Sen smoka - Dawid Rudziński

Reflow text when sidebars are open.
Dawid Rudziński
Sen smoka
? Copyright by Wydawnictwo Poligraf, 2013
? Copyright by Dawid Rudziński
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment nie może być publikowany ani reprodukowany bez pisemnej zgody wydawcy.
Projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek, Magdalena Muszyńska
Ilustracja na okładce: Dusan Kostic ? Fotolia
Korekta: Klaudia Dróżdż, Urszula Włodarska, Monika Wójtowicz
Skład: Wojciech Ławski
Konwersja do EPUB/MOBI - InkPad
Książka wydana w Systemie Wydawniczym Fortunet?www.fortunet.eu
ISBN: 978-83-63506-46-9
Wydawnictwo Poligraf
ul. Młyńska 38
55-093 Brzezia Łąka
tel./fax (71) 344-56-35
www.WydawnictwoPoligraf.pl
Od czego zacząć?Od przeszłości. I na niej skończyć.Wymazać wszystko i zacząć od nowa.
"Księga Smoczych Zniewag", autor nieznany
Mury z białego kamienia lśniły w popołudniowym słońcu. Po porannej ulewie powietrze było rześkie, przesycone zapachem kwiatów, traw oraz smrodem armii przygotowującej się do oblężenia miasta.
Na szerokich murach miasta ustawieni byli żołnierze w różnobarwnych zbrojach. Każdy z kolorów odpowiadał ich przynależności do swojego rodu. Od strony Masywu Andargal dominował kolor złoty, niebieski i czerwony. Po prawej, od rzeki Ovardy, mieniły się zbroje czarne i zielone. Środek muru rozcinała masywna brama z czarnego hebanowego drewna. Żelazne okucia dodawały jej surowości, a wyryte w drewnie ornamenty wydawały się odstraszać każdego, kto zechciałby wejść na dziedziniec Złotej Promenady.
Wnętrze warowni sprawiało jednak zupełnie inne wrażenie. Mury napawały oko radością, a wszechobecna roślinność krzyczała życiem. Gęsty, zielony bluszcz otulał biały kamień oraz niemal wszystkie drzewa, które barwiły się przeróżnymi kolorami i wabiły zapachami. Ptaki wijące swe gniazda w koronach drzew dawały przepiękne koncerty od rana aż do wieczora. Dywan kwiatów rozpościerał się na całej szerokości dziedzińca z wyjątkiem ścieżki, która prowadziła na przestronny plac, za którym stała Katedra. Ogromna konstrukcja drapała niebo strzelistymi wieżami, które jarzyły się, jakby oblane były czystym złotem. Wykute z czarnego kamienia dwa strażnicze posągi w kształcie smoków ustawiono po obu stronach hebanowej bramy.
Na blankach nieśmiało łopotały sztandary, lecz nasiąknięte deszczówką uderzały jedynie o drzewce. Gdyby jednak któryś z nich w pełni się rozwinął, można byłoby dostrzec sześć pazurów, każdy w innym kolorze, na purpurowym tle.
Choć zaczynało się lato, na niewielu twarzach gościła radość. Obrońcy Złotej Promenady siedzieli w milczeniu, ze spuszczonymi głowami, pogrążeni we własnych myślach – tak jedli i spali od trzech dni. Smocza Rada zamknęła się w Katedrze dwa dni temu, po wydaniu jedynego rozkazu Podniebnym Legionom stacjonującym w mieście – bronić się do ostatniego żywego. Jednak żaden żołnierz nie miał za złe Smoczej Radzie, że ta nie będzie brała bezpośredniego udziału w oblężeniu. Miała ona bowiem ważniejszą rzecz do przygotowania: bronić Bramy Półmartwych, artefaktu, który w każdej chwili pozwalał smoczej duszy wrócić do świata, jeżeli cielesna powłoka przestała być użyteczna lub gdy smok zginął. Tak zapewniano sobie nieśmiertelność. Aż do tego lata.
Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, a na murach i placu rozpalono pierwsze ognie, wrota Katedry lekko się uchyliły. Ze środka wyszły dwie ludzkie postacie ze złożonymi skrzydłami, ciągnąc za sobą gadzie ogony.
Kobieta ubrana była w niebieską kolczugę, w którą wtopiono szafiry. Talię przepasywał jej czarny, szeroki pas, do którego przypięła krótki miecz. Grzywka, nienaturalnie równo przycięta, opadała na twarz, zasłaniając niebieskie oczy, a na obu końcach czoła wpięte miała spinki w kształcie złotych jaszczurek.
Mężczyzna przywdział czerwony pancerz. Purpurowy płaszcz, na którym wyszyty był czerwony pazur, luźno opadał do samej ziemi. Głowę zdobił mu cieniutki diadem z ognistym opalem na środku, który jego ogolonej, pociągłej twarzy dodawał szlachetnych rysów.
Głowy czerwonego i niebieskiego rodu stały w milczeniu, spoglądając na Podniebne Legiony kłębiące się na dziedzińcu. Żaden z żołnierzy, nawet jeśli ich zauważył, nie poświęcił im cienia uwagi. Smocza Rada, wbrew swojej najwyższej pozycji, nie przepadała za rozgłosem ani zbytnią popularnością wśród tłumów, co mogłoby skutkować rozpoznaniem. Kierowali się własnymi prawami i zwyczajami, których żaden smok nie mógł kwestionować - dlatego teraz nikt nawet nie obrócił w ich stronę twarzy, żeby chociaż zasalutować.
Gdy masywne wrota Katedry zamknęły się z cichym pomrukiem, niebieska smoczyca zapytała:
– Myślisz, że próbuje nas zmęczyć?
– Nie sądzę – odparł jej towarzysz. – Ahregvalzara jest, albo może powinienem powiedzieć, że była, jedną z nas. Doskonale wie, że nie niecierpliwimy się tak szybko jak ludzie. A z pewnością się nie boimy.
– Zniszczenie Bramy Półmartwych będzie naszym końcem – westchnęła. – Nie boisz się, że kiedy sforsuje naszą obronę, zniszczy to, co osiągnęliśmy z rasą ludzką? – Odwróciła twarz w jego stronę.
– Jeżeli my upadniemy, nie będzie miało znaczenia, co stanie się z ludźmi.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – prychnęła i skierowała wzrok na zewnętrzne mury, za którymi stała Blada Armia smoczycy.
– Równie dobrze pewnego dnia ludzie mogliby podnieść na nas rękę. Jakie miałoby to wtedy znaczenie?
– Takie, że nie podnieśli, a my toczymy wojnę z jedną z nas – zauważyła kobieta.
– Walczymy z jedną zdrajczynią – uniósł się czerwony smok. – Właściwie walczymy ze smoczycą, która była na tyle głupia, by zawierać układy z Opętanym.
– Naprawdę wierzysz w to, że byłaby do tego zdolna? – Niebieska smoczyca zadrżała.
– Żaden ze smoków nie posiadł takiej potęgi, by nawet próbować podporządkować sobie tak wielką armię, jaką sprowadziła tu Ahregvalzara. Niemożliwe jest złamanie szóstego prawa Wielkich.
– Przecież nie mówię, że złamała jakiekolwiek... – nie dokończyła zdania, gdyż jej myśl przerwał ogłuszający ryk. Z przerażeniem utkwiła wzrok na horyzoncie, gdzie pojawiła się znajoma sylwetka.
Postać, która z dalekiej odległości wydawała się niewielka, otoczona była ludźmi. Ahregvalzarę, mimo ludzkiej postaci, nie sposób było pomylić z nikim innym. Wyraźnie górowała nad wszystkimi, masywny ogon owinął się wokół lewej nogi, a rozłożone skrzydła smoczycy dowodzącej wrogą armią upiornie rozpościerały się na tle czerwonego nieba.
Chociaż białą smoczycę wyrzucono ze Smoczej Rady, ta postanowiła zadrwić z pobratymców, kradnąc atrybut swojej pozycji w smoczej hierarchii. Wykonana z białej stali brosza w kształcie pazura szyderczo błyskała w promieniach zachodzącego słońca. Do bitwy Ahregvalzara włożyła biało-złoty napierśnik z czarnymi inkrustacjami. Biały płaszcz, który zdążył już zszarzeć, smętnie łopotał na letnim wietrzyku. Długi, dwuręczny miecz przytroczyła do brunatnego pasa. Dwa sztylety skrzętnie ukryła pod tkaniną, gdzie przypięte do bioder czekały na swoją okazję, by zasmakować krwi.
Smoczyca jeszcze raz rozpięła skrzydła, uniosła głowę ku niebu, jakby modliła się przed starciem, i wydała z siebie długi, basowy i przeciągły ryk.
Blada Armia, która nie była podatna na zmęczenie, czekając przed murami Złotej Promenady od trzech dni, wreszcie ożyła. Na skowyt swej pani martwi żołnierze odpowiedzieli własnym. Makabryczna kakofonia dźwięków zalała dolinę.
– Jeżeli nie wpadnie w naszą pułapkę – rzekła niebieska smoczyca, przekrzykując hałas – ten świat upadnie.
– Kartalavazaro, moja droga – odpowiedział czerwony smok z ciepłym uśmiechem – pułapki to smocza specjalność. Czyżbyś zapomniała?
Odwrócił się na pięcie, jednocześnie obejmując ręką swoją towarzyszkę. Uderzył w drzwi Katedry. Wrota rozstąpiły się i połowa Smoczej Rady weszła do środka, zostawiając obronę warowni w rękach Podniebnych Legionów.
Złożyła skrzydła i odwróciła się do mężczyzny stojącego za nią.
Gavard był człowiekiem, któremu Ahregvalzara pozostawiła wolną wolę, oczywiście do pewnych granic. Po części był sługą smoczycy z wyboru, a po części ze zniewolenia, które zalewało mu umysł.
Jak zwykle stał w jej cieniu, milczący i przygnębiony. Sprawiał wrażenie wiecznie złamanego, oszukanego i okradzionego ze wszystkiego, co w życiu miał lub kiedykolwiek mógłby mieć. Choć służył Ahregvalzarze od ponad stu czterdziestu lat, nigdy nie myślał o opuszczeniu bądź o zdradzeniu swej pani. Podążał za nią jak okaleczony kundel trzymający się tej jedynej osoby, którą darzy zaufaniem i miłością, chociaż ta na nią nie zasługuje.
Skórzany pas od kilku dni zsuwał mu się z bioder. Gavard wyglądał na zagłodzonego. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz miał jakąkolwiek strawę w ustach, nie pamiętał nawet, kiedy jedzenie sprawiało mu radość.
Zimna stal, z której wykonano jego zbroję, wisiała na nim, jakby był tylko stojakiem na pancerz. Czuł niemal każdą kość swojego ciała. Policzki zapadły się, uwydatniając kości twarzy. Oczy, opuchnięte i rozbiegane, lecz zawsze czujne, spoglądały na świat spod szerokiego czoła. Gavard nienawidził swojego ciała. I nienawidził siebie za to, kim się stał.
Podciągnął od niechcenia pas i podniósł wzrok na smoczycę.
– Wiesz, co robić – powiedziała i z szyderczym uśmiechem odwróciła wzrok.
– Nie mamy drabin ani taranów, a nawet gdybyśmy je mieli, hebanowe bramy nie ugięłyby się pod ich naporem.
– Bądź kreatywny. Wymyśl coś – mówiła, nie odwracając wzroku od swojej armii.
Gavard przyglądał się murom Złotej Promenady bez cienia złudzeń, że uda mu się zachować głowę dzisiejszej nocy. Mimo że Ahregvalzara miała przewagę liczebną nad obrońcami, nie poświęciła uwagi temu, jak wedrze się do warowni. Dla smoczycy mury nie były barierą, lecz dla armii nielotów były one przeszkodą nie do pokonania. Rozkaz sforsowania bram otrzymał Gavard. Otrzymał go przed chwilą, więc czas na namysł dobiegał końca. Miał mętlik w głowie. Przez cały czas sądził, że sama smoczyca pomoże swojemu wojsku w walce. Nie chciał tu być, nie chciał zastępować Ahregvalzary na polu bitwy, ani tym bardziej być odpowiedzialny za ewentualną klęskę natarcia.
Postanowił zaryzykować. I tak nie miał nic do stracenia.
– Żołnierze poczuliby się lepiej, gdyby ich władczyni osobiście ruszyła do bitwy – wydukał.
– Kpisz sobie? – Smoczyca uniosła brwi, nie dowierzając. – To ścierwo nie żyje. Nie zna strachu, odwagi, wierności, ani żadnej innej cechy, którą można przypisać istocie obdarzonej rozumem, a ty mi mówisz, że mam się z nimi bić ramię w ramię? – Splunęła. – Stajesz się z dnia na dzień coraz bardziej bezużyteczny. Roztrzaskasz pierwszą bramę albo będzie dla ciebie lepiej, jeżeli nigdy więcej się nie spotkamy. Hebanowa brama Katedry należy do mnie.
Podczas wszystkich lat służby pod skrzydłami smoczycy Gavard nauczył się wielu rzeczy. Wielu, z których był dumny, i wielu, które chciał zapomnieć. Chwyt był jedną z nielicznych umiejętności, które napawały go dumą, lecz nienawidził się nim posługiwać. Sprawiał mu rozdzierający ból, który zapierał dech w piersiach i pozostawiał go bezbronnego i bezradnego niczym małe pisklę niepotrafiące jeszcze latać.
Ruszył wzdłuż szeregów Bladej Armii, wydając komendy do natarcia na mury. Bezrozumne wojsko ochoczo ruszyło do ataku.
Gavard biegł w pierwszej linii. Nie był z tego powodu zachwycony, lecz wiedział, że w przeciwieństwie do reszty biegnących strzały nie wyrządzą mu żadnej szkody.
Gdy znaleźli się w zasięgu wrogich łuczników, usłyszał rozkaz do wypuszczenia salwy. Przerażający świst na chwilę zagłuszył łoskot biegnącej armii. Chociaż w jego żyłach nie płynęła smocza krew, białe, eteryczne skrzydło rozwinęło się tuż przed Gavardem, chroniąc go przed śmiercionośnymi strzałami. Za plecami słyszał, jak z przeraźliwym charczeniem ginęli wojownicy, których uważał za mięso armatnie.
Mury rosły w miarę, jak się do nich zbliżał, a czarna brama stawała się coraz realniejszym wyzwaniem.
Niespodziewanie wypełnił go wewnętrzny spokój. Myślami znalazł się daleko od przedmurza warowni, w miejscu, w którym spędził szczęśliwe dni swojego dzieciństwa. Ujrzał swój rodzinny dom, ogród, który jego matka kochała tak bardzo jak swojego jedynego syna. Ogród, w którym Gavard zawsze czuł się bezpiecznie, gdzie nic mu nie groziło. Zobaczył pierwsze płatki śniegu opadające na brunatne jesienne liście. Uniósł głowę, by ujrzeć czerwony kształt przesuwający się po niebie. Chwilę później usłyszał krzyk ojca, a następnie ogłuszający ryk gada krążącego w powietrzu.
Wspomnienia rozwiały się, gdy dobiegł do wrót, które spoglądały na niego poprzez oczy dawnych smoczych władców wyrzeźbionych w drewnie. Bez cienia wahania wysunął lewą nogę, ustawił się bokiem do bramy, jednocześnie wyciągając rękę. Słyszał trzaski łamiących się strzał na skrzydle rozłożonym przed sobą. Blada Armia była już tylko kilkanaście metrów za nim, gotowa do szturmu na Złotą Promenadę.
Wziął głęboki wdech i z całej siły zacisnął dłoń w pięść, ciągnąc ją ku tyłowi. Brama jęknęła żałośnie i rozsypała się na setki tysięcy drzazg, które z wściekłością posypały się na atakujących. Powyginane żelazne okucia runęły na ziemię, a biały kamień nad bramą wystrzelił w powietrze zabijając stojące na nim smoki.
Gavard padł na kolana. Przed oczami rozkwitały mu czarne róże, a z nosa lała się krew. W głowie waliło mu tak potwornie, jakby zamknięto w niej stado galopujących koni. Podparł się prawą ręką, lewa bowiem pulsowała nieznośną drętwotą.
Blada Armia wreszcie go dogoniła i z dzikim rykiem zaczęła wlewać się do warowni. Gavard patrzył na to z nieukrywaną obojętnością, jakby nie przejmował się, że za murami dojdzie do mordu. Do ponurego aktu niszczenia smoczej rasy. Pozostał na tyle człowiekiem, żeby móc ukierunkować swoją nienawiść tam, gdzie chciał.
Klęczał pośród fali biegnących martwych sługusów smoczycy. Gdy w końcu dźwignął się na nogi, głowa wydała mu się nienaturalnie duża i ociężała. Ruszył do przodu. Był pewien, że na dziedzińcu czekać będzie Smocza Rada gotowa bronić Katedry, lecz pomylił się. Nie dostrzegł żadnych dowódców wśród Podniebnych Legionów. Oprócz jednego.
Zielony smok wprawdzie nie był członkiem Smoczej Rady, lecz należał do jej zaufanego kręgu. Zielonych uważano za podrzędny, mniejszy ród i dlatego Sangavaldon znalazł się na dziedzińcu, wykrzykując rozkazy.
Gavard dostrzegł okazję, by przypodobać się swojej pani. Ruszył w kierunku zielonego smoka, wyjmując jednocześnie lekki jak piórko miecz, który dostał od smoczycy.
Stal zalśniła w blasku ogni, lecz cios nie trafił w cel. Sangavaldon zauważył żałosnego człowieczka i w mgnieniu oka odwrócił się od napastnika. Gavard złapał równowagę, lecz w tym samym momencie okuta rękawica roztrzaskała mu nos. Poczuł ostre szarpnięcie w karku, a kątem oka dostrzegł swoje zęby lecące w powietrzu. Uderzenie nie było jednak tak silne, by powalić ucznia smoczycy. W jednej chwili zauważył odsłonięty bok gada i z całej siły celnie kopnął. Usłyszał świst uchodzącego z płuc powietrza, a chwilę później jęk połączony z warknięciem. Gavard zareagował błyskawicznie, tnąc mieczem na oślep. Trafił w twarz. Zielone łuski posypały się na marmurową podłogę z cichym łoskotem, a Sangavaldon warknął po raz kolejny i z całym impetem obrócił skrzydło w kierunku agresora.
Oręż wypadł Gavardowi z ręki i sługa smoczycy poczuł, jak przyciąga go ziemia. Zobaczył bezchmurne ciemnoniebieskie niebo usiane srebrnymi gwiazdami. Sierpowaty księżyc blado mienił się na nieboskłonie, gdy podłoże wzięło Gavarda w swoje twarde ramiona. Broń upadła poza zasięg rąk, a zielony smok ruszył, by uśmiercić człowieka. Gavard sięgnął po nóż przytroczony do biodra i gdy wróg znalazł się na tyle blisko, by mógł zadać cios, uniósł się na łokciach i przebił udo smoka. Krew trysnęła na biały marmur. Gavard przeturlał się w kierunku broni, wstał, uniósł ją i jednym szybkim ruchem uderzył w plecy wroga, przebijając smocze serce w ludzkim ciele. Sangavaldon uderzył o ziemię całym ciężarem.
Wokół Gavarda kłębiła się Blada Armia, mordując każdego smoka pozostałego na dziedzińcu. Podpalono drzewa, które teraz wyglądały jak gigantyczne pochodnie. Kwiaty zadeptano, a w ich miejscu powstało błoto brunatno-czerwone od krwi.
Żaden z obrońców nie śmiał wycofać się do Katedry, wszyscy oddawali swe życie na dziedzińcu Złotej Promenady.
Niespodziewanie przez strzaskaną bramę przeszła Ahregvalzara. Ujrzawszy swojego jedynego dowódcę, ruszyła w jego stronę. Gavard dostrzegł ją, gdy znalazła się tuż nad zwłokami smoka.
Dyszał ciężko, a serce waliło mu jak oszalałe.
– Straciłeś zęby – powiedziała.
– Ja... – wydyszał Gavard, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Spodziewał się pochwały za dobrze przeprowadzony atak, lecz był w błędzie.
– Stać cię na więcej z tak marnym przeciwnikiem – skarciła go lodowatym tonem. – Rozczarowujesz mnie.
Ruszyła ku Katedrze, zostawiając Gavarda z ponurymi myślami.
Stali w Katedrze niczym posągi, niewrażliwi na wrzaski dochodzące z zewnątrz. Za ich plecami, na niewielkim podeście, ustawiony był ołtarzyk, na którym spoczywał artefakt, którego Smocza Rada przysięgała bronić po kres swych dni. Przedmiot lśnił własnym, nienaturalnym blaskiem, oświetlając część budynku kolorem miedzi.
Katedralni Gwardziści stali ustawieni w trzech liniach naprzeciw hebanowych drzwi z nadzwyczajnym spokojem w oczekiwaniu na wroga. Ci w pierwszej linii mieli już przygotowany oręż, a każdego z nich zasłaniała masywna, sięgająca niemal samej posadzki, purpurowa tarcza. Na każdej z nich wymalowano sześć pazurów w różnych kolorach. Stojący z tyłu mieli przygotowane strzały i bacznie przysłuchiwali się temu, co dzieje się na dziedzińcu.
Oddalona od ostatnich obrońców Złotej Promenady o ponad dwadzieścia metrów Smocza Rada stała niewzruszona, jakby nieświadoma zbliżającego się końca. Oprócz Kartalavazary i czerwonego smoka – Namvapariona – radę tworzyli także złoty smok Samzataharion oraz czarny – Zertongalar.
Złoty przywdział jednopłytową zbroję wykonaną z własnych łusek. Na plecy zarzucony miał fioletowy płaszcz z podłużnie biegnącymi wyszytymi różnobarwnymi pasami. Jak każdy członek Smoczej Rady, Samzataharion powinien dzierżyć miecz, lecz swoją broń oddał jedynemu synowi, który pół roku temu, wraz z potomkiem poległego na dziedzińcu Sangavaldona, wyruszył do Stolicy ludzi, aby sprowadzić pomoc. Jako narzędzie siejące śmierć upodobał sobie dwuręczny topór z dwoma ostrzami po każdej ze stron w kształcie smoczych skrzydeł. Powyginane ramiona wyglądały jak wyszczerbione i tępe, ale smok doskonale wiedział, co wybrał. Rękojeść tworzyły przeplatane ogony bestii. Przynależność do Smoczej Rady zdradzała klamra pasa wykonana na podobieństwo narcyza.
Najmniej opanowania zdradzał Zertongalar, który niespokojnie przechadzał się wzdłuż ołtarza, jakby sprawdzając, czy Brama Półmartwych nadal się tam znajduje. Czarny smok nie przepadał za jakimkolwiek rynsztunkiem, dlatego szczelnie otulił się czarną atłasową tkaniną. Okutymi butami stukał w marmurową posadzkę, mącąc zalegającą w Katedrze ciszę, a w jego gadzich ślepiach widać było rozgoryczenie i trwogę na myśl o nadciągającej zgubie.
Nagle rumor na dziedzińcu przybrał na sile, a jazgot Bladej Armii stał się bliższy i wyraźniejszy. W oczekiwaniu na swoją panią martwi żołnierze tupali nogami, walili bronią w tarcze, wykrzykiwali plugastwa, szyderczo się śmiali, a niektórzy próbowali napierać na hebanową bramę, co od razu kończyło się ich śmiercią.
Czarna brama Katedry, jak i ta zniszczona na dziedzińcu, stworzona wraz z całą Złotą Promenadą przez Wielkich, była strażnikiem Bramy Półmartwych. Każdy, kto nie należał do smoczego rodu, zdradził go lub miał nieczyste zamiary, próbując zbliżyć się do bramy, wydawał na siebie wyrok śmierci, brama bowiem rozrywała mu serce w ułamku sekundy.
Namvaparion odwrócił się do swojego złotego towarzysza.
– Są pod bramą – powiedział chłodno.
Samzataharion nie odpowiedział, lecz krótkim skinieniem głowy potwierdził, że zrozumiał. Niezauważalnie dla nikogo, nie unosząc ręki spoczywającej na biodrze, wykonał trzy ruchy palcami i złota łuna rozświetliła mu dłoń, a oczy zaświeciły złowrogo.
Harmider ucichł w jednej chwili, jakby cała wroga armia przestała istnieć. Kartalavazara ze zgrozą zerknęła na swojego czerwonego towarzysza, lecz ten utkwił wzrok we wrotach. I nasłuchiwał.
Potężne, basowe uderzenie przeszyło powietrze, a wrzaski strachu zalały dziedziniec. W jednej chwili pewna siebie, niemal zwycięska Blada Armia, która rzekomo nie zna strachu, stała się rozwrzeszczana i strachliwa jak mała dziewczynka. Wśród zgiełku można było usłyszeć ryczące z całą furią i majestatem smoki.
Choć były tylko stojącymi przed bramą posągami przywróconymi do życia przez złotego smoka, dwa gady zaczęły zalewać falami ognia nieszczęśników, którzy znaleźli się najbliżej wrót. Gdy ogień wypalił pierwsze rzędy, lewiatany rzuciły się na armię, odsłaniając przy tym piekielnie ostre zębiska oraz rozdzierając na kawałki każdego, kto znalazł się w zasięgu ich szponów.
Rzeź trwała kilka chwil, nim do walki włączyła się biała smoczyca. Ahregvalzara przybyła na ratunek swej nieudolnej armii w momencie, gdy ta zaczynała uciekać w popłochu sprzed bram Katedry, tratując się na schodach.
Przeraźliwe piski, ryki, warczenie oraz tarcie pazurów o łuski sprawiło, że obrońcy ze strachu wycofali się o kilka kroków i nerwowo przyciskali do siebie tarcze. Po jednym głuchym uderzeniu nastąpiło kolejne, które uświadomiło każdemu, że smoczyca z łatwością rozprawiła się z posągowymi obrońcami. Usłyszano krótkie, jednostajne mruknięcie, a po nim wypowiadane drżącym głosem rozkazy.
Czarna brama cicho skrzypnęła, jakby opierała się jakiejś potężnej sile. Momentalnie oba hebanowe skrzydła pękły na kilka większych kawałków, a gdy żelazo spajające bramę ustąpiło, całe drzwi zamieniły się w drzazgi.
Do wnętrza świątyni wlała się noc, a wraz z nią wszyscy ci, którzy poddali się woli smoczycy. W wejściu stała Ahregvalzara z dumnie rozpiętymi, połyskującymi w świetle gwiazd skrzydłami. Po białych łuskach na twarzy spływały kropelki potu, a z wydłużonego pyska, który przez chwilę wyglądał na smoczy, strumieniami ciekła ślina.
Gdy drzazgi opadły, a Blada Armia znalazła się wewnątrz, łucznicy otworzyli ogień, zabijając pierwszą falę atakujących. Nim kolejni zajęli miejsca martwych, druga salwa przeszyła powietrze, sprawiając, że po białym marmurze spływać zaczęło jeszcze więcej krwi. Łucznicy machinalnie i bezlitośnie naciągnęli cięciwy i wypuścili kolejne strzały, lecz to nie wystarczyło, by powstrzymać armię smoczycy. W końcu martwi żołnierze doskoczyli do ostatnich obrońców, okrutnie ich siekąc, i mimo heroicznej postawy i żarliwości, z jaką broniły się smoki, ostatnia linia obrony została złamana, a obrońcy pokonani.
Blada Armia dostrzegła Smoczą Radę stojącą na drugim końcu Katedry i martwi wojownicy ochoczo rzucili się na, jak im się wydawało, łatwą zdobycz. Czwórka ostatnich smoków wyciągnęła oręż i z politowaniem patrzyła na nadbiegających sługusów Ahregvalzary. Gdy ci znaleźli się w kręgu miedzianego blasku Bramy Półmartwych, artefakt ujawnił niewielki ułamek swojej potęgi. Ci, którzy pierwsi weszli w łunę, momentalnie wyparowali. Bez żadnych wrzasków, jęków czy krzyków zostali zdezintegrowani wraz z całym rynsztunkiem. Zorientowawszy się, że dalej nie pójdą, żołnierze czekali na granicy życia i śmierci na swoją panią.
Głośne stukanie okutych butów poniosło się przez całą salę i z fałszywą dumą do środka wtargnęła zdrajczyni. Szeregi Bladej Armii rozstępowały się, robiąc jej przejście. Gdy wreszcie dotarła do miejsca, którego martwe wojsko nie chciało przestąpić, zatrzymała się i bacznie badała miedzianą łunę.
Nie wiedziała, dlaczego jej słudzy nie chcą ruszyć dalej, dlatego bez skrupułów popchnęła jednego z nich na marmur przed sobą. Tak jak każdy poprzedni, ten również rozpłynął się w powietrzu. Ahregvalzara usłyszała za sobą charkot z przerażenia, skomlenie i przeraźliwe błaganie, by więcej tak nie robiła.
Smoczyca uświadomiła sobie, że śmiercionośność łuny spowodowana jest mocą artefaktu zwróconego przeciw ludziom, gdyż żaden śmiertelnik nie ma prawa zbliżyć się do Bramy Półmartwych.
Z szyderczym uśmiechem postawiła krok ku Smoczej Radzie. Okute żelazem buty znowu zagrały swoją melodię, a smoki ze zgrozą przypatrywały się swojej byłej siostrze i odmierzały dzielącą ich odległość. Stanęła naprzeciwko nich i w milczeniu oczekiwała, aż obrzucą ją przekleństwami, po raz kolejny wykluczą ją ze Smoczej Rady lub znowu nazwą zdrajczynią.
Zamiast tego czerwony smok jedynie rzekł:
– W imieniu nadanych mi praw, pełniąc swój obowiązek, ja, Namvaparion Żelazny, Głowa Czerwonego Rodu, Smoczy Orędownik, przywódca Sześciu Rodów, pozbawiam cię wszelkich tytułów oraz skazuję na śmierć poprzez ścięcie. Za ohydne czyny, których się dopuściłaś, niech Bogowie okażą ci litość, bowiem smoki mieć jej nie będą, Ahregvalzaro.
Biała stal zalśniła w jego ręku, gdy ruszył wykonać wyrok. Podczas gdy wydawał werdykt, pozostałe smoki ustawiły się wokół smoczycy, gotowe zaatakować, gdyby ta podjęła walkę. Jednakże Ahregvalzara stała z dumnie uniesioną głową i opanowana czekała na czerwonego smoka.
– Głupcze – powiedziała wreszcie. – Wszyscy jesteście głupcami. Zbliża się burza, która zmiecie z tego świata wszystko, co znacie, wszystko, o co walczyliście, a stojąc za murami nieśmiertelności, nie zauważacie tego, co przemija. – Poruszyła się nieznacznie, poprawiając naramiennik. – Brama Półmartwych musi zostać zniszczona, inaczej dla nikogo z nas nie będzie przyszłości.
Namvaparion nieubłaganie skracał dzielący ich dystans. W jego oczach lśniła wrogość i odraza, jakiej smoczyca jeszcze u nikogo nie widziała.
– Niech tak będzie – mruknęła do siebie.
Czarny blask spowił jej dłoń, a oczy przesłoniła mgła, gdy wykonywała ruchy palcami. Potężna Smocza Rada mogła obronić się przed wszelkimi czarami każdego smoka, lecz ten posiadał ponadprzeciętną moc. Na szyjach każdego członka Rady zmaterializowała się czarna obręcz zaciskająca się z przerażającą brutalnością. Po kolei, bezlitośnie, trzaskały karki i martwe smoki padały na ziemię. Jedynie czerwony smok, stojący najbliżej Ahregvalzary, walczył ze śmiercią. Gdy smoczyca podeszła do niego, chciał coś powiedzieć, lecz jedynie zacharczał żałośnie, a popchnięty przez wroga wyzionął ducha, nim padł na marmur.
Biała postać kroczyła ku ołtarzowi, słysząc za sobą kakofonię krzyczącej z rozbawienia armii. Nieśpiesznie podeszła do płyty, na której leżał okrągły, wykonany ze złota przedmiot wielkości ludzkiej dłoni. Na awersie widniały dwa nachodzące na siebie słońca z niewielkim, skulonym smokiem pośrodku. Ahregvalzara zmrużyła oczy i wyciągnęła rękę, by podnieść Bramę Półmartwych.
W jednej chwili cała potęga pułapki, którą zastawiła Smocza Rada, została uwolniona. Biało-złoty płaszcz okrył całe wzgórze, na którym znajdowała się Katedra, a później zalał cały dziedziniec i wszystko poza nim. Smoczyca wrzasnęła z przerażenia, cofając jednocześnie rękę. Chciała się wycofać, lecz natrafiła na stromizny schodów i runęła w dół. Z głośnym hukiem trzasnęła o posadzkę i z lękiem zaczęła się odczołgiwać jak najdalej od ołtarza.
Blada Armia przestała istnieć, a jedynym ocalałym, który teraz uciekał w popłochu, był Gavard.
Ahregvalzara przyglądała się witrażom światła igrającego nad ołtarzem, nie mogąc pojąć, co zrobiła źle. Dlaczego przegrała? W końcu złoty promień przetoczył się po sali, a smoczyca zamrugała z wrażenia. Cały świat nabrał kolorów, nic nie było już niewyraźne ani wyblakłe. Poczuła się, jakby znów zaczęła samodzielnie patrzeć na świat, a nie z czyjąś pomocą.
Kolory zlały się w jedną białą plamę i smoczyca straciła przytomność.
Do realnego świata przywróciły ją głosy nieznajomych, chociaż jeden z nich rozpoznała.
– Ojcze! – krzyknął ktoś.
Próbowała podnieść głowę, lecz była zbyt obolała, by nawet otworzyć oczy.
– Nikt nie przeżył – inny głos przeszył powietrze.
– To widzę – teraz ktoś inny włączył się do rozmowy. – Dowódco, każ swoim ludziom przeczesać teren. Chcę wiedzieć, dokąd udała się armia Opętanego.
Opętanego? – zdziwiła się Ahregvalzara. – Wróciły dwa smoki ze Stolicy ludzi – uświadomiła sobie, nie wierząc własnemu szczęściu. – Nie wiedzą, że to była MOJA armia.
Dźwignęła się na łokciach, próbując otworzyć oczy. Jęknęła ostentacyjnie, aby ktoś zwrócił na nią uwagę, co też się stało.
Podbiegł do niej niewysoki mężczyzna ubrany w zbroję płytową, na której widniało złote słońce.
– Ta jeszcze żyje – powiedział do smoka z zielonymi skrzydłami.
– Ahregvalzara Nieugięta – podszedł do niej i uklęknął na jedno kolano. – Co tu się stało?
– Opętany roztrzaskał naszą obronę i wtargnął do Katedry – kaszlnęła. – Brama Półmartwych, co z nią? – Jej twarz przypominała maskę, która zmieniała się według potrzeb, teraz była zafrasowana i pełna lęku.
– Uratowaliśmy artefakt i przewieźliśmy w bezpieczne miejsce – powiedział, zatroskany o smoczycę. – Odpoczywaj teraz, pani. Sprowadźcie medyka! – rozkazał ostro mężczyźnie z białym sercem na zbroi.
Ahregvalzara miała ochotę wrzeszczeć ze złości, lecz była zbyt wyczerpana. Nim osunęła się w ciemność, zobaczyła rozmytą sylwetkę bogato odzianego mężczyzny z koroną na głowie. Nie chciała wierzyć, że sam król ludzi pofatygował się do Złotej Promenady, lecz nie miało to teraz znaczenia.