Dziś, jutro wszystko się skończy, i będę musiał odejść, więc
pośpiesznie notuję tę, niepojętą nawet dla mnie, historję, te
nieprawdopodobne a straszliwe dzieje mojego snu...
Czy kto uwierzy, lub wzruszy ramionami a powie: "Szaleniec", jest
mi zupełnie obojętne, bo kiedy ukażą się te kartki, ja będę już
śnił nieprzerwanie to inne, to utęsknione życie... Zaczynam pisać o zmierzchu i muszę skończyć przed północą, nim się
położę, nim sen mnie ogarnie i poniesie do niej po raz ostatni... Rozkwitły migdał bucha przed oknem różanym płomieniem i dziwnie
pachnie; morze bełkoce swój pacierz wieczorny - widzę je przez
poszarpane skały i kępy kolczastych kaktusów, jak drga i mieni się
ogromnym, nieobjętym płaszczem lazuru; białe żagle płoną na
horyzoncie, lecą jak ptaki, giną w łunach zachodu - a sen słodki,
brat cudów, powiewa już nad światem nadzieją urojeń i ciszą
zapomnienia... Ale wróćmy do rzeczywistości. Znam jakiś dom, stojący wśród wiecznie kwitnących jabłoni, a w nim
cudownie piękną kobietę i jej matkę, która ciągle siedzi w ganku i
robi pończochę, i zawsze niemą służbę, i jakąś zakonnicę, błądzącą
po pustych pokojach, i jakichś ludzi, i jakieś sprawy, pełne
grozy... Wracam do nich często, bo kocham ją niewypowiedzianie,
kocham ten dom zagadkowy i to niepojęte dziwne życie, jakie z niemi
wiodę. Kocham ją, ale dotychczas nie znam nawet jej imienia, nie
wiem co to za ludzie, gdyż żyję z nimi tylko w snach... Bywają długie miesiące rozłąki, straszne, nieskończone dni żrącej
tęsknoty, ale przychodzi niespodzianie jakaś noc, i błogosławiony
sen wiedzie mnie zawsze do niej, i przerwane życie wiąże się na
nowo w niepojętą pieśń miłości, lęków i oczekiwań. Poznałem się z niemi przed laty, w kilka tygodni po kolejowej
katastrofie, w której srodze ucierpiałem. Leżałem w szpitalu bardzo ciężko chory. Pamiętam, byłem niby mumja, spowity w zwoje nagipsowanych
bandażów, leżałem całe tygodnie bez ruchu i prawie bez pamięci, ale
co noc śniłem całą katastrofę i co noc na nowo przeżywałem jej
okropności. Dobijały mnie te straszne sny, przychodziły jednak nieubłaganie i,
jak wampiry, wysysały ze mnie resztki sił i świadomości, że wkońcu
już się nie broniłem przed niemi, a nawet z jakąś dziką, bolesną
rozkoszą oczekiwałem, aby mnie powlokły na mękę... I chociaż znałem już najdrobniejsze szczegóły wypadku, gdyż
powtarzały się automatycznie, bałem się jednak coraz bardziej... Ledwiem zasypiał, często jeszcze napół przytomny, a już leciałem
na stację, przeciskałem się w tłoku, szukałem w wagonach miejsca,
siadałem zawsze przy oknie i zawsze ustępowałem jakimś paniom,
których twarzy nie pamiętam, pociąg ruszał, stawałem w korytarzu i
tak samo, zawsze, był upał i słońce świeciło mi w oczy, i tak samo,
patrzyłem w okno, na uciekające wtył domy, rozkołysane zboża, wody
lśniące, przydrożne drzewa, stada bydła, rzędy słupów
telegraficznych - a wszystko uciekało w pośpiechu, jakby pochylone
w trwodze, od pociągu, który rwał naprzód nieustannie i całą siłą
pary przelatywał z krzykiem jakieś puste stacyjki, huczał na
mostach, niekiedy gwizdał przeraźliwie, niekiedy, ciężko dysząc,
piął się pod górę, to znowu spadał jak burza, toczył się, wił,
leciał i grzmiał, omotany w kłęby czarnych dymów, porwany dziką
siłą lotu, rozprężony potęgą maszyn, żelaza i ognia, potworny i
wspaniały zarazem, jak szalejący huragan... W przedziale rozmawiano o wystawie paryskiej, przysiadłem zaraz
przy drzwiach i zapaliłem papierosa, gdy naraz rozległ się straszny
huk... pociąg się zatargał gwałtownie i runął w coś całą siłą...
wagon podskoczył i spiął się, jak koń... padłem na ziemię, a gdym
się zerwał, nieszczęście już się stawało, już ściany szły na
siebie... podłoga się zapadała... dach pękał i walił się na
głowy... szkło sypało się gradem... już się wszystko łamało z
dzikim krzykiem chaosu, pękało w zgrzytach, w niesłychanym
tumulcie... kurz przysłaniał... zawyło w piersiach przerażenie...
waliły się ściany... przelatywały walizy... ławki, podruzgotane
drzwi, szmaty blach, strzępy żelaza, płaszcze rozwianych włosów...
huragan nas porwał i skłębił w jakimś wirze piekielnym, szalonym,
niepojętym i niepowstrzymanym, a w półmrokach, w kłębie szczątków
zamajaczyły na mgnienie jakieś oczy straszne, zerwały się ryki
nieludzkie, wionęły jakieś głowy, prysnęły strugi krwi, błądziły
jakieś ręce... - Śmierć, zaraz umrę! - pomyślałem jasno, przytomnie i jeszcze bez
trwogi, ale nagle coś mnie wyrwało z miejsca i jednocześnie pazury
strachu wpiły mi się w mózg, poczułem, że spadam, że rozbijam się,
że drżę jak szmata, że umieram... Piorun wolniej spada, niźli ja leciałem w jakąś głąb straszną, ale
nim zdołałem o tem wiedzieć, już padłem stratowany i podarty, niby
kawał głupiego żelaza... I tak się powtarzało wiele, wiele nocy. Nie pomogły żadne środki, sen wciąż powracał nieubłaganie jednaki,
a tak podobno zawsze krzyczałem, błagając ratunku, że budziła mnie
zakonnica i już do rana czuwała nade mną, szepcąc święte,
miłosierne pacierze. Aż jednej nocy, kiedym się już wydobywał z rozbitego pociągu, sam
połamany, oblany krwią i śmiertelnie zmęczony, pomyślałem zupełnie
przytomnie i jasno: - To mnie zabija, muszę uciekać! Rozpacz mnie ogarnęła i poniosło szaleństwo, wydzierałem się z
pośród złomów i trupów, deptałem rannych, łamałem przeszkody, nie
zważając już na nic, bo chciałem uciekać, uciekać z tego piekła,
uciekać gdzie bądź, gdzie oczy poniosą... I wyrwałem się, ale za mną pogonił huragan jęków i płaczów,
przerażający chór ofiar, krzyki konających i błagania rannych... Leciałem jak wicher, i zdało mi się, że wraz ze mną uciekają
zabici i ranni, że lecą przestraszone wagony, że pędzą drzewa i
domy, że wszystko, cały świat, ucieka w śmiertelnej trwodze i
przerażeniu... Nie wiem kiedy znalazłem się w jakimś sadzie, leżałem na trawie,
jabłonie kwitnęły nade mną, słońce świeciło przez kwiaty, brzęczały
pszczoły, i poczułem się tak strasznie znużony, chory i smutny, że
zacząłem płakać... Jakaś siwa, wyniosła pani wyszła z domu, który stał wśród drzew,
szła ku mnie długą aleją bzów kwitnących, a za nią, jak cień,
sunęła moja zakonnica ze szpitala. Patrzyłem na nią z przerażeniem, chciałem uciekać, ale siwa pani
skinęła na mnie i coś mówiła, czego nie mogłem zrozumieć. Zakonnica
zajrzała mi w twarz i rzekła cicho: - Przyślę księdza... musisz się wyspowiadać... już czas... Musiałem zasnąć na chwilę, bo kiedym znowu otworzył oczy, siwa
pani siedziała przy mnie, a obok była jakaś młoda, cudownie piękna
kobieta. - Nie umieram jeszcze i nie chcę księdza! - zawołałem do
zakonnicy, która chodziła pod jabłoniami, brzęcząc różańcem, ale
jednocześnie zobaczyłem na trawie pokrwawione szmaty, chirurgiczne
narzędzia i stosy porozwijanych bandaży. - Nie! Nie! Zdrowy jestem! - krzyczałem w trwodze i czułem, że
jakieś ręce mnie opasują nieskończonemi zwojami, a cudna pani
skrapia mi twarz chloroformem i nachyla się coraz bliżej... Jeszcze dzisiaj czuję ten obmierzły zapach i jej oczy, wpatrujące
się we mnie coraz bliżej, a tak dziwnie, tak słodko, tak
niepojęcie... A jakby później, znalazłem się na ganku domu, leżałem w łóżku,
siwa pani robiła na drutach pończochę, i ona siedziała przy mnie i
czytała szczegóły rozbicia pociągu. - O tobie czytam, wiesz? - Tak, to o mnie! Ale dlaczego mówi mi "ty?" - myślałem zdziwiony. Uśmiechnęła się, jakby odgadła moją myśl. - Znam cię dawno, dawno, nie pamiętasz? - Nie. Mnie się tylko śni co noc rozbicie pociągu. Prosiłem już
doktorów, żeby mnie wyleczyli, bo to straszne tak się męczyć!... - Już nie będziesz śnił o tem, wyleczę cię. Nachyliła się nade mną. Zapamiętałem ją na wieki: oczy miało szarobłękitne, ogromne,
lśniące, jak wody w słońcu; czarne, królewskie łuki brwi opinały
jej białe czoło; puszyste, ciemne włosy dotykały mojej twarzy, a
usta przedziwne, ruchome, kręte, jakby dwa krwawe, sprężone węże,
drgały ustawicznie. Patrzyłem na nią z zachwytem, czułem się
strasznie szczęśliwy. - Wyzdrowiejesz, złe sny już nie powrócą - szepnęła i położyła mi
miękką, pachnącą dłoń na czole; czułem, iż to kwitnąca gałąź
jabłoni przysłoniła mi świat i tak upajała zapachem, że zapadłem
się w jakąś błogosławioną, słodką niepamięć. Obudziłem się o
świtaniu. Szpital był jeszcze cichy, tylko w sąsiednim pokoju
jęczał niekiedy jakiś chory; znużona zakonnica drzemała pod oknem,
z przechylonej głowy kornet zsunął się nieco wtył i z pod białych
skrzydeł występowała wyraziście jej twarz. - To jest tamta zakonnica ze snu - myślałem zdumiony, ale nie
śmiałem jej budzić i dopiero rano opowiedziałem o śnie. Słuchała z
przejęciem, pobladła nawet i, mierząc mi temperaturę drżącemi
rękoma, wyrzekła cicho. - Śnił się panu ciężki grzech... Niech pan stara się nie myśleć o
tych pokusach... Pytała potem o adresy mojej rodziny i wyszła prędzej niźli
zazwyczaj, a wkrótce zjawił się nasz kapelan i zaczął mnie zwolna,
ostrożnie namawiać do spowiedzi... - Nie umieram jeszcze, nie chcę! - powiedziałem mu twardo. Tłumaczył, że właśnie dla prędszego wyzdrowienia powinienem
pojednać się z Bogiem. Nie dałem się, ale zatrwożyła mnie jego wizyta i zdenerwowała. Już
cały ten dzień czułem się bardzo źle, byłem strasznie rozdrażniony,
wszystko mnie denerwowało, płakałem bez przyczyny, kłóciłem się z
doktorami, wybuchałem z lada powodu, a zakonnica doprowadziła mnie
do wściekłości, bo mi powiedziała z przekąsem: - Gorzej się pan czuje, ale kto nie wierzy w Boga, nie może już
liczyć na Jego miłosierdzie... - Wyzdrowieję i bez spowiedzi, zobaczy siostra! Spojrzała na mnie z politowaniem. - Czuję się tak świetnie, że już dzisiaj nie będę miał tych
snów... - Tak... zły panu obiecał - potakiwała smutnie głową... - Wierzę mu, gdyż on jeden nie opuszcza nieszczęśliwych. Długo, na złość jej wysławiałem szatana i jego dobroć, aż
wzburzona uciekła i powróciła z porcją bromu. Wyrzuciłem za łóżko,
a kiedy noc nadeszła, zacząłem udawać sennego, aby się prędzej
pozbyć ludzi; chciałem pozostać sam i w ciszy oczekiwać snu i
marzyć o niej... Próbowałem nawet wyprawić zakonnicę, ale się
oparła. - Pozostanę, może się panu zrobić jeszcze gorzej... Gwałtownie chciałem ją zmusić do ucieczki. - Niech siostra modli się za mnie, a ja będę marzył o tamtej
cudnej, o jej purpurowych ustach, głodnych rozkoszy... Milczała, odwracając głowę. - Już śnię... idę do niej... czeka mnie z utęsknieniem... woła z
miłością... jej usta pachną, jak dymy kadzielnic... ogarnę ją
sobą... spalę pocałunkami, oplączę takim miłosnym uściskiem, że mi
zwiśnie w ramionach i odda stokrotnie całunki, odda uściski, odda
mi się cała ze straszną, świętą rozkoszą... odda mi się na szał... Milczała wciąż, ale widziałem, że drży wzburzona. Nagle padła na kolana i zaczęła się głośno modlić, a ciężkie,
wielkie łzy posypały się z jej wyblakłych oczu. Zrobiło mi się strasznie głupio, przepraszałem ją serdecznie, ale
nic nie odpowiedziała, i wkrótce zasnąłem. Nie śniłem już tej nocy o katastrofie, nie śniłem o niczem, spałem
jak kamień i obudziłem się bardzo późno, niesłychanie rzeźwy i
spokojny. Powiedziałem zaraz do niej: - A widzi siostra, nic mi się już nie przyśniło, wyzdrowieję! - Bo wszystkie siostry modliły się za pana całą noc w kaplicy. Zmiażdżyła mnie swoją wiarą i dobrocią. Przeszło kilka miesięcy, zrosłem się już zupełnie, zaczynałem
chodzić o kiju, czułem się coraz lepiej, i ani razu nie przyśniła
mi się katastrofa, o tamtym zaś śnie zapomniałem, jak o tylu
innych. Wyjechałem później na Południe i tam, zaraz pierwszej nocy,
wróciłem do sennego kraju. Znalazłem się znowu tam, w tym czarownym sadzie, pełnym kwitnących
jabłoni, śpiewu ptaków, zieleni, słońca i upajającej wiosny.
Przychodziłem z uczuciem wdzięczności za wyzdrowienie. Siwa pani siedziała w ganku, robiła pończochę, pocałowała mnie w
głowę i rzekła, wskazując gdzieś za mnie: - Ona czuwała nad panem. Odwróciłem się, cudna stała za mną na stopniach ganku,
uśmiechnięta, cała w bieli, w zebranej w dłonie sukni miała pełno
kwiatów: - Wróciłeś, musiałeś powrócić. Nie pamiętam, co mówiłem, ale pamiętam, że byłem oczarowany jej
pięknością i że serce biło mi gwałtownie. - Zostań u nas, dzisiaj mój ślub. Patrzyłem wciąż na nią, ogarnęła mnie niewypowiedziana radość,
czułem, że ją kocham. - Dzisiaj mój ślub - powtórzyła ciszej i weszła do domu. Poszedłem
za nią przez szereg pustych pokojów. Okna były otwarte, zboża
kołysały się na polach, służba wymijała nas z pośpiechem i
milcząco; jacyś ludzie szeptali po kątach, a ona odwracała się
niekiedy do mnie i powtarzała z naciskiem: - Mój drogi człowieku! Mój jedyny człowieku! Rwałem się do niej oszalały, chciałem ją ująć, już wyciągałem
ramiona, już byłem przy niej, gdy zastąpiła mi drogę zakonnica, ta
moja, ze szpitala, i zakrzyczała groźnie: - Grzech! ona ślubuje Bogu! Odepchnęła mnie szorstko, wygrażając pięściami. Pozostałem naraz sam, śmiertelnie smutny i zrozpaczony; gdzieś,
jakby w drugim pokoju, huczały organy, i wznosiły się uroczyste
śpiewy, a w okno zaglądał nasz kapelan i mówił cicho: - Wyspowiadaj się, to może wyzdrowiejesz. Skoczyłem do niego, ale gdzieś zniknął, i w jego miejscu stali
doktorzy w białych, pokrwawionych fartuchach, spoglądali na mnie
posępnie i szeptali coś tajemniczo: Uciekłem przed nimi do ogrodu, padłem pod jabłoniami i, wzywając
ją najczulszemi słowy, płakałem z tęsknoty. Zjawiła się przy mnie, rozpuszczone włosy ciągnęły się za nią
długim, czarnym płaszczem, ujęła moją głowę w dłonie i, patrząc mi
w oczy, mówiła smutnie, przez łzy: - Przyjdź później, wiesz, już potem... przyjdź... Zakonnica okryła ją długim, białym welonem i powiodła w głąb
ogrodu, a kiedy chciałem iść za nią, już jej nigdzie nie było;
szukałem jej pod jabłoniami, szukałem w pustych ogrodach, szukałem
długo i napróżno, i daremnie wołałem, daremnie; tylko siwa postać,
siedząca w ganku, powiedziała cicho: - Ona cię zawoła. Czekaj cierpliwie, wiesz, potem... Obudziłem się z szaloną tęsknotą w duszy. To był tylko sen, wiedziałem o tem, ale nigdy rzeczywistość nie
pojmała mnie w taką ciężką niewolę, jak to senne widziadło, nigdy
nie tęskniłem tak strasznie za żadną żywą kobietą, nigdy... Ale życie ujęło mnie w swoje nieubłagane pazury, i zwolna
zapomniałem o niej, a reszty dokonał tak zwany, zimny rozsądek. Przeszło coś ze dwa lata, byłem już zupełnie zdrowy, gdy pewnej
nocy znowu mi się przyśniła. Była jakaś noc ciężka i upalna, chodziłem po jakimś pokoju,
błyskawice wiły się po ciemnem niebie, pioruny trzaskały w jakieś
drzewa, buchające słupami ognia... Czytałem depeszę od niej:
wzywała mnie, abym natychmiast przyjeżdżał. Pamiętam, jak się
śpieszyłem, jak mi wszystko leciało z rąk, że opóźniałem się na
pociągi, jak wtedy przed katastrofą, jak później przejeżdżałem
przez miasta nieznane, jakieś obce kraje, a ciągle z dręczącem
uczuciem niepokoju, że czeka na mnie, że mnie woła! Stałem w
korytarzu, jak wtedy, i jak wtedy słońce świeciło mi w twarz, a
przed oczyma przelatywały pola i lasy, a ktoś za mną mówił: - On zginął w kolejowej katastrofie! Wszyscy patrzyli na mnie, poznałem ich, byli ci sami, co wtedy. I te panie, które wtedy zginęły na miejscu, i ci, którzy później
pomarli z ran, wszyscy... - Jemu się śni dziwna historja. Dziwna - mówili, patrząc wciąż na
mnie. Usiadłem na dawnem miejscu, zapaliłem papierosa i powiedziałem z
radością: - Pociąg się rozbije, a wy zginiecie! Powstał krzyk, zaczęli uciekać, tłoczyć się i przewracać, a ja
wyskoczyłem z pociągu i, jak ptak, leciałem nad polami, unosiłem
się lekko i radośnie, z poczuciem niezmiernej siły, aż zobaczyłem
tamten dom i opadłem na ziemię. Jabłonie kwitnęły, jak zawsze, i w
ganku siedziała siwa pani z pończochą w ręku. - Czeka na pana, tęskni... - mówiła surowo. Trwoga mnie poniosła, i tęsknota, leciałem przez puste pokoje,
szukałem jej wszędzie, jacyś ludzie stali pod ścianami - błagałem,
aby mi wskazali, gdzie ona jest, nie odpowiedzieli, patrząc na mnie
posępnie i groźnie, biłem się wśród tych niemych ludzi oszalały z
rozpaczy, gdy naraz otworzyły się drzwi jakiegoś pokoju, i
zobaczyłem ją leżącą pod przejrzystą, czarną zasłoną, jakby w
łóżku, czy też na niskim ołtarzu, bo kwiaty stały dokoła i wielkie
zapalone świece. Przejęła mnie trwożna cześć, ukląkłem jakby przy świętej,
uśmiechnęła się do mnie, uniosła głowę i chciała przemówić, już
rozchyliła usta i oczy napełniły się słodyczą, ale zakonnica
położyła palec na ustach, wskazując oczyma Chrystusa, wiszącego
przed ołtarzem, otaczał go tłum białych mniszek, trzymających
żółte, ogromne świece... Cofnąłem się przerażony, straszny żal mną zatargał i łamał w
bezsilnej męce, gdy ona uniosła się nieco i powiedziała: - Czekałam na ciebie... Kocham cię... Rzuciłem się do niej, ale wszystko przemieniło się nagle: byłem w
jakiejś wysokiej, ciemnej kaplicy, mniszki wychodziły ze ściany,
szły całą procesją, okrążały ołtarz, na którym leżała, szły długim
nieskończonym rzędem, a każda pochylała się nad nią i mówiła
twardo, jakby uderzając kamieniem: - Grzech! I każda zamierzała się na nią świecą i darła z niej zasłonę, że
leżała naga, trupio blada, przerażona i wyciągała do mnie ręce i
coś wołała... Nie mogłem jej bronić, czułem się jakby sparaliżowany
i wrosły w ziemię, nie mogłem nawet głosu wydobyć, szamotałem się
bezsilnie, męczyłem strasznie, umierałem prawie.... Obudziłem się, oblany zimnym potem i śmiertelnie zmęczony, ale od
tej nocy wróciła znowu moja dawna, szalona miłość... Kochałem ją, tęskniłem do niej i szukałem jej po całym świecie. Ale nie było jej na ziemi, a w snach się nie zjawiała. Całe miesiące, co noc kładłem się z nadzieją, zasypiałem z
tęsknotą i marzeniem, a budziłem się z rozpaczą. Pomyślcie, co musiałem wycierpieć! Wreszcie zacząłem używać różnych sposobów: paliłem haszysz,
zażywałem opjum, wstrzykiwałem sobie morfinę, a wkońcu piłem,
zapijając się na śmierć w nadziei, że może w takich pijackich,
ciężkich snach prędzej mi się zjawi. Jakoż przyszła. Siedziałem w jakimś szynku, byłem już prawie nieprzytomny,
drzemałem, gdy naraz stanęła przy mnie, szepcąc mi do ucha: - Chodź ze mną. Zdawało mi się, że wstałem i poszedłem. - Wiesz, nie mogłam, ale jak on umrze... - Kto? - Mój mąż. Pamiętasz, byłeś przecież na ślubie. Wydała mi się jakaś straszna, była blada i w łachmanach, krwawe
usta zdały się raną niezagojoną, oczy świeciły groźnie i dziko,
bałem się jej, chciałem uciekać, ale mnie wzięła mocno za rękę i
szliśmy, przepychając się wśród ciżby. Gospodarz szynku wołał coś
na mnie, a pijani kamraci zastępowali drogę - odtrąciła wszystkich.
Przeszliśmy jakiemiś ulicami, wśród niesłychanej wrzawy tłumów i
przelatujących powozową i naraz, jakby w kinematografie,
siedzieliśmy już w gęstym mrocznym lesie; przez szare, wyniosłe
pnie świerków widać było polanę, zalaną słońcem, potok szumiał
gdzieś blisko, granatowe szczyty gór wynosiły się nad lasem.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.