przedmowa
Jest taka piękna ballada, którą Andrzej Zaucha zaśpiewał na nagranej w 1973 roku płycie Anawa. Tańcząc w powietrzu (Linoskoczek), bo o niej
mowa, zaczyna się od słów:
"Niepewnie idziesz pochylony
Drogą co nigdzie nie prowadzi
Tak jak po fali, tak jak po linie
Jak nad przepaścią idziesz drogą
Tak jak po fali, tak jak po linie
Jak nad przepaścią idziesz drogą
Nie widzisz ziemi pod stopami
W powietrzu lekko zawieszony
Skupiony nad swym każdym ruchem
W nieostry obraz zapatrzony
Ostrożnie idziesz w dal bez celu".
(tekst Leszek Aleksander Moczulski,
muzyka Jan Kanty Pawluśkiewicz)
Jedno możemy teraz powiedzieć na pewno: ta ballada... absolutnie do niego
nie pasuje. Choć przez tragedię sprzed blisko 30 lat mogłoby się
wydawać, że Andrzej Zaucha w swoim życiu stąpał po krawędzi - a może
nawet lekko unosił się nad światem, nie mając określonych priorytetów -
rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej. Już w dzieciństwie życie
nauczyło go, że trzeba się dostosować do każdej sytuacji, na przykład,
by w razie potrzeby zastąpić ojca w zespole biesiadnym i równie dobrze
jak on zagrać na perkusji, choć ledwo sięga się nogami do pedału bębna
basowego. I że dobrze mieć konkretny fach w ręku i parę groszy w kieszeni, na wypadek gdyby z marzeniami o wielkiej karierze coś poszło
nie tak. Bo też faktycznie nie do końca szło. Jego "zajawką" - jak
powiedzieliby didżeje, którzy wplatają sample z wokali Zauchy do swoich
współczesnych kompozycji - stała się "czarna" muzyka zza oceanu: soul i R&B. Mistrzem tego nurtu, Rayem Charlesem, Zaucha był zafascynowany
do tego stopnia, że włączył do swojego wizerunku scenicznego jego
charakterystyczne ciemne okulary.
Problem w tym, że w ówczesnej Polsce taka muzyka była... ni do tańca, ni
do różańca. W rodzimej rozrywce królowały proste, melodyjne piosenki
oraz te bardziej rytmiczne i dynamiczne, które nazywano "mocnym
uderzeniem". Do wyuczonego zawodu, zecerstwa, Zaucha jednak wracać nie
musiał, bo w odpowiednim momencie wkręcił się do grupy muzyków, którzy
wyjeżdżali za granicę, by zarabiać graniem przebojowych coverów w barach
i hotelach. Robił to także wtedy, gdy został uznanym wokalistą pewnego
wyjątkowego zespołu, który powstał w Krakowie pod koniec lat 60. Wtedy i później mówiono - mówi się nawet dziś - że występując w różnych
repertuarach, rozmieniał się na drobne. Prawdą jest, że robił to, bo...
mógł. Bo potrafił i sprawdzał, jakie są granice jego artystycznych
możliwości. A gdy już sprawdził, szedł dalej - drogą, którą sam sobie
wyznaczał. Jak chociażby wtedy, gdy najpierw zastąpił Marka Grechutę w zespole Anawa (w kilka tygodni - ku zdumieniu Jana Kantego
Pawluśkiewicza - wpasował się w zupełnie obcą dla siebie stylistykę), a tuż po nagraniu płyty wrócił do zagranicznych występów, które w efekcie
stworzyły podwaliny jego warsztatu solisty estradowego, gwiazdy
telewizyjnych festiwali i koncertów życzeń. Czyli takiego Zauchy,
jakiego zna większość dzisiejszych fanów.
Ta jego droga stała się dla nas fascynującą podróżą. Jako dziennikarze
nie chcieliśmy wydawać opinii ani wystawiać ocen. Oddaliśmy głos
współpracownikom Andrzeja Zauchy, jego bliskim i przyjaciołom. A także
ludziom, którzy go nie poznali, ale dziś pełnymi garściami czerpią z jego twórczości. Wczytaliśmy się i wsłuchaliśmy w dokumenty, by poznać i pokazać go nie tylko jako artystę. Andrzej Zaucha był człowiekiem z krwi
i kości, któremu - niezależnie od bezspornego talentu - los czasem
pomagał, a czasem go nie oszczędzał. Oczywiście nie można wszystkiego
zrzucać na los. Gdyby we wczesnej młodości po zdobyciu mistrzostwa
Polski nie rzucił kajakarstwa dla muzyki, być może zostałby mistrzem
świata oraz mistrzem olimpijskim w tej dyscyplinie. Wtedy byłaby to
zupełnie inna historia.
strzały
"(...) jakim cudem przegrałem tak
I dlaczego to byłem ja?
Właśnie ja..."
(Dlaczego przegrałem,
tekst Magdalena Wojtaszewska-Zajfert,
muzyka
Zbigniew Malecki)
Dziesiąty października 1991 roku. Plac parkingowy między ulicą Włóczków
a Syrokomli. Większość miejsc zajęta, bo w pobliskim teatrze właśnie
trwa spektakl musicalu Pan Twardowski, w którym główną rolę gra
Andrzej Zaucha. W jednej linii parkują tu: zaporożec, isuzu, dacia,
nissan, mercedes 240 D i łada samara. Mercedes skierowany jest przodem
do pasa zieleni. Wśród samochodów budka parkingowego, który właśnie
szykuje się do kolacji. Mgła i mżawka.
O 20.30 na pobliskiej ulicy, niedaleko stacji CPN, parkuje peugeot.
Kierowca, wysoki mężczyzna w beżowych sztruksowych spodniach i brązowym
wełnianym swetrze pod czarną skórzaną kurtką, chwilę kręci się po
okolicy. Przygląda się charakterystycznemu żółtemu mercedesowi. Wraca do
samochodu i parkuje kawałek dalej. Nieopodal budki totalizatora. Ale na
parking nie wjeżdża. Jakby na kogoś czekał.
Około 21.00 z Teatru STU zaczynają się wysypywać widzowie. Wysoki
mężczyzna wysiada z peugeota i patrzy. W lewej ręce trzyma reklamówkę
sieci marketów budowlanych. Gdy fala widzów rzednie, ścieżką od teatru
nadchodzi niski, krępy, ubrany od stóp do głów na czarno mężczyzna.
Spieszy się. W ślad za nim biegnie niewysoka, szczupła kobieta z bukietem róż owiniętym w celofan. Krępy nie czeka na nią, tylko zmierza
do budki parkingowego. Reguluje należność. Wsiada do mercedesa, odpala
silnik i otwiera drugie drzwi kobiecie z kwiatami. Ta nagle zauważa
idącego ku nim człowieka, który lewą dłoń chowa w reklamówce. Podbiega
do niego, blokuje mu drogę. "Co ty chcesz jemu zrobić?!" - krzyczy.
Wysoki prawą ręką odpycha ją na bok. Za słabo. Jeszcze raz, z większą
siłą. Tym razem skutecznie. Krępy wysiada z mercedesa i idzie w kierunku
zamieszania. Wysoki wyciąga w jego stronę rękę osłoniętą reklamówką. Gdy
dzieli ich niecały metr, padają cztery strzały ze schowanej tam broni.
Pierwszy pocisk trafia w korpus, pod obojczyk. Krępy osuwa się już po
nim, dlatego drugi strzał oddany jest pod kątem. W krocze. Kolejny w lewy policzek. Czwarty w bok, bo kierowca mercedesa leży na betonowej
jezdni. Kobieta krzyczy: "Jezus!" i także pada.
Strzelec działa metodycznie, niczym "cyngiel", który dostał zlecenie. Po
opróżnieniu pierwszego magazynka sięga do kieszeni po następny. Odrzuca
reklamówkę, która do tej pory skrywała broń, żeby przeładować karabinek.
Bo to samopowtarzalny karabinek sportowy kal. 5,6 mm produkcji
francuskiej z obciętą lufą i kolbą, czyli tak zwany obrzyn. Napastnik
staje w nogach leżącego na prawym boku mężczyzny. Celuje i strzela do
niego jeszcze pięć razy - do opróżnienia drugiego magazynka.
W kieszeni ma jeszcze dwa, ale po dziewięciu strzałach odwraca się i niespiesznie odchodzi w kierunku swojego samochodu. Wtedy nadbiega
parkingowy. Ze swojej budki niczego nie widział, bo miejsce zdarzenia
przesłaniają inne pojazdy, ale zaniepokoiły go odgłosy "jakby strzelania
z kabzli albo odpustowego korkowca"1. Chciał sprawdzić, co
się dzieje na jego terenie. Widzi dwoje leżących nieruchomo ludzi oraz
mężczyznę, który oddala się niespiesznie. Biegnie za nim. Ten odwraca
się i pokazuje obrzyna. Stróż ocenia, że napastnik jest dobrze
zbudowany. Nie ma szans, żeby udało się go obezwładnić. Wraca po psa,
wilczura. "Szarik, bierz!" - rzuca, ale pies nie reaguje na komendę. Za
to mężczyzna z obrzynem mówi, żeby... zadzwonić na policję. Mówi coś
jeszcze. Parkingowy będzie się później zarzekał, że tamten przystawił mu
broń prawie do czoła "i powiedział coś w stylu: "Odejdź, bo cię położę
między nimi" albo "Będziesz leżał między nimi""2. Przerażony
ucieka, a napastnik spokojnie wsiada do peugeota i odjeżdża.
Stróż dzwoni na policję. Mówi, że na parkingu była strzelanina. I żeby
wezwali pogotowie, bo kobieta jeszcze żyje. Radiowóz przyjeżdża po
kwadransie. Policjanci w bladym świetle okolicznych latarń znajdują dwie
leżące blisko siebie osoby. Wokół nich - dziewięć łusek, wiązanka róż z przybraniem, reklamówka, kaseta magnetofonowa z napisem "Zuzanna
Leśniak", ząb. Między stopami martwego mężczyzny pusty magazynek, a w pobliżu jego lewej dłoni rozrzucone ręcznie zapisane kartki z odciśniętą
podeszwą buta na czystej stronie. Nad głową mężczyzny - jeszcze jedna
róża. Czerwona.
Wyłączają silnik mercedesa, który ciągle był na chodzie. Czekają na
karetkę oraz policyjnych techników. Nikt nie wie, kim jest kobieta. Bo
mężczyznę parkingowy rozpoznał od razu: to ten sławny piosenkarz i aktor. A ona? Trudno powiedzieć, wcześniej kilka razy wychodziła z nim z teatru. Zawsze z kwiatami. Dużo młodsza. Pewnie córka.
Kilkanaście minut po radiowozie na parking wjeżdża karetka pogotowia.
Lekarz podchodzi do mężczyzny, którego nadal określa się jako NN, obraca
go na plecy, stwierdza zgon. W tym czasie pielęgniarka i sanitariusz
zajmują się kobietą. Oceniają, że jest w szoku powypadkowym. Co rusz
próbuje się unieść, wspierając na rękach, po czym opada, uderzając głową
o betonową jezdnię. Chce coś powiedzieć, ale wydaje z siebie tylko jęk
przechodzący w charkot. W trakcie przenoszenia do karetki gwałtownie
porusza ramionami. Dopiero po zdjęciu jej bluzki, do szczegółowego
badania, pielęgniarka zauważa maleńką dziurkę między piersiami. Na
plecach, pod łopatką - drugą, nieco większą i poszarpaną. Wlot i wylot
kuli. Karetka natychmiast rusza do Szpitala Specjalistycznego im. Jana
Pawła II, gdzie jest Oddział Kliniczny Chirurgii Klatki Piersiowej.
Lekarz odnotowuje, że pacjentka ma nieoznaczalne ciśnienie, tętno tylko
na tętnicach. Szmer osłuchowy nad płucem prawym i lewym. Ale żyje.
Policjanci nadal starają się ustalić tożsamość zamordowanego. W jego
ubraniu znajdują jedynie napoczętą paczkę marlboro, zapalniczkę gazową z napisem "Let's go West", klucze na plastikowym karabińczyku, skórzaną
bordową banknotówkę, a w niej 654 500 zł, okulary przeciwsłoneczne w czarnych oprawkach, zielony grzebień, dwie wizytówki, dwa kupony
toto-lotka, żeton do automatu telefonicznego oraz jednego feniga. Na
serdecznym palcu lewej dłoni tkwi złota obrączka. Znaczy: wdowiec.
Jednak nie ma żadnych dokumentów. Dopiero w schowku mercedesa odkrywają
czarny skajowy portfel z naklejką "Mała Akademia Jazzu", a w nim m.in.
dowód osobisty, prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Wszystkie wystawione
na nazwisko Andrzej Zaucha. Czyli parkingowy się nie mylił.
W tym czasie wysoki mężczyzna zatrzymuje peugeota przy ulicy Pomorskiej.
Spod parkingu przy Teatrze STU ruszył w kierunku Karmelickiej, ale
później zawrócił. Stanął blisko budynku Komendy Rejonowej Policji... i blisko miejsca zabójstwa. Znów jakby na kogoś czeka. Wolno mija go
radiowóz i zatrzymuje się 20 metrów dalej. Wtedy wysoki - już bez broni
- wysiada, podchodzi do policjantów i mówi, że jest mordercą. Jeśli
podejdą do jego samochodu, to zrozumieją, bo tam, na przednim siedzeniu,
ma broń, którą dopiero co zabił człowieka.
Wysoki mężczyzna zostaje obszukany. Ma przy sobie 540 tys. zł, bilety do
metra w Paryżu, dwa pęki kluczy. No i broń. Obrzyna z pustym
magazynkiem. Z dokumentów wynika, że nazywa się Yves Goulais i jest
obywatelem francuskim. Jeszcze tej samej nocy inny radiowóz zabiera
zatrzymanego, bo taki status ma teraz Goulais, na badania
toksykologiczne. Kierowca nie wie, kogo wiezie. W samochodzie jest
włączone radio, stacja RMF. W pewnym momencie spiker mówi, że "Andrzej
Zaucha nie żyje". Funkcjonariusz wyłącza radio. Wtedy z tylnego
siedzenia dobiega głos mężczyzny, który powtarza słowa spikera. Brzmi
jak echo: "Nie żyje". Badania wykazują, że Yves Goulais nie jest pod
wpływem alkoholu ani środków odurzających.
Karetka z postrzeloną przed teatrem kobietą dociera do szpitala. Stan
rannej gwałtownie się pogarsza w trakcie transportu z samochodu na salę
operacyjną. Następuje reanimacja - najpierw zwyczajna, później z otwarciem klatki piersiowej. Zgon stwierdzono o 23.20. Tożsamość kobiety
kilka minut później potwierdza w szpitalu jej pracodawca Krzysztof
Jasiński, dyrektor Teatru STU. To Zuzanna Leśniak. Aktorka. Tego
wieczoru w przedstawieniu Pan Twardowski grała "diabełka". Żona
mężczyzny, który strzelał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki