Rozdział 2
Szła brzegiem plaży po złotych drobinach piasku, a przyjemnie ciepła woda obmywała jej stopy. Pogoda w Daytona Beach była zupełnie inna od tej w Bostonie. Za to właśnie dziewczyna kochała Florydę: przez cały rok było ciepło. Słońce, ocean i ciepły piasek. Tylko, że teraz jej głowa musiała odpocząć. Nie potrzebowała towarzystwa, co też powiedziała rodzinie, kiedy chcieli z nią iść. Wolała pobyć w samotności. Musiała pomyśleć, a nie chciała martwić rodziców ani brata. Rozterki dotyczyły jej życia. Wątpiła, że wróci do tego, co było przed wypadkiem. Nie sądziła, żeby się dało. To po prostu niemożliwe, żeby było tak jak dawniej, kiedy jednej z najważniejszych osób w jej życiu już nie ma.
Uniosła głowę i zobaczyła w oddali biegnącego w jej stronę chłopaka. W sumie nic niezwykłego, gdyby nie to, że wyglądał naprawdę imponująco. Był dobrze zbudowany, a jego podkoszulek na ramiączkach podkreślał tylko szerokość barków, co było widoczne nawet z tej odległości.
Im był bliżej, tym dostrzegała więcej szczegółów jego wyglądu: ogoloną głowę, wytatuowane ramiona. Te tatuaże dały jej do myślenia. To znaczy pełno mężczyzn je ma, ale jedną z takich osób, która mieszkała po sąsiedzku, był Cain. Coś w biegnącym mężczyźnie wydało się jej znajomego, jednak nie zamierzała tego sprawdzać. Odwróciła się, bo wolała, żeby przebiegł obok, podczas gdy ona miała zamiar udawać powietrze.
*
Cain biegał jak co rano przed pracą, a potem wykonywał swój standardowy zestaw ćwiczeń. O tej porze zawsze dobrze mu się myślało, ale dzisiaj... Dzisiaj był wkurwiony i nic nie mogło spowodować, że to się zmieni. A wszystko z winy tej suki, przez którą zginął jego młodszy brat. Zacisnął dłonie w pięści i przyspieszył. Miał do pokonania jeszcze kilometr do domu, ale jego uwagę przykuła dziewczyna stojąca przodem do zatoki. Jej krótkie, ciemne włosy delikatnie tańczyły na wietrze. Spojrzał na jej ubiór i zastanawiał się, kto normalny w taki upał na plażę wkłada długie, czarne leginsy. Wzruszył ramionami, bo to nie była jego sprawa. Chociaż, kiedy ją zlustrował, stwierdził, że miała świetną figurę i długie nogi oraz niczego sobie tyłek. Do głowy przyszła mu absurdalna myśl... Już kiedyś uprawiał seks z nieznajomą, ale jeszcze nigdy nie posunął się do podrywu na plaży.
Postanowił przetestować swoje wdzięki, uznając, że najwyżej dostanie w pysk. Żadna mu nigdy nie odmówiła, więc warto było spróbować. Był nabuzowany i musiał spuścić trochę pary. Dlatego zaczął się do niej zbliżać, ale raptownie odwróciła się do niego plecami i ruszyła przed siebie. Przyspieszył na widok tego cudownie jędrnego tyłeczka, który skrywał się pod beznadziejnym kawałkiem przydługiej koszulki. Kiedy prawie ją dogonił, postanowił zagadać.
- Poranna przebieżka? - zapytał, nie zdając sobie sprawy, do kogo mówi. Dziewczyna podskoczyła wystraszona, co nie uszło jego uwadze. - Wybacz, nie chciałem przestraszyć.
- Nie przestraszyłeś, Cain - wyszeptała, gdy na moment odwróciła twarz w jego stronę, po czym odeszła.
Stał jak osłupiały. W pierwszej chwili jej nie poznał, ale tak, to była ona. Pierdolona Holly Carmichael wróciła. Wściekły ruszył za nią. Dogonił, wyciągnął rękę i wbił palce w jej ramię. Szarpnął ją, żeby odwrócić do siebie.
- Żartujesz sobie, do chuja?! Co ty tutaj, kurwa, robisz?! - wrzeszczał.
- O co ci chodzi? - Lekko pochyliła głowę.
- O co?! O ciebie. - Pchnął ją niezbyt delikatnie palcem w ramię, na co się skrzywiła. - Jak, kurwa, śmiałaś przyjeżdżać? To miasto jest za małe dla nas dwojga! - Wciąż krzyczał.
- To Daytona Beach, a ty masz jakiś problem. - Rozumiała go, ale nie była chłopcem do bicia.
- A żebyś wiedziała, i to ty nim jesteś. - Dając upust swoim emocjom, pchnął ją obiema rękami z całej siły. Upadając na piach, wydała cichy jęk, co miał w dupie. - Nienawidzę cię - rzucił wściekle i odszedł.
*
Ze łzami w oczach patrzyła za oddalającym się Cainem. Płakała nie z powodu jego parującej złości. I nie dlatego, że jego gniew na nią nie minął, a jedynie jeszcze się wzmógł. To było zupełnie coś innego...
- Jezu - jęknęła chcąc się podnieść, ale ból z nogi wystrzelił wzdłuż kręgosłupa, aż zagryzła wargę do krwi.
W końcu mobilizując wszystkie siły i mięśnie, udało jej się stanąć. Odniosła mały sukces, mimo że czuła promieniujący ból.
Utykając, ruszyła w kierunku domu, gdzie miała zamiar zaszyć się w pokoju do końca dnia. Potrzebowała odpoczynku. Tam był jej azyl. Potrzebowała ciszy i spokoju, zwłaszcza po spotkaniu ze starszym Patersonem. Musiała emocjonalnie dojść do siebie. Jej ciało chyba było w lepszym stanie niż głowa. Tak jej się wydawało.
Nieopodal domu musiała pokonać dwa niewielkie schodki przy podeście, ale to okazało się nie lada wyczynem. Chodzenie po płaskim terenie nie sprawiało jej większej trudności, inaczej sprawa się miała z wchodzeniem po schodach. Zacisnęła mocno szczęki z bólu i runęła jak długa, kiedy noga się pod nią ugięła. Z jękiem uniosła się nieznacznie na rękach, a jej wzrok padł na
stojącego nieopodal brata, który rozmawiał z ich sąsiadem.
*
Obaj dostrzegli jej upadek. Cain się nie odezwał, kiedy Danny wystrzelił w kierunku siostry. Jedynie patrzył, jak jego kumpel dopadł do dziewczyny i wziął ją na ręce. Zmarszczył brwi na widok tej sceny, lecz nie miał dla niej współczucia. Nieważne, co jej się przydarzyło, zasłużyła na wszystko co najgorsze. Nawet na jebane plagi egipskie.
- Pieprzona dziwka - warknął pod nosem.
Odwrócił się na pięcie i wszedł do domu, w którym zamieszkał z mamą po śmierci ojca. Wprowadził się z powrotem cztery miesiące temu i wściekał, że ich posiadłość sąsiadowała z domem Carmichaelów. Był tutaj również ze względu na śmierć Prestona. Dla jego mamy śmierć syna, a później męża były podwójnym ciosem. Za wszystko obwiniał cholerną Carmichael. Ojciec dostał zawału na wieść o śmierci młodszego syna, a po dwóch miesiącach dopadł go drugi i zmarł w drodze do szpitala. Matka rozsypała się, a on był teraz jedynym mężczyzną w jej życiu, który utrzymywał ją jakoś przy zdrowych zmysłach. Jednak sam je tracił na myśl o tej kobiecie, przez którą ucierpiała jego rodzina. Nienawidził jej z całego serca za to, co zrobiła jego bratu i jemu. Nieważne, że policja uznała to za wypadek i że nic nie dało się zrobić. On uważał, że to wszystko i tak było jej winą.
Mijając pokój brata, miał ochotę wejść tam i zniszczyć wszystkie te przeklęte papierowe rzeczy, który Preston zrobił kiedyś dla Holly i zostały tutaj tylko dlatego, że jego mama tak chciała. Był wściekły również na braciszka, że zabrał mu jedyną osobę, która kiedyś była dla niego kimś więcej. Przynajmniej tak wtedy myślał. Mały gnojek zawsze miał u niej fory, ale to z Cainem miała swój pierwszy raz. To on odebrał jej dziewictwo, a kiedy myślał, że może coś z tego będzie, wystraszył się. Więc owszem, może był winny tej sytuacji, bo trochę długo mu zajęło dojście do wniosku, czego chce. Tyle że nie zdążył jej tego powiedzieć, bo zwyczajnie wyjechała na studia z Prestonem.
Walnął pięścią w drzwi i ruszył pod prysznic, żeby zmyć z siebie pot oraz piasek i całą złość na Holly, ale to ostatnie tak naprawdę było niemożliwe. Gniew mu nie mijał. Odnosił wrażenie, że zaczął przybierać na sile niczym huragan.
Kiedy pół godziny później stał w kuchni, trzymając w dłoni kubek kawy, i kończył ją dopijać, weszła mama. Przyjrzała mu się uważnie, a nie uszło jego uwadze, że była jakaś inna, jakby mniej przygnębiona.
- Ponoć Holly wróciła - odezwała się.
- I? - Zacisnął zęby. Wiedział, że matka bardzo ją lubiła.
- Może byśmy ją zaprosili na kolację, co ty na to?
Na wspomnienie o Carmichael zawrzała w nim krew i miał ochotę coś rozpierdolić.
- Nie ma, kurwa, mowy, żeby ona tutaj przyszła - wycedził i z hukiem odstawił kubek.
- A ty dalej swoje. - Kobieta pokręciła głową. - To nie była jej wina! Kiedy ty to w końcu zrozumiesz? Wypadki się zdarzają, a twój brat nie był święty.
- Wiem, ale on, do cholery, nie żyje, a ona ma się dobrze i nie wygląda na kogoś przejętego tym. Nie chcę jej w tym domu!
- Dobrze - odpowiedziała zrezygnowana. Wciąż nie mogła pojąć, dlaczego jej syn, który wcześniej uwielbiał tę dziewczynę, tak bardzo jej teraz nienawidził.
- Przepraszam mamo - pochylił się i ucałował ją w policzek - ale Holly Carmichael jest dla mnie martwa. Idę do pracy - oświadczył i ruszył do wyjścia.
*
Rebecca Paterson patrzyła smutnymi oczami na swojego jedynego syna, który zatracił się w bólu i nienawiści. Ubolewała, że oskarżał o wszystko Holly, ale to Preston był pod wpływem narkotyków, o czym Cain nie wiedział. Nic mu nie powiedzieli o tym, że jego młodszy brat był narkomanem, bo załamałby się jeszcze bardziej. Zresztą, sami aż do tego feralnego dnia nic nie wiedzieli, a jej mąż doznał wstrząsu na wieść o śmierci syna, skutkiem czego był zawał.
Nigdy nie mieli pretensji do Holly o to, co się wydarzyło. Dziewczyna obiecała im, że będzie miała na niego baczenie,
ale przecież nie mogła upilnować Prestona, nie była jego niańką. A po wszystkim nie mieli pojęcia, co się z nią działo. Widzieli tylko, że brała udział w wypadku i była w ciężkim stanie. Rebecca przyjaźniła się z Gwen Carmichael, ale widać, że nawet przyjaźń miała swoje granice. Szanowała to, dlatego nie wypytywała, dlaczego córka Gwen nie pojawiła się na przegrzebie, chociaż to było oczywiste, skoro przebywała w szpitalu. Tylko trochę dziwne wydało jej się, że przyjaciółka milczała na ten temat oraz że przez bardzo długi czas Holly nie przyjechała do domu. Podejrzewała, że to było związane z wypadkiem, chociaż nie miała pewności. Jednak i tak, nawet wbrew Cainowi, postanowiła spotkać się z Holly. Nie widziała jej od przerwy wiosennej. Wybrała numer do jej domu i czekała, aż ktoś odbierze. Niby mogła do nich pójść, ale nie chciała być natarczywa.
- Tak? - usłyszała cichy głos przyjaciółki.
- Cześć, tutaj Rebecca. Czy mogę porozmawiać z Holly?
- Cóż... nie wiem, czy to jest dobry pomysł.
- Proszę. Chciałabym zobaczyć się z przyjaciółką syna - poprosiła, licząc, że może od niej dowie się czegoś więcej.
- Poczekaj, zaniosę jej telefon - oświadczyła Gwen i poszła do córki. - Do ciebie, kochanie. - Podała Holly urządzenie i przystanęła obok.
- Kto to? - zapytała prawie bezgłośnie.
- Porozmawiaj.
- Tak? - odezwała się Holly, kiedy przejęła telefon od mamy.
- Tutaj Rebecca Paterson, chciałabym się z tobą spotkać.
- Ja... - Dziewczyna się zawahała.
- Proszę, umówimy się gdzieś na lunch. Bardzo chciałabym się z tobą zobaczyć i obiecuję, że Cain się o tym nie dowie. Wiem, że między wami jest jakiś zgrzyt, a on... Cóż, on chyba nie do końca jeszcze poradził sobie z tym wszystkim.
- Rozumiem - przyznała zgodnie z prawdą. - Dobrze. Proszę tylko podać miejsce, przyjadę.
- W Cipriani w południe, pasuje ci, kochanie?
- Tak, będę punktualnie, do zobaczenia - pożegnała się i rozłączyła.
Znała panią Rebeccę dość dobrze. Była kobietą o łagodnym usposobieniu, która kochała swoich synów. Holly widziała w jej oczach tyle miłości do dzieci, zawsze, kiedy na nich patrzyła. A teraz jeden z nich nie żył. Znów ścisnął ją ból. Wzięła głęboki oddech, żeby się nie rozpłakać. Tęskniła za Prestonem każdego dnia.
- Na pewno tego chcesz? - zapytała ją mama.
- Tak, jestem jej to winna. To ze mną wtedy był jej syn. Tyle że wciąż nie mogę sobie przypomnieć różnych rzeczy, mamo - wyznała. Wyraźnie pamiętała jednak to, że to nie ona prowadziła auto.
- Może tak jest lepiej.
- Może.
- Powiesz jej? - Mama usiadła przy niej. - Wiesz, że nie musisz, to nie była twoja wina. To był wypadek, cholernie nieszczęśliwy wypadek. - Holly nie chciała prostować jej
słów, bo to, co mówiła jej mama, nie było do końca prawdą. Ktoś zawinił, ale nikt nikogo nie chciał tym obarczać.
- Nie wiem - odpowiedziała szczerze. - Czy to coś zmieni, kiedy się o wszystkim dowie? Nie, więc chyba nie ma sensu. Wystarczy, że ma świadomość, że był ćpunem. To i tak był dla nich wielki cios. Tęsknię za nim, mimo wszystko. Był najlepszym przyjacielem, jakiego miałam, tylko trochę się pogubił. - Łzy pociekły jej po policzkach. - A ja nie umiałam mu pomóc. Naprawdę próbowałam.
- Och, kochanie, nie płacz. - Przytuliła ją.
- Przepraszam. - Pociągnęła nosem. - Chyba powinnam się szykować do tego lunchu - zmieniła temat. - Muszę przeszukać szafę, może znajdę jakąś długą sukienkę, bo mam dosyć ciągłego chodzenia w leginsach.
- A jak nic nie znajdziesz, pojedziemy jutro na babskie zakupy, okej?
- Dobrze.
- Więc nie masz nic przeciwko temu, że Danny cię podrzuci?
- Nie róbcie sobie kłopotu, wezmę taksówkę, mamo.
- Nie, nie. Chcę wiedzieć, że jesteś bezpieczna. Jeszcze nie kupiliśmy ci nowego samochodu.
- Nic nie szkodzi. Zresztą, nie wiem, czy odważę się usiąść za kółkiem. - Lekko wzruszyła ramionami, bo posiadanie auta nie było dla niej najważniejsze.
- Usiądziesz, wierzę w ciebie, córcia. - Mama ucałowała ją w czoło. - Muszę załatwić kilka spraw. Na pewno dasz sobie radę?
- Mamo - upomniała ją.
- Dobrze już, dobrze. Kocham cię.
- Ja ciebie też.