Przedmowa do pierwszego wydania
Nie ma takiego momentu, który byłby właściwy do napisania książki stawiającej sobie za cel odniesienie przeszłości do teraźniejszości. Zanim przemyślenia autora ukażą się drukiem, teraźniejszość zawsze zrobi krok do przodu i zmieni się perspektywa czytelnika. Praca współczesnego historyka przypomina pod tym względem raczej dynamicznie zmieniające się zadania dziennikarza piszącego wstępniaki do gazet niż pracę beznamiętnego analityka zakończonych dziejów. Mimo to marzec 1983 roku może się okazać nie najgorszym momentem do zbadania korzeni obecnego polskiego kryzysu: wydaje się, że wydarzenia w Polsce utknęły w martwym punkcie. Może się okazać mniej nieodpowiedni niż, powiedzmy, listopad 1981 roku, kiedy rozmaici obserwatorzy przepowiadali zbliżające się rozwiązanie kryzysu - albo w wyniku zwycięstwa Solidarności, albo dzięki takiemu czy innemu sowieckiemu démarche. Teraz przynajmniej burza przycichła i w wojnie między ludźmi i rządem z powodu obustronnego wyczerpania nastąpił rozejm. Ale nie rozwiązano żadnej z zasadniczych kwestii. Można mieć pewność, że lata 1983, 1984 i 1985 przyniosą nowe niespodzianki i nowe punkty zwrotne, aż w wyniku konfliktu Polska albo zostanie na jakiś czas zdruzgotana, albo ruszy naprzód nowym kursem.
Próba umieszczenia bieżących wydarzeń w historycznym kontekście jest jednak bardzo spóźniona. Jak zawsze w przypadku poważniejszego wydarzenia na międzynarodową skalę kryzys polski doprowadził do wyłonienia się grupy ekspertów natychmiast gotowych do wyrażania opinii, ludzi, którzy wcześniej nie zwracali żadnej uwagi na sprawy polskie i których świadomość wydarzeń sprzed roku 1980 (a przynajmniej z lat 1970 i 1968) pozostawia wiele do życzenia. Politolodzy, którzy analizują "systemy w sowieckim stylu" bez odwoływania się do czwartego wymiaru, są mocni, jeśli idzie o wady oficjalnej polityki, ale słabi w sprawach szczególnych cech charakterystycznych dla polskiego społeczeństwa. Ekonomiści, którzy poprawnie rozpoznali zwiastuny katastrofy w Polsce, często przypisywali polityczny wybuch z lat osiemdziesiątych błędnej polityce z lat siedemdziesiątych, nie zdając sobie sprawy, że sam w sobie upadek gospodarczy był tylko zewnętrzną oznaką o wiele bardziej długotrwałych konfliktów politycznych. Wielu życzliwych reporterów, którzy w latach osiemdziesiątych byli świadkami poruszających scen w Stoczni im. Lenina albo którzy obserwowali zwycięstwo ZOMO w latach 1981-1982, niejasno uświadamiało sobie, że Polacy mieli dojmujące poczucie działania historii, nie umieli oni natomiast rozpoznać ech przeszłości i symboliki. Po dwóch latach stawiania zapory mediom informacyjnym opinia publiczna Zachodu rzeczywiście uświadomiła sobie, że w Polsce idzie o coś więcej niż tylko o cenę mięsa czy o błędy skorumpowanego ustroju totalitarnego. Ale tylko nieliczni mieszkańcy świata zewnętrznego mieli możliwość zajrzeć pod powierzchnię i choćby rzucić okiem na głębię i długi rodowód toczących się spraw.
I właśnie w tym momencie, w grudniu 1981 roku, Oxford University Press miało szczęście i wykazało się dobrym wyczuciem, wydając God's Playground: A History of Poland (Boże igrzysko) - książkę, której początki sięgają wcześniejszych mrocznych lat i która powstawała bez większych nadziei na to, iż może się okazać aktualna. Nic zatem dziwnego, że skoro dwa tomy obejmujące okres tysiąca lat zostały uznane za zbyt obszerne, zażądano wersji krótszej i bardziej skondensowanej. Nic zatem dziwnego, że skoro praca naukowa musi przyjąć proporcje odpowiadające zasięgowi i treści, autor nie wyraził zgody. Boże igrzysko jest nadal dostępne - nieugięte i nieskrócone - dla wszystkich, którzy odważą się je przeczytać. Stanowiąc pewien kompromis, niniejszy tom został pomyślany jako książka na ten sam temat, ale pisana w innym celu.
Serce Europy: krótka historia Polski nie rości sobie pretensji do bycia pełnym i zrównoważonym przeglądem elementów historii Polski minionego tysiąca lat. Chociaż każdy rozdział przynosi krótką narrację historyczną, duży nacisk położyłem na te elementy przeszłości Polski, które miały największy wpływ na kształtowanie się dzisiejszych postaw. Z tego powodu liczne wątki wysunięte na pierwszy plan w Bożym igrzysku - polska reformacja, handel w rejonie Morza Bałtyckiego, polscy Żydzi, uwłaszczenie chłopów, polityka Prus i Turków otomańskich i tak dalej - tu zostały tylko pokrótce wspomniane. Innym elementom, zwłaszcza czysto polskim, o charakterze narodowym, jak Kościół, literatura polska, inteligencja, stosunki z Rosją i ogólnie rzecz biorąc, wydarzenia ostatnich dwóch stuleci, poświęciłem szczególną uwagę.
Z takich samych powodów główne rozdziały zostały napisane w porządku odwrotnym do chronologicznego. Rozdział pierwszy dotyczy współczesności, rozdział drugi - II wojny światowej, rozdział trzeci - okresu przedwojennego i tak dalej. Następnie, odbiwszy się od fundamentów średniowiecza i prehistorii, tekst zatacza pełny okrąg: rozdział szósty traktuje o "przeszłości w polskiej teraźniejszości". W ten sposób narracja prowadzi czytelnika od spraw bardziej znanych do spraw znanych mniej. Nakreśliwszy w zarysie kształt dzisiejszej Polski i zszedłszy, warstwa po warstwie, w głąb przeszłości, próbuję odnieść każdy z głównych wątków wcześniejszych dziejów Polski do późniejszych wydarzeń. Takie podejście można chyba porównać do pracy archeologa, który zagłębia się w swój przedmiot, zaczynając od najbardziej zewnętrznych warstw leżących na powierzchni, i schodzi kolejno coraz niżej, sięgając warstw leżących coraz głębiej. Dla większości czytelników będzie to podróż od tego, co znane, do tego, co nieznane, i z powrotem. Z punktu widzenia historycznego puryzmu słabą stroną takiego układu jest obawa, że przez implikację precedensy i "postcedensy" zostaną pomylone z przyczynami i skutkami oraz że zostanie umniejszona względna waga czynników, które dziś mają istotne znaczenie, a które były może mniej istotne w przeszłości. Natomiast siła takiej narracji polega na tym, że - mam nadzieję - uwypukla ona te wątki, które są szczególnie ważne dla zrozumienia podstaw teraźniejszości. Podobnie jak kartograf, który wie, że każdy rzut trójwymiarowej Ziemi na dwuwymiarową powierzchnię mapy musi za sobą pociągnąć pewne zniekształcenia, historyk nie może zrekonstruować przeszłości w sposób absolutnie dokładny. Może tylko zaufać własnemu osądowi i uznać, że taki czy inny szczególny sposób rzutowania został właściwie dobrany do szczególnego celu, jaki się założyło.
W serii tabelarycznych zestawień podano informacje faktograficzne i uzupełniające - ich umieszczenie w tekście głównym niepotrzebnie obciążyłoby narrację nadmiarem materiału.
Chociaż Serce Europy jest zupełnie inne niż Boże igrzysko, autor - celowo lub przypadkiem - dokonał na tekście niejednego aktu piractwa. Tym razem jednak plagiator nie musi przepraszać. Przeciwnie - zachęca on czytelników do szukania źródeł plagiatów i poszerzania w ten sposób zakresu lektury tam, gdzie ich ona szczególnie zainteresowała.
W czasie, jaki dzieli od siebie obie książki, opinie ukształtowane podczas pisania Bożego igrzyska nie uległy żadnym radykalnym zmianom. Przekonanie, że Polska Ludowa zmierza ku katastrofie, nie było szczególnie oryginalne, okazało się jednak słuszne, podobnie jak prognoza, że opozycja zostanie bezlitośnie zdławiona, zatopiona powodziową falą milicyjnych i wojskowych represji. Ogólnie rzecz biorąc, umocniło się przywiązanie do romantycznej wizji historii Polski, podobnie jak świadomość długiej i uporczywej egzystencji podziałów politycznych w Polsce. W sumie ostatnie wydarzenia potwierdziły przekonanie, że polscy romantycy wykazywali głębsze zrozumienie swojej własnej natury i natury kraju niż ich pozytywistyczni rywale oraz że w ostatecznym rozrachunku ich postawa była bardziej realistyczna niż postawa ludzi, którzy sami określali się jako "realiści". Stąd obok dedykacji znalazł się cytat z ballady Mickiewicza Romantyczność. Polscy czytelnicy będą wiedzieli, co autor chciał przez to powiedzieć.
Tytuł książki - Serce Europy - przyszedł mi do głowy podczas pisania ostatnich rozdziałów, kiedy szczególnie dotkliwie dały się odczuć rozmiary tragedii Polski i śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą obecny kryzys. Obraz Polski jako jednego z najważniejszych narządów organizmu, jakim jest nasz kontynent, tradycyjne siedlisko najintymniejszych uczuć i emocji, wydał mi się szczególnie stosowny. Co więcej, szczęśliwym trafem zbiegał się on z katolickim symbolem Najświętszego Serca Pana Jezusa, przedmiotu powszechnego uwielbienia w Polsce; jego oficjalne uznanie przez Watykan w 1765 roku było w znacznej mierze odpowiedzią na prośby polskich zakonów. Po zbadaniu sprawy okazało się, że ten tytuł odpowiada także położeniu geograficznemu Polski dokładnie w środku kontynentu europejskiego (choć, jak mój pozbawiony wyobraźni wydawca czuł się w obowiązku stwierdzić, ludzkie serce jest nieco przesunięte w lewo). Okazało się oczywiście, że pomysł bynajmniej nie jest oryginalny. Już w 1836 roku Juliusz Słowacki rozwinął tę metaforę w sposób o wiele bardziej ironiczny i bardziej elegancki:
Jeśli Europa jest nimfą - Neapol
Jest Nimfy okiem błękitnym - Warszawa
Sercem - cierniami w nodze Sewastopol,
Azof, Odessa, Petersburg, Mittawa -
Paryż jej głową - a Londyn kołnierzem
Nakrochmalonym - a zaś Rzym szkaplerzem1.
Oczywiście w atmosferze gorzkich następstw powstania listopadowego, kiedy Słowacki poszukał schronienia na południu Włoch, a Watykan razem z zachodnimi mocarstwami odwrócił się plecami do problemów Polski, poeta oburzał się na rezerwę jej małodusznych przyjaciół niemal tak samo jak na brutalny ucisk ze strony Rosjan. Ta myśl także nie jest zbyt oryginalna.
Winien jestem podziękowania i wyrazy wdzięczności wielu pomocnikom i dobroczyńcom. Serce Europy powstawało, kiedy jako stypendysta i visiting fellow przebywałem w Ośrodku Słowianoznawstwa w Hokkaido University w Japonii. Serdecznie dziękuję za wsparcie, jakiego mi udzielali dyrektor - profesor Takayuki Ito, i jego przemili pracownicy. Szczególną wdzięczność chciałbym w tym miejscu wyrazić moim najbliższym kolegom z Hokkaido, profesorowi Jesse Zeldinowi i doktorowi Yutace Akino, których zachęta i osobiste wsparcie bardzo mi pomagały utrzymywać pióro w ruchu. Dług wdzięczności mam także wobec kilku osób ze świata akademickiego, z którymi prowadziłem korespondencję - wobec pewnego pracownika Instytutu Badań Literackich w Warszawie, pewnego naukowca z Australijskiego Uniwersytetu Narodowego w Canberze, a zwłaszcza pewnego nauczyciela akademickiego z Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego za wyczerpujące i szczegółowe odpowiedzi na pytania dotyczące polskiego romantyzmu i kultury, odpowiedzi, które przerodziły się w prawdziwy korespondencyjny kurs literatury polskiej. Pierwsi recenzenci Bożego igrzyska dostarczyli mi zarówno mnóstwo podnoszących na duchu opinii, jak i listy poprawek, które wykorzystałem wszędzie tam, gdzie to było możliwe. Wydruk przygotowała panna Shiori Takakura, a Danuta Garton Ash wykonała korektę polskojęzycznych fragmentów tekstu. Indeks został przygotowany z pomocą pana Andrzeja Suchcitza. Stypendium przyznała mi Fundacja Lanckorońskich z Brzezia.
Norman Davies
1 marca 1983
1. Juliusz Słowacki, Podróż na wschód, w: Dzieła wybrane, oprac. Julian Krzyżanowski, t. 2: Poematy, Wrocław - Warszawa - Kraków - Gdańsk 1983, s. 9.
Niewiele jest chyba na świecie państw, w których system rządzenia byłby tak bardzo pozbawiony powszechnego szacunku, jak to miało miejsce w Polsce. Bez względu na poglądy dotyczące wydarzeń z lat 1980-1981 żaden rozsądny obserwator nie zaprzeczy, że pojawienie się niezależnego ruchu Solidarność ostatecznie dowiodło, iż reżim komunistyczny w Polsce stracił zaufanie wszystkich, z wyjątkiem swoich własnych elit. W gruncie rzeczy ogłoszenie 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego trzeba uznać za milczące przyznanie, że komuniści mogą zachować władzę, tylko stosując brutalną siłę. Niektórzy krytycy byliby skłonni twierdzić, iż reżim tracił kredyt zaufania stopniowo w ciągu minionych dziesięciu czy piętnastu lat. Inni mogliby się upierać, że od samego początku nigdy nie cieszył się wystarczającym poparciem społecznym. Z pozycji klasycznego liberalizmu, który utrzymuje, iż rządy powinny rządzić za zgodą rządzonych, Polska Rzeczpospolita Ludowa z pewnością nie była jedynie politycznym trupem: ona po prostu nigdy nie powinna się urodzić.
Polska nie była oczywiście jedynym krajem na świecie, w którym rządziła dyktatura, i mimo wszystkich cierpień i niedoli trudno uznać, że władza uprawiała tam jakąś wyjątkową przemoc. Wśród członków ONZ było wówczas więcej dyktatur niż demokracji, a jeśli oceniać według panujących tam standardów reżim komunistyczny w Polsce, wypada uznać, że konsekwentnie powstrzymywał się on od bardziej skrajnych form politycznej przemocy. Polski nie można oskarżać o takie zbrodnie, jakich dokonywano na nieszczęsnych desaparecidos w Argentynie czy na ofiarach fanatycznych rządów Pol Pota w Kambodży i szalonego marszałka polnego Idi Amina "Dada" w Ugandzie. A co zapewne istotniejsze, komunistyczna Polska odmówiła pójścia za przykładem swojego patrona i mentora, Związku Sowieckiego, gdzie liczba ofiar reżimu sięgnęła dziesiątków milionów, i to w okresie jednego tylko pokolenia. Ucisk polityczny w Polsce, choć z bliska wyglądał dość paskudnie i choć okazał się wielce niekomfortowy dla tysięcy osób przetrzymywanych w obozach dla internowanych, był mniej straszny z powodu fizycznego okrucieństwa niż z powodu moralnego zepsucia i intelektualnych absurdów. Bo z punktu widzenia dominujących prądów i aspiracji polskiego społeczeństwa nie miał żadnej istotnej raison d'?tre.
Większość dyktatur rodziła się przecież w wyniku wyraźnie określonych warunków wewnętrznych. Niektóre - szczególnie w Afryce - można usprawiedliwić potrzebą rozdzielenia zwalczających się nawzajem plemion albo nie dającymi się pogodzić interesami społeczności żyjących w jednym państwie. Wiele - na przykład w Hiszpanii w latach trzydziestych XX wieku - powstaje w wyniku wojny domowej. Niektóre - jak w przypadku rewolucji komunistycznych w Chinach czy na Kubie - są akceptowane z powodu nieznośnego ucisku społecznego, panującego tam wcześniej. Inne - jak w hitlerowskich Niemczech - zostały demokratycznie wybrane przez większość obywateli gotowych poświęcić swoje osobiste prawa na rzecz obronności narodu czy wzrostu narodowej potęgi. Jeszcze inne - zwłaszcza w tradycjonalistycznych monarchiach Trzeciego Świata w rodzaju Arabii Saudyjskiej - istnieją dlatego, że ich narody nigdy nie miały żadnych innych doświadczeń. Kilka - na przykład Państwo Watykańskie czy Tybet Dalajlamy - funkcjonuje dzięki silnej pozycji religijnej swojego władcy. Nawet w najbardziej godnych ubolewania przypadkach imperializmu europejskiego czy japońskiego używano argumentów, że Indie lub Angola, lub Meksyk, lub też Korea musiały przejść stadium kolonialnego wyzysku po to, aby w odpowiednim czasie móc odnosić korzyści płynące z kontaktów z ich bardziej rozwiniętymi ciemiężcami. Innymi słowy, dyktatury bywają czasem złem koniecznym i nie muszą działać niekorzystnie na wszystkie formy postępu.
Ale w Polsce nie było takiego lokalnego uzasadnienia. Gdyby pod koniec II wojny światowej zostawiono ją w spokoju, mogłaby wytworzyć swoją własną formę demokracji, jak w roku 1921, albo swoją własną odmianę dyktatury, jak w roku 1926. Biorąc pod uwagę utrwalone tradycje i zobowiązania Polaków, trudno sobie wyobrazić, żeby mogli sami przez się stworzyć jakiś reżim komunistyczny. Rodzimych polskich komunistów z trudem wystarczyłoby na to, aby zarządzać jedną fabryką, nie mówiąc już o zarządzaniu krajem liczącym około trzydziestu milionów mieszkańców. W dziedzinie gospodarczej Polska miała bardzo dużo do zyskania dzięki powiązaniom z wysoko rozwiniętymi gospodarkami Europy Zachodniej i Ameryki Północnej, natomiast bardzo niewiele korzyści mogła jej przynieść zależność od zacofanego i pustoszonego wojnami ZSRR.
Tymczasem w latach 1944-1948 Związek Sowiecki siłą narzucił Polsce ustrój komunistyczny w sowieckim stylu, nie zważając ani na wolę narodu, ani na niezależne interesy kraju. Cytując słowa samego wielkiego Stalina, wprowadzanie komunizmu do Polski było jak "wkładanie krowie na grzbiet siodła". Właśnie ten groteskowy brak harmonii między poglądami rządzącego establishmentu komunistycznego i tradycjami narodu jako całości leżał u podstaw wszystkich powracających kryzysów, jakie następowały w Polsce od czasu wojny. To doświadczenie obcej tyranii, tak dobrze znane Polakom we wcześniejszych okresach ich historii, ukształtowało postawy powojennego pokolenia.
* * *
Pięć etapów
Mimo wizji harmonii i dobrobytu, do której - jak się sądzi - aspirują wszyscy komuniści, w gruncie rzeczy nigdzie na świecie nie dawali oni żadnych sygnałów wskazujących, że udaje im się te ideały wcielać w życie. Początkowe stadium "budowy socjalizmu", nie mówiąc już o ostatnim stadium prawdziwego komunizmu, potrzebowało bardzo długiego czasu, aby się urzeczywistnić. Szczególnie w Polsce ideał uparcie pozostawał w bardzo dużym oddaleniu od rzeczywistości. Prawdę mówiąc, ponieważ w myśl własnej teorii komunistów potrzebny był ostateczny uwiąd państwa i partii, można świetnie zrozumieć, że nie mieli oni ochoty zbyt szybko posuwać się do przodu. Polacy powtarzali sobie pewną zagadkę: na pytanie "Jaka jest najlepsza droga do socjalizmu?", odpowiedź - wyrażająca chyba punkt widzenia wszystkich zainteresowanych - brzmiała: "Najdłuższa".
Sześćdziesiąt lat temu, kiedy polskim komunistom po raz pierwszy mogło się zamarzyć przejęcie władzy, nie ustalali oni żadnego harmonogramu realizacji tych marzeń, jest jednak oczywiste, że mieli nadzieję na stworzenie solidnych podstaw pod budowę bezklasowego i cieszącego się dobrobytem społeczeństwa w ciągu dziesięcioleci raczej niż stuleci. Tymczasem między początkami rządów komunistycznych w okresie wyzwalania kraju przez Sowietów w latach 1944-1945 a wojskowym zamachem stanu z roku 1981 przeprowadzili swój kraj przez pięć kolejnych niełatwych etapów - od ruin wojny po ruiny komunistycznego pokoju.
1. Przejęcie władzy przez komunistów: od wyzwolenia przez Sowietów do państwa jednopartyjnego. Lipiec 1944 - grudzień 1948
Kiedy armia sowiecka rozpoczęła okupację terenów, które Sowieci przeznaczyli na terytorium powojennej Rzeczypospolitej Ludowej, przed sowieckimi specjalistami od inżynierii politycznej stanęło zadanie przeprowadzenia długiego procesu politycznej rekonstrukcji. Prawdę mówiąc, nie wydaje się prawdopodobne, że od początku wiedzieli, co właściwie chcieli skonstruować. Sam proces wyzwalania trwał blisko rok, a wycofująca się armia niemiecka zażarcie walczyła o każdy metr ziemi. Stettin (przyszły Szczecin) bronił się do 26 kwietnia 1945 roku, Breslau (przyszły Wrocław) - do 6 maja, a Hirschberg (przyszła Jelenia Góra) - do 9 maja, czyli do kapitulacji Niemiec. Potem trzeba było uruchomić kilka gigantycznych operacji cywilnych. Niemal każde polskie miasto - z wyjątkiem Krakowa, który miał szczęście - trzeba było odbudować z wojennych gruzów; trzeba było pochować trupy, na nowo wybrukować ulice, uruchomić elektrownie, przywrócić transport. Około pięciu milionów Niemców i nieco mniej Ukraińców trzeba było poddać kontroli, zebrać i wyrzucić z kraju na mocy deklaracji poczdamskiej. Mniej więcej tyle samo uchodźców, repatriantów i osób przemieszczających się na terytorium kraju - w tym ćwierć miliona Żydów w drodze do Palestyny - zapełniało drogi i dworce kolejowe. Ziemiom Zachodnim, świeżo przyłączonym po ich odebraniu Niemcom, trzeba było zapewnić minimum administracji i całkowicie zaludnić w dużej mierze Polakami przesiedlanymi z terenów przyłączonych do Związku Sowieckiego. Cały przemysł kraju trzeba było przeorganizować według ustawy o nacjonalizacji ze stycznia 1946 roku. Ponad milion chłopów trzeba było zainstalować na nowych gospodarstwach, w myśl dekretu o reformie rolnej z 6 września 1946 roku. A na domiar wszystkiego, przez ponad dwa lata trzeba było prowadzić zaciekłą wojnę domową, aby zgnieść resztki wojennego ruchu oporu. Nic dziwnego, że wydarzenia polityczne przebiegały powoli.
W tym początkowym okresie władze sowieckie nie bardzo ufały polskim komunistom. Polegały przede wszystkim na swoich własnych służbach bezpieczeństwa, które pracowicie czyściły wszystkie polskie miasta i wsie z działających tam "elementów antysocjalistycznych". Obficie korzystały z usług tych nielicznych polskich niekomunistów, których udało się nakłonić do współpracy i którzy pełnili funkcje figurantów w nowych instytucjach rządowych. W końcu w 1945 roku minęło dopiero siedem lat od czasu, gdy Stalin zarządził całkowitą likwidację Komunistycznej Partii Polski (KPP) i egzekucję około pięciu tysięcy jej aktywistów; zaledwie trzy lata wcześniej założono Polską Partię Robotniczą (PPR), która zajęła miejsce KPP. Nawet gdyby polscy komuniści chcieli na tym etapie przejąć władzę, było ich o wiele za mało, żeby się to mogło udać.
W okresie bezpośrednio po zakończeniu wojny rządy w Polsce zmieniały się szybko i często. Pierwszy z nich, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN), był tworem sowieckim, sprowadzonym do Polski w lipcu 1944 roku, aby pod opieką Armii Czerwonej przejąć władzę na wyzwolonych terytoriach. 31 grudnia 1944 roku zmienił nazwę na "Rząd Tymczasowy Rzeczypospolitej Polskiej", ale jako taki był uznawany tylko przez ZSRR. Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej powstał z połączenia istniejącego pod sowieckim protektoratem ciała z grupą ludzi kojarzonych z przywódcą ruchu chłopskiego, Stanisławem Mikołajczykiem, jedynym przedstawicielem legalnego polskiego rządu na uchodźstwie z siedzibą w Londynie, który zgodził się wrócić do kraju. Istniał od 28 czerwca 1945 roku do stycznia 1947 roku. Pierwszy rząd pochodzący z wyboru rozpoczął działalność 8 lutego 1947 roku w okolicznościach, które Wielka Brytania, Francja i USA uznały za nieodpowiadające ustaleniom deklaracji poczdamskiej w sprawie "wolnych i nieskrępowanych wyborów". Na jego czele stanął kandydat nadzorowanego przez Sowietów Bloku Demokratycznego, socjalista i były więzień Auschwitz, Józef Cyrankiewicz. W odpowiednim czasie Cyrankiewicz pokierował procesem przekształcenia swojego pseudodemokratycznego rządu w pełnowymiarowe jednopartyjne państwo w sowieckim stylu, za co spotkała go nagroda w postaci dwudziestopięcioletniej kariery. Mikołajczyk miał szczęście. Obrzucony w sejmie brutalnymi oskarżeniami o szpiegostwo na rzecz obcych państw, ratując życie, w październiku 1947 zbiegł z powrotem do Londynu.
W tym czasie Kreml przygotowywał się już do zepchnięcia w cień polskich komunistów. Zaczynała się zimna wojna, rozpoczęto blokadę Berlina i Stalin był coraz bardziej zniecierpliwiony prowizorycznymi rozwiązaniami. W marcu 1948 roku Cyrankiewicz pojechał do Moskwy, gdzie otrzymał instrukcje w sprawie utworzenia nowej partii rządzącej z połączenia jego własnej kadłubowej Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) z komunistyczną PPR. Prokomunistyczny odłam partii chłopskiej, Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (ZSL), oraz tak zwane Stronnictwo Demokratyczne (SD) miały istnieć nadal pod patronatem partii. W tym samym czasie krnąbrna postawa Tity wobec Związku Sowieckiego szczególnie zdenerwowała Stalina, wściekłego na nieposłusznych komunistów, a Władysław Gomułka, od roku 1943 ustanowiony jako pierwszy sekretarz PPR, z pewnością należał do ludzi, którzy się kierują własnym rozumem. Wobec tego Gomułka musiał odejść. We wrześniu 1948 roku zmuszono go do upokarzającego publicznego przyznania się do własnych pożałowania godnych błędów, a następnie wtrącono do więzienia. Oznaczało to, że założycielski zjazd Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) w grudniu 1948 roku przekształcił się w triumf rywala Gomułki, Bolesława Bieruta, byłego urzędnika Kominternu, do tego momentu udającego osobę "bezpartyjną". Bierut, który sprawował już urząd prezydenta Rzeczypospolitej, wyszedł ze zjazdu jako osoba pełniąca o wiele ważniejszy urząd pierwszego sekretarza. Polska - imitacja Związku Sowieckiego, dostała swoją imitację Stalina. Nowa Polska stworzyła swój Nowy Ład.
2. Polski stalinizm. Grudzień 1948 - październik 1956
Tak jak rewolucja stalinowska z 1929 roku rozpoczęła okres kształtowania się współczesnego Związku Sowieckiego, tak też szczególnie bliskie powiązania Polski z ZSRR w ostatnich latach epoki Stalina odcisnęły trwałe piętno na Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. I tak jak potępiając starannie wybrane zbrodnie Stalina przeciwko partii, Związek Sowiecki nigdy nie próbował ani zreformować, ani zastąpić głównych instytucji Rosji Stalina, tak też gros stalinowskich innowacji w Polsce przetrwało w nienaruszonym stanie do roku 1989. Przyjęcia marksizmu-leninizmu jako jedynej ideologii, ustanowienia przesadnie licznego wojska z poboru, gospodarki opartej na centralnym planowaniu, obsesji na punkcie przemysłu ciężkiego, konstytucji z 1952 roku i - przede wszystkim - monopolu władzy Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nigdy skutecznie nie zakwestionowano. Komunistyczna Polska, podobnie jak reszta obozu, do którego należała, była tworem z gruntu stalinowskim. Praktycznie rzecz biorąc, okres stalinowski zbiegł się z panowaniem w Warszawie Konstantego Rokossowskiego, sowieckiego marszałka polskiego pochodzenia, który pełnił funkcje wicepremiera, ministra obrony, członka Biura Politycznego i psa łańcuchowego prezydenta Bieruta.
Konstytucję Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej ogłoszono 22 lipca 1952 roku, w ósmą rocznicę sowieckiego panowania w Polsce. Mogło się zdawać, że w dużym zakresie wprowadza ona modelową demokrację, gwarantując swobody obywatelskie, powszechne prawo wyborcze, rząd parlamentarny złożony z prezydenckiej Rady Państwa, obieralny sejm i Radę Ministrów odpowiedzialną przed sejmem. W praktyce ta "Ludowa Demokracja" była zalegalizowaną fikcją. "Masy pracujące miast i wsi", które konstytucja ustanowiła beneficjentem władzy politycznej, były w gruncie rzeczy jej bezbronnymi ofiarami. Nie miały prawa wysuwać własnych kandydatów do władz centralnych i miejscowych ani żadnego wpływu na działania rządzącej partii, roszczącej sobie prawo do rządzenia państwem w ich imieniu. Cała rzeczywista władza spoczywała w rękach Biura Politycznego partii, jej pierwszego sekretarza i uprzywilejowanej elity z nomenklatury, którą sekretarz ten mianował. Rzeczywistość oznaczała dyktaturę partii nad narodem.
Mechanizm polityki stalinowskiej napędzała paranoja emanująca z najwyższych kręgów w Moskwie, a zrodzona z przekonania, że blok sowiecki zaraz zostanie zaatakowany przez rozbuchane siły amerykańskiego imperializmu, uzbrojonego w bombę wodorową. Rezultatem było szaleństwo zbrojeń i gigantyczne projekty konstrukcyjne. Wojsko Polskie rozrosło się dzięki poborowi do rozmiarów regularnych sił liczących 400 000 żołnierzy. Upolitycznianie korpusu oficerskiego prowadziła Akademia Wojskowo-Polityczna założona w 1951 roku. W odpowiednim czasie, w roku 1955, Polska zajęła miejsce członka założyciela Układu Warszawskiego - reakcji bloku sowieckiego na NATO. Na froncie gospodarczym Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG) - reakcja na Wspólny Rynek - powstała w roku 1949 w celu ułatwienia wspólnego planowania. Bezwzględny priorytet przyznawano przemysłowi ciężkiemu - przede wszystkim węgla, żelaza i stali - oraz przemysłowi zbrojeniowemu. Naprędce budowano nowe miasta i nowe przedmieścia, aby dostarczyć mieszkań robotnikom napływającym ze wsi. Żeby zapewnić dostawy żywności, rolnictwo poddawano przymusowej kolektywizacji. Chłopów wypędzano z ich działek, przekazywanych Państwowym Gospodarstwom Rolnym (PGR-om), które tylko nazwą różniły się od radzieckich kołchozów. Aby zniszczyć tradycyjne przywiązanie ludności do religii, otwarcie atakowano Kościół katolicki. W 1950 roku cały majątek Kościoła poddano konfiskacie. Masowo aresztowano księży. W 1953 roku prymas, arcybiskup Stefan Wyszyński, został wywieziony na zesłanie do odległego klasztoru.
Obserwatorowi z zewnątrz najbardziej niezwykła wydaje się mentalność stalinizmu. Oficjalną modę dyktowała ksenofobia. Wszelkie kontakty ze światem zewnętrznym natychmiast stawały się przedmiotem donosów, stwarzając atmosferę społeczną, w której procesy polityczne wydawały się czymś normalnym, a niewinnych ludzi można było dowolnie skazywać jako obcych szpiegów. Zachęcano Polaków do życia w komunach i do kolektywnego myślenia. Nie należeli już, jako indywidualne jednostki, ani do siebie, ani do swoich rodzin, ale do swojej brygady roboczej, do zespołu przodowników pracy lub do jednostki wojskowej. Do fabryk i szkół wprowadzono rosyjski system donosicielstwa. Stachanowców - bohaterów pracy - wychwalano jako przykład dla mas. Popierano konformizm w sposobie ubierania się i myślenia. Zapanowała szczególnego rodzaju megalomania. Wszystkie publiczne dzieła musiały być kolosalne. "Większe" oznaczało "lepsze". Dobrem najwyższym było zwiększanie produkcji. Statystyki nabrały magicznej wartości. Robotnicy stawali się niewolnikami bezustannie zwiększanych norm pracy. W sztuce bezapelacyjnie zapanował socrealizm - powieści o traktorzystach, malowidła przedstawiające fabryki z betonu. Bez względu na to, jak bardzo nieszczęśliwi i stłamszeni naprawdę czuli się pisarze, kazano im emanować optymizmem. W budownictwie publicznym nastała moda na marmur, na niebosiężne fasady z ciężkimi kolumnami i topornymi pinaklami. Symbolami epoki stały się Pałac Kultury i Nauki w Warszawie - nieproszony prezent od ZSRR - oraz nowe miasto Nowa Huta pod Krakowem, które szczyciło się największą w kraju hutą żelaza, kilometrami pozbawionych charakteru tandetnych bloków dla robotników oraz brakiem kościoła.
Przypochlebianie się Związkowi Sowieckiemu było wymogiem etykiety. Przybywało pomników Stalina. Katowice przemianowano na Stalinogród. Podjęto próbę modyfikacji języka polskiego, wprowadzając rosyjski zwyczaj zwracania się do ludzi w drugiej osobie liczby mnogiej, per "wy" - zamiast standardowej polskiej formy trzeciej osoby liczby pojedynczej "pan"/"pani". (Zwyczaj ten utrzymał się w kręgach partyjnych).
Jednak mimo wszystko stalinizm nigdy nie osiągnął w Polsce takich szczytów zajadłości jak w krajach sąsiednich. Procesy polityczne nie przemieniały się w pokazówki ani w masowe czystki. Klasę średnią i intelektualistów nękano, ale ich nie likwidowano. Nie stłamszono Kościoła. Chłopów nie wysiedlano ani nie doprowadzano do klęski głodu. Kolektywizacja przebiegała powoli i nie objęła wszystkich.
Prawdę mówiąc, Polska tak bardzo się ociągała, że stalinowskie szaleństwo zaczęło przycichać jeszcze przed śmiercią Wielkiego Wodza w 1953 roku. W grudniu 1954 roku zniesiono znienawidzone Ministerstwo Bezpieczeństwa (choć oczywiście nie Urząd Bezpieczeństwa). W roku 1955 cenzura zelżała na tyle, że zezwolono na pierwsze zawoalowane słowa krytyki. Gomułkę ukradkiem zwolniono z więzienia. Cichcem zarzucono kolektywizację. Kiedy w lutym 1956 roku podczas XX Zjazdu KPZR Nikita Chruszczow przypuścił atak na Stalina, polska odwilż zmieniała się już w potop. To polscy towarzysze zorganizowali przeciek "tajnego referatu". Na domiar wszystkiego w Moskwie ogłoszono, że Bierut zmarł na atak serca.
Polska zareagowała na nagły zwrot Chruszczowa w Moskwie próbą pójścia w jego ślady. Polska partia chciała odzyskać kontrolę nad swoimi sprawami, wydzierając ją z rąk wojska i służb bezpieczeństwa, ponieważ dobrze wiedziała, że fali powszechnego rozgoryczenia nie uda się zbyt długo powstrzymać. W czerwcu 1956 roku w Poznaniu w wyniku rozruchów "o chleb i wolność" zginęło siedemdziesięciu czterech robotników i milicjantów. Oczywistym posunięciem było mianowanie szefa partii, który cieszyłby się większym zaufaniem ludzi i który miałby bardziej pragmatyczne podejście do problemów polskiego narodu. Oczywistym kandydatem był Gomułka - ofiara wydarzeń z 1948 roku. Niestety Chruszczow nie mógł zrozumieć, o co chodzi. Od bratnich partii nie oczekiwano niezależnych inicjatyw, nawet jeśli tylko próbowały naśladować Chruszczowa. W październiku, kiedy zwołano VIII Plenum PZPR w celu wyboru nowego pierwszego sekretarza, Chruszczow przyleciał niezapowiedziany na warszawskie lotnisko, pieniąc się z wściekłości. Armia Czerwona wyszła z koszar, a koło Gdańska pojawiły się okręty sowieckiej floty. Zaczęły się plotki, że marszałek Rokossowski szykuje coup i że już przygotował listę proskrypcyjną. W końcu jednak sprawa zakończyła się pokojowo. Zarówno Chruszczow, jak i Gomułka byli twardo stojącymi na ziemi komunistami i obaj zdawali sobie sprawę, że największe bezsensy stalinizmu muszą się skończyć. Kiedy Chruszczow przekonał się, iż Gomułka jest z gruntu lojalny, przestał się sprzeciwiać. Rokossowskiemu i jego doradcom kazano wracać do domu. PZPR miała objąć bezpośrednią odpowiedzialność za Rzeczpospolitą Polską. W ten sposób "polska wiosna rozkwitła w październiku" i skończył się stalinowski koszmar.
3. Narodowy komunizm: szczytowy rozkwit PZPR. Październik 1956 - sierpień 1980
Nieposłuszeństwo Gomułki wobec ZSRR w październiku 1956 roku stało się siłą napędową mechanizmu, który miał kierować życiem politycznym Polski przez następne dwadzieścia pięć lat. Gomułka dowiódł, że polscy komuniści potrafią kierować swoimi sprawami, nie podlegając bezpośredniemu nadzorowi rosyjskich doradców, a jednocześnie zachowywać lojalność wobec Związku Sowieckiego. Zgodnie z biegiem zdarzeń w innych częściach komunistycznego świata, Gomułka wyznawał pogląd, że "do socjalizmu prowadzi wiele dróg". Odrzucał wszelkie niewolnicze naśladownictwa sowieckiego modelu i był silnie przekonany, że szczególne tradycje Polski wymagają szczególnej narodowej odmiany komunizmu. Jednocześnie zaś, będąc świadkiem losu, jaki spotkał jego węgierskiego kolegę Imre Nagya, który życiem przypłacił doprowadzenie takich samych pomysłów do logicznej konkluzji, a także dostąpiwszy zaszczytu osobistego oglądania sowieckiej próby broni nuklearnej, świetnie zdawał sobie sprawę z własnych ograniczeń. Co więcej, mimo początkowej fali popularności był zbyt doświadczonym zawodnikiem, żeby wierzyć, iż Polacy naprawdę kochają swoich komunistów. Rodzimy "czerwony" mógł być lepszy od importowanego z Rosji komisarza, ale w ostatecznym rozrachunku wszyscy doskonale wiedzieli, że reżim komunistyczny w Polsce opiera się na sowieckiej władzy. Wobec tego dobito targu: autonomiczna, narodowa odmiana komunizmu w zamian za dalszą służalczość wobec ZSRR. Polska Rzeczpospolita Ludowa przestała być państwem marionetkowym i została państwem satelickim.
W efekcie swojego porozumienia z Sowietami - przypieczętowanego w czasie pobytu w Moskwie w listopadzie 1956 roku - Gomułka zdobył możliwość wprowadzenia szeregu strategicznych ustępstw wobec powszechnych żądań i uzyskał zgodę na zachowanie trzech szczególnych elementów polskiego ładu: niezależnego Kościoła katolickiego, wolnego (nieskolektywizowanego) chłopstwa i przedziwnej odmiany fikcyjnego pluralizmu politycznego. Z perspektywy czasu widać, że te ustępstwa były pomyślane jako tymczasowe środki, które zamierzano zlikwidować, jak tylko PZPR poczuje się na tyle silna, żeby rozpocząć marsz w kierunku bardziej ortodoksyjnego modelu socjalistycznego społeczeństwa. Żaden szczery komunista nie byłby skłonny przyznać, że w ostatecznej wizji wyobrażano sobie Polskę jako kraj katolicki z wolnym chłopstwem i otwartą areną polityczną. W rzeczywistości PZPR nigdy nie zyskała ani dość siły, ani dość zaufania, aby wyjść poza te kompromisy. Przeciwnie - gdy partia przedzierała się przez coraz częściej występujące kryzysy, Kościół, chłopi i dysydenci polityczni rośli w siłę. W końcu, po dwudziestu pięciu latach uprawiania tej strategii, wywróciła się partia, a nie jej przeciwnicy.
Pozycja Kościoła katolickiego w Polsce po II wojnie światowej była silniejsza niż w jakimkolwiek wcześniejszym okresie jego tysiącletniej misji. Fenomen tej siły można wyjaśnić częściowo cierpieniem z lat wojny, które kazało ludziom szukać pociechy w religii, a częściowo prawem ludzkiej przekory, którego wynikiem była większa lojalność ludzi wobec Kościoła tylko dlatego, że ich rząd im jej zabraniał. W dużej mierze jednak był to efekt etnicznych i kulturowych przekształceń polskiego społeczeństwa w czasie wojny i po wojnie. W roku 1773, po pierwszym rozbiorze, polscy katolicy stanowili zaledwie 50 procent ogółu ludności; w roku 1921 w granicach międzywojennej Polski żyło ich 66 procent; w roku 1946, w następstwie wymordowania polskich Żydów przez hitlerowców i wypędzenia Niemców i Ukraińców, stanowili aż 96 procent. Pierwszy raz w historii Polska była krajem naprawdę katolickim, i akurat temu przesyconemu katolicyzmem społeczeństwu narzucono ateistyczny, komunistyczny rząd. Ładna recepta! Jeśli dodać do tego serię wybitnych osobistości, które stały na czele spraw Kościoła, łącznie z dwoma wieloletnimi prymasami, kardynałem Augustem Hlondem (1926-1948) i kardynałem Stefanem Wyszyńskim (1948-1981), oraz dwoma wybitnymi kardynałami, arcybiskupami krakowskimi - księciem Adamem Stefanem Sapiehą (1911-1951) i Karolem Wojtyłą (1965-1978) - nietrudno dostrzec, że w walce o umysły Polaków partia była beznadziejnie przegrana, zarówno pod względem jakości swoich generałów, jak i pod względem liczebności swoich sił. Wobec tego partia wybrała ostrożną drogę i zaproponowała kompromis. Krótko mówiąc, partia zobowiązywała się nie atakować Kościoła, jeśli Kościół zobowiąże się nie podważać pozycji państwa. Kościół został wykluczony ze szkół i z mediów, ale miał korzystać ze swobodnych kontaktów z Watykanem, sprawować pełną kontrolę nad obsadzaniem kościelnych urzędów, nad swoim majątkiem i finansami oraz zachować absolutną wolność praktyk religijnych. Zachował swoje seminaria, własne stowarzyszenia społeczne i kluby intelektualne oraz własny uniwersytet - Katolicki Uniwersytet Lubelski (KUL). Był jedynym w pełni niezależnym Kościołem w całym bloku sowieckim. Decydujące porozumienie z grudnia 1956 roku szczegółowo potwierdzała konstytucja apostolska z 26 czerwca 1972 roku. Dobijając tego targu, komuniści najwidoczniej czuli, że czas pracuje na ich korzyść. Socjologowie przepowiadali, że szybka industrializacja i urbanizacja doprowadzą do przełamania kulturowych wzorców tradycyjnego społeczeństwa i osłabią więź narodu z jego Kościołem. Byli w błędzie. Nowy przemysłowy proletariat okazał się tak samo żarliwie katolicki jak dawne chłopstwo. Polska nie poszła drogą religijnego indyferentyzmu, tak popularnego w Europie Zachodniej. Niestrudzona dwudziestoletnia walka mieszkańców Nowej Huty o budowę własnego kościoła - we wzorcowej przemysłowej dzielnicy, gdzie początkowo kościoła nie projektowano - jest symbolem triumfu Kościoła w całym współczesnym polskim społeczeństwie. W 1978 roku wybór kardynała Karola Wojtyły na papieża - Jana Pawła II - stał się ostatecznym aktem nadania polskiemu Kościołowi tytułu Kościoła triumfującego.
Przetrwanie polskiego chłopstwa także stało się zaprzeczeniem wcześniejszych przepowiedni. Odwołując kampanię kolektywizacyjną okresu stalinowskiego, Gomułka kierował się własnym doświadczeniem sprzed dwudziestu lat, kiedy jako młody czeladnik ślusarski na Ukrainie był naocznym świadkiem masowych mordów i masowego głodu. Nie chciał podobnych straszliwych nieszczęść dla Polski. Pegeery zachowano tylko w tych niewielu okręgach, gdzie rzeczywiście miały sens - na przykład na terenach ogromnych poniemieckich majątków ziemskich na Ziemiach Odzyskanych. Sporo ponad 60 procent ziemi uprawnej powróciło do pojedynczych chłopskich rodzin. Podobnie jak w przypadku polityki religijnej i tym razem komuniści czuli, że czas pracuje na ich korzyść. Nie kochali chłopów, których uważali za społeczny anachronizm o "antysocjalistycznych" skłonnościach. Ale i w tym przypadku eksperci wierzyli, że na przestrzeni mniej więcej jednego pokolenia niezależne chłopstwo po prostu zniknie. Nie miało sensu niszczyć ich siłą a la russe, jeśli ich status mógł ulegać stopniowej erozji za sprawą monopolu państwa na ceny produktów rolnych, maszyn rolniczych i nawozów, biurokratycznych sztuczek prawnych oraz ogromnych inwestycji w sektorze publicznym. Okazało się, że taka polityka była katastrofalna. Prześladowania dotknęły grupy społecznej, która żywiła naród. Pozbawiły sektor prywatny środków, które pozwoliłyby na stosowanie nowoczesnych metod uprawy, ponosząc jednocześnie fiasko w próbach podnoszenia tragicznie niskiej wydajności państwowych gospodarstw. Po czterdziestu latach postępu Polska stanęła na krawędzi klęski głodu. Kraj posiadający część najrozleglejszych i najżyźniejszych terenów uprawnych w Europie, który powinien płynąć mlekiem i miodem, cierpiał z powodu niedostatków żywności. Rozruchy spowodowane niedoborem chleba stawały się zarzewiem powtarzających się kryzysów politycznych. Racjonowanie żywności i kolejki przed sklepami spożywczymi stały się elementem życia codziennego. Ale prywatni chłopi przetrwali.
Jeśli idzie o politykę, tak bardzo wychwalana pluralistyczna forma socjalizmu, choć w gruncie rzeczy fikcyjna, mimo wszystko pozostawiała sporo miejsca na zróżnicowanie i eksperyment. Każdego przybysza z Zachodu zachęcano do zachwytów nad systemem wielopartyjnym, współpracą "postępowych katolików" z władzami komunistycznymi i obecnością "posłów niezrzeszonych" w sejmie. Owym przybyszom nigdy nie mówiono, że wszystkie mniejsze partie i stowarzyszenia polityczne były poddawane ścisłej kontroli przez obowiązkowe podporządkowanie się kierowanemu przez partię rządzącą Frontowi Jedności Narodu (FJN); że najważniejszy element ruchu postępowych katolików - organizacja PAX - był wyklęty przez hierarchów Kościoła katolickiego; że wszyscy kandydaci nienależący do partii musieli być starannie weryfikowani przez partyjną komisję wyborczą, zanim uzyskali pozwolenie na kandydowanie. Nie trzeba być wybitnym ekspertem, żeby zrozumieć, iż od roku 1947 nie pozwalano funkcjonować żadnym niezależnym ciałom politycznym. Jednakże trzeba przyznać, że w granicach narzuconych przez partię otwarcie wyrażano opinie o wielu różnych odcieniach, licznym frakcjom i grupom nacisku pozwalano prężnie działać, zarówno w łonie partii, jak i poza nią, oraz że wynikająca z tej sytuacji polityczna debata w Polsce była o wiele bardziej złożona i wyrafinowana niż w większości innych krajów komunistycznych. Wprowadzając taką strategię, Gomułka niewątpliwie był przekonany, że nieposłusznemu narodowi trzeba sporo popuścić cugli, żeby móc nim skutecznie kierować. Fasada swobód politycznych zmniejszy prawdopodobieństwo czynnej opozycji, a tymczasem partia zewrze szeregi. Jako lojalny wyznawca leninizmu, Gomułka nigdy nie oddałby partyjnego monopolu władzy, natomiast jako wierzący marksista wierzył zapewne, że sukces społecznej i gospodarczej polityki partii z czasem zacznie sprzyjać legitymizacji, której reżimowi tak rozpaczliwie brakowało. To była uczciwa gra, i na początku wyglądało na to, że się opłaca. Wielu Polaków było skłonnych interpretować swoje wątpliwości na korzyść Gomułki i z radością witało oczywiste korzyści - większą swobodę dyskusji, ożywienie prasy, możliwość zagranicznych wyjazdów. Dopiero po długim okresie narastającego rozczarowania Gomułka i jego następca Edward Gierek przekonali swoich poddanych, że reżim komunistyczny tylko się bawił w polityczną liberalizację i nie miał szczerego zamiaru wprowadzać żadnych trwałych ustępstw. Czynna opozycja wyłoniła się po raz pierwszy w marcu 1968 roku, a kolejne wybuchy nastąpiły w latach 1970, 1976 i - bardziej zdecydowanie - w roku 1980, kiedy pojawienie się Solidarności stało się zapowiedzią szybkiego upadku panującego systemu.
W ciągu dwudziestu czterech lat po ustanowieniu przez Gomułkę narodowego reżimu komunistycznego rządząca PZPR przeżyła dwie kolejne fale wzlotu i upadku. Pierwsza zbiegła się z okresem rządów Gomułki i trwała do grudnia 1970 roku; druga nadeszła za rządów Edwarda Gierka i objęła okres od grudnia 1970 roku do września roku 1980. Przebieg karier obu przywódców był niezwykle podobny. Każdy z nich przeżył początkowy "okres miodowego miesiąca", kiedy to wydawało się, że honorowo uratował naród od losu gorszego niż śmierć (od sowieckiej inwazji). Miesiąc miodowy Gomułki trwał przez trzy lub cztery lata, miesiąc miodowy Gierka - przez mniej więcej dwa. Potem każdy z nich wkroczył w okres, w którym nadzieje na nową strategię gospodarczą równoważyły rozczarowania na froncie politycznym. Gomułka osiągnął swoją "małą stabilizację" w latach 1960-1967; Gierek zaczął wprowadzać swój odważny plan modernizacji w roku 1972, wśród oznak rosnącego dobrobytu. Obaj przeżyli gwałtowne wyzwanie dla własnego autorytetu - Gomułka podczas wydarzeń 1968 roku, Gierek - z powodu wydarzeń z czerwca roku 1976. Obaj przetrwali pewien czas na gruzach swojej polityki - do czasu gdy kolejny wstrząs uwolnił ich od nieszczęścia. O usunięciu Gomułki zadecydowały rozruchy na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku; o odejściu Gierka - strajki z roku 1980. Obaj próbowali rozwiązać polską kwadraturę koła i obaj ponieśli klęskę.
Klęska Gierka jest szczególnie pouczająca, ponieważ ujawniła fatalny brak zdolności reżimu komunistycznego do wyciągania wniosków z własnych błędów. Chociaż Gierek spędził młodość górnika-emigranta w szeregach dwóch najbardziej doktrynerskich partii stalinowskich w Europie (partii komunistycznych we Francji i w Belgii) i chociaż zdobył sobie na Śląsku reputację twardego szefa partii twardej górniczej społeczności, w fazę kryzysu z lat 1970-1971 wkroczył jako trybun ludowy. Odwiedzał stocznie w bałtyckich portach, gdzie przelano krew, fabryki tekstyliów w Łodzi, gdzie strajkom przewodziły kobiety, pokazywano go, jak rozmawia z robotnikami i ze współczuciem słucha ich pełnych gniewu skarg. Obiecywał dochodzenia, reformy i kary dla winnych. Ale zamiast wierzyć w polityczne ustępstwa, całą wiarę pokładał w nowej strategii gospodarczej, która - co dość istotne - miała się opierać nie na mocno zapóźnionych reformach strukturalnych w przemyśle i rolnictwie, ale na handlu zagranicznym i zagranicznych kredytach. Komunistyczny reżim odwrócił się plecami do robotników i chłopów i próbował szukać ocalenia u kapitalistycznych przedsiębiorców na dekadenckim Zachodzie. Zaciągnięto ogromne pożyczki w bankach napęczniałych od arabskich petrodolarów; zamawiano kosztowne nowoczesne technologie, aby przywrócić witalność następnej generacji polskiego przemysłu. Procenty od pożyczek miały być spłacane pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży produktów tego nowego przemysłu na światowych rynkach. Niestety! W roku 1976 było już oczywiste, że dotknięty depresją rynek światowy nie potrzebuje polskiego eksportu niskiej jakości, a polski przemysł jest zbyt mało wydajny, żeby mógł towary te w ogóle dostarczyć. Co więcej, stworzywszy fikcyjny dobrobyt przez podniesienie płac i zamrożenie cen żywności dzięki nadmiernym dotacjom państwowym, Gierek odkrył, że nie jest już w stanie dłużej sprostać zobowiązaniom podjętym na arenie krajowej. W efekcie musiał popełnić ten sam błąd, jaki przed nim popełnił Gomułka: powziął arbitralną decyzję podniesienia cen żywności z dnia na dzień, wywołując wybuch powszechnych zamieszek - przede wszystkim w fabryce traktorów w Ursusie pod Warszawą i w zakładach zbrojeniowych w Radomiu. Szybko się wycofał. Decyzję uchylono. Ale jedynym sposobem na zachowanie polskiej gospodarki przy życiu było zaciągnięcie jeszcze większych kredytów, aby móc pokryć koszty zarówno procentów od wcześniej pożyczonych sum, jak i gwałtownie rosnących dotacji. Zagraniczny dług Polski przyspieszył, przekraczając granicę dwudziestu miliardów dolarów - tyle, ile wynosił całkowity dług ZSRR; załamanie było już tylko kwestią czasu. Gierek, ogarnięty gorączką hazardzisty, nie miał żadnych realnych nadziei na wygraną. Dziwne, że reżim przetrwał aż tak długo. W lipcu 1980 roku, kiedy podjęto kolejną rozpaczliwą próbę podniesienia cen żywności bez konsultacji czy przygotowań, trzeba było stawić czoła już nie sporadycznym zamieszkom, ale zdecydowanemu sprzeciwowi zjednoczonego narodu. Reżim komunistyczny, ślepy na potrzebę zmian politycznych, jako stawkę w grze o wygraną zaoferował gospodarczy paliatyw i zebrał żniwo, na jakie zasłużył. Zbliżały się narodziny Solidarności.
4. Karnawał Solidarności. Sierpień 1980 - grudzień 1981
Przez trzydzieści sześć lat w polskiej polityce nie zwracano żadnej uwagi na ludzi, w których imieniu rządziła partia. Trzydziestosześciomilionowy wówczas naród był biernym przedmiotem polityki. W roku 1980 powstał, postanawiając zostać jednym z jej aktywnych podmiotów. Ruch Solidarność stał się ucieleśnieniem tej determinacji. Partii rządzącej zadano cios, po którym trudno się jej było podnieść.
Rozwój skonsolidowanej i zorganizowanej opozycji - w odróżnieniu od nieformalnej, niezorganizowanej opozycji narodu, która istniała zawsze - odbywał się stopniowo przez kilkanaście lat. W wyniku wydarzeń z 1968 roku i ich paskudnych antysemickich podtekstów wyłoniła się grupa dysydenckich intelektualistów, z których kilku - jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń - miało za sobą lewicową lub marksistowską przeszłość. Rozruchy na Wybrzeżu w 1970 roku stały się przyczyną narodzin pokolenia gniewnych i rozczarowanych robotników, szczególnie w Gdańsku i Szczecinie. Podejmowane w latach 1975-1976 machinacje partii w sprawie poprawek do konstytucji, oficjalnie potwierdzające zależność Polski od ZSRR, doprowadziły do powstania grupy nacjonalistycznie nastawionych dysydentów, znanych później pod nazwą Konfederacji Polski Niepodległej (KPN). Wydarzenia z czerwca roku 1976 w Radomiu i w fabryce traktorów w Ursusie pod Warszawą, gdzie robotników ukarano za udział w protestach, przyniosły pierwsze oznaki konsolidacji. Komitet Obrony Robotników (KOR), założony przez między innymi Lipińskiego i Kuronia oraz innych działaczy, otwarcie funkcjonował jako centrum informacyjne i ośrodek łączności. Wybór Karola Wojtyły na papieża w 1978 roku, a w jeszcze większym stopniu jego triumfalna pielgrzymka do ojczyzny w czerwcu 1979 roku stały się źródłem otuchy, zrywając łańcuchy oraz przełamując strach i niepokój, które nie pozwalały Polakom być sobą. Papież otwarcie nie komentował kształtu sceny politycznej, ale uderzający kontrast między prawdziwym, spontanicznym autorytetem Kościoła a sztucznie rozdmuchiwanym autorytetem partii z całą ostrością uwidocznił się w świetle telewizyjnych kamer. Potem kości zostały rzucone. Rozwarło się pęknięcie w skorupie świata polskich komunistów. Trzeba było zaledwie jednego drobnego spięcia, aby wyzwolić wybuch powszechnego rozgoryczenia.
Iskrą zapalną stała się ostatecznie zarządzona przez partię nowa podwyżka cen żywności. Na początku - w lipcu - zdawało się, że fala lokalnych strajków zmierza w tym samym kierunku co poprzednie fale z lat 1970 i 1976. Protesty z powodu niedostatków żywności stały się źródłem niezliczonych drobniejszych skarg na wszelkiego rodzaju niedole i nadużycia. Można było oczekiwać, że partia odpowie stosowną listą obietnic i podwyżek płac, kosmetyczną zmianą rządu, próbą uzyskania dalszych pożyczek z zagranicy, a w najlepszym razie nową strategią podejmowania reform. Ale tym razem szybko stało się jasne, że robotnicy nie dadzą się zbyć byle czym. W połowie sierpnia komitet strajkowy, ukonstytuowany w ogromnej Stoczni im. Lenina w Gdańsku, odrzucił korzystną propozycję spełnienia ich własnych lokalnych żądań, twierdząc, że byłaby to zdrada towarzyszy strajkujących w innych miejscach kraju. Nadeszła chwila prawdy. Komunistom zaczęło świtać, że wyzwaniem dla partyjnego monopolu władzy jest działanie robotników w całym kraju, zjednoczonych pod ironicznym hasłem "robotnicy wszystkich zakładów pracy, łączcie się!". 31 sierpnia w porozumieniu gdańskim, a potem w odrębnym porozumieniu podpisanym przez przedstawicieli górników w Jastrzębiu na Śląsku, negocjatorzy rządowi musieli przyjąć najważniejsze postulaty strajkujących. W zamian za potwierdzenie wiodącej roli politycznej partii oficjalnie przyjęli długą listę ustępstw, łącznie z prawem robotników do strajku, prawem zrzeszania się w związkach zawodowych, prawem wzniesienia pomnika towarzyszom zabitym w 1970 roku oraz zgodą na rozluźnienie cenzury. Bezpośrednim skutkiem tych porozumień było utworzenie przez delegatów komitetów strajkowych ze wszystkich części Polski Krajowej Komisji Porozumiewawczej Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego (NSZZ), któremu nadano nazwę Solidarność. Na przewodniczącego wybrano trzydziestosiedmioletniego bezrobotnego elektryka, który przeskoczył przez ogrodzenie Stoczni Lenina, aby stanąć na czele najważniejszego strajku w Gdańsku - Lecha Wałęsę.
Piętnaście miesięcy legalnej działalności związku Solidarność wypełniły projekty reform, dyskusje, konflikty, spory i porozumienia, obawy i alarmy, które następowały po sobie w oszałamiającym tempie. Po raz pierwszy za czasów tego pokolenia życie polityczne nabrało wigoru i spontaniczności. W listopadzie przeżywano udręki niepewności, bo warszawski Sąd Okręgowy wahał się w sprawie prawnej rejestracji związku. W grudniu, podczas manewrów Armii Czerwonej, pojawiła się pierwsza otwarta groźba sowieckiej interwencji. Wiosną trwała długa walka o legalizację NSZZ Rolników Indywidualnych "Solidarność" - związku chłopów, przy akompaniamencie wrzawy, jaka wybuchła, gdy w marcu oddziały milicji zaatakowały działaczy Solidarności w Bydgoszczy. Tylko dzięki nadludzkim wysiłkom Wałęsy uniknięto strajku generalnego. Przez całe lato trwały gorączkowe przygotowania do Pierwszego Krajowego Zjazdu Solidarności, którego dwie sesje odbyły się w Gdańsku we wrześniu 1981 roku i na którym przyjęto uchwały i postanowienia ruchu. Jesienią wszystkie polskie uniwersytety i szkoły wyższe przyłączyły się do strajku świata akademickiego w sprawie reformy studiów. Wreszcie frustracja zrodzona z niemożności uzyskania od władz jakichkolwiek istotnych zobowiązań w sprawie licznych propozycji dotyczących reform doprowadziła do zwołania posiedzenia zarządu związku; odbyło się ono 3 grudnia 1981 roku w atmosferze gniewu; wysunięto żądania wolnych wyborów i ogłoszenia referendum w sprawie sojuszu Polski ze Związkiem Sowieckim. Mikrofony, które władze umieściły w tajemnicy na sali obrad, zarejestrowały głos zdenerwowanego Wałęsy, mówiącego, że szukanie porozumienia z oporną i nieustępliwą partią jest rzeczą beznadziejną. Zbliżał się dzień rozliczenia.
Dużo można powiedzieć - i dużo napisano - o złożonej naturze ruchu Solidarność, skupiającego działaczy robotniczych, doradców wybranych spośród intelektualistów, katolików, studentów, chłopów, rencistów i pieczeniarzy wszelkiego autoramentu. Wiele można powiedzieć na temat codziennej walki Wałęsy o zachowanie równowagi między radykałami i umiarkowanymi doradcami. Wiele jeszcze pozostaje do zbadania, jeśli idzie o kolosalny dorobek intelektualny Solidarności - jej prasy, ulotek, debat, akcji wspierających badania historyczne, pomysłów reform gospodarczych i społecznych1. Są jednak dwa fakty, które nie wymagają komentarza. Po pierwsze, skupiając niemal dziesięć milionów członków, Solidarność reprezentowała niemal każdą polską rodzinę i wobec tego była wyrazicielką woli przeważającej większości narodu. Po drugie, pozostała wierna swoim ideałom pokojowych metod. Nie podjęto żadnych kroków, aby ją wyposażyć w środki obronne. Kiedy 13 grudnia 1981 roku została zaatakowana przez komunistyczne siły bezpieczeństwa przy użyciu czołgów, karabinów i pałek milicyjnych, nie miała ani broni, ani niezależnej sieci łączności, ani planu kampanii. I to właśnie było źródłem jej trwałego moralnego zwycięstwa.
Nikt nie może zaprzeczyć, że Solidarność stała się potężną siłą polityczną. Trzeba też przyznać, iż bardzo niechętnie prężyła swoje polityczne muskuły. Choć jej indywidualnym członkom zdarzało się wyrażać podgrzewające atmosferę opinie, choć licznym lokalnym oddziałom związku zdarzało się wysuwać żądania natychmiastowego działania w celu ukrócenia nadużyć, nigdy nie podjęto żadnych skonsolidowanych akcji zmierzających do obalenia partii czy sprowokowania powstania. Broni w postaci strajku generalnego, której można było w każdej chwili użyć, w rzeczywistości nigdy nie użyto. Wbrew krytyce płynącej z kręgów partyjnych i powtarzanej przez co bezmyślniejsze odłamy zachodniej prasy Solidarność rozpaczliwie walczyła o polityczny kompromis. Konkretnym rozwiązaniem, zrodzonym z dysput, jakie się toczyły w 1981 roku, byłaby jakaś forma rady porozumienia narodowego, w którym mogliby się znaleźć przedstawiciele wszystkich trzech głównych sił na arenie politycznej: Kościoła, partii i Solidarności. Co więcej, przywódcy Solidarności mieli słuszne powody, aby przypuszczać, że taki kompromis byłby nie tylko osiągalny, ale i opłacalny. W takim przekonaniu utwierdzali ich zarówno prymas Polski kardynał Wyszyński, jak i jego następca - od czerwca 1981 roku - arcybiskup Józef Glemp, a także zwolennicy ówczesnej polityki partii, która przyjęła dodające otuchy hasło "odnowy". Przyczyn upadku tego wyczekiwanego kompromisu trzeba szukać raczej w motywach postępowania partii niż Solidarności.
Wydarzeniem wybijającym się na pierwszy plan w latach 1980-1981 był bowiem gwałtowny paraliż, a następnie ostateczny upadek PZPR. W pewnym sensie za ten upadek partii odpowiadał oczywiście rozwój Solidarności. Ale to był tylko ostateczny cios. Partia upadła w szczytowym punkcie długiego procesu rozkładu, który od lat podkopywał szacunek dla jej zdemoralizowanych przywódców, jej nieudanej polityki i jej nietrafionej ideologii. Przecież gdyby partia była albo godna szacunku, albo dość silna, aby wymusić na ludziach propagowany przez siebie komunizm, Solidarność w ogóle nie mogłaby powstać. Teraz, gdy nadeszło wyzwanie, partia, która upierała się przy utrzymaniu swojej "wiodącej roli" w każdych okolicznościach, okazała się niezdolna do sprawowania przywództwa. Nieprzypadkowo po nieuchronnym odsunięciu od władzy Gierka 5 września jego następcą został Stanisław Kania - zwolennik kompromisu i ostrożności. Jako wieloletni szef Wydziału Administracyjnego KC PZPR, odpowiedzialny za wojsko, bezpieczeństwo i wewnętrzne sprawy polityczne, najlepiej wiedział, jak wielka była słabość partii. Jedna trzecia spośród trzech milionów jej członków przystąpiła do Solidarności; byli to głównie ludzie wywodzący się z niższych warstw aktywu; macki partyjnej machiny przestały reagować na sygnały z centrum. Układ nerwowy partii uległ zniszczeniu. Dyrektywy partii nie były już bezzwłocznie wykonywane, ale je ignorowano lub - co gorsza - otwarcie kwestionowano. W odpowiednim czasie towarzysze z Torunia włączyli się w panujący nastrój, nawołując do "ruchu poziomego", który połączyłby wszystkie komórki partyjne niższego szczebla, odrzucając tradycyjny system "pionowego" posłuszeństwa. Nadzwyczajny zjazd partii, zwołany w lipcu 1981 roku, okazał się rzeczywiście nadzwyczajny, ponieważ wybory do Komitetu Centralnego zorganizowano według demokratycznej zasady głosowania na otwartą listę kandydatów, a nie - jak dotychczas - na listę zamkniętą, ustaloną z góry przez wyższe organy partii. W efekcie 90 procent członków starego Komitetu nie zostało ponownie wybranych i musiało odejść - rzecz zgoła niesłychana! Postanowienia polityczne zjazdu okazały się mniej zadziwiające, ponieważ wiele palących problemów pozostawiono w wygodnym zawieszeniu, odkładając rozwiązania do przyszłych decyzji.
W tym momencie grupa ludzi tworzących jądro komunistycznego establishmentu była już chyba bliska rozpaczy. Z jednej strony musieli żyć pod stałą presją sowieckich towarzyszy, których wojsko ćwiczyło desant u wybrzeży Bałtyku, po raz kolejny delikatnie demonstrując zdecydowane stanowisko Moskwy. Z drugiej strony zaś utracili pewność, że partyjna machina potrafi sensownie zareagować na jakikolwiek plan działania. Twardogłowi krzykacze z nowego Biura Politycznego - w rodzaju Albina Siwaka - oczywiście uparcie sprzeciwiali się wszelkim planom kompromisu z Solidarnością, a także Radzie Porozumienia Narodowego. Nowi zwolennicy miękkiej linii - jak profesor socjologii z Krakowa Hieronim Kubiak - sprzeciwialiby się zapewne wszelkim planom zdławienia Solidarności siłą. Wśród szeregowych członków partii nastąpiłby beznadziejny rozłam - bez względu na wybrany kurs. Wobec tego nadszedł czas, aby działać bez nich. Dowództwo wojskowe i siły bezpieczeństwa poddano kwarantannie, żeby je uchronić przed wirusem demokracji, ale żądania ustanowienia oddziału związku w łonie milicji pokazały, że zaraza szybko się rozszerza, ogarniając ważne organy ciała politycznego. Partia utraciła zdolność samoleczenia. Nieliczne elementy, które jeszcze zachowały wolę działania, musiały ratować same siebie i, jeśli możliwe, także to, co pozostało z dawnego ładu.
Geneza i przebieg grudniowego zamachu stanu pozostają przedmiotem żywych spekulacji. Ale główne zarysy są oczywiste. Wykluczone, żeby wielką operację wymagającą przemieszczenia wojsk i zapewnienia logistycznego wsparcia setkom tysięcy żołnierzy oraz koordynacji różnych służb dało się zaplanować w ciągu kilku dni czy nawet tygodni. W ogólnych zarysach plany awaryjne zostały niewątpliwie przygotowane z dużym wyprzedzeniem przez tajne wydziały, których obowiązkiem było mieć plan działania na każdą okoliczność. Ale zebranie szczegółowych informacji z terenu, potrzebnych do aktualizacji tych schematycznych planów, wymagało czasu. A co najważniejsze, posunięcia, dzięki którym architekci zamachu stanu mogliby się ustawić w pozycji pozwalającej na tajne przeprowadzenie tej operacji, trzeba było wykonać zdecydowanie i z największą ostrożnością. Jest prawdopodobne, że w grudniu 1980 roku zagrożenie sowiecką inwazją zostało odwołane tylko w wyniku zobowiązania, iż Sowietów wyręczy Wojsko Polskie. Pierwsze posunięcie wykonano w lutym 1981 roku, kiedy ministra obrony generała Wojciecha Jaruzelskiego awansowano na stanowisko premiera. Posunięcie drugie nastąpiło we wrześniu: pozbawiono władzy Kanię, żywe odbicie paraliżu partii, ponownie awansując Jaruzelskiego na najwyższy urząd pierwszego sekretarza. Posunięcie trzecie zrobiono w październiku, kiedy Jaruzelski wziął udział w spotkaniu z Wałęsą i prymasem, stwarzając iluzję starań o kompromis. W wyniku posunięcia czwartego, także w październiku, w miastach i wsiach pojawiły się tysiące niewielkich patroli wojskowych - oficjalnie po to, aby ułatwić rozdział żywności, ale także w celu zbierania informacji i propagowania wizerunku wojska jako przyjaciela narodu. Posunięciem piątym było zdyskredytowanie przywódców Solidarności - zadanie, którego z radością podjął się Dziennik telewizyjny, realizując je przez całą jesień - i jeśli się tylko dało, zmuszając ich do coraz bardziej ekstremalnych oświadczeń. A potem można już było tylko czekać, aż przeszkolone oddziały staną w gotowości. Idealnie by było, gdyby Solidarność została popchnięta do jakiegoś aktu otwartego buntu, ale spreparowane taśmy z gwałtownym wystąpieniem Wałęsy w Radomiu świetnie spełniły zadanie. Zamachu stanu dokonano w nocy, dziewięć dni później.
Pozostaje tylko intrygujące pytanie, kim właściwie byli jego autorzy. Czym właściwie był "główny ośrodek komunistycznego establishmentu", który najwyraźniej mógł działać niezależnie od głównego aparatu partyjnego i - gdyby to się okazało konieczne - obalić go lub przyznać sobie prawo pełnienia jego funkcji? Odpowiedzią nie był po prostu generał Jaruzelski i jego najbliżsi współpracownicy - generał Siwicki czy generał Kiszczak - którzy we wrześniu weszli po cichu do Biura Politycznego i Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. To byli ci ludzie - w mundurach lub bez mundurów - którzy zajmowali kluczowe stanowiska we wszystkich wrażliwych obszarach rządu i przemysłu, a zwłaszcza w wojsku, służbach bezpieczeństwa i w wywiadzie, i którzy byli winni lojalność w pierwszym rzędzie agendom sowieckim, ponieważ to one im te stanowiska zapewniły. Nie powinno to dziwić. Kiedy zlekceważono Kościół, kiedy zdławiono i zawieszono Solidarność, kiedy samą partię "obalono" i zepchnięto na drugi plan, rzeczywistość ukazała prawdziwe oblicze. "Główny ośrodek komunistycznego establishmentu" składał się ze służalczych agentów Związku Sowieckiego.
5. Dyktatura wojskowa. Grudzień 1981-1983
Zamach stanu generała Jaruzelskiego z 13 grudnia 1981 roku zaskoczył niemal wszystkich. Zaskoczył zachodnich ekspertów, którzy - z bardzo nielicznymi wyjątkami - utrzymywali, że struktura sowieckiego systemu wyklucza przejęcie władzy przez wojsko. Zaskoczył członków Rady Państwa, którym zaledwie z kilkugodzinnym wyprzedzeniem kazano zalegalizować stan wojenny. Z pewnością zaskoczył przywódców Solidarności, z których większość wyciągnięto z łóżek i aresztowano już pierwszej nocy. 13 grudnia większość Polaków obudziła się rano i zobaczyła czołgi na ulicach, wojskowe punkty kontrolne na wszystkich skrzyżowaniach i ogłoszenia o stanie wojennym (wydrukowane wcześniej w ZSRR) wiszące na każdym rogu. W następnym tygodniu większość zorganizowanych w proteście spontanicznych strajków w kopalniach, stoczniach i fabrykach na terenie całego kraju stłumiły lotne oddziały ZOMO2, działające pod osłoną kordonów wojskowych. Niektóre tereny kilkakrotnie okupowano. W dwóch śląskich kopalniach węgla, w "Wujku" i "Piaście", podjęto długotrwałe podziemne strajki okupacyjne. W kopalni "Wujek" z powodu stawiania oporu zabito siedmiu górników. Ale ogólnie rzecz biorąc, opór szybko stłumiono. Element zaskoczenia okazał się bardzo skuteczny. Do końca roku siły zbrojne niewątpliwie przejęły kontrolę nad całym krajem.
Przez cały 1982 rok oficjalne rządy w Polsce sprawowała Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego (WRON), powszechnie zwana "wroną". Generał Jaruzelski przewodził grupie złożonej wyłącznie - według jej własnego oświadczenia - z polskich oficerów w służbie czynnej. Dziesiątki tysięcy niewinnych obywateli aresztowano bez postawienia zarzutów. Około dziesięciu tysięcy zamknięto w 49 obozach internowania. Mówiono o pobiciach i przypadkach śmiertelnych. Całe mnóstwo ludzi zmuszono do podpisania "deklaracji lojalności" (czyli nielojalności wobec związku Solidarność) pod groźbą utraty środków do życia lub wolności. Wszystkie oficjalne instytucje - od ministerstw po dworce kolejowe i biblioteki publiczne - podporządkowano rozkazom komisarzy wojskowych i oczyszczono z "niepożądanych elementów". Główne zakłady przemysłowe zmilitaryzowano. Załogi poddano wojskowej dyscyplinie. Prawa stanu wojennego zezwalały władzom na narzucenie wieczornej godziny milicyjnej, ograniczenie całego transportu i ruchu pasażerskiego, nagrywanie wszystkich rozmów telefonicznych, zakazanie wszelkich zgromadzeń i karanie najmniejszych oznak sprzeciwu ściąganą na miejscu grzywną lub natychmiastowym aresztem. Jak pośrednio wynikało z własnych oświadczeń WRON-u, wypowiedział on wojnę polskiemu społeczeństwu. Bo komuż innemu? Odrzucono wszelkie pozory legalności. Przez całe tygodnie oficjalni rzecznicy zaprzeczali, jakoby Wałęsa, przywódca Solidarności, został internowany lub osadzony w areszcie. "Pomagał władzom", ale tak się składało, że nie mógł udzielać komentarzy. W końcu wręczono mu antydatowany nakaz internowania, gdy zagraniczne głosy protestu wymusiły na władzach wyjaśnienia w jego sprawie. Jeśli sądy były na tyle nierozważne, aby zwolnić osoby oskarżone o rzekome wykroczenia przeciwko stanowi wojennemu, obwinionych można było uznać za "zagrożenie porządku publicznego" i zamknąć w szpitalu psychiatrycznym. Ministerstwo Sprawiedliwości nie dostrzegało niczego wstydliwego w takich bezprawnych posunięciach i publicznie je ogłaszało zapewne w celu zastraszenia i tak już przerażonej ludności.
Mimo ponawianych prób niedobitki Solidarności nie potrafiły rzucić wyzwania zaciskającemu żelazny uścisk wojsku. Rok 1982 rozpoczął się pod hasłem, które zwolennicy Solidarności wypisywali wszędzie kredą na murach: "Zima wasza, wiosna nasza". Ale wiosna nie nadeszła. Tłumiono drobne demonstracje i nieliczne strajki, organizowane zazwyczaj 13 każdego miesiąca. Poważniejsze rozruchy 31 sierpnia - w drugą rocznicę porozumień gdańskich, i 10 listopada - w rocznicę rejestracji związku Solidarność, nie stanowiły dla oddziałów ZOMO większego problemu. W miastach kilku województw - w Nowej Hucie, w Lubinie na Śląsku i przede wszystkim we Wrocławiu - wybuchy pełnego determinacji oporu trwały aż do jesieni. Ale cała logistyka prześladowań, zdrady i dezinformacji była po stronie "wrony". 8 października władze poczuły się dość silne, aby ogłosić, że Solidarność, a także wszystkie inne niezależne związki zostają nie po prostu "zawieszone", ale zlikwidowane; w listopadzie zwolniono bezsilnego Wałęsę. W grudniu uwolniono większość internowanych; zwolnienia nie objęły więźniów politycznych. W tym czasie rzecznicy rządu mówili już z lekceważeniem o członkach Solidarności, nazywając ich "kryminalistami" i chełpiąc się, że "wiosna też będzie nasza".
Komuniści krok po kroku dokonywali podsumowania swojego cudownego ocalenia, próbując jednocześnie odzyskać kontrolę nad organizacjami, które się ich wcześniej wyrzekły. Najpierw wzięli na celownik inteligencję - z ich punktu widzenia niepoprawne źródło, z którego brały początek sprzeciw i nieposłuszeństwo. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich (SDP) zostało zniesione w marcu, Związek Artystów Scen Polskich (ZASP), który prowadził odważny bojkot oficjalnych mediów, rozwiązano w grudniu. Czystkę musiał przejść nawet PAX - ulubione przez partię zrzeszenie "postępowych katolików". Być może WRON uważał, że podcina korzenie kryzysu, w istocie jednak były to zaledwie rysy na jego powierzchni. Dla sprawy komunistów nie zdołano pozyskać żadnego liczącego się sektora polskiego społeczeństwa.
Wszystkie podejmowane przez Jaruzelskiego próby konstruktywnej polityki skończyły się niepowodzeniem. Mimo początkowych dążeń prymasa do kompromisu generał nie podjął na nowo żadnego prawdziwego dialogu z Kościołem. Jego pięknie brzmiący Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego (PRON) był pełen ludzi zależących od niego samego i przemawiających wyłącznie nawzajem do siebie. Jego nowe oficjalne związki zawodowe bojkotowali ci wszyscy, których nie dało się zmusić do wstąpienia. Deklarację o "zawieszeniu" stanu wojennego pod koniec grudnia uznano za pusty gest.
Stan gospodarki nadal się pogarszał. Wbrew stwierdzeniom oficjalnej propagandy, która winą za wszystko obarczała Solidarność, zdławienie Solidarności nie przyniosło żadnej ogólnej poprawy. Mimo niewielkiego wzrostu w jednym czy dwóch sektorach, na przykład w wydobyciu węgla, w gruncie rzeczy produkcja przemysłowa spadła. W czwartym kolejnym roku PKB Polski jeszcze bardziej katastrofalnie się zmniejszyło - o ponad 15 procent. Rosnący dług zagraniczny osiągnął niemal trzydzieści miliardów dolarów; trzeba było zmienić nawet plan bieżącej spłaty odsetek. Zapotrzebowanie na żywność zmalało dzięki drakońskim i znacznie opóźnionym podwyżkom cen sięgającym 300 procent i wprowadzonym w lutym; większość Polaków w dalszym ciągu egzystowała na granicy ubóstwa. Sposobem na życie nadal było wystawanie w kolejkach. Rząd wyraził nadzieję, że do roku 1990 kraj będzie żywnościowo samowystarczalny. Stopa życiowa gwałtownie spadła. Ogromna przepaść między siłą nabywczą przeciętnej rodziny a cenami towarów, które można było kupić, stale się pogłębiała; realne płace obniżyły się o ponad 25 procent. Wobec deficytu budżetowego, rosnącego o kolejne setki miliardów złotych, finanse rządowe wymykały się spod kontroli. Brak równowagi w handlu zagranicznym można było wyrównać tylko przez szybkie ograniczenie importu, od czego zależałoby ożywienie przemysłu. Polska - bogaty kraj obdarzony wielkimi zasobami naturalnymi - popadała w stan skrajnej nędzy, nieznanej nigdzie indziej w Europie.
W następstwie grudniowego zamachu stanu Polska straciła na scenie międzynarodowej wszelkie pozory szacunku. Rząd wojskowy postrzegano często jako namiastkę Związku Sowieckiego i tak też go traktowano. USA dały znaczący sygnał, wprowadzając sankcje ekonomiczne przeciwko ZSRR i przeciwko Polsce, żądając zniesienia stanu wojennego, uwolnienia internowanych i zainicjowania szczerego dialogu. Chociaż polityka USA wywołała tarcia wśród zachodnich sojuszników Ameryki, którzy w tym czasie usiłowali zakończyć pertraktacje z Moskwą w sprawie projektu gazociągu syberyjskiego, nie ulegało wątpliwości, kto ostatecznie ponosi odpowiedzialność za niedole Polski. Obalenie kontrolowanej przez Sowietów cywilnej dyktatury przez kontrolowaną przez Sowietów dyktaturę wojskową trudno byłoby uznać za istotną zmianę równowagi sił na scenie międzynarodowej, była to jednak odpowiednia okazja, aby udzielić światu lekcji na temat wschodnioeuropejskiej rzeczywistości. Wszystkim tym pełnym dobrych intencji ekspertom, którzy zdążyli odzyskać dawne złudzenia co do spodziewanej "konwergencji" świata sowieckiego i świata Zachodu, wymierzono brutalny cios. Dwóch polskich ambasadorów, w Waszyngtonie i w Tokio, zbiegło i wykonując z dnia na dzień godną pożałowania woltę od roli żarliwego komunistycznego lojalisty do roli żarliwego demokraty, ujawniło nieszczęsne morale stanowiące fundament, na którym wyrosła komunistyczna elita. Świece, które w wigilię Bożego Narodzenia zapalono w oknach zarówno w Białym Domu, jak i w Watykanie, stały się symbolem długiego czuwania, jakiego się spodziewali zagraniczni przyjaciele Polski. Rząd polski zareagował gniewem, kiedy się okazało, że zastosowane przez niego ograniczone środki odprężenia nie przyniosły oczekiwanego zniesienia zachodnich sankcji. Jak zwykle w takich przypadkach zakładano, że ceniący komfort przywódcy zachodnich demokracji wykonają ostrzegawczy gest, po czym szybko zapomną o swojej miłości do Polski.
Trzeba jednak powiedzieć, że choć przeciwko wojskowemu reżimowi w Polsce wypowiedziano wiele ostrych słów, nie wykazano szczególnej dbałości o precyzyjne namierzenie celu. W gruncie rzeczy jest zupełnie oczywiste, że polskie władze bardzo się starały ukryć, na co się naprawdę zanosi, i pewnie byłyby z radością przyjęły ogłuszającą salwę niecelnej obcej krytyki. Ponieważ, mimo wszystko, polityce prowadzonej w Polsce brakowało nie tylko wielu charakterystycznych elementów składowych obecnych w przewrotach wojskowych w innych miejscach świata, ale także znanych programów "normalizacji" w sowieckim stylu. Represje miały charakter bardzo wybiórczy i były przedziwnie pozbawione entuzjazmu. Brak im było bezinteresownego okrucieństwa Afganistanu czy Salwadoru, z którymi walczyły o miejsce na nagłówkach światowej prasy. Nie było terroru społecznego na szeroką skalę, który zapanował na Węgrzech Kádára po 1956 roku, ani też systematycznych czystek towarzyszących "normalizacji" Husáka w Czechosłowacji po roku 1968. Nie uciekały się do masowych deportacji, które byłyby nieomylną oznaką sowieckiej inicjatywy, i nie pobrzmiewała w nich żadna nuta gwałtownego pośpiechu w dążeniu do przywrócenia rządów partii. Przede wszystkim zaś nie było w nich żadnego bezpośredniego zaangażowania personelu sowieckiego. Z jakiegoś powodu, który do końca stanu wojennego nie był całkiem jasny, reżim wojskowy nie miał ochoty w pełni wykorzystać swojej całej nowo zdobytej władzy. Okazał się dziwnie powściągliwy i jak na sowieckie standardy niewiarygodnie wyważony. Jego bezruch pozostał niewyjaśnioną tajemnicą. Dużo można przypisać paraliżowi partyjnej machiny, która przechodziła stan odpowiadający w polityce załamaniu nerwowemu i która nie byłaby zdolna do ponownego przejęcia władzy, nawet gdyby jej kazano to zrobić. Ale to jeszcze nie wszystko. Chodziły słuchy, że zakulisowa walka Jaruzelskiego przeciwko własnym towarzyszom i niedoszłym sojusznikom była jeszcze ważniejsza niż jego publiczna konfrontacja z Solidarnością. Trzeba sobie zadać pytanie, co się działo podczas tajnych zmagań poszczególnych odłamów w obozie polskich komunistów. Trzeba zapytać, dlaczego tak wielu zachodnim dziennikarzom pozwolono zostać w Warszawie, choć ich od czasu do czasu nękano - zapewne wtedy, kiedy przekazywali nie to, co powinni. Trudno sobie wyobrazić - chyba że obecność dziennikarzy zachodnich telewizji służyła czyimś interesom - dlaczego wszechpotężne państwo policyjne po prostu ich wszystkich bezapelacyjnie nie wyrzuciło. A co najciekawsze, trzeba sobie zadać pytanie o rolę Jaruzelskiego w wyścigu do sukcesji po Breżniewie w Moskwie. Jaruzelski brał z pewnością udział w grze na zwłokę. Jednak - przynamniej w oczach świata - nie było od razu oczywiste, na co lub na kogo czeka.
Bo Jaruzelski nie był po prostu człowiekiem Moskwy w Polsce. Służył wojskowym interesom w sowieckim aparacie, był Batmanem sowieckich marszałków. Przejmując osobiście rządy w Rzeczypospolitej Polskiej, uchronił Armię Czerwoną przed bardzo nieprzyjemnym zadaniem. Równocześnie zaś, rozstawiając polskie siły zbrojne, podniósł stawki w grze przeciwko ewentualnej inwazji sowieckiej na Polskę. Był pierwszym polskim przywódcą od czasu wojny, który ustawił Polskę na pozycjach, z jakich mogła się bronić. Jego démarche stało się bronią obosieczną. Zdławił nadzieje Solidarności, ale równocześnie zahamował perspektywę zemsty na Polsce bardziej doktrynersko nastawionych towarzyszy w Moskwie i w Warszawie. Nikt nie miał się dowiedzieć, które z tych dwóch przeciwstawnych niebezpieczeństw uznał za bardziej groźne i w jakim stopniu - jeśli w ogóle - marszałek Kulikow się z nim nie zgadzał. Można tylko powiedzieć, że był instruowany przez sowieckich wojskowych na wypadek politycznej interwencji w Polsce cały czas od chwili usunięcia Rokossowskiego w 1956 roku. Przejął obowiązki ostatniego sowieckiego oficera w stopniu generała, który jeszcze został w Polsce - w roku 1960 jako szef Wydziału Politycznego Wojska Polskiego, a w roku 1965 jako szef Sztabu Generalnego. Jako minister obrony, przez piętnaście lat był z urzędu zastępcą dowódcy połączonych sił Układu Warszawskiego, w najściślejszym powiązaniu z sowiecką wierchuszką. W latach 1981-1982, kiedy do kolekcji swoich urzędów dodał stanowiska premiera, pierwszego sekretarza i przewodniczącego WRON, zyskał pewność, że - przynajmniej w najbliższym czasie - nikt się nie dopcha do polskiej sceny politycznej. I właśnie w tym momencie u sterów bloku sowieckiego pojawił się Jurij Andropow, ale brak było najmniejszych oznak, które mogłyby świadczyć, że jego awans jakoś się wiąże - lub nie wiąże - z ambicjami marszałków. Dwanaście miesięcy po grudniowym zamachu stanu losy Polski Ludowej wróciły do punktu wyjścia sprzed niemal czterdziestu lat - znalazły się w rękach sowieckich wojskowych i ich polskich wojskowych pomocników i zupełnie nie było wiadomo, dokąd ją ostatecznie doprowadzą. I nie można było tego wiedzieć. Kształt sowieckiej polityki po śmierci Breżniewa, podobnie jak dalszy przebieg polskiej rewolucji wciąż znajdowały się w stanie zawieszenia.
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
1. Zob. Neal Ascherson, The Polish August - What happened in Poland?, London 1981.
2. Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej - elita paramilitarnych oddziałów prewencyjnych - liczące około 10 000 funkcjonariuszy. Silnie uzbrojeni i wspierani pojazdami opancerzonymi i lotnictwem transportowym, nie mieli odpowiedników w innych krajach i nie podejmowali regularnej służby policyjnej, co upodobniłoby ich do francuskiej CRS.