PROLOG
Pamiętam swoje narodziny.
Właściwie - pamiętam czas przed nimi. Nie było w nim światła, tylko muzyka - trzeszczenie stawów, szmer krwi, kołyszące do snu bicie serca, bogata symfonia trawienia. Otaczał mnie dźwięk i byłam bezpieczna.
Później mój świat pękł i zostałam wyrzucona w zimną, cichą jasność. Próbowałam wypełnić pustkę swoimi krzykami, ale przestrzeń zdawała się olbrzymia. Wściekałam się, lecz nie było drogi powrotu.
Więcej nie pamiętam. Byłam w końcu noworodkiem, choć szczególnym. Krew i panika niewiele dla mnie znaczyły. Nie przypominam sobie przerażonej położnej, płaczu ojca ani błogosławieństwa księdza nad duszą mojej matki.
Matka pozostawiła mi skomplikowane i uciążliwe dziedzictwo. Ojciec ukrywał potworne szczegóły przed wszystkimi, łącznie ze mną. Zabrał mnie ze sobą z powrotem do Lavondaville, stolicy Goreddu, i podjął porzuconą praktykę adwokacką. Wymyślił sobie również bardziej akceptowalną zmarłą żonę, uroczą prowincjuszkę imieniem Amaline Ducanahan. Wierzyłam w nią tak, jak niektórzy wierzą w raj.
Byłam trudnym niemowlęciem, nie chciałam ssać, jeśli mamka nie śpiewała idealnie czysto.
- To ma doskonały słuch - zauważył Orma, wysoki, kanciasty znajomy ojca, który często zaglądał do nas w owym czasie.
Orma mówił o mnie per "to", jakbym była zwierzęciem. Mnie przyciągała jego wyniosłość - w taki sposób, w jaki koty ciążą w stronę ludzi, którzy woleliby raczej uniknąć ich towarzystwa. Orma był nadnaturalnie spokojny, a kiedy spoglądał na mnie, pozwalał jedynie, by na jego twarzy pojawiała się niejaka konsternacja, jakby nie umiał sobie wyobrazić, skąd się wzięłam i dlaczego nie rozpłynęłam się w powietrzu.
Pewnego wiosennego ranka towarzyszył nam do katedry. Mocny wiatr od strony gór szarpał welonem mojej niańki i pozbawiał promienie słońca ciepła. Ojciec poprowadził nas dłuższą drogą, obok targu rybnego i przez Wilczy Most, aby ominąć radosną procesję z okazji uroczystości świętej Festiny. Niósł stertę pergaminów i porfiriańską skrzynkę na zwoje, gdyż nie chciał marnować czasu, który mógłby poświęcić pracy nad kolejną sprawą. Niosła mnie niańka w czepku, zaś obok energicznie kroczył Orma, trzymając pod pachą nasz psałterz.
Kapłan uniósł brew, kiedy zobaczył, że nie jestem noworodkiem, lecz mam prawie sześć miesięcy, i zostałam przywieziona aż z prowincji Ducana. Ojciec nie zaproponował mu żadnych wyjaśnień, lecz odszedł na bok i oparł się o kolumnę.
Młody ksiądz namaścił moje rzadkie włosy olejkiem lawendowym i powiedział mi, że w oczach Niebios jestem jak królowa. Wrzeszczałam jak każde szanujące się dziecko, moje krzyki odbijały się echem od ścian nawy. Nie podchodząc bliżej ani nawet nie podnosząc głowy znad dokumentów, ojciec obiecał, że wychowa mnie w wierze we Wszystkich Świętych. Kapłan podał mi psałterz, a ja upuściłam go jak na zawołanie. Otworzył się na portrecie świętej Yirtrudis, której twarz została zamazana.
Ksiądz ucałował się w dłoń z uniesionym małym palcem.
- W twoim psałterzu wciąż znajduje się heretyczka!
- To bardzo stary psałterz - odparł ojciec, nie podnosząc wzroku - a ja nienawidzę okaleczać książek.
- Doradzamy wiernym-bibliofilom, by skleili razem kartki Yirtrudis w celu uniknięcia takiej pomyłki. - Ksiądz przewrócił stronę. - Niebiosom z pewnością chodziło o świętą Capiti.
Ojciec wpatrywał się w przestrzeń, zaciskając wąskie wargi.
- To bez znaczenia. Te zabobonne oszustwa przecież i tak nie działają.
Po tej deklaracji ojciec i ksiądz zaczęli gwałtowną dyskusję, której jednak nie pamiętam. Wpatrywałam się jak urzeczona w procesję mnichów przechodzących przez nawę. Mijali nas w miękkich pantoflach, z szelestem ciemnych szat i stukaniem różańców, po czym zajęli miejsca na chórze. Siedzenia zgrzytały i skrzypiały, kilku z mnichów zakasłało.
Zaczęli śpiewać.
Rozbrzmiewająca pieśnią mężczyzn katedra zdawała się rozrastać na moich oczach, słońce wpadało przez wysokie okna, na marmurowej posadzce pojawiły się złote i szkarłatne plamy. Muzyka unosiła moją drobną postać, wypełniała mnie i otaczała, czyniła mnie większą niż w rzeczywistości. To była odpowiedź na pytanie, którego nigdy nie zadałam - o sposób na wypełnienie tej straszliwej pustki, w którą się narodziłam. Uwierzyłam - nie, wiedziałam - że mogę przekroczyć ten bezmiar i dotknąć dłonią sklepienia.
Spróbowałam to zrobić.
Niańka pisnęła, kiedy prawie wyrwałam jej się z rąk. Chwyciła mnie za kostkę pod niewygodnym kątem. Wpatrywałam się w oszołomieniu w podłogę, która zdawała się przechylać i wirować.
Ojciec wziął mnie, chwycił w pasie swoimi długimi dłońmi i uniósł na wyciągniętych rękach, jakby odkrył właśnie przerośniętą, niesamowitą żabę. Wpatrzyłam się w jego smutne szare oczy, zmrużone w kącikach.
Ksiądz wyszedł wściekły, nie pobłogosławiwszy mnie wcześniej. Orma patrzył, jak znika za rogiem Złotego Domu, po czym się odezwał:
- Claude, czy mógłbyś to wyjaśnić? Czy odszedł, ponieważ przekonałeś go, że jego religia jest oszustwem? Czy też był... Jak to się nazywa? Obrażony?
Wydawało się, że ojciec go nie słyszy. Coś we mnie zwróciło jego uwagę.
- Popatrz na jej oczy. Mógłbym przysiąc, że ona nas rozumie.
- To ma całkiem przytomne spojrzenie jak na niemowlę - przyznał Orma, poprawiając okulary i przeszywając mnie wzrokiem.
Oczy miał ciemnobrązowe, jak moje. W przeciwieństwie do moich, jego były odległe i nieprzeniknione niczym burzowe niebo.
- Nie nadaję się do tego zadania, Serafino - powiedział cicho ojciec. - Być może nigdy nie będę się do niego nadawał, ale mogę bardziej się postarać. Musimy znaleźć sposób, by stać się dla siebie rodziną.
Pocałował mnie w czubek głowy. Nigdy wcześniej tego nie zrobił. Wpatrywałam się w niego z oszołomieniem. Głosy mnichów otaczały nas i trzymały całą naszą trójkę razem. Na jedną wspaniałą chwilę odzyskałam to pierwsze uczucie, to, które utraciłam podczas narodzin - że wszystko jest tak, jak powinno być, a ja znajduję się tam, gdzie moje miejsce.
I znikło.
Przeszliśmy przez rzeźbione brązowe wrota katedry i muzyka ucichła za naszymi plecami. Orma bez słowa pożegnania ruszył przez plac katedralny, a jego płaszcz łopotał jak skrzydła olbrzymiego nietoperza. Ojciec podał mnie niańce, mocniej owinął się płaszczem i skulił się dla ochrony przed podmuchami wiatru. Wołałam go, ale się nie odwrócił. Nad nami wznosiło się niebo, puste i bardzo odległe.
* * *
Zabobonne oszustwo czy nie, wiadomość przekazana przez psałterz była jasna: "Prawdy nie należy wypowiadać na głos. Oto akceptowalne kłamstwo".
Nie żeby święta Capiti - niech ma mnie w swoim sercu - była kiepskim zastępstwem. W rzeczy samej wydawała się zaskakująco stosowna. Święta Capiti nosiła własną głowę na talerzu jak pieczoną gęś - patrzyła na mnie z kartki, rzucając mi wyzwanie, bym ją oceniła. Oznaczała życie umysłowe, całkowicie oddzielone od wstrętnych spraw cielesnych.
Doceniałam ten podział, kiedy zaczęłam dorastać i przytłoczyła mnie moja własna groteskowa cielesność, ale nawet kiedy byłam małym dzieckiem, odczuwałam instynktowne współczucie dla świętej Capiti. Kto mógł pokochać kogoś z odciętą głową? Jak mogła osiągnąć cokolwiek znaczącego na świecie, kiedy ręce miała zajęte tym talerzem? Czy byli w jej otoczeniu ludzie, którzy ją rozumieli i nazywali swoją przyjaciółką?
Ojciec pozwolił niańce skleić strony świętej Yirtrudis - biedaczka nie mogła usiąść w spokoju w naszym domu, dopóki nie wypełniła tego zadania. Nigdy nie udało mi się spojrzeć na heretyczkę. Kiedy unosiłam kartkę do światła, widziałam zarysy sylwetek obu świętych, złączone razem w jedną straszliwą Potworną Świętą. Wyciągnięte ręce świętej Yirtrudis wyrastały z pleców świętej Capiti jak para bezużytecznych skrzydeł, a jej cienista głowa unosiła się tam, gdzie powinna być głowa świętej Capiti. Była podwójną świętą pasującą do mojego podwójnego życia.
Miłość do muzyki w końcu skłoniła mnie do opuszczenia bezpiecznej przystani domu ojca, kierując mnie do miasta i na królewski dwór. To było straszliwe ryzyko, ale nie mogłam inaczej. Nie rozumiałam, że noszę przed sobą samotność na talerzu, a muzyka stanie się światłem padającym na mnie zza pleców.
1
Z wysokości chóru patrzyłam na ciało biednego księcia Rufusa owinięte w całun. Spoczywało wewnątrz Złotego Domu, którego dach rozwijał się jak ptak, by ukazać sprytnie zaprojektowane zagłębienie, zwane dłonią świętego Eustace'a, które służyło temu właśnie smutnemu celowi. Książę Rufus leżał przygotowany w drogę na tamten świat, owinięty w biel i złoto, ze stopami wspartymi o błogosławiony próg, a głową pośród gwiazd.
To ostatnie oczywiście nie było nigdy dosłowne, ale w tym wypadku okazało się bardziej symboliczne niż zazwyczaj. Księciu Rufusowi obcięto głowę. Dziesięciu gwardzistów przez pięć dni przeszukiwało mokradła, ale nie udało im się odnaleźć głowy księcia, który miał wobec tego zostać pochowany bez niej.
Po zakończeniu modlitwy przez biskupa miałam zagrać Inwokację do świętego Eustace'a, którego rolą było odprowadzenie duszy księcia po Niebiańskich Schodach. Czułam się wyjątkowo nieprzygotowana do tego zadania. Nie należałam do osób religijnych - to jedno wciąż jeszcze łączyło mnie z ojcem. A jeśli święty Eustace nie przyjdzie na wezwanie kogoś takiego, jak ja? Zakołysałam się niepewnie ponad tłumem zebranym na pogrzebie, przerażona, jakby kazano mi zagrać na flecie na wietrznym urwisku.
Właściwie wcale nie poproszono mnie, żebym zagrała. Nie byłam w programie - kiedy odchodziłam, obiecałam ojcu, że nie będę grała publicznie. Słyszałam Inwokację raz czy dwa razy, ale nigdy wcześniej jej nie grałam. To nawet nie był mój flet.
Jednak Guntard usiadł na swojej szałamai, zaś mój drugi solista, młody baronet Postlerude, poprzedniego wieczora spełnił zbyt wiele toastów za duszę księcia Rufusa i próbował zwymiotować wnętrzności na wewnętrznym dziedzińcu klasztoru. Byłam odpowiedzialna za muzykę, więc wszystko zależało ode mnie.
Modlitwa biskupa kończyła się powoli - opisywał niebiański dom, mieszkanie Wszystkich Świętych, gdzie pewnego dnia każdy z nas odpocznie w wiecznej błogości. Nie wymieniał wyjątków, nie musiał. Moje spojrzenie odruchowo przeniosło się ponad morzem odzianych w biel dworzan w stronę przedstawicielstwa ambasady smoków, wraz z samym ambasadorem. Byli saarantrasami - smokami w ludzkiej postaci - lecz nawet z tej odległości wyróżniały ich srebrne dzwoneczki na ramionach, puste miejsca wokół i niechęć do pochylania głów podczas modlitwy.
Smoki nie mają dusz. Nikt nie oczekuje od nich pobożności.
- Niech tak się stanie! - ogłosił biskup.
To był sygnał, bym zaczęła grać, lecz w tej właśnie chwili zauważyłam w tłumie ojca. Jego twarz była blada i ściągnięta. Słyszałam w głowie słowa, które wypowiedział przed zaledwie dwoma tygodniami, kiedy opuszczałam dom i wyruszyłam na dwór: "W żadnym wypadku nie wolno ci zwracać na siebie uwagi. Jeśli nie myślisz o swoim bezpieczeństwie, pomyśl o wszystkim, co ja mam do stracenia!".
Biskup odchrząknął, lecz ja czułam się zlodowaciała i z trudem łapałam oddech.
Rozpaczliwie rozejrzałam się dookoła, szukając czegoś, na czym mogłabym się skupić. Skośne promienie zimowego słońca; białe sztandary unoszące się między kolumnami; czyżyki gnieżdżące się w przezroczach?
Moje spojrzenie padło na rodzinę królewską - trzy pokolenia, obraz smutku w bieli i złocie. Królowa Lavonda nosiła siwe loki rozpuszczone na ramionach, a jej wodniste niebieskie oczy były zaczerwienione od płaczu po śmierci syna. Księżniczka Dionne stała wyprostowana i rozglądała się z wściekłością, jakby planowała zemstę na zabójcach młodszego brata albo na samym Rufusie za to, że nie dożył czterdziestych urodzin. Księżniczka Glisselda, jasnowłosa córka Dionne, oparła głowę o ramię babki, by ją pocieszyć. Książę Lucian Kiggs, kuzyn i narzeczony Glisseldy, siedział nieco na uboczu i patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Nie był synem księcia Rufusa, lecz bastardem od dawna nieżyjącej siostry Dionne, ale wydawał się wstrząśnięty i poruszony, jakby utracił rodzonego ojca.
Potrzebowali spokoju Niebios. Niewiele wiedziałam o Niebiosach, ale znałam smutek i muzykę jako najlepsze nań lekarstwo. Takie pocieszenie mogłam im dać. Uniosłam flet do ust, a oczy do sklepienia i zaczęłam grać.
Zaczęłam zbyt cicho, niepewna melodii, ale nuty zdawały się same mnie odnajdywać i moja pewność siebie wzrastała. Muzyka opuszczała mnie jak gołębica wypuszczona w głąb nawy, sama katedra nadawała jej głębi i bogactwa, jakby również i ta wspaniała budowla była moim instrumentem.
Są melodie, które przemawiają równie dobitnie, co słowa, które płyną logicznie i w sposób nieunikniony z jednego, czystego uczucia. Należy do nich Inwokacja, jakby jej kompozytor próbował wydestylować najczystszą kwintesencję żałoby, powiedzieć: "Oto, jak jest utracić kogoś".
Powtórzyłam Inwokację dwa razy, nie chciałam jej wypuścić, gdyż czułam, że koniec muzyki będzie dla mnie jak kolejna namacalna strata. W końcu uwolniłam ostatnią nutę, wytężyłam słuch w oczekiwaniu na ostatnie gasnące echo i poczułam, że zapadam się w sobie, wyczerpana. Nie było oklasków, stosownie do powagi okoliczności, lecz sama cisza zdawała się ogłuszająca. Popatrzyłam po równinie twarzy, od zebranych szlachetnie urodzonych i innych wysoko postawionych gości po tłum pospólstwa za barierkami. Nie było żadnego poruszenia, poza smokami kręcącymi się niespokojnie na siedzeniach i Ormą, przyciśniętym do barierki i machającym kapeluszem w moją stronę.
Byłam zbyt wyczerpana, by uznać jego zachowanie za żenujące. Pochyliłam głowę i wycofałam się za zasłonę chóru.
* * *
Byłam nowym Asystentem Nadwornego Kompozytora, a ubiegając się o tę pozycję, pokonałam dwudziestu siedmiu innych kandydatów, od wędrownych muzykantów po uznanych mistrzów z konserwatorium świętej Idy. Stanowiłam zaskoczenie. Nikt ze Świętej Idy nie zwracał na mnie uwagi, ponieważ byłam protegowaną Ormy. Orma należał do poślednich nauczycieli teorii muzyki, nie zaś prawdziwych muzyków. Przyzwoicie grał na klawesynie, ale też ten instrument grał sam z siebie, jeśli tylko trafiało się we właściwe klawisze. Brakowało mu pasji i muzykalności. Nikt się nie spodziewał, by jego uczennica cokolwiek osiągnęła.
Moja anonimowość nie była przypadkiem. Ojciec zakazał mi bratać się z innymi uczniami i nauczycielami - widziałam w tym sens, choć czułam się samotna. Nie zabronił mi otwarcie ubiegać się o zatrudnienie, ale doskonale wiedziałam, że mu się to nie spodoba. Tak to u nas zwykle wyglądało - on stawiał granice, a ja byłam posłuszna, aż nie mogłam już wytrzymać. I to zawsze muzyka skłaniała mnie do wykraczania poza obszary, które uważał za bezpieczne. Mimo to nie przewidziałam głębi jego wściekłości, kiedy dowiedział się, że opuszczam dom. Wiedziałam, że jego złość to tak naprawdę strach o mnie, ale i tak nie było mi dzięki temu łatwiej.
Teraz pracowałam dla Viridiusa, Nadwornego Kompozytora, który był słabego zdrowia i rozpaczliwie potrzebował asystenta. Nieuchronnie zbliżała się czterdziesta rocznica podpisania Traktatu przez Goredd i smoczy rodzaj, a sam Ardmagar Comonot, wielki smoczy generał, miał przybyć na uroczystości już za dziesięć dni. Viridius odpowiadał za koncerty, bale i wszelką inną rozrywkę muzyczną. Ja miałam mu pomagać w przesłuchaniach muzyków i przygotowywaniu programów, jak również udzielać księżniczce Glisseldzie lekcji gry na klawesynie, co Viridius uznawał za nużące.
To zajęło mi pierwsze dwa tygodnie, a niespodziewana przerwa w przygotowaniach w postaci pogrzebu tylko dodała mi pracy. Atak podagry wyłączył Viridiusa z wszelkiej działalności, wobec czego ciężar przygotowania całego programu muzycznego spoczął na mnie.
Ciało księcia Rufusa przeniesiono do krypt z towarzyszeniem jedynie rodziny królewskiej, kapłanów i najważniejszych gości. Chór katedralny zaśpiewał Wyjście i tłumy zaczęły się rozpraszać. Ja zatoczyłam się do absydy. Nigdy wcześniej nie występowałam dla widowni liczącej więcej niż jedna-dwie osoby i nie spodziewałam się zdenerwowania przed występem i wyczerpania po nim.
Święci w Niebiosach, to było jak stanie nago przed całym światem.
Szłam niepewnym krokiem, gratulując muzykom i nadzorując ich odejście. Guntard, mój samozwańczy asystent, podbiegł do mnie od tyłu i położył mi rękę na ramieniu, na co nie miałam większej ochoty.
- Mistrzyni muzyki! To było więcej niż piękne!
Podziękowałam mu zmęczonym skinieniem głowy i wyślizgnęłam się poza jego zasięg.
- Widziałeś baroneta Postlerude'a? - spytałam, machając w jego stronę fletem.
Guntard trajkotał dalej, a jego okrągła twarz świeciła jak księżyc.
- Viridius powiedział, że masz talent, ale nikt z nas cię nie słyszał. Mieliśmy uwierzyć mu na słowo?
Zesztywniałam.
- Celowo mnie w to wrobiliście?
Zarumienił się aż po same uszy.
- Nic takiego nie powiedziałem!
Uśmiechnęłam się, mimo irytacji i wyczerpania. Moi muzycy robili mi kawały, jakbym była jedną z nich. Może w tej pracy jednak znajdę przyjaciół.
- Och - odezwał się Guntard, klaszcząc w dłonie, jakby nagle sobie coś przypomniał. - Czeka na ciebie pewien starszy mężczyzna. Pojawił się w czasie twojego solo, ale kazaliśmy mu zaczekać.
Pokazał wzdłuż absydy w stronę kaplicy świętego Polypousa, gdzie kręcił się starszy Porfirianin. Siwe włosy nosił zaplecione w warkoczyki, a na jego brązowej twarzy pojawił się uśmiech.
- Kto to? - spytałam.
Guntard z pogardą potrząsnął obciętą na pieczarkę czupryną.
- Przyprowadził gromadkę tancerzy pygegyrii, bo wpadł na idiotyczny pomysł, że chcielibyśmy, żeby zatańczyli na pogrzebie.
Na wargach Guntarda pojawił się ten grymas, jednocześnie pełen potępienia i zazdrości, którzy Goreddczycy przybierali, kiedy mówili o dekadenckich cudzoziemcach.
Nawet bym się nie zastanowiła nad uwzględnieniem pygegyrii podczas ceremonii - my, mieszkańcy Goreddu, nie tańczymy na pogrzebach. Nie mogłam jednak zignorować szyderstwa Guntarda.
- Pygegyria to starożytna i godna szacunku forma tańca.
Mój towarzysz prychnął.
- "Pygegyria" oznacza dosłownie "kręcenie tyłkiem"! - Posłał nerwowe spojrzenie Świętym w ich alkowach, zauważył zmarszczone czoła kilkorga z nich i pobożnie ucałował kostkę dłoni. - Tak czy inaczej, jego zespół jest w klasztorze, mieszając mnichom w głowach.
Rozbolała mnie głowa. Podałam Guntardowi flet.
- Oddaj go baronetowi Postlerude. I odeślij tancerzy... Ale uprzejmie, jeśli można.
- Już wracasz? - spytał. - Idziemy całą bandą do Słonecznej Małpy.
Położył dłoń na moim lewym ramieniu.
Zamarłam, z trudem walcząc z impulsem, by go odepchnąć lub uciec. Odetchnęłam głęboko, by się uspokoić.
- Dziękuję za propozycję, ale nie mogę - powiedziałam, zdejmując jego dłoń.
Miałam nadzieję, że się nie obrazi.
Jego mina świadczyła, że poczuł się odrobinę urażony.
To nie jego wina. Zakładał, że jestem zwykłym człowiekiem, którego można bezkarnie chwytać za ramię. Czyż przed chwilą nie pomyślałam, że w tej pracy być może nawiążę przyjaźnie? Później zawsze następowało przypomnienie, jak dzień po nocy - nigdy nie mogłam do końca opuścić zasłony.
Odwróciłam się w stronę chóru, by zabrać płaszcz. Guntard odszedł, by wypełnić moje polecenie. Z tyłu starszy mężczyzna zawołał:
- Pani, czekać! Abdo przyjechać tak daleko, żeby was spotkać!
Patrząc się prosto przed siebie, wspięłam się po schodach i zniknęłam mu z oczu.
Mnisi skończyli śpiewać Wyjście i znów je zaczęli, ale nawa wciąż była na wpół wypełniona; wydawało się, że nikt nie chce odejść. Książę Rufus cieszył się popularnością. Nie miałam okazji lepiej go poznać, ale kiedy Viridius mnie przedstawiał, zwrócił się do mnie uprzejmie, a jego oczy błyszczały. Błyszczały dla połowy miasta, jeśli oceniać po liczbie zebranych mieszkańców, którzy rozmawiali przyciszonymi głosami i z niedowierzaniem potrząsali głowami.
Rufus został zamordowany podczas polowania, a Gwardia Królowej nie znalazła żadnych wskazówek co do tożsamości zabójcy. Niektórzy mogli uznać, że brak głowy obciążał smoki. Sądziłam, że saarantrasowie obecni na pogrzebie byli tego aż za bardzo świadomi. Pozostało nam dziesięć dni do przybycia Ardmagara i czternaście do rocznicy Traktatu. Jeśli to rzeczywiście smok zabił księcia Rufusa, wybrał bardzo zły moment. Obywatele i tak czuli się niepewnie w obecności rodzaju smoczego.
Ruszyłam południowym przejściem, ale południowy transept został odgrodzony sznurami ze względu na prace remontowe. Sterta drewnianych i metalowych rur zajmowała pół posadzki. Ruszyłam dalej nawą w stronę wielkich wrót. Rozglądałam się przy tym uważnie, by ojciec nie wyskoczył nagle na mnie zza kolumny.
- Dziękuję! - wykrzyknęła starsza dama dworu, kiedy ją mijałam. Uniosła dłonie do serca. - Nigdy nie byłam tak poruszona.
Dygnęłam, mijając ją, lecz jej entuzjazm przyciągnął uwagę pobliskich dworzan.
- Transcendentne! - słyszałam. - Wzniosłe!
Z wdziękiem skłoniłam głowę i próbowałam się uśmiechać, jednocześnie unikając wyciągniętych w moją stronę rąk. Wyślizgnęłam się z tłumu, a zdawało mi się przy tym, że mój uśmiech jest równie wymuszony i pusty, co u saarantrasa.
Założyłam na głowę kaptur płaszcza, mijając grupkę obywateli w tunikach z białego samodziału.
- Pochowałem więcej ludzi, niż mogę zliczyć... Oby wszyscy usiedli przy niebiańskim stole - ogłosił potężny członek gildii z wciśniętym na głowę białym filcowym czepkiem. - Ale aż do dziś nie widziałem niebiańskich schodów.
- Nigdy wcześniej nie słyszałem, by ktoś tak grał. To nie było całkiem kobiece, nie sądzicie?
- Może jest cudzoziemką.
Zaczęli się śmiać.
Założyłam ręce na piersi i przyspieszyłam kroku w stronę wielkich wrót. Ucałowałam kostkę i uniosłam dłoń w stronę Niebios, ponieważ tak się robiło przy wyjściu z katedry, nawet jeśli było się... mną.
Wyszłam na słaby blask popołudnia, a kiedy napełniłam płuca zimnym, czystym powietrzem, poczułam, jak moje napięcie się rozprasza. Zimowe niebo było oślepiająco niebieskie, a wychodzący żałobnicy wyglądali jak liście niesione przez ostry wiatr.
Dopiero wtedy zauważyłam smoka czekającego na mnie na schodach katedry. Na jego twarzy malowało się wyjątkowo udane, jak na niego, naśladownictwo ludzkiego uśmiechu. Nikt poza mną nie uznałby napiętej miny Ormy za dodającą otuchy.
2
Orma jako uczony zwolniony był z obowiązku noszenia dzwoneczka, więc niewielu ludzi orientowało się, że jest smokiem. Miał swoje dziwactwa, rzecz jasna. Nigdy się nie śmiał i niezbyt dobrze pojmował modę, obyczaje i sztukę. Gustował w trudnej matematyce i tkaninach, które nie drapały. Inny saarantras rozpoznałby go po zapachu, ale niewielu ludzi miało wystarczająco dobry węch, by wyczuć saar, i wiedzę, by rozpoznać, co czują. Dla reszty Goreddu był mężczyzną - wysokim, chudym, brodatym i w okularach.
Broda była fałszywa - raz ją oderwałam, kiedy byłam dzieckiem. Saarantrasowie płci męskiej nie mogli sprawić, by wyrosła im broda. To była specyficzna cecha ich przeobrażenia, podobnie jak srebrna krew. Orma nie potrzebował zarostu, by udawać człowieka - sądzę, że po prostu mu się podobał.
Zamachał w moją stronę kapeluszem, jakby istniała szansa, że go przegapię.
- Wciąż za szybko wygrywasz glissanda, ale wydaje się, że w końcu opanowałaś frullato - powiedział, przechodząc od razu do rzeczy bez najmniejszego powitania. Smoki nie widzą w nim sensu.
- Ciebie też miło widzieć - powiedziałam i od razu pożałowałam sarkazmu, choć on i tak go nie zauważył. - Cieszę się, że ci się podobało.
Zmrużył oczy i przechylił głowę na bok, jak zawsze, kiedy wiedział, że przegapił jakiś kluczowy szczegół, ale nie umiał się domyślić, o co dokładnie chodzi.
- Sądzisz, że najpierw powinienem się przywitać - zaryzykował.
Westchnęłam.
- Chyba jestem zbyt zmęczona, żeby przejmować się, że nie osiągnęłam technicznej doskonałości.
- I tego właśnie nigdy nie pojmę - powiedział, machając w moją stronę filcowym kapeluszem. Wydawało się, że zapomniał, iż służy on do noszenia na głowie. - Gdybyś zagrała doskonale... jak mógłby saar... nie wywarłabyś takiego wpływu na swoich słuchaczy. Ludzie płakali, i to nie dlatego, że czasami nucisz, kiedy grasz.
- Żartujesz sobie - powiedziałam upokorzona.
- Tworzyło to ciekawy efekt. Przez większość czasu było harmonijne, same kwarty i kwinty, ale od czasu do czasu pojawiała się dysharmonijna septa. Dlaczego?
- Nie wiedziałam, że to robię!
Orma nagle spuścił wzrok. Mała ulicznica, nosząca białą tunikę w duchu żałoby - nawet jeśli nie była ona szczera - natarczywie szarpała za połę krótkiego płaszcza Ormy.
- Przyciągam małe dzieci - mruknął, mnąc kapelusz w dłoniach. - Odpędź ją, dobrze?
- Panie? - odezwała się dziewczynka. - To dla pana.
Wsunęła swoją małą łapkę w jego dłoń.
Zauważyłam błysk złota. Co to za szaleństwo - żebraczka dająca Ormie monetę?
Orma wpatrywał się w przedmiot w dłoni.
- Czy towarzyszyła temu jakaś wiadomość?
Zająknął się, mówiąc te słowa, a mnie przeszedł dreszcz. To były uczucia, jasne jak słońce. Nigdy wcześniej nie słyszałam czegoś takiego.
- "Znak jest wiadomością" - wyrecytowała dziewczynka.
Orma uniósł głowę i rozejrzał się, przesuwając wzrokiem od wrót katedry, przez schody, ponad pełnym ludzi placem, po Moście Katedralnym, wzdłuż rzeki i z powrotem. Ja również popatrzyłam odruchowo, choć nie miałam pojęcia, czego szukamy. Zachodzące słońce płonęło nad dachami, na moście zebrał się tłum, jaskrawy Zegar Comonota na placu wskazywał dziesięć dni, zaś pozbawione liści drzewa nad rzeką kołysały się na wietrze. Niczego poza tym nie widziałam.
Spojrzałam z powrotem na Ormę, który teraz wpatrywał się w ziemię, jakby coś upuścił. Założyłam, że zgubił monetę, ale nie.
- Gdzie ona poszła? - spytał.
Dziewczynka zniknęła.
- Co ci dała? - spytałam.
Nie odpowiedział. Starannie wsunął przedmiot za swój wełniany żałobny kaftan, przez chwilę odsłaniając jedwabną koszulę.
- Dobrze - powiedziałam. - Nie mów mi.
Wydawał się zdezorientowany.
- Nie mam zamiaru ci powiedzieć.
Odetchnęłam powoli, próbując się na niego nie złościć. W tej właśnie chwili na Katedralnym Moście zrobiło się zamieszanie. Spojrzałam w stronę źródła krzyków i zrobiło mi się słabo - sześciu zbirów w kapeluszach z czarnymi piórami - Synowie Świętego Ogda - otoczyło półokręgiem jakiegoś biedaka, przyciskając go do barierki mostu. Ludzie ze wszystkich stron kierowali się w stronę hałasu.
- Wejdźmy do katedry i zaczekajmy, aż to się rozejdzie - powiedziałam, o sekundę za późno łapiąc Ormę za rękaw.
Zauważył, co się dzieje, i pospiesznie schodził po schodach w stronę zbiegowiska.
Osobnikiem przyciśniętym do barierki był smok. Widziałam srebrny błysk jego dzwonka jeszcze ze schodów Świętej Gobnait. Orma przepychał się wśród zgromadzonych. Próbowałam trzymać się blisko, ale ktoś mnie popchnął i wytoczyłam się na pustą przestrzeń przed tłumem. Synowie Świętego Ogda unosili pałki nad skulonym saarantrasem. Recytowali "Przekleństwo świętego Ogda przeciwko bestii": "Przeklęte niech będą twoje oczy, robaku! Przeklęte niech będą twoje dłonie, twoje serce, twoje potomstwo aż po kres czasu! Wszyscy Święci cię przeklinają, Oko Niebios cię przeklina, niech każda twoja gadzia myśl zwróci się przeciwko tobie jako przekleństwo!".
Pożałowałam smoka, kiedy zobaczyłam jego twarz. Był świeżakiem, chudym i zaniedbanym, niezgrabnym i o błędnym spojrzeniu. Na jego ziemistym policzku pojawił się guz, napuchnięty i szary.
Tłum wył za moimi plecami, jak wilk gotów pogryźć krwawe ochłapy rzucone przez Synów. Dwaj z synów wyciągnęli noże, a trzeci - długi łańcuch zza skórzanej kamizeli. Machał nim groźnie za plecami, jak ogonem. Metalowe ogniwa brzęczały o bruk mostu.
Orma pojawił się w polu widzenia saarantrasa i gestem wskazał na kolczyki, by pokazać towarzyszowi, co powinien robić. Świeżak nie poruszył się. Orma sięgnął do swojego kolczyka i aktywował go.
Smocze kolczyki były cudownymi urządzeniami, zdolnymi widzieć, słyszeć i przemawiać na odległość. Saarantras mógł wezwać przez nie pomoc lub być nadzorowany przez zwierzchników. Orma kiedyś rozebrał swoje kolczyki, by mi je pokazać - były maszynami, lecz większość ludzi uważała je za coś o wiele bardziej diabolicznego.
Jeden z synów, czerwony na twarzy od krzyków, warknął do świeżaka:
- Jeszcze pożałujesz, że wypełzłeś z Quigówna, ty oślizgły quigu!
- Nie jestem quigutlem, tylko saarem - stwierdził świeżak głosem jak skrzypienie zawiasów.
- Czy odgryzłeś głowę księcia Rufusa, robaku? - spytał drugi syn, umięśniony flisak. Chwycił świeżaka za cienkie ramię, jakby chciał je złamać.
Saarantras wił się w swoich źle dopasowanych ubraniach. Synowie cofnęli się, jakby w jednej chwili z jego skóry mogły wyrosnąć skrzydła, rogi i ogon. Tamten odsunął włosy z oczu i znów się odezwał:
- Traktat nie pozwala nam odgryzać ludziom głów, ale nie będę udawał, że zapomniałem już, jak smakują.
Synom wystarczyłby jakikolwiek pretekst, żeby go pobić, ale ten, który im podał, był tak przerażający, że przez chwilę stali jak sparaliżowani.
Wtedy z dzikim rykiem ożył tłum. Synowie rzucili się na świeżaka, popchnęli go na barierkę. Zauważyłam jeszcze ranę na jego czole i strumień srebrnej krwi płynący po jego twarzy, zanim otoczyli mnie ludzie, zasłaniając mi widok.
Przepychałam się w stronę sztywnych ciemnych włosów i haczykowatego nosa Ormy.
Aby tłum zwrócił się przeciwko niemu, wystarczyłoby pęknięcie wargi i widok jego srebrnej krwi. Wykrzykiwałam jego imię, wywrzaskiwałam je, ale on nie słyszał mnie ponad zgiełkiem.
Od strony katedry rozległy się okrzyki, na placu zabrzmiał tętent kopyt. W końcu z wyciem dud pojawiła się Gwardia. Synowie Świętego Ogda wyrzucili kapelusze i zniknęli w tłumie. Dwaj skoczyli przez barierkę, ale usłyszałam tylko jeden chlupot.
Orma kucał obok skulonego świeżaka. Pobiegłam w jego stronę, przebijając się między uciekającymi mieszkańcami miasta. Nie odważyłam się go objąć, ale poczułam tak wielką ulgę, że uklękłam i wzięłam go za rękę.
- Dzięki niech będą Wszystkim Świętym!
Orma strząsnął mnie.
- Pomóż mi go podnieść, Serafino.
Stanęłam z drugiej strony i wzięłam świeżaka za ramię. Gapił się na mnie tępo, opuścił głowę na mój bark, brudząc mój płaszcz swoją krwią. Stłumiłam obrzydzenie. Podnieśliśmy rannego saara i pomogliśmy mu stanąć prosto. Odrzucił naszą pomoc i stanął sam, kołysząc się na ostrym wietrze.
Podszedł do nas kapitan Gwardii, książę Lucian Kiggs. Ludzie rozstępowali się przed nią jak fale przed świętą Fionnualą. Wciąż był w stroju żałobnym, krótkim białym houppelande z długimi lejkowatymi rękawami, ale smutek na jego twarzy zastąpiła wyjątkowa irytacja.
Pociągnęłam Ormę za rękaw.
- Chodźmy.
- Nie mogę. Ambasada będzie się kierować moim kolczykiem. Muszę trzymać się blisko świeżaka.
Widywałam księcia w zatłoczonych salach dworu, ale nie był obecny, kiedy Viridius przedstawiał mnie królowej. Miał opinię przenikliwego i upartego śledczego - pracował przez cały czas i nie był tak towarzyski jak jego wuj. Urodą również nie dorównywał księciu Rufusowi - niestety nie zapuścił brody - ale widząc go z bliska, zrozumiałam, że nadrabiał to inteligencją.
Odwróciłam wzrok. Na psy Świętych, całe ramię miałam zalane smoczą krwią.
Książę Lucian zignorował mnie i Ormę, zwracając się bezpośrednio do świeżaka. Z zaniepokojeniem zmarszczył czoło.
- Na kamień świętego Mashy, krwawisz!
Świeżak uniósł twarz.
- Wygląda gorzej niż w rzeczywistości, wasza łaskawość. W tych ludzkich głowach jest wiele naczyń krwionośnych, łatwych do przebicia...
- Tak, tak.
Książę skrzywił się na widok rany i gestem wezwał jednego ze swoich ludzi, który podbiegł z kawałkiem materiału i manierką wody. Świeżak otworzył manierkę i zaczął wylewać wodę na głowę. Spływała strugami po jego czaszce, zalewając kaftan.
Święci w Niebiosach! Zaraz zamarznie, a najwspanialsi przedstawiciele Goreddu stali obok i mieli mu zamiar na to pozwolić. Wyrwałam szmatkę i manierkę z jego rąk, namoczyłam tkaninę i pokazałam mu, jak ma nią ocierać twarz. Odebrał mi materiał i cofnął się nieco. Książę Lucian podziękował mi serdecznym skinieniem głowy.
- Wyraźnie widać, że jesteś tu nowy, saar - powiedział książę. - Jak się nazywasz?
- Basind.
Brzmiało to bardziej jak beknięcie niż imię. W ciemnych oczach księcia zauważyłam nieuniknioną litość i obrzydzenie.
- Jak to się wszystko zaczęło? - spytał.
- Nie wiem - odparł Basind. - Wracałem do domu z targu rybnego...
- Ktoś tak nowy jak ty nie powinien spacerować samotnie - warknął książę. - Z pewnością ambasada wyraźnie cię o tym poinformowała?
W końcu przyjrzałam się ubraniom Basinda - kaftan, pludry i charakterystyczne insygnia. Rzeczywiście przybył z ambasady, nie z Quigowa. A to znaczyło, że jego "domem" był zamek Orison, a on sam...
- Poszedłeś w złą stronę. Zgubiłeś się? - dopytywał się książę Lucian, który również się tego domyślił. Basind wzruszył ramionami. Książę odezwał się łagodniej: - Śledzili cię?
- Nie wiem. Rozmyślałem nad sposobami przyrządzenia gładzicy. - Zamachał przed twarzą księcia przemoczonym pakunkiem. - Otoczyli mnie.
Książę Lucian uchylił się przed paczuszką, nie przerywając przesłuchania.
- Ilu ich było?
- Dwieście dziewiętnaścioro, choć niektórych mogłem nie widzieć.
Księciu opadła szczęka. Najwyraźniej nie był przyzwyczajony do przesłuchiwania smoków. Postanowiłam mu pomóc.
- Ilu z czarnymi piórami w kapeluszach, saar Basind?
- Sześciu - odparł, mrugając jak ktoś nieprzyzwyczajony do zaledwie dwóch powiek.
- Czy udało ci się im przyjrzeć, Serafino? - spytał książę, któremu najwyraźniej ulżyło, że się wtrąciłam.
Tępo pokiwałam głową. Poczułam niejakie przerażenie, kiedy książę wypowiedział moje imię. W pałacu byłam nikim - skąd mógł je znać?
Wciąż zwracał się do mnie:
- Każę swoim chłopakom przyprowadzić tych, których udało im się złapać. Ty, świeżak i twój przyjaciel - wskazał na Ormę - powinniście się im przypatrzeć i sprawdzić, czy uda się wam opisać tych, których nie zdołamy schwytać.
Książę wezwał swoich ludzi, by przyprowadzili bliżej więźniów, po czym pochylił się i odpowiedział na pytanie, którego nie zadałam.
- Kuzynka Glisselda cały czas o tobie mówi. Była już gotowa zrezygnować z muzyki. Dobrze, że się pojawiłaś.
- Viridius był wobec niej zbyt surowy - wymamrotałam z zawstydzeniem.
Spojrzał na Ormę, który odwrócił się i wyglądał saarantrasów z ambasady.
- Jak się nazywa twój wysoki przyjaciel? Jest smokiem, prawda?
Ten książę był aż zbyt bystry.
- Dlaczego tak sądzicie?
- Takie przeczucie. Nie mylę się, prawda?
Mimo zimna zaczęłam się pocić.
- Nazywa się Orma. Jest moim nauczycielem.
Lucian Kiggs spojrzał mi w twarz.
- Rozumiem. Chcę zobaczyć jego dokumenty zwalniające. Dopiero odziedziczyłem to stanowisko, nie znam naszych wszystkich Ukrytych Uczonych, jak nazywał ich wuj Rufus. - W jego ciemnych oczach pojawiła się zaduma, jednak zaraz się z niej otrząsnął. - Jak przypuszczam, Orma wezwał ambasadę?
- Tak.
- Ech. W takim razie lepiej skończmy z tym, zanim będę musiał przejść do pozycji obronnej.
Jeden z jego ludzi przyprowadził więźniów - złapali tylko dwóch. Sądziłam, że ci, którzy wskoczyli do rzeki, byliby łatwi do rozpoznania, kiedy wyjdą z niej mokrzy i drżący, ale może Gwardia nie wiedziała...
- Dwóch przeskoczyło przez barierkę mostu, ale słyszałam tylko jedno chlupnięcie... - zaczęłam mówić.
Książę Lucian natychmiast mnie zrozumiał. Czterema szybkimi gestami skierował swoich żołnierzy na obie strony mostu. Po milczącym odliczeniu do trzech wskoczyli pod most i rzeczywiście, jeden z synów nadal tam był, trzymał się krokwi. Wypłoszyli go jak kuropatwę, ale w przeciwieństwie do kuropatwy on nie mógł przelecieć nawet kawałka. Skoczył do rzeki, a zaraz za nim podążyło dwóch gwardzistów.
Książę spojrzał na mnie z uznaniem.
- Jesteś spostrzegawcza.
- Czasami - odparłam, nie patrząc mu w oczy.
- Kapitanie Kiggs.
Z tyłu dobiegł nas niski kobiecy głos.
- Zaczyna się... - mruknął, omijając mnie.
Odwróciwszy się, zobaczyłam, jak z końskiego grzbietu zeskakuje saarantraska o krótkich czarnych włosach. Jeździła jak mężczyzna, a miała na sobie porfiriańskie spodnie, rozcięty kaftan z Ziziby i srebrny dzwonek wielkości jabłka przypięty ostentacyjnie do klamry płaszcza. Trzej saarantrasowie za nią nie zsiedli z koni, lecz trzymali swoje wierzchowce w gotowości. Ich dzwoneczki wygrywały na wietrze niepokojąco wesołą melodyjkę.
- Podsekretarz Eskar.
Książę podszedł do niej z wyciągniętą ręką. Nie zniżyła się do jej uściśnięcia, lecz zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę Basinda.
- Raportuj - powiedziała.
Basind zasalutował zgodnie z manierą saarów, dłonią uniesioną do nieba.
- Wszystko w ard. Straż ruszyła na pomoc z umiarkowanym pośpiechem, pani podsekretarz. Kapitan Kiggs przybył prosto znad grobu wuja.
- Katedra jest dwie minuty marszu stąd - powiedziała Eskar. - Różnica czasu między twoim sygnałem a drugim wynosi prawie trzynaście minut. Gdyby w tamtym momencie była tu straż, drugi nie byłby wcale konieczny.
Książę Lucian wyprostował się powoli, na jego twarzy malował się wymuszony spokój.
- Czyli to była swego rodzaju próba?
- Tak - odpowiedziała beznamiętnie smoczyca. - Uważamy wasze środki bezpieczeństwa za niewystarczające, kapitanie Kiggs. To trzeci atak w ciągu trzech tygodni i drugi, w którym saar został ranny.
- Atak, który sami zaplanowaliście, nie powinien się liczyć. Wiecie, że to nie jest typowe. Ludzie są zdenerwowani. Generał Comonot przybędzie za dziesięć dni...
- I dlatego właśnie musicie bardziej się postarać - powiedziała chłodno.
- ...a książę Rufus został zamordowany w sposób podejrzanie kojarzący się z metodami smoków...
- Nie ma żadnych dowodów, że zrobił to smok - sprzeciwiła się.
- Jego głowa zniknęła! - Książę wskazał gwałtownie na swoją głowę, a jego zaciśnięte zęby i szarpane wiatrem włosy dodały temu gestowi szalonej dzikości.
Eskar uniosła brew.
- Żaden człowiek nie mógłby czegoś takiego dokonać?
Książę Lucian odwrócił się od niej i zaczął chodzić w kółko, pocierając twarz dłonią. Nie warto złościć się na saarantrasów - im bardziej gorący ludzki temperament, tym zimniejsze się stają. Eskar pozostała irytująco neutralna.
Zapanowawszy nad sobą, książę znów się odezwał.
- Eskar, proszę, zrozum. To przeraziło ludzi. Pozostało wiele głęboko zakorzenionej nieufności. Synowie Świętego Ogda to wykorzystują, sięgają do ludzkich strachów...
- Czterdzieści lat - przerwała mu Eskar. - Mieliśmy czterdzieści lat pokoju. Nie było cię na świecie, kiedy podpisano Traktat Comonota. Twoja własna matka...
- Oby spoczywała przy niebiańskim ognisku - wymamrotałam, jakby moim zadaniem było rekompensowanie smoczego braku manier. Książę posłał mi pełne wdzięczności spojrzenie.
- ...była jedynie plamką w łonie królowej Lavondy - kontynuowała spokojnie Eskar, jakbym ja wcale się nie odezwała. - Jedynie wasi starsi pamiętają wojnę, ale to nie oni przystępują do Synów Świętego Ogda czy wywołują zamieszki na ulicach. Jak może istnieć zakorzeniona nieufność w ludziach, którzy nie przeżyli pożarów wojny? Mój ojciec padł ofiarą waszych rycerzy i ich podstępnej drakomachii. Wszyscy saarantrasowie pamiętają te dni, wszyscy utraciliśmy wtedy członków rodziny. Wszyscy o tym zapomnieliśmy, jak było konieczne, w imię pokoju. Nie żywimy urazy.
- Czy ludzie przekazują uczucia przez krew, z matki na dziecko, jak my, smoki, wspomnienia? Czy dziedziczycie swoje strachy? Nie rozumiem, jakim sposobem to uczucie przetrwało w populacji... albo dlaczego go nie zmiażdżycie - mówiła dalej Eskar.
- Wolimy nie miażdżyć nikogo z naszych. Możesz to nazwać jedną z naszych irracjonalnych cech - odparł książę z ponurym uśmiechem. - Może w przeciwieństwie do was nie potrafimy rozumem zwyciężyć uczuć, może potrzeba kilku pokoleń, by nasze obawy zniknęły. Lecz przecież to nie ja oceniam cały gatunek po działaniach jednostek.
Eskar była nieporuszona.
- Ardmagar Comonot otrzyma mój raport. Zobaczymy, czy odwoła swoją zaplanowaną wizytę.
Książę Lucian wciągnął na twarz uśmiech jak białą flagę.
- Oszczędziłoby mi wielu trudności, gdyby zdecydował się pozostać w domu. Jakże to miło z twojej strony, że wzięłaś pod uwagę moje dobre samopoczucie.
Eskar przechyliła głowę, po czym otrząsnęła się z konsternacji. Kazała swoim towarzyszom zabrać Basinda, który tymczasem przeniósł się na drugi koniec mostu i ocierał się o niego jak kot.
Tępe pulsowanie za oczami zmieniło się w nieustające walenie, jakby ktoś domagał się wypuszczenia. Kiepska sprawa, moje bóle głowy nigdy nie były jedynie bólem głowy. Nie chciałam odejść, nie dowiadując się, co ulicznica dała Ormie, jednak Eskar odprowadziła go na bok i teraz rozmawiali ze sobą cicho.
- Musi być doskonałym nauczycielem - powiedział książę Lucian. Jego głos rozległ się tak blisko i tak nagle, że poczułam się zaskoczona.
W milczeniu dygnęłam. Nie mogłam z nikim rozmawiać o Ormie, a już szczególnie z kapitanem Gwardii Królowej.
- Musiał nim być - powtórzył. - Byliśmy zadziwieni, kiedy Viridius wziął sobie do pomocy kobietę. Nie, żeby kobieta nie była zdolna do wykonywania tej pracy, ale Viridius jest staromodny. Musiałaś mieć w sobie coś oszałamiającego, żeby zwrócić jego uwagę.
Tym razem złożyłam głęboki ukłon, ale on nie przestawał mówić.
- Twoja solówka była naprawdę poruszająca. Z pewnością wszyscy ci to mówili, ale każda osoba w katedrze miała łzy w oczach.
Oczywiście. Wydawało się, że nigdy już nie będę wygodnie anonimowa. Takie są skutki lekceważenia rad ojca.
- Dziękuję - powiedziałam. - Proszę o wybaczenie, wasza wysokość. Muszę porozmawiać z nauczycielem o, no, frullato...
Odwróciłam się do niego plecami. To był szczyt nieuprzejmości. Przez chwilę stał za mną, po czym odszedł. Obejrzałam się za siebie. Ostatnie promienie zachodzącego słońca nadawały jego żałobnym szatom złocisty odcień. Zabrał konia jednemu ze swoich sierżantów, wskoczył na siodło z niemal baletowym wdziękiem i kazał oddziałowi ustawić się w szyku.
Pozwoliłam sobie na jedno ukłucie smutku z powodu jego nieuniknionej pogardy, po czym odepchnęłam to uczucie na bok i ruszyłam w stronę Ormy i Eskar.
Kiedy do nich dotarłam, Orma wyciągnął rękę, ale mnie nie dotknął.
- Przedstawiam Serafinę - powiedział.
Podsekretarz Eskar popatrzyła na mnie z góry, jakby zaznaczała na liście ludzkie cechy. Dwie ręce - stwierdzono. Dwie nogi - nie potwierdzono, ze względu na długie houppelande. Dwoje oczu w kolorze bydlęcego brązu - stwierdzono. Włosy koloru mocnej herbaty, wymykające się z warkocza - stwierdzono. Piersi - nie rzucają się w oczy. Wysoka, ale w normalnych granicach. Wściekła lub zawstydzona czerwień na policzkach - stwierdzono.
- Hm - powiedziała. - To nie jest nawet tak brzydkie, jak mi się zawsze wydawało.
Orma, dzięki niech będą za jego skurczone smocze serce, poprawił ją.
- Ona.
- Czy to nie jest bezpłodne, jak muł?
Poczułam takie gorąco na twarzy, że bałam się, iż moje włosy zaraz się zapalą.
- Ona - powtórzył stanowczo Orma, jakby sam na początku nie popełniał tego błędu. - Wszyscy ludzie stosują wobec siebie męskie lub żeńskie zaimki osobowe, niezależnie od zdolności do rozmnażania.
- Inaczej się obrażamy - powiedziałam ze słabym uśmiechem.
Eskar gwałtownie straciła zainteresowanie i odwróciła wzrok. Jej podwładni wracali z drugiego końca mostu, prowadząc Basinda usadzonego na nerwowym koniu. Podsekretarz Eskar wsiadła na swojego gniadosza, obróciła go i ruszyła przed siebie, nie zaszczycając mnie i Ormy nawet spojrzeniem. Jej orszak podążył za nią.
Kiedy mnie mijali, Basind przez dłuższą chwilę wpatrywał się we mnie niepewnym wzrokiem. Poczułam nagłą odrazę. Orma, Eskar i pozostali nauczyli się udawać, ale to było dobitne przypomnienie tego, co kryło się w głębi. To nie było ludzkie spojrzenie.
Odwróciłam się do Ormy, który z namysłem wpatrywał się w przestrzeń.
- To było do głębi upokarzające - powiedziałam.
Wydawał się zaskoczony.
- Naprawdę?
- Co sobie myślałeś, kiedy jej o mnie powiedziałeś? - spytałam. - Może wyszłam już spod opieki ojca, ale stare zasady nadal obowiązują. Nie możemy tak po prostu mówić wszystkim...
- Ach - powiedział, unosząc smukłą dłoń, by odrzucić moje argumenty. - Nie powiedziałem jej. Eskar zawsze wiedziała. Kiedyś była jedną z Cenzorów.
Poczułam ściskanie w żołądku.
- Cudownie. Co tym razem zrobiłeś, że zwróciłeś na siebie ich zainteresowanie?
- Nic - odpowiedział szybko. - Tak czy inaczej, ona już nie jest Cenzorem.
- Pomyślałam, że może mają do ciebie pretensje o okazywanie mi zbytniej sympatii - stwierdziłam, po czym dodałam złośliwie: - Choć można by pomyśleć, że sama bym coś takiego zauważyła.
- Traktuję cię ze stosownym zainteresowaniem, w akceptowalnych granicach.
Niestety wydawało się to przesadzonym stwierdzeniem.
Trzeba mu przyznać, że wiedział, iż ta kwestia mnie denerwuje. Nie każdy saar by się przejął. Wił się, jak zwykle niepewny, co zrobić z tą informacją.
- Przyjdziesz na lekcję w tym tygodniu? - powiedział, kierując rozmowę na znajome sprawy. Nic bliższego pocieszeniu nie udało mu się wymyślić.
Westchnęłam.
- Oczywiście. A ty powiesz mi, co dało ci to dziecko.
- Wydajesz się sądzić, że jest tu coś do powiedzenia - stwierdził, ale jego dłoń odruchowo uniosła się do miejsca, w którym ukrył kawałek złota.
Poczułam ukłucie niepokoju, ale wiedziałam, że nie ma sensu go zamęczać. Powie mi, kiedy sam podejmie taką decyzję.
Nie pożegnał się ze mną, co było dla niego typowe. Odwrócił się bez słowa i ruszył w stronę katedry. Jej fasada płonęła czerwienią w blasku zachodzącego słońca, a oddalająca się sylwetka Ormy była czarną plamą na jej tle. Patrzyłam, aż zniknął za krańcem północnego transeptu, a później wpatrywałam się w miejsce, w którym zniknął.
Prawie już nie zauważałam samotności, to był mój normalny stan, z konieczności, jeśli nie z wrodzonych inklinacji. Jednak po dzisiejszych nerwach ciążyła mi bardziej niż zwykle. Orma wiedział o mnie wszystko, ale był smokiem. W dobre dni wystarczał mi jako przyjaciel. W złe dni zderzenie się z jego niedoskonałościami przypominało potknięcie się na schodach. Bolało, ale wydawało się, że to moja wina.
Jednak poza nim nikogo nie miałam.
Jedynymi dźwiękami, jakie słyszałam, był szum rzeki poniżej, wiatr pośród nagich gałęzi drzew i ciche fragmenty piosenki, niesione od strony tawern przy szkole muzycznej. Założyłam ręce na piersiach, słuchałam i patrzyłam, jak na niebie pojawiają się gwiazdy. Otarłam oczy rękawem - z pewnością zaczęły łzawić od wiatru - i ruszyłam do domu, myśląc o Ormie, o wszystkim, co moim zdaniem musiało zostać niewypowiedziane i o każdym długu wobec niego, którego nigdy nie mogłam spłacić.
3
Orma uratował mi życie trzy razy.
Kiedy miałam osiem lat, Orma znalazł mi smoczą nauczycielkę, młodą smoczycę imieniem Zeyd. Ojciec stanowczo się temu sprzeciwiał. Gardził smokami, choć był ekspertem Korony do spraw Traktatu i nawet bronił saarantrasów w sądzie.
Zdumiewały mnie osobliwości Zeyd - jej kanciasta sylwetka, nieustanny brzęk dzwoneczka, zdolność rozwiązywania skomplikowanych równań w głowie. Ze wszystkich moich nauczycieli - a był ich legion - była moją ulubienicą, aż do chwili, gdy próbowała zrzucić mnie z dzwonnicy katedry.
Ściągnęła mnie tam pod pretekstem przeprowadzenia lekcji fizyki, po czym błyskawicznie chwyciła mnie i wystawiła na odległość wyciągniętej ręki za balustradę. Wiatr wył w moich uszach. Odprowadziłam wzrokiem spadający bucik, odbijający się od guzowatych łbów gargulców, aż uderzył o bruk placu przed katedrą.
- Dlaczego przedmioty spadają w dół? Wiesz? - spytała Zeyd głosem tak miłym, jakby prowadziła tę lekcję w pokoju dziecinnym.
Byłam zbyt przerażona, by odpowiedzieć. Straciłam drugi bucik i z trudem utrzymywałam w żołądku śniadanie.
- Istnieją niewidzialne siły, które działają na nas wszystkich, przez cały czas, i robią to w przewidywalny sposób. Gdybym zrzuciła cię z tej wieży... - tu mną potrząsnęła i miasto zakręciło się jak wir gotów mnie połknąć - twoje ciało spadałoby z przyspieszeniem trzydziestu dwóch stóp na sekundę kwadratową. Podobnie mój kapelusz, a wcześniej twoje buty. Wszystkich nas zagłada przyciąga w takim sam sposób i z taką samą siłą.
Miała na myśli grawitację - smoki nie są mistrzami metafory - ale jej słowa trąciły we mnie osobistą strunę. Niewidzialne siły w moim życiu w nieunikniony sposób doprowadzą do upadku. Wiedziałam to od samego początku. Nie było ucieczki.
Orma pojawił się, jakby znikąd, i udało mu się dokonać niemożliwego, uratować mnie w taki sposób, by wydawało się, że mnie nie ratował. Dopiero wiele lat później zrozumiałam, że to była pułapka zastawiona przez Cenzorów, a mająca na celu ocenę emocjonalnej stabilności Ormy i jego przywiązania do mnie. Po tym doświadczeniu pozostał mi ogromny, niepokonany lęk wysokości, ale, co dziwne, nie strach przed smokami.
Fakt, że to smok mnie uratował, nie odegrał najmniejszej roli w tym ostatnim. Nikt nigdy nie raczył mi wspomnieć, że Orma jest smokiem.
* * *
Kiedy miałam jedenaście lat, w moich kontaktach z ojcem nastąpił kryzys. Znalazłam flet matki ukryty w pokoju na piętrze. Ojciec nie pozwalał, by nauczyciele uczyli mnie muzyki, ale nie powiedział otwarcie, że nie wolno mi uczyć się samej. Byłam w połowie prawnikiem, zawsze zauważałam luki. Grałam w tajemnicy, kiedy ojciec był w pracy, a macocha w kościele, pracując nad niewielkim repertuarem przyzwoicie wykonywanych piosenek ludowych. Kiedy ojciec urządził przyjęcie z okazji Wigilii Traktatu, ukryłam flet w pobliżu kominka, planując zaimprowizowany występ przed wszystkimi gośćmi.
Ojciec znalazł flet wcześniej, domyślił się, jakie miałam zamiary, i zaprowadził mnie do pokoju.
- Co ty wyprawiasz? - wykrzyknął. Nigdy nie widziałam, by miał takie oszalałe spojrzenie.
- Chcę cię zawstydzić, żebyś pozwolił mi brać lekcje - powiedziałam spokojnie, choć wcale tak się nie czułam. - Kiedy wszyscy usłyszą, jak dobrze gram, uznają cię za głupca, że nie pozwalasz...
Przerwał mi gwałtownym gestem, uniósł flet, jakby zamierzał mnie nim uderzyć. Skuliłam się, ale nie poczułam ciosu. Kiedy odważyłam się znów podnieść wzrok, ojciec mocno przycisnął instrument do kolana.
Flet złamał się z paskudnym trzaskiem, jak kość albo jak moje serce.
Aż zadzwoniło mi w uszach. Opadłam na kolana.
Ojciec opuścił połamany flet na podłogę i cofnął się o krok. Minę miał tak zbolałą, jakby flet był częścią jego osoby.
- Nigdy tego nie rozumiałaś, Serafino - powiedział. - Zneutralizowałem wszystkie ślady twojej matki, nadałem jej inne imię, inne otoczenie, inną przeszłość... inne życie. Mogą nas skrzywdzić tylko dwie rzeczy, które po niej pozostały. Jej nieznośny brat, ale tego nie zrobi, mam na niego oko... i jej muzyka.
- Miała brata? - spytałam. Nie odpowiedział. - Jak jej muzyka może nas skrzywdzić? I jak się nazywała, jeśli nie Amaline Ducanahan?
Mówiłam poprzez łzy. Tak niewiele zostało mi po matce, a on to wszystko odbierał.
Potrząsnął głową.
- Próbuję nam obojgu zapewnić bezpieczeństwo.
Zamykając za sobą drzwi, przekręcił klucz. To nie było konieczne, nie miałam siły wracać na przyjęcie z okazji Wigilii Traktatu. Było mi niedobrze. Opuściłam czoło na podłogę i zapłakałam.
Zasnęłam na ziemi, z palcami zaciśniętymi na pozostałościach fletu. Pierwszą moją myślą po przebudzeniu była refleksja, że powinnam zamieść pod łóżkiem. Drugą, że w domu jest dziwnie cicho, biorąc pod uwagę, jak wysoko znajdowało się słońce. Obmyłam twarz w miednicy, a zimna woda mnie obudziła. Oczywiście, że wszyscy spali - poprzedniego wieczora była Wigilia Traktatu i bawili się aż do rana.
To oznaczało, że nie mogłam wyjść z pokoju do czasu, aż ktoś się obudzi i mnie wypuści.
Mój niemy smutek miał całą noc, by przerodzić się w gniew, a to sprawiło, że stałam się lekkomyślna, przynajmniej jak na mnie. Ubrałam się najcieplej, jak mogłam, przywiązałam sakiewkę do przedramienia, otworzyłam okno i wyszłam przez nie.
Szłam, gdzie mnie nogi prowadziły, uliczkami, mostami i oblodzonymi nabrzeżami. Ku swemu zaskoczeniu na mieście widziałam ludzi, ruch uliczny, otwarte sklepy. Obok mnie prześlizgiwały się z brzękiem dzwonków sanie załadowane drewnem lub sianem. Służący dźwigali dzbany i koszyki ze sklepów, nie zwracając uwagi na błoto na drewniakach. Młode mężatki ostrożnie omijały kałuże. Przechodnie mogli wybierać między pasztecikami a pieczonymi kasztanami, handlarz grzanym winem obiecywał z kolei ciepło w kubku.
Dotarłam do placu świętej Looli, gdzie po obu stronach pustej drogi zebrał się ogromny tłum. Ludzie rozmawiali i przyglądali się z oczekiwaniem, skuleni razem dla ochrony przed zimnem.
Stojący obok mnie stary mężczyzna mruknął do sąsiada:
- Nie mogę uwierzyć, że królowa na to pozwala. Po wszystkich naszych poświęceniach i walce!
- A mnie dziwi, że ciebie jeszcze coś dziwi - odparł jego młodszy towarzysz, uśmiechając się ponuro.
- Na świętego Mashę, jeszcze pożałuje tego Traktatu, Maurizio!
- Trzydzieści pięć lat i jeszcze go nie pożałowała.
- Królowa jest szalona, jeśli sądzi, że smoki mogą zapanować nad żądzą krwi!
- Przepraszam? - pisnęłam, pełna strachu przed obcymi. Maurizio spojrzał na mnie z góry, unosząc lekko brwi. - Czy czekamy na smoki?
Uśmiechnął się. Był przystojny, nawet jeśli zarośnięty i niemyty.
- A tak, panieneczko. To procesja pięcioletnia. - Kiedy spojrzałam na niego z niepewnością, wyjaśnił: - Co pięć lat nasza szlachetna królowa...
- Nasza obłąkana despotka! - wykrzyknął starszy mężczyzna.
- Spokojnie, Karalu. Nasza łaskawa królowa, jak już mówiłem, pozwala, by przybrali naturalną postać wewnątrz miejskich murów i pomaszerowali w procesji dla uczczenia Traktatu. Wydaje się sądzić, że to złagodzi nasze obawy, jeśli regularnie będziemy widywać ich w całej siarkowej potworności. Choć mnie wydaje się, że jest raczej odwrotnie.
Jeśli tak, to pół Lavondaville zebrało się na placu dla przyjemnego dreszczyku przerażenia. Jedynie starcy pamiętali czasy, kiedy smoki widywano powszechnie, kiedy cień na tle słońca wystarczył, by wywołać panikę. Wszyscy znaliśmy te opowieści o spalonych doszczętnie wioskach, o tym, jak człowiek zmieniał się w kamień, jeśli odważył się spojrzeć smokowi w oczy, o odwadze rycerzy w obliczu tak przerażającego przeciwnika.
Rycerze zostali zapomniani wiele lat po wejściu w życie Traktatu. Z braku smoków zajęli się antagonizowaniem sąsiadów Goreddu, Ninysu i Samsamu. Trzy kraje przed dwie dekady prowadziły graniczne wojenki, aż nasza królowa położyła temu kres. Wszystkie zakony rycerskie z Krain Południa zostały rozwiązane - nawet te z Ninysu i Samsamu - lecz plotka głosiła, że starzy wojownicy żyli w tajemnych enklawach w górach albo daleko na prowincji.
Odkryłam, że spoglądam z ukosa na starszego mężczyznę, Karala. Tyle mówił o poświęceniach, że zastanawiałam się, czy kiedykolwiek walczył ze smokami. Wydawał się w odpowiednim wieku.
Tłum otworzył szeroko usta. Rogata bestia wychodziła właśnie zza rogu ulicy pełnej sklepów, jej wygięty grzbiet wznosił się na wysokość pierwszego piętra, a skrzydła były skromnie złożone, by nie zaczepić o pobliskie kominy. Jego elegancka szyja opadała w dół jak u posłusznego psa, taka postawa miała robić wrażenie niegroźnej.
Ja przynajmniej, widząc opuszczone kolce na głowie, uznałam go za nieszkodliwego. Inni ludzie najwyraźniej nie rozumieli mowy jego ciała, wszędzie wokół mnie przerażeni obywatele tulili się do siebie nawzajem, robili znaki świętego Ogda i mamrotali w dłonie. Jedna z kobiet zaczęła wrzeszczeć histerycznie: "Jego straszliwe zęby!", aż mąż odprowadził ją na bok.
Patrzyłam, jak znikają w tłumie, żałując, że nie mogłam jej pocieszyć, iż widok smoczych zębów jest dobrym znakiem. Smok z zamkniętym pyskiem najprawdopodobniej wzbudzał w sobie płomień. Ta zależność wydawała mi się zupełnie oczywista.
To zmusiło mnie do zastanowienia. Wszędzie wokół obywatele łkali z przerażenia na widok tych zębów. Zdawało się, że to, co dla mnie jasne, dla innych jest całkowicie nieprzejrzyste.
W sumie smoków było dwanaście. Procesję zamykała jadąca saniami księżniczka Dionne z córeczką Glisseldą. Pod białym zimowym niebem smoki wydawały się rdzawe, co było rozczarowującym kolorem dla tak bajkowego gatunku. Wkrótce jednak zorientowałam się, że ich odcienie są bardziej subtelne. Słońce padające pod odpowiednim kątem wzbudzało tęczowy poblask na ich łuskach, migotali bogatymi odcieniami od purpury do złotego.
Karal wyciągnął butelkę ciepłej herbaty, której skąpą porcję nalał Maurizio.
- Musi nam starczyć do wieczora - mruknął, siąkając nosem. - Jeśli mamy świętować Traktat Comonota, można by się spodziewać, że sam Ard-magik raczy się pojawić. On jednak gardzi południem i przybieraniem ludzkiej postaci.
- Słyszałem, że się ciebie boi, sir - powiedział Maurizio głosem pozbawionym emocji. - To chyba całkiem rozsądne.
Później nie byłam pewna, jak to się stało, że zrobiło się niebezpiecznie. Stary rycerz - czułam, że użycie "sir" to potwierdza - zaczął wykrzykiwać obelgi: "Robaki! Gazowe worki! Bestie z piekła rodem!". Kilku otaczających go porządnych obywateli dołączyło do niego. Niektórzy zaczęli rzucać śnieżkami.
Jeden ze smoków bliżej środka przestraszył się. Może tłum zbliżył się za bardzo albo uderzyła go śnieżka. Uniósł głowę i ciało na pełną wysokość, dorównującą dwupiętrowej gospodzie po drugiej stronie placu. Widzowie najbliżej spanikowali i rzucili się do ucieczki.
Nie było gdzie uciekać. Otaczały ich setki na wpół zamarzniętych mieszkańców miasta. Doszło do zderzeń. Zderzenia prowadziły do krzyków. Krzyki sprawiały, że kolejne smoki z niepokojem podnosiły głowy.
Smok na przedzie krzyknął, a był to mrożący krew w żyłach zwierzęcy ryk. Ku swojemu zaskoczeniu zrozumiałam go:
- Opuścić głowy!
Jeden ze smoków rozłożył skrzydła. Tłum kołysał się i kłębił jak wzburzone morze.
Ich przywódca znów krzyknął:
- Fikri, złóż skrzydła! Jeśli zerwiesz się do lotu, pogwałcisz ustęp siódmy, artykuł piąty, a ja zaciągnę twój ogon przed trybunał tak szybko...
Dla tłumu jednak nawoływanie smoka brzmiało jak zwierzęce wrzaski i ich serca wypełniła groza. Ruszyli w stronę bocznych uliczek.
Pociągnęli mnie za sobą. Dostałam łokciem w szczękę, kopnięcie w kolano mnie przewróciło. Ktoś przeszedł po mojej łydce, ktoś inny potknął się o głowę. Zobaczyłam gwiazdy i okrzyki ucichły.
Nagle znów poczułam powietrze i przestrzeń.
I gorący oddech na szyi. Otworzyłam oczy.
Stał nade mną smok, a jego łapy były jak cztery kolumny bezpiecznego schronienia. Prawie znów zemdlałam, ale jego siarkowy oddech przywrócił mi przytomność. Trącił mnie nosem i wskazał boczną uliczkę.
- Odprowadzę cię tam! - krzyknął tak samo przerażającym głosem, co wcześniej drugi smok.
Wstałam i oparłam drżącą rękę o jego nogę, żeby zachować równowagę. Była szorstka i nieruchoma jak drzewo, i niespodziewanie ciepła. Śnieg pod nim zaczynał się topić.
- Dziękuję, saar - powiedziałam.
- Zrozumiałaś, co powiedziałem, czy dostrzegasz moje zamiary i na nie reagujesz?
Znieruchomiałam. Rozumiałam, ale jak? Nigdy nie uczyłam się mootya, niewielu ludzi to robiło. Wydawało mi się, że brak odpowiedzi będzie bezpieczniejszy, więc bez słowa ruszyłam w stronę uliczki. Szedł za mną, a ludzie schodzili nam z drogi.
Uliczka kończyła się ślepo i była pełna beczek, więc tłumy nie przepychały się przez nią gorączkowo. On i tak ustawił się w wejściu. Przybyła Gwardia Królowej, jechała w szyku przez plac, kołysząc piórami i grając na dudach. Większość smoków ustawiła się w kręgu wokół powozu księżniczki Dionne, chroniąc ją przed tłuszczą, teraz zaś przekazali ten obowiązek Gwardii. Resztki tłumu zaczęły wiwatować i powróciła odwaga, jeśli nie porządek.
Dygnęłam w podziękowaniu, oczekując, że smok odejdzie. Opuścił głowę na wysokość mojej twarzy.
- Serafino! - krzyknął.
Gapiłam się na niego, wstrząśnięta, że zna moje imię. On patrzył na mnie, z jego nozdrzy wypływał dym, a oczy były czarne i obce.
A jednak nie tak obce. Wydawały się znajome w sposób, którego nie umiałam nazwać. Wszystko rozmyło się, jakbym patrzyła na niego przez wodę.
- Nic?! - wykrzyknął saar. - Była taka pewna, że uda jej się zostawić ci choć jedno wspomnienie.
Zaczęło mi się robić ciemno przed oczami, krzyk zmienił się w syczenie. Padłam twarzą w śnieg.