bie­rze dwa duże łyki, a na­stęp­nie z hu­kiem od­sta­wia szklankę na stół. A je­śli ta­bletki na­dają na­po­jowi dziwny smak? Opiera się o ścianę w kuchni i na kilka se­kund za­myka oczy, cze­ka­jąc na jego ewen­tu­alną re­ak­cję, po czym bie­rze ścierkę i wy­ciera pod­łogę. On jed­nak nic nie mówi. Zmie­nia tylko ka­nały w te­le­wi­zji. Ma­lutki śpi, a ona pa­trzy na ze­ga­rek. Jest wpół do siód­mej, a oni usta­lili, że zo­ba­czą się o wpół do pierw­szej.

- Netta, nie sły­szysz, że mały pier­dziel się obu­dził?!

Wła­śnie usły­szała płacz Ke­vina i oczy za­cho­dzą jej łzami. Pę­dzi do sy­pialni, żeby go uspo­koić. Je­śli ma się udać, ma­lec musi za­snąć z po­wro­tem. Nie może roz­draż­nić Jonny'ego. Ke­vin sie­dzi wy­pro­sto­wany na łóżku, z ma­łym kró­licz­kiem w ob­ję­ciach. Czuje, że ma wy­soką go­rączkę.

- Chodź, ko­cha­nie - szep­cze, pod­nosi go i za­biera do kuchni.

Trzy­ma­jąc go na bio­drze, po­wta­rza tę samą pro­ce­durę, co przed chwilą, ale te­raz mie­sza alve­don z so­kiem, a nie roz­gnie­cione ta­bletki na­senne z gi­nem. Wra­cają do sy­pialni i Ke­vin ma­łymi ły­kami wy­pija na­pój aż do dna. Za­czyna mu czy­tać, żeby z po­wro­tem za­snął, i do­kład­nie wtedy, kiedy czuje, jak małe ciałko robi się cięż­kie, sły­szy do­cho­dzący z du­żego po­koju dźwięk tłu­czo­nej szklanki.

- Kurwa! - krzy­czy Jonny. Netta zo­sta­wia Ke­vina i po­spiesz­nie idzie zo­ba­czyć, co się stało.

Jonny sie­dzi na so­fie i po­ka­zuje roz­bite szkło na pod­ło­dze.

- Nie stój tak i się nie gap - mówi, a ona szybko zbiera ka­wałki le­żące w ka­łuży.

Wy­pił coś czy wszystko na próżno?

- Mam zro­bić nowy?

- Bez lodu - od­po­wiada.

Netta wy­cho­dzi do kuchni i wy­ciąga mały fo­liowy wo­re­czek, który scho­wała w kie­szeni dżin­sów. W środku zo­stało jesz­cze tro­chę proszku, więc pró­buje wy­trzą­snąć resztkę, a po­tem szybko robi no­wego drinka. Bez lodu. I tym ra­zem pro­szek wy­pływa, ale w po­koju jest ciemno, więc ma na­dzieję, że Jonny ni­czego nie za­uważy. Kiedy po­daje mu szklankę, nie ma od­wagi spoj­rzeć mu w oczy. Wy­ciera pod­łogę i pró­buje nie­zau­wa­że­nie wy­mknąć się z po­miesz­cze­nia, żeby mu nie prze­szka­dzać ani go nie roz­gnie­wać. Sły­szy, jak kilka razy prze­łyka, i kiedy na niego zerka, wi­dzi, że po­łowa szklanki jest już pu­sta. Albo głę­boko za­śnie, albo po tym, jak wy­pił cały ten al­ko­hol, w nocy roz­pęta się pie­kło.

Wtedy za­wsze oka­zuje naj­okrop­niej­sze ob­li­cze.

Za­myka drzwi do ła­zienki, od­wraca się do lu­stra i w chłod­nym bla­sku przy­gląda się swo­jej po­tur­bo­wa­nej twa­rzy. Duży si­niak nad le­wym okiem i pęk­nięta warga. Ma na­dzieję, że po raz ostatni. Ale je­śli nie po­wie­dzie jej się tej nocy, praw­do­po­dob­nie nie bę­dzie ni­gdy wię­cej mo­gła w ogóle spoj­rzeć w lu­stro, więc po pro­stu musi się udać. Je­żeli rze­czy­wi­ście zdo­łają się stąd wy­rwać, nie bę­dzie już od­wrotu.

Wy­myka się do Ke­vina, kła­dzie się pod koł­drą w ubra­niu i co rusz spo­gląda na ze­ga­rek. Jesz­cze go­dzina. W du­żym po­koju pa­nuje ci­sza. Sły­chać tylko dźwięk te­le­wi­zora. Za­krada się i uchyla drzwi.

Jonny śpi na so­fie. Od­chy­lił się do tyłu i ma otwarte usta.

Ob­ser­wuje go przez chwilę, a ich wspólne lata prze­la­tują jej przed oczami.

Jak to się mo­gło tak po­to­czyć?

Czy ona i Ke­vin w końcu uwol­nią się od tego pie­kła?

Czas wle­cze się nie­sa­mo­wi­cie wolno, a ona nie może ode­rwać wzroku od ze­garka. Wska­zówka se­kund­nika pra­wie ją hip­no­ty­zuje. Tik-tak, tik-tak.

Wy­myka się do przed­po­koju i przy­nosi ich buty. Jesz­cze raz spo­gląda na Jonny'ego, który wciąż sie­dzi tak samo jak przed chwilą.

Od­dy­cha?

A może go za­biła?

W sy­pialni wiąże adi­dasy, a buty Ke­vina wkłada do to­rebki. To je­dyna rzecz, jaką ma od­wagę ze sobą za­brać.

Tik-tak, tik-tak.

Jesz­cze dzie­sięć mi­nut.

Po raz ostatni otwiera drzwi i wi­dzi, że Jonny zmie­nił po­zy­cję.

A więc żyje.

Wraca do sy­pialni, ostroż­nie pod­nosi koł­drę i owija Ke­vina w koc. Ten stęka, więc go uci­sza i wkłada mu smo­czek do ust, a na­stęp­nie uważ­nie go pod­nosi. Na­dal jest roz­grzany, ra­mion­kami obej­muje ją za szyję.

- Już, ko­cha­nie - szep­cze. - Już, już, te­raz wszystko bę­dzie do­brze.

- Kró­li­czek! - mówi gło­śno chło­piec.

Na se­kundę prze­staje od­dy­chać i za­sła­nia mu usta.

- Ciii - szep­cze. - Mama za­bie­rze kró­liczka.

Od­wraca się, żeby za­brać ma­skotkę le­żącą na pod­ło­dze obok łóżka. Po­chyla się i sięga ręką po kró­liczka za wy­świech­tane ucho.

Trzy mie­siące wcze­śniej

9 maja, środa

Zo­stało: 107 dni

Kiedy Cilla par­kuje na Fi­sk­tor­get pod ga­le­rią, czuje ła­sko­ta­nie w brzu­chu. Przed nią zu­peł­nie nowe wy­zwa­nie i na­prawdę nie może się go do­cze­kać. Świa­do­mość, że ma szansę zro­bić coś, co ura­duje wielu lu­dzi w Sund­svall, na­peł­nia jej całe ciało po­zy­tywną ener­gią. Na do­da­tek po­czu­cie, że ktoś w nią wie­rzy, jest fan­ta­styczne. A Tim Lars­son na­prawdę musi w nią wie­rzyć, skoro ob­da­rzył ją tak dużą od­po­wie­dzial­no­ścią i dał jej wolną rękę. Wy­jąt­kowo dużą od­po­wie­dzial­no­ścią, jak na nią, zwłasz­cza bio­rąc pod uwagę, o jaką stawkę to­czy się gra. Kiedy do­cho­dzi do kuchni dla per­so­nelu, siada pod za­mknię­tymi drzwiami, żeby za­cze­kać na swoją ko­lej. W tym cza­sie po­pra­wia włosy i na­kłada wię­cej błysz­czyku.

Ka­ta­rina Fro­lén, współ­pra­cow­nica Tima z Nor­r­si­dan, agen­cji nie­ru­cho­mo­ściami, otwiera drzwi i daje Cilli znak, żeby we­szła do po­miesz­cze­nia. Za­nim Cilla prze­kro­czy próg, za­uważa, że Ka­ta­rina ma ciem­no­czer­wone wy­pieki na twa­rzy i szyi. Być może ma to zwią­zek z pod­nie­sio­nymi gło­sami, które do­piero co sły­szała przez drzwi. At­mos­fera wy­daje się da­leka od do­brej. Cilla pró­buje dys­kret­nie wy­trzeć spo­cone dło­nie o spodnie. Wo­kół stołu sie­dzi około dwu­dzie­stu pię­ciu ko­biet i trzech męż­czyzn, któ­rzy re­pre­zen­to­wali sklepy w ga­le­rii. Milkną i tak­sują ją wzro­kiem od stóp do głów, a jej szybko prze­myka przez głowę, że po­winna się wy­si­lić i ubrać mod­niej. Wszy­scy wy­glą­dają, jakby mieli na so­bie naj­now­sze mo­dele ze swo­ich skle­pów, tak że ro­biony na dru­tach wście­kle zie­lony swe­te­rek z an­gory, który wło­żyła Cilla, za­czyna ją kłuć i dra­pać w roz­grzaną skórę. W po­miesz­cze­niu musi być ze trzy­dzie­ści stopni. Wszy­scy mają mniej lub bar­dziej za­czer­wie­nione po­liczki, a w po­wie­trzu unosi się za­pach potu wy­mie­szany z wo­nią per­fum. Więk­szość obec­nych po­roz­sia­dała się wo­kół trzech po­łą­czo­nych sto­łów z drewna so­sno­wego, a reszta pół­sie­dzi w du­żych, głę­bo­kich wnę­kach okien­nych w ścia­nach sta­rego bu­dynku z ka­mie­nia.

Cilla staje obok Ka­ta­riny i nie wie, co ma zro­bić z rę­kami.

- To Cilla Fal­lan­der, która bę­dzie kie­row­niczką pro­jektu otwar­cia no­wej ga­le­rii w sierp­niu. Jed­no­cze­śnie otrzyma sta­no­wi­sko ko­goś w ro­dzaju kie­row­niczki cen­trum han­dlo­wego, że tak po­wiem. Za­raz przed­stawi nam się bli­żej.

Wszy­scy pa­trzą po­dejrz­li­wie na Cillę. Wszy­scy poza rudą ko­bietą, którą pa­mięta z Kap­pAhla. Przy­naj­mniej ona uśmie­cha się do niej za­chę­ca­jąco i po­daje jej fi­li­żankę kawy. Cilla wy­pija łyk i oczy­wi­ście pa­rzy się w ję­zyk.

Cho­lera ja­sna.

Ka­ta­rina od­suwa się na bok i uwaga lu­dzi zgro­ma­dzo­nych w pro­wi­zo­rycz­nej sali kon­fe­ren­cyj­nej sku­pia się na Cilli. Jakby do tej pory wszy­scy się na nią nie ga­pili. Cilla nie do końca wie, co Ka­ta­rina ro­zu­mie przez "kie­row­niczkę cen­trum han­dlo­wego", ale nie ma od­wagi, by się jej po­sta­wić w obec­no­ści tego gre­mium. Ka­ta­rina i bez tego wy­daje się z ja­kie­goś po­wodu mocno znę­kana. Cilla my­śli o wzbu­rzo­nych gło­sach, które sły­szała, gdy cze­kała na ze­wnątrz. Do­tarły do niej wtedy wy­rwane z kon­tek­stu zda­nia: "zło­dziej­skie koszty wspólne", "w cen­trum nic się nie dzieje", czy "na co wy­damy pie­nią­dze z to­a­let?".

- Aha, aha, no to kogo my tu mamy? - pyta ko­bieta po pięć­dzie­siątce i pa­trzy w jej stronę, mru­żąc nie­bie­skie oczy, a jed­no­cze­śnie od­rzuca uko­śną grzywkę w ko­lo­rze srebrny blond.

Cilla chrząka.

- Jak już wspo­mniano, na­zy­wam się Cilla Fal­lan­der i to ja or­ga­ni­zuję otwar­cie w sierp­niu - mówi naj­słab­szym gło­si­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek z sie­bie wy­do­była, i czuje, że nie­mal ugi­nają się pod nią ko­lana. At­mos­fera pa­nu­jąca w po­miesz­cze­niu na­prawdę wy­sysa z niej siły.

- Mo­żesz mó­wić gło­śniej? - woła ja­kiś głos.

Cilla prze­nosi śro­dek cięż­ko­ści na drugą nogę i po­na­wia próbę, ale róż­nica jest nie­znaczna.

- Bę­dziesz też kie­row­niczką cen­trum? Do­brze by było, gdyby działo się też coś la­tem, bo liczba klien­tów ra­czej wtedy nie ro­śnie - mówi młody, krótko ob­cięty fa­cet w ko­szulce marki Sta­dium i wbija w nią wzrok. Cilla go roz­po­znaje. To on stał w ko­lejce do kasy, kiedy ku­po­wała kask ro­we­rowy dla Wil­liama w ze­szłym ty­go­dniu.

- Tak - od­po­wiada ci­cho i ucieka wzro­kiem.

Mózg pra­cuje go­rącz­kowo. Kie­row­niczka cen­trum. Co robi ktoś taki? Co ją omi­nęło?

- Za­ła­twmy jedną sprawę na­raz - wtrąca Ka­ta­rina, uni­ka­jąc jej py­ta­ją­cego wzroku .

Cilla przej­muje ini­cja­tywę.

- Po­sta­ramy się, aby pod­czas otwar­cia w ga­le­rii działo się wiele faj­nych rze­czy, a jako pro­fe­sjo­na­li­ści, któ­rzy tak do­brze znają to cen­trum, mo­że­cie udzie­lać mi rad i zgła­szać różne ży­cze­nia - mówi i uśmie­cha się do wszyst­kich wo­kół stołu. Tak bar­dzo chce, żeby obecni tu­taj czuli się za­an­ga­żo­wani i zro­zu­mieli, że nie jest kimś, kto po­ka­zuje pal­cem, co mają ro­bić inni. Że chęt­nie słu­cha i chce dla nich jak naj­le­piej. Prawda jest jed­nak taka, że w tym mo­men­cie naj­bar­dziej ze wszyst­kiego chce, żeby ją po­lu­bili.

Mam­ro­cze pod no­sem. Nikt nie od­wza­jem­nia uśmie­chu. Na­wet ko­bieta z Kap­pAhla.

Roz­lega się pu­ka­nie do drzwi i wcho­dzi Tim. To on zle­cił jej to za­da­nie, więc od­dy­cha z ulgą, że nie musi być już w cen­trum uwagi.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie - od­zywa się. - Wi­dzę, że już po­zna­li­ście Cillę. Prawda, że mamy zuch dziew­czynę?! - woła i roz­gląda się po po­miesz­cze­niu.

Nie spo­tyka się z ja­kimś szcze­gól­nym od­ze­wem, więk­szość ze­bra­nych tylko uśmie­cha się uprzej­mie i bez en­tu­zja­zmu.

- No tak, tak, w ta­kim ra­zie mo­żemy po­dać kilka in­nych in­for­ma­cji - cią­gnie i pa­trzy na Ka­ta­rinę, która staje obok niego.

Cilla od­cho­dzi na bok i gdy Tom wraz z Ka­ta­riną mó­wią, przy­gląda się wszyst­kim oso­bom w po­miesz­cze­niu. Wiele z nich sie­dzi ze skrzy­żo­wa­nymi ra­mio­nami. Na­pię­cie uno­szące się w po­wie­trzu jest nie­mal na­ma­calne. Cilla przy­pusz­cza, że jest mię­dzy nimi sporo nie­za­że­gna­nych kon­flik­tów.

Ale Tim z Ka­ta­riną wy­glą­dają na zgrany ze­spół i zdaje się, że wspólna praca do­brze im robi. Cilla spo­tkała wcze­śniej Tima kilka razy i na­brała prze­ko­na­nia, że jest spra­wie­dliwy, pro­fe­sjo­na­lny i nie boi się pra­co­wać z ko­bie­tami ma­ją­cymi wła­sne zda­nie. Wy­daje się też pewny sie­bie. Wy­gląda na to, że trzyma formę, a przy tym jest nie­przy­zwo­icie przy­stojny. Cilla go lubi.

- Mu­szę już le­cieć, ale mam na­dzieję, że ser­decz­nie po­wi­ta­cie Cillę - mówi Tim i kiwa jej głową, po czym wy­cho­dzi.

W po­miesz­cze­niu za­pada ab­so­lutna ci­sza.

*

Serce mocno jej wali. Pró­buje spo­tkać się z Ti­mem wzro­kiem, ale ten pa­trzy na wszyst­kich poza nią. Dla­czego jej unika? Dla­czego za­cho­wuje się tak dziw­nie? I dla­czego tyle się uśmie­cha i miz­drzy do tej ca­łej Cilli?

Nie wy­gląda to do­brze, w żad­nym ra­zie, a ona czuje, że wszystko może ją omi­nąć. Prze­cież to ra­czej ona miała zor­ga­ni­zo­wać to otwar­cie. A przy­naj­mniej w nim uczest­ni­czyć. Przede wszyst­kim zaś po­winna mieć jego...

Ka­ta­rina niby anio­łek stoi so­bie w ża­kie­cie z Ti­gera w kre­dowe pa­ski i udaje, że nic się nie stało.

Prze­cież chyba nie rzu­ca­łaby z Ti­mem słów na wiatr? "To się opłaci". Bla, bla, bla. Gówno prawda.

Wy­pija ko­lejny łyk kawy i od­po­wiada fał­szy­wym uśmie­chem, ale nie spo­tyka się z Ka­ta­riną wzro­kiem.

Cztery lata.

Cztery lata była na każde za­wo­ła­nie dla tej ga­le­rii, nie zwa­ża­jąc na re­gu­larną pracę, ale naj­wy­raź­niej nic to nie zna­czy. Roz­gląda się do­okoła, żeby zo­ba­czyć, jak re­agują po­zo­stali, ale wszy­scy zdają się bez reszty po­chło­nięci słu­cha­niem tej miz­drzą­cej się ro­pu­chy. Wszy­scy poza Lottą z Cu­busa, która maj­struje przy me­lan­żo­wych sza­rych pa­znok­ciach z ja­ki­miś pie­przo­nymi bły­skot­kami, i Lo­uise z H&M, która prze­suwa pu­stą fi­li­żankę do kawy w tę i z po­wro­tem, tak że por­ce­lana szura o drewno i do­pro­wa­dza ją do sza­leń­stwa. Jo­nas ze Sta­dium szpera w te­le­fo­nie i udaje, że do­stał ja­kiś ważny SMS, a ta nowa, zie­lo­no­włosa z Body Shopu sie­dzi w oknie z ko­legą, uśmie­cha się przez cały czas i wy­gląda jak to­talna idiotka. So­fie z ?h­lénsa zerka w jej stronę, ale ona nie ma za­miaru za­szczy­cić jej choćby spoj­rze­niem. Wie, co ma do po­wie­dze­nia. W każ­dym ra­zie Mona z Ce­rvery za­bija tę szmatę So­fie wzro­kiem. Jej może chyba ufać.

Kiedy spo­tka­nie na­resz­cie do­biega końca, scho­dzi po scho­dach i po­spiesz­nie wy­cho­dzi na Cen­tral­ga­tan w kie­runku Na­vet, żeby zdą­żyć na au­to­bus do Gran­lo­holm. Nie chce roz­ma­wiać z żadną z tych fał­szy­wych ka­na­lii. "Wow, je­steś na­prawdę do­bra. Co my by­śmy bez cie­bie zro­bili? Je­steś po pro­stu naj­lep­sza".

Wy­jąt­kowo zimne ma­jowe po­wie­trze ude­rza ją w twarz i chło­dzi jej roz­pa­lone po­liczki. Wzdy­cha na wi­dok le­żą­cego śniegu. Jakby mało było na dzi­siaj kło­po­tów.

Cały jej trud po­szedł na marne. Te wszyst­kie go­dziny, kiedy tasz­czyła kar­tony z ozdo­bami świą­tecz­nymi, ła­ziła po dra­bi­nach, pra­co­wała za darmo i słu­żyła po­mocą pra­wie bez słowa po­dzię­ko­wa­nia. No do­brze, w ze­szłe święta na ze­bra­niu ca­łego cen­trum do­stała pu­dełko cze­ko­la­dek Alad­din. Dzię­kuję uprzej­mie.

W au­to­bu­sie, który śli­zga się w roz­mo­kłym śniegu, trzyma się opar­cia przed sobą. Kiedy wy­gląda przez okno, naj­bar­dziej za­ja­dła wście­kłość zmie­nia się w jej żo­łądku w ciężką bryłę. Co po­wie te­raz ma­mie i ta­cie? Jej sio­stra znowu bę­dzie miała uży­wa­nie, a ro­dzice prze­krzy­wią głowy i jak zwy­kle po­pa­trzą na nią z po­bła­ża­niem. Gdyby tylko po­tra­fiła trzy­mać gębę na kłódkę, do­póki nie bę­dzie pewna. Ale jest już za późno. Znowu musi coś wy­my­ślić.

Kiedy wy­siada z au­to­busu, po­tyka się o wła­sne stopy i klnie, lą­du­jąc na nad­garstku w śnie­go­wej brei. Śnieg w maju, prze­cież to ja­kieś po­pie­przone, my­śli, po czym szybko się pod­nosi, po­pra­wia świeżo po­far­bo­wane rude włosy i na­kłada wię­cej błysz­czyku, żeby zro­bić so­bie sel­fie. W week­end sie­działa prze­cież na bal­ko­nie, po­pi­jała ró­żowe wino i roz­ta­piała się w upale, a te­raz ta­kie coś.

Po zro­bie­niu ca­łej se­rii zdjęć jest w końcu za­do­wo­lona z od­po­wied­niego kąta, tak że za­równo śnieg na ziemi, jak i dziu­bek na pierw­szym pla­nie wy­glą­dają per­fek­cyj­nie. "Oliwa spra­wie­dliwa za­wsze na wierzch wy­pływa, a co śnieg przy­kryje, to od­wilż za­wsze od­kryje..." - pi­sze, kiedy już wy­brała, jaki za­sto­suje filtr na In­sta­gra­mie.

Wcho­dzi do pu­stego miesz­ka­nia i od razu idzie do szafki, żeby wy­jąć bu­telkę whi­sky i szklankę. Po wy­pi­ciu trzech ły­ków pa­skud­nego na­poju krzywi się i wy­ciąga te­le­fon. Wie, że nie może za­dzwo­nić do Tima wie­czo­rem o tej po­rze. Ist­nieje ry­zyko, że jego żona usły­szy, ale po pro­stu musi z nim po­roz­ma­wiać.

"Za­dzwoń do mnie, jak tylko bę­dziesz mógł" - pi­sze w SMS-ie.

Cze­ka­jąc z na­dzieją, że męż­czy­zna tym ra­zem od­dzwoni, pod­cho­dzi do klatki sto­ją­cej na pod­ło­dze i wkłada do niej tro­chę sera. Po­tem zgar­nia całą le­żącą na ku­chen­nym stole pocztę i prze­suwa fi­li­żankę her­baty z dzi­siej­szego po­ranka, a na­stęp­nie włą­cza kom­pu­ter i wy­szu­kuje w Go­ogle jej na­zwi­sko.

No to zo­baczmy, panno Cillo Fal­lan­der.

Aha, na­wet pani. Wy­ska­kuje kilka ar­ty­ku­łów z "Sund­svalls Tid­ning".

Ar­tystka es­tra­dowa? A to do­bre.

Do­lewa so­bie whi­sky do szklanki i wy­pija jesz­cze kilka du­żych ły­ków. Dla­czego nie dzwoni? Może wła­śnie po­wie­dział żo­nie, że chce się roz­wieść? Może aku­rat w tym mo­men­cie pani Lars­son pła­cze, mniej wię­cej tak jak ona pła­kała przez rok, cze­ka­jąc, aż bę­dzie mo­gła się na­cie­szyć okru­szy­nami, ja­kie jej zo­sta­wiał. Ale ko­niec z cze­ka­niem. Obie­cał jej to. Wiele obie­cał, jak by się tak za­sta­no­wić.

Czer­wone po­wia­do­mie­nia wy­świe­tlają się w apli­ka­cji Fa­ce­book, a ona nie może się po­wstrzy­mać, by nie wejść i spraw­dzić, kto może cze­goś od niej chcieć.

Aha, wy­gląda na to, że grupa GTG uak­tyw­niła się na wie­czór.

Ga­le­ria - Tajna Grupa.

Składa się z kilku osób, które tam pra­cują. Sama nie wie, po co do niej do­łą­czyła. Rzadko dys­ku­tuje się tu o czymś cie­ka­wym, ale tak czy ina­czej - ona ni­gdy się nie udziela. Zwy­kle tylko czyta, co za­miesz­czają inni, żeby mieć pewne ro­ze­zna­nie w sy­tu­acji. Ale może na­pi­sali coś na te­mat wie­czor­nego spo­tka­nia? Klika da­lej i czyta.

Ella An­ders­son

Ad­mi­ni­stra­tor-- 9 maja o 22.13

No więc co po­wie­cie o tym spo­tka­niu dziś wie­czo­rem? Tyle ga­dali, że to otwar­cie jest ta­kie ważne, no i przy­jęli so­bie na kie­row­niczkę pro­jektu ja­kąś nie­opie­rzoną show­mankę z mia­sta! Nie­po­koję się. Jak my­śli­cie?

Lotta Lin­dén

Zga­dzam się z tobą, Ella. Każdy się prze­cież spo­dzie­wał, że wy­biorą ja­kie­goś pro­fe­sjo­na­li­stę, jak już na­prawdę obie­cali za­in­we­sto­wać.

Hasse Lars­son

Tak, cho­ciaż tego nie wiemy, może jest bar­dziej pro­fe­sjo­na­lna, niż nam się wy­daje. Żona wi­działa przed ze­szłymi świę­tami ja­kieś show, któ­rego pro­du­centką była ta Cilla, i jak na lo­kalne wa­runki wy­pa­dło to dość pro­fe­sjo­nal­nie.

Lotta Lin­dén

No miejmy taką na­dzieję.

Hasse Lars­son

Ja to mam na­dzieję, że roz­kręci ja­kieś atrak­cje też la­tem, żeby coś się działo. Na­sza sprze­daż dra­stycz­nie spa­dła w po­rów­na­niu z po­przed­nim ro­kiem.

So­fie St?l

Ra­czej nie wy­glą­dało, żeby to wspól­nie omó­wili, no nie?

Hasse Lars­son

O czym mó­wisz, So­fie?

So­fie St?l

Cho­dzi mi o to, że kiedy Ka­ta­rina po­wie­działa, że ta Cilla bę­dzie też kie­row­niczką cen­trum, zda­wało się, że to dla niej nie­spo­dzianka. Czy tylko ja mia­łam ta­kie wra­że­nie?

Śle­dzi dal­szą kon­wer­sa­cję. Naj­wi­docz­niej żadne z nich nie ma zda­nia, że ona sama chyba nie była na­wet brana pod uwagę jako ktoś, kto mógłby kie­ro­wać tym pro­jek­tem. Po­mimo wszyst­kiego, co dla nich zro­biła. Czuje jed­nak za­do­wo­le­nie, gdy czyta, że ta Cilla nie bę­dzie miała chyba zbyt ła­two. Jesz­cze raz spraw­dza SMS-y, po czym jed­nym hau­stem wy­chyla resztę ze szklanki i z hu­kiem za­myka kom­pu­ter.

*

- To twój ga­bi­net - in­for­muje Ka­ta­rina i robi mały krok w głąb po­koju. - Cho­ciaż nie bę­dziesz tu­taj zbyt czę­sto sie­działa. Naj­wię­cej czasu zaj­mie ci bie­ga­nie po skle­pach - do­daje.

- Mhm - od­mru­kuje Cilla i pró­buje spra­wiać wra­że­nie, że za wszyst­kim na­dąża.

- We­wnętrzny dzie­dzi­niec zo­sta­nie oszklony i sta­nie się ka­wiar­nią i re­stau­ra­cją w jed­nym - cią­gnie Ka­ta­rina, po­chy­la­jąc się i spo­glą­da­jąc na bu­dowę w dole. - W wieży na da­chu jest fan­ta­styczna mała sauna. Po­każę ci kie­dyś, jak znaj­dziemy tro­chę czasu. Chodź, ga­le­ria jest już za­mknięta, więc się ro­zej­rzymy.

Ka­ta­rina utrzy­muje za­wrotne tempo na swo­ich dłu­gich no­gach, więc Cilla musi truch­tać, żeby za nią na­dą­żyć. Kiedy wra­cają do kuchni dla per­so­nelu, Ka­ta­rina wyj­muje z ak­tówki gruby se­gre­ga­tor i po­daje go Cilli.

- To twoje obo­wiązki. Prze­czy­taj so­bie w wol­nej chwili.

- No pew­nie, ale może byś mi choć tro­chę wy­ja­śniła, co ta­kiego robi kie­row­niczka cen­trum? My­śla­łam, że będę pro­wa­dzić tylko pro­jekt otwar­cia.

- Tak, to się oczy­wi­ście zga­dza, ale uwa­żam, że do­brze by było, gdy­byś po­znała lu­dzi w skle­pach i zo­rien­to­wała się w dzia­łal­no­ści ca­łej ga­le­rii, żeby jak naj­le­piej za­in­sce­ni­zo­wać otwar­cie.

Koń­czą spo­tka­nie. Kiedy Cilla wy­cho­dzi na ze­wnątrz i wi­dzi na ziemi śnieg, wzdryga się z zimna. Co się, u li­cha, dzieje? Prze­cież do­piero co było cie­pło jak la­tem. Sie­dząc w sa­mo­cho­dzie, dzwoni do Jossy, młod­szej sio­stry, i krótko opo­wie­dzieć o nie­daw­nym spo­tka­niu.

- Na pewno się ułoży, zo­ba­czysz - po­cie­sza ją Jossa.

- Może to so­bie tylko wy­obra­żam, ale wy­daje mi się, że pra­cow­nicy ga­le­rii nie przy­jęli mnie zbyt cie­pło. Coś jakby wi­siało w po­wie­trzu...

- Na­prawdę mam na­dzieję, że tylko to so­bie wy­obra­żasz. Przez ja­kiś czas nie po­trze­bu­jesz ko­lej­nych dra­ma­tów.

- No, ra­czej nie. A wiesz, że w Sund­svall pada śnieg?

- Żar­tu­jesz? Ja wła­śnie sie­dzę w ogródku re­stau­ra­cyj­nym i po­pi­jam ró­żowe wino.

- Chyba w tym mo­men­cie po­jadę do Sztok­holmu. To na­prawdę wa­riac­two, żeby w maju pa­dał śnieg. Trzy dni temu grzało słońce, a ja le­ża­łam so­bie na ta­ra­sie i opa­la­łam się w stroju ką­pie­lo­wym.

- Śnieg na pewno znik­nie rów­nie szybko, jak się po­ja­wił - mówi Jossa.

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Cilla skręca na pod­jazd ga­ra­żowy w dziel­nicy Haga. Na­prawdę nie mo­gła się do­cze­kać tego eks­cy­tu­ją­cego i za­szczyt­nego za­da­nia, ale na­cho­dzi ją dziwne uczu­cie, a ona nie po­trafi roz­strzy­gnąć, czy pod­skór­nie czuje ła­skotki ra­do­snego ocze­ki­wa­nia, czy nie­za­do­wo­le­nie.

Wsta­wia sa­mo­chód do ga­rażu, do­kład­nie za­myka na­pra­wiony już za­mek, a za­nim otwo­rzy drzwi, ko­pie w be­to­nowe schody, żeby po­zbyć się śnież­nej brei strze­puje śnieg o be­to­nowe stop­nie, za­nim od­blo­ko­wuje drzwi.

- Halo, halo, wró­ci­łam!

- Cześć, ko­cha­nie, je­stem tu­taj - od­po­wiada mama z sa­lonu.

Cilla znaj­duje Verę na so­fie, z książką w ręku.

- Masz ochotę na fi­li­żankę kawy, za­nim po­je­dziesz? - pyta Cilla.

- Głup­ta­sku, prze­cież nie mogę tak późno pić kawy, je­śli mam w nocy spać. Chłopcy i ja świet­nie się dzi­siaj ba­wi­li­śmy, ale te­raz słodko już śpią. Jak po­szło na spo­tka­niu?

- Nie naj­go­rzej. Tylko sporo no­wych in­for­ma­cji.

- Za­wsze tak jest na po­czątku. Zo­ba­czysz, jak na tym sko­rzy­stasz. Po­myśl, że przez kilka mie­sięcy bę­dziesz do­sta­wać stałe wy­na­gro­dze­nie. Wspa­niale, że tro­chę od­sap­niesz po za­mie­sza­niu w ze­szłym roku, kiedy mia­łaś te wszyst­kie świą­teczne wy­stępy, zwa­rio­wa­nych śpie­wa­ków i... no wiesz, co przy­da­rzyło się Biance.

- Na pewno bę­dzie su­per - od­po­wiada Cilla i od­wraca się do te­le­wi­zora.

Z jed­nej strony coś jej mówi, że jak przyj­dzie co do czego, to słowo "od­sap­niesz" nie bę­dzie naj­bar­dziej na miej­scu. Z dru­giej strony nie boi się cięż­kiej pracy i nie może się do­cze­kać, aż za­bie­rze się do dzia­ła­nia.

- Wra­cam do taty. Za­mknij za mną, do­brze?

- Oczy­wi­ście - za­pew­nia Cilla i naj­pierw spraw­dza klamkę u drzwi do piw­nicy, a po­tem prze­kręca klucz w drzwiach wej­ścio­wych po wyj­ściu mamy.

Trudno uwie­rzyć, że mi­nęło za­le­d­wie pół roku od dra­ma­tycz­nych wy­da­rzeń z ze­szłej je­sieni.

Idzie na górę i spraw­dza, jak tam chłopcy, a po­tem siada na so­fie i otwiera gruby se­gre­ga­tor, który do­stała od Ka­ta­riny. Punkt po punk­cie czyta spo­rzą­dzony peł­nym za­krę­ta­sów pi­smem spis tre­ści.

Pro­mo­cja

Sprzą­ta­nie

Im­preza

Ze­bra­nia

Pie­nią­dze z to­a­let

Za­rząd

Czysz­cze­nie pod­łóg

Wy­rzu­ca­nie śmieci

Od­śnie­ża­nie

Firma ochro­niar­ska

Klub klienta

Me­dia spo­łecz­no­ściowe

Bu­dżet...

Boże, w co ja się wpa­ko­wa­łam? Kiedy de­cy­do­wała się na to za­da­nie, nikt nie wspo­mi­nał o tym wszyst­kim ani sło­wem. Miała za­trud­nić wy­ko­naw­ców na otwar­cie, wy­my­ślić wiele in­te­re­su­ją­cych atrak­cji i za­ła­twić wszyst­kie sprawy or­ga­ni­za­cyjne zwią­zane z hucz­nym czte­ro­dnio­wym otwar­ciem w sierp­niu. Jakby cho­dziło o wielki show z pra­wie nie­ogra­ni­czo­nym bu­dże­tem, a ona peł­niła funk­cję jego pro­du­centki i re­ży­serki. Ale to prze­cież dużo wię­cej. Ma się też zaj­mo­wać wy­rzu­ca­niem śmieci i czysz­cze­niem pod­łóg? Jesz­cze raz czyta na­główki. Musi za­dzwo­nić do Tima i o wszystko do­py­tać.

W tej sa­mej se­kun­dzie od­zywa się le­żący obok niej te­le­fon. Wi­dzi, że to Henke.

- Halo, ko­cha­nie, jak tam? - wita się mąż.

- W po­rządku - od­po­wiada Cilla, zie­wa­jąc i w roz­tar­gnie­niu prze­glą­da­jąc se­gre­ga­tor.

- Jak spo­tka­nie z nimi wszyst­kimi?

- Mhm... in­te­re­su­jące. Oka­zało się, że zle­ce­nie na za­rzą­dza­nie pro­jek­tem obej­muje też obo­wiązki ko­goś w ro­dzaju kie­row­nika ca­łej ga­le­rii. Nie mam po­ję­cia, co to zna­czy.

- Brzmi dziw­nie, ale może bę­dzie faj­nie?

- Mhm, mam taką na­dzieję. Tak strasz­nie chcę, żeby się udało. To prze­cież na­prawdę szansa na mi­lion, żeby po­ka­zać, na co mnie stać. A co u cie­bie?

- Wła­śnie mik­su­jemy nowy ka­wa­łek, a po­tem idziemy na piwo. Z chło­pa­kami wszystko okej?

- Śpią. Mama do­piero co po­je­chała - wy­ja­śnia Cilla.

Za­czyna li­czyć, ile jesz­cze ty­go­dni do za­koń­cze­nia se­me­stru let­niego i po­wrotu Hen­kego do Sund­svall. Przy­zwy­cza­iła się wpraw­dzie, że za­ła­twia wszystko sama, gdy on stu­diuje pro­duk­cję mu­zyczną w Sztok­hol­mie, nie może się jed­nak do­cze­kać, aż bę­dzie miał wa­ka­cje. Po­tem zo­sta­nie mu jesz­cze tylko rok i ży­cie wróci do normy, a oni będą wszyst­kim się ze sobą dzie­lić.

- Mamy coś w pla­nach na week­end? - pyta Henke.

- Mam w pią­tek wy­stęp dla jed­nej firmy, więc by­łoby do­brze, gdy­byś przy­je­chał do domu na czas.

Kiedy koń­czą roz­mowę, Cilla od­kłada se­gre­ga­tor i za­gląda na In­sta­gram. Bianca wsta­wiła kilka zdjęć z lot­ni­ska w Pa­ryżu, a Cilla cie­szy się, wi­dząc, jaka jest szczę­śliwa. Bianca nie mo­gła zro­bić nic lep­szego po tym, co spo­tkało ją ostat­niej je­sieni. Żeby o tym za­po­mnieć, zmie­niła oto­cze­nie i zo­stała au pair w sto­licy Fran­cji.

Ko­chana, śliczna Bianca, którą za­trud­niła w ze­szłym roku jako cho­re­ografkę do świą­tecz­nych wy­stę­pów i którą w tym ca­łym za­mie­sza­niu ten chory czło­wiek mocno skrzyw­dził.

Tr?s chic, ma­de­mo­iselle1 , ko­men­tuje Cilla, a na­stęp­nie od­kłada te­le­fon, opiera głowę na opar­ciu i za­myka oczy. Mi­nęło już sporo czasu, ale pewne rze­czy pa­mięta, jakby się wy­da­rzyły wczo­raj. Ona też mu­siała mieć wtedy sie­dem­na­ście lat, do­kład­nie tyle co Bianca. A może szes­na­ście? Wstaje i otwiera kre­dens obok stołu ja­dal­nia­nego, gdzie chyba leży al­bum. Al­bum za­wie­ra­jący wszyst­kie jej fo­to­gra­fie z Pa­ryża. Ależ tak, leży tu­taj na sa­mym dole, pod książ­kami ku­char­skimi i in­nymi al­bu­mami. Pa­trzy na samą sie­bie w przy­ku­rzo­nym fol­de­rze, lecz szybko prze­kłada zdję­cie, na któ­rym ma wo­kół szyi smycz, a jej ciało za­sła­nia ma­ciu­peńki skra­wek ma­te­riału.

*

Bianca po­dąża za in­nymi po­dróż­nymi przez dłu­gie pa­saże ogrom­nego lot­ni­ska. Jej oczom uka­zuje się mnó­stwo pięk­nych fo­to­gra­fii ład­nych i praw­do­po­dob­nie słyn­nych fran­cu­skich bu­dyn­ków i oso­bi­sto­ści. Cześć, Mona Liso!

Po­my­śleć, że na­prawdę jest w Pa­ryżu, mie­ście ma­rzeń jej mamy, któ­rego ta nie zdą­żyła od­wie­dzić.

Wa­lizka w ko­lo­rze woj­sko­wej zie­leni, którą Bianca po­ży­czyła od są­siada, przy­jeż­dża na ta­śmie, a ona zdej­muje ją z wy­sił­kiem, za­nim przej­dzie do hali przy­lo­tów. Ła­two było roz­po­znać ba­gaż wśród lśnią­cych czar­nych mo­deli na kół­kach. Wi­dząc, jak inni pa­sa­że­ro­wie z ła­two­ścią to­czą wa­lizki, wsty­dzi się swo­jego sta­ro­mod­nego ba­ra­chła i już ro­zu­mie, dla­czego są­siad obej­dzie się bez niej przez dłuż­szy czas. Jej krewni ni­gdy nie byli poza gra­ni­cami Szwe­cji, a wła­ści­wie, jakby się nad tym bli­żej za­sta­no­wić, na­wet poza Sund­svall. Bianca to chyba pierw­sza osoba z ro­dziny, która le­ciała sa­mo­lo­tem. Może jesz­cze jej tata, cho­ciaż ona nic o tym nie wie. Roz­gląda się do­okoła i wi­dzi wózki, z któ­rych można sko­rzy­stać, żeby po­ło­żyć na nich tę że­nu­jącą wa­lizkę i nie mu­sieć jej tasz­czyć. Ze zde­ner­wo­wa­nia czuje ucisk w żo­łądku. A je­żeli ro­dzina, u któ­rej za­mieszka, okaże się straszna? A je­żeli nie bę­dzie ro­zu­miała, co do niej mó­wią? Po­dąża za ozna­cze­niami, żeby do­trzeć do to­a­lety. Tam wpy­cha wa­lizkę do ka­biny, tak że musi usiąść tro­chę bo­kiem, aby się zmie­ścić. Jak­kol­wiek bę­dzie, go­rzej niż w domu być prze­cież nie może.

Gdy wy­cho­dzi do hali przy­lo­tów, wi­dzi przed sobą męż­czy­znę, który ma­cha ta­bliczką z jej imie­niem. Wy­gląda do­kład­nie tak, jak to so­bie wy­obra­żała. Jest rów­nie ni­ski jak ona i na­wet jesz­cze szczu­plej­szy.

- Bon­jour, Bianco, wi­tamy - mówi i wy­ciąga rękę.

Krza­cza­ste wąsy pod­ska­kują, kiedy mówi. Przy­po­mina jej pewną po­stać z wi­dzia­nej nie­gdyś ko­me­dii. To oj­ciec ro­dziny, u któ­rej Bianca bę­dzie miesz­kać i pra­co­wać. Wy­cho­dzą na ze­wnątrz i zmie­rzają do sa­mo­chodu. Ude­rza w nią upał i ob­le­pia jej twarz jak mo­kry koc. Męż­czy­zna po­maga jej wło­żyć wa­lizkę do ma­łego czer­wo­nego ci­tro­ëna, po czym w mil­cze­niu jadą w kie­runku La­sku Bu­loń­skiego, a w każ­dym ra­zie w oko­lice, gdzie mieszka ro­dzina. Mil­cze­nie to może za dużo po­wie­dziane. Ona się nie od­zywa, ale męż­czy­zna klnie. Bianca wie, co po fran­cu­sku zna­czy merde. Jej to­wa­rzysz ge­sty­ku­luje gwał­tow­nie w stronę in­nych kie­row­ców dło­nią, w któ­rej trzyma pa­pie­rosa. Do­brze, że cho­ciaż drugą trzyma na kie­row­nicy. Dziew­czyna pró­buje wy­my­ślić, co tu sen­sow­nego po­wie­dzieć za po­mocą słow­nic­twa z lek­cji fran­cu­skiego, ale do­cho­dzi do wnio­sku, że nie jest w sta­nie nic z sie­bie wy­du­sić.

W każ­dym ra­zie nie po fran­cu­sku.

Kiedy po dro­dze mi­jają sklep IKEA, prze­łyka ślinę i pa­trzy pro­sto przed sie­bie. Już tę­skni za do­mem.

As­falt wy­gląda tak, jakby wi­bro­wał od go­rąca. Wjeż­dżają do cen­trum. Szyby są cał­ko­wi­cie opusz­czone. Bianca wciąga w noz­drza wszyst­kie nowe wo­nie. Pach­nie tro­chę jak w parku roz­rywki - watą cu­krową, a do tego ka­dzi­deł­kami i świeżo upie­czo­nym chle­bem.

Kiedy do­cie­rają pod bu­dy­nek, w któ­rym znaj­duje się miesz­ka­nie, Biancę naj­pierw ogar­nia prze­ra­że­nie, a na­stęp­nie po­dziw, kiedy oj­ciec par­kuje rów­no­le­gle . Nie mie­ści jej się w gło­wie, jak udało mu się zmie­ścić sa­mo­chód na tak ma­łej prze­strzeni. Wpraw­dzie prze­suwa o ka­wa­łek auto z przodu, po pro­stu na nie wjeż­dża­jąc, a na­stęp­nie to z tyłu, ale się mie­ści.

Jej przy­szła ro­dzina zaj­muje miesz­ka­nie na sa­mej gó­rze, to zna­czy na szó­stym pię­trze. Nie ma windy. Oj­ciec ro­dziny mimo nie­wiel­kiego wzro­stu po­maga jej nieść wielką wa­lizkę i kiedy otwiera drzwi do miesz­ka­nia, cały jest zlany po­tem. Bianca stoi na ze­wnątrz i za­gląda do przed­po­koju z mie­szanką cie­ka­wo­ści i stra­chu, które wal­czą o pierw­szeń­stwo w jej żo­łądku.

- Bon­jour, Bianco, wi­tamy w Pa­ryżu - mówi przy­jaź­nie ko­bieta w ciąży.

Bianca w ży­ciu nie wi­działa więk­szego brzu­cha, mimo że wi­działa ich wcze­śniej cał­kiem sporo. Może po raz ko­lejny uro­dzą się bliź­niaki?

- To ja je­stem Édith.

Bianca pod­cho­dzi do Édith, żeby ją uści­skać - kilka razy prze­cież do sie­bie pi­sały - ale za­miast tego ko­bieta ca­łuje ją trzy razy w po­liczki, w prawy, lewy i znowu w prawy.

- A ja je­stem Bianca. Jak się ma­cie? - wy­du­sza z sie­bie po fran­cu­sku, żeby po­wie­dzieć co­kol­wiek, i wcho­dzi do miesz­ka­nia. Oka­zuje się małe jak sa­lon w domu w Sund­svall.

Pies, który wabi się Tar­zan, jest na­to­miast więk­szy od niej sa­mej i ca­łej kuchni ra­zem wzię­tych. Dzieci przy­bie­gają do mamy i cho­wają się za jej dużą po­sta­cią. Ukrad­kiem zer­kają na Biancę.

- Mam na imię Céline - przed­sta­wia się naj­star­sza dziew­czynka.

- To jest Da­nielle, a to Ad­?le - in­for­muje Édith i prze­suwa drob­niut­kie bliź­niaczki, żeby sta­nęły przed nią.

Miesz­ka­nie składa się z nie­du­żego sa­lonu, cia­snej kuchni, gdzie mie­ści się jedna osoba na­raz albo Tar­zan, oraz dwóch ma­łych sy­pialni. W jed­nej z nich śpią na ku­pie trzy có­reczki. Tam, gdzie wła­ści­wie znaj­duje się sy­pial­nia ro­dzi­ców, bę­dzie miesz­kać Bianca, bo w umo­wie jest za­pis, że "operka" ma do­stać wła­sny po­kój. W sa­lo­nie śpią na roz­kła­da­nej so­fie mama w za­awan­so­wa­nej ciąży z mę­żem, przy­naj­mniej w week­endy, kiedy ten wraca do domu. W ty­go­dniu Édith ma całą ka­napę dla sie­bie, po­nie­waż Fra­nçois pra­cuje w Bor­de­aux. To tam cała ro­dzina prze­pro­wa­dza się za kilka mie­sięcy, a Bianca jest po­trzebna jako do­dat­kowa para rąk i nóg, bo matce trudno jest te­raz nor­mal­nie się po­ru­szać.

Bianca za­po­mniała ję­zyka w gę­bie i je­dyne, czego chce, to za­paść się pod ciemną drew­nianą pod­łogę. Mimo wie­lo­let­niej na­uki na­gle nie pa­mięta żad­nego słowa fran­cu­skiego słowa.

Jak to wszystko się po­to­czy?

Édith pro­wa­dzi ją do po­koju, a kiedy za­myka za sobą drzwi, Bianca pra­gnie je­dy­nie po­ło­żyć się na łóżku i pła­kać. Cho­ciaż nie. Chce wra­cać do domu, mimo wszystko. Do domu, do taty i Oli­vera. Sły­szy, jak dziew­czynki ba­wią się na ze­wnątrz, aż w końcu nie mogą już wy­trzy­mać i otwie­rają drzwi, po czym w pod­sko­kach pod­bie­gają do jej łóżka, które jest pra­wie tak duże jak cały po­kój. Édith przy­cho­dzi na chwiej­nych no­gach, pod­trzy­mu­jąc rę­kami wy­gięte plecy, i pod­nie­sio­nym gło­sem przy­wo­łuje dzieci do po­rządku. Bianca ro­zu­mie, co się dzieje, na­wet je­śli nie zdą­żyła wy­ła­pać choćby słowa. Są­dząc po nie­po­cie­szo­nych mi­nach dziew­czy­nek i roz­cza­ro­wa­niu, z ja­kim na nią pa­trzą, gdy jedna po dru­giej czła­pią z po­ko­iku, ich mama mu­siała po­wie­dzieć, że to Bianca nie chce, żeby jej prze­szka­dzały. Mó­wiąc zu­peł­nie szcze­rze, fak­tycz­nie tak jest, ale matka nie po­winna chyba zrzu­cać na nią winy już pierw­szego dnia. Je­śli wszystko ma się udać, mu­szą się prze­cież za­przy­jaź­nić.

Bianca pró­buje stłu­mić ziew­nię­cie. Wy­cho­dzi za Édith do ma­ciu­peń­kiej kuchni i roz­gląda się do­okoła.

- Mogę w czymś po­móc? - pyta, po­ma­ga­jąc so­bie ge­stami.

- Nie, nie trzeba, ale może po­ba­wi­ła­byś się z dziećmi?

Od­wraca się w stronę sa­lonu, gdzie có­reczki ba­wią się na pod­ło­dze lal­kami. Tata sie­dzi na ka­na­pie, ogląda te­le­wi­zję i pali pa­pie­rosa. Obrzy­dliwe, my­śli Bianca i nie może so­bie przy­po­mnieć, czy wi­działa, żeby w Szwe­cji ktoś pa­lił w domu. Zaj­muje miej­sce obok dziew­czy­nek na pod­ło­dze. Po­syła im nieco nie­zręczny uśmiech, ale już po chwili wy­naj­dują za­bawę, w któ­rej może uczest­ni­czyć.

Édith przy­rzą­dza po­trawkę z kur­czaka, która pięk­nie pach­nie, a Bianca pro­po­nuje, że na­kryje do obiadu. Żo­łą­dek do­maga się je­dze­nia. Sia­dają przy drew­nia­nym stole po­ma­lo­wa­nym na brą­zowo, a Bianca usi­łuje zro­zu­mieć, o czym roz­ma­wiają, i od­po­wia­dać naj­le­piej, jak po­trafi, cho­ciaż mówi krótko. Po po­siłku w ży­wio­ło­wej at­mos­fe­rze Bianca sprząta ze stołu i ofe­ruje się ze zmy­wa­niem, za­do­wo­lona, że na chwilę bę­dzie mo­gła od­su­nąć się na bok. Wspa­niale, że nie musi się do ni­kogo od­zy­wać ani sta­rać się być miła. Nie może się już do­cze­kać, aż pój­dzie po­ło­żyć się do łóżka.

Gdy dziew­czynki umyły zęby i za­snęły, może w końcu wy­co­fać się do swo­jej dziu­pli. To był długi, dłu­ga­śny dzień.

W jej po­koju jest go­rąco i duszno, więc otwiera ty­powy bal­kon fran­cu­ski wy­cho­dzący na po­dwó­rze. Po ścia­nach bu­dyn­ków pną się ładne kwiaty, ubra­nia wi­szą na lin­kach i co chwilę do­ciera do niej za­pach płynu do płu­ka­nia. Czeka, aż w miesz­ka­niu za­pad­nie cał­ko­wita ci­sza, po czym wy­myka się do ła­zienki, żeby przy­go­to­wać się do spa­nia.

Za­nim się po­łoży, spraw­dza In­sta­gram i wi­dzi, że pod jej wpi­sem po­ja­wiło się kilka ko­men­ta­rzy. Je­den z nich na­leży do Cilli. Kiedy o niej my­śli, pęka jej serce. Świeżo wy­prana po­ściel ład­nie pach­nie. Bianca od­wraca się na bok i po­zwala, by łzy po­woli spły­wały na po­duszkę. Cho­ciaż jest na wpół ze­sztyw­niała ze zmę­cze­nia, obec­nie przed za­śnię­ciem za­wsze od­czuwa nie­po­kój. Wie, że kosz­mary nie­długo z po­wro­tem ją obu­dzą.

1 - Tr?s chic, ma­de­mo­iselle (franc.) - Bar­dzo ele­gancko, młoda damo.

15 maja, wto­rek

Zo­stało: 100 dni

Cilla wy­pa­ko­wuje ko­stiumy, które le­żały za­po­mniane w tor­bie od wy­stępu pod ko­niec grud­nia. Śmier­dzą pla­sti­kiem i sta­rym, za­tę­chłym po­tem, tak że nie­mal do­staje mdło­ści, gdy usi­łuje roz­dzie­lić sztywne no­gawki lśnią­cych la­tek­so­wych spodni, żeby je na­mo­czyć. Pięć mie­sięcy szybko mi­nęło, stwier­dza, i na wspo­mnie­nie ostat­niego wie­czoru czuje cię­żar w piersi. Scena, w któ­rej przy­ja­ciółki stoją w to­a­le­cie i się z niej na­śmie­wają, od tam­tej pory wiele razy sta­wała jej przed oczami. Po­stą­piła słusz­nie czy jed­nak za bar­dzo to wszystko roz­dmu­chała, kiedy po­wie­działa "dość" i się po­sta­wiła? Żadna z nich nie ode­zwała się od tam­tej pory. Ona też nie. Wiele razy sie­działa z te­le­fo­nem w ręku, ale zdo­łała się po­wstrzy­mać. Skoro ten je­den raz od­wa­żyła się wy­po­wie­dzieć wła­sne zda­nie, to te­raz po pro­stu nie może wró­cić z pod­ku­lo­nym ogo­nem. Mimo wszystko wciąż się za­sta­na­wia, co u nich sły­chać. Przez wiele lat się prze­cież przy­jaź­niły. W każ­dym ra­zie tak są­dziła. Przy­naj­mniej na Fa­ce­bo­oku wy­gląda to tak, jakby wszystko się mię­dzy nimi ukła­dało, my­śli, za­peł­nia­jąc pralkę.

Za dwie go­dziny spo­tyka się z Ti­mem Lars­so­nem i otrzyma wię­cej in­for­ma­cji na te­mat otwar­cia, wie­czo­rem zaś wpad­nie do niej jej ze­spół, żeby od­świe­żyć so­bie wszyst­kie nu­mery, które będą wy­ko­ny­wali w pią­tek. Po­chła­nia­jąc resztki wczo­raj­szego spa­ghetti bo­lo­gnese, prze­gląda tek­sty le­żące na ku­chen­nym stole.

Koń­czy jeść, przy­go­to­wuje się do wyj­ścia, je­dzie sa­mo­cho­dem do mia­sta do biura Nor­r­si­dan na Stor­ga­tan i par­kuje za cen­trum kul­tury Kul­tur­ma­ga­si­net. Dzi­siaj nie tylko świeci słońce, ale też w końcu zro­biło się cie­pło. Czuje ta­kie samo szczę­ście, ja­kie po­brzmiewa w pta­sim śpie­wie. Mia­sto bły­ska­wicz­nie przy­wdziało let­nią szatę i wszystko, co do tej pory było mar­twe, bu­dzi się do ży­cia, jak śpie­wał Ted Gär­de­stad. Od­nosi się to też do lu­dzi, my­śli Cilla i uśmie­cha się do każ­dej mi­ja­nej na ulicy osoby. Jesz­cze nie­dawno wszy­scy cho­dzili ubrani na czarno i wbi­jali wzrok w zie­mię, ale te­raz pa­nują róż i biel, a lu­dzie na­wią­zują kon­takt wzro­kowy. Tyle wy­star­czy, żeby serce moc­niej jej za­biło.

W dro­dze na Stor­ga­tan prze­cho­dzi obok sklepu, gdzie kie­dyś mie­ściło się biuro po­dróży, w któ­rym pra­co­wała wiele lat temu. Z pa­mięci wy­ła­nia się mnó­stwo wspo­mnień. To wła­śnie tu za­dzwo­nił Sonny Berg, żeby się z nią skon­tak­to­wać. Znany dy­rek­tor wy­twórni pły­to­wej, a przy oka­zji świ­nia, która znisz­czyła jej mło­dzień­cze ma­rze­nia o twór­czo­ści ar­ty­stycz­nej. Wy­warł wpływ na różne rze­czy w jej ży­ciu, nie­stety przede wszyst­kim ne­ga­tywny, cho­ciaż jedna rzecz wy­szła jej chyba na do­bre - już we wcze­snej mło­do­ści po­sta­no­wiła nie po­wie­rzać ka­riery ani w ogóle sie­bie w ni­czyje ręce i na­dal stara się tego trzy­mać. Chce być wolna jak ptak i sa­mo­dziel­nie po­dej­mo­wać de­cy­zje. Mija starą pa­lar­nię kawy, która znaj­duje się w mie­ście od wie­ków, a kiedy ja­kaś ko­bieta otwiera drzwi i wy­cho­dzi z torbą z za­ku­pami, do­ciera do niej cu­do­wny za­pach świeżo zmie­lo­nych zia­ren.

W Nor­r­si­dan re­cep­cjo­nistka wpusz­cza ją do środka, po czym Cilla po­ko­nuje wszyst­kie pię­tra po scho­dach, gdyż dla od­miany po­ja­wiła się na miej­scu sporo przed cza­sem. Myśl, że lu­dzie cho­dzili w górę i w dół po tych pod­nisz­czo­nych już ka­mien­nych scho­dach przez po­nad sto lat, robi na niej po­tężne wra­że­nie. Kim były te osoby? Gdzie miesz­kały? Czym się zaj­mo­wały? I jak udało im się z ta­kim znaw­stwem sztuki stwo­rzyć te nie­wia­ry­godne ma­lo­wi­dła na ścia­nach i su­fi­cie? Kiedy pod­nosi wzrok, strzela jej w karku.

Zo­staje wpro­wa­dzona do środka i Tim od razu ją przyj­muje.

- Nie zdą­ży­li­śmy po­roz­ma­wiać ostat­nim ra­zem. Jak po­szło spo­tka­nie z ludźmi ze skle­pów, gdy się ulot­ni­łem? - pyta.

- Oczy­wi­ście, świet­nie - od­po­wiada Cilla.

- Okej, w ta­kim ra­zie wy­star­czy da­lej pra­co­wać. Samo otwar­cie, jak wiesz, od­bę­dzie się w czwar­tek dwu­dzie­stego trze­ciego sierp­nia, a po­tem ob­chody po­trwają jesz­cze trzy dni. Od tej pory chciał­bym od­by­wać co­ty­go­dniowe spo­tka­nia kon­tro­lne, że­byś mo­gła in­for­mo­wać mnie na bie­żąco, jak wszystko prze­biega.

Cilla no­tuje, pró­bu­jąc jed­no­cze­śnie wy­czuć, czy to od­po­wiedni mo­ment, by go za­py­tać, na czym po­le­gają obo­wiązki kie­row­niczki cen­trum.

- Na ja­kim je­steś eta­pie, je­śli cho­dzi o atrak­cje i mu­zy­ków? - do­py­tuje Tim.

- Mam sporo po­my­słów, a nie­które za­czy­nają już mieć ręce i nogi, ale cze­kam na osta­teczną od­po­wiedź od kilku wy­ko­naw­ców. Za­uwa­ży­łam, że po­trze­bują tro­chę czasu.

Męż­czy­zna wstaje i pod­cho­dzi do drzwi.

- Może opo­wiem wię­cej, gdy spo­tkamy się na­stęp­nym ra­zem? - Cilla wstaje nie­pew­nie i idzie za nim. To było na­prawdę krót­kie spo­tka­nie.

Tim przy­trzy­muje drzwi i spo­gląda na ze­ga­rek.

- W po­rządku, mam te­raz tro­chę pracy.

Pod ga­bi­ne­tem sie­dzą trzej męż­czyźni z du­żymi ar­ku­szami pa­pieru przy­mo­co­wa­nymi do czar­nych ka­wał­ków tek­tury.

- Może od razu się po­zna­cie - pro­po­nuje Tim, a cała trójka wstaje i wy­cią­gają w stronę Cilli prawe dło­nie.

- Cilla Fal­lan­der - przed­sta­wia się i po­daje każ­demu po ko­lei rękę.

- Są z agen­cji re­kla­mo­wej, która zaj­mie się pro­mo­cją - wy­ja­śnia Tim i kiwa głową w kie­runku męż­czyzn. - A to kie­row­niczka pro­jektu ko­or­dy­nu­jąca otwar­cie. Na pewno w przy­szło­ści bę­dzie­cie ze sobą sporo współ­pra­co­wać - do­daje na za­koń­cze­nie, po czym ge­stem za­pra­sza męż­czyzn do ga­bi­netu, a Cilla zdaje so­bie sprawę, że na nią już czas.

O obo­wiązki kie­row­niczki cen­trum za­pyta, kiedy zo­ba­czą się po raz ko­lejny. Tim wy­daje się taki ze­stre­so­wany. Może jed­nak wy­ro­biła so­bie mylne zda­nie o Ka­ta­ri­nie, za­sta­na­wia się Cilla, zbie­ga­jąc z po­wro­tem po tych nie­prze­li­czo­nych scho­dach. Au­gust i Wil­liam są w przed­szkolu. Za­nim ich od­bie­rze, po­winna wy­ko­rzy­stać czas i pójść na za­kupy spo­żyw­cze. Spie­sząc do sa­mo­chodu, stara się wy­my­ślić, co zrobi do zje­dze­nia. Coś, co można szybko przy­rzą­dzić. W ta­kim ra­zie za­ser­wuje pu­rée ziem­nia­czane z proszku i gril­lo­waną kieł­ba­skę. Przy­pusz­czal­nie ni­gdy nie do­sta­nie me­dalu dla naj­lep­szej mamy za swoje do­ko­na­nia w sztuce ku­li­nar­nej.

Auto dziw­nie się za­cina, kiedy usi­łuje je uru­cho­mić, ale przy trze­cim po­dej­ściu za­pala. Te­raz nic nie ma prawa się wy­da­rzyć. W ciągu ostat­nich mie­sięcy do­stała za­le­d­wie kilka drob­nych zle­ceń na wy­stępy i żeby mo­gli ja­koś prze­trwać, mu­siała po­de­brać tę odro­binę, która zo­stała jej z pie­nię­dzy za bo­żo­na­ro­dze­niowy show.

Za­uważa, że ma nie­ode­brane po­łą­cze­nie od Jossy, i od­dzwa­nia już z sa­mo­chodu.

- Dzi­siaj przy­szła po­śred­niczka nie­ru­cho­mo­ści sprze­dała swoje pierw­sze miesz­ka­nie! - drze się Jossa.

- Gra­tu­la­cje, su­per! Ładne było?

- Nie bar­dzo, małe jak dia­bli, ale oni są w tym Sztok­hol­mie nie­po­ważni. Pięć mi­lio­nów ko­ron za "nie­wiel­kie M2 z po­ten­cja­łem". - Jossa się śmieje. - Gdyby wasz dom stał tu­taj, mo­gli­by­ście za niego do­stać kupę forsy.

- Ale jak na ra­zie nie stoi, my na­to­miast chcemy miesz­kać tu­taj.

- Co ta­kiego?! Nie bra­kuje wam jeż­dże­nia me­trem ani sta­nia w kor­kach przez kilka go­dzin?

- Ani tro­chę - od­po­wiada Cilla i wjeż­dża na par­king przed skle­pem. - Kiedy wra­casz do domu? Tę­sk­nię za tobą, sio­strzyczko.

- Nie mam po­ję­cia, ale na pewno się wtedy ode­zwę.

W skle­pie Cilla szybko wy­peł­nia ko­szyk spra­wun­kami i pod­cho­dzi do kasy. Przed nią w ko­lejce stoi ko­bieta z roz­czo­chra­nymi czar­nymi wło­sami. Skądś ją chyba zna. Ko­bieta kie­ruje twarz w jej stronę i uśmie­cha się na znak, że ją roz­po­znaje.

- W ze­szłym ty­go­dniu spo­tka­ły­śmy się na ze­bra­niu w ga­le­rii - wy­ja­śnia i za­czyna wy­kła­dać za­kupy na ta­śmę. Kiedy koń­czy i od­kłada ko­szyk na miej­sce, wy­ciąga rękę w stronę Cilli.

- Tak mi się wy­da­wało, że gdzieś cię już wi­dzia­łam, ale w kuchni było was tak dużo... - tłu­ma­czy Cilla, ści­ska­jąc jej dłoń.

- Je­stem Lotta Lin­dén, kie­row­niczka Cu­busa - przed­sta­wia się i zwraca się w stronę ka­sjerki, żeby za­pła­cić. - Po­wo­dze­nia z trzy­ma­niem tej bandy w ry­zach.

- To zna­czy, że będę mieć do czy­nie­nia z ja­kąś uciąż­liwą bandą? - pyta Cilla i uśmie­cha się bez en­tu­zja­zmu.

- Sama zo­ba­czysz. Ale trudno, żeby lu­dziom z róż­nych skle­pów, które mają różne stra­te­gie, po­do­bało się to samo. Każdy so­bie rzepkę skro­bie, że się tak dy­plo­ma­tycz­nie wy­rażę - od­po­wiada ko­bieta.

- Ro­zu­miem - mówi Cilla i za­czyna wy­pa­ko­wy­wać pro­dukty na ta­śmę.

- Ale chyba nie po­win­nam już te­raz snuć czar­nych wi­zji - do­daje Lotta, po czym od­wraca się i od­cho­dzi w kie­runku drzwi.

Cilla zo­staje przy ka­sie z głu­pa­wym uśmie­chem, który jakby za­styga i przy­wiera jej do twa­rzy. Za­uważa, że Lotta znowu się od­wraca, przy­pa­tru­jąc jej się gniew­nie, i po krę­go­słu­pie prze­biega jej dreszcz.

16 maja, środa

Zo­stało: 99 dni

"Nie ma ta­kiej moż­li­wo­ści" - po­wie­dział. "Nie mogę roz­stać się z żoną i matką swo­ich dzieci, choć­bym nie wia­domo jak chciał. Mu­sisz to zro­zu­mieć".

Ale co, do cięż­kiej cho­lery, mia­łaby zro­zu­mieć? Że Tim okła­my­wał ją przez cały rok? Nie, do­brze wie, że po­wie­dział tylko to, co mu­siał po­wie­dzieć. Po jego gło­sie dało się wy­czuć, że zo­stał zmu­szony do wy­po­wie­dze­nia tych słów. Praw­do­po­dob­nie przez żonę. "Było mię­dzy nami coś fan­ta­stycz­nego, ale to już ko­niec". Jakby do­stała cios pię­ścią. Cho­ciaż nie. Dwa ciosy. Je­den w splot sło­neczny, a drugi w prawy po­li­czek.

"To już ko­niec".

Mó­wił to już przed­tem, lecz do­piero te­raz do­tarło do niej zna­cze­nie tych słów. Za­ta­czała się z te­le­fo­nem w ręku po swo­jej ka­wa­lerce i czuła jak zwie­rzę w klatce. Jakby jakby ktoś ode­brał jej całą na­dzieję, cały ho­nor i god­ność. Jak cuch­nąca ścierka do na­czyń, która zro­biła swoje, a po­tem zo­stała wy­rzu­cona na śmiet­nik. Nie­za­leż­nie od tego, co mó­wiła, jak pro­siła i bła­gała, nic nie po­ma­gało. Był nie­prze­jed­nany.

"Mu­sisz obie­cać, że ni­gdy wię­cej tu nie za­dzwo­nisz. Choćby ze względu na dzieci".

Dok­tor Phil z te­le­wi­zji na­daje jak ka­ta­rynka gło­sem try­ska­ją­cym sa­mo­za­do­wo­le­niem, więc prze­łą­cza ka­nał i tra­fia na tę po­pie­przoną parę, która jeź­dzi w różne miej­sca, urzą­dza domy i ma ja­kieś ośmioro dzie­cia­ków, które ro­dzice za­ba­wiają, wy­bu­rza­jąc ściany, ob­ści­sku­jąc się i de­ko­ru­jąc.

Cze­kała na niego wier­nie przez cały rok. Cał­ko­wi­cie zmar­no­wany rok z ży­cia.

Iden­tycz­nie jak po­przed­nim ra­zem, z tym dru­gim dra­niem, Pa­tri­kiem.

Gdyby nie wie­rzyła im ani wszyst­kim ich obiet­ni­com, mo­głaby mieć w tej chwili ro­dzinę. Za­miast tego sie­dzi te­raz sama w ma­łej ka­wa­lerce w Gran­lo­holm. Trzy­dzie­sto­pię­cio­let­nia sin­gielka. Nie­chciana i w pracy, i pry­wat­nie. A przy­czyną obu tych roz­cza­ro­wań jest Tim.

Ro­dzina ani przy­ja­ciele nie mieli oczy­wi­ście po­ję­cia, że miała z nim ro­mans z Ti­mem, byli po pro­stu prze­ko­nani, że naj­zwy­czaj­niej w świe­cie nie udało jej się ni­kogo spo­tkać, że na rynku ma­try­mo­nial­nym nie przed­sta­wia sobą nic cie­ka­wego i jest ska­zana na sta­ro­pa­nień­stwo.

Przy­ja­ciele to może zresztą za dużo po­wie­dziane. Chyba ich już nie ma. Ro­zu­mie ich. Skoro czło­wiek ni­gdy nie wy­cho­dzi, za­wsze od­wo­łuje spo­tka­nia i tylko sie­dzi w domu, cze­ka­jąc w go­to­wo­ści na uko­cha­nego, który może zja­wić się do­słow­nie w każ­dej chwili, to w końcu prze­staje się li­czyć. No i tak sie­działa w sa­mot­no­ści i cze­kała, aż skapną jej ja­kieś resztki, kiedy bę­dzie miał na to ochotę. Jego wia­do­mość tak ją zszo­ko­wała, że nie zdo­była się na­wet na to, by za­py­tać o za­rzą­dza­nie pro­jek­tem otwar­cia ga­le­rii. Prze­cież miała to jak w banku, przy­naj­mniej tak są­dziła.

Co za drań.

Wła­śnie, ga­le­ria. Po­czuła się tak strasz­nie po­ni­żona, gdy Ka­ta­rina przed­sta­wiła tę show­mankę, która do­stała zle­ce­nie. Co ta Cilla może wie­dzieć na te­mat tego, jak or­ga­ni­zuje się wy­da­rze­nia w ga­le­rii? Ro­biła to kie­dy­kol­wiek wcze­śniej? Do­bra, może i ona nie zaj­mo­wała się wiel­kimi in­au­gu­ra­cjami, ale przy­naj­mniej de­ko­ro­wała cen­trum na Boże Na­ro­dze­nie, Wiel­ka­noc i wiele róż­nych im­prez. Nie żeby miało to coś wspól­nego z jej pracą, ro­biła to, bo do­brze się przy tym ba­wiła i chciała zro­bić wra­że­nie na Ti­mie. Jest prze­cież na­prawdę jedną z nie­wielu osób, które znają ga­le­rię na wy­lot. Tym­cza­sem ni stąd, ni zo­wąd zja­wia się ta pie­przona Cilla.

- Po­peł­ni­li­ście cho­ler­nie duży błąd - mówi na głos do sa­mej sie­bie.

Zgar­nia ze stołu kar­tony po pizzy z ca­łego ty­go­dnia, kła­dzie nogi na bla­cie, po czym na­ciąga na sie­bie koc. Nie daje rady pa­trzeć na świę­cące na ze­wnątrz słońce, opusz­cza więc ża­lu­zje. Kar­ton po wi­nie jest pu­sty, więc też sko­puje go na pod­łogę. Przez cały ty­dzień była na zwol­nie­niu le­kar­skim i ma wra­że­nie, że ni­gdy już nie zdoła wró­cić do ga­le­rii. To prze­cież w pe­wien spo­sób rów­nież miej­sce pracy Tima, a daw­niej za­cho­dził tam pra­wie co­dzien­nie. Gdy się jed­nak bli­żej nad tym za­sta­no­wić, to w ostat­nim cza­sie jego obo­wiązki zwią­zane z cen­trum prze­jęła Ka­ta­rina Fro­lén.

Po raz piąty w ciągu ostat­nich pię­ciu mi­nut spraw­dza te­le­fon. Na­dal żad­nej od­po­wie­dzi. Po­wie­dział: "Mu­szę dać szansę swo­jemu mał­żeń­stwu" czy coś w tym stylu. A co z nią? Czy ona nie za­słu­żyła na drugą szansę? Czy on nie ro­zu­mie, ile dla niego po­świę­ciła? Od­rywa ka­wa­łek pa­pieru to­a­le­to­wego i po raz ko­lejny wy­ciera nos. Pu­sty sło­iczek po ta­blet­kach upada z trza­skiem na pod­łogę. Bu­dzą się Piff i Puff, a ona do­sy­puje im po­karmu do mi­seczki.

- Tylko wam na ca­łym świe­cie na mnie za­leży - szep­cze i głasz­cze je ostroż­nie po zło­to­brą­zo­wym fu­terku.

Nie może też o tym ni­komu po­wie­dzieć i dla­tego nie ma ani jed­nej osoby, która mo­głaby ją po­cie­szyć. Ani jed­nej osoby, która by ją przy­tu­liła i przy­znała jej ra­cję, że Tim to świ­nia.

Cho­ciaż w za­sa­dzie nie ma ochoty, nie po­trafi się po­wstrzy­mać, by nie wejść na Fa­ce­bo­oka. Oglą­da­nie zdjęć, na któ­rych wszy­scy jej zna­jomi fan­ta­stycz­nie spę­dzają dni, to nie­za­wodny spo­sób, żeby pod­sy­cić lęk - a mimo to nie może so­bie tego od­mó­wić. To jak de­struk­cyjne uza­leż­nie­nie. Im­prezy, po­krze­pia­jące uści­ski roz­da­wane na wszyst­kie strony, wi­zyty w re­stau­ra­cjach z przy­ja­ciół­kami albo ma­lut­kie, sło­dziut­kie dzie­ciaczki i ko­ciaczki - ni­czego nie pra­gnie bar­dziej niż zrzy­gać się na to wszystko. Za­miast tego wcho­dzi na grupę GTG. Ga­le­ria - Tajna Grupa. Naj­pierw cała masa pier­dół o tym, że w mie­ście nic się nie dzieje, a do­chody top­nieją. Wzdy­cha.

Lotta Lin­dén

Ad­mi­ni­stra­tor - 16 maja o 22.38

No i przez ten za­srany re­mont sklep do­staje po du­pie. Dzi­siaj na­wet za­kryli nam fo­lią wej­ście! Jak, u dia­bła, klienci mają do­stać się do środka? My­śli­cie, że wy­płacą mi za to ja­kieś od­szko­do­wa­nie? Ra­czej nie, co?

Ella An­ders­son

Nie­po­ważne! Mu­sisz za­dzwo­nić do Tima i za­żą­dać od­szko­do­wa­nia za spa­dek do­cho­dów albo coś ta­kiego!

Hasse Lars­son

Tima nie wi­dać już od ja­kie­goś czasu. Zdaje się, że jego obo­wiązki prze­jęła Ka­ta­rina. U nas było pra­wie iden­tycz­nie. Wiel­kie kar­tony z płyt­kami, które aż do lun­chu blo­ko­wały całe wej­ście.

Lotta Lin­dén

A ta cała Cilla?! Czy to przy­pad­kiem nie do niej na­leży te­raz pil­no­wa­nie, żeby wszystko u nas grało?

Hasse Lars­son

O ile do­brze zro­zu­mia­łem, to chyba przede wszyst­kim ma się sku­pić na otwar­ciu.

Bir­git Jo­hans­son

Bio­rąc pod uwagę, ja­kie pła­cimy czyn­sze, po­win­ni­śmy, do li­cha cięż­kiego, za­żą­dać, żeby ta ża­ło­sna garstka klien­tów, któ­rych mamy, mo­gła przy­naj­mniej wcho­dzić do skle­pów.

So­fie St?l

Tak, na­prawdę trudno się nie zgo­dzić. Mam na­dzieję, że Nor­r­si­dan przyj­dzie na na­stępne ze­bra­nie i się wy­tłu­ma­czy.

Bir­git Jo­hans­son

Ech, jak my mamy wy­trzy­mać całe lato?

Bla, bla, bla, co za pie­prze­nie. Wy­ciera nos ostat­nim ka­wał­kiem pa­pieru na rolce i idzie do ła­zienki, żeby przy­nieść so­bie wię­cej. Kiedy wi­dzi swoje od­bi­cie w lu­strze, ogar­nia ją prze­ra­że­nie. A je­śli tu przyj­dzie i zo­ba­czy ją w tym sta­nie? Po­sta­na­wia wziąć prysz­nic i umyć włosy.

Jesz­cze się nie pod­dała.

23 maja, środa

Zo­stało: 93 dni

"No li­mits, żad­nych gra­nic" - po­wie­dział Tim Lars­son.

W swo­jej ma­łej, ciem­nej no­rze Cilla włą­cza lampkę na biurku, ale oka­zuje się ze­psuta. Pró­buje więc za­pa­lić górne świa­tło, ale ono też nie działa. W tym po­miesz­cze­niu jest coś ta­kiego, co przy­pra­wia ją o dresz­cze. Bu­dy­nek ma po­nad sto lat, a ona się za­sta­na­wia, czy daw­niej miesz­kali tu­taj lu­dzie, czy też za­wsze tu han­dlo­wano.

Co ta­kiego mo­gło wy­da­rzyć się w tym po­ko­iku i po dziś dzień tkwi w jego ścia­nach?

Cilla kła­dzie przed sobą no­tat­nik i wy­ciąga dłu­go­pis. Od czego ma za­cząć? Czy po­winna ze­brać się na od­wagę i za­pro­po­no­wać wy­ko­naw­ców za­gra­nicz­nych? Ile to może kosz­to­wać? Włą­cza kom­pu­ter i za­czyna go­oglo­wać pio­sen­ka­rzy na cza­sie, za­równo mię­dzy­na­ro­do­wych, jak i szwedz­kich. Roz­lega się sy­gnał. Do­stała e-mail. Jest krótki i zwię­zły, składa się z pię­ciu słó­wek, które same w so­bie nic nie zna­czą. Te dwa­dzie­ścia li­ter i znak za­py­ta­nia spra­wiają, że serce Cilli za­czyna gwał­tow­nie wa­lić.

Od: Nie­znany nie­znany@gmail.com

Te­mat: Łajza

Wia­do­mość: My­ślisz, że kim ty je­steś?

Czyta kil­ku­krot­nie wia­do­mość, a po­tem te­le­fo­nuje do Hen­kego, lecz ani on, ani Jossa nie od­bie­rają. Nie może za­dzwo­nić do mamy lub taty czy do Vik­to­rii. Czy jed­nak może? A je­żeli to ona wy­słała e-mail? Albo Li­sette? Albo Pia? Nie, chyba nie mo­gło to za­brnąć aż tak da­leko.

Od­wraca się, żeby pójść do kuchni, i pod­ska­kuje, gdy za­uważa sto­jącą w drzwiach ko­bietę.

- Aku­rat mia­łam pu­kać, gdy się od­wró­ci­łaś. Prze­szka­dzam?

Ko­bieta wle­pia w nią wzrok. Cilla już wie, że tamta pra­cuje w Cu­bu­sie. Wy­łą­cza kom­pu­ter.

- Nie, skąd - od­po­wiada, pod­nosi się i mija nowo przy­byłą, wy­cho­dząc do przy­le­głej kuchni dla per­so­nelu. We wnę­trzu ma­łego ga­bi­netu czuje się za­mknięta i przy­parta do muru. To nie po­miesz­cze­nie dla dwóch osób. Le­dwo star­cza tam miej­sca dla jed­nej.

- Po­my­śla­łam o ze­bra­niu dziś wie­czo­rem. Mo­gła­byś wspo­mnieć, że wszy­scy mu­szą prze­strze­gać za­sad w po­miesz­cze­niu na śmieci? Wy­gląda tam jak w chle­wie. Każdy musi dbać o to, żeby wy­rzu­cać śmieci do wła­ści­wych po­jem­ni­ków. Nie wolno ni­czego zo­sta­wiać poza nimi.

- Chyba bym mo­gła. Ale czemu sama tego nie po­wiesz?

- Bę­dzie le­piej, je­śli to wyj­dzie od cie­bie, dla spo­koju ca­łego cen­trum.

- Okej, w ta­kim ra­zie po­sta­ram się o tym nie za­po­mnieć. Wła­ści­wie mam tylko prze­ka­zać in­for­ma­cje na te­mat otwar­cia. A tak w ogóle, chcesz kawy? Aku­rat mia­łam wy­pić fi­li­żankę.

- Dzięki, ale mu­szę wra­cać do sklepu. Wi­dzimy się za parę go­dzin.

Cilla na­lewa so­bie kawy z odro­biną mleka i znaj­duje w szafce pół paczki her­bat­ni­ków Bal­le­rina. Jesz­cze za­nim doj­dzie do stołu, zdej­muje górną część pierw­szego cia­steczka i ze­skro­buje zę­bami cze­ko­ladę, a na­stęp­nie po­chła­nia i wierzch, i spód, już bez cze­ko­lady. A może to nu­gat? Czy ko­bieta z Cu­busa ma na imię Lena?

Cilla pę­dzi do su­per­mar­ketu Ica i ku­puje różne wy­pieki na spo­tka­nie. Kiedy wraca, lampka w jej ga­bi­ne­cie świeci. Dziwne, może wcze­śniej wy­strze­lił ja­kiś ko­rek? Wy­kłada po­czę­stu­nek na ta­le­rze, a przed­sta­wi­ciele skle­pów scho­dzą się je­den po dru­gim i zaj­mują miej­sca. Cilla przy­nosi no­tatki i siada u szczyty stołu. Kiedy wy­gląda na to, że wszy­scy są już na miej­scu, bie­rze głę­boki wdech.

- Cie­szę się, że mo­gli­ście dzi­siaj przyjść. Opo­wiem wam po­krótce o po­szcze­gól­nych czę­ściach pro­gramu czte­ro­dnio­wego otwar­cia w sierp­niu. Ale nie mogę jesz­cze ujaw­nić na­zwisk żad­nych wo­ka­li­stów ani in­nych szcze­gó­łów, bo wszystko ma być ta­jem­nicą.

- Jaka szkoda, my­śla­łam, że do­wiemy się tego wszyst­kiego dziś wie­czo­rem - mówi ko­bieta z Cu­busa.

- Nie­stety, wy­ko­nuję tylko po­le­ce­nia. Nie po­znamy też w ogóle no­wej na­zwy ga­le­rii. Zo­sta­nie spek­ta­ku­lar­nie wy­cza­ro­wana pod­czas wie­czoru in­au­gu­ra­cyj­nego.

- Wy­cza­ro­wana? Jak to, na otwar­ciu będą ja­cyś cho­lerni ma­gicy? - pyta inna ko­bieta. - Nie pla­no­wano przy­pad­kiem im­prezy z klasą? Czy coś źle zro­zu­mia­łam?

- Mam na­dzieję, że otwar­cie bę­dzie naj­wyż­szej klasy - za­pew­nia Cilla. - Wi­dzie­li­ście pew­nie w ga­ze­tach ogło­sze­nia o no­wej ga­le­rii, które przed­sta­wiają wróżkę z ma­giczną różdżką. Idź­cie bar­dziej w tym kie­runku. Ale na tym eta­pie nie mogę po­wie­dzieć nic wię­cej.

Cilla wierci się na swoim miej­scu i opo­wia­da­jąc da­lej, pró­buje uni­kać wszyst­kich po­dejrz­li­wych spoj­rzeń.

- Otwar­cie za­cznie się do­piero o dzie­wią­tej w czwart­kowy wie­czór na ze­wnątrz. W związku z tym ga­le­ria bę­dzie za­mknięta w ciągu dnia.

Nie ma szansy po­wie­dzieć nic wię­cej, bo w po­miesz­cze­niu roz­le­gają się wzbu­rzone głosy. Nie­malże wszy­scy zmie­niają po­zy­cje, nogi krze­seł szu­rają o pod­łogę, a wiele łokci lą­duje na stole.

- Nie mo­że­cie chyba zro­bić cze­goś ta­kiego.

Wy­bu­cha długa i mo­men­tami gwał­towna dys­ku­sja o tym, co wolno, a czego nie wolno wła­ści­cie­lowi ga­le­rii, i ja­kie kon­se­kwen­cje przy­nie­sie wszyst­kim zmiana go­dzin otwar­cia.

- Do tego czasu zo­stały jesz­cze trzy mie­siące i z tego, co zro­zu­mia­łam, mają prawo wpro­wa­dzić tym­cza­sowe zmiany z tak du­żym wy­prze­dze­niem. Ale oczy­wi­ście spraw­dzę, czy to się zga­dza.

Cilli płoną po­liczki. Do­brze wie, że to ona wpa­dła na po­mysł zor­ga­ni­zo­wa­nia otwar­cia na dwo­rze póź­nym wie­czo­rem, wła­śnie dla­tego, żeby wszyst­kie efekty świetlne na fa­sa­dzie były do­brze wi­do­czne, a wy­brani przez nią mu­zycy, któ­rzy mają wy­stą­pić na wszyst­kich bal­ko­nach, wy­pa­dli efek­tow­nie. Nie wspo­mina jed­nak o tym ani sło­wem.

- W po­zo­stałe dni tak samo?

- W pią­tek, so­botę i nie­dzielę wszyst­kie atrak­cje od­będą się w zwy­kłych go­dzi­nach otwar­cia. Rzecz ja­sna, wię­cej do­wie­cie się na bie­żąco.

Ko­bieta z Cu­busa usi­łuje wy­pa­lić spoj­rze­niem dziurę mię­dzy oczami Cilli, ona jed­nak udaje, że za­po­mniała o spra­wie śmieci. Obec­nie w po­miesz­cze­niu pa­nują zbyt wiel­kie emo­cje, żeby mo­gła za­cząć ła­jać lu­dzi.

- Długo jesz­cze? - pyta ja­kaś ko­bieta. - Mu­szę już iść.

- To wszystko, cho­ciaż mogę wam po­wie­dzieć, że za­raz po otwar­ciu pla­nu­jemy też we­wnętrzną im­prezę dla wszyst­kich pra­cow­ni­ków ga­le­rii - in­for­muje Cilla, chcąc za­koń­czyć spo­tka­nie ja­kąś po­zy­tywną wia­do­mo­ścią.

Lotta! Tak ma na imię ko­bieta z Cu­busa. Wbija w Cillę roz­gnie­wany wzrok, a na­stęp­nie od­cho­dzi ze wszyst­kimi in­nymi. Cilla wpy­cha do ust jesz­cze dwa nie­ru­szone ciastka, po czym wstaje, żeby wziąć z ga­bi­netu kom­pu­ter. Wtedy przy­po­mina so­bie o otrzy­ma­nym po po­łu­dniu e-ma­ilu, który pra­wie udało jej się wy­przeć z pa­mięci. Szybko pa­kuje rze­czy i wy­cho­dzi z ciem­nego biura. Do­ciera do niej, że praw­do­po­dob­nie jest sama w ca­łej ga­le­rii, i przy­spie­sza, żeby jak naj­szyb­ciej ją opu­ścić. Zbiega po scho­dach i mija po­grą­żone w ciem­no­ści sklepy , je­den za dru­gim. Z wi­tryn ga­pią się na nią ma­ne­kiny, a przez głowę prze­la­tują jej wspo­mnie­nia z dra­matu roz­gry­wa­ją­cego się na je­sieni.

Całe jej ciało prze­szywa dreszcz.

Dla­czego to robi? Na­kręca samą sie­bie, snuje fan­ta­zje o sza­leń­cach i bie­gnie przez pu­stą ga­le­rię jak wa­riatka. Uznaje, że na­prawdę musi się opa­no­wać, i zwal­nia. Musi skon­cen­tro­wać się na czymś in­nym. Lato, słońce, ką­piel, lody, pia­sek...

- Lato, lato, słońce... - za­czyna ci­cho so­bie pod­śpie­wy­wać. Czy ten wy­stęp w wy­ko­na­niu wróżki na­prawdę się uda? I czy fak­tycz­nie po­mysł z wie­czor­nym otwar­ciem jest do­bry? To nie­zbyt miłe, że ma prze­ciwko so­bie lu­dzi ze wszyst­kich skle­pów. Do ju­tra musi się nad tym za­sta­no­wić. Jest co­raz bli­żej wyj­ścia. Kiedy rzuca spoj­rze­nie przez wi­trynę, do­strzega, że w Cu­bu­sie mię­dzy ma­ne­ki­nami ktoś się po­ru­sza. Czy rze­czy­wi­ście do­brze wi­działa? Na­raz staje oko w oko z ja­kąś żywą istotą, mię­dzy nimi znaj­duje się szyba. Obie nie­mal jed­no­cze­śnie przy­kła­dają rękę do ust, lecz tłu­mią krzyk, kiedy się orien­tują, kogo mają na­prze­ciw sie­bie.

- Chcesz mnie prze­stra­szyć na śmierć?! - wrzesz­czy Lotta i pa­trzy na nią ze zło­ścią.

- I wza­jem­nie. Co tu jesz­cze ro­bisz tak późno?

- Trzeba było zmie­nić wy­stawę. Wła­śnie mia­łam iść.

- Może wyj­dziemy ra­zem? - pyta Cilla.

- Nie, idź. Mu­szę jesz­cze przy­nieść coś z ma­ga­zynu.

Cilla znowu przy­spie­sza, od­dy­cha­jąc krótko i płytko, po czym wresz­cie do­ciera na par­king. Jak to "zmie­nić wy­stawę"? Nie wi­działa żad­nej róż­nicy w po­rów­na­niu z tą, która była tu jesz­cze dzi­siaj.

Cilla wraca do domu i że­gna się z opie­kunką, a po­tem siada z kom­pu­te­rem na so­fie. Waha się, za­nim go włą­czy, bo boi się ode­brać wię­cej e-ma­ili, ale w końcu się de­cy­duje, bo rów­nie do­brze może to mieć już za sobą. Prze­biega wzro­kiem jedną wia­do­mość po dru­giej, ale nie ma mię­dzy nimi ni­czego dziw­nego. Jakby po to, żeby jesz­cze raz wbić so­bie nóż w serce, znowu czyta e-mail, który do­stała za dnia.

Zo­stał wy­słany z for­mu­la­rza kon­tak­to­wego na stro­nie Cilli, więc chyba nie ma moż­li­wo­ści, żeby spraw­dzić, kto jest nadawcą. Po­now­nie dzwoni do Hen­kego.

- Co za idioci - mówi jej mąż. - Ale spró­buj o tym nie my­śleć, ko­cha­nie. Na pewno nie ma się czym przej­mo­wać.

- To mało przy­jemne, że w ogóle nie wiem, dla­czego ktoś się ze mną drażni. I to do tego stop­nia, że po­święca czas, siada, szuka ad­resu i pi­sze e-mail.

- To pew­nie troll, który nie ma wła­snego ży­cia. A tak w ogóle, jak po­szło wie­czo­rem na spo­tka­niu?

- Opo­wiem ci kiedy in­dziej - od­po­wiada Cilla. - Idę się po­ło­żyć. Je­stem pad­nięta.

Kiedy leży w łóżku, my­śli znowu za­czy­nają wi­ro­wać jej w gło­wie, a tamto zda­nie bez końca do niej po­wraca. Po­my­śleć, że to tak na nią działa. Prze­cież w po­rów­na­niu z tym, co spo­tyka nie­któ­rych lu­dzi, ten e-mail był dość miły.

"My­ślisz, że kim ty je­steś?"

Chcia­łaby mieć do­brą od­po­wiedź na to py­ta­nie, bo sama się nad tym za­sta­na­wia.

W co ona się wpa­ko­wała? I czy na­prawdę so­bie z tym po­ra­dzi?

30 maja, środa

Zo­stało: 86 dni

Przy­naj­mniej nie po­trze­buje bu­dzika.

Biancę każ­dego ranka bu­dzą ra­do­sny śmiech, je­den czy dwa prze­ni­kliwe krzyki i ener­giczne stą­pa­nie drob­nych stó­pek. Jest cał­kiem ina­czej niż w domu, gdzie obec­nie pa­nuje cał­ko­wita ci­sza. Nie ma mamy, która krząta się po kuchni. Nie ma taty, który spie­szy się do pracy. I Oli­vera, który co rano wy­myka się bez śnia­da­nia, tak że też go nie wi­dać. Cho­ciaż nie­długo, kiedy przyjdą wa­ka­cje, bę­dzie pew­nie prze­sy­piać pół dnia. Ma na­dzieję, że brat czuje się już le­piej. Może da­łaby radę po­roz­ma­wiać z nimi przez Skype'a, gdy dzieci za­sną.

Pierw­sze dni były pra­co­wite, a cza­sami trudno jej zro­zu­mieć, co mó­wią dziew­czynki, lecz Bianca za­biera wszyst­kie trzy i Tar­zana na spa­cer co naj­mniej dwa razy dzien­nie, żeby mama ze swoim wiel­kim brzu­chem mo­gła od­po­cząć. Szybko się zo­rien­to­wała, że gdy dziecko wy­biega na jezd­nię i pra­wie zo­staje prze­je­chane, spraw­dza się wy­krzy­cze­nie na całe gar­dło do­wol­nego dźwięku, za­nim na­uczy się od­po­wied­niego fran­cu­skiego słowa do da­nej sy­tu­acji. Dziki wrzask pa­niki w każ­dym ję­zyku ozna­cza to samo. Szybko też się prze­ko­nuje, że Fran­cuzi nie ro­zu­mieją żad­nego in­nego poza swoim. Głów­nie przez zło­śli­wość, jak się jej wy­daje.

Bianca daje z sie­bie wszystko, śmi­ga­jąc ze wszyst­kimi dziećmi i psem sześć pię­ter w górę i sześć pię­ter w dół. Ubie­rać i ro­ze­brać, zro­bić pra­nie, umyć na­czy­nia, zmie­nić pie­lu­chy na ma­łych dzie­cię­cych pu­pach wierz­ga­ją­cych dziew­czy­nek.

Tę­skni za do­mem.

Jak na ra­zie nie zdą­żyła po­znać ni­kogo poza ro­dziną. Trudno o war­to­ścio­wych przy­ja­ciół, gdy mówi się po szwedzku, a po fran­cu­sku praw­do­po­dob­nie nie jest ła­twiej.

Édith pró­bo­wała za­po­znać ją z dziećmi przy­ja­ció­łek. Naj­go­rzej było wczo­raj, kiedy zo­stała zmu­szona, by iść na mecz te­nisa w kom­plek­sie Ro­land Gar­ros z jed­nym z sy­nów jej zna­jo­mej. Był chyba star­szy o co naj­mniej pięć lat i dało się wy­raź­nie za­uwa­żyć, że uważa ją za małą fra­jerkę, która na do­da­tek nie mówi płyn­nie w jego ję­zyku. To było tak nie­sa­mo­wi­cie że­nu­jące, że chciała wto­pić się w białe pla­sti­kowe sie­dze­nia. Pa­trzyła jed­nak grzecz­nie to w prawo, to w lewo i kla­skała, kiedy i on kla­skał. Ale mecz zu­peł­nie jej nie in­te­re­so­wał.

Po­tem zo­sta­wił ją pod wej­ściem z krót­kim "Na ra­zie!" i mu­siała je­chać sama do domu. Ale obie­cała Édith, że za­gry­zie zęby i po­je­dzie w week­end na wy­cieczkę au­to­ka­rową do Bre­ta­nii z in­nymi oper­kami z tej sa­mej agen­cji po­śred­nic­twa. Édith ma pew­nie na­dzieję, że Bianca znaj­dzie so­bie ja­kichś zna­jo­mych. Ona jed­nak ma to gdzieś. Chce je­dy­nie tań­czyć i w pią­tek idzie w końcu na pierw­sze za­ję­cia ta­neczne w Pa­ryżu. Eks­cy­tu­jąco bę­dzie się prze­ko­nać, czy ta­niec jaz­zowy we Fran­cji wy­gląda tak samo jak w Szwe­cji. Poza tym ide­al­nie się składa, że za­ję­cia są wie­czo­rem, bo au­to­kar do Bre­ta­nii od­jeż­dża z cen­trum Pa­ryża o pół­nocy. Za­nim się tam spo­tkają, bę­dzie mo­gła w spo­koju wziąć prysz­nic i prze­brać się po za­ję­ciach, a na­stęp­nie po­spa­ce­ro­wać po mie­ście i usiąść w ja­kiejś ka­fejce.

- Bianco, po­szła­byś do sklepu, żeby ku­pić mleko i tro­chę sera? - prosi Édith.

- Ja­sne, już lecę. Mogę za­brać Tar­zana i od razu go wy­pro­wa­dzić, je­śli chcesz.

- Też chcemy iść.

Trzy pary oczu pa­trzą na nią bła­gal­nie, a ich wła­ści­cielki nie mogą spo­koj­nie ustać. Pod­ska­kują, ła­pią sto­jącą w przed­po­koju Biancę za ręce, tak że nie­mal traci rów­no­wagę.

- Chyba mo­że­cie iść - zga­dza się, a jej uszu do­bie­gają roz­ra­do­wane pi­ski. Bianca wzdy­cha w du­chu, po­nie­waż po raz trzeci tego dnia ubiera wszyst­kie dziew­czynki i scho­dzi z nimi sześć pię­ter. Ale są uro­cze i grzeczne, więc tak na­prawdę uważa, że to fan­ta­styczne, że chcą z nią iść. Chyba ją lu­bią, na pewno zaś uwiel­biają cze­sać jej dłu­gie ró­żowe włosy.

- Ale w ta­kim ra­zie mu­si­cie obie­cać, że bę­dzie­cie trzy­mać się za ręce i nie wy­bie­gać na ulicę.

Spo­gląda na nie tak su­rowo, jak tylko po­trafi.

- Ta­aak, obie­cu­jemy, Bianco - od­po­wiada chó­rem cała trójka.

Wo­łają "Pa, pa!" do cię­żar­nej mamy, która leży na ka­na­pie i wy­pina brzuch. To ko­chana ro­dzina, a ona da­rzy wielką sym­pa­tią za­równo mamę, jak i dzieci. Tatę spo­tyka rzadko, a kiedy już jest w domu, nie od­zywa się zbyt wiele. W sto­sunku do niej wy­daje się wręcz onie­śmie­lony.

Gdy Bianca scho­dzi po scho­dach, do­ciera do niej, że od­kąd tu przy­je­chała, w ogóle nie my­śli o ko­le­gach i ko­le­żan­kach z Sund­svall. Cie­kawe, jak im leci tam w domu? A zresztą ko­le­dzy i ko­le­żanki to chyba za dużo po­wie­dziane... Kręci głową, żeby od­pę­dzić te my­śli. W pe­wien spo­sób le­piej do­świad­czać praw­dzi­wej sa­mot­no­ści w ob­cym kraju niż mieć po­czu­cie osa­mot­nie­nia po­śród mnó­stwa zna­jo­mych w ro­dzin­nym mie­ście. Od czasu do czasu wspo­mina Clarę i robi się jej smutno, że to się roz­pa­dło. Co prawda na­dal ją lubi, lecz po wszyst­kim, co wy­da­rzyło się ze­szłej je­sieni, nie mo­gły być dłu­żej parą. Przez te setki go­dzin u psy­cho­loga i wszyst­kich lu­dzi py­ta­ją­cych, jak się czuje, cią­gle przy­po­mi­nał jej się ten okropny fa­cet. Nie było już ni­kogo, kto roz­ma­wiałby z nią nor­mal­nie. Każdy się nad nią li­to­wał i było to nie­mal jesz­cze gor­sze, więc w końcu uznała, że musi wy­je­chać, zmie­nić oto­cze­nie i na parę mie­sięcy ode­rwać się od wszyst­kiego i wszyst­kich. Nie­ła­two było to za­koń­czyć, ale od­nio­sła wra­że­nie, że Cla­rze w ja­kiś spo­sób ulżyło, jakby tak na­prawdę sama chciała się z nią roz­stać, ale po tym wszyst­kim, co przy­tra­fiło się Biance, nie miała od­wagi tego zro­bić.

To Cilla zna­la­zła ogło­sze­nie i tak oto zna­la­zła się tu­taj, u swo­jej tym­cza­so­wej ro­dziny. Bianki ni­gdy nie by­łoby stać na przy­jazd do Pa­ryża, te­raz jed­nak na­wet za­ra­bia pie­nią­dze, a do tego ma dar­mowe miesz­ka­nie i wy­ży­wie­nie. Poza tym przy trzech ma­łych dziew­czyn­kach jest tyle do ro­boty, że pra­wie nie ma czasu roz­my­ślać nad tym, co wy­da­rzyło się w domu.

- Bianco, je­steś taka ładna.

Ad­?le staje na pal­cach i kle­pie ją po po­liczku. Jakby ro­zu­miała, czego Bianca po­trze­buje.

Kiedy wy­cho­dzą na ulicę, wita ich pra­żące słońce, a noz­drza wy­peł­nia woń świeżo upie­czo­nego chleba ze znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal pie­karni.

14 czerwca, czwar­tek

Zo­stało: 70 dni

Pół cen­trum jest za­blo­ko­wane, a Cilla wzdy­cha, gdy Henke, szu­ka­jąc miej­sca do par­ko­wa­nia, mija jedną ulicę za drugą. Desz­czowe chmury wi­szą zło­wróżb­nie po­nad da­chami do­mów i spra­wiają, że at­mos­fera jest jesz­cze cięż­sza. Ja­kie to ty­powe, że słońce i letni upał znik­nęły aku­rat dzi­siaj. Chłopcy sie­dzą ci­cho z tyłu i praw­do­po­dob­nie wy­czu­wają wy­peł­nia­jącą sa­mo­chód iry­ta­cję.

- Dla­czego za­wsze mu­simy się tak spóź­niać? - pyta Cilla. - Wszystko prze­ga­pimy.

- Chyba mo­głaś ku­pić ten kwia­tek tro­chę wcze­śniej - od­po­wiada Henke i kiwa zna­cząco w kie­runku za­wi­nię­tej w fo­lię róży.

- Uwa­żaj! - krzy­czy Cilla, wi­dząc sa­mo­chód zbli­ża­jący się nie­ocze­ki­wa­nie z nie­wła­ści­wej strony. - Mu­sisz się roz­glą­dać! Jesz­cze tylko tego bra­kuje, że­by­śmy się zde­rzyli.

- Jak się bę­dziesz tak darła, to na pewno się z kimś zde­rzę, ku­masz? - mówi Henke i skręca na chod­nik, a na­stęp­nie na pry­watny par­king.

- Tu­taj ra­czej nie mo­żemy sta­nąć - od­zywa się Cilla.

- Uspo­kój się, tylko za­wrócę. Wy­rzucę was pod szkołą, a jak już za­par­kuję, to was znajdę.

Cilla wy­siada z sa­mo­chodu i bie­rze chłop­ców za ręce, po czym idą w stronę szkoły Hed­berg­ska tak szybko, jak tylko po­zwa­lają im na to krót­kie nóżki mal­ców. W tor­bie na ra­mie­niu ma różę, ma­skotkę i bu­te­leczkę szam­pana przy­cze­pione do żółto-nie­bie­skiej ta­śmy, która za­wi­śnie na szyi córki jej ku­zyna.

- Mu­si­cie trzy­mać mnie za rękę, że­by­śmy się nie po­gu­bili - przy­ka­zuje Cilla Au­gu­stowi i Wil­lia­mowi na wi­dok tłumu przy scho­dach. Za­raz po­ja­wią się na nich świeżo upie­czeni ab­sol­we­nci i za­czną wrzesz­czeć.

Zerka na par­king i przy­po­mina jej się ów kosz­marny wie­czór, kiedy mieli w tu­tej­szej auli próbę, po któ­rej Bianca znik­nęła. Lekko po­trząsa głową, aby od­pę­dzić wspo­mnie­nia, i roz­gląda się po­śród ludz­kiej masy. Uszczę­śli­wieni ro­dzice stoją z du­żymi pla­ka­tami przed­sta­wia­ją­cymi zdję­cia po­ciech, gdy były jesz­cze małe i słod­kie. Na ta­blicz­kach wid­nieją dzie­ciaki z bu­ziami peł­nymi lo­dów i roz­gnie­cio­nych ba­na­nów czy z mi­skami na gło­wie.

Wiele lat temu sama wy­cho­dziła na te schody, gor­li­wie szu­ka­jąc pla­katu, na któ­rym jest mała i słodka. Na próżno, bo go nie było. Kiedy w końcu zna­la­zła ro­dzi­ców, stali jak żywe znaki za­py­ta­nia i z za­kło­po­ta­niem roz­glą­dali się do­okoła. Nie wie­dzieli, że po­winni mieć pla­kat ze zdję­ciem dziecka, kiedy było małe. Cilla pa­mięta, że się wsty­dziła i uda­wała, że na­leży do in­nej ro­dziny. Śmiali się z tego la­tami, a Cilla za­pew­niała ich, że ab­so­lut­nie nic się nie stało, żeby nie zro­biło im się przy­kro, ale była to - jak by to ujął dzia­dek - zmo­dy­fi­ko­wana wer­sja prawdy. Kiedy pięć lat póź­niej Jossa, jej młod­sza sio­stra, koń­czyła szkołę śred­nią, Cilla już w oko­li­cach Bo­żego Na­ro­dze­nia za­częła przy­po­mi­nać ro­dzi­com, jak ważny jest pla­kat. I Jossa oczy­wi­ście go miała.

- Gdzie sto­icie?

Henke pró­buje przez te­le­fon prze­krzy­czeć gło­śną mu­zykę di­sco pły­nącą z wiel­kich gło­śni­ków obok scho­dów.

- Na Skol­hu­sal­lén, za­raz przy lam­pio­nach - od­po­wiada Cilla.

Po kilku mi­nu­tach Henke do nich do­łą­cza i bie­rze Au­gu­sta na ba­rana. Wil­liam nie ma nic prze­ciwko, że zo­staje na ziemi koło matki.

- Po­myśl, że kie­dyś ty też bę­dziesz koń­czył szkołę - mówi Cilla i czo­chra go po wło­sach.

- Patrz, ba­lo­niki! - woła Wil­liam i ener­gicz­nie wska­zuje dwa nie­bie­skie i je­den żółty ba­lon, które ode­rwały się od brzóz ro­sną­cych przy scho­dach i po­szy­bo­wały ku ciem­nym chmu­rom.

Wszy­scy wo­kół niej uśmie­chają się na znak ra­do­snego ocze­ki­wa­nia, a Cilla od­wza­jem­nia uśmie­chy, cho­ciaż tak na­prawdę chce jej się pła­kać. Nie ma po­ję­cia, dla­czego za­koń­cze­nie szkoły za­wsze tak na nią działa. Kiedy tylko usły­szy Kwie­ciem wnet ob­sy­pie się świat albo Uczniow­skie dni szczę­śliwą chwalmy pie­śnią, ogar­nia ją me­lan­cho­lia. Jakby wie­działa, że nie każ­demu jest to dane. Je­śli w ogóle ko­mu­kol­wiek jest to dane. Ści­ska ją w gar­dle. Musi się opa­no­wać i nie od­bie­rać ra­do­ści wszyst­kim tym za­do­wo­lo­nym lu­dziom wo­kół niej.

- Gdzie stoi twój ku­zyn i reszta ro­dziny? - za­ga­duje Henke.

- Nie wiem, za­dzwo­nię do Jossy i za­py­tam - od­po­wiada Cilla.

Klu­czą mię­dzy ludźmi w spodniach od gar­ni­turu i ele­gancko ubra­nych babć, żeby do­łą­czyć do reszty krew­nych. Le­dwo zdą­żyli uści­skać na po­wi­ta­nie Jossę, Verę i Ar­nego, a już roz­ra­do­wana klasa po­ja­wia się na scho­dach. Nieco pod­chmie­lona mło­dzież wy­biega do dźwię­ków z The Fi­nal Co­unt­down ze­społu Eu­rope za­równo na schody, jak i po­mię­dzy wi­dzów, wrzesz­cząc na całe gar­dło w rytm sta­rego szla­gieru. Cilla sły­szy, jak jedna czy druga osoba w śred­nim wieku do­łą­cza w do­wol­nie wy­bra­nej to­na­cji. Prze­łyka ślinę i mocno ści­ska Wil­liama za rękę. Ko­cha­nie ty moje, jak ja cię ochro­nię przed ca­łym złem tego świata, my­śli i szybko mruga, żeby za­po­biec wy­bu­chowi łez. Na­gle cała jej ro­dzina ru­sza w kie­runku szkoły. Cilla po­py­cha przed sobą Hen­kego i Wil­liama, po­dą­ża­jąc za pla­ka­tem ze zdję­ciem bez­zęb­nej, lecz słod­kiej córki ku­zyna.

Jed­no­cze­śnie za­uważa osoby, które są same, jakby na jedną po dru­giej pa­dało świa­tło re­flek­tora. Zdaje się, że jest wy­star­cza­jąco sa­motna i do­świad­czona, by do­strzec ten ro­dzaj świa­tła.

Na­raz go za­uważa. Stoi sam nie­opo­dal, w rogu, ubrany w zbyt dużą gra­na­tową ma­ry­narkę. Za dłu­gie spodnie są w in­nym od­cie­niu nie­bie­skiego, ale przy­naj­mniej czapka stu­dencka lśni jak nowa. Bije od niego ja­kiś silny blask. Naj­pierw ucieka spoj­rze­niem na boki, a po­tem wbija wzrok w zie­mię. Cilla roz­gląda się po tłu­mie. Nie wy­gląda na to, żeby kto­kol­wiek szedł w jego stronę, gdy chło­pak szura bu­tem po ziemi, jakby kon­cen­tro­wał się na waż­nym za­da­niu albo wręcz mu­siał ry­so­wać ósemki w żwi­rze. Te ósemki to dla niego w tej chwili sprawa ży­cia i śmierci. Waha się, ale nie może ode­rwać wzroku od chło­paka. Ko­lejka do córki ku­zyna jest długa, a bu­kiet wo­kół jej szyi ro­śnie, sta­jąc się ogrom­nym wień­cem z kwia­tów, przy­tu­la­nek i nie­wiel­kich bu­te­le­czek szam­pana. Mu­zyka hu­czy, lu­dzie roz­dają uści­ski na prawo i lewo, do­okoła roz­le­gają się na prze­mian śmie­chy i wrza­ski. Szczę­śliwi ucznio­wie la­tają do­okoła z wiel­kimi na­szyj­ni­kami upo­min­ków, które za parę go­dzin po­wrzy­nają im się w szyję i zo­sta­wią głę­bo­kie ślady. W po­wie­trzu daje się wy­czuć ty­powy czerw­cowy chłód, a krót­kie białe su­kienki dziew­cząt, które ba­lan­sują to tu, to tam na wy­so­kich ob­ca­sach, nie chro­nią przed zim­nem ani nie za­kry­wają opa­lo­nych ciał. Oby tylko wszy­scy bez­piecz­nie do­tarli w nocy do do­mów, my­śli Cilla. Przed oczyma prze­myka jej ob­raz Bianki. Cie­kawe, jak jej się układa w Pa­ryżu. Na­pi­sze do niej, gdy wróci wie­czo­rem do domu po uro­czy­sto­ściach dla uczniów. Znowu od­wraca się do ob­cego chło­paka. Na­dal jest sam. Jesz­cze spory ka­wa­łek, za­nim na­dej­dzie ko­lej Cilli, by przy­tu­lić cia­sno oto­czoną ko­le­żan­kami i krew­nymi uczen­nicę. Na­gle czuje ja­kiś im­puls.

- Chodź - mówi do Wil­liama i bie­rze go za rękę. - Zro­bimy nie­spo­dziankę tam­temu chłopcu.

Po dro­dze wyj­muje z torby trzy pre­zenty i po­daje ma­skotkę Wil­lia­mowi.

- Hej - od­zywa się ostroż­nie, kiedy pod­cho­dzą do sa­mot­nego ucznia - nie znamy cię, ale sły­sze­li­śmy, że je­steś bar­dzo do­bry. W wielu rze­czach - do­daje. - Gra­tu­la­cje, do­bra ro­bota - koń­czy, po czym wie­sza mu na szyi kwiat i bu­telkę. Wtedy po­ka­zuje sy­nowi, żeby zro­bił to samo z ma­skotką. Chło­pak roz­gląda się ner­wowo do­okoła, a na­stęp­nie, żeby Wil­liam do­się­gnął, nie­pew­nie się po­chyla. Pa­trzy na nią wiel­kimi oczami, a Cilla za­uważa, jak coś w nich po­ły­skuje.

- Wszystko bę­dzie do­brze - mówi ła­god­nie, a po­tem od­wraca się i od­cho­dzi. Za­czyna pa­dać i wkrótce leje jak z ce­bra. Cilla z wdzięcz­no­ścią pod­nosi głowę i po­zwala, by łzy zmie­szały jej się z pa­da­ją­cym desz­czem.

- Znamy tam­tego chłopca? - pyta Wil­liam.

- Nie, nie znamy, ale chyba i tak się ucie­szył. Jego bli­scy nie mo­gli pew­nie przyjść.

- Może są w pracy - za­sta­na­wia się Wil­liam, kiedy wra­cają do Hen­kego i Au­gu­sta.

- Tak, na pewno są w pracy - od­po­wiada Cilla.

- Po­spiesz­cie się! - woła Henke i wy­mow­nie pod­nosi pa­ra­solkę.

Cilla się jed­nak nie spie­szy. Nie wi­dać te­raz łez, więc wy­ko­rzy­stuje oka­zję, żeby się wy­pła­kać.

- Gdzie by­li­ście? - chce wie­dzieć Henke.

- Póź­niej ci po­wiem.

Ru­szają bie­giem do sa­mo­chodu, a pod­czas drogi po­wrot­nej za­czyna bo­leć ją brzuch. Może tam­temu chłopcu zro­biło się przy­kro, a nie miło? Może jej po­da­ru­nek spra­wił, że ona czuje się wspa­nia­ło­myślna, a on jesz­cze bar­dziej sa­motny? Na myśl o tym prze­wraca oczami. Dla­czego nie może po pro­stu od­pu­ścić i prze­stać tyle prze­ży­wać? Dla­czego nie może po pro­stu do­brze się czuć i być jak wszy­scy inni lu­dzie? A je­śli ro­dzina i zna­jomi chło­paka po pro­stu nie od razu go zna­leźli? Może też nie mo­gli zna­leźć miej­sca do par­ko­wa­nia? Może nie było tak, jak na to wy­glą­dało? W tym mo­men­cie jed­nak na­po­ty­kają po­chód ab­sol­wen­tów, który zmie­rza w stronę Stora Tor­get i ocze­ku­ją­cych cię­ża­ró­wek. Chło­pak idzie jako przed­ostatni, wo­kół szyi na­dal ma tylko jedną różę, bu­te­leczkę i ma­skotkę. Nie spra­wia te­raz wra­że­nia tro­chę bar­dziej za­do­wo­lo­nego? Cilla po­sta­na­wia, że też się po­stara.

Po po­wro­cie z uro­czy­sto­ści, kiedy chłopcy już śpią, siada przy pia­ni­nie i pró­buje zna­leźć me­lo­dię pa­su­jącą do tek­stu, który od kilku go­dzin tkwił jej w gło­wie.

Pła­czesz, gdy pada i nie wi­dzi tego nikt

Łzami zmie­sza­nymi z nie­bem, co ru­nęło w dół

Ale ka­pi­ta­nem tej ło­dzi je­steś ty

To ty obie­rasz kurs, ka­pi­ta­nem je­steś ty.

*

Rzuca ko­pertę ze świa­dec­twem na szafkę w przed­po­koju. Kręte li­tery ukła­dają się na niej w na­pis "Ro­bin Per­s­son". Wła­śnie tak się na­zywa, przy­naj­mniej te­raz. W miesz­ka­niu pa­nują ci­sza i ciem­ność, za­cią­gnięte ża­lu­zje chro­nią przed świa­tłem sło­necz­nym i unie­moż­li­wiają zo­ba­cze­nie cze­go­kol­wiek z ze­wnątrz. Otwiera luf­cik w sa­lo­nie, żeby wpu­ścić tro­chę świe­żego po­wie­trza, i sły­szy kro­ple desz­czu ude­rza­jące o obity bla­chą pa­ra­pet. Do­brze, że zdą­żył wró­cić do domu, za­nim ulewa znowu się roz­sza­lała. Drzwi do jej sy­pialni są za­mknięte, jak to się okre­sami zda­rza, więc po­sta­na­wia po­cze­kać chwilę dłu­żej, za­nim wej­dzie do środka. W lo­dówce jest sa­łata i świeży fi­let z kur­czaka, który ku­pił wczo­raj. Po­zwo­lił so­bie na­wet na mały luk­sus - kar­to­nik tru­ska­wek. W końcu jako ab­sol­went ma dzi­siaj swoje święto.

W szafce znaj­duje wą­ski wa­zo­nik, do któ­rego wkłada więd­nącą różę. Może się pod­nie­sie, gdy do­sta­nie wody. Kiedy je­dze­nie bę­dzie go­towe, za­nie­sie je do niej z różą i spró­buje ją na­kło­nić, żeby coś zja­dła. O ile da radę ją obu­dzić. Żółto-nie­bie­ska ta­śma cia­sno oplata bu­te­leczkę szam­pana, więc wkła­da­jąc ją do lo­dówki, zo­sta­wia ozdobę na miej­scu. Wy­pije go so­bie póź­niej, może z tru­skaw­kami. Czy­tał, że do­brze z nimi sma­kuje.

Kim była ko­bieta, która dała mu upo­minki?

Mu­siała po­my­lić go z kimś in­nym, ale nie miał serca, żeby jej to po­wie­dzieć, kiedy zo­ba­czył to­wa­rzy­szą­cego jej ma­łego chłopca. Wy­glą­dał na ta­kiego dum­nego, kiedy wrę­czał mu mi­sia. Kła­dzie go obok sie­bie na ka­na­pie, a po­tem po­chyla się i włą­cza te­le­wi­zor.

"Uczniow­skie dni szczę­śliwą chwalmy pie­śnią,

ra­dujmy się wspól­nie mło­do­ści wio­sną,

zdro­wiem serce jesz­cze bije,

a świe­tlana przy­szłość przed nami ja­śnieje".

Gdzieś tam na­prawdę czeka świe­tlana przy­szłość? Je­śli cho­dzi o niego i jego mamę, to bar­dzo wąt­pliwe. W te­le­wi­zji po­ka­zują jed­nak szczę­śli­wych ab­sol­wen­tów, któ­rzy z wrza­skiem ma­chają czap­kami. Zmie­nia ka­nał. Jest już piąta, więc na pewno po­scho­dzili z cię­ża­ró­wek w środku mia­sta, wy­pili swoje bu­telki i po­zdzie­rali gar­dła w rytm dud­nią­cej mu­zyki. Sam po­sta­no­wił je­chać do domu, za­miast stać na plat­for­mie i ry­czeć chó­rem: "Je­ste­śmy naj­lepsi!". Ni­komu i tak go nie bra­kuje. Nie ma o to pre­ten­sji, jest prze­cież taki ano­ni­mowy. Ko­le­dzy i ko­le­żanki z klasy wra­cają te­raz na pewno do domu na przy­ję­cia z oka­zji ukoń­cze­nia szkoły, a po­tem po­jadą na im­prezę. On zaś przy­go­tuje coś do je­dze­nia i spró­buje obu­dzić mamę.

- Ro­bin, to ty?

Szybko wstaje i do niej idzie. Zrobi mu nie­spo­dziankę?

- To tylko ja - od­po­wiada, pod­cho­dząc do niej w ciem­no­ści.

- Nie otwo­rzy­łeś chyba okna?

Nie da się nie usły­szeć stra­chu w jej gło­sie.

- Nie, mamo, wszyst­kie są po­za­my­kane.

15 czerwca, pią­tek

Zo­stało: 69 dni

Bianca jest spo­cona, ale szczę­śliwa. Za­ję­cia z tańca we Fran­cji oka­zują się rów­nie fan­ta­styczne jak w Szwe­cji. Gdy po ich za­koń­cze­niu idzie do szatni, nie może się po­wstrzy­mać przed zro­bie­niem pi­ru­etu. Kiedy wróci do domu, na­prawdę po­święci wszystko dla tańca. Uwiel­bia przede wszyst­kim ukła­dać wła­sną cho­re­ogra­fię do faj­nej mu­zyki i ma na­dzieję, że przed te­go­rocz­nym bo­żo­na­ro­dze­nio­wym show do­sta­nie od Cilli nowe zle­ce­nie.

- Au re­voir, Bianco, wi­dzimy się w na­stępny pią­tek - że­gna się su­rowa, lecz na swój spo­sób sym­pa­tyczna in­struk­torka. Wy­gląda iden­tycz­nie jak ko­bieta ze sta­rego filmu Sława z mo­ty­wem tańca - jest ubrana w spód­nicę z za­kładką i trzyma la­skę, którą ude­rza w pod­łogę, gdy chce coś pod­kre­ślić.

Bach, bach.

Bianca bie­rze prysz­nic, robi de­li­katny ma­ki­jaż, su­szy włosy i się prze­biera. W po­miesz­cze­niu unosi się za­tę­chły za­pach. Wi­dząc parę brud­nych maj­tek, które ktoś zo­sta­wił pod ławką, marsz­czy nos. Wkłada prze­po­cony strój i ręcz­nik w ró­żowe kwiaty do torby i wy­cho­dzi ze szkoły tańca, na­stęp­nie zaś idzie spa­ce­rem w stronę cen­trum. Au­to­kar, który ma za­brać ją i dużą grupę po­zo­sta­łych ope­rek na week­en­dową wy­cieczkę, od­jeż­dża do­piero o pół­nocy, ale i tak nie było sensu wra­cać do ro­dziny i miesz­ka­nia w La­sku Bu­loń­skim. Le­dwo zdą­ży­łaby do­trzeć, już mu­sia­łaby je­chać z po­wro­tem. Prze­cha­dza­jąc się w nie­zbyt upal­nym po­wie­trzu let­niego wie­czoru, od­wraca twarz w stronę pa­ry­skiego nieba i chło­nie woń eg­zo­tycz­nych kwia­tów, która to­wa­rzy­szy jej po dro­dze. Roz­ko­szuje się cie­płym wia­trem mu­ska­ją­cym ją po twa­rzy. Fa­scy­nuje się pięk­nymi bu­dyn­kami, które wy­glą­dają, jakby kła­niały się jej je­den po dru­gim. "Do­bry wie­czór! Do­bry wie­czór!"

Słońce na­dal świeci, cho­ciaż mi­nęła już ósma. Od bu­zu­ją­cych w niej hor­mo­nów szczę­ścia wy­wo­ła­nych tań­cem nie­mal pod­ska­kuje.

Po­śród ca­łej tej eu­fo­rii za­uważa chło­paka w czar­nej skó­rza­nej kurtce, który wy­ło­nił się nie wia­domo skąd, a te­raz idzie tuż za nią. Jest atrak­cyjny, więc Bianca nieco się pro­stuje i po­pra­wia włosy. Nie za­trzy­muje się, ale tam­ten idzie odro­binę zbyt bli­sko, żeby czuła się kom­for­towo. Stara się nie zwra­cać na niego uwagi. Może chce ją za­cze­pić? Kiedy jed­nak Bianca pró­buje przy­spie­szyć, żeby zwięk­szyć mię­dzy nimi dy­stans, on robi to samo. Gdy zwal­nia, on też zwal­nia. Gdy się za­trzy­muje i udaje, że za­wią­zuje buty, tam­ten ją na­śla­duje. Serce mocno jej wali. Prze­cho­dzi na drugą stronę ulicy. On też.

Do cen­trum zo­stał jesz­cze ka­wa­łek. Do­kąd­kol­wiek pój­dzie, ko­leś idzie parę kro­ków za nią. Wszystko do­okoła za­czyna wi­ro­wać. Biance nie udaje się go zgu­bić. Pró­buje znowu zwięk­szyć tempo, żeby szyb­ciej dość do śród­mie­ścia, gdzie praw­do­po­dob­nie jest wię­cej lu­dzi. Ma w ustach me­ta­liczny po­smak krwi i nie czuje już za­pa­chu kwia­tów. W tej chwili nie wi­dzi poza nim ni­kogo in­nego. Dla­czego się nie od­zywa, je­żeli cze­goś od niej chce?

Cen­trum jest co­raz bli­żej. W od­dali Bianca do­strzega tłum lu­dzi wo­kół skle­pów i ka­wiarni i wie, że nie­długo bę­dzie mo­gła ode­tchnąć z ulgą. Chło­pak chyba wtedy znik­nie.

Ale nie­zna­jomy cały czas trzyma się kilka me­trów za nią. Bli­sko. Zbyt bli­sko.

Bianca zbiera się na od­wagę i naj­pierw za­trzy­muje ja­kąś parę na ulicy.

- Bon­jour mon­sieur, prze­pra­szam, że prze­szka­dzam, ale...

Męż­czy­zna i jego żona ge­stem po­ka­zują, że się spie­szą, i szybko idą da­lej. Swoją ła­maną fran­cusz­czy­zną po­dej­muje ko­lejną próbę, by prze­śla­dowca po­my­ślał, że nie jest sama.

- Bon­soir ma­de­mo­iselle, ja tylko... - Kiedy jed­nak usi­łuje opo­wie­dzieć, że ktoś ją śle­dzi, na­tręta już nie wi­dać, a lu­dzie pa­trzą na nią dziw­nie, mó­wią, że im się spie­szy, i idą da­lej. Są­dzą pew­nie, że zwa­rio­wała. Gdy tylko jed­nak od­cho­dzą, a ona znowu jest sama, chło­pak wraca.

Bianca pa­trzy na ze­ga­rek. Ma jesz­cze parę go­dzin do spo­tka­nia z po­zo­sta­łymi oper­kami przy au­to­ka­rze. Nogi od­ma­wiają jej po­słu­szeń­stwa. Wcho­dzi do róż­nych skle­pów, a on idzie za nią. Czuje się tak, jakby bez po­pi­ja­nia pró­bo­wała prze­żuć z dzie­sięć cia­stek Ma­rie­kex, a przy tym mar­z­nie i szczęka zę­bami, cho­ciaż jest cie­pło.

Czego on chce?

Kim jest?

Dla­czego nie na­wiąże z nią ja­kie­goś kon­taktu, je­śli wła­śnie o to mu cho­dzi? Te­raz nie jest taka do przodu, po tym, co zda­rzyło się je­sie­nią. Kie­dyś już by mu po­wie­działa, żeby spie­przał.

Drzwi do księ­garni są otwarte na oścież, więc wcho­dzi do środka i udaje, że czyta książkę. Całe szczę­ście, że sklepy będą czynne jesz­cze parę go­dzin, więc ma do­kąd pójść. Do­piero po chwili się orien­tuje, że trzyma książkę do góry no­gami. Wtedy za­uważa, że sto­jąca na­prze­ciwko dzi­wacz­nie ubrana ko­bieta przy­gląda jej się spod dłu­giej ru­dej grzywki. Ma na so­bie ja­kąś czapkę z gru­bym ogo­nem zwi­sa­ją­cym po boku, jak w ko­mik­sie, który Bianca kie­dyś czy­tała, czarną skó­rzaną kurtkę, a pupę le­dwo za­krywa jej krótka spód­niczka w tym sa­mym ko­lo­rze. Nosi też siat­kowe poń­czo­chy i czarne ko­zaki się­ga­jące aż za ko­lana. Na­tręt w ta­kiej sa­mej skó­rza­nej kurtce stoi po le­wej stro­nie Bianki, u szczytu po­dłuż­nego stołu cał­ko­wi­cie za­wa­lo­nego po­roz­rzu­ca­nymi książ­kami. Cały sklep jest zresztą pe­łen ksią­żek, to prze­cież księ­gar­nia. Przy pra­wym boku me­ble, bli­żej drzwi, stoi jesz­cze je­den męż­czy­zna, w dżin­sach i kwie­ci­stej ko­szuli z pod­wi­nię­tymi rę­ka­wami. Żadne z nich nie ogląda ksią­żek. Po pro­stu pa­trzą pro­sto przed sie­bie. Nic nie mó­wią ani nic nie ro­bią, wy­daje się jed­nak, że cała trójka jest ra­zem. Przy­cho­dzi jej do głowy, że chyba na­prawdę zwa­rio­wała, lecz mimo to pró­buje wy­ja­śnić eks­pe­dientce całą sy­tu­ację.

- Prze­pra­szam, wi­dzi pani trzy osoby sto­jące przy tam­tym stole? Cho­dzą za mną od kilku go­dzin, boję się, mo­głaby mi pani pom...

- Prze­pra­szam, ma­de­mo­iselle, ale mamy długą ko­lejkę, nie mam czasu roz­ma­wiać.

Bianca od­wraca się do stołu. Już ich nie ma. Wy­cho­dzi z po­wro­tem na ze­wnątrz. Bar­dzo się stara, by przez cały czas trzy­mać się bli­sko tłumu. Mija jed­nak za­le­d­wie kilka mi­nut, a już cała trójka z po­wro­tem ją ota­cza. Nie od­zy­wają się ani do sie­bie na­wza­jem, ani do Bianki, tylko two­rzą wo­kół niej mil­czący krąg, jakby cze­kali na od­po­wied­nią oka­zję. Nie ma po­ję­cia, na jaką. Wie je­dy­nie, że jest jej wy­jąt­kowo nie­przy­jem­nie, zwłasz­cza ze względu na prze­szłe do­świad­cze­nia, więc przez cały czas ma się na bacz­no­ści.

Wy­cho­dzi z po­wro­tem na ulicę i roz­ma­wia jesz­cze z kil­koma pa­rami, pró­bu­jąc wy­tłu­ma­czyć lu­dziom, co się dzieje, ale gdy tylko się za­trzy­muje i do ko­goś od­zywa, cała trójka znika. Chce się jej pła­kać i krzy­czeć, ro­zu­mie bo­wiem, że ta sy­tu­acja musi wy­da­wać się po­dej­rzana, a wszyst­kie osoby, które za­cze­pia, uwa­żają pew­nie, że jest w mniej­szym lub więk­szym stop­niu chora psy­chicz­nie. Wszystko to przy­po­mina ja­kiś kosz­marny film, w któ­rym ona nie ma naj­mniej­szej ochoty od­gry­wać ani głów­nej, ani dru­go­pla­no­wej roli.

Gdy tylko ru­sza, znów idą za nią. Ma ochotę dziko wrza­snąć. Jak się dzwoni na po­li­cję we Fran­cji i jak ma wy­ja­śnić, że śle­dzą ją trzy osoby? Zdaje so­bie sprawę, że nikt by jej nie uwie­rzył. Albo nie zro­zu­miał, co mówi. Nie­szcze­gól­nie by też po­mo­gło, gdyby za­te­le­fo­no­wała do taty w Szwe­cji i śmier­tel­nie go wy­stra­szyła.

Kiedy prze­cho­dzi obok ja­kiejś ka­fejki, przy jed­nym ze sto­li­ków za­uważa opa­lo­nego sur­fera z blond dre­dami. Wy­gląda na Szweda. Może ją zro­zu­mie i jej uwie­rzy, gdy opo­wie mu w swoim ję­zyku, co się dzieje. Może wszystko sta­nie się wtedy ja­sne. Pod­cho­dzi do niego, ale oka­zuje się, że to rów­nież Fran­cuz. Znowu wy­ja­śnia, że śle­dzą ją trzy osoby, i pró­buje jak naj­do­kład­niej opi­sać ich wy­gląd. Chło­pak pa­trzy na nią spod dłu­gich znisz­czo­nych od sło­nej wody wło­sów z wy­ra­zem nie­zro­zu­mie­nia na twa­rzy. Bianca się czer­wieni, ale mimo wszystko zbiera się na od­wagę i pyta, czy może z nim po­sie­dzieć, aż bę­dzie mu­siała iść do au­to­karu. Nie­zna­jomy nie ma pew­nie serca, by jej od­mó­wić, i cho­ciaż ona zdaje so­bie z tego sprawę, siada po­spiesz­nie, gdy tylko tam­ten kiwa głową. Już od kilku go­dzin śle­dziły ją naj­pierw jedna, a po­tem ko­lejne dwie osoby. Bo chyba nie mo­gło jej się wy­da­wać? Ni­gdy nie od­wa­ży­łaby się po­dejść do nie­zna­nego przy­stoj­nego chło­paka i spy­tać, czy może z nim usiąść, gdyby nie zna­la­zła się w pod­bram­ko­wej sy­tu­acji.

A je­śli sur­fer uznał, że go pod­rywa? Bianca chce za­paść się pod zie­mię.

Sie­dzą ze sobą przez ja­kąś go­dzinę. Oboje mil­czą. On pije kawę, ona są­czy sok ze szklanki. Nie od­zy­wają się i sy­tu­acja jest krę­pu­jąca dla obojga, ale Bianca przy­naj­mniej czuje, że jest bez­pieczna i nic jej nie grozi. Kiedy zbliża się pora zbiórki, Bianca wstaje i dzię­kuje sur­fe­rowi za to­wa­rzy­stwo. Jako dżen­tel­men przy­wo­łuje dla niej tak­sówkę, a ona szybko się roz­gląda, za­nim pod­bie­gnie na chwiej­nych no­gach i wsko­czy do sa­mo­chodu.

Do­prawdy nie może po­jąć, jak to moż­liwe, że ja­kiś typ naj­pierw śle­dzi ją od szkoły tańca, a po­tem w cen­trum do­łą­cza do niego jesz­cze dwoje kom­pa­nów. Bez prze­rwy się od­wraca i spo­gląda w tylną szybę, ale na ze­wnątrz za­pa­dła już ciem­ność. Nic nie wi­dzi, ośle­piają ją re­flek­tory sa­mo­cho­dów. Do­cho­dzi pół­noc. Au­to­kar od­jeż­dża równo o dwu­na­stej, a na­stęp­nie będą je­chać przez całą noc, by obu­dzić się w Bre­ta­nii.

Kie­rowca za­trzy­muje się pod ad­re­sem za­pi­sa­nym w li­ście, który do­stała z agen­cji au pair. Oka­zuje się, że to ulica jed­no­kie­run­kowa. Jest pu­sto i ciemno, a do tego za­czyna pa­dać. Nie wi­dzi ży­wej du­szy ani żad­nego au­to­karu. Tak­sówka od­jeż­dża, za­nim zdąży ją za­trzy­mać.

Oczy wy­peł­niają jej łzy, które mie­szają się z kro­plami desz­czu. Bianca roz­gląda się do­okoła za ja­kąś otwartą w nocy ka­wiar­nią czy re­stau­ra­cją, do­kąd mo­głaby pójść, ale to nie tego typu oko­lica, tylko przede wszyst­kim do­mów miesz­kal­nych. Ża­łuje, że nie po­pro­siła tak­sów­ka­rza, żeby od­wiózł ją do jej fran­cu­skiej ro­dziny, i że nie olała tej za­sra­nej wy­cieczki dla ope­rek.

Na­raz Bianca czuje czy­jąś rękę na ra­mie­niu. Bły­ska­wicz­nie się od­wraca.

*

Biała fur­go­netka wjeż­dża do jej dziel­nicy. Wy­siada z niej męż­czy­zna ubrany ni­czym ko­smo­na­uta, a ona uśmie­cha się w du­chu, na ze­wnątrz jed­nak nie daje nic po so­bie po­znać. Do­brze, że mógł przy­je­chać już przed po­łu­dniem, kiedy w domu nie ma zbyt wielu lu­dzi. Zdo­łała mu wmó­wić, że bie­gają we­wnątrz ścian i że mu­szą przy­cho­dzić z piw­nicy. Dla­tego zja­wił się z klatką, którą po­stawi na dole. Rzecz ja­sna nie ma tu ni­czego poza jej ma­łymi py­siacz­kami, ale prze­cież tego nie musi wie­dzieć. Za­miast tego za­mie­rza scho­wać klatkę w po­miesz­cze­niu na śmieci i w ten spo­sób zdo­być nowe. Póź­niej mogą się jej bar­dzo przy­dać. A może, gdyby do­pi­sało jej szczę­ście, za­wieźć by tak jed­nego do Tima już tego wie­czoru? Albo jesz­cze le­piej do jego żony? Nie wy­gląda na taką, która ucie­szy­łaby się z wi­zyty czwo­ro­noga z dłu­gim ogo­nem.

*

Ro­bin dzwoni do drzwi Grety i za­nim ta w końcu po­dej­dzie i otwo­rzy, sły­szy szu­ra­nie jej kro­ków.

- To ty, Ro­bin? - pyta sła­bym gło­sem. - Wejdź.

- Chcę tylko od­dać ubra­nia - wy­ja­śnia i po­daje jej ma­ry­narkę i spodnie. - Bar­dzo dzię­kuję, że mo­głem je po­ży­czyć.

- Jesz­cze czego. Co mam z nimi ro­bić? Wi­szą tylko w sza­fie i zbie­rają kusz. Jak chcesz, mo­żesz je so­bie za­trzy­mać.

- Na­zbie­ra­łem ci kon­wa­lii - mówi i wrę­cza jej bu­kie­cik.

- Ko­chany z cie­bie chło­piec - od­po­wiada Greta, wy­ciąga wy­chu­dłą, po­marsz­czoną rękę i kle­pie go po po­liczku. - Wejdź, spró­bu­jesz bisz­koptu. Wła­śnie upie­kłam.

Od­suwa się wolno, żeby go wpu­ścić.

Ład­nie pach­nie, a on i tak nie ma nic in­nego do ro­boty, więc wcho­dzi do ma­łego, schlud­nego miesz­ka­nia po prze­ciw­nej stro­nie ko­ry­ta­rza.

- Jak się dziś czuje mama? - pyta Greta, czła­piąc do kuchni ze zgię­tymi ple­cami.

- Śpi.

- Usią­dziemy so­bie na słońcu? - pro­po­nuje Greta.

- Chęt­nie zo­stanę w środku, je­śli to dla cie­bie w po­rządku - od­po­wiada Ro­bin. Wie, że Greta na pewno się za­sta­na­wia dla­czego, ale nic nie mówi.

Mie­sza mu w szklance wodę z so­kiem z czar­nej po­rzeczki, po czym sia­dają przy ku­chen­nym stole.

- Śmiało, ukrój so­bie duży ka­wa­łek - za­chęca i po­daje mu nóż.

Ro­bin się czę­stuje, zer­ka­jąc przy tym na liczne fo­to­gra­fie usta­wione na szafce w są­sied­nim po­koju. To zdję­cia ślubne Grety i jej męża, który nie żyje od wielu lat, oraz zdję­cia wszyst­kich ich dzieci, wnu­ków i in­nych człon­ków ro­dziny. Gula w żo­łądku daje o so­bie znać. Wie, że on też ma ro­dzinę gdzieś tam w Szwe­cji. W każ­dym ra­zie miał. Bab­cię i dziadka, cio­cię i może ja­kichś ku­zy­nów. Słabo ich pa­mięta, ale ni­gdy nie bę­dzie mógł się z nimi spo­tkać. To zbyt nie­bez­pieczne.

*

- Też je­dziesz do Bre­ta­nii?

Bianca pod­ska­kuje i wy­du­sza z sie­bie "tak".

- Kie­rowca prze­sta­wił au­to­kar, bo tu­taj nie mógł za­wró­cić - mówi ja­kiś uprzejmy głos. Naj­uprzej­miej­szy, a przede wszyst­kim naj­bar­dziej szwedzki głos, jaki sły­szała od paru ty­go­dni.

- Chodź ze mną - do­daje dziew­czyna i ru­sza.

Gdy tylko Bianca wcho­dzi do au­to­karu, gwar przy­ci­cha na kilka se­kund, po czym znów się roz­lega. Wszy­scy po­do­bie­rali się już w pary na fo­te­lach, więc siada w wol­nym rzę­dzie i od razu ża­łuje, że wy­brała się na tę wy­cieczkę.

Opiera głowę o zimną szybę i za­myka oczy. Jest sama. Ktoś sie­dzący za nią pali ukrad­kiem pa­pie­rosa, więc Bianca wy­ciąga z torby wil­gotną ko­szulkę z za­jęć i przy­ci­ska do nosa. Pod­ska­ku­jąc, au­to­kar po­suwa się do przodu wśród ciem­nej nocy i nie­długo szcze­bio­ta­nie wo­kół cich­nie.

Biance nie bę­dzie dany wie­lo­go­dzinny sen. Raz za ra­zem wraca w my­ślach do tego, co się stało, i wsty­dzi się, kiedy przy­po­mi­nają jej się osoby, które za­cze­piła ze­szłego wie­czoru. To było że­nu­jące - w oczach lu­dzi wi­działa, że jej nie wie­rzą i uwa­żają ją za wa­riatkę.

Czego wła­ści­wie mo­gło chcieć tam­tych troje? Nie wy­da­wało się jej, tego jest pewna. Bolą ją plecy, więc kręci się w fo­telu na wszyst­kie strony, żeby zna­leźć jako tako wy­godną po­zy­cję do sie­dze­nia, aż w końcu czuje, że ogar­nia ją sen­ność.

Ale gdy tylko przy­sy­pia, bu­dzi ją głos pi­lotki, która in­for­muje, że są już na miej­scu i pora wsta­wać.

Nie­zli­czone ziew­nię­cia mie­szają się z chi­cho­tami i dźwię­kiem zdej­mo­wa­nych z pó­łek ba­gaży. Bianca czeka do końca i do­piero wtedy wy­siada.

Nikt się nie pali, by się do niej ode­zwać, a i ona nie ma ochoty z kim­kol­wiek roz­ma­wiać. Wy­daje się jej, że wszy­scy do­brze się już znają i chyba nie­byt chęt­nie wpu­ści­liby do to­wa­rzy­stwa no­wych zna­jo­mych. Przez cały czas idzie kilka me­trów za po­zo­sta­łymi. Nie cho­dzi o to, że ktoś jest nie­miły, czuje się ra­czej jak ktoś cał­ko­wi­cie nie­wi­dzialny. Po pro­stu jej nie ma i wcale jej to nie prze­szka­dza. Cały dzień w Bre­ta­nii mija jej, jakby była w śpiączce. Go­dziny po­zo­stałe do wie­czora, kiedy bę­dzie mo­gła po­ło­żyć się na pię­tro­wym łóżku w schro­ni­sku mło­dzie­żo­wym, wloką się w nie­skoń­czo­ność. Chce tylko jed­nego - żeby wy­cieczka się skoń­czyła, a ona mo­gła wró­cić do dziew­czy­nek i cię­żar­nej mamy.

Po śnia­da­niu roz­po­czy­nają po­dróż po­wrotną do Pa­ryża. Po dro­dze mają wiele de­ner­wu­ją­cych przy­stan­ków, za­jeż­dżają do jed­nego sklepu po dru­gim, ku za­chwy­towi wszyst­kich po­zo­sta­łych. Lu­dzie ku­pują pa­miątki, chi­chrają się i przy­mie­rzają ubra­nia, Bianca zo­staje jed­nak w au­to­ka­rze. Zdaje jej się, że wszystko trwa całe wieki, w końcu jed­nak par­kują w cen­trum Pa­ryża. Bianca za­biera torbę i ru­sza w stronę me­tra. Znika rów­nie szybko, jak się po­ja­wiła. Ni­kogo nie pa­mięta i nikt nie bę­dzie jej pa­mię­tał, jest o tym prze­ko­nana. Na sta­cji tło­czy się wo­kół niej masa lu­dzi spie­szą­cych się we wszyst­kich kie­run­kach, a ona uważ­nie roz­gląda się w prawo i w lewo, aby się upew­nić, że nikt jej nie śle­dzi. Serce jej wali. Nie może się uspo­koić, do­póki nie znaj­dzie miej­sca na sa­mym końcu wa­gonu, gdzie nie ma ni­kogo za ple­cami.

Po­wrót do fran­cu­skiej ro­dziny na­peł­nia ją ra­do­ścią. Dziew­czynki wy­szły jej na spo­tka­nie i pod­ska­kują w przed­po­koju, a Édith przy­go­to­wała ko­la­cję. Je­dzą wszy­scy ra­zem, za­nim tata znowu wy­je­dzie.

Na­za­jutrz rano Bianca mówi Édith o piąt­ko­wym wie­czo­rze. Kiedy pró­buje wy­ja­śnić, co jej się przy­tra­fiło, Édith ogar­nia prze­ra­że­nie. Cho­dzi w tę i z po­wro­tem z dłońmi przy­ło­żo­nymi do twa­rzy i do­lewa oliwy do ognia, opo­wia­da­jąc prze­ra­ża­jące hi­sto­rie o tym, co może się przy­tra­fić ta­kim mło­dym dziew­czy­nom ze Szwe­cji. Spe­cja­li­zu­jące się w wy­szu­ki­wa­niu za­gu­bio­nych i może na­iw­nych dziew­czyn szajki upro­wa­dzają je, a po­tem zmu­szają do pracy jako pro­sty­tutki i za­ra­bia­nia dla nich pie­nię­dzy.

- W mie­ście roi się od sza­leń­ców, pe­tite Bianco, a ty mu­sisz być ostrożna.

W Sund­svall też roi się od sza­leń­ców, my­śli Bianca, ale nie mówi, przez co prze­szła. Nie za­mie­rza dać się za­stra­szyć. Od­li­cza dni do piątku i ko­lej­nych za­jęć ta­necz­nych. Je­śli znowu zo­ba­czy tego idiotę, to tak mu na­gada, że mu w pięty pój­dzie. Przy­go­tuje się i znaj­dzie naj­pa­skud­niej­sze fran­cu­skie prze­kleń­stwa. Édith po­sta­na­wia, że od razu po lek­cji Fra­nçois od­bie­rze ją sprzed bu­dynku, a Bianca stara się ją uspo­koić i za­pew­nie­nia, że to się na pewno już nie po­wtó­rzy.

- Zro­bimy, jak mó­wię. Ko­niec dys­ku­sji - oświad­cza Édith i ude­rza pię­ścią w stół.

18 czerwca, po­nie­dzia­łek

Zo­stało: 66 dni

Słońce praży i po­wie­trze nad roz­grzaną jezd­nią do­słow­nie drży, kiedy Cilla je­dzie do mia­sta. Na ka­nale P4 pusz­czają Som­ma­ren är kort, czyli Lato jest za krót­kie. Ko­bieta do­łą­cza ze swoim za­wo­dze­niem. Otwiera okno, żeby się ochło­dzić. Pach­nie la­tem. Woń go­rą­cego as­faltu wy­daje się w ja­kiś spo­sób zna­joma. Przy­cho­dzi jej na myśl wa­fe­lek lo­dów.

Dziwne.

Kiedy wróci ze spo­tka­nia, po­jadą całą ro­dziną się ką­pać. Henke ma przy­go­to­wać pro­wiant i spa­ko­wać wszystko, co może się przy­dać w ciągu dłu­giego dnia na plaży. Jak na czer­wiec jest wy­jąt­kowo cie­pło, więc trzeba ko­rzy­stać z oka­zji. Kto wie, fala upa­łów może nie­długo prze­mie­ścić się gdzie in­dziej. Skręca w Stor­ga­tan. Nie­trudno o miej­sce par­kin­gowe, co nie dziwi, bio­rąc pod uwagę aurę. Kto chciałby ro­bić dziś za­kupy, skoro można wy­le­gi­wać się na plaży i pła­wić w słońcu?

Kiedy wcho­dzi do sie­dziby Nor­r­si­dan, za­uważa, że w wej­ściu tło­czy się wy­jąt­kowo dużo lu­dzi. Stoją i roz­ma­wiają w nie­wiel­kich grup­kach, a Cilla klu­czy mię­dzy nimi, by do­stać się do re­cep­cji.

- Hej, je­stem umó­wiona z Ti­mem Lars­so­nem. Mogę wejść? - pyta sie­dzącą tam ko­bietę i się uśmie­cha. Była tu już kilka razy i ma wra­że­nie, że się znają.

- Usiądź pod salą kon­fe­ren­cyjną, tam, Tim przyj­dzie po cie­bie, gdy na­dej­dzie twoja ko­lej - od­po­wiada re­cep­cjo­nistka i od­wza­jem­nia uśmiech.

Lu­dzie do­okoła są ubrani w gar­ni­tury, więc Cilla usi­łuje scho­wać się w ką­cie. Ma na so­bie su­kienkę pla­żową, san­dały, a wo­kół nie­uma­lo­wa­nej twa­rzy zwi­sają dwa war­ko­cze. Za­mie­rzała prze­cież spo­tkać się tylko z Ti­mem, a do tej pory wi­dzieli się kilka razy. Miej­sce obok niej zaj­muje tamta trójka z agen­cji re­kla­mo­wej. Roz­po­znaje ich. Trzej mę­drcy z du­żymi kar­to­nami sie­dzą po­grą­żeni w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu. Ja­cyś inni męż­czyźni z ak­tów­kami w rę­kach roz­ma­wiają ze sobą gło­śno na sto­jąco. Wszę­dzie fa­ceci. Za­czyna czuć się nie­swojo i jakby pod ob­ser­wa­cją.

Otwie­rają się drzwi do sali kon­fe­ren­cyj­nej i czte­rech dżen­tel­me­nów z twa­rzami lśnią­cymi od potu i w kurt­kach ro­bo­czych opusz­cza po­miesz­cze­nie. Kiedy Cilla za­gląda do środka, do­strzega, że wo­kół wiel­kiego owal­nego bia­łego stołu sie­dzi mnó­stwo lu­dzi.

- Za­pra­szam - mówi Tim i kiwa naj­pierw do re­kla­mow­ców, a na­stęp­nie po­ka­zuje jej wy­cią­gnięty w górę kciuk.

Męż­czyźni bez słowa zbie­rają wszyst­kie kar­tony i wcho­dzą do środka. Za­nim drzwi się za­mkną, Cilla wi­dzi, że umiesz­czają ma­te­riały na sto­ja­kach i pod­łą­czają pen­drive do kom­pu­tera. O co tu cho­dzi? Coś prze­ga­piła? Czy ona też ma za­brać głos przed tymi wszyst­kimi ludźmi? Pot za­czyna spły­wać jej po ple­cach, a w ustach robi się cał­ko­wi­cie su­cho.

Cho­lera by to wzięła.

Szuka w to­rebce gumy do żu­cia i znaj­duje przy­ku­rzony, brudny ka­wa­lą­tek w prze­gródce mię­dzy błysz­czy­kami. Wkłada go szybko do ust i za­czyna na­mięt­nie żuć, na­kła­da­jąc jed­no­cze­śnie na spierzch­nięte wargi kilka warstw ró­żo­wego błysz­czyku.

Gdzie jest to­a­leta?

Musi zdą­żyć, za­nim przyj­dzie jej ko­lej, więc wstaje i pod­cho­dzi do re­cep­cji z wy­ra­zem lek­kiej pa­niki w oczach. Re­cep­cjo­nistka zdaje się ją ro­zu­mieć i za­nim Cilla w ogóle zdąży o co­kol­wiek za­py­tać, pod­nosi wzrok i wska­zuje dłu­go­pi­sem w kie­runku szatni, gdzie znaj­dują się to­a­lety. Cilla po­tyka się w san­da­łach o wy­kła­dzinę z ró­żo­wym wzo­rem i po­spiesz­nie wcho­dzi do środka. Kiedy prze­gląda się w lu­strze, spo­strzega prze­stra­szoną małą dziew­czynkę z war­ko­czy­kami. Gumki do wło­sów trza­skają, kiedy za nie po­ciąga, i pró­buje roz­czo­chrać cien­kie włosy, ale wi­dzi, że nie jest ani odro­binę le­piej. Za­miast war­ko­czy szybko robi ku­cyk, a po­tem myje się pod pa­chami pian­ko­wym my­dłem do rąk. Musi też zdą­żyć się za­ła­twić. Nie ma ze sobą ni­czego, co mo­głaby po­ka­zać tam w środku. Może je­dy­nie opo­wie­dzieć o tym, co ma w gło­wie.

A co tam w ogóle ma?

W lu­strze wi­dzi, że ka­wa­łek pa­pieru przy­lgnął do pa­chy, a pot z po­wro­tem wstę­puje na czoło.

Krze­sło, gdzie wcze­śniej sie­działa, jest już za­jęte, więc staje ka­wa­łek da­lej i czeka. Kręci jej się w gło­wie. Co wła­ści­wie za­pla­no­wała na te cztery dni otwar­cia? Ma opo­wie­dzieć o wszyst­kim, co za­mie­rzała zor­ga­ni­zo­wać, czy tylko o rze­czach, które zo­stały już za­re­zer­wo­wane i przy­go­to­wane? Drzwi się otwie­rają i ktoś wy­myka się do to­a­lety. Ze środka do­biega do­no­śny mę­ski głos.

- Już te­raz za­czniemy bu­do­wać na­strój ocze­ki­wa­nia za po­mocą kam­pa­nii re­kla­mo­wej, ja­kiej wcze­śniej świat nie wi­dział. Bę­dzie wi­do­czna do­słow­nie wszę­dzie, ale mimo to zo­sta­nie na­krę­cona tak, jakby miało się wy­da­rzyć coś ta­jem­ni­czego. Bę­dziemy mieć wróżkę z różdżką, pro­mo­cję i...

Drzwi za­my­kają się z po­wro­tem. Tim po­in­for­mo­wał ją wcze­śniej, że będą mieli wróżkę, dzięki czemu Cilla wpa­dła na po­mysł, żeby ta wy­cza­ro­wała na­zwę, którą też trzyma się w ta­jem­nicy. Od­waży się po­wie­dzieć o tym po­my­śle już te­raz? Nie mo­gła wło­żyć na sie­bie cze­goś in­nego niż let­nia su­kienka? Spo­dzie­wała się jed­nak, że jak zwy­kle w spo­tka­niu we­zmą udział tylko ona i Tim. Cał­ko­wi­cie za­po­mniał jej po­wie­dzieć, że cho­dzi o ja­kiś ro­dzaj spra­woz­da­nia.

Drzwi się otwie­rają i trzej mę­drcy wy­cho­dzą ze swo­imi kar­to­nami. Mają mocno za­czer­wie­nione twa­rze, a Cilla czuje, że znowu musi się za­ła­twić. To już jej ko­lej? Tim kiwa głową i uśmie­cha się do niej, więc szybko się pod­nosi i za­ta­cza. Nie może ze­mdleć, nie może ze­mdleć. Nie ma po­ję­cia, w jaki spo­sób zna­la­zła się w dusz­nym po­miesz­cze­niu, w każ­dym ra­zie stoi przed dużą grupą lu­dzi, któ­rzy przy­glą­dają się jej scep­tycz­nie. Wcale im się nie dziwi. Ich twa­rze się zle­wają i Cilla osta­tecz­nie wszę­dzie wi­dzi tylko czerń wy­mie­szaną z bielą. Cho­ciaż nie, do­strzega też coś ró­żo­wego. W to­wa­rzy­stwie jest rów­nież ko­bieta.

- To Cilla Fal­lan­der, kie­row­niczka pro­jektu otwar­cia - przed­sta­wia ją Tim. - Opo­wie nam o po­stę­pach przy pla­no­wa­niu otwar­cia.

Cilla chrząka i przez głowę prze­myka jej myśl, że w buzi ma na­dal gumę do żu­cia. Kaszle z dło­nią przy­ło­żoną do ust, wy­plu­wa­jąc gumę na rękę. Roz­gląda się za ko­szem na śmieci, bie­rze ser­we­tkę le­żącą na stole i udaje, że wy­ciera dło­nie.

- Bar­dzo się cie­szę, że mogę or­ga­ni­zo­wać to otwar­cie - za­czyna, lecz nie po­znaje swo­jego głosu.

Ko­bieta po­daje jej szklankę wody. Cilla kiwa do niej z wdzięcz­no­ścią, szybko wy­pija łyk i znowu chrząka.

- Po­my­śla­łam, żeby sporą część pro­gramu za­pre­zen­to­wać w czwar­tek na fa­sa­dzie wy­cho­dzą­cej na ry­nek. Za­miast wzno­sić jedną drogą scenę, wy­ko­rzy­stamy bal­kony jako kilka ma­łych. Wo­ka­li­ści, tan­ce­rze, mu­zycy i chór po­ja­wią się na tych oświe­tlo­nych bal­ko­nach i wy­ko­nają swoje nu­mery. Otwar­cie od­bę­dzie się wie­czo­rem, kiedy na dwo­rze jest ciemno, aby wy­wo­łać jak naj­lep­szy efekt.

Nikt nic nie mówi, obecni wle­piają w nią tylko wzrok bez ja­kiej­kol­wiek re­ak­cji. Nie wszy­scy jed­nak - ko­bieta w ró­żo­wym lekko się do niej uśmie­cha. Cilla ją uwiel­bia, kim­kol­wiek jest.

- Na­zwa no­wej ga­le­rii ma być ta­jem­nicą, więc wpa­dłam na po­mysł, żeby na za­koń­cze­nie, za­nim otwo­rzymy drzwi ga­le­rii, wy­cza­ro­wała ją wróżka znana z kam­pa­nii re­kla­mo­wej.

Gro­bowa ci­sza.

- Je­stem umó­wiona z tech­ni­kami, do­wiem się, ja­kie roz­wią­za­nia są moż­liwe, ale chcia­ła­bym stwo­rzyć ilu­zję, że wróżka prze­la­tuje nad ryn­kiem i lą­duje na jed­nym z bal­ko­nów, gdzie wy­cza­ro­wuje na­zwę na fa­sa­dzie. A w na­wią­za­niu do hi­sto­rii Sund­svall czwart­kowe otwar­cie zwień­czymy desz­czem spły­wa­ją­cego po ścia­nie, a po­tem wpu­ścimy lu­dzi do środka.

Ci­sza robi się jesz­cze głęb­sza. Te­raz jed­nak ktoś zmie­nia po­zy­cję i po­chyla się do przodu.

- Mó­wisz po­waż­nie? Jak to so­bie niby wy­obra­żasz? - pyta męż­czy­zna z wście­kle czer­wo­nymi wło­sami, po czym upusz­cza dłu­go­pis na stół.

Cilla nie była przy­go­to­wana na taką re­ak­cję i lekko się chwieje. Wszy­scy za­czy­nają się wier­cić, a krze­sła skrzy­pią, gdy sia­dają wy­pro­sto­wani i pa­trzą sze­roko otwar­tymi oczami to na nią, to na sie­bie na­wza­jem. Roz­cho­dzi się po­mruk i lu­dzie wo­kół stołu wy­mie­niają zna­czące spoj­rze­nia.

- Ten po­mysł brzmi bar­dzo cie­ka­wie. Mam na­dzieję, że da się go wpro­wa­dzić w ży­cie - mówi ko­bieta.

- Jak na ra­zie wszystko jest na eta­pie kon­cep­cji. - Tim stara się udo­bru­chać męż­czy­znę.

Z ja­kie­goś po­wodu z każ­dym wes­tchnie­niem i po­trzą­śnię­ciem głową Cilla czuje się spo­koj­niej­sza i pew­niej­sza sie­bie. Wrzawa cich­nie, a ona da­lej z opa­no­wa­niem przed­sta­wia plany na ko­lejne dni. Gdy koń­czy i może wyjść z ga­bi­netu, musi znowu po­pę­dzić do to­a­lety. Za­myka za sobą drzwi i z ulgą wy­pusz­cza po­wie­trze. Na ze­wnątrz sły­szy wzbu­rzone głosy.

- Kto to niby jest, do dia­bła? Wy­daje się kom­plet­nie wal­nięta. Każdy głupi by sku­mał, że to się nie uda. La­tać nad ryn­kiem? Taaa, ja­sne.

- Ni­gdy wcze­śniej o niej nie sły­sza­łem, ale miejmy na­dzieję, że Tim wie, co robi, skoro po­zwala or­ga­ni­zo­wać to wszystko ja­kie­muś dziew­czątku.

- Chyba nie jest taka młoda, na jaką wy­gląda, a poza tym wy­daje się, że wie, co robi. Wcze­śniej wy­sta­wiała show w mie­ście. Stars 4U, nie sły­sze­li­ście o tym ze­spole?

Ostat­nią uwagę wy­gła­sza ko­bieta.

- Ale to chyba nie jest ża­den cho­lerny show? Cóż, na­prawdę mam na­dzieję, że Tim wie, co robi.

Cilla sie­dzi w to­a­le­cie, do­póki na ze­wnątrz nie zrobi się ci­cho.

21 czerwca, czwar­tek

Zo­stało: 63 dni

- Nie ka­puję, dla­czego się nie zgo­dzi­łaś. Prze­cież mó­wi­łaś o tym tak długo - stwier­dza jej sio­stra, obie­ra­jąc ziem­niaka dla sie­dzą­cego obok niej ma­lu­cha.

Jej sio­strzyczka - w swo­jej per­fek­cyj­nej fry­zu­rze na pa­zia, w swo­ich per­fek­cyj­nych ubra­niach ze swoim per­fek­cyj­nym mę­żem i per­fek­cyj­nymi dziećmi - pa­trzy na nią sze­roko otwar­tymi oczami, a jej chce się tylko rzy­gać, kiedy wi­dzi mamę spo­glą­da­jącą z uwiel­bie­niem na ulu­bioną có­reczkę, która wszystko robi tak, jak na­leży.

- Ale kiedy wy­ja­śnili mi, na czym to bę­dzie po­le­gało, to mi prze­szło. Mia­ła­bym strasz­nie dużo ro­boty i...

- Prze­cież by­łoby świet­nie, gdy­byś miała ja­kieś do­dat­kowe do­chody. Może wy­pro­wa­dzi­ła­byś się z tej ka­wa­lerki, w któ­rej na­dal upie­rasz się miesz­kać - wtrąca mama.

- Pła­cili bar­dzo słabo, więc i tak nie za­ro­bi­ła­bym wiele wię­cej - do­daje, pró­bu­jąc unik­nąć dal­szej roz­mowy. Mo­gła ura­to­wać sy­tu­ację, gdyby od razu po­wie­działa prawdę - że jej nie chcieli. Zo­stała wy­ko­pana z dru­żyny albo od­rzu­cona jak sple­śniała tru­skawka. Zro­biono ją w ba­lona. Wy­sta­wiono do wia­tru. Za­równo w mi­ło­ści, jak i w ka­rie­rze. Wtedy może dla od­miany ob­da­rzy­łyby ją na­wet odro­biną sym­pa­tii. Ale na to już za późno. Przy­po­mina jej się roz­mowa, pod­czas któ­rej sio­stra prze­chwa­lała się swoją ważną pracą, a mama wy­glą­dała nie­mal tak, jakby miała pęk­nąć z dumy. Za­nim w ogóle zdą­żyła się za­sta­no­wić, wy­pa­liła, że bę­dzie zaj­mo­wać się otwar­ciem ga­le­rii. Wresz­cie i ona miała się czym po­chwa­lić. I bar­dzo im się to spodo­bało.

- Jak czują się moje ro­baczki? - za­ga­duje tato dzie­cię­cym gło­sem ma­lu­chy jej sio­stry, a ona do­my­śla się, że oj­ciec usi­łuje zmie­nić te­mat.

- Po­zna­łaś już ko­goś? - pyta mama i kiwa wy­mow­nie głową w kie­runku dzie­cia­ków jej sio­stry, jakby chcąc dać jej do zro­zu­mie­nia, że już nie­długo jej ko­lej, by spra­wić im wnuki.

Na­wet w tej spra­wie nie może sta­nąć na wy­so­ko­ści za­da­nia.

Tato rzuca ma­mie ostre spoj­rze­nie, a ta milk­nie.

Nie może na­wet po­wie­dzieć, że fak­tycz­nie ktoś w jej ży­ciu był. I to przez cały rok. Że jak głu­pia wier­nie na niego cze­kała. Znowu da­liby jej od­czuć swoją po­gardę, tak jak po­przed­nim ra­zem, co nie­szcze­gól­nie wzmoc­ni­łoby jej po­zy­cję w ro­dzi­nie. Zwłasz­cza te­raz, kiedy na­wet Tim ją opu­ścił. Ko­lejny za­wód.

- A jak tam w szpi­talu? - za­ga­duje mama i od­wraca się do sio­stry, która ma taką ważną pracę. - Nie za­pra­co­wu­jesz się chyba na śmierć, złotko?

Sły­sząc czu­łość w gło­sie mamy, ból roz­dziera ją od środka. Gdy roz­ma­wia z nią, ni­gdy nie przy­biera ta­kiego tonu. W oczach mamy za­wsze była nic nie­war­tym ze­rem. Na­wet jej sa­mej trudno zro­zu­mieć, że sie­dzący na­prze­ciwko niej ideał może być jej bio­lo­giczną sio­strą. Ma­mu­sia za­fun­do­wała so­bie skok w bok, my­śli. Albo wtedy, gdy spło­dziła ją, albo gdy kilka lat póź­niej po­częła sio­strę. Na sto pro­cent przy­pra­wiła ta­cie rogi.

Wstaje i idzie do ła­zienki, gdzie do­biega do niej szept sio­stry:

- Ja tam uwa­żam, że znowu kła­mie.

- Nie­stety ja też - od­po­wiada mama. - A już my­śla­łam, że po ostat­niej te­ra­pii czuje się le­piej.

- A je­śli prze­stała brać ta­bletki?

Ach, sio­strzyczko, wy­daje ci się, że je­steś taka mą­dra.

- Ja­kie to szczę­ście, że tam­ten fa­cet, Pa­trik, wy­co­fał swoje zgło­sze­nie.

- Tak, to prawda. Zro­bił to jed­nak pod wa­run­kiem, że ni­gdy wię­cej nie bę­dzie mu­siał jej oglą­dać.

- Mam na­dzieję, że ona ro­zu­mie po­wagę sy­tu­acji, i trzyma się od niego z da­leka.

Czy ona musi wspo­mi­nać też tego kre­tyna?

Wszystko się w niej go­tuje. "Tam­ten fa­cet..."

Prze­ni­kliwy wrzask dzie­cia­ków spra­wia, że na­gle od­zy­skuje świa­do­mość. Zdaje so­bie sprawę, że stoi po­środku sa­lonu, a na pod­ło­dze leżą wo­kół niej po­tłu­czone szkło i por­ce­lana. Naj­pierw wy­daje jej się, że ska­le­czyła mamę no­żem, który trzyma w ręku, ale po­tem się orien­tuje, że z twa­rzy na ubra­nia ścieka czer­wone wino.

Matka wy­gląda na śmier­tel­nie prze­ra­żoną, jak zresztą wszy­scy inni. Od­wraca się więc na pię­cie i wy­cho­dzi. Tak samo jak wiele razy przed­tem.

Kiedy wsiada do windy, prze­gląda się w lu­strze, układa rudy ko­smyk, który wy­su­nął się jej z fry­zury, i po­pra­wia czer­woną szminkę na ustach. Ulicą idzie przy­stojny męż­czy­zna w T-shir­cie i dżin­so­wych szor­tach, a kiedy ją mija, ona po­spiesz­nie roz­pina ko­lejny gu­zik let­niej su­kienki i stara się nieco bar­dziej wy­piąć pierś.

Nie wy­wo­łuje jed­nak żad­nej re­ak­cji nie­zna­jo­mego.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki