Seoulmates - Susan Lee

Kup ebooka

44.99 zł
37.28 zł (37,28 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Han­nah

Nic lepiej nie wyrazi słów "kocham cię" niż pokle­py­wa­nie chło­paka po ple­cach, kiedy jego głowa zwisa nad toa­letą, a on wymio­tuje cie­płym bro­wa­rem.

Żało­śnie jęcząc.

Prze­sta­wiam się na okrężne ruchy i dorzu­cam "no już, już".

Nie jest to wyma­rzona randka, ale nie jest źle, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Do szkoły śred­niej poszłam, nie mając bli­skich zna­jo­mych, a teraz zaczy­nam lato i ostat­nią klasę z ide­al­nym chło­pa­kiem i grupką przy­ja­ciół. To zabawne, jak życie nagle może się zmie­nić, kiedy czło­wiek naj­mniej się tego spo­dziewa.

Prze­by­li­śmy długą drogę, Nate i ja. Znamy się, od kiedy on był dużym, nie­zdar­nym przed­szko­la­kiem, a ja małą pyskulą. Za dzie­ciaka nie cier­pie­li­śmy się. Ale los się wtrąca, kiedy naj­mniej tego ocze­ku­jemy.

Zeszłego lata wpa­dłam na Nate'a na plaży, dzień po prze­pro­wadzce mojej sio­stry do Bostonu. Czu­łam się szcze­gól­nie kiep­sko, a on był zadzi­wia­jąco uro­czy.

- Dla­czego kto­kol­wiek chciałby wyje­chać z San Diego? - zapy­tał mnie. - Naj­gor­sza decy­zja w życiu. Naj­lep­szym spo­so­bem zemsty na kimś, kto odcho­dzi, jest sko­rzy­sta­nie ze wszyst­kiego, co mia­sto ma do zaofe­ro­wa­nia.

A potem poje­cha­li­śmy do Carls­badu i spa­ce­ro­wa­li­śmy po łąkach, co robi­łam po raz pierw­szy. Nie było tan­det­nie, jak się spo­dzie­wa­łam. Było miło.

I wtedy już wie­dzia­łam, że stoi po mojej stro­nie. Ponie­waż naprawdę, dla­czego kto­kol­wiek chciałby zosta­wiać San Diego? On to rozu­mie. Mnie rozu­mie.

Puka­nie do drzwi łazienki wywo­łuje kolejny jęk Nate'a, a w noz­drza wpada mi zapach cze­goś ostrego. Z tru­dem prze­ły­kam ślinę, powstrzy­mu­jąc odruch wymiotny, żeby się nie skom­pro­mi­to­wać.

- Jeste­śmy zajęci - krzy­czę.

Sły­szę docho­dzące z dru­giej strony prych­nię­cia i chi­choty.

- Eee, nie w ten spo­sób zajęci - spie­szę z wyja­śnie­niem.

Ostat­nie, czego potrze­buję, to plotki o jakiejś skan­da­licz­nej histo­rii doty­czą­cej mnie i Nate'a w ubi­ka­cji na impre­zie Jasona Col­linsa na koniec roku. Uwierz mi, zapach uno­szący się w powie­trzu nie spra­wia, że mam ochotę na figo-fago, to pewne.

Roz­lega się kolejne puka­nie do drzwi. Co jest? To jedyna cho­lerna łazienka w tym domu czy co?

- Han­nah? Wszystko w porządku?

Och, dzięki Bogu, poznaję ten głos. Może Shelly mogłaby nam zamó­wić ubera i pomo­gła mi wypro­wa­dzić Nate'a na zewnątrz? Z dru­giej strony jed­nak to naj­więk­sza plot­kara w całej naszej paczce. Sta­ram się jej nic nie mówić, jeśli nie chcę, żeby następ­nego dnia huczała o tym cała szkoła, a jestem prze­ko­nana, że mój chło­pak nie chciałby, żeby wszy­scy wie­dzieli, że alko­hol mu nie służy. Ostat­nie, czego nam trzeba, to żeby Shelly opu­bli­ko­wała to wszę­dzie, pozwa­la­jąc ludziom wypi­sy­wać tek­sty typu: "Nate ma słabą głowę". Bywa, że poja­wiają się bez­li­to­sne komen­ta­rze.

W porządku. Pora­dzę sobie z tym. Sama zajmę się Nate'em. Bez względu na obecną sytu­ację nie mogę powstrzy­mać się od uśmie­chu. Lubię być dziew­czyną, na któ­rej można pole­gać. Lubię być potrzebna.

- Nic nam nie jest, Shelly. Wszystko w porządku. Nic cie­ka­wego. Dzięki - odpo­wia­dam. Mam nadzieję, że gdzie indziej znaj­dzie jakąś dra­ma­tyczną sytu­ację, o któ­rej będzie mogła opo­wie­dzieć.

- Spoko! Będę na dole, gdy­by­ście mnie potrze­bo­wali - mówi.

Z muszli klo­ze­to­wej dociera jęk. Spo­glą­dam na tył głowy Nate'a.

- Och, kocie, dasz sobie radę? Może ci coś przy­nieść? - pytam.

- Han­nah? - prze­kręca lekko głowę, by oprzeć poli­czek o muszlę. Sta­ram się nie myśleć o wszyst­kich zaraz­kach, które teraz z por­ce­la­no­wego tronu prze­no­szą się na jego piękną twarz. Głos ma słaby, a oddech śmier­dzący. Nabie­ram powie­trza i uni­kam oddy­cha­nia przez nos. Biorę z blatu mokrą ście­reczkę i prze­cie­ram mu kark, zafa­scy­no­wana znaj­du­ją­cymi się tam drob­nymi blond wło­skami. Jest spo­cony, więc reszta wło­sów zmie­niła kolor na pia­skowy blond, ale ten meszek na karku jest pra­wie biały.

Z jakie­goś powodu serce mi mięk­nie na ten widok. Cho­ciaż jest dużym, sil­nym face­tem, to ma takie małe dzie­cięce wło­ski. Uro­cze.

- Han­nah? - mówi znowu, z powro­tem przy­cią­ga­jąc moją uwagę.

- Tak, Nate? - nie­chęt­nie pochy­lam się nad nim.

- Ja - bie­rze kolejny wdech, wygląda, jakby nie był do końca pewny, czy znowu nie zwy­mio­tuje.

- Cichutko. Jest OK, Nate. Wiem, kocha­nie, wiem.

- Han­nah, my...

My. Auć.

- No, jeste­śmy ty i ja - odpo­wia­dam.

- Myślę, że powin­ni­śmy ze sobą zerwać - stwier­dza, ponow­nie schy­la­jąc głowę w kie­runku toa­lety.

- Odma­wiam - mówię szybko.

Czas się zatrzy­muje. Całe ciało mi drę­twieje, z wyjąt­kiem żołądka, który kur­czy się i ści­ska. Mam wra­że­nie, że chod­ni­czek łazien­kowy nagle z kudła­tego staje się szorstki i dra­pie mnie w kolana, a w pomiesz­cze­niu jest zde­cy­do­wa­nie za mało miej­sca. W San Diego jest cie­pła noc, a dom - pełen prze­waż­nie pija­nych dzie­cia­ków - nie daje naj­lep­szej cyr­ku­la­cji powie­trza. Na­dal jed­nak nie sądzę, że aż takie poce­nie się jest nor­malne.

Nie pani­kuj, roz­ka­zuję sobie, zamy­ka­jąc oczy, żeby powstrzy­mać nagle roz­wi­ro­wany świat.

Odtwa­rzam w gło­wie jego słowa. Nie cho­dzi­li­śmy ze sobą na tyle długo, żeby mógł zade­cy­do­wać, że zry­wamy. Źle usły­sza­łam.

Powin­ni­śmy się ogar­nąć. Tak, czas ucieka i musimy poważ­nie pod­cho­dzić do życia.

Powin­ni­śmy zro­bić z tego żart. Ha, ha! Kumam! To było dobre, Nate.

Powin­ni­śmy pójść na steka? To zna­czy, uwiel­biam dobrą woło­winę. Wcho­dzę w to.

Wielka łapa owija się wokół mojego nad­garstka, wyry­wa­jąc mnie ze stanu paniki. Ale kiedy patrząc w zaczer­wie­nione oczy Nate'a, zauwa­żam, że kapie mu z nosa, i bar­dzo się sta­ram, żeby nie wga­piać się w podej­rza­nie wyglą­da­jący kawa­łek cze­goś przy­kle­jony do jego policzka, ści­ska mnie w gar­dle.

To nie miłość. To nawet nie złość. To... litość.

- Nate, kocha­nie, nie myślisz logicz­nie. Jesteś pijany i źle się czu­jesz - prze­ma­wiam mu do roz­sądku drżą­cym gło­sem.

- Prze­pra­szam, Han­nah. Pró­bo­wa­łem ci to powie­dzieć przez cały wie­czór. Ale nie chcia­łem cię skrzyw­dzić - mówi, prze­ry­wa­jąc banały kolej­nym jękiem odbi­ja­ją­cym się echem w sede­sie.

- Ale... ty jesteś moją drugą połówką - odzy­wam się, ostat­nie słowo wyma­wiam szep­tem. Głos mam płacz­liwy i nie­wy­raźny.

- Na­dal możemy być przy­ja­ciółmi. Po pro­stu nie układa się mię­dzy nami - kon­ty­nu­uje. Brzmi żało­śnie. Chcę, żeby to było spo­wo­do­wane tym, że źle się czuje, łamiąc mi serce, a nie dla­tego, że ma teraz głowę w muszli klo­ze­to­wej.

- Co się nie układa? Myśla­łam, że dobrze się bawimy. Jeste­śmy tutaj, na tej impre­zie, eee, dobrze się bawiąc, co nie?

Spo­glą­dam na niego, ale z całą pew­no­ścią nie wygląda, jakby dobrze się bawił.

- Han­nah, nic nas ze sobą nie łączy - stwier­dza.

- O co ci cho­dzi, jak to nic nas ze sobą nie łączy? Wiele nas łączy. Zasad­ni­czo jeste­śmy tacy sami - sta­ram się wymy­ślić listę, listę wszyst­kich rze­czy, które nam obojgu spra­wiają radość. Mam w mózgu czarną dziurę, a pod pre­sją nie dzia­łam dobrze.

- Naprawdę nic. Ty nawet nie lubisz tego, co ja...

- Oboje lubimy serial River­dale - prze­ry­wam mu, w końcu wymy­śla­jąc odpo­wiedź. Widzisz? Wie­dzia­łam, że coś jest.

- Nie­na­wi­dzisz go. Pod­czas każ­dego odcinka nabi­jasz się z Archiego.

Na dźwięk tych słów opa­dają mi ramiona. Ma rację. Zła­pana na gorą­cym uczynku.

- Nie cier­pisz pomi­do­rów...

To ma być prze­szkodą w kwe­stiach miło­snych?

- ...i kotów.

To prawda. Ale czy nie możemy się zgo­dzić z tym, że się nie zga­dzamy?

- ...i nie masz poję­cia o k-popie ani seria­lach kore­ań­skich. Po pro­stu nie mogę roz­ma­wiać z tobą o rze­czach, które mnie pasjo­nują.

K-pop? Seriale kore­ań­skie?

Pozwa­lam sobie na jęk. Nie, tylko nie Nate. Kolejny czło­wiek wcią­gnięty w nagłą glo­balną fascy­na­cję wszyst­kim co kore­ań­skie. I oczy­wi­ście, naj­wy­raź­niej, ja jestem jedyną osobą na świe­cie, która tak nie ma, cho­ciaż to ja jestem... Kore­anką.

- Nate, możemy napra­wić wszystko, co według cie­bie nie działa.

- Han­nah? - prze­kręca głowę, żeby znów na mnie spoj­rzeć.

Tak, dobrze, już żałuje swo­ich słów. Kiwam głową i uśmie­cham się. Nic się nie sta­nie.

- Nate? - odzy­wam się pew­nym gło­sem.

Spa­ni­ko­wany robi wiel­kie oczy, otwiera usta i wymio­tuje pro­sto na moje san­dały.

Przy­ci­skam tele­fon do ucha, by móc obli­zać cze­ko­ladę z palca wska­zu­ją­cego i kciuka. Zja­dłam całą tabliczkę toble­rone, zaczy­na­jąc od góry i odgry­za­jąc dokład­nie w miej­scu łącze­nia się kawał­ków, trzy­ma­jąc w tym samym miej­scu na dole, tak że cze­ko­lada sto­piła mi się na opusz­kach pal­ców, żebym mogła ją zli­zać na samym końcu. Stra­te­giczna kon­sump­cja w celu uzdro­wie­nia zła­ma­nego serca.

- Nie mógł mnie nor­mal­nie rzu­cić przy szkol­nych szaf­kach albo na par­kingu In-N-Out jak wszy­scy inni. Niee, palce u stóp muszę mieć oble­pione kawał­kami nug­get­sów z kur­czaka w skwa­śnia­łym, wyrzy­ga­nym piwie. Super - Shelly mil­czy po dru­giej stro­nie linii. Pewno też zapo­wie­trza się na samą myśl o tym.

- Od kiedy to brak zami­ło­wa­nia do tej samej muzyki stał się powo­dem do zry­wa­nia z kimś? - pytam.

- Nate powie­dział Mar­ti­nowi She­pher­dowi, który powie­dział Mandy Haw­kings, która powie­działa Jaso­nowi Che­nowi, który powie­dział mi, że kiedy zapy­ta­łam cię, na co szcze­gól­nie zwra­casz uwagę, ty odpowie­działaś, że na "spra­wie­dli­wość, rów­ność oraz to, że Sasha Obama ma prze­wagę nad Malią".

- Nie mia­łam poję­cia, że Nate darzy Malię tak moc­nym uczu­ciem.

- Cho­dzi o ten cały k-pop - sły­szę w słu­chawce, jak prze­wraca oczami. - Ty "masz skrzy­wie­nie" na punk­cie swo­jej ulu­bio­nej osoby z grupy.

- OK, ale skąd wszy­scy to o mnie wie­dzą?

Się­gam po opa­ko­wa­nie m&m'sów leżące na noc­nej szafce. Wyja­dłam wszyst­kie kolory z wyjąt­kiem zie­lo­nych. Uczta z zie­lo­nych to mój prze­pis na zdro­wie­nie.

- Ale poważ­nie - kon­ty­nu­uje, igno­ru­jąc moje pyta­nie - nie mogę uwie­rzyć, że Nate zosta­wił cię przed waka­cjami. Co zro­bisz ze wszyst­kimi wspól­nymi pla­nami? Nie zre­ali­zu­jesz ich prze­cież w poje­dynkę.

Porzu­cona.

Sama.

Słowa ude­rzają mnie w twarz tak mocno, że na­dal pie­cze. Ma rację. Myśla­łam, że poza sta­żem pozo­stałe godziny spę­dzę z nim.

- Na przy­kład z kur­sem ratow­nic­twa wod­nego? Wiesz, że nie pod­lega zwro­towi.

Wspo­mnie­nie o tym przez Shelly prze­bija się przez mgłę mojego nie­szczę­ścia. Brr, kurs ratow­nic­twa. Nie cier­pię zapa­chu chloru i myśli o wszel­kich wil­got­nych miej­scach, w któ­rych mogą się roz­wi­jać zarazki i cho­roby. Ale to były pomy­sły i plany Nate'a na nasze "wspa­niałe lato przed klasą matu­ralną", nasze pierw­sze lato jako pary. I dałam się prze­ko­nać. Cóż, może po pro­stu powin­nam być wdzięczna, że już nie muszę cho­dzić na basen. Teraz, kiedy zosta­łam...

Porzu­cona.

Sama.

Zero chło­paka. Zero waka­cyj­nych pla­nów. Zero życia. Bil­l­bo­ard na Times Squ­are z jaskra­wym napi­sem "żało­sna", miga­ją­cym do melo­dii pio­senki Céline Dion All by Myself.

- Może powin­nam poroz­ma­wiać z Nate'em...

- Cóż, daj sobie dzień lub dwa. Pozwól mu za sobą zatę­sk­nić. Poza tym, jeśli chcesz go odzy­skać, musisz podejść do tego stra­te­gicz­nie - suge­ruje Shelly.

- Odzy­skać go? To jest moż­liwe? Myślisz, że to może się udać? - pytam.

- Na bank. Pomogę ci. Słu­chaj, wiem, że Nate na pewno lubi Blink, MooMoo i Army. Och, i ma obse­sję na punk­cie Son Ye-jin. Pró­bo­wał namó­wić kółko teatralne, żeby w przy­szłym roku w ramach szkol­nego prze­sta­wie­nia wysta­wiło Crash Lan­ding on You. Więc to dobry począ­tek. Zorien­tuj się w tym, co on lubi, Han­nah. Jeśli nie chce z tobą cho­dzić, bo nic was nie łączy, spraw, by zmie­nił zda­nie, wiesz, dzięki wspól­nym zain­te­re­so­wa­niom.

To, co ona mówi, to dla mnie jeden wielki beł­kot. I dla­czego przy­bie­ram postawę obronną, kiedy poucza mnie Shelly; ze wszyst­kich wła­śnie ona? Ale może ma rację. Może mogę go odzy­skać.

- Eee, dzięki - dukam. - Mam dużo spraw do prze­my­śle­nia. I do wygo­oglo­wa­nia.

- Jak­kol­wiek by było, nasza ekipa chce obczaić tę nową lodziar­nię, więc muszę lecieć.

I zanim zdążę zamknąć usta albo zapy­tać, czy mogę pójść z nimi, już jej nie ma. Chwila, czy roz­sta­jąc się z chło­pa­kiem, stra­ci­łam też grupę przy­ja­ciół?

- Nara - rzu­cam do głu­chego tele­fonu. Man­kie­tem bluzy wycie­ram cze­ko­la­dową maź z ekranu. Wpa­truję się w ślad na mate­riale i zasta­na­wiam, czy tego nie zli­zać. Może póź­niej.

Rzu­cam się z powro­tem na łóżko.

Do pokoju wpada mama i odsła­nia zasłony, świa­tło sło­neczne mnie ośle­pia. Moje oczy, moje oczy.

- OK, Han­nah. Czas wsta­wać. Dla­czego zasłony są zacią­gnięte? Strasz­nie tu śmier­dzi. Bra­łaś dzi­siaj prysz­nic?

- Mamo, pro­szę, nie widzisz, że chcę teraz być sama? Potrze­buję czasu, żeby wyzdro­wieć - jęczę.

- Jasne, zamar­twia­nie się w ciem­no­ści, obże­ra­nie cze­ko­ladą i tkwie­nie w bru­dzie to nie jest spo­sób, by ruszyć do przodu, Han­nah.

- Mamo, ale to mój spo­sób.

- Spo­sób na co? Na mar­no­wa­nie życia? Han­nah, ty i Nate nie cho­dzi­li­ście ze sobą długo. Kim­chi, które zaki­si­łam, nie zdą­żyło jesz­cze nawet igeos seo1 - tylko moja matka może porów­nać waż­ność związku z cza­sem fer­men­ta­cji kim­chi. - A teraz wstań i posprzą­taj swój pokój. Musimy iść do kościoła, żebyś mogła zgło­sić się jako nauczy­cielka do waka­cyj­nej szkółki biblij­nej.

Moja mama chyba nie myśli, że skoro ja i Nate zerwa­li­śmy ze sobą, nagle mam całe lato wolne, żeby uczyć w szkółce bandę roz­wrzesz­cza­nych dzie­cia­ków z pod­sta­wówki. Nie cier­pia­łam pod­sta­wówki.

- Hm, nie, nie jestem zain­te­re­so­wana. Mam inne plany - kła­mię. To zna­czy na­dal mogła­bym wziąć udział w kur­sie ratow­nic­twa. Cho­ciaż widok opa­lo­nego, musku­lar­nego Nate'a w szor­tach ze świa­do­mo­ścią, że mnie nie chce, może ozna­czać mój koniec.

W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak naucza­nie w szkółce biblij­nej może się oka­zać bar­dziej bole­sną drogą do grobu.

- Han­nah, szkółka albo zapi­su­jesz się na hagwan2, żeby przy­go­to­wać się do col­lege'u.

- Ale mam staż - odpo­wia­dam. Nie­jed­no­krot­nie uży­wa­łam stażu jako wymówki, by wykrę­cić się z róż­nych sytu­acji. I cho­ciaż to tylko jeden dzień w tygo­dniu i dwie godziny pracy dla immu­no­loga, moja matka uważa to za pewną drogę na medy­cynę. I może ma rację.

- Możesz robić jedno i dru­gie. Szkółka jest tylko rano, a twój staż chyba odbywa się wyłącz­nie w ponie­dział­kowe popo­łu­dnia?

Przy­ła­pana.

Cho­wam twarz w poduszkę.

- Pro­szę, idź już - bła­gam.

Czuję, że łóżko się ugina, kiedy mama siada obok mnie. Deli­kat­nie kle­pie mnie dło­nią po ple­cach.

- Han­nah, jesteś lep­sza niż ten ame­ry­kań­ski nie­chrze­ści­ja­nin - jej głos jest podej­rza­nie miły.

- Mamo, nie rozu­miesz.

Chcę jej powie­dzieć, że mnie lubił. Mnie. Ale może już nie. Wiem, że powin­nam była zain­te­re­so­wać się BTS-ami wtedy co wszy­scy. Rzecz w tym, że k-pop i seriale kore­ań­skie wyda­wały mi się czymś, co podo­bało się "im", czyli kore­ań­skim Kore­ań­czy­kom, a nie kore­ań­skim Ame­ry­ka­nom, a już na pewno nie ame­ry­kań­skim Ame­ry­ka­nom. Gdzie byłam, kiedy nagle nastą­pił zwrot akcji? Teraz jestem wyau­to­wana i przy­glą­dam się temu, co w środku. A Nate na pewno ma w tym roze­zna­nie.

- Co tu jest do rozu­mie­nia? Han­nah, powin­naś chcieć chło­paka, któ­remu podoba się to, że jesteś mądra i uta­len­to­wana, i takiego, który doceni twoje mocne łydki. Potrze­bu­jesz dobrego Kore­ań­czyka.

Zaczyna się.

Sia­dam i zbie­ram siły, aby sta­wić czoła sta­ra­niom matki, by umó­wić mnie z naj­now­szym "dobrym chrze­ści­jań­skim chło­pa­kiem" z naszego kore­ań­skiego kościoła. Czy będzie to Timo­thy Chung, ponie­waż jest ide­alny i gra na skrzyp­cach? A może Joshua Lee, ponie­waż jest ide­alny i jeź­dzi beemką? Nie, nie, to musi być Elliot Park, ponie­waż jest ide­alny i został już przy­jęty na Uni­wer­sy­tet Kali­for­nij­ski.

- Ale nie mar­twmy się teraz chło­pa­kami. Mam naprawdę dobre wie­ści, a potem pój­dziemy do kościoła.

Chwila, o co cho­dzi? Nie przed­stawi mi pod roz­wagę życio­rysu nowego kore­ań­skiego mało­lata? To jakaś pułapka? Coś mi tu nie gra. Przy­go­to­wuję się na to, co teraz się wyda­rzy.

- Eee, jakie dobre wie­ści, mamo? - wolno obra­cam głowę, żeby spoj­rzeć jej w oczy, marsz­czę czoło, przy­glą­da­jąc się jej twa­rzy. Ma ide­al­nie zro­biony maki­jaż, per­ma­nent­nie wyta­tu­owane brwi, cerę odpo­wied­nio świe­tli­stą dzięki kore­ań­skiemu pod­kła­dowi, usta w kolo­rze o dwa tony ciem­niej­szym niż róż w odcie­niu mil­le­nial pink. Mogłaby być moją sio­strą.

- Cóż, nie ma two­jego taty i sio­stry, więc mamy wię­cej miej­sca...

Po tym jak tata z powodu pracy prze­pro­wa­dził się do Sin­ga­puru, a sio­stra z tego samego względu do Bostonu, dom opu­sto­szał. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że moim zda­niem mama spę­dza wię­cej czasu w kościele niż w domu.

Ale lato zawsze spę­dza­li­śmy wspól­nie. Lato to czas dla rodziny.

- Przy­jadą cho­ciaż na Dzień Nie­pod­le­gło­ści - mówię, sta­ra­jąc się nie sta­wiać znaku zapy­ta­nia na końcu zda­nia.

- Pew­nie, że tak - potwier­dza nie­prze­ko­nana. - Ale wciąż mamy pokoje dla gości.

- Jakich gości?

- No cóż, roz­ma­wia­łam ostat­nio z przy­ja­ciółką...

To nie brzmi dobrze.

- Mamo? - mówię wolno. - Co zro­bi­łaś?

- Zgad­nij, kto przy­jeż­dża aż z Korei, żeby spę­dzić z nami lato? - wykrzy­kuje, klasz­cząc w dło­nie.

O, nie.

- Moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka, pani Kim. I jej rodzina!

Nie, nie, nie.

Zapo­wie­trzam się.

Jacob Kim.

Po tylu latach.

Otwie­ram usta, żeby krzyk­nąć z prze­ra­że­nia, ale mama chwyta mnie, ściąga z łóżka i przy­tula uro­czy­ście.

- Przy­jeż­dża moja naj­lep­sza przy­ja­ciółka i przy­wozi ze sobą cudow­nego syna Jacoba i piękną córkę Jin-Hee. Nasz dom wypełni śmiech i radość!

Nie żeby było tu jak na pogrze­bie. Ja się śmieję. Ja się raduję.

- Będę goto­wać kore­ań­skie jedze­nie i będziemy jedli wspól­nie - oznaj­mia.

Mówi tak, jak­bym ni­gdy nie jadła tego, co ugo­tuje. Nie lubię kore­ań­skich dań w ramach wszyst­kich posił­ków w ciągu dnia, ale ona niczego innego nie robi.

Wypusz­cza mnie z objęć, ale chwyta za ramiona i potrząsa mną. Z szoku jestem wiotka jak lalka, którą można tar­mo­sić.

- Pamię­tasz Jacoba! Jako dzieci byli­ście ze sobą bar­dzo bli­sko. Naj­lepsi przy­ja­ciele w pod­sta­wówce i gim­na­zjum.

Och, no prze­cież, że pamię­tam Jacoba.

Nasze matki ni­gdy nie dały nam zapo­mnieć, że byli­śmy przy­ja­ciółmi "nawet przed naro­dzi­nami", ponie­waż one w tym samym cza­sie były cię­żar­nymi przy­ja­ciół­kami.

Cie­pło oblewa mi szyję, klatkę pier­siową mam jak zwią­zaną gor­se­tem, ale igno­ruję to. Prze­sta­łam odczu­wać jakie­kol­wiek emo­cje, jeśli cho­dzi o Jacoba Kima. Nie będę teraz do tego wra­cać.

- To ide­alny czas na przy­jaźń taką samą jak w dzie­ciń­stwie - mówi z tęsk­notą.

- To było dawno temu - przy­po­mi­nam jej. Byli­śmy przy­ja­ciółmi, naj­lep­szymi przy­ja­ciółmi. Odrzu­cił naszą przy­jaźń. Wymie­nił mnie na sławne życie w Korei. - Nie jestem zain­te­re­so­wana - stwier­dzam, odsu­wa­jąc się od mamy.

Zszo­ko­wana unosi brwi w górę.

- Ale to jest Jacob, Jacob Kim - odzywa się. Jakby powta­rza­nie jego imie­nia nagle miało cof­nąć to, co zro­bił.

- Dobrze, ale jeśli tu przy­je­dzie, to niech lepiej trzyma się ode mnie z daleka. Mam plany na lato - infor­muję ją.

- Ty i Nate zerwa­li­ście ze sobą. Nie masz teraz pla­nów - a niech ją, tra­fiła w czuły punkt. - Możesz uczyć w szkółce biblij­nej w ciągu dnia. A potem przez resztę dnia dobrze się bawić z Jaco­bem. To będzie ide­alne lato.

- Mamo - opusz­czam ramiona, powstrzy­mu­jąc się przed tup­nię­ciem nogą. Ale nie robię tego.

- Han­nah - odzywa się ostrze­gaw­czym tonem.

Mie­rzymy się wzro­kiem. Nie mru­gnę. Teraz to poje­dy­nek na siłę woli. Nie wygra tej potyczki. Nie pod­dam się.

Mru­gam.

- Cokol­wiek się wyda­rzy - mówi śpiew­nie, odtrą­bia­jąc zwy­cię­stwo - przed nami mnó­stwo przy­go­to­wań - wycho­dzi, gwiż­dżąc kościelny hymn.

Chwila, mia­łam paproch w oku! Chcę rewanżu.

Przy­się­gam, że widzę, jak sfruwa po scho­dach. Super, moja mama ma teraz bar­dziej eks­cy­tu­jące plany na lato niż ja.

I wtedy podej­muję decy­zję. Wszy­scy będą mieć wspa­niałe lato, robiąc to, na co mają ochotę. Więc czemu nie ja? Zapo­mnij o waka­cyj­nej szkółce biblij­nej. Zapo­mnij o kore­ań­skich gościach. I zde­cy­do­wa­nie zapo­mnij o Jaco­bie Kimie.

Teraz myślę tylko o jed­nym - o akcji Odzy­skać Nate'a.

Krok pierw­szy: wygo­oglo­wać Blink, MooMoo i Son Ye-jin.

Rozdział drugi

Jacob

- Pro­szę, nie odchodź - szlo­cha, a jej głos drży z despe­ra­cji. Chwyta mnie za ramię z siłą, któ­rej się nie spo­dzie­wa­łem, odcią­ga­jąc mnie od drzwi.

Zwie­szam głowę, led­wie patrząc na nią przez ramię.

- Muszę. Muszę to zro­bić dla sie­bie, dla mojej rodziny. Nie chcę cię skrzyw­dzić, ale musimy się roz­stać - łamie mi się głos i jestem zasko­czony łzą spły­wa­jącą mi po policzku.

- Co ja zro­bię? - zawo­dzi z bólu, ze zła­ma­nym ser­cem.

Wymowna pauza.

- I... cię­cie - odzywa się reży­ser, a w uszach wciąż roz­brzmiewa mi płacz mło­dej kobiety.

Scho­dzę z planu, wycho­dzę z roli, z powro­tem do ele­ganc­kiego wie­żowca ponad świa­tłami sce­nicz­nymi, z wido­kiem od sufitu do pod­łogi na rzekę Han-gang. Ście­ram łzę.

- Bar­dzo dobrze, kochani - mówi reży­ser. - Skoń­czy­li­śmy na dzi­siaj.

Wokół mnie robi się gwarno, bo wszy­scy zabie­rają się do sprzą­ta­nia planu zdję­cio­wego. Teraz wyj­ście z emo­cjo­nal­nej sceny już nie zaj­muje mi tyle czasu co daw­niej, ale i tak zdu­miewa mnie, jak szybko ludzie mogą po pro­stu iść dalej.

- Pro­szę - dostaję do rąk dwa małe waciki, żeby zmyć maki­jaż z oczu, a potem plik papie­rów. - Samo­chód będzie za dzie­sięć minut - mówi Hae-Jin, moja mene­dżerka, i natych­miast wycho­dzi, by podą­żyć za moją seria­lową part­nerką. Daleko jej do cie­płej i miłej osoby.

Prze­wra­cam kartki, sce­na­riusz ostat­niego odcinka, krót­kie stresz­cze­nie tego, jaki będzie sezon drugi, i jakieś wyglą­da­jące na bar­dzo ofi­cjalne doku­menty prawne. Prze­dłu­że­nie kon­traktu. Na­dal nie mogę uwie­rzyć, że będzie kolejny sezon, bo to nie jest norma w przy­padku tele­wi­zji kore­ań­skiej.

Lubię aktor­stwo. Wcie­la­nie się w posta­cie tak bar­dzo ode mnie różne jest oczysz­cza­jące. Jesz­cze bar­dziej podoba mi się wyna­gro­dze­nie. Ale na samą myśl o dru­gim sezo­nie w tej roli i z tą obsadą czuję się zmę­czony.

Pod­cho­dzę do okna i zer­kam w dół na zebrany tego dnia tłum. Nawet z trzy­dzie­stego dru­giego pię­tra widzę, a może tylko czuję, tę eks­cy­ta­cję. Dzi­siaj przy­szło wię­cej osób niż wczo­raj i wygląda na to, że z każ­dym dniem zdję­cio­wym ludzi przy­bywa.

Nie miesz­kam tu. Może i jestem Kim Jin-Suk, wscho­dząca gwiazda kore­ań­skich seriali i wielka nadzieja Sky Enter­ta­in­ment. Lecz nie jestem na tyle bogaty, żeby miesz­kać w Gan­gnam's Hyun­dai Tower West. Jesz­cze. Praw­dziwy Jacob Kim, młody aktor, który wła­śnie zaczyna karierę, mieszka z mamą i sio­strą w przy­zwo­itym dwu­po­ko­jo­wym miesz­ka­niu kilka don­gnaes3 dalej.

Jed­nak jesz­cze cał­kiem nie­dawno nawet nie wie­dzie­li­śmy, czy w ogóle będziemy mieć gdzie miesz­kać. Więc w żad­nym wypadku nie narze­kam. Jestem po pro­stu wdzięczny, że nie wylą­do­wa­li­śmy głodni na ulicy. Czuję, jak gdzieś w brzu­chu poja­wia się zna­joma panika, która może mnie pożreć i wcią­gnąć w mrok. Kiedy, dora­sta­jąc, czło­wiek zawsze mar­twił się o pie­nią­dze, trudno jest pozbyć się tego nie­po­koju. Nawet teraz.

- Czas na nas - odzywa się głę­boki głos Eddiego, przy­dzie­lo­nego mnie pra­cow­nika Sky. Pro­wa­dzi mnie kory­ta­rzem do windy. Zatrzy­mu­jemy się dwa pię­tra niżej, a kiedy otwie­rają się drzwi, natych­miast wpada mi w noz­drza mocny zapach jaśminu. To cha­rak­te­ry­styczne per­fumy, któ­rych używa moja part­nerka seria­lowa Shin Min-Kyung. Mam spa­lone wło­ski w nosie.

Prze­brała się i ma ina­czej uło­żone włosy niż pod­czas sceny, która - jak się wydaje - skoń­czyła się kilka minut temu. Z per­fek­cyj­nym maki­ja­żem wygląda, jakby dopiero co zeszła z kart kolo­ro­wego maga­zynu. Kilo­gram tapety nało­żony dziś rano na pryszcz na mojej bro­dzie zaczyna pękać pod pre­sją jej ide­ału. Jest osza­ła­mia­jąca.

Jest też naj­wred­niej­szą osobą, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tka­łem.

Wcho­dzi do windy ze swoją świtą, wci­ska­jąc mnie i mojego jedy­nego asy­stenta w kąt. Patrzę w oczy, które nie zaszczy­cają mnie naj­mniej­szą uwagą, a jej usta lekko się wygi­nają.

- Anny­eon­gha­seyo4 - witam ją zwro­tem grzecz­no­ścio­wym, lekko kła­nia­jąc się jej ple­com.

- Mówi­łam ci, żebyś prze­stał jeść cze­ko­ladę. Twoja cera jest w opła­ka­nym sta­nie - odzywa się.

Odkry­łem, że bez­piecz­niej jest po pro­stu pota­ki­wać i nie odpo­wia­dać, kiedy jest w bojo­wym nastroju. Znam swoje miej­sce. A jed­nak...

- Nie sądzisz, że dzi­siej­sza scena poszła nam naprawdę dobrze? - pytam.

W win­dzie nie ma powie­trza i wszy­scy padamy na pod­łogę, dusząc się na śmierć. A przy­naj­mniej takie ma się wra­że­nie, kiedy Min-Kyung wydaje z sie­bie nie­zno­śne wes­tchnię­cie. Cho­lera. Powi­nie­nem był pozo­stać przy pier­wot­nej meto­dzie trzy­ma­nia gęby na kłódkę.

Nie odpo­wiada mi.

Kiedy drzwi windy się otwie­rają, prze­ci­skamy się przez hol i wycho­dzimy fron­tową bramą. Sły­chać gło­śne krzyki i momen­tal­nie ośle­piają mnie wszyst­kie bły­ska­jące fle­sze.

- Min­Jin! Min­Jin! - krzy­czą fani, uży­wa­jąc zbitki naszych sce­nicz­nych imion. Min-Kyung pochyla się w moją stronę, kiedy prze­cho­dzimy. Zakłada włosy za ucho w geście wie­lo­krot­nie nagra­dza­nego pokazu nie­śmia­ło­ści i skrom­no­ści. Kładę rękę na jej ple­cach.

Chcę się zatrzy­mać i podzię­ko­wać każ­dej oso­bie, która poświę­ciła czas i cze­kała, żeby mnie tu dzi­siaj zoba­czyć. To bar­dzo miłe z ich strony. Ale nie wolno mi tego zro­bić. Wszelka inte­rak­cja z fanem musi zostać sta­ran­nie zaaran­żo­wana. Zamiast tego Min-Kyung i ja uśmie­chamy się, kła­niamy grzecz­nie, wita­jąc grupę jako całość, i prze­cho­dzimy dalej.

Cze­ka­jąc, aż pod­je­dzie nasz samo­chód, Hae-Jin kiwa do mnie głową, dając tym samym znak, że to czas na obda­ro­wa­nie fanów ostat­nimi prze­bły­skami zain­te­re­so­wa­nia. Oglą­dam się za sie­bie i macham ręką do tłumu, a potem wsu­wam dłoń w zbyt długą grzywkę, co wywo­łuje kolejne okrzyki. Spo­glą­dam na tłu­mek, mru­gam i robię z pal­ców serce. Wszy­scy wariują.

Bole­sny jęk, wmie­szany w entu­zja­styczne krzyki, prze­szywa powie­trze.

- Oppa5! Kocham cię! - krzy­czy dziew­czyna, wycią­ga­jąc rękę i despe­racko pró­bu­jąc mnie dotknąć. Widząc, że zwró­ci­łem uwagę na wrzesz­czącą fankę, tłum napiera. Dziew­czyna sto­jąca z przodu wpada na barierki, na jej twa­rzy maluje się wyraz paniki. Pod­bie­gam, by jej pomóc, odpy­cha­jąc ludzi. Ale stopa kli­nuje mi się mię­dzy porę­czami, a kostka dziw­nie się skręca. Krzy­wię się i krzy­czę z bólu.

Czuję, jak chwy­tają mnie dwie ręce, pod­no­sząc z ziemi.

- Z drogi - to Eddie krzy­czy i wyciąga mnie z tłumu, szybko wpy­cha­jąc do samo­chodu. Ledwo zdąży zamknąć drzwi, a już pędzimy, widok fanów roz­ma­zuje się za tylną szybą.

- Co ty sobie myśla­łeś? - syczy Hae-Jin pod moim adre­sem.

Moja mene­dżerka jest sta­ran­nie ubrana w swój cha­rak­te­ry­styczny czarny kostium Arma­niego i białą jedwabną bluzkę. Żaden wło­sek jej gładko ucze­sa­nego koka nie odstaje. Ale widać, że jest wyczer­pana.

- Miaż­dżyli ją - mówię. - Prze­pra­szam.

Nie­ustan­nie prze­pra­szam. Bez względu na to, czy uwa­żam, że coś źle zro­bi­łem.

- Nara­zi­łeś wszyst­kich, włącz­nie z fanką, na nie­bez­pie­czeń­stwo - grzmi Hae-Jin. - A co, jeśli zro­bili ci zdję­cie z tym dziw­nym wyra­zem twa­rzy? Znasz zasady.

Zamy­kam oczy i prze­ły­kam gulę iry­ta­cji, która utknęła mi w gar­dle. Nie wiem, czy bar­dziej drażni mnie ona, czy ja sam. Ponie­waż ma rację. Znam zasady i schrza­ni­łem. Wzdy­cham bez­gło­śnie i pró­buję uci­szyć hałas w mojej gło­wie. I zlek­ce­wa­żyć ból kostki.

Biorę głę­boki wdech. Samo­chód jest nowy, zapach skóry wypeł­nia mi noz­drza. Kiedy dora­sta­łem, nasze rodzinne auto miało obskurną tapi­cerkę, popla­mioną i podartą, o lekko kwa­śnym zapa­chu, któ­rego ni­gdy nie dało się usu­nąć za pomocą pra­nia, bez względu na to, jak bar­dzo mama się sta­rała.

Kiedy po raz pierw­szy przy­je­cha­łem do Korei, byłem bied­nym, cho­ro­wi­tym dzie­cia­kiem. Trzy wyczer­pu­jące lata spę­dzone w aka­de­mii gwiazd, zasad­ni­czo w cho­wie mają­cym na celu odkry­cie nowych twa­rzy, z któ­rych naro­dzą się kolejne wiel­kie gwiazdy k-popu i seriali kore­ań­skich, pomo­gły mi udo­sko­na­lić to, co Kore­ań­czycy nazy­wają moim "wdzię­kiem". A teraz gram główną rolę męską w Heart and Seoul, długo ocze­ki­wa­nym serialu o nie­do­szłych nasto­let­nich kochan­kach. Teraz, kiedy zain­te­re­so­wał się tym Net­flix, oglą­dal­ność poszy­bo­wała w kosmos. Weszli­śmy na arenę mię­dzy­na­ro­dową.

Doce­niam to. I nie mogę tego spier­do­lić.

- Jedziemy na wywiad dla nie­miec­kiego maga­zynu, a potem będziesz w Enter­ta­in­ment Weekly Canada. Minky będzie miała na sobie sukienkę w kwiaty Guc­ciego, następ­nie prze­bie­rze się w lawen­dową Celine. Jin-Suk włoży czer­wony swe­ter Supreme, a póź­niej zmieni go na białą koszulę Balen­ciagi. Wygląda na to, że twoje wskaź­niki popu­lar­no­ści są naj­wyż­sze, kiedy nosisz biel, gdy ogląda cię pół­noc­no­ame­ry­kań­ska publicz­ność.

- Jak to w ogóle jest moż­liwe, że zwra­ca­cie na to uwagę? - pytam. Dane sta­ty­styczne, które śle­dzi agen­cja, to jakieś sza­leń­stwo. Kom­plet­nie mnie roz­wala, że fanów w ogóle inte­re­suje, co mam na sobie, nie mówiąc już o tym, czy sek­sow­nie w tym wyglą­dam.

Fani. Mam fanów. Przed prze­pro­wadzką do Korei nikt nawet nie zaszczy­cił mnie spoj­rze­niem. Kiedy dora­sta­łem w San Diego, zawsze byłem małym, ner­wo­wym, azja­tyc­kim dzie­cia­kiem z poważną aler­gią. Kto by przy­pusz­czał, że fry­zura na pazia na wyso­kim, kości­stym face­cie sprawi, że któ­re­goś dnia dziew­czyny osza­leją.

- Prze­stań zada­wać głu­pie pyta­nia. Jestem zmę­czona pracą z ama­to­rem. I co to za akcję odsta­wi­łeś? Dla­czego nie możesz prze­strze­gać zasad? Ni­gdy wię­cej nie będę pra­co­wać z nie­zdy­scy­pli­no­wa­nym ame­ry­kań­skim akto­rem.

Ostre uwagi Min-Kyung ranią mnie jak nóż, kale­cząc jeden z naj­bar­dziej wraż­li­wych rejo­nów: nie jestem dość kore­ań­ski na tę pracę.

- Minky - w gło­sie Hae-Jin pobrzmiewa ostrze­że­nie: "Prze­stań zacho­wy­wać się jak diwa i współ­pra­cuj". Prawdę mówiąc, Min-Kyung nie może sobie pozwo­lić, żeby jej kolejny kolega z planu był nie­za­do­wo­lony. Jeśli nikt z akto­rów nie będzie chciał z nią pra­co­wać, nie­długo nie będzie jej można obsa­dzić w żad­nym serialu kome­dio­wym.

- Jutro jedziemy do Pusan na sesję zdję­ciową dla "Vogue Korea" - kon­ty­nu­uje Hae-Jin.

- Och, super. Myślisz, że będziemy mogli spę­dzić tro­chę czasu na plaży? - od kiedy się prze­pro­wa­dzi­li­śmy, bar­dzo mi jej bra­kuje. - A może będziemy mogli wpaść do Gam­cheon Cul­ture Vil­lage? Widzia­łem zdję­cia...

- Nie ma na to czasu - prze­rywa mi Hae-Jin.

- To nie są waka­cje. To jest praca - odzywa się Min-Kyung, nawet nie sta­ra­jąc się ukryć swo­jego obrzy­dze­nia do mnie.

- Prze­pra­szam - mówię dzi­siaj chyba po raz setny. A wciąż jest młoda godzina.

Wzdy­cham i pró­buję ukryć roz­cza­ro­wa­nie. Ni­gdy nie mam moż­li­wo­ści, żeby zro­bić lub zoba­czyć coś, nawet jeśli ze względu na pracę bywam w cie­ka­wych miej­scach. Zero prze­jaż­dżek w Lotte World, zero oglą­da­nia zmiany wart w pałacu Gyeong­bok, zero cze­go­kol­wiek. Nie chcę, żeby to brzmiało, jak­bym prze­ży­wał kry­zys wieku śred­niego albo coś w tym stylu, ale mam wra­że­nie, że mar­nuję młode lata.

- I Jin-Suk... - surowe tony w gło­sie Hae-Jin wyry­wają mnie z roz­my­ślań, doma­ga­jąc się całej mojej uwagi. - Pod­czas wywia­dów i sesji zdję­cio­wej sta­raj się bar­dziej poka­zać uczu­cia, jakie żywisz do Minky. Żad­nych żar­tów. Żad­nego sar­ka­zmu. Sprze­daj emo­cje, które są mię­dzy wami.

Mam spra­wić, by świat uwie­rzył, że w praw­dzi­wym życiu jestem zako­chany w Min-Kyung, by pod­nieść tem­pe­ra­turę emo­cji w ser­cach fanów na rzecz naszego ekra­no­wego związku. Kiedy Hae-Jin po raz pierw­szy powie­działa mi, że takie są ocze­ki­wa­nia, byłem pewien, że żar­tuje. Szybko przy­po­mnia­łem sobie jed­nak, że nie ma poczu­cia humoru. Ale nie tęsk­nię za groźbą w jej gło­sie. Albo będę grał wia­ry­god­nie, albo ryzy­kuję, że drugi sezon prze­pad­nie, że prze­pad­nie ta płatna robota. Muszę być nie­złym akto­rem, jeśli ludzie naprawdę wie­rzą, że lubię tę dziew­czynę.

Spo­glą­dam na Min-Kyung - ma zamknięte oczy, a w uszach słu­chawki. Dla mnie to wciąż nowe, ale ona w tym sie­dzi od dawna. Czy to dla­tego jest tak nie­szczę­śliwa? Kiedy przy­ga­śnie blask sławy, czy skoń­czę tak samo zbla­zo­wany i wredny jak ona?

Nie, nie pozwolę na to. Ta praca jest wyma­ga­jąca, jasne, ale ludzie mnie roz­po­znają. Wykrzy­kują moje imię. Poza tym star­cza na rachunki. A w tym momen­cie mojego życia tylko to naprawdę się liczy.

- No cóż, to była kata­strofa.

Moja młod­sza sio­stra Jin-Hee jest dobra w słowa.

- Ciii - mama pró­buje ją uci­szyć, jakby to się kie­dy­kol­wiek wcze­śniej udało. Wszy­scy sie­dzimy w gabi­ne­cie, cze­ka­jąc, aż lekarz wróci i prze­każe nam wia­do­mo­ści.

Od momentu, kiedy pró­bo­wa­łem pomóc tej fance, dzień tylko się popsuł. Sty­listka wci­snęła mnie w nie­sa­mo­wi­cie sztywne buty do kostki i za każ­dym razem, gdy krzy­wi­łem się z bólu, powta­rzała mi: "Nic się nie dzieje, to Dior". Na co moja kostka krzy­czała: "Pier­do­lić Diora!".

Ledwo mogłem wejść na plan, gdzie prze­pro­wa­dzano wywiady, a moją twarz przez cały czas wykrzy­wiał gry­mas bólu. Hae-Jin stała za kamerą numer jeden z wła­sną krzywą miną, cho­ciaż ona wyglą­dała na bar­dziej wku­rzoną.

Co gor­sza, pod­czas sesji pytań i odpo­wie­dzi na żywo ktoś zadał pyta­nie o moje życie przed debiu­tem. Nie mam poję­cia, dla­czego mia­łoby to kogo­kol­wiek inte­re­so­wać. Zanie­mó­wi­łem. Na­dal brak mi słów.

Oczy­wi­ście, jak zawsze pro­fe­sjo­nalna Min-Kyung przy­stą­piła do akcji. Zoba­czyła szansę i wyko­rzy­stała ją.

Publicz­ność jadła jej z ręki. Roz­le­gały się ochy, kiedy opo­wia­dała, jak uwiel­bia ze mną pra­co­wać nad seria­lem. Roz­le­gały się achy, kiedy wspo­mniała, jak bar­dzo się cie­szy, że zbli­ży­li­śmy się do sie­bie. A potem dopro­wa­dziła wszyst­kich do pła­czu, opo­wia­da­jąc, jak bar­dzo byłem chory jako dziecko. Jak mój tata nagle zmarł i zosta­wił nas w trud­nej sytu­acji finan­so­wej. Jak przy­je­cha­li­śmy do Korei, bła­ga­jąc jego rodzinę o pomoc, i jak oni się od nas odwró­cili. I jak to prze­zwy­cię­ży­łem, żeby stać się tym, kim jestem dzi­siaj. Bez mojej zgody wyja­wiła całą histo­rię mojego życia z krę­pu­ją­cymi deta­lami.

Min-Kyung dora­stała w zdro­wiu i bogac­twie. Ale taką opo­wie­ścią nie zdo­bywa się popu­lar­no­ści i fanów. Jej nową stra­te­gią jest połą­cze­nie nas i wyko­rzy­sty­wa­nie mojej histo­rii do pod­bi­ja­nia serc fanów. Wize­ru­nek tro­skli­wej dziew­czyny zako­cha­nej w part­ne­rze fil­mo­wym umac­nia jej pozy­cję w tej współ­pracy i naszą przy­szłość. Powi­nie­nem być jej wdzięczny. Powi­nie­nem zachwy­cać się tym, w jak mistrzow­skim stylu sprze­daje nas i nasz serial. Powi­nie­nem robić notatki, bo tego wymaga od nas wytwór­nia fil­mowa.

Tym­cza­sem czuję się chory. Ujaw­niła pry­watne rze­czy, czego nie miała prawa robić, o któ­rych ludzie nawet nie mają prawa wie­dzieć, a ja tam tak sie­dzia­łem i pozwa­la­łem jej wyrzu­cać to z sie­bie.

Do gabi­netu wcho­dzą lekarz z moją mene­dżerką. Ponure spoj­rze­nia na ich twa­rzach mówią mi wszystko, co muszę wie­dzieć. Nie jest dobrze. Cho­lera. Serce bije mi szyb­ciej, jak zawsze, kiedy wiem, że jestem w tara­pa­tach.

- Jin-Suk - zwraca się do mnie lekarz gło­sem, na dźwięk któ­rego od razu się dener­wuję. - Na szczę­ście kostka nie jest zła­mana. To tylko poważne skrę­ce­nie. Nie ma potrzeby ope­ra­cji, ale musi pan ją usztyw­nić i nosić ortezę, i suge­ruję, by odcią­żać kostkę przez mini­mum cztery do sze­ściu tygo­dni, żeby się zago­iła.

Wzdy­cham głę­boko. Nie jest tak źle, jak mogło być, choć, nie będę kła­mał, na­dal boli jak cho­lera.

- Cóż, to pocie­sza­jące, że nie potrze­bu­jesz ope­ra­cji - stwier­dza mama.

- Dok­to­rze, czy może nas pan zosta­wić na chwilę? - prosi Hae-Jin.

Lekarz potwier­dza ski­nie­niem głowy i zamyka za sobą drzwi.

Moja mene­dżerka wypusz­cza powie­trze, a jej noz­drza drgają jak u roz­wście­czo­nego byka. Prze­ły­kam ślinę.

- To tylko jedno z wielu dzi­siej­szych nie­szczę­śli­wych wyda­rzeń - mówi przez zaci­śnięte zęby.

- Dla­czego, co jesz­cze się stało? - pytam.

- Dzwo­nił do nas męż­czy­zna o nazwi­sku Kim Byung-Woo.

Zza ple­ców dobiega mnie wes­tchnie­nie. Oglą­dam się przez ramię i widzę, że mama zakrywa usta dło­nią, a w sze­roko otwar­tych oczach widać szok.

- Mamo? - pytam.

- Kim jest Kim Byung-Woo? - chce wie­dzieć moja sio­stra.

- Jest twoim keu­na­buji6, star­szym bra­tem two­jego ojca - wyja­śnia mama. Nie żywię żad­nych cie­płych uczuć do krew­nych taty. Kiedy zmarł, nale­gali, żeby został pocho­wany w Korei. Więc cała nasza rodzina musiała tutaj przy­le­cieć, mimo że ledwo star­czało nam pie­nię­dzy na czynsz. A kiedy popro­si­li­śmy o pomoc, wspar­cie, dosta­li­śmy figę z makiem.

- Dla­czego dzwo­nił do agen­cji? - pytam. Sły­szę panikę w swoim gło­sie.

- Naj­wy­raź­niej obej­rzał dzi­siej­szy wywiad. Chce wyja­śnić sprawy zwią­zane z tym, co się stało, kiedy zmarł twój ojciec. Jest gotowy udzie­lić wywiadu na wyłącz­ność... za kasę. Sta­cja w pierw­szej kolej­no­ści skon­tak­to­wała się z nami, żeby potwier­dzić jego toż­sa­mość - mówi Hae-Jin.

- Jak może udzie­lać wywiadu, skoro nic o nas nie wie? I chce, żeby mu za to zapła­cono? - trzęsę się i mówię za gło­śno jak na ten mały gabi­net.

Hae-Jin przy­gląda mi się uważ­nie, a potem prze­nosi wzrok na moją mamę.

- O ile się pani zgo­dzi, agen­cja się tym zaj­mie.

Zaj­mie się tym. To wszystko brzmi tak zło­wiesz­czo, a ja się zasta­na­wiam, jak, do dia­bła, zna­la­złem się w tym miej­scu. Moje wła­sne życie stało się tema­tem serialu kore­ań­skiego.

- To nie moja wina. Min-Kyung pod­czas wywiadu prze­ka­zała pry­watne infor­ma­cje doty­czące mojej rodziny. Nie pro­si­łem jej o to. Nawet nie wiem, skąd o tym wie­działa.

Jestem roz­bity. Jestem total­nie roz­bity. Mama kła­dzie rękę na moim ramie­niu i ści­ska je.

- Nikt cię nie wini, Jaco­bie - mówi spo­koj­nie. - Niech agen­cja się tym zaj­mie.

- Prze­dys­ku­to­wa­li­śmy to i uwa­żamy, że naj­le­piej by było, gdy­byś na chwilę znik­nął z cen­trum uwagi. Jesteś kon­tu­zjo­wany, więc to dobry pomysł. Odwo­łamy jutrzej­szą sesję zdję­ciową w Pusan i nagramy finał, bio­rąc pod uwagę twoją nie­dy­spo­zy­cję. Następ­nie wydamy oświad­cze­nie, a ty wraz z rodziną wyje­dziesz na kilka let­nich mie­sięcy, może do Cze­dżu. Sam narze­ka­łeś, że nie widu­jesz plaży. A my zaj­miemy się tym spra­wia­ją­cym kło­poty człon­kiem rodziny.

Hae-Jin to pełna pro­fe­ska. Brzmi jak doradca mafijny. "Zaj­miemy się tym spra­wia­ją­cym kło­poty człon­kiem rodziny". Wyobra­żam ją sobie mówiącą chro­po­wa­tym gło­sem, ledwo otwie­ra­jąc usta, kiedy tak chra­pli­wie szep­cze. Zwi­jam dłoń w pięść i wyrzu­cam ją w górę kilka razy. Nie będziemy się wychy­lać, sze­fowo, mówię w myślach.

Pod­no­szę wzrok, wszyst­kie oczy skie­ro­wane są na mnie. A może powie­dzia­łem to na głos? Ewi­dent­nie widzia­łem o kilka fil­mów gang­ster­skich za dużo.

Moja mama i Jin-Hee chi­cho­czą.

Hae-Jin tylko prze­wraca oczami i potrząsa głową.

- Zadzwo­nię do cie­bie póź­niej, kiedy będę miała wię­cej infor­ma­cji - rzuca przez ramię, wycho­dząc z pomiesz­cze­nia.

- Cóż, kilka tygo­dni luzu nie brzmi źle - stwier­dza mama.

- Szcze­rze powie­dziaw­szy, brzmi dokład­nie jak to, czego potrze­buję - mówię.

- Dokąd powin­ni­śmy poje­chać? Teraz na Cze­dżu będzie pełno ludzi. Ble, dzi­kie tłumy - odzywa się Jin-Hee.

- Nie, nie sądzę, że na Cze­dżu. Myślę też, że nie do Pusan. Wła­ści­wie to mam inny pomysł - oznaj­mia nagle mama. Wyciąga tele­fon, przy­kłada do ucha i odcho­dzi na bok, zosta­wia­jąc nas z Jin-Hee zdez­o­rien­to­wa­nych i wpa­tru­ją­cych się w sie­bie.

Sły­szę dono­śny głos mamy zza drzwi, ale nie mogę zro­zu­mieć, co mówi ani z kim roz­ma­wia.

- Nie­ważne, dokąd poje­dziemy. Super będzie nie mieć fanów cały czas wydzie­ra­ją­cych się za tobą. Fuj - odzywa się Jin-Hee, marsz­cząc nos.

- Hej, nic nie pora­dzę na to, że ludzie mnie kochają - odpo­wia­dam.

- Jesteś obrzy­dliwy.

- Cóż, po dzi­siej­szym dniu pewno mnie znie­na­wi­dzą. Bar­dzo źle wypa­dłem na ekra­nie i, Boże, to wszystko, o czym Min-Kyung mówiła pod­czas wywiadu - prze­su­wam dło­nią po twa­rzy i potrzą­sam głową, z zawsty­dze­niem przy­po­mi­na­jąc sobie pro­gram.

Jin-Hee odwraca swój tele­fon w moją stronę.

- Zobacz, komen­ta­rze nie są takie złe. Więk­szość ludzi po two­jej minie zauwa­żyła, że coś jest nie tak. Są jed­nak bar­dziej zanie­po­ko­jeni niż ziry­to­wani. Co do Min­Jin, to opi­nie na razie są podzie­lone. Nie wszy­scy myślą, że ty i Minky powin­ni­ście być parą poza ekra­nem. Cią­gnie się za nią... repu­ta­cja.

Uno­szę w górę brew, patrząc na moją sio­strę i wyj­mu­jąc jej tele­fon z rąk. Co ona wie o repu­ta­cji Min-Kyung?

- Czy nie mówi­łem ci już, żebyś ni­gdy nie czy­tała komen­ta­rzy?

Mimo to zer­kam na stronę, którą otwo­rzyła, i skro­luję setki uwag doty­czą­cych wywiadu. Nie­któ­rych fascy­nuje to, że możemy być parą w praw­dzi­wym życiu. Mnó­stwo hasz­ta­gów Min­Jin. Inni twier­dzą, że jestem dla niej za dobry z powodu plo­tek na temat jej wcze­śniej­szych związ­ków. Część uważa, że wyglą­da­łem, jak­bym zjadł cytrynę.

- Wiesz, mógł­byś to roz­wią­zać, gdy­byś spo­ty­kał się z kimś innym. Wytwór­nia nie mogłaby cię zmu­sić do rand­ko­wa­nia z Minky, pod warun­kiem że miał­byś dziew­czynę.

- Zero seriali kore­ań­skich i YouTube'a dla cie­bie, zro­zu­miano? Skąd ci to przy­szło do głowy? To nie takie pro­ste. Wytwór­nia ni­gdy się na to nie zgo­dzi. Poza tym, jak miał­bym poznać kogoś, zauro­czyć dziew­czynę, pro­wa­dzić dow­cipną poga­wędkę i eska­lo­wać emo­cje, aż doj­dziemy do kwe­stii zde­fi­nio­wa­nia naszego związku? Nie spo­ty­kam się teraz z mło­dymi kobie­tami.

- Aha, rety, naprawdę jesteś kre­ty­nem, wiesz? Ist­nym roman­ty­kiem - stwier­dza, potrzą­sa­jąc głową i prze­wra­ca­jąc oczami. - Praw­dziwe życie to nie są kore­ań­skie seriale, oppa. Po pro­stu znajdź dziew­czynę, która ci się podoba, i zaproś ją na randkę.

- Taa, tak po pro­stu - jakby to było takie łatwe.

- Cóż, mógł­byś przy­naj­mniej spra­wiać wra­że­nie, że jesteś zain­te­re­so­wany innymi laskami, żeby nie mogli cię zmu­sić do rand­ko­wa­nia z Minky. Mówię serio, oppa, po pro­stu się pod­kła­dasz i pozwa­lasz, żeby cię uniesz­czę­śli­wiali. Oni kon­tro­lują nawet wszyst­kie konta, na które się logu­jesz. To prak­tycz­nie zapro­sze­nie do tego, żeby mogli opo­wia­dać o tobie w sieci, co tylko chcą.

Pocie­ram twarz obiema dłońmi, sta­ra­jąc się wyma­zać tę roz­mowę. Kostka mi pul­suje i mam ochotę na hot­teok7. Nie inte­re­suje mnie to, że wytwór­nia kon­tro­luje moje konta w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. I tak prze­cież sam nie mam co tam zamiesz­czać. Nawet nie mam przy­ja­ciół. Prawda odbija się echem w zaka­mar­kach mojego serca, przy­po­mi­na­jąc mi, jak bar­dzo jestem samotny.

Mama wraca do gabi­netu z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy i koń­czy roz­mowę.

- Ja też jestem pod­eks­cy­to­wana. Tyle czasu minęło. Już nie możemy się docze­kać.

Gapię się na nią, zasta­na­wia­jąc się, co pla­nuje. Cze­kam, aż poże­gna się z tym kimś na linii.

- Otóż mam bar­dzo dobre wia­do­mo­ści - oświad­cza, przy­tu­la­jąc tele­fon do klatki pier­sio­wej. Oczy jej błysz­czą, a zawsze widoczne zmarszczki na jej twa­rzy wydają się pro­sto­wać. - Pakuj­cie bagaże, dzie­ciaki. Jedziemy do kra­iny słońca, sur­fingu, ryb­nych tacos i dobrych sta­rych przy­ja­ciół.

Nie.

- Omój­bo­sze, jedziemy do San Diego? - pisz­czy z eks­cy­ta­cji Jin-Hee.

- Tak! Wyru­szamy jutro, zaraz po nakrę­ce­niu finału - krzy­czy mama. - Wszystko dla nas przy­go­to­wa­łam.

- Ale jak? - pytam. Prze­cież wytwór­nia ni­gdy nie zgo­dzi się na naszą podróż do Ame­ryki.

- Nie bój nic. Mar­twili się, że może nie mógł­byś lecieć z kon­tu­zją, ale kupimy miej­sca w kla­sie biz­nes - mówi mama.

Mamy zaosz­czę­dzo­nych tro­chę pie­nię­dzy. Ale zawsze czuję się nie­kom­for­towo, kiedy wyda­jemy je lek­ko­myśl­nie.

- Mamo, nie sądzę, że to jest dobry pomysł.

- Cóż, oszczę­dzimy na całej resz­cie, ponie­waż - klasz­cze w dło­nie - zatrzy­mamy się u rodziny Cho - jej głos wznosi się w górę z zachwytu.

Zamie­ram.

Dokład­nie to, czego się oba­wia­łem.

Han­nah.

Gar­dło ści­ska mi mie­sza­nina smutku, zmar­twie­nia, żalu i... zło­ści.

Minęły już trzy lata. Zawsze zasta­na­wia­łem się, czy kie­dyś ją jesz­cze zoba­czę i jak będzie wyglą­dało to spo­tka­nie.

Bru­tal­nie. Krwawa łaź­nia, ot co.

Przez krótką chwilę zasta­na­wiam się, co jest gor­sze: zosta­nie w Korei i przy­mus uda­wa­nia uczuć do kogoś, kogo nie mogę znieść? Czy powrót do domu i sta­wie­nie czoła oso­bie, na któ­rej naj­bar­dziej mi zale­żało, ale którą zosta­wi­łem?

To tyle, jeśli cho­dzi o czas wolny.

Kamery i wytwór­nia może nie będą mnie prze­śla­do­wać, ale moja prze­szłość już tak.

Rozdział trzeci

Han­nah

Mama krzą­tała się cały tydzień, przy­go­to­wu­jąc miej­sce dla naszych gości. Ja też je przy­go­to­wuję... ście­ląc łóżko w pokoju gościn­nym, upy­cha­jąc opa­ko­wa­nia po cukier­kach, śmieci i brudne skar­petki. Jacob i ja wyro­śli­śmy na porząd­nic­kich, więc bała­gan w prze­strzeni, którą ma zająć, spra­wia mi dużą frajdę.

Kiedy wczo­raj moja mama skoń­czyła roz­mowę przez tele­fon z panią Kim, jej twarz jesz­cze bar­dziej się roz­świe­tliła. Co prze­ło­żyło się na to, że mój fata­lizm znacz­nie wzrósł. Jacob miał jakiś wypa­dek w pracy, pew­nie nie­szczę­sny pryszcz na nosie albo coś. Mia­łam nadzieję, że z tego powodu nie przy­je­dzie. Jed­nak ewi­dent­nie wyjadą wcze­śniej, a nie póź­niej. Będą tu jesz­cze dzi­siaj.

Moje serce grozi, że z pręd­ko­ścią Usa­ina Bolta wyrwie się z piersi. Ale upo­mi­nam je, żeby nawet nie uda­wało, że mu zależy.

Ponie­waż. Mnie. Nie. Zależy. Na. Jaco­bie.

Będę zajęta. Mam swój staż, kurs ratow­nic­twa i inne ważne sprawy do zała­twie­nia. Muszę odzy­skać Nate'a, a to wymaga peł­nej kon­cen­tra­cji. Nie będzie mnie w domu wystar­cza­jąco dużo, żeby spo­ty­kać się z Jaco­bem.

Co nie zna­czy, że nie mogę na swój spo­sób tro­chę uprzy­krzyć mu pobytu.

W naszym domu są w tej chwili dwa wolne pokoje - była sypial­nia mojej sio­stry i mój dawny pokój zabaw, nazy­wany teraz poko­jem gościn­nym. Sąsia­duje z moim, ale daje wię­cej moż­li­wo­ści dywer­syj­nych. Przy­dzie­li­łam go Jaco­bowi i przy­go­to­wa­łam na przy­ję­cie intruza. Na samą myśl o nim w maleń­kim dzie­cię­cym łóżeczku i w za krót­kiej pościeli - geniusz zła we mnie aż recho­cze.

Spo­glą­dam na zegar. Trzy­na­sta trzy­dzie­ści - już powinni być. Ostat­nia rzecz. Wkła­dam banana do ust, a skórkę cho­wam pod łóż­kiem. Mrówki są bez­względne pod­czas cie­plej­szych mie­sięcy. Przy­wi­tajmy je z hono­rami. Roz­glą­dam się po raz ostatni. Dosko­nale.

Pędzę do swo­jego pokoju i zamy­kam się. Włą­czam ścieżkę dźwię­kową do Hamil­tona i tak pod­krę­cam dźwięk, by zagłu­szyć wszystko za drzwiami. Chwy­tam pilota i włą­czam także tele­wi­zor. Usta­wiam pro­gram na Food Network, a odgłosy wyda­wane przez gospo­dy­nię The Pio­neer Woman, która przy­go­to­wuje kolejne jed­no­garn­kowe danie, dodat­kowo wzma­gają hałas. Wresz­cie sia­dam na łóżku i cze­kam.

Zagłu­szam otwie­ra­nie i zamy­ka­nie drzwi wej­ścio­wych. Zagłu­szam komu­ni­kat mamy, że są w domu. Zagłu­szam prze­pro­siny, które kie­ruje do naszych gości za moje zacho­wa­nie. Zagłu­szam jej kolejne woła­nie z dołu. Zagłu­szam jej kroki, gdy wcho­dzi na pię­tro i do mojego pokoju. I zagłu­szam puka­nie do moich drzwi.

To, czego nie mogę zagłu­szyć, to jej twarz w mojej sypialni i bar­dzo ziry­to­wana mina, która na niej wid­nieje.

- Han­nah, nie sły­sza­łaś, że cię wołam? - pyta.

- Hę?

Duet Lin-Manuel Miranda, który pró­buje coś zro­bić, i Ree Drum­mond, która źle wypo­wiada nazwę każ­dego uży­wa­nego przez sie­bie skład­nika, huczy na pełny regu­la­tor, ale mojej mamy to nie inte­re­suje. Nawet nie pod­nosi głosu ani nie ści­sza odbior­nika. Mówi z auto­ry­te­tem kogoś, kto spo­dziewa się wysłu­cha­nia, i tak się składa, że w całym zgiełku każde jej słowo jest sły­szalne.

- Mamy gości na dole. Nie każ mi ponow­nie pro­sić, żebyś do nas przy­szła - unie­sie­niem per­fek­cyj­nie wymo­de­lo­wa­nej lewej brwi pod­kre­śla swoje sta­no­wi­sko i wycho­dzi z pomiesz­cze­nia. Z mamą nie ma żar­tów, jeśli cho­dzi o gościn­ność.

Wypusz­czam głę­boki, udrę­czony oddech, kulę się w sobie, szu­ram sto­pami po pod­ło­dze, po scho­dach i skrę­cam do kuchni.

Widzę tam trzy na wpół zna­jome twa­rze, które wolno obra­cają się w moją stronę, kiedy wcho­dzę. Jak tor­peda, która lgnie do cie­pła, zdra­dzają mnie oczy, wbi­ja­jące się wyłącz­nie w jedną z nich. Serce zatrzy­muje mi się na sekundę i zapo­mina, że ma bić, gdy zer­kam na mło­dego męż­czy­znę sto­ją­cego w kuchni. Bara­nieję, przy­pa­tru­jąc się Jaco­bowi, naj­lep­szemu przy­ja­cie­lowi z dzie­ciń­stwa, który teraz stoi naprze­ciwko mnie. Znik­nął mały, chudy, cho­ro­wity chło­pa­czek. Jest dużo wyż­szy niż kie­dyś, szer­szy w ramio­nach, ma bar­dziej kan­cia­stą twarz. Jest przy­stojny, przy­stoj­niej­szy, jak sądzę. To zna­czy, jeśli podoba ci się taki typ.

Jest inny. Ale w jakiś spo­sób taki sam.

Tak­suje mnie wzro­kiem. Jasno­brą­zowe oczy, dobroć, która spra­wia, że czu­jesz się, jakby opro­mie­niało cię słońce, gdy tylko spoj­rzy w twoją stronę. Zalewa mnie fala wspo­mnień z prze­szło­ści... mały chło­piec i mała dziew­czynka, śmiech, podra­pane kolana, szepty i obiet­nice. Wspo­mnie­nie zdrady, naj­lep­szy przy­ja­ciel, który nie wróci, strach, para­li­żu­jąca samot­ność.

Spusz­cza oczy, rumieni się, jakby oglą­dał tę samą rolkę naj­waż­niej­szych momen­tów z naszej prze­szło­ści.

Może on też nie chce tu być. Wła­ści­wie to wiem, że nie chce. Powie­dział tak trzy lata temu. Nie chce mnie widzieć tak samo, jak ja nie chcę widzieć jego. Stopy aż mnie swę­dzą, żeby odwró­cić się i uciec.

- Han­nah eon­nie8! - paty­ko­wate ramiona owi­jają się wokół mojej talii, a głowa słod­kiej, mło­dej dziew­czyny ląduje mi na ramie­niu.

- Jak to moż­liwe, że jesteś już taka duża? - pytam Jin-Hee, głos nie drży mi tak, jak się oba­wia­łam. Odsu­wam się i przy­glą­dam się jej twa­rzy. - Jejku, ale ty jesteś śliczna.

Jej słodki uśmiech robi się jesz­cze słod­szy. Twarz dwu­na­sto­let­niej Jin-Hee tak bar­dzo przy­po­mina mi twarz Jacoba w jej wieku, że aż kłuje mnie w sercu. Uśmie­cha się swo­bod­nie, w oczach ma błysk.

- Han­nah-ya9, jaka ty jesteś ładna - mówi, wita­jąc się ze mną, pani Kim.

- Anny­eon­gha­seyo - odpo­wia­dam, lekko się kła­nia­jąc. - Miło panią znowu widzieć, pani Kim - pod­cho­dzę i obej­muję naj­lep­szą przy­ja­ciółkę mojej mamy i zasad­ni­czo moją cio­cię w cza­sach, kiedy dora­sta­łam. Sta­ram się nie rumie­nić w reak­cji na kom­ple­ment. Wszyst­kie kore­ań­skie ciotki mówią mło­dym dziew­czy­nom, że są ładne. Ura­biają je, żeby potem pytać, czy przy­tyły, komen­to­wać, że mają za dłu­gie włosy, i kry­ty­ko­wać inne szcze­góły wyglądu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki